PO CO SĄ DWIE PŁCIE?
Na początku płci nie było. Pierwsze organizmy, jakie pojawiły się na
naszej planecie 4 miliardy lat temu, nie miały pojęcia o doborze
płciowym czy popędzie seksualnym. O niczym takim nie mogło być mowy, bo
były to prymitywne jednokomórkowce. Natura jeszcze długo nie "wpadła na
pomysł" rozmnażania płciowego - najwcześniej w ten sposób zaczęły
rozmnażać się grzyby, około 1,2 miliarda lat temu. Ale zwierzęta jeszcze
wtedy nie istniały. Pierwsze, które pojawiły się na ziemi około 635
milionów lat temu, również nie miały płci. Były to prymitywne gąbki
spędzające życie na dnie morskim. Przytwierdzone do niego, falowały
razem z wodą, odżywiając się pochłanianymi z niej jednokomórkowymi
żyjątkami, i to była jedyna rzecz, na jakiej im zależało.
Takie zwierzęta jak gąbki rozmnażały się przez podział lub "rodziły"
identyczne pod względem genetycznym osobniki. To nie sprzyjało
przetrwaniu gatunków i ewolucji. Gdy pojawiał się jakiś szkodliwy
czynnik, wszystkie bezpłciowe osobniki reagowały bowiem tak samo
negatywnie, nie umiały się przystosować przez wykształcenie nowych cech,
więc w skrajnych przypadkach takie gatunki lub populacje całkowicie
wymierały. Identyczność genetyczna nie przyczyniała się też do zdrowia
kolejnych pokoleń, bo w materiale genetycznym, który już wówczas
stanowiły nici kwasu deoksyrybonukleinowego, takiego samego jak w naszych komórkach, łatwo pojawiały się mutacje. W przypadku organizmów
bezpłciowych były one przekazywane z pokolenia na pokolenie, bez
możliwości ich usunięcia. Nic więc dziwnego, że ewolucja, dążąc do
maksymalnej różnorodności, promowała te gatunki lub populacje, które w procesie rozmnażania stykały się z podobnymi formami i wymieniały z nimi
materiał genetyczny.
Zapoczątkowało to powstanie gamet, czyli komórek płciowych. Mogły one
być takie same u odmiennych osobników lub też mieć różną wielkość czy
kształt, ale musiały do siebie pasować jak klucz do zamka. Gamety tworzą
się w efekcie specyficznego podziału komórek, podczas którego nie
powstaje komórka identyczna jak rodzicielska, ale zawierająca tylko
połowę jej materiału genetycznego w postaci chromosomów. Jeżeli więc
jakiś organizm ma - dajmy na to - 20 chromosomów, to jego gamety będą
miały po 10. A po połączeniu się gamet dwóch osobników powstanie
organizm zawierający 20 chromosomów, czyli tyle, ile trzeba. Taki
potomek będzie pod względem genetycznym nieco odmienny od obu form
wyjściowych. To właśnie otwiera bramę dla bioróżnorodności i szybkiego
postępu ewolucji. Potrzeba jak największej genetycznej różnorodności
osobników w obrębie gatunku jest powodem wykształcenia się dwóch płci
(choć może ich być więcej).
Zanim jednak pojawiły się osobniki męskie i żeńskie, były takie, które
produkowały gamety i męskie, i żeńskie. Dla zachowania różnorodności
genetycznej lepiej jest jednak, aby gamety nie pochodziły od jednego,
dwupłciowego osobnika, ale żeby dwa osobniki obupłciowe, zwane też
obojnakami (albo bardziej naukowo hermafrodytami), wymieniały ze sobą
odpowiednie gamety: męskie z żeńskimi i odwrotnie. Hermafrodyty
przejawiają dwie strategie zbliżeń. Osobnik może być raz samcem, a raz
samicą, ale może być i tak, że dwa osobniki odbywają jednocześnie dwie
kopulacje, zarazem jako samce i samice. Możemy to zobaczyć w ogrodzie
czy w parku, podpatrując ślimaki. W wolnej chwili proszę spróbować sobie
wyobrazić, co by było, gdyby ludzie tak potrafili...
Pojawienie się u zwierząt obupłciowości ułatwiało wymianę gamet pomiędzy
osobnikami. Bo gdyby taki ślimak czujący się akurat samcem jakimś
nieszczęśliwym trafem w bezmiarze rafy koralowej lub puszczy spotkał w końcu drugiego przedstawiciela swojego gatunku, który także czułby się
samcem, to nic sensownego by z takiego spotkania dla zachowania gatunku
nie wyniknęło. Ważna jest więc komunikacja pomiędzy osobnikami, jakiś
sygnał: jestem samcem! Albo: jestem samicą! A można także przekazać
komunikat: dostosuję się do potrzeb! Woody Allen stwierdził kiedyś, że
osoby biseksualne mają w piątkowy wieczór dwa razy większe szanse na
seks. A jak się żyje w dużym rozproszeniu, to szansy na zbliżenie nie
można zmarnować. Stąd sygnały optyczne, akustyczne i zapachowe,
pozwalające kochankom się odnaleźć i zbudować seksualne napięcie. Jak
powiedział Boy-Żeleński: "Bo w tym cały jest ambaras, aby dwoje chciało
naraz".
Zwierzęta, w przeciwieństwie do roślin czy grzybów, potrafią się
przemieszczać i czynnie szukać partnera płciowego. Rośliny są pod tym
względem raczej samowystarczalne. W efekcie około 95% roślin to gatunki
obupłciowe, grzyby potrafią rozmnażać się zarówno płciowo, jak i bezpłciowo, a u zwierząt obojnactwo dotyczy zaledwie 5% gatunków. Na
dodatek u tej niewielkiej grupy obupłciowych zwierząt hermafrodytyzm
bywa sekwencyjny: w ciągu życia osobnik jest najpierw jednej płci, a potem drugiej. Błazenek, pierwowzór animowanej postaci Nemo, tak zmienia
płeć. Więcej o błazenkach piszemy w rozdziale o rybach. Zamawiając
smażonego strzępiela podczas urlopu na egzotycznej plaży, można się
zastanowić, czy był on akurat samcem czy samicą, a może miał cechy obu
płci, ponieważ to także się zdarza u strzępieli. To, jakiej płci było
nasze danie, zależy u tych ryb od rozmiarów i wieku. To samo dotyczy też
na przykład dorady, występującej w Morzu Śródziemnym lub hodowanej tam w wydzielonych basenach. O niej również piszemy nieco więcej w rozdziale o rybach.
Bezpłciowość tu i ówdzie pozostała jeszcze wśród bezkręgowców. Ich świat
nie jest jednak nudny, chociaż z naszego punktu widzenia życie bez płci
musi wydawać się co najmniej miałkie. Kręgowce, poza nielicznymi
wyjątkami, aby przekazać swoje geny kolejnym pokoleniom, nie mogą się
obyć bez płci i związanego z nią seksu.
A jak to się dzieje, że z niektórych zarodków powstają dziewczynki, a z innych chłopcy? Jest to efektem tzw. determinacji płci. Rozwój płci może
zależeć od temperatury otoczenia (u ryb i gadów), od pory roku (u mszyc
i patyczaków), interakcji społecznych (u pszczół i mrówek oraz innych
błonkówek), od pH podłoża i zagęszczenia populacji, a także od genów (u ptaków i ssaków).
U niektórych owadów, w tym u wielu gatunków należących do
błonkoskrzydłych, determinacja płci odbywa się przez haplodiploidalność.
Co to oznacza? Mniej więcej tyle, że samce rozwijają się z niezapłodnionych komórek jajowych, a samice z zapłodnionych, jak to się
dzieje u pszczół. Dodajmy jeszcze, że królowa i robotnice to samice, a larwy samców są w większości przez robotnice zjadane! Są oszczędzane
tylko wówczas, gdy w pszczelim roju zaistnieje taka potrzeba. Całe
szczęście, że w miodzie nie jest wyczuwalny smak cierpienia młodych
samców...
Bywa też tak, że na świat przychodzą wyłącznie dziewczynki, które mają
tylko mamy. Dzieworództwo, czyli partenogeneza (od greckich słów
parthénas - "dziewica" i génesis - "powstanie", "narodziny"), polega
na tym, że samice rodzą samice bez udziału samców. Taka futurystyczna
wizja ludzkości została przedstawiona w filmie Juliusza Machulskiego
Seksmisja z 1983 roku. Pamiętamy, że mężczyźni znaleźli jednak sposób,
by taki kobiecy świat "naprawić" (notabene i tak był on zarządzany przez
mężczyznę).
Wróćmy jednak do rzeczywistości. Partenogeneza pozwala na szybkie
zwiększenie liczebności populacji w sprzyjających ku temu warunkach,
czyli w dobrobycie i dostatku. Kiedy populacja składa się z samych
samic, to wszystkie mogą składać jaja lub rodzić potomków, a samce tylko
by zjadały zasoby. W ogólnym dobrostanie samce nie są więc samicom
potrzebne. Dlatego wiosną i latem pospolite w naszych ogrodach mszyce, a także na przykład patyczaki, to zazwyczaj wyłącznie samice. Przychodzi
jednak wreszcie kres żeńskiej dominacji. Zbliża się jesień i zima (w przypadku egzotycznych patyczaków pora sucha), a bez samców zginie nie
tylko żeński ród, ale nawet cały gatunek oparty wyłącznie na samicach. W sytuacji kryzysowej natura powraca do wspaniałego osiągnięcia ewolucji,
jakim jest samiec. Czyli na kłopoty samiec... I cudownym zrządzeniem
natury jesienią w populacji mszyc pojawiają się samce, które zapładniają
wszystkie samice, by te złożyły jaja zdolne przetrwać mrozy. A na wiosnę
znów zaczyna się dzieworodne szaleństwo i kluczowa dla przetrwania
gatunku rola samca popada w zapomnienie. O samcach zupełnie zapomniały
mszyce i patyczaki żyjące w tropikalnych lasach, gdzie stale panuje
dobrobyt i nie ma pór roku zmniejszających szanse przeżycia
dzieworodnych populacji.
Historia badań nad partenogenezą zaczyna się od Szwajcara francuskiego
pochodzenia Charles'a Bonneta, który w połowie XVIII wieku odkrył takie
rozmnażanie się mszyc. Z kolei zasługi dla poznania partenogenezy u pszczół ma Jan Dzierżon, polski pszczelarz o naukowym zacięciu. To on
odkrył, że trutnie, samce pszczół, rodzą się z niezapłodnionych jaj.
Było to w połowie XIX wieku, kiedy bogobojnie wierzono, że każda istota
żywa musi mieć ojca i matkę. Potem naukowcy przeprowadzali eksperymenty,
w których poprzez elektrowstrząsy i stosowanie toksyn udało się
doprowadzić do zainicjowania rozwoju niezapłodnionych jaj żab, ryb, a nawet królika.
W efekcie kolejnych badań odkryto partenogenezę u rozwielitek, czyli
dafni, u os, chruścików, jedwabnika morwowego, roztoczy i wielu innych
bezkręgowców, a następnie u ryb, płazów i gadów. Od początku XXI wieku w ogrodach zoologicznych zdarzały się dzieworodne narodziny rekinów
młotów, rekinów czarnopłetwych i waranów. Warany "uprawiają"
partenogenezę również w naturze. Wyłącznie żeńskie ich osobniki potrafią
kolonizować całe wyspy na Pacyfiku. Gatunkom dużych waranów natura
poskąpiła urody, a paskudne z wyglądu i charakteru samce mogą jedynie
wymuszać seks na mniejszych samicach. Uwieść ich nie potrafią. Nic więc
dziwnego, że jest wiele dzieworodnych, czyli rozmnażających się
jednopłciowo, samic waranów, które tworzą izolowane, żeńskie kolonie
obywające się bez samców i niemające potrzeby zbliżeń z umizgającymi się
do nich agresywnymi paskudami.
Naukowcy badający zjawisko partenogenezy prowadzili także eksperymenty
na ssakach, usiłując stworzyć wyłącznie żeńską, rozmnażającą się bez
udziału samców kolonię myszy czy nawet większych zwierząt. Przez długi
czas dzieworodne zarodki myszy obumierały, gdy miały 10 dni, a w przypadku owiec i świń 21 dni. Jednak w końcu roku 2004 doniesiono o narodzinach partenogenetycznej myszy. Panowie, to niczego dobrego nie
wróży!
Można tu jeszcze wspomnieć o karasiach srebrzystych, które zwane są
japońcami i licznie zasiedlają stojące i płynące wody znacznej części
Europy, gdzie niegdyś je sprowadzono z Azji. Otóż wszystkie karasie
srebrzyste w naszych wodach są samicami. Odbywają tarło z samcami innych
gatunków ryb karpiowatych, by wykorzystać ich plemniki tylko do
zaindukowania rozwoju zarodków w ikrze. Więcej o tym interesującym
przypadku piszemy w rozdziale o sekretach życia seksualnego ryb. Może
rozjaśni to nieco sprawę wędkarzom, którzy łowiąc karasie pod koniec
wiosny, nie mogą pojąć, dlaczego biorą tylko samice pełne ikry. Zachodzą
w głowę i próbują wydumać przynętę na samce, bo ponoć są większe od
samic. A samców po prostu nie ma!
Tak więc wiemy już, że obupłciowość, czyli obojnactwo, to przejściowy
etap ewolucji fauny, zmierzający do uzyskania pełnej zdolności
rozmnażania płciowego poprzez rozwój samców i samic. Ludzie zawsze z niepokojem podchodzili do zwierząt będących hermafrodytami, a rodzące
się obupłciowe dzieci zabijano. W Atenach wrzucano je do morza, a w Rzymie do Tybru. Zgodnie z grecką mitologią określenie hermafrodyta
wywodzi się od imienia syna Hermesa i Afrodyty, który połączył się z nimfą Salmakis w jedno ciało o fizycznych cechach zarówno męskich, jak i żeńskich. Współcześnie nimfami określamy młodociane stadia rozwojowe
niektórych bezkręgowców, w tym kleszczy.
Potem przez wieki nie zajmowano się hermafrodytami, aż odkryto hieny
(teraz zwane krokutami), u których dominujące samice mają narząd do
złudzenia przypominający penis - tylko bardziej okazały. Opisywano te
ssaki jako obrzydliwych padlinożerców o dwupłciowej postaci - co nie
jest prawdą, bo zupełnie konwencjonalnie dzielą się one na samce i samice. W poszukiwaniu prawdziwych hermafrodytów nie trzeba jednak
jechać do Afryki, wystarczyłoby uważnie przekopać ogródek, by odkryć, że
żyjące w glebie dżdżownice mają jednocześnie narządy męskie i żeńskie i kopulują dubeltowo, obupłciowo. To samo można by zaobserwować,
podglądając ogrodowe ślimaki. Tak samo jest u tasiemców, ale kto by tam
je podglądał?
U ryb wargaczowatych, których ponad 500 gatunków zasiedla morza i oceany, młode osobniki są najpierw samicami, a potem samcami. Zmianę
płci można zobaczyć nawet w domowym akwarium z rybkami z rodziny
piękniczkowatych, na przykład u mieczyków, molinezji i gupików. U większości kręgowców, również u człowieka, płeć wynika z genotypu danego
osobnika i nie jest zmienna. Określa się to mianem genetycznej
determinacji płci. Czytelników bardziej dociekliwych, zainteresowanych
systemem XY (występuje u ludzi), ZW (u ptaków) czy też XO (u owadów),
odsyłamy do podręczników zoologii. Warto pamiętać, że znana jest także
temperaturowa determinacja płci, którą odkryto dopiero w roku 1966,
najpierw u agamy pospolitej, a potem u niektórych innych jaszczurek,
większości żółwi, krokodyli i hatterii. Oznacza to, że w zależności od
temperatury otoczenia w jaju rozwija się samiec albo samica. Naukowcy
odkryli na przykład, że u żółwi samice rodzą się przy bardzo niskich lub
bardzo wysokich temperaturach panujących w gnieździe w środkowej fazie
rozwoju. W temperaturach umiarkowanych rodzą się samce.
U wielu zwierząt hodowanych w ogrodach zoologicznych występuje przewaga
jednej płci. U nosorożców indyjskich w populacji europejskiej znacząco
dominują samce i nikt nie wie dlaczego. W warszawskim zoo przyszło
kiedyś na świat dobrze ponad sto proporczykowców czerwonopręgich
(Aphyosemion striatum) i wszystkie, poza jednym osobnikiem, były
samicami. Nie jest też całkiem jasne, w jaki sposób natura reguluje
proporcje płci u gatunków, u których liczba samców i samic jest zawsze
zrównoważona - a tak jest u większości ssaków, również u ludzi. Jak to
się dzieje, że w naszym gatunku rodzi się mniej więcej tyle samo
dziewczynek co chłopców (choć potem bywa różnie - wiadomo, brzydsza płeć
kocha wojny i niezdrowy tryb życia). Jak natura osiąga tę pierwotną
równowagę płci, nie wiemy, choć to bardzo mądre wyjście, z ewolucyjnego
punktu widzenia najkorzystniejsze dla gatunku.
Wiadomo też, że w świecie zwierząt, nawet przy okresowych wahaniach
liczebności przychodzących na świat samców i samic, natura zawsze dąży
do osiągnięcia sprawiedliwej zasady 1:1 w reprezentacji pań i panów.
Może warto uznać mądrość natury i wprowadzić tę zasadę również w polityce? Mówi się o parytetach i równouprawnieniu, ale głównie tylko
mówi, bo efektów w składzie rozmaitych rad i parlamentów jakoś nie
widać. Sprawy płci na pewno kryją jeszcze wiele tajemnic. Rozwiązać je
kiedyś mogą naukowcy, ale na pewno nie będą to seksuolodzy, raczej
genetycy.
Czy to pan, czy pani?
Rozpoznawanie płci zwierząt przez ludzi i przesądy na ten temat mają
długą tradycję. Od wieków ciągnął się za hienami mroczny mit o ich
dwupłciowej naturze i wzbudzające wstręt opisy zwyczajów rozrodczych
tych ssaków. Teraz ich anatomia, fizjologia i zwyczaje wzbudzają co
najwyżej zdziwienie i zaciekawienie, a na pewno nie obrzydzenie. Nie
zmienia to jednak faktu, że u niegdyś uważanych za spokrewnione z psami,
a teraz uznawanych za bliższe kotom hien, krokut oraz proteli nadal
niełatwo rozpoznać płeć, nawet gdy się z bliska ogląda ich przyrodzenie.
Rozpoznanie płci u kociąt, króliczków, a nawet u młodej kawii domowej,
czyli świnki morskiej, też może sprawiać trudności i wymagać konsultacji
z kimś doświadczonym. W ogrodach zoologicznych podobnych kłopotów mogą
nastręczać gibony i gibońce, choć to małpy człekokształtne.
Zupełnie groteskowe problemy z określeniem płci zdarzały się w początkach hodowli pand wielkich w ogrodach zoologicznych. Najpierw w Chicago połączono (z wielką pompą) dwie siostry o imionach Su-Lin oraz
Mei-Mei z kawalerem imieniem Mei Lan. Z ogromnym zaciekawieniem
obserwowano i opisywano ten romans, dziennikarze najpierw piali z zachwytu, a potem naśmiewali się z nieudolności w "tych sprawach"
uroczych "miśków", ich komicznych karesów i niepowodzeń. W efekcie
zrodził się pogląd o seksualnej niewydolności i słabym libido pand
wielkich. Tymczasem niewydolni pod tym względem byli ludzie, bo cała
trójka pand była samcami.
Nie lepiej działo się w zoo w Bronksie, gdzie oczekiwano potomstwa
Pan-dee i Pan-dah, które z kolei okazały się samicami. Ale w końcu nawet
samiec i samica nie muszą stać się parą. W świecie ludzi to oczywiste,
bo zięć z teściową rzadko tworzą parę, ale wydaje się nam, że u zwierząt
samiec i samica to na pewno para. Także u pand wielkich bywają sympatie
i antypatie. W końcu nic, co zwierzęce, nie jest nam obce. W roku 1958,
czyli podczas zimnej wojny, zoolodzy z Londynu postanowili zorganizować
schadzkę samicy Chi-Chi z samcem An-An z Moskwy. Brytyjska samica za nic
miała zaloty radzieckiego samca, ale za to nadstawiła się w jednoznacznej propozycji jego opiekunowi, ubranemu w uniform
Rosjaninowi. Albo więc lubiła mundurowych, albo Rosjan i przedkładała
ich ponad samca własnego gatunku. Zapewne było to efektem wychowania jej
przez ludzi i błędnego wdrukowania poglądu na temat własnej
przynależności gatunkowej.
To wszystko nic w porównaniu z perypetiami w sprawie ustalania płci u węgorzy, od lat masowo zjadanych, ale także badanych przez anatomów i zoologów, którzy chcieli ustalić, jak wyglądają narządy rozrodcze tej
tajemniczej ryby. Pierwszym z dociekliwych był Arystoteles badający płeć
ryb na wyspie Lesbos w IV wieku p.n.e. Potem byli inni, w tym Karol
Linneusz, który uznał węgorze za żyworodne i zarzekał się, że widział w samicy młode. Pewnie to były jakieś pasożytnicze nicienie lub żerujące
na truchle larwy, ale na pewno nie młode węgorze. Zachodzi też
podejrzenie, że Linneusz wcale nie badał węgorza, lecz węgorzycę, inną
podłużną rybę morską, która rzeczywiście jest żyworodna. Potem pewien
Szkot "odkrył", że "rodzicem węgorzy jest pewien żuk, który je rodzi w wodzie". To jednak nie koniec dociekań na temat życia płciowego tych
ryb, gdyż w roku 1876 w Trieście nad Adriatykiem swoje pierwsze wyzwanie
naukowe podjął nie kto inny, jak Zygmunt Freud, który przez 4 tygodnie
pokroił setki węgorzy, by stwierdzić, że wszystkie były samicami.
Inspiracją do tych badań stało się "odkrycie" przez polskiego zoologa,
Szymona Syrskiego, jąder u pewnego węgorza. Jak z tym było, nikt nie
wie, ale wcześniej pewien Włoch "odkrył" ikrę u węgorza; potem okazało
się jednak, że rybak przełożył ją z innej ryby, by dostać nagrodę za
znalezienie samicy węgorza. W Trieście Freud w samotności przez miesiąc
szukał jąder u patroszonych węgorzy, co zaowocowało jego pierwszą pracą
naukową, a może zainspirowało także do dalszych badań naukowych. A może
zainteresowała go zmiana płci u ryb, tak częsta u gatunków morskich?
Z rozpoznawaniem płci u ptaków nie było lepiej. Niejeden hodowca trzymał
jednopłciową parkę nierozłączek lub papużek falistych, chociaż akurat u tych drugich płeć można łatwo poznać po kolorze woskówki, czyli części
dzioba z nozdrzami. Ogólnie hodowla ptaków do czasu opanowania sztuki
rozpoznawania ich płci na podstawie DNA raczej kulała. Teraz jest
łatwiej, bo wystarczy wysłać do laboratorium kroplę krwi lub wyrwane
rosnące piórko, by po kilku dniach otrzymać informację, czy imię nadane
pupilowi pasuje do jego płci. Bywało i tak, że samce i samice niektórych
ptaków opisywano jako odrębne gatunki. Jeśli dymorfizm płciowy jest
bardzo wyraźny, a osobniki obojga płci kolorowe, to zoolodzy skłonni
byli uznać je raczej za osobne gatunki niż za samca i samicę tego samego
gatunku. Tak było w przypadku barwnic wielkich, zwanych niegdyś lorami
wielkimi. Samice są jaskrawoczerwone z niebieskimi i fioletowymi
piórami, a samce zielone, z piórami błękitnymi i niebieskimi. To, że tak
ubarwione ptaki mogą być samcem i samicą jednego gatunku, nie mieściło
się kiedyś w głowach zoologów, skoro najpierw P.L.S. Müller w roku 1776
na Molukach opisał samca jako nowy gatunek, a później, w roku 1837 John
Gould opisał samicę - jako kolejny gatunek. Nie szukajmy jednak aż tak
daleko. Wielu właścicieli kanarków słucha śpiewu swoich pupili, a tymczasem jest to zaledwie popiskiwanie samicy, a nie pełny trel samca.
Nieuczciwi hodowcy sprzedają bowiem samice jako samce i inkasują za
ptaka kilkaset zamiast kilkudziesięciu złotych. Kto raz usłyszy śpiew
samca kanarka, ten go ze świergotaniem samicy nie pomyli, ale... nie
wszyscy go słyszeli. Oczywiście płeć kanarków i innych ptaków można
poznać na podstawie wyglądu kloaki (fachowcy robią to u jednodniowych
kurcząt), ale jak ktoś tak nie umie, to niech da ptakowi coś smakowitego
do jedzenia i go obserwuje: jak zjadł, to samiec, a jak zjadła, to
samica!
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki