Sens medytacji. Naukowy i praktyczny przewodnik - Steven Laureys

Kup ebooka

39.99 zł
30.79 zł (23,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Przedmowa

Umysł może być naszym naj­lep­szym przy­ja­cie­lem albo naj­gor­szym wro­giem. Jeśli w środku nas coś nie działa tak, jak powinno, widać to na zewnątrz. Cią­głe roz­my­śla­nie o prze­szło­ści, obawy przed przy­szłym cier­pie­niem oraz brak kon­troli nad wła­snymi myślami mogą pro­wa­dzić do utraty rado­ści i satys­fak­cji z życia. Ćwi­cze­nie umy­słu poprzez medy­ta­cję jest bez­cen­nym spo­so­bem na radze­nie sobie z wewnętrz­nymi przy­czy­nami cier­pie­nia.

Książka Ste­vena Lau­reysa, inspi­ru­jąca pod wzglę­dem formy i skru­pu­latna w zakre­sie nauko­wego podej­ścia, zachęca czy­tel­ni­ków do doce­nie­nia trans­for­ma­cyj­nego poten­cjału umy­słu. Wyko­rzy­stu­jąc go w pełni, możemy stać się lep­szymi ludźmi, co wpły­nie korzyst­nie na nasze samo­po­czu­cie, a także na nasze oto­cze­nie. Mia­łem przy­jem­ność zaprzy­jaź­nić się ze Ste­ve­nem i wraz z nim pro­wa­dzić prze­ło­mowe bada­nia z pogra­ni­cza medy­ta­cji oraz funk­cjo­no­wa­nia mózgu. W trak­cie naszej współ­pracy zro­dziła się we mnie fascy­na­cja nowymi eks­pe­ry­men­tal­nymi tech­ni­kami, które potra­fią okre­ślać poziomy "jasno­ści" i "obec­no­ści" świa­do­mo­ści. Nie tylko w przy­pad­kach uszko­dzeń mózgu i śpiączki -?obsza­rów eks­per­tyzy Ste­vena -?lecz także w sta­nie przy­tom­nym i na róż­nych pozio­mach świa­do­mo­ści, przy­wo­ły­wa­nych w spo­sób kon­tro­lo­wany przez osobę medy­tu­jącą, od ciem­no­ści pod­czas snu po krań­cowy stan jasno­ści.

W tego typu bada­niach osoba medy­tu­jąca nie jest jedy­nie bier­nym i wytrwa­łym kró­li­kiem doświad­czal­nym (testy mogą trwać aż do ośmiu godzin dzien­nie!), ale rów­nież ich współ­au­to­rem. W końcu jako jedyna może opi­sać swoje doświad­cze­nie poszcze­gól­nych sta­nów medy­ta­cyj­nych, na przy­kład pod­czas medy­ta­cji uważ­no­ści, sku­pio­nej uwagi i miłu­ją­cej dobroci.

Na ile jeste­śmy w sta­nie wytre­no­wać umysł, aby funk­cjo­no­wał w spo­sób kon­struk­tywny, zastę­pu­jąc obse­sję zado­wo­le­niem, nie­po­kój spo­ko­jem, a nie­na­wiść współ­czu­ciem? Jesz­cze dwa­dzie­ścia lat temu w neu­ro­nau­kach pano­wał dogmat, że ludzki mózg od uro­dze­nia zawiera wszyst­kie neu­rony i że nasze prze­ży­cia nie wpły­wają na ich liczbę. Dziś mówi się o "neu­ro­pla­stycz­no­ści", co ozna­cza, że mózgi nie­ustan­nie ewo­lu­ują na pod­sta­wie naszych doświad­czeń i że są w sta­nie pro­du­ko­wać nowe neu­rony i połą­cze­nia przez całe życie. Mózg może ulec dra­stycz­nej zmia­nie w wyniku spe­cja­li­stycz­nego szko­le­nia, na przy­kład nauki gry na instru­men­cie albo dys­cy­pliny sportu. Ozna­cza to, że w podobny spo­sób można roz­wi­jać uważ­ność, współ­czu­cie, a nawet szczę­ście, i że w dużej mie­rze zależą one od wie­dzy i umie­jęt­no­ści, które można nabyć. Wyma­gają one jed­nak pew­nej prak­tyki. Nie ocze­ku­jemy prze­cież, że bez ćwi­cze­nia opa­nu­jemy grę w tenisa albo na pia­ni­nie. Sys­te­ma­tyczne prze­zna­cza­nie czasu na roz­wi­ja­nie w sobie empa­tii czy innej pozy­tyw­nej cechy daje rezul­taty porów­ny­walne z efek­tami tre­ningu ciała. W bud­dy­zmie medy­to­wa­nie ozna­cza "dosto­so­wy­wa­nie się" lub "dosko­na­le­nie". Medy­ta­cja zawiera w sobie pozna­nie nowego spo­sobu świa­do­mego bycia, umie­jęt­ność pano­wa­nia nad myślami i obser­wo­wa­nia świata. Obec­nie neu­ro­nauka umoż­li­wia nam ocenę tych metod i zba­da­nie ich wpływu na mózg i ciało.

Wiele badań wska­zuje też, że nie trzeba być mni­chem ani mistrzem medy­ta­cji, aby móc sko­rzy­stać z jej efek­tów. Już dwa­dzie­ścia minut codzien­nej prak­tyki jest w sta­nie zna­cząco pomóc w zmniej­sze­niu lęku i stresu oraz wzmoc­nić sys­tem odpor­no­ści i rów­no­wagę emo­cjo­nalną.

Czter­na­sty Dalaj­lama postrzega bud­dyzm przede wszyst­kim jako naukę o umy­śle. Nic dziw­nego, zwa­żyw­szy na to, że według bud­dyj­skich tek­stów wszyst­kie prak­tyki duchowe, fizyczne, psy­chiczne i słowne są pośred­nio lub bezpośred­nio zorien­to­wane na trans­for­ma­cję umy­słu. Yon­gey Min­gyur Rin­po­che, inny bud­dyj­ski nauczy­ciel współ­pra­cu­jący z naukow­cami, pisze: "Jed­nym z naj­więk­szych pro­ble­mów pod­czas bada­nia czy­je­goś umy­słu jest głę­bo­kie i czę­sto nie­uświa­do­mione prze­ko­na­nie, że jeste­śmy, jacy jeste­śmy, i nie możemy się zmie­nić". Sam w mło­do­ści doświad­czy­łem tego nie­po­trzeb­nego pesy­mi­zmu, a pod­czas podróży po świe­cie czę­sto spo­ty­ka­łem go u innych. Nie­uświa­do­mione zało­że­nie, iż umysł nie jest w sta­nie się zmie­nić, blo­kuje każdą próbę zmiany.

Nie­usta­jąca tro­ska Dalaj­lamy o los ludz­kich braci i sióstr oraz dłu­go­let­nie zain­te­re­so­wa­nie odkry­ciami nauko­wymi dopro­wa­dziły do zało­że­nia Mind & Life Insti­tute przez neu­ro­nau­kow­ców Fran­ci­sca Varelę i Adama Engla. Insty­tut zrze­sza wybit­nych naukow­ców wokół Dalaj­lamy, a od 1985 roku orga­ni­zuje sze­reg fascy­nu­ją­cych spo­tkań, w któ­rych sam regu­lar­nie uczest­ni­czę. Rów­nież Ste­ven jest aktyw­nym człon­kiem Mind & Life Europe.

W mowie otwie­ra­ją­cej spo­tka­nie Society for Neu­ro­science w listo­pa­dzie 2005 roku w Waszyng­to­nie, w któ­rym uczest­ni­czyło aż 37 tysięcy naukow­ców, Dalaj­lama pod­kre­ślił prag­ma­tyczne i eks­pe­ry­men­talne pod­łoże bud­dy­zmu, ukie­run­ko­wane na wyeli­mi­no­wa­nie cier­pie­nia poprzez lep­sze zro­zu­mie­nie funk­cjo­no­wa­nia umy­słu. Zasu­ge­ro­wał, że gdy wie­dza zdo­byta meto­dami nauko­wymi okaże się sprzeczna z niektó­rymi sta­rymi bud­dyj­skimi pismami, na przy­kład doty­czą­cymi kosmo­lo­gii, należy uznać ich treść za prze­sta­rzałą. Z dru­giej strony bud­dyzm może udo­stęp­nić nauce wie­dzę pozy­skaną na dro­dze dwóch tysięcy lat doświad­czeń w ćwi­cze­niu umy­słu. Ste­phen Kos­slyn, świa­to­wej sławy eks­pert od two­rze­nia obra­zów umy­sło­wych, a w tam­tym cza­sie rów­nież dyrek­tor wydziału psy­cho­lo­gii na Uni­wer­sy­te­cie Harvarda, pod­czas spo­tka­nia zor­ga­ni­zo­wa­nego przez Mind & Life Insti­tute w Mas­sa­chu­setts Insti­tute of Tech­no­logy w Bosto­nie powie­dział: "Ogrom danych empi­rycz­nych dostar­czony nam przez bud­dyj­skich kon­tem­pla­to­rów zasłu­guje na naj­wyż­szy sza­cu­nek".

Książka Ste­vena Lau­reysa odsła­nia przed nami eks­cy­tu­jące per­spek­tywy w racz­ku­ją­cym obsza­rze badaw­czym, jakim jest neu­ro­nauka kon­tem­pla­cyjna.

Mat­thieu Ricard,

mnich bud­dyj­ski i nauko­wiec

Wprowadzenie

"Nie musisz w pełni pano­wać nad swo­imi myślami, wystar­czy, że prze­sta­niesz pozwa­lać im pano­wać nad tobą".

Dan Mil­l­man, mistrz świata w sko­kach na tram­po­li­nie i pisarz

Bli­sko sto lat temu do sta­rego japoń­skiego mistrza zen przy­szedł pro­fe­sor uni­wer­sy­tecki, który chciał dowie­dzieć się wię­cej o medy­ta­cji. Mędrzec zapro­po­no­wał gościowi fili­żankę her­baty, a gdy napeł­nił ją po sam brzeg, nie prze­stał nale­wać. Pro­fe­sor ze zdu­mie­niem patrzył na wyle­wa­jący się płyn, aż nie wytrzy­mał: "Pro­szę pana, ta fili­żanka jest pełna. Wię­cej się tu nie zmie­ści". Stary męż­czy­zna popa­trzył na pro­fe­sora i prze­mó­wił łagod­nym gło­sem: "Podob­nie jak to naczy­nie, twoją głowę zalewa nad­miar myśli, zmar­twień i opi­nii. Nie mogę nauczyć cię medy­ta­cji zen, dopóki nie opróż­nisz swo­jej fili­żanki". Jestem leka­rzem i naukow­cem. Zanim zacznę grze­bać w pamięci, aby opo­wie­dzieć bar­dzo oso­bi­stą histo­rię, muszę poczy­nić pewną uwagę. Spo­koj­nie można zrzu­cić to na karb mojej pro­fe­sji: nie­od­party przy­mus, aby jako neu­ro­nau­ko­wiec nie­ustan­nie kwe­stio­no­wać sie­bie i swój mózg. Gdy więc prze­no­szę się w prze­szłość do jed­nego z naj­trud­niej­szych okre­sów mojego życia, opo­wia­dam pewną histo­rię. Robię wszystko, co w mojej mocy, aby przy­wo­łać ją w spo­sób jak naj­bliż­szy praw­dzie. Ale tak jak u innych, moja pamięć rów­nież blak­nie z bie­giem lat: mózg mie­sza inten­sywne wspo­mnie­nia fle­szowe z nie­ostrymi wspo­mnie­niami dłu­go­trwa­łymi i wypeł­nia nimi (w dużej mie­rze nie­świa­do­mie) powsta­jące z upły­wem czasu luki. Nie pytaj mnie więc o szcze­góły. To usta­liw­szy, chcę ci opo­wie­dzieć, dla­czego ta książka, histo­rie i aneg­doty, które w niej zawar­łem, zasto­so­wa­nie kli­niczne medy­ta­cji, które zale­cam, oraz bada­nia naukowe, które je poprze­dziły, są mi tak bar­dzo bli­skie.

Posia­dam tra­dy­cyjne wykształ­ce­nie lekar­skie. Pod­czas stu­diów zgro­ma­dzi­łem sporą wie­dzę na temat ludz­kiego ciała i mózgu oraz cho­rób i goto­wych spo­so­bów ich lecze­nia. Następ­nie razem z moim zespo­łem badaw­czym sku­pi­li­śmy się na ludz­kiej świa­do­mo­ści. Moją spe­cjal­no­ścią stał się uszko­dzony i nie­świa­domy mózg pacjen­tów w śpiączce. Dzięki mojej spe­cja­li­za­cji i bada­niom, nad któ­rymi pra­co­wa­łem w cen­trum medycz­nym i labo­ra­to­rium badaw­czym w Li?ge, krok po kroku zbli­ża­łem się do odpo­wie­dzi na pyta­nia, które zaczą­łem zada­wać sobie jako nasto­la­tek. Co tu robimy? Dla­czego myślimy? Jak możemy stać się lepsi? Jaki jest sens naszego ist­nie­nia? Otrzy­ma­łem szansę, aby jesz­cze bar­dziej zagłę­bić się w ludz­kiej świa­do­mo­ści, ane­ste­zji i hip­no­zie -?tech­nice, która stała się przed­mio­tem wielu naszych badań w szpi­talu uni­wer­sy­tec­kim w Li?ge. Za każ­dym razem dowia­dy­wa­łem się cze­goś wię­cej o mózgu, świa­do­mo­ści i myślach; o tym, jak i dla­czego nasze mózgi znaj­dują się w sta­nie cią­głego ruchu i zmiany oraz co zacho­dzi w naszych gło­wach, gdy aktywny mózg sty­mu­luje się w okre­ślony spo­sób.

Wbrew pozo­rom moim celem nie jest chwa­le­nie się tym, co wiem i czego doko­na­łem. Jestem takim samym fanem ego­cen­try­zmu czy kultu jed­nostki jak i ty. Za pomocą tego krót­kiego pod­su­mo­wa­nia mojego życio­rysu chcę tylko powie­dzieć, że cała moja wie­dza lekar­ska i naukowa nie była w sta­nie mi pomóc, gdy 17 sierp­nia 2012 roku nie­ocze­ki­wa­nie przy­szło mi zmie­rzyć się z dru­zgo­cą­cym wyda­rze­niem w życiu oso­bi­stym. Z dnia na dzień zosta­łem samot­nym ojcem z trójką dzieci w wieku sied­miu, jede­na­stu i trzy­na­stu lat. Do tam­tej chwili ciężko pra­co­wa­łem i wyra­bia­łem nie­nor­mo­wane godziny, aby móc potem jak naj­le­piej i jak naj­wię­cej inwe­sto­wać w życie mojej rodziny. Gdy nagle zna­la­złem się sam, zagu­biony emo­cjo­nal­nie, utrzy­my­wa­nie rów­no­wagi stało się jesz­cze trud­niej­sze. Oprócz bycia ojcem byłem rów­nież mał­żon­kiem, a nie­spo­dzie­wany roz­wód dotknął mnie oso­bi­ście jako męż­czy­znę. Na ten ból, mimo mojego wykształ­ce­nia i wszyst­kich prze­czy­ta­nych ksią­żek, nie było natych­mia­sto­wego lekar­stwa. Żadna pigułka, maść ani ope­ra­cja nie mogły go ule­czyć.

Nie mam nic do ukry­cia i dla­tego nie boję się przy­znać, że w pierw­szym roku po roz­sta­niu było mi naprawdę ciężko. Pro­wa­dzi­łem nie­zdrowy styl życia. Aby radzić sobie ze stre­sem, się­ga­łem po alko­hol i papie­rosy. Nie mia­łem czasu dla sie­bie, ani dla ciała, ani dla ducha. For­so­wa­łem się, żeby utrzy­mać moją karierę i rodzinę. Bra­łem nawet leki anty­de­pre­syjne i tabletki nasenne. Po wielu mie­sią­cach bycia w głę­bo­kim dołku i wie­lo­krot­nie dotknąw­szy dna, zrozumia­łem, że dłu­żej nie dam tak rady. Zapra­gną­łem znów odzy­skać kon­trolę nad swoim życiem. Gdy mie­rzysz się ze wstrzą­sa­ją­cym wyda­rze­niem, musisz w końcu pomy­śleć o sobie; wymy­ślić sie­bie na nowo.

Dla­tego odby­łem roz­mowy z psy­cho­lo­gami i psy­chia­trami. Czy­ta­łem porad­niki mówiące, jak radzić sobie z tego typu pro­ble­mami. Zaczą­łem przy­go­to­wy­wać się do mara­tonu, a dzięki pole­ce­niom współ­pra­cow­ni­ków zna­la­złem wytchnie­nie w jodze. Za sprawą ksią­żek i coty­go­dnio­wych zajęć jogi po raz pierw­szy sam zetkną­łem się z medy­ta­cją. Oczy­wi­ście sły­sza­łem i czy­ta­łem o niej już wcze­śniej, ale -?podob­nie jak wielu moich kole­gów i kole­ża­nek naukow­ców -?byłem do niej scep­tycz­nie nasta­wiony. Przed laty pewien dzien­ni­karz zapy­tał o moje zda­nie na temat uważ­no­ści, istot­nej skła­do­wej medy­ta­cji. Zlek­ce­wa­ży­łem jego pyta­nie, zby­wa­jąc to zja­wi­sko jako modę, trend z kolo­ro­wych maga­zy­nów i inter­netu. W miarę jak czy­ta­łem coraz wię­cej na ten temat, to nasta­wie­nie zaczy­nało się zmie­niać. Duży wpływ wywarły na mnie rów­nież zaję­cia jogi i postawa ich nauczy­cielki. Nie ma takiej dys­cy­pliny sportu, któ­rej kie­dyś nie upra­wia­łem, ale w żad­nej nie dosze­dłem ni­gdy do wyso­kiego poziomu z powodu nazbyt bun­tow­ni­czej natury. Na przy­kład, gdy instruk­tor tenisa przy­cze­pił się do mojej tech­niki, odmó­wi­łem trzy­ma­nia rakiety nieco wyżej czy prze­chy­le­nia jej bar­dziej w lewo lub prawo. Tego rodzaju przy­mus kłó­cił się z moim zbun­to­wa­nym, upar­tym cha­rak­te­rem. Joga o dziwo nie. Nauczy­cielka nie przy­wią­zy­wała wagi do tego, czy moja lewa stopa stoi we wła­ści­wej pozy­cji albo czy nosem doty­kam kolan. W jodze cho­dziło o uczu­cie, które mi dawała, o roz­wój, i o to, czego uczy­łem się o sobie, o swoim ciele i świa­do­mo­ści w tam­tej chwili. To ostat­nie oczy­wi­ście wzbu­dziło moje szcze­gólne zain­te­re­so­wa­nie jako neu­ro­loga. W wol­nym cza­sie, który mia­łem -?a raczej wygo­spo­da­ro­wy­wa­łem -?czy­ta­łem coraz wię­cej ksią­żek o filo­zo­fii, medy­ta­cji i życiu według bud­dy­zmu. Zagłę­bia­jąc się w ten temat, auto­ma­tycz­nie sta­wa­łem się coraz bar­dziej świa­domy we wła­snym życiu. Nie pra­gną­łem już uża­lać się nad prze­szło­ścią ani na próżno mar­twić o przy­szłość, ale posta­no­wi­łem w pełni korzy­stać z tu i teraz, razem z moimi wspa­nia­łymi dziećmi. Odkry­łem, że uważ­ność to nie tylko modne słowo, jak przed laty powie­dzia­łem dzien­ni­karzowi, ale coś, co może nadać szcze­gólną war­tość wszyst­kim aspek­tom codzien­nego życia. Na przy­kład pomóc czer­pać praw­dziwą przy­jem­ność ze spo­ży­wa­nego posiłku czy zasta­no­wić się, na co fak­tycz­nie prze­zna­czam swój czas. Albo pod­czas waka­cji nie myśleć tylko o tym, jak naj­szyb­ciej dostać się z jed­nego impo­nu­ją­cego zabytku do dru­giego, ale naprawdę się zatrzy­mać i podzi­wiać piękno tego świata.

Od tam­tej chwili medy­ta­cja odgry­wała ważną rolę nie tylko w mojej codzien­nej egzy­sten­cji, ale także w moim życiu zawo­do­wym. Po prze­pro­wa­dzo­nych bada­niach nad świa­do­mo­ścią i hip­nozą droga do badań nad medy­ta­cją nie była daleka. Moje naukowe zain­te­re­so­wa­nie medy­ta­cją gwał­tow­nie wzro­sło, gdy po raz pierw­szy spo­tka­łem Mat­thieu Ricarda - dok­tora bio­lo­gii mole­ku­lar­nej, mni­cha bud­dyj­skiego i oso­bi­stego tłu­ma­cza czter­na­stego Dalaj­lamy. Moje przy­pad­kowe spo­tka­nie z tą nie­zwy­kle barwną i inspi­ru­jącą posta­cią, któ­rej best­sel­lery o wschod­niej filo­zo­fii, medy­ta­cji i bud­dy­zmie czy­ta­łem już wcze­śniej, miało miej­sce 28 listo­pada 2013 roku pod­czas wyda­rze­nia TEDx Talk w Paryżu, serii wykła­dów z dzie­dziny nauki, tech­no­lo­gii, przed­się­bior­czo­ści, socjo­lo­gii i kre­atyw­no­ści. Mat­thieu i ja zosta­li­śmy popro­szeni o wygło­sze­nie pre­lek­cji pod­czas edy­cji doty­czą­cej świa­do­mo­ści. Cho­ciaż tam­tego dnia zła­pa­łem zale­d­wie urywki wystą­pie­nia Mat­thieu, jego obec­ność natych­miast zwró­ciła moją uwagę. Ku mojej rado­ści udało nam się poroz­ma­wiać po wykła­dach. Z powo­dów, które do dziś pozo­stają dla mnie tajem­nicą, od pierw­szej chwili mię­dzy nami zasko­czyło. Jak przez mgłę przy­po­mi­nam sobie, o czym dokład­nie roz­ma­wia­li­śmy. Dosko­nale za to pamię­tam zde­cy­do­wane "tak, zróbmy to" w odpo­wie­dzi na moje zapro­sze­nie do labo­ra­to­rium w Li?ge, gdzie razem z moim zespo­łem zba­da­li­śmy jego mózg i skutki wie­lo­let­niej medy­ta­cji na ska­ne­rze mózgu. Nie był to dla niego pierw­szy raz. Odkąd poświę­cił swoje życie bud­dy­zmowi, a tym samym medy­ta­cji, badało go już wielu naukow­ców. W ten spo­sób chcieli oni, tak jak i mój zespół, zwe­ry­fi­ko­wać poten­cjalne efekty wpływu medy­ta­cji na roz­wój i pracę mózgu. Posta­no­wi­łem doło­żyć swoją cegiełkę do two­rze­nia tych nauko­wych pod­staw, a Mat­thieu Ricard jawił się jako ide­alny kró­lik doświad­czalny.

Rów­no­le­gle do naszej współ­pracy w ramach badań nad medy­ta­cją Mat­thieu zapro­sił mnie na spo­tka­nia Mind & Life, zało­żo­nego w 1987 roku w Sta­nach Zjed­no­czo­nych insty­tutu, który posta­wił sobie za cel nawią­za­nie otwar­tego dia­logu pomię­dzy współ­cze­sną neu­ro­nauką a tra­dy­cjami medy­ta­cyj­nymi i kon­tem­pla­cyj­nymi. Innymi słowy: orga­ni­za­cja dąży do połą­cze­nia rze­czo­wego świata nauki ze świa­tem ducho­wym. Jest to więc dokład­nie coś, co mnie inte­re­suje. I tak Mat­thieu Ricard, Vanessa (moja nowa part­nerka, z którą wzią­łem ślub trzy lata póź­niej) i ja spo­tka­li­śmy się ponow­nie w sierp­niu 2014 roku pod­czas pierw­szej szkoły let­niej zor­ga­ni­zo­wa­nej przez Mind & Life Europe w klasz­to­rze na siel­skiej wyspie na jezio­rze Chiem w Bawa­rii. Mat­thieu wystę­po­wał tam nie tylko jako pre­le­gent, ale był rów­nież jed­nym z wielu obec­nych nauczy­cieli medy­ta­cji. To wtedy razem z Vanessą (neu­ro­nau­kow­czy­nią i psy­cho­lożką z Kanady) po raz pierw­szy wzię­li­śmy udział w for­mal­nej medy­ta­cji, czy też świa­do­mych ćwi­cze­niach medy­ta­cyj­nych z praw­dzi­wego zda­rze­nia. Wcze­śniej sta­ra­łem się być bar­dziej uważny głów­nie w codzien­nym życiu. Tym­cza­sem pod­czas tego tygo­dnia zanu­rzy­łem się w przy­tła­cza­ją­cym i sta­no­wią­cym wyzwa­nie, choć jed­no­cze­śnie wyjąt­kowo inspi­ru­ją­cym i zba­wien­nym świe­cie medy­ta­cji. Budzik roz­brzmie­wał o godzi­nie pią­tej trzy­dzie­ści, naj­pierw cze­kała nas godzina jogi, póź­niej godzina medy­ta­cji. Po nich w ciszy zja­da­li­śmy śnia­da­nie, aby nabrać sił na cały wypeł­niony wykła­dami i naj­róż­niej­szymi sesjami medy­ta­cji dzień. Oczy­wi­ście szło to nam, ama­to­rom, dość opor­nie. Jeśli cho­dzi o medy­ta­cję, byłem -?i wciąż jestem -?począt­ku­jący. Mimo to nie czu­łem się nie­swojo. Tak jak pod­czas zajęć jogi mia­łem poczu­cie, że mogę dosto­so­wać medy­ta­cję do sie­bie, prak­ty­ko­wać ją we wła­sny spo­sób i na swoim pozio­mie, bez względu na umie­jęt­no­ści ota­cza­ją­cych mnie osób. W mojej oce­nie medy­ta­cja -?w odróż­nie­niu od wielu tech­nicz­nych dys­cy­plin spor­to­wych i gałęzi sztuki - nie sku­pia się na meto­dach, które należy wyko­ny­wać w okre­ślony spo­sób. Nie zawiera w sobie ele­mentu rywa­li­za­cji i nie wymaga wysoko zawie­szo­nej poprzeczki. Nie potrzeba też do niej żad­nych wyjąt­ko­wych przed­mio­tów, odzieży ani spe­cjal­nego miej­sca. Uwa­żam, że o ile tylko tobie jest z tym dobrze, nie da się źle medy­to­wać, a jeśli wygląda to ina­czej niż u innych, to nic nie szko­dzi. Według mnie nie obo­wią­zuje też żaden limit cza­sowy. Medy­ta­cja jest oso­bi­stą ścieżką, o któ­rej biegu decy­du­jesz ty sam. Czy to nie wspa­niałe?

Gdy w maju 2015 roku Mat­thieu Ricard dotrzy­mał słowa i zamie­nił celę na naj­wyż­szym pię­trze klasz­toru She­chen nie­da­leko Kat­mandu w Nepalu na bel­gij­skie mia­sto Li?ge, mia­łem oka­zję gościć go nie tylko w naszym labo­ra­to­rium, ale także we wła­snym domu. Wywo­łało to nie­małe poru­sze­nie w naszej rodzi­nie, zwłasz­cza u mojego naj­star­szego syna Hugo, który bli­sko rok wcze­śniej posta­no­wił zostać wege­ta­ria­ni­nem. W tam­tym cza­sie przy­go­to­wy­wa­nie dla niego osob­nych dań kosz­to­wa­łoby mnie za dużo wysiłku, dla­tego prze­ko­na­łem go, że jest jesz­cze zbyt młody, aby wyklu­czyć z diety mięso. Dałem mu do zro­zu­mie­nia, że bez niego nie wyro­sną mu włosy na przy­ro­dze­niu. Wiem, wiem: brzyd­kie, ale sku­teczne kłam­stewko z dobrych pobu­dek. Tyle tylko, że gdy Hugo i Mat­thieu zaczęli roz­ma­wiać przy kuchen­nym stole, prawda wyszła na jaw. Ricard, zago­rzały wege­ta­ria­nin, zachę­cił Hugo, aby ten mimo wszystko spró­bo­wał i uspo­koił go, że to, co prze­ka­zał mu jego ojciec, to wie­rutne bzdury. Zgo­dził się z nim, że zwie­rzęta są naszymi przy­ja­ciółmi, a prze­cież przy­ja­ciół się nie je. Od tego czasu wszy­scy nasi domow­nicy odży­wiają się bar­dziej flek­si­ta­riań­sko (to zna­czy jemy mniej mięsa), zaś Hugo pozo­staje dla nas wzo­rem moral­nym -?jako wege­ta­ria­nin i obrońca praw zwie­rząt.

Cza­sami ludzie pytają mnie, czy zacho­wa­nie Mat­thieu Ricarda w bla­sku fle­szy nie jest na pokaz. Odpo­wiedź jest pro­sta: nie. Pod­czas jego wizyty w naszym domu w Li?ge pozna­łem tylko jed­nego Mat­thieu. Męż­czy­znę, który zawsze i wszę­dzie cho­dzi ubrany w bud­dyj­ską szatę, poza nie­licz­nymi wyjąt­kami, na przy­kład gdy sie­dzi w piża­mie na kana­pie albo w kąpie­lów­kach na base­nie i medy­tuje. Za to go podzi­wiam. Podró­żuje po całym świe­cie, ma ogromną liczbę obser­wu­ją­cych w mediach spo­łecz­no­ścio­wych i jest uwiel­biany przez wiele osób niczym gwiazda rocka. Mimo to twardo stąpa po ziemi. Jest altru­istą do szpiku kości, otwar­tym na dys­ku­sję na naj­róż­niej­sze tematy, w tym o bud­dy­zmie, kar­mie i rein­kar­na­cji. Ma odwagę kwe­stio­no­wać sie­bie i bud­dyj­ski styl życia, nie stro­niąc przy tym od eks­pe­ry­men­tów nauko­wych. To kolejny dowód na to, że warto dać medy­ta­cji szansę.

To samo można też powie­dzieć o Dalaj­la­mie, i rów­nież prze­ko­na­łem się o tym oso­bi­ście. Dzięki współ­pracy z Mat­thieu we wrze­śniu 2016 roku mia­łem oka­zję spę­dzić dzień z przy­wódcą bud­dy­stów. Wspól­nie z Mat­thieu i Dalaj­lamą zasta­na­wia­li­śmy się nad rela­cjami pomię­dzy nauką a bud­dy­zmem na sce­nie Uni­wer­sy­tetu Stras­bur­skiego. Za kuli­sami zje­dli­śmy razem kola­cję, a Dalaj­lama odpo­wie­dział na moje pyta­nia. Zdu­miało mnie, jak bar­dzo otwarty był na dys­ku­sje o naszych róż­nią­cych się wizjach, o świa­do­mo­ści i o kwe­stii nauki i wiary. Tak jak Mat­thieu, Dalaj­lama miał zni­kome ego i zwra­ca­li­śmy się do sie­bie per "bra­cie". Być może dla­tego na koniec dnia odwa­ży­łem się skie­ro­wać do niego te słowa: "Nie mogę stwier­dzić, czy jesteś dobrym bud­dy­stą, ale z pew­no­ścią był­byś świet­nym naukow­cem".

Dzięki otwar­to­ści Dalaj­lamy i Mat­thieu Ricarda uzy­ska­łem odpo­wiedź na zasad­ni­cze pyta­nie: jak medy­ta­cja wpływa na nasz mózg? Po pod­łą­cze­niu Mat­thieu do apa­ra­tury badaw­czej w naszym labo­ra­to­rium odkry­li­śmy, że jego mózg zna­cząco różni się od mózgów jego rówie­śni­ków: nie­które jego czę­ści są lepiej roz­wi­nięte. Gdy medy­to­wał z dwu­stoma pięć­dzie­się­cioma dio­dami przy­cze­pio­nymi do głowy, zaob­ser­wo­wa­li­śmy rów­nież, że nie­które połą­cze­nia w jego mózgu dzia­łają lepiej niż u innych sie­dem­dzie­się­cio­lat­ków. Oczy­wi­ście teraz uchy­lam zale­d­wie rąbka tajem­nicy -?wię­cej wyja­śniam w dal­szej czę­ści książki.

Być może myślisz sobie: co mi z tego, że jakiś neu­ro­nau­ko­wiec zba­dał mózg mistrza medy­ta­cji? Bar­dzo się zdzi­wisz. Tak samo, jak naukowcy przy­glą­dają się wybit­nym spor­tow­com, dzięki czemu mogą pomóc upra­wia­ją­cemu sport Kowal­skiemu na przy­kład poprzez zapro­jek­to­wa­nie apli­ka­cji bie­go­wej, tak samo bada­nie eks­per­tów od medy­ta­cji może być punk­tem wyj­ścia do odkry­cia, co medy­ta­cja może ozna­czać dla cie­bie. Wcze­śniej pro­wa­dzone bada­nia także roz­róż­niają te dwie grupy: część naukow­ców, tak jak my, zagląda do mózgów eks­per­tów, inni zaś wysu­wają intry­gu­jące wnio­ski na pod­sta­wie badań na zwy­kłych ludziach. W książce oma­wiam i te, i te.

Chcę podzie­lić się z tobą tą wie­dzą i prze­ko­nać cię, że medy­ta­cja może sta­no­wić uzu­peł­nie­nie współ­cze­snej zachod­niej medy­cyny.

Bada­nia tego rodzaju są nad wyraz zło­żone. Będąc naukow­cem, jesteś tylko tak mądry, jak twój sprzęt badaw­czy. Poza tym nie można wysnuć wnio­sków na pod­sta­wie tylko jed­nego bada­nia, chyba że zosta­nie spraw­dzone i potwier­dzone przez innych. Kry­te­riów, jakie musi speł­nić bada­nie naukowe, zanim przy­nie­sie wia­ry­godne rezul­taty, nada­jące się do publi­ka­cji w cza­so­pi­śmie nauko­wym, jest wię­cej. To żmudny pro­ces, o któ­rym piszę wię­cej w dal­szych roz­dzia­łach, ale także jeden z powo­dów, dla któ­rych ta książka powstała. Dłu­go­let­nie bada­nia nad medy­ta­cją zna­cząco powięk­szyły naszą wie­dzę. Choć w medy­to­wa­niu na­dal jestem tylko uczniem-ama­to­rem, jako nauko­wiec jestem pewien, że medy­ta­cja może naprawdę popra­wić zdro­wie psy­chiczne i jakość życia. Chcę podzie­lić się z tobą tą wie­dzą i prze­ko­nać cię, że medy­ta­cja może sta­no­wić uzu­peł­nie­nie współ­cze­snej zachod­niej medy­cyny. Dla­tego rzu­cam ci wyzwa­nie: odwa­żysz się? Szkoda byłoby tak po pro­stu zamknąć się na nowe czy inne drogi; w końcu żyjemy w cią­gle zmie­nia­ją­cym się świe­cie. Nauka nie stoi w miej­scu -?my także nie powin­ni­śmy.

Moim celem jest poka­za­nie ci, że ist­nieje złoty śro­dek pomię­dzy ści­słą, obiek­tywną nauką a subiek­tyw­nymi prak­ty­kami ducho­wymi czy kon­tem­pla­cyj­nymi. Nie, nie chcę zro­bić z cie­bie bud­dy­sty -?sam nim nie jestem. Chcę za to wrę­czyć ci narzę­dzie, z któ­rego dowiesz się, co może dać ci medy­ta­cja i jak zacząć medy­to­wać. Dzięki temu, tak jak i ja, będziesz w sta­nie zna­leźć wła­sną ścieżkę w roz­le­głym i fascy­nu­ją­cym świe­cie tech­nik medy­ta­cyj­nych i ćwi­czeń gim­na­sty­ku­ją­cych mózg. Świe­cie, gdzie nic nie trzeba, a wszystko wolno, o ile robi się to świa­do­mie. Daj sobie czas na zgłę­bie­nie teo­rii i prak­tyki medy­ta­cji, wypró­buj ćwi­cze­nia, które naj­bar­dziej do cie­bie prze­ma­wiają, i odkryj, czym medy­ta­cja jest dla cie­bie.

Nie zro­zum mnie źle, zawsze trzeba mieć na wzglę­dzie róż­nice pomię­dzy oso­bi­stą opi­nią i przy­pad­kami aneg­do­tycz­nymi a nale­ży­cie udo­ku­men­to­wa­nymi bada­niami nauko­wymi. Uwa­żam jed­nak za wielką stratę, że dzi­siej­sza medy­cyna poświęca tak mało uwagi aspek­towi oso­bi­stemu i psy­cho­spo­łecz­nemu. Przy­cho­dzi mi też na myśl efekt pla­cebo, nie­zwy­kłe zja­wi­sko, które odzwier­cie­dla potężny wpływ umy­słu na sferę fizyczną. To samo doty­czy hip­nozy i medy­ta­cji, mimo to ich moż­li­wo­ści czę­sto nie są brane na poważ­nie. Jasne, że medy­ta­cja nie uśmie­rza bólu ani nie leczy raka, co nie zna­czy, że nie może naprawdę poma­gać. I to jest wła­śnie ważne.

Książka ta nie pro­muje żad­nej poje­dyn­czej formy, metody czy tra­dy­cji medy­ta­cji. Prze­ciw­nie, zachę­cam wszyst­kich do nawią­za­nia wła­snej rela­cji z medy­to­wa­niem. Możesz spę­dzić wiele godzin na macie albo wyko­nać kilka uważ­nych wde­chów i wyde­chów -?każda z tych tech­nik ma swoje zalety. Wybie­raj to, co w danym momen­cie ci odpo­wiada. Na przy­kład tra­dy­cja zen, w któ­rej nie­pra­wi­dłowa postawa jest karana ude­rze­niem kijem w ramię, to nie moja bajka.

Pro­po­nuję, żeby­śmy zaczęli naszą podróż od małego przed­smaku medy­ta­cji, dosłow­nie i w prze­no­śni. Się­gnij po kostkę ulu­bio­nej cze­ko­lady albo fili­żankę aro­ma­tycz­nej her­baty. Naj­pierw uważ­nie się jej przyj­rzyj i pową­chaj ją, a następ­nie weź głę­boki wdech i skosz­tuj. Posta­raj się sku­pić na tym, co robisz i odczu­wasz w danym momen­cie. Co czu­jesz, sma­ku­jesz, myślisz, prze­ży­wasz? Zauważ, że można czer­pać przy­jem­ność z cze­ko­lady czy her­baty w bar­dziej świa­domy spo­sób. O ile bar­dziej ją teraz doce­niasz, niż gdy robisz to pospiesz­nie, z auto­matu i bez­re­flek­syj­nie. Tym wła­śnie jest medy­ta­cja: pro­stym ćwi­cze­niem w byciu świa­domym. Może jed­nak jest to coś dla cie­bie?

Każdy z nas chce być szczę­śliwy. Wszy­scy pra­gniemy być rado­śni, zdrowi, ener­giczni, kochani, silni, zre­lak­so­wani, mądrzy i doce­niani. Pyta­nie jest tylko jedno: jak to osią­gnąć? Wszystko zaczyna się w twoim wła­snym cudow­nym mózgu. Dla­tego zamie­rzam pomóc ci zro­zu­mieć, co wła­ści­wie się w nim dzieje i jak możesz na to wpły­nąć za pomocą medy­ta­cji. Nie będę bom­bar­do­wać cię przy tym neu­ro­lo­gicz­nym żar­go­nem ani poję­ciami z san­skrytu czy innych języ­ków obcych, ale za pomocą opo­wie­ści, kli­nicz­nych aneg­dot i nauko­wych spo­strze­żeń przed­sta­wię ci pro­cesy zacho­dzące w two­jej gło­wie oraz wyja­śnię, dla­czego może się tak dziać i jakie mogą być tego skutki.

Natych­miast przy­cho­dzi mi do głowy nastę­pu­jąca aneg­dota. Gdy w zeszłym roku poja­wiła się moż­li­wość poroz­ma­wia­nia o medy­ta­cji z grupą uczniów szkoły pod­sta­wo­wej, od razu ją pod­chwy­ci­łem. Ku mojemu ogrom­nemu zdzi­wie­niu oka­zało się, że naprawdę jestem mile widzia­nym gościem dla stu trzy­dzie­stu dwu­na­sto­lat­ków. Gdy zapy­ta­łem, kto spo­śród nich doświad­cza stresu, zamar­twia­nia się czy pro­ble­mów ze snem, w powie­trzu zna­la­zło się osiem na dzie­sięć dłoni. Już dzieci w pod­sta­wówce -?które, jak zakła­damy, pro­wa­dzą wolne i bez­tro­skie życie -?ucie­szyły się na wieść o ćwi­cze­niach medy­ta­cyj­nych, które mie­li­śmy wspól­nie wyko­nać, ponie­waż tak jak doro­śli szu­kały spo­sobu na uspo­ko­je­nie i chwi­lowe odsu­nię­cie od sie­bie zmar­twień. To, że już tak młode osoby się zamar­twiają i potrze­bują spo­sobu na roz­luź­nie­nie i wyj­ście ze swo­jej głowy, szcze­rze mnie poru­szyło.

Nie­stety to, że ludzie -?mali i duzi -?zamar­twiają się i stre­sują, jest wpi­sane w naszą naturę. Nie­koń­czący się stru­mień myśli, opi­nii i ana­liz w naszej gło­wie jest tak wszech­obecny, że docze­kał się wła­snego przy­domka: "małpi umysł". Jest to dosłow­nie pozo­sta­łość po ewo­lu­cji z naczel­nych w homo sapiens sapiens, albo ina­czej w czło­wieka, który myśli i zdaje sobie sprawę, że myśli.

Na prze­strzeni wie­ków nasze mózgi zostały zapro­gra­mo­wane tak, aby zwra­cać uwagę zarówno na pozy­tywne, jak i nega­tywne bodźce; na szanse oraz zagro­że­nia. Ta opo­wieść zaczyna się od pierw­szych poru­sza­ją­cych się mikro­bów, które zamiesz­ki­wały zie­mię. Mikroby te były wypo­sa­żone w przy­datne czułki, które poma­gały im okre­ślić, gdzie mogą bez­piecz­nie zna­leźć pokarm, a od jakich miejsc powinny trzy­mać się z daleka. Te wbu­do­wane mecha­ni­zmy prze­trwa­nia roz­wi­jały się wraz z postę­pu­jącą ewo­lu­cją. Dzięki nim nasi pre­hi­sto­ryczni przod­ko­wie pojęli, że zry­wa­nie pozio­mek i polo­wa­nie na małe zwie­rzęta pozwala prze­trwać, ale gdy na ich dro­dze staną więk­sze dzi­kie zwie­rzęta, muszą wziąć nogi za pas. Ponie­waż na prze­strzeni lat nasz mózg stale się roz­wi­jał, sta­jąc się coraz bar­dziej zło­żony, wro­dzone mecha­ni­zmy prze­trwa­nia rów­nież sta­wały się coraz bar­dziej skom­pli­ko­wane.

Ludzki mózg nauczył się bły­ska­wicz­nie ana­li­zo­wać bodźce sen­so­ryczne, takie jak obrazy, dźwięki i zapa­chy, aby następ­nie móc szybko je prze­wi­dy­wać. Podam pro­sty przy­kład: chcesz wejść pod prysz­nic i kątem oka widzisz czarną kropkę przy odpły­wie. Twój mózg w mgnie­niu oka prze­wi­nął twoje oso­bi­ste archi­wum wcze­śniej­szych doświad­czeń i stwier­dził, że może to być pająk. Sku­tek? Boisz się, twoje tętno rośnie, zaczy­nasz się pocić i prze­łą­czasz się w tryb obrony. W mig wycią­gasz stopę spod prysz­nica. Dopiero gdy dokład­nie się przyj­rzysz, zoba­czysz, że czarna plamka to włos, który utknął w odpły­wie. Nie ma powodu do paniki. Twoje ciało znów prze­cho­dzi w stan spo­czynku, a ty możesz sko­rzy­stać z cie­płego prysz­nica. To wła­śnie wyjąt­kowo roz­wi­nięte mecha­ni­zmy prze­trwa­nia spo­wo­do­wały, że ludz­kość zaszła w pro­ce­sie ewo­lu­cji tak daleko. Nie­stety jest to rów­nież powód, dla któ­rego w XXI wieku stale zma­gamy się ze stre­sem i zmar­twie­niami. Nasz wbu­do­wany mecha­nizm prze­trwa­nia zro­bił się tak zło­żony, że w ciągu dnia mózg nie odpo­czywa ani przez chwilę, nawet wie­czo­rami, gdy kła­dziemy się do łóżka. Jak czę­sto zda­rza ci się prze­wra­cać z boku na bok, bo twoja głowa jest pełna myśli? Towa­rzy­szy nam poczu­cie, że na każ­dym kroku czyha nie­bez­pie­czeń­stwo: od iry­tu­ją­cego sta­nia w korku i palą­cych ter­mi­nów po grozę i stale obecny nie­po­kój zwią­zany z przy­szło­ścią. Nasz wewnętrzny mecha­nizm prze­trwa­nia zwa­rio­wał i nie potra­fimy już wyłą­czyć naszych mózgów. Dosłow­nie. Jego część, odpo­wia­da­jąca za zamar­twia­nie się, którą nazy­wamy w neu­ro­lo­gii wewnętrzną sie­cią świa­do­mo­ści, działa czę­ściowo nawet w mózgu pacjen­tów będą­cych w śpiączce.

Pod­su­mo­wu­jąc: nasz mózg jest prze­ła­do­wany bodź­cami i nie potra­fimy sobie z tym pora­dzić. Dla­tego uczu­cia stresu, nie­po­koju i depre­sji domi­nują nad sub­tel­nymi uczu­ciami, takimi jak spo­kój i przy­jem­ność. Na szczę­ście jest też dobra wia­do­mość: wszy­scy jedziemy na tym samym wózku, ale możemy też razem z niego wysko­czyć. Jak? Rese­tu­jąc i prze­pro­gra­mo­wu­jąc nasz z góry zapro­gra­mo­wany mózg. Można to zro­bić za pomocą medy­ta­cji. Wiem to nie tylko z wła­snego doświad­cze­nia, ale rów­nież z nauki, która poka­zuje to czarno na bia­łym. Dzięki dzie­się­cio­le­ciom badań opar­tych na współ­pracy pomię­dzy zachod­nią psy­cho­lo­gią i neu­ro­lo­gią a świa­tem kon­tem­pla­cji dowie­dzie­li­śmy się, że medy­ta­cja może sta­no­wić spo­sób na odzy­ska­nie kon­troli nad naszym osza­la­łym wbu­do­wa­nym mecha­ni­zmem prze­trwa­nia, wewnętrz­nym dia­lo­giem, owym gło­si­kiem, który stale do cie­bie mówi; na świa­domą decy­zję o zacho­wa­niu spo­koju i prze­ję­ciu ste­rów nad nie­koń­czą­cym się stru­mie­niem myśli. Dzięki temu medy­to­wa­nie może rów­nież być roz­wią­za­niem współ­cze­snych pro­ble­mów, takich jak stres i cho­roby z nim zwią­zane, stany lękowe, pro­blemy emo­cjo­nalne i psy­chiczne1, pro­blemy z kon­cen­tra­cją, depre­sja i wypa­le­nie2, bez­sen­ność3, chro­niczny ból4, pro­blemy z ukła­dem odpor­no­ścio­wym, cho­roby serca i układu krą­że­nia5, ogólne niskie samo­po­czu­cie oraz defi­cyt miło­ści, zro­zu­mie­nia i empa­tii6. Innymi słowy, ucząc się ina­czej uży­wać swo­jego mózgu, prze­pro­gra­mo­wu­jąc go i bar­dziej roz­wi­ja­jąc jego okre­ślone czę­ści, bie­rzesz sprawy we wła­sne ręce i decy­du­jesz się być bar­dziej szczę­śliwy. Ważne są nie tylko wyda­rze­nia, ale przede wszyst­kim to, w jaki spo­sób się je prze­żywa. Już poprzez samo czy­ta­nie tej książki sta­wiasz pierw­szy krok ku spo­koj­niej­szemu, bar­dziej świa­do­memu i pozy­tyw­nemu życiu. Po czę­ści więc szczę­ście naprawdę jest w zasięgu mózgu.