Było to na wiosnę podczas wojny francusko-pruskiej. Belfort
oblężony był przez prusaków, oddział zaś wolnych strzelców, w
którym służyliśmy od pół roku obaj z Selimem, towarzyszem moich lat
dziecinnych, kręcił się za ich plecami, bijąc się prawie co dzień,
chwytając posłańców z depeszami, napadając konwoje z
żywnością.
Oddział ten był zbieraniną wszelkiego rodzaju awanturników, po
największej części cudzoziemców, ludzi skłonnych do rabunku,
grabieży i wszelkiego rodzaju nadużyć, ale też nie ceniących życia,
nie mających nic do stracenia, nawpół zdziczałych wśród ciągłego
boju i prowadzących rzemiosło wojenne z instynktem i zamiłowaniem
dzikich zwierząt. Sami nazywaliśmy się myśliwemi na ludzi, choć
trudno było powiedzieć, kto tu był myśliwym, kto zwierzyną, bo i
nas tropiono bez odpoczynku z całym niemieckim uporem i
wytrwałością. Nie dawaliśmy spokoju, ale też nie mieliśmy go sami
ani we dnie, ani w nocy. Wśród dnia leżeliśmy po największej części
w zaroślach, lasach i winnicach, w nocy zwłaszcza, jeżeli zdarzyła
się noc ciemna i dżdżysta, wychodziliśmy na łup, podkradaliśmy się
pod same obozowiska pruskie, porywaliśmy ludzi z placówek,
tępiliśmy patrole, zasadzaliśmy się w rowach kolei żelaznych na
pociągi, lub wyrywaliśmy szyny, psuli telegrafy i t. p.
Nikt nigdy, nawet i rząd Gambetty, nie wiedział, gdzie
jesteśmy, co robimy i gdzie się udamy. Byliśmy oddziałem luźnym.
Nie braliśmy wcale żołdu; jedliśmy najczęściej to, cośmy zdobyli na
prusakach, piliśmy wódkę ułanów pruskich, otoczeni na wszystkie
strony - zamknięci, rzec można, naokoło murem dział i bagnetów, nie
paliliśmy prawie nigdy ognisk, zmoczeni deszczem - suszyliśmy się
na słońcu, zziębnięci - ogrzewaliśmy się w karabinowym ogniu.
- Mieszkamy za kołnierzem u prusaków - mawiali nasi
żołnierze.
Istotnie, daleko za nami była Francya walcząca, uciekająca,
były francuskie miasta, francuski rząd, armia, jednooki dyktator,
manifesty, generałowie w złotych mundurach, gazety, szpitale
wojskowe, zapasy żywności, ale to wszystko było po za nami. Bliżej
były oddziały pruskie, bawarskie, saskie, my w ich środku.
Nieraz żelazna dłoń jakiego pruskiego generała opuszczała
się na nas ostrożnie i cicho, jak ręka człowieka, który chce
schwycić uprzykrzony owad. Upatrzywszy chwilę, dłoń ta spadała
wreszcie, jak piorun, i chwytała tylko powietrze - my byliśmy już
gdzieindziej.
Czasem znów podstawialiśmy bagnet pod taką dłoń, wówczas
cofała się z okrzykiem wściekłości.
Ustawiczna wojna, zdrady, zasadzki wyrobiły w tych ludziach
prawdziwie wilczy instynkt. Nie potrzebowali prawie dowództwa:
działali cicho, sprawnie, przezornie; wtedy, kiedy polowano na
nich, ani chwili nie przestawali polować sami, umieli czyhać po
całych nocach i po całych nocach tłumić oddech i po całych nocach
wytężać wzrok w jedną stronę, z której miał nadejść łup.
Ryzykując ustawicznie wszystko, umieli zachować ostrożność
kota. Nieraz, gdyśmy leżeli w zaroślach, oddziały pruskie
przechodziły tak blizko, że zdarzało mi się słyszeć głosy oficerów,
ale jeżeli oddział był zbyt silny, nie padł ani jeden strzał.
Pułk wojska, idący wśród promieni słonecznych, rzuca cień.
- Byliśmy zawsze pewni, że kryjecie się w naszym cieniu -
rzekł do nas jeden jeniec.
Istotnie byliśmy cieniem pruskim.
Ludzie nasi zatracili w sobie zwolna wszelkie uczucia
ludzkie; nie mogę powiedzieć, żeby się bili dla Francyi i za
Francyę, bili się, żeby się bić. O Francyę nie dbali. Żołnierzy
francuskich z innych oddziałów, lub z armii regularnej, nie
cierpieli tak prawie, jak prusaków, a pogardzali niemi więcej, niż
prusakami. Przy spotkaniach, które zresztą rzadko się zdarzały,
przychodziło zawsze do kłótni i bójek.
- Prusacy uciekliby, gdyby zobaczyli wasze twarze - mawiali
do innych nasi żołnierze - ale zawsze widzą tylko wasze... spodnie.
Słowem, był to oddział pod każdym względem wyjątkowy, ale
nie był liczny; owszem, topniał coraz bardziej, zarówno przez
ciągłe bitwy, jak i przez trudy prawie nadludzkie. Przytem los
rannych lub chorych naszego oddziału był straszny. Zostawiano ich
poprostu w lesie. Raz, gdy jeden człowiek z nerwowego wycieńczenia
upadł i prosił, żeby go dobić, słyszałem, jak odpowiedziano mu:
- Nie bój się, baranku, wilki cię tu znajdą.
Kandydatów nowych brakło, bo taka służba nie nęciła, choć z
drugiej strony dawała obfitą nadzieję łupu. Zegarków, pieniędzy i
pierścionków, zdjętych z trupów, mieli nasi ludzie tyle, że nie
wiedzieli, co z niemi robić. Ale też i nie dbali o nie. W karty nie
wolno było grać, kupować nie było co i gdzie, chować nie było
warto, bo każdy wiedział, że prędzej czy później zginie.
Oddział więc codzień stawał się mniejszy; kandydatów brakło
jeszcze i dlatego, że nie było w nim żadnej dosługi. Żołnierz miał
w kieszeni śmierć, nie buławę marszałka. Rząd obrony narodowej w
buletynach swoich wspominał o nas bardzo rzadko.
- Oni o nas nie wiedzą - mawiał nasz dowódca, który tego
rządu nie cierpiał.
Jednooki dyktator chciał nas jednak widzieć i przesłał
rozkaz do La Rochenoire'a, naszego dowódcy, ażebyśmy się stawili na
wskazane miejsce, ale La Rochenoire nie usłuchał rozkazu i zamiast
na wskazane miejsce, poszedł na zasadzkę.
- Jeżeli nas chce widzieć - rzekł - niech przyjedzie do nas
balonem, on to umie.
Zresztą, na paradzie oddział nasz źleby wyglądał: ludzie
byli wychudli, poczernieni dymem, w mundurach podartych na strzępy,
o oczach zaszłych krwią; niektórzy mieli głowy poobwiązywane
chustkami, poplamionemi zaschłą posoką, nie czesani, nie myci,
podobniejsi byli do zwierząt, niż do ludzi.
Ja znalazłem się w tym oddziale wypadkowo: namówił mnie do
tego Selim. Kiedy wojna rozgorzała i kiedy obaj wybieraliśmy się z
Paryża, ja chciałem wstąpić do armii regularnej, ale Selim rzekł:
- Pójdziemy do La Rochenoire'a.
- Co to za jeden?
- Formuje oddział strzelców.
- Czy go znasz?
- Tak.
Skąd go znał, nie chciał mi nigdy powiedzieć, domysły zaś
moje w tej mierze nie mają nic pewnego. Wiem, że, jeszcze przed
wojną, Selim, który miał sporo pieniędzy, więcej nawet niż ich mógł
wydać, awanturował się w Paryżu; wiedziałem, że miał pojedynek z
kimś, należącym do arystokracyi francuskiej, i że trzykrotnie
wytrącił mu szpadę z rąk, szczegółów i nazwisk jednak nie
wiedziałem nigdy dokładnie. Były to czasy, w których z Selimem nie
żyliśmy blizko. Naprzód on był bogaty, powtóre, bądź co bądź,
dzieliło nas wspomnienie Hani. Wprawdzie Selim postąpił z Hanią,
jak człowiek honoru, nie mogłem jednak opędzić się myśli, że gdyby
nie on, ukochana moja Hania nie przeszłaby strasznej choroby, nie
przywdziałaby sukni zakonnej, że wreszcie, gdyby nie on, ja byłbym
szczęśliwszy: nie miałbym w duszy takiej pustki, z jaką nosiłem się
od lat ośmiu, i - może nawet - zamiast tułać się za granicami
kraju, orałbym spokojnie zagon rodzinny.
Nakoniec, bolało mnie jeszcze i to, że podczas gdy ja, który
mniej względem Hani zawiniłem, nosiłem się jednak ze smutkiem i
jakby wyrzutem w duszy, Selim zapomniał o niej zupełnie. Przybywszy
do Paryża, oddał się szumnemu, gorączkowemu życiu tego miasta z
całą namiętnością swej wschodniej natury. Selim nigdy i w niczem
nie znał hamulca. Jego majątek, rodowe nazwisko Mirzów
Dawidowiczów, tej dumnej szlachty, jego wykształcenie wreszcie,
bystrość umysłowa, żartki dowcip, a nakoniec piękność,
odziedziczona po matce, otworzyły mu wszystkie podwoje rozkoszy w
stolicy świata. Przyjmowano go wszędzie i rozrywano wszędzie. Ach,
bo też piękny był ten chłopak, jak pomysł artystyczny, z temi
swojemi anielskiemi oczyma, biorącemi wprost za serce, z głową o
liniach godnych dłuta rzeźbiarza, z wyniosłą giętką postawą, ze
skrzydlatą młodością i bogactwem życia tak nieprzebranem, że im
więcej rozrzucał je na wszystkie strony, tem więcej zdawał się je
posiadać.
A przytem, nie był to piękny mężczyzna w znaczeniu tylko
bulwarowem, jak zwykł był pojmować piękność Paryż: w znaczeniu
zwykłem, pospolitem. Wszystko, począwszy od umysłu, od owego
nadmiaru życia, z którym sam nie wiedział co ma robić, a
skończywszy na rysach twarzy, było w nim oryginalnem,
niecodziennem.
Dla Paryża ten młody tatar, o rysach anioła, sile atlety,
odwadze lwa i herbowej tarczy rycerza, był to kwiat o nieznanej
barwie i woni. Łatwo zrozumieć, jak wyglądali przy nim markizowie
nadsekwańscy: ich - życie szalone wyczerpywało, jego - zdawało się
wzmagać, oni byli duszami zgasłemi, jak wypalone lampy, on nawskroś
był płomieniem, oni się przeżyli, on nie wiedział, co z życiem
robić, oni byli rozczarowani, on sam był czarem, i wszystko naokół
niego było dlań czarem.
Dla nich orgia była podnietą stępiałych nerwów, dla niego -
ochłodą przed zbytnim żarem krwi. A przytem, męty, leżące na dnie
kielicha, nie czepiały się jego ust, zło odpadało od tej
szlachetnej natury, jak suchy piasek od skały.
Charakter ten urabiał się w moich oczach, widziałem, jak się
rozwijał prawie z dnia na dzień, dlatego znałem go nawskroś. Był to
tenże sam Selim z lat dziecinnych, tylko podniesiony do potęgi.
Przeświadczenie o własnych siłach dało mu pewność,
przeświadczenie zaś, poparte wrodzoną inteligencyą, o nizkości i
fałszywych pozorach większej części dusz ludzkich nauczyło go
lekceważyć mężczyzn. Zarody niepohamowanej energii i
przedsiębiorczości, jakie tkwiły w nim od lat dziecinnych, wybujały
teraz do najwyższego stopnia, okrzepły i czyniły go pod pewnym
względem niebezpiecznym.
Została mu dawna żywość i trochę nieopatrzności, która łatwo
mogła przy namiętnej, wrodzonej mu naturze przechodzić w
zapamiętanie i szaleństwo, ale od zapamiętania i szaleństwa broniła
go świadomość siebie, którą daje ludziom wykształcenie i subtelne,
filozoficzne poniekąd poczucie każdego czynu, słowa, położenia i
idei.
Nie był nigdy sentymentalny, ale jeżeli coś podobnego do
sentymentalizmu drzemało za lat dziecinnych, choćby w atomie tylko,
w jego naturze, teraz rozwiało się to bez śladu. Oto dlaczego
wspomnienie Hani nie zostawiło w nim ani cienia smutku lub zarzutu.
Kochać się umiał wśród śmiechu, pocałunków, radości i wesela,
wzdychać nie umiał.
Takie usposobienie jednak zgadzało się z charakterem i
usposobieniem kobiet stolicy świata, dlatego kobiety te szalały za
nim, chociaż wiedziały, że zdradzi je równie łatwo, jak bez
wyrzutów, kiedym zaś o tem z nim mówił, odrzekł mi:
- To nie obowiązuje, bawię się. Gdybym znalazł prawdziwą
miłość, dałbym sobie rękę uciąć, ale jeżeli ona istnieje, z nas
dwóch ty jej będziesz dłużej szukał, ale ją znajdziesz
prawdopodobniej.
- Więc zwodzisz, gdy mówisz: kocham?
Uśmiechnął się.
- Nie, wiem wprawdzie, że później zwiodę, ale gdy mówię, nie
zwodzę.
Mężczyźni, z któremi się spotykał, dzielili się na dwa
obozy: jedni przepadali za nim, drudzy go nienawidzili. Co do
Selima, miał swój nader oryginalny pogląd na nich.
- Wolę tych, którzy mnie lubią, ale szanuję więcej tych,
którzy mnie nienawidzą, ci są samodzielniejsi - mówił do mnie.
Potem zaś zwykle dodawał:
- Zresztą, nie dbam o wszystkich.
Jednakże był doskonałym towarzyszem. Serce miał dobre,
poczciwe, serce na dłoni, więc pomagał komu mógł i gdzie mógł, ale
w przyjaźń nie wchodził łatwo; w chwili, kiedy z kimś dzielił się
wszystkiem jak z bratem, kochał go też jak brata, wtedy uczucie
jego bywało szczere, niemal naiwne, płynące z głębi duszy, ale
potem też same stosunki brał lekko. Selim wszystko brał trochę
lekko.
Jednakże, gdy z powodów, o których już wspomniałem,
odsunąłem się cokolwiek od niego i począłem żyć zamknięty więcej w
sobie, Selim gryzł się tem niepomału. Z początku niejednokrotnie
pytał mnie:
- Czego ty, waryacie, chcesz ode mnie?
Później przestał pytać, ale nie przestał boleć wewnętrznie.
Nieraz ze zgiełku, rozkoszy, blasków i wielkiego życia, biegł do
mojej izdebki na Montmartre i, siadłszy pod oknem, wodził
troskliwie za mną swemi anielskiemi oczyma, jakby pragnąc dopytać
się do mego serca. Co do mnie, nie przestałem go kochać, owszem,
może właśnie dlatego, że usposobienia nasze były wprost przeciwne,
miałem dla niego tyle przynajmniej słabości, ile przywiązania. Ale
cień Hani, który dla niego przestał istnieć, dla mnie stawał między
nami. Zresztą, miałem i inne powody.
Oto nie mogłem z nim żyć narówni, a przytem on był wesoły,
ja byłem smutny. O tak, ja miałem dosyć powodów do życia z daleka
od Selima, alem ich nie mógł mu zwierzyć, bom się obawiał jego
współczucia. Miałem to w naturze, żem goryczami nie dzielił się z
nikim nigdy. Kiedy poczułem cierń w sercu, wtedy zamykałem je tak,
jak się zamyka muszla, w którą wpadnie ziarnko piasku. Zresztą, tak
samo nie zwierzałem się nikomu i w szczęściu. Kto to czyni, czyni
na mocy wewnętrznej potrzeby, ja nie czułem tej potrzeby.
W takich więc warunkach żyliśmy od lat kilku w Paryżu. Jam
wegetował, on kwitł. Tymczasem wybuchła wojna. Wiadomość o niej
przyjęliśmy obojętnie. Cały Paryż uważał ją z początku jakby
wojenną paradę. Sądzono, że sam widok brodatych żuawów i czarnych
afrów rozproszy niemców na cztery strony świata. Sami owi żuawi i
turkosi ciągnęli z Paryża na wschód, jak stada ptaków drapieżnych
na łup. Dyszeli żądzą boju i krwi, drżeli z niecierpliwości, by
jaknajprędzej znaleźć się w dymie, huku i kurzawie wojennej. Paryż
upoił się, ale o przyszłość był spokojny.
- Jeden więcej tryumf - sądzono - i oto koniec będzie
wszystkiemu.
Ale kiedy dym z dział pod Wissenburgiem, Gravelotte i
Sedanem opadł, przerażone oczy francuzów ujrzały klęskę
najstraszniejszą, jaka kiedykolwiek na nich spadła. Owe pstre,
czerwone, czarne pułki pierzchnęły przed żelaznemi legionami
niemców, jak leśne ptactwo przed stadem jastrzębi, a naokoło
stolicy świata zacieśniał się coraz bardziej ciemny, a groźny mur
pruskich wojowników. U bram Paryża, po nocach, zaczęło się rozlegać
rżenie konia Atylli. Od czasu do czasu, wśród milczącego miasta,
zatętniły kroki gońca i rozległ się głos: "Pobili naszych! nowa
klęska!" Paryż na chwilę przykląkł, jak buhaj uderzony obuchem
między rogi, ale potem podniósł się i ryknął.
Cały zresztą naród zerwał się do obrony. Groźny jednooki
dyktator pożeglował z miasta balonem. Szale wojenne poczęły się
wahać nanowo. Na północy, na południu, na wschodzie i zachodzie
Francyi formowano oddziały, armie wyrastały z pod ziemi, jak
grzyby. Kraj najeżył się bagnetami.
W takich to czasach, pewnego wieczora wpadł do mnie Selim z
rumieńcami na twarzy i z zaiskrzonemi oczyma.
Wpadłszy, rzucił mi się na szyję.
- Pójdziemy się bić! - zawołał.
Dawno chciałem to uczynić, więc słowa jego przyjąłem
chłodno. Sądził, że to ów dawny chłód, który od kilku lat oddalał
nas od siebie, więc rzekł prędko:
- Było coś między nami, ale na mojego proroka! niechaj to
pójdzie w niepamięć. Henryku, znów strzemię do strzemienia!
Przypomniałem sobie, jak mój ojciec rzekł do mnie, kiedym
miał mieć pojedynek z Selimem:
- A to już bij, synku, aż się wszyscy dyabli będą śmieli.
Więc odpowiedziałem podobnie Mirzie:
- Tak, będziemy bili, Selimie, aż będzie w piekle słychać.
Potem uściskaliśmy się, a potem zaczęli sprzeczać. Ja
chciałem zostać w Paryżu i bić się pod jego murami, Selim pragnął
wydostać się z murów i zaciągnąć się do wolnych strzelców.
- Tu hołota mieszczańska zmykać będzie.
Potem zaczął mi opowiadać o La Rochenoirze i zaręczał, że
pod jego komendą znajdziemy, czego szukamy.
- On mnie nie cierpi - rzekł - ale to szczególniejszy
człowiek. Nigdy nie spotkałem podobnego charakteru. Dałbym głowę za
niego.
Czytelnicy wiedzą już, że napróżno wypytywałem się Selima o
bliższe szczegóły pojedynku z La Rochenoirem. Domyślałem się, że on
to był tym markizem, któremu Selim w pojedynku wytrącił trzykrotnie
broń z ręki, ale zresztą Selim miał mnóstwo pojedynków, trudno więc
było coś stanowczego wnosić.
- Powiadam ci, że takich ludzi niema może trzech na świecie
- mówił do mnie z naleganiem.
Ustąpiłem wreszcie, bo zwykle ustępowałem Selimowi, ale
uczyniłem to z przykrością. W Paryżu dość było wziąć karabin i
wyjść za mury, żeby się bić, ile dusza raczy - za Paryż trzeba się
było wydostawać balonem. Ta powietrzna żegluga nie uśmiechała mi
się. Zresztą chciałem zaciągnąć się do jazdy, oddział zaś La
Rochenoira był pieszy, ale Selim uparł się - i ustąpiłem.
Puściliśmy się więc w dwa dni później balonem, wioząc ze
sobą mnóstwo depesz dla dyktatora. Dzień był chmurny, dżdżysty.
Statek nasz, który w mieście samem wzbił się odrazu w górę o kilka
tysięcy stóp, tuż za miastem opadł na dwa strzały karabinowe nad
ziemię i wlókł się ociężale ponad samym obozem pruskim. Widziałem
cały obóz, jak na dłoni, białe morze namiotów, reduty, działa,
wartowników w śpiczastych hełmach, stojących nieruchomo, jak
posągi, naokół obozu. Większe i mniejsze grupy żołnierzy ukazywały
nas palcami, generałowie patrzyli na nas przez lunety i cały obóz
zawrzał ruchem, którego gwar dolatywał aż do nas. Strzelono do
naszego statku z małego polowego działka, ale nie słyszeliśmy nawet
świstu kuli. Mr. Vaucourt, kapitan balonowy, dzielny aeronauta, ale
wielki tchórz, umierał ze strachu na dnie łodzi. Selim śmiał się,
jak dziecko, klaskał w ręce, kłaniał się niemcom i wołał na nich
wszystkiemi językami, a przytem potrząsał łódką, co powiększało
jeszcze strach pana Vaucourt, ja zaś, trzymając karabin, śledziłem,
czyby nie można dać strzału, ale zarówno zbytnia odległość, jak i
kołysanie się łodzi stały temu na przeszkodzie.
Jednakże, kiedy dotarliśmy do ostatnich placówek obozu,
balon zniżył się jeszcze bardziej. Teraz i Selim uchwycił za
karabin, a oczy zaiskrzyły mu się, jak u wilka. Wytężył wzrok w
jedną stronę, i po chwili rzekł do mnie:
- Patrz!
Spojrzałem w stronę, którą mi ukazywał, i przez
przezroczystą mgłę, wśród której płynęliśmy w tej chwili,
dojrzałem, jak od czarnej ogromnej masy ludzi oderwało się
kilkadziesiąt postaci na koniach i poczęło dążyć za nami.
Wkrótce gołem okiem mogliśmy dostrzec kwadratowe czapki
ułańskie, mundury, lance i barwę chorągiewek. Z dołu dochodziły nas
ich okrzyki; wkrótce znaleźli się tuż pod nami. Tymczasem statek
zniżył się jeszcze bardziej i płynął coraz wolniej.
- To ułani! - zawołał Selim.
-
Nous sommes perdus! - zajęczał pan Vaucourt.
Ułani tymczasem sadzili, co koń wyskoczy, ale bez
najmniejszego porządku. Na przedzie biegł oficer, rosły mężczyzna,
o jasnej brodzie. Kasztanowaty koń jego, widać, dzielniejszy od
innych, sadził, jak szalony, wprost pod balonem, wyrzucając ziemię
kopytami. Oficer, nie bacząc na drogę, z podniesioną do góry głową,
patrzał, jak w tęczę, w statek, krzycząc po niemiecku:
- Mamy was! mamy was!
- Trzymaj! - odpowiadał mu, śmiejąc się, Selim.
Tymczasem wpłynęliśmy na łąkę, porosłą kępkami szuwarów i
widocznie trochę bagnistą, konie bowiem ułanów poczęły więznąć i
padać, blizko połowa została już za nami i wkrótce też zatrzymała
konie, oficer jednak i dwudziestu innych ludzi dotrzymywali nam w
biegu doskonale.
- Co za dzielne konie! - rzekłem do Selima.
- Można by już strzelać - rzekł.
Istotnie, nie byliśmy wyżej, niż na dwieście kroków nad
ziemią, ale strzelać było trudno z powodu kołysania się łódki,
która chwilami przybierała prawie poziome położenie.
- Czy nie możesz pan sprawić, żeby ta dyabelska łódka nie
tańczyła, jak baletniczka? - krzyczał podniesionym głosem Selim,
jak gdyby pan Vaucourt był głuchy.
-
Nous sommes perdus! - jęknął pan Vaucourt.
Wówczas Selim, trzymając się jedną ręką lin, powstał w
łódce, drugą zaś zmierzył z karabinu do oficera, jak gdyby strzelał
z pistoletu.
- Chybisz - rzekłem.
- Spróbuję.
Rozległ się głucho strzał, któremu natychmiast odpowiedział
okrzyk wściekłości z dołu. Spojrzałem: oficer nie patrzył już w
górę, ale upadł twarzą na grzywę konia, a wkrótce zwalił się na
ziemię.
Jednocześnie jednak zniżyliśmy się tak, że lina próbna, jaka
zwykle wisi pod balonem, dotykała prawie ziemi. Szczęściem, ułani
zatrzymali się nad zabitym oficerem, skutkiem czego zdołaliśmy się
oddalić od nich na kilkaset kroków.
Pan Vaucourt, oprzytomniawszy, wyrzucał ze statku wszystko,
co się jeszcze dało wyrzucić, ale widocznie gaz przesiąkał przez
rozmokłą kitajkę, czy może w górnej części statku porobiły się
otwory, dość, że lina próbna poczęła już niemal trzecią częścią
swej długości uderzać o ziemię, sprawiając niezmierne kołysanie się
łódki.
Ułani, spostrzegłszy to, znowu rzucili się w pogoń, ale
konie ich pomęczone, nie mogły tak długo biec za nami, wkrótce więc
zostało ich tylko pięciu, następnie, po kilkunastu minutach, znowu
koń pod jednym padł i nie powstał więcej.
- Już tylko czterech - rzekł Selim.
- Daj ognia, a będzie trzech.
- Zadaleko, zresztą łódka chyba się wściekła.
- Jednakże nie potrzebujemy już uciekać.
- A zatem dobrze! Panie Vaucourt, otwórz klapę, niechaj gaz
wyjdzie, chcemy wysiąść.
- Panowie! - zawołał z rozpaczą francuz - czyście rozum
stracili? Jakto, czterech tych dyabłów sadzi za nami, a my
dobrowolnie chcemy się im oddać? Nigdy!
- Panie Vaucourt, otwórz klapę i spuść kotwicę - powtórzył
groźnie Selim.
- Nigdy.
Wówczas Mirza odwrócił się do mnie i rzekł spokojnie:
- Bądź tak dobry, przyłóż lufę karabinową do ucha pana
Vaucourt; niechaj wybiera.
Odwróciłem się i trzymając się jedną ręką lin, drugą,
skierowałem karabin do ucha pana Vaucourt.
- Daję panu minutę czasu do namysłu.
Pan Vaucourt począł przeklinać naszą narodowość, chwilę, w
której przyszedł na świat, siebie, Paryż, prusaków, ale śpuścił
kotwicę i drżącemi rękoma otwierał klapę z takim pośpiechem, jakby
od tego ocalenie Francyi zawisło. Poczęliśmy spadać na dół, jak
kula.
- Trzymaj się! - krzyknął Selim.
Jednakże nie obrachowaliśmy jednej rzeczy. Oto z łódki
balonu nie wysiada się tak, jak z powozu; kotwica zaczepiła się
wprawdzie o kępę, ale łódka uderzyła tak silnie o ziemię, że
wylecieliśmy wszyscy trzej w trzy różne strony, jak z procy. Co
gorsza, karabin wypadł mi z ręki, sam zaś upadłem twarzą na kępę.
Zerwałem się natychmiast, ale nie zdążyłem jeszcze rzucić
okiem za moim karabinem, gdy tuż koło ucha mego rozległo się
chrapanie konia i warczenie chorągiewki ułańskiej.
- W prawo, w prawo! - krzyknął Selim.
Nie zdołałem jeszcze uskoczyć, gdy huknął strzał, i
jeździec, który już dosięgał mnie lancą, jakby piorunem rażony,
łypnął oczyma i zwalił się ciężko z siodła.
- Ach, Mirza, spadając, widocznie nie upuścił swego
karabina!
Pochwyciłem i ja za mój i spojrzałem naokoło. Teraz Selim
był w niebezpieczeństwie. Dwuch jeźdzców parło na niego całą
szybkością koni, wyjąc i wrzeszcząc jak opętani. On zaś, z
rozwianym włosem, bez kapelusza, z rozdętemi nozdrzami i rumieńcami
na twarzy, czekał na nich spokojnie, ściskając w obu rękach
karabin. Ach, jeden z jeźdzców brał Selima na cel z pistoletu -
pociągnąłem za cyngiel.
Z trzech atakujących nas pozostał jeden, ale o rezultat
walki byłem już spokojny. Mirza zbyt biegłym był fechmistrzem na
wszelką białą broń, aby ów rezultat mógł być wątpliwy.
Pozostał jeszcze czwarty ułan, ale ten, ujrzawszy z
odległości dwustu kroków rezultat walki, zdarł konia wędzidłem tak,
że aż tylne nogi zwierzęcia zaryły się głęboko w trawę, potem
począł uciekać tak szybko, jak tylko zmęczony biegiem mógł nadążyć.
Selim strzelił za nim jeszcze, ale bez rezultatu, odległość
bowiem była zbyt wielka.
Ręka prusaka, którego Selim zastrzelił tuż nademną, nie
puściła cugli, dlatego koń jego stał z pochyloną głową nad martwem
ciałem swego pana. Obaj z Selimem wyplątaliśmy z trudnością cugle z
tej ręki, której palce były już zesztywniałe, poczem Selim wskoczył
na siodło i pogalopował za dwoma innemi końmi, z których jeden,
zwierzę widocznie głupie, począł gryźć sobie trawę, tak jak gdyby
nic nie zaszło, drugi zaś biegł po łące galopem i krótkiem rżeniem
oznajmiał swoją żałość.
Gonitwa za końmi zajęła Selimowi trochę czasu, w kwadrans
jednak schwytał obadwa, ja tymczasem poszedłem szukać pana
Vaucourt, z którym nie wiedziałem, co się dzieje.
Znalazłem go za kępą szuwarów, leżącego twarzą do ziemi, i
począłem go wstrząsać za ramię.
- Panie Vaucourt, wstawaj pan!
-
Pardonnez moi! - jęczał pan Vaucourt, sądził bowiem, że to
ułan pruski namawia go, by wstał. Biedakowi nie przyszło do głowy,
że prusak nie wołałby na niego po francusku.
- Panie Vaucourt! to my; niema już ułanów, to my, pańscy
towarzysze!
Pan Vaucourt podniósł głowę i, podparłszy się obu rękami,
nie wstając zresztą, patrzał na mnie osłupiałym wzrokiem, oczom
własnym nie wierząc. Stojący obok z końmi Selim śmiał się, jak
szalony.
- Tak, tak! niema już prusaków - powtórzył.
Pan Vaucourt powiódł oczyma po nas, po koniach ułańskich, po
ciałach leżących na łące, potem zaś nagle wpadł w taki paroksyzm
radości, że sądziliśmy, iż dostał pomieszania zmysłów.
-
Eh bien! vous ?tes donc des diables! - wołał, nie mogąc
przyjść do siebie.
- To on to wszystko zrobił - rzekłem, ukazując na Selima.
- Jakto? ten młody człowiek z twarzą... panienki?
- Nie, nie! to my obaj - odpowiedział Selim.
Pan Vaucourt śmiał się, tańczył, wypytywał nas, to znów
tańczył, słowem, całkowicie postradał zmysły. Potem pobiegł oglądać
zabitych, ale, gdy się zatrzymał przed trupem najbliższego prusaka,
który z twarzą wykrzywioną przez konwulsye, z krwawą pianą na
ustach i zaciśniętemi zębami spoglądał na niego martwem okiem,
biedakowi zrobiło się słabo i pobladł tak, że myśleliśmy, iż
zemdleje.
Selim namawiał go, by obszukał kieszenie poległych, ale bał
się tego uczynić. My zaś wzięliśmy tylko kaski i, siadłszy na
konie, puściliśmy się w dalszą drogę.
- Wolę jednak tak, niż tą piekielną machiną - rzekł Selim,
gdy przejeżdżaliśmy koło balonu, który, leżąc na trawie i opadłszy
zupełnie, przedstawiał widok nader smutny.
Tymczasem pociemniało, a wkrótce zrobiła się noc zupełna.
Dostaliśmy się na jakąś drożynę, o której nie wiedzieliśmy, czy nie
zawiedzie nas do jakiej wioski, pełnej prusaków. Trzeba było
zachować wszelką ostrożność, bo niebezpieczeństwo nie minęło
jeszcze zupełnie. Byliśmy w okolicach, zajętych przez
nieprzyjaciela, i lada chwila mogliśmy się spotkać z jakimś
patrolem. Możliwem było także, że wysłano za nami nową pogoń.
Tymczasem pan Vaucourt, puściwszy raz wodze językowi, nie mógł go
już utrzymać, i wynurzał nam swoją "nieskończoną" i "nieopisaną"
wdzięczność tak głośno, że wreszcie Mirza kazał mu być cicho.
- Dlaczego? - pytał.
- Prusacy mogą być niedaleko.
-
Avec vous, je m'en fiche! - odpowiedział z całem
zaufaniem.
Odwaga jego teraz była równie "nieopisaną", jak wdzięczność.
Tymczasem leśna drożyna stawała się coraz węższą. Często,
spłoszeni jakim szelestem, skręcaliśmy w bok, zatrzymując konie i
dech w piersiach. Raz sarna z młodem przebiegła nam drogę i,
spojrzawszy na nas, w krótkich podskokach pobiegła na poblizką
polankę, na której poczęła skubać spokojnie trawę. Zdawało się, że
w owych czasach zwierzęta widocznie wiedziały, iż ludzie zbyt są
zajęci zabijaniem siebie, aby mieli czas zwracać na nie uwagę.
Czasem gałęzie drzew uderzały o nasze twarze, lub zaczepiały o
suknie, czasem koń chrapnął niespokojnie, lub jaki pień, stojący na
uboczu w ciemnościach nocy, przybierał fantastyczny kształt
człowieka z otwartemi ramionami, lub rękoma podniesionemi do nieba,
- wówczas zatrzymywaliśmy konie, pan Vaucourt zostawał z tyłu, my
zaś z Selimem, odwiódłszy kurki, podjeżdżaliśmy zwolna do
podejrzanego przedmiotu. Las szumiał, deszcz trochę ustał, ale
natomiast zerwał się wicher, po ciemnem niebie przelatywały
poszarpane chmury, to przesłaniając światło księżyca, to odkrywając
przestrzenie, pokryte blademi gwiazdkami.
Nerwy naszego towarzysza poczęły znowu głośniej przemawiać.
Co do mnie, czułem się zupełnie szczęśliwy. Ta cisza, samotność,
dzika ustroń leśna, noc, otwarty powiew wiatru, niepewność i
niebezpieczeństwo każdej chwili miały dla mnie niepojęty urok,
jakby zmartwychpowstania. Mnie tam duszno i ciasno było w murach,
tu oddychałem szeroko, całym obszarem płuc, jak Farys w
Arabistanie. Tam, w murach, wplatałem się codzień w bolesne koło
własnych myśli i wspomnień, tu strzemię moje trącało o strzemię
brata, tatara, przedemną był szeroki kraj, drugi brat, karabin, w
ręku, swoboda, zapomnienie życia, upojenie... śmierć...
Gdyby bezpieczeństwo towarzyszów nie stało temu na
przeszkodzie, chciałbym był podnieść twarz ku niebu i krzyczeć
pełną piersią: hej, hej, ty puszczo szumiąca! - a potem słuchać
pilnemi uszyma, co odpowiada mi bór, na którym wiatr grał, jak na
organach. Pół leśna, pół dzika dusza litewska rozbudziła się we
mnie i zdawało mi się, że jestem gdzieś w Ponarskiej lub
Białowieży, wśród mateczników i bagien, w których o północy wody
mruczą wyraźnie, ostre krzyki świtezianek przeszywają powietrze,
próchno świeci błękitnem światłem, a zwierz na uroczyskach ludzką
przemawia mową.
Nie myślałem więc o niebezpieczeństwie i nie dbałem o nie w
tej chwili, ale Mirza czuwał. Jego ściągnięte brwi oznaczały uwagę,
oczyma badał każdy krzak, każdy pień drzewa. Droga stawała się
coraz dzikszą, była to raczej jedna z takich leśnych ścieżek, jakie
u nas nazywają "ciocinemi dróżkami".
Wreszcie po półgodzinnej jeździe Selim rzekł:
- Trzeba dać odpocząć koniom.
Skręciliśmy na bok i, ujechawszy ze sto kroków w las,
zsiedliśmy z koni i, rozkiełznawszy je, nie puszczając z ręki
cugli, pokładliśmy się pod drzewami; milczeliśmy wszyscy trzej, bo
byliśmy pomęczeni bardzo; ciszę przerywało tylko chrupanie trawy w
zębach końskich.
Siedzieliśmy tak cicho z kwadrans, nagle obaj z Selimem
zerwaliśmy się na równe nogi.
- Co to jest? - szepnęliśmy jednocześnie.
Z ciemności i głuszy leśnej doszedł nas jakiś dziwny głos;
było to coś pośredniego między płaczem dziecka a beczeniem
jagnięcia.
- To cap mekcze! - rzekł Mirza.
- Nie, to lelek - odpowiedziałem.
Jednocześnie konie przestały chrupać trawę, a poczęły strzyc
uszyma i chrapać.
Co było dziwne, że głos ten dochodził czasem z prawej
strony, czasem z lewej; czasem rozlegał się bliżej, to znów dalej,
a zawsze słaby i żałosny.
Nie! Nie mógł to być ani cap, ani lelek. Było w tem
wszystkiem coś niewytłumaczonego, i ten maleńki, żałosny głosik
miał w sobie dlatego coś przerażającego, że wydawał się
nadnaturalnym. Z wycia wilków lub huku karabinowego mniejbyśmy
sobie robili z pewnością.
Selim, który, przy całej odwadze lwa, był trochę przesądny,
wpatrzył się w ciemność nocną i szepnął:
- Nie lubię tego, nie lubię niebezpieczeństw, wobec których
nie wiem, czego się trzymać.
-
Mon Dieu! - jęknął pan Vaucourt, któremu włosy zjeżyły się
na głowie.
- Ale oto widzę coś białego - szepnął znowu Selim, ukazując
w ciemny kąt lasu.
Spojrzałem, Mirza mylił się, nie było nic ani białego, ani
czarnego.
- Wezmę karabin i pójdę - rzekłem. - Przecież mnie dyabeł
nie porwie.
Poszedłem. Ale i ja byłem zdania, że najgorsze z
niebezpieczeństw jest to, wobec którego nie wiedzieć, czego się
trzymać. Doprawdy, wobec tego głosu, który rozlegał się koło mnie i
nademną, gotów byłem przypuścić, że to dusze poległych obsiadają
drzewa, jak szpaki, i nawołują się lub skarżą.
I moje nerwy poczęły się teraz rozstrajać. Drgałem za każdą
gałązką, złamaną pod moją stopą. Raz zdawało mi się, jakby jakiś
głos szepnął mi w samo ucho: "hej, Polonais!" Ale były to
złudzenia.
Obszedłem kawał lasu naokoło drzewa, pod którem założyliśmy
nasz obóz. Głos rozlegał się ciągle naokoło, tak, że wreszcie
przestał mnie straszyć, a zaczął nudzić.
- Niech cię licho porwie! - rzekłem sobie w duchu i wróciłem
pod drzewo.
Pod drzewem zastałem tylko pana Vaucourt, który, w chwili
gdym się zbliżał, był pewny, że to sam lucyper przychodzi po jego
duszę.
- Gdzie jest Mirza? - spytałem.
- Poszedł na zwia... a... a... dy - odpowiedział, kłapiąc
zębami, francuz.
Upłynął kwadrans, potem półgodziny. Selim nie wracał.
Teraz i ja począłem się bać naprawdę. Mogło przytrafić się
największe z nieszczęść i niebezpieczeństw: oto Mirza, odszedłszy
zadaleko, prawdopodobnie zbłąkał się w tym piekielnym lesie i nie
mógł trafić pod drzewo.
Upłynęło trzy kwadranse, Selim nie wracał.
Mogłem wprawdzie strzelić lub zawołać i wskazać mu przez to
drogę, ale mogłem ją tem wskazać i patrolom pruskim. Nie było
jednak innej rady. Z pod drzewa nie ruszyłbym się bez Selima,
choćby cała armia pruska miała mnie pod niem otoczyć. Objawiłem
swój zamiar panu Vaucourt.
Pan Vaucourt padł przede mną na kolana, żeby tego nie
czynić.
- To zguba wszystkich! - mówił.
Próbowałem sykać, odpowiedziało mi milczenie; nawet ów głos
baranka czy dyabła ucichł. Zawołałem więc raz i drugi:
- Mirza, hop, hop!
Milczenie.
Włosy na głowie powstały mi z trwogi o Selima. W tej chwili
chłopak ten droższy mi był, niż wszystko na świecie. Niewiele
myśląc, podniosłem w górę karabin i dałem ognia.
Błysnęło czerwone światło, potem rozległ się huk. Las cały
umilkł, jakby przerażony, tylko pan Vaucourt zawołał:
- Boże, przyjmij duszę moją!
- Dyabeł jej nawet nie zechce - odpowiedziałem
zniecierpliwiony.
Cisza jednak nie trwała dłużej nad pięć minut, poczem
zdawało mi się, że uchem chwytam lekkie trzeszczenie gałązek, jak
gdyby naciskanych stopą ludzką.
Mógł to być Selim, a mógł być i nie Selim, dlatego obaj z
Vaucourtem zaczailiśmy się pod drzewem.
Po chwili czarna sylwetka ludzka zarysowała się pomiędzy
krzakami. Na nieszczęście chmury jednocześnie przykryły księżyc;
zrobiło się tak ciemno, że zaledwie mogłem ją rozróżnić.
Postać ta, z głową pochyloną naprzód, zbliżała się zwolna i
ostrożnie, zatrzymując się co chwila. Zauważyłem, że w ręku trzyma
strzelbę.
O pięć kroków czarna postać zatrzymała się. Wytężyłem wzrok,
to nie był Selim.
Z powodu ciemności nie mogłem jednak odróżnić, czy to był
prusak, czy nie, lub czy wogóle żołnierz. Widziałem wprawdzie, że
nowy gość nie miał śpiczastego hełmu na głowie, ale i bawarowie i
sasi nie mieli także śpiczastych hełmów, zresztą i prusacy nosili
czapki.
Ktokolwiek był jednak ten ogromny chłop, który w tej chwili
o pięć kroków stał ode mnie, był mi potrzebny, i to koniecznie
żywy, postanowiłem więc go schwytać.
- Tsss! - odezwał się nowoprzybyły.
- Tsss! - odpowiedziałem zza drzewa.
Była to prawdziwa ślepa babka, gra na ten raz trochę
niebezpieczna, ale niemniej interesująca.
Nowoprzybyły postąpił jeszcze dwa kroki. W mgnieniu oka
rzuciłem się na niego jak tygrys, a w sekundę później siedziałem mu
na piersiach i, dusząc rękami za gardło, krzyknąłem:
- Milcz i nie ruszaj się, bo zginiesz.
Nowy gość jednak, widocznie obdarzony niepospolitą siłą,
rzucał się jak szalony. I ja byłem silny i trzymałem go jak w
kleszczach, a zaledwie mogłem go dotrzymać. Chrapał i wierzgał
nogami, tak, że ledwo mnie nie zrzucił.
Nagle jednak opadł, jak gdyby nowa, żelazna siła przykuła go
do ziemi. Spojrzałem: był to mój serdeczny chłopak, Selim, który
już klęczał mu na nogach, a przechyliwszy się przez moje plecy,
przyłożył mu błyszczący bagnet do twarzy.
- Jeden ruch więcej, a zginiesz! - zawołał.
Ale nieznajomy nie myślał się już ruszać. Selim zlazł teraz
z niego, wziął karabin, przyłożył się i rzekł do mnie:
- Puść go.
Usłuchałem; nieznajomy leżał bez ruchu.
- A więc zabijecie mnie! - rzekł.
- Wstawaj.
Biedaczysko wstał i począł mówić, chwytając zmęczonemi
piersiami powietrze.
- Kto wy jesteście? Czego ode mnie chcecie? Ja nic złego
nikomu nie robię. Połamaliście mi ręce i nogi. Jeżeliście strażnicy
leśni, weźcie moją strzelbę. Zapłacę karę... ale nie łamcie mi
kości. Teraz jest wojna. Zwierzyna należy do tego, komu się jeść
chce... Niemiec poluje na francuza... wilk na owce... kot na
myszy... ja na sarny i zające. Teraz takie czasy... wszyscy
polują...
- Kto ty jesteś?
- Ja nazywam się Mathieu Benoit! albo stary Mathieu, jeżeli
się wam tak podoba.
- A więc, stary Mathieu, uspokój się! Nie jesteśmy
strażnicy, nie pójdziesz do więzienia, nie zabierzemy ci strzelby,
nie zapłacisz kary, pokażesz nam tylko drogę.
- Tak, ale połamaliście mi stare kości - mruknął złodziej
leśny.
Kilka sztuk złota zabrzęczało w ręku Selima.
- Kup sobie za to nowe, a teraz odpowiadaj na pytania.
- Słucham.
- Prusacy są tutaj?
- Są.
- Francuzi?
- Francuzi także są. Jedni zabijają drugich. Palą przytem
wioski, a Pan Bóg patrzy na to i nie grzmi.
- Otóż, słuchaj. Zaprowadzisz nas do francuzów taką drogą,
na której nie spotkamy prusaków.
- Wiem o takich wielu.
- Jeżeli spotkamy prusaków, więcej niż trzech, strzelę ci w
łeb; żeby zaś nie przyszła ci ochota zemknąć, pójdziesz na smyczy,
obok mego konia.
- Teraz pies lepszy od człowieka - odmruknął Mathieu.
Siedliśmy na konie i pojechali. Stary Mathieu, który był
tem, co po francusku nazywa się "
un braconnier", a po polsku "wnicznik", albo jak mówią
także w Białowieży - "kłusownik", prowadził nas sobie tylko znanemi
ścieżkami.
- Tą drogą - mówił, ukazując na drożynę, którąśmy przedtem
jechali - zajechalibyście do Poutvert, gdzie oberżę ma pani Frolie.
Mówią, że baba ma pieniądze. Tam także stoją prusacy, którzy
niedawno rozstrzelali młodego Vauharta, ale ja znam las, jak swoją
kieszeń i poprowadzę was dobrze. Pan Bóg dał teraz takie czasy, że
śmierć mieszka na drodze, spokój w lesie, niemiec w kościele, a
cesarz za kratą.
- Ale ja zresztą głupi jestem, ja nic nie wiem - dodał po
chwili.
- Komu sprzedajesz swoją zwierzynę? - spytał Selim.
- Czasem francuzom, czasem prusakom, a jak mi odbiorą, to i
darmo oddaję. Wojna bierze, kochany panie, i za towar płaci... na
plecach.
Stary rozgadał się w najlepsze. Była w nim mieszanina
głupoty i filozofii, z której możnaby wyprowadzić ten wniosek, że
gdy wielcy się biją, mali cierpią i sądzą, że Pan Bóg zasnął.
Wypytywaliśmy jeszcze naszego przewodnika o ów
szczególniejszy głos, który słyszeliśmy w lesie. Pokazało się, że
to kłusownicy nawołują się w ten sposób; że zaś Mathieu był w lesie
z trzema synami, przeto głos dochodził nas ze wszystkich stron.
- Ale być może - dodał stary - że i dyabeł odzywa się w ten
sposób.
Potem jeszcze rzekł:
- Gdybyście trafili na syna mego, Jakóba - nazywają go także
"Krzywa ręka" - nie poszłoby wam tak łatwo, choć jesteście mocni,
jak turcy.
Była może godzina druga po północy, gdy wreszcie las począł
rzednieć, i nakoniec znaleźliśmy się w wąwozie, którego boki
pokryte były żywopłotem. Mathieu opowiadał nam, że las, z
któregośmy wyszli, nie był wielki, ale drożyna nasza okrążała go
niedaleko od brzegów, prawie zupełnie naokoło, robiliśmy więc drogę
napróżno.
Zaledwie pierwszy blask robił się na świecie, gdy zdaleka,
doszło uszu naszych pianie kogutów, a wkrótce wśród mgły oświeconej
blademi promieniami świtu, ujrzeliśmy dachy domów i wieżę kościelną
miasteczka, zajętego przez francuzów. Głośne "
Qui vive?" żołnierza, stojącego na placówce, wstrzymało
nasz pochód. Musieliśmy jeszcze czekać, póki nie nadszedł patrol,
opatrujący warty, potem patrol ten zabrał nas ze sobą, i w taki
sposób przybyliśmy na miejsce.
Zdziwiło nas trochę, że pomimo oznajmienia naszego, iż mamy
depesze z Paryża od dyktatora, nie rozbudzono natychmiast pana
generała, którego kwatera znajdowała się w merostwie. Dano nam
jednak izbę, której podłoga była zasłana sianem, i postawiono nad
nami straż. Rzuciliśmy się na siano i usnęli głęboko.
Nazajutrz dopiero, o godzinie dziesiątej, zawołano nas do
generała, którego nazwiska nie pamiętam, zgubiłem bowiem część
notat, odnoszących się do owego czasu. Pan generał z zielonemi
oczyma i twarzą, podobną do głowy ryby, przytem otyły, pulchny,
przedstawiał doskonały typ, nie wojownika, ale smakosza i
safanduły.
Kilkunastu wyższych oficerów otaczało go w pełnem
uszanowania milczeniu. Pan Vaucourt zabrał głos i począł nader
wymownie opowiadać wypadki naszej podróży, wypadki zaledwie
prawdopodobne, ale których rzeczywistość poświadczyły pruskie kaski
ułańskie i konie, na których przyjechaliśmy do miasteczka.
Pan Vaucourt mówił prawdę. Swoją drogą, biedaczysko nie
wspomniał o tem, że przyłożyłem mu lufę karabinową do ucha, aby
namówić go do otworzenia klapy w balonie. Mówił przytem wszędzie:
"my zabiliśmy", "my wysiedliśmy" zamiast: "oni".
Podczas całego opowiadania staliśmy z Selimem ramię przy
ramieniu, obaj oparci na karabinach. Oficerowie spoglądali na nas w
milczeniu, poczem, gdy wreszcie pan Vaucourt skończył opowiadanie,
generał podniósł się i począł mówić:
- Panowie! Oto przedstawiam wam tego walecznego syna Francyi
- tu wskazał palcem na pana Vaucourt. - Gdyby wszyscy francuzi
wstępowali w jego... jakże się nazywa?... kraj nasz byłby już wolny
od nieprzyjaciela. Ten waleczny nie zważał na wszelkie... jakże się
nazywa? ale wśród kul i... tego... przybył aż do nas... i oto
panowie... i oto panowie!...
Tu generał począł obcierać usta serwetą, oficerowie
uśmiechali się, waleczny syn Francyi zaczerwienił się jak burak, i
zmieszany, począł spoglądać na nas miłosiernym wzrokiem. Selim
przygryzł wargi, ja zaś usiłowałem zapewnić oczyma walecznego syna
Francyi, że przeciw pochwałom, jakie go spotykały, nie mamy
najmniejszego zamiaru protestować.
Tymczasem generał odpiął jeden z krzyżów, które na jego
piersiach tworzyły nader liczną konstelacyę i mówił dalej:
- Zbliż się, waleczny synu Francyi... Spodziewam się, że...
jakże się nazywa?... że dyktator potwierdzi ten mój postępek,
zarówno jak i krzyż, którym pana ozdabiam.
Jeden z oficerów, wysoki mężczyzna, z twarzą surową i
nieprzyjemną, nie mógł już wytrzymać i rzekł:
- Przepraszam, generale!... zdaje mi się, że ci dwaj
panowie...
Ale generał ręką nakazał mu milczenie, odwrócił się do nas:
- Wy zaś, cudzoziemcy - rzekł - którzy dopiero
zaciągnęliście się pod sztandary francuskie, zapatrujcie się na
tego bohatera, a może być, że i na waszych piersiach zabłyśnie
oznaka podobna.
Obawiałem się, żeby Selim nie zrobił jakiego wyskoku, żeby
nie parsknął śmiechem, ale nie: stał spokojny, zimny, choć widać
było, że cała ta scena i gniewa go i śmieszy jednocześnie.
Poczciwy zresztą pan Vaucourt począł głośno oświadczać, że
krzyż należy się nam, nie jemu, skutkiem czego inteligencya
generała znalazła się wobec niepodobnego do rozwiązania
zagadnienia: czy pan Vaucourt jest więcej waleczny, czy skromny?
Poczem rozeszliśmy się w dwie strony.
Tego dnia jeszcze wieczorem Mirza zaprosił oficerów na
obiad, na którym rzucał złotem, jak książę. Nazajutrz zaś
puściliśmy się do La Rochenoira.
Tak odbył się nasz wyjazd z Paryża.