Przedmowa
Umysł może być naszym najlepszym przyjacielem albo najgorszym wrogiem.
Jeśli w środku nas coś nie działa tak, jak powinno, widać to na
zewnątrz. Ciągłe rozmyślanie o przeszłości, obawy przed przyszłym
cierpieniem oraz brak kontroli nad własnymi myślami mogą prowadzić do
utraty radości i satysfakcji z życia. Ćwiczenie umysłu poprzez medytację
jest bezcennym sposobem na radzenie sobie z wewnętrznymi przyczynami
cierpienia.
Książka Stevena Laureysa, inspirująca pod względem formy i skrupulatna w zakresie naukowego podejścia, zachęca czytelników do docenienia
transformacyjnego potencjału umysłu. Wykorzystując go w pełni, możemy
stać się lepszymi ludźmi, co wpłynie korzystnie na nasze samopoczucie, a także na nasze otoczenie. Miałem przyjemność zaprzyjaźnić się ze
Stevenem i wraz z nim prowadzić przełomowe badania z pogranicza
medytacji oraz funkcjonowania mózgu. W trakcie naszej współpracy
zrodziła się we mnie fascynacja nowymi eksperymentalnymi technikami,
które potrafią określać poziomy "jasności" i "obecności" świadomości.
Nie tylko w przypadkach uszkodzeń mózgu i śpiączki -?obszarów ekspertyzy
Stevena -?lecz także w stanie przytomnym i na różnych poziomach
świadomości, przywoływanych w sposób kontrolowany przez osobę
medytującą, od ciemności podczas snu po krańcowy stan jasności.
W tego typu badaniach osoba medytująca nie jest jedynie biernym i wytrwałym królikiem doświadczalnym (testy mogą trwać aż do ośmiu godzin
dziennie!), ale również ich współautorem. W końcu jako jedyna może
opisać swoje doświadczenie poszczególnych stanów medytacyjnych, na
przykład podczas medytacji uważności, skupionej uwagi i miłującej
dobroci.
Na ile jesteśmy w stanie wytrenować umysł, aby funkcjonował w sposób
konstruktywny, zastępując obsesję zadowoleniem, niepokój spokojem, a nienawiść współczuciem? Jeszcze dwadzieścia lat temu w neuronaukach
panował dogmat, że ludzki mózg od urodzenia zawiera wszystkie neurony i że nasze przeżycia nie wpływają na ich liczbę. Dziś mówi się o "neuroplastyczności", co oznacza, że mózgi nieustannie ewoluują na
podstawie naszych doświadczeń i że są w stanie produkować nowe neurony i połączenia przez całe życie. Mózg może ulec drastycznej zmianie w wyniku
specjalistycznego szkolenia, na przykład nauki gry na instrumencie albo
dyscypliny sportu. Oznacza to, że w podobny sposób można rozwijać
uważność, współczucie, a nawet szczęście, i że w dużej mierze zależą one
od wiedzy i umiejętności, które można nabyć. Wymagają one jednak pewnej
praktyki. Nie oczekujemy przecież, że bez ćwiczenia opanujemy grę w tenisa albo na pianinie. Systematyczne przeznaczanie czasu na rozwijanie
w sobie empatii czy innej pozytywnej cechy daje rezultaty porównywalne z efektami treningu ciała. W buddyzmie medytowanie oznacza "dostosowywanie
się" lub "doskonalenie". Medytacja zawiera w sobie poznanie nowego
sposobu świadomego bycia, umiejętność panowania nad myślami i obserwowania świata. Obecnie neuronauka umożliwia nam ocenę tych metod i zbadanie ich wpływu na mózg i ciało.
Wiele badań wskazuje też, że nie trzeba być mnichem ani mistrzem
medytacji, aby móc skorzystać z jej efektów. Już dwadzieścia minut
codziennej praktyki jest w stanie znacząco pomóc w zmniejszeniu lęku i stresu oraz wzmocnić system odporności i równowagę emocjonalną.
Czternasty Dalajlama postrzega buddyzm przede wszystkim jako naukę o umyśle. Nic dziwnego, zważywszy na to, że według buddyjskich tekstów
wszystkie praktyki duchowe, fizyczne, psychiczne i słowne są pośrednio
lub bezpośrednio zorientowane na transformację umysłu. Yongey Mingyur
Rinpoche, inny buddyjski nauczyciel współpracujący z naukowcami, pisze:
"Jednym z największych problemów podczas badania czyjegoś umysłu jest
głębokie i często nieuświadomione przekonanie, że jesteśmy, jacy
jesteśmy, i nie możemy się zmienić". Sam w młodości doświadczyłem tego
niepotrzebnego pesymizmu, a podczas podróży po świecie często spotykałem
go u innych. Nieuświadomione założenie, iż umysł nie jest w stanie się
zmienić, blokuje każdą próbę zmiany.
Nieustająca troska Dalajlamy o los ludzkich braci i sióstr oraz
długoletnie zainteresowanie odkryciami naukowymi doprowadziły do
założenia Mind & Life Institute przez neuronaukowców Francisca
Varelę i Adama Engla. Instytut zrzesza wybitnych naukowców wokół
Dalajlamy, a od 1985 roku organizuje szereg fascynujących spotkań, w których sam regularnie uczestniczę. Również Steven jest aktywnym
członkiem Mind & Life Europe.
W mowie otwierającej spotkanie Society for Neuroscience w listopadzie
2005 roku w Waszyngtonie, w którym uczestniczyło aż 37 tysięcy
naukowców, Dalajlama podkreślił pragmatyczne i eksperymentalne podłoże
buddyzmu, ukierunkowane na wyeliminowanie cierpienia poprzez lepsze
zrozumienie funkcjonowania umysłu. Zasugerował, że gdy wiedza zdobyta
metodami naukowymi okaże się sprzeczna z niektórymi starymi buddyjskimi
pismami, na przykład dotyczącymi kosmologii, należy uznać ich treść za
przestarzałą. Z drugiej strony buddyzm może udostępnić nauce wiedzę
pozyskaną na drodze dwóch tysięcy lat doświadczeń w ćwiczeniu umysłu.
Stephen Kosslyn, światowej sławy ekspert od tworzenia obrazów
umysłowych, a w tamtym czasie również dyrektor wydziału psychologii na
Uniwersytecie Harvarda, podczas spotkania zorganizowanego przez Mind
& Life Institute w Massachusetts Institute of Technology w Bostonie
powiedział: "Ogrom danych empirycznych dostarczony nam przez buddyjskich
kontemplatorów zasługuje na najwyższy szacunek".
Książka Stevena Laureysa odsłania przed nami ekscytujące perspektywy w raczkującym obszarze badawczym, jakim jest neuronauka kontemplacyjna.
Matthieu Ricard,
mnich buddyjski i naukowiec
Wprowadzenie
"Nie musisz w pełni panować nad swoimi myślami, wystarczy, że
przestaniesz pozwalać im panować nad tobą".
Dan Millman, mistrz świata w skokach na
trampolinie i pisarz
Blisko sto lat temu do starego japońskiego mistrza zen przyszedł profesor uniwersytecki, który chciał dowiedzieć się więcej o medytacji. Mędrzec zaproponował gościowi filiżankę herbaty, a gdy napełnił ją po sam brzeg, nie przestał nalewać. Profesor ze zdumieniem patrzył na wylewający się płyn, aż nie wytrzymał: "Proszę pana, ta filiżanka jest pełna. Więcej się tu nie zmieści". Stary mężczyzna popatrzył na profesora i przemówił łagodnym głosem: "Podobnie jak to naczynie, twoją głowę zalewa nadmiar myśli, zmartwień i opinii. Nie mogę nauczyć cię medytacji zen, dopóki nie opróżnisz swojej filiżanki".
Jestem lekarzem i naukowcem. Zanim zacznę grzebać w pamięci, aby
opowiedzieć bardzo osobistą historię, muszę poczynić pewną uwagę.
Spokojnie można zrzucić to na karb mojej profesji: nieodparty przymus,
aby jako neuronaukowiec nieustannie kwestionować siebie i swój mózg. Gdy
więc przenoszę się w przeszłość do jednego z najtrudniejszych okresów
mojego życia, opowiadam pewną historię. Robię wszystko, co w mojej mocy,
aby przywołać ją w sposób jak najbliższy prawdzie. Ale tak jak u innych,
moja pamięć również blaknie z biegiem lat: mózg miesza intensywne
wspomnienia fleszowe z nieostrymi wspomnieniami długotrwałymi i wypełnia
nimi (w dużej mierze nieświadomie) powstające z upływem czasu luki. Nie
pytaj mnie więc o szczegóły. To ustaliwszy, chcę ci opowiedzieć,
dlaczego ta książka, historie i anegdoty, które w niej zawarłem,
zastosowanie kliniczne medytacji, które zalecam, oraz badania naukowe,
które je poprzedziły, są mi tak bardzo bliskie.
Posiadam tradycyjne wykształcenie lekarskie. Podczas studiów
zgromadziłem sporą wiedzę na temat ludzkiego ciała i mózgu oraz chorób i gotowych sposobów ich leczenia. Następnie razem z moim zespołem
badawczym skupiliśmy się na ludzkiej świadomości. Moją specjalnością
stał się uszkodzony i nieświadomy mózg pacjentów w śpiączce. Dzięki
mojej specjalizacji i badaniom, nad którymi pracowałem w centrum
medycznym i laboratorium badawczym w Li?ge, krok po kroku zbliżałem się
do odpowiedzi na pytania, które zacząłem zadawać sobie jako nastolatek.
Co tu robimy? Dlaczego myślimy? Jak możemy stać się lepsi? Jaki jest
sens naszego istnienia? Otrzymałem szansę, aby jeszcze bardziej zagłębić
się w ludzkiej świadomości, anestezji i hipnozie -?technice, która stała
się przedmiotem wielu naszych badań w szpitalu uniwersyteckim w Li?ge.
Za każdym razem dowiadywałem się czegoś więcej o mózgu, świadomości i myślach; o tym, jak i dlaczego nasze mózgi znajdują się w stanie
ciągłego ruchu i zmiany oraz co zachodzi w naszych głowach, gdy aktywny
mózg stymuluje się w określony sposób.
Wbrew pozorom moim celem nie jest chwalenie się tym, co wiem i czego
dokonałem. Jestem takim samym fanem egocentryzmu czy kultu jednostki jak
i ty. Za pomocą tego krótkiego podsumowania mojego życiorysu chcę tylko
powiedzieć, że cała moja wiedza lekarska i naukowa nie była w stanie mi
pomóc, gdy 17 sierpnia 2012 roku nieoczekiwanie przyszło mi zmierzyć się
z druzgocącym wydarzeniem w życiu osobistym. Z dnia na dzień zostałem
samotnym ojcem z trójką dzieci w wieku siedmiu, jedenastu i trzynastu
lat. Do tamtej chwili ciężko pracowałem i wyrabiałem nienormowane
godziny, aby móc potem jak najlepiej i jak najwięcej inwestować w życie
mojej rodziny. Gdy nagle znalazłem się sam, zagubiony emocjonalnie,
utrzymywanie równowagi stało się jeszcze trudniejsze. Oprócz bycia ojcem
byłem również małżonkiem, a niespodziewany rozwód dotknął mnie osobiście
jako mężczyznę. Na ten ból, mimo mojego wykształcenia i wszystkich
przeczytanych książek, nie było natychmiastowego lekarstwa. Żadna
pigułka, maść ani operacja nie mogły go uleczyć.
Nie mam nic do ukrycia i dlatego nie boję się przyznać, że w pierwszym
roku po rozstaniu było mi naprawdę ciężko. Prowadziłem niezdrowy styl
życia. Aby radzić sobie ze stresem, sięgałem po alkohol i papierosy. Nie
miałem czasu dla siebie, ani dla ciała, ani dla ducha. Forsowałem się,
żeby utrzymać moją karierę i rodzinę. Brałem nawet leki antydepresyjne i tabletki nasenne. Po wielu miesiącach bycia w głębokim dołku i wielokrotnie dotknąwszy dna, zrozumiałem, że dłużej nie dam tak rady.
Zapragnąłem znów odzyskać kontrolę nad swoim życiem. Gdy mierzysz się ze
wstrząsającym wydarzeniem, musisz w końcu pomyśleć o sobie; wymyślić
siebie na nowo.
Dlatego odbyłem rozmowy z psychologami i psychiatrami. Czytałem
poradniki mówiące, jak radzić sobie z tego typu problemami. Zacząłem
przygotowywać się do maratonu, a dzięki poleceniom współpracowników
znalazłem wytchnienie w jodze. Za sprawą książek i cotygodniowych zajęć
jogi po raz pierwszy sam zetknąłem się z medytacją. Oczywiście słyszałem
i czytałem o niej już wcześniej, ale -?podobnie jak wielu moich kolegów
i koleżanek naukowców -?byłem do niej sceptycznie nastawiony. Przed laty
pewien dziennikarz zapytał o moje zdanie na temat uważności, istotnej
składowej medytacji. Zlekceważyłem jego pytanie, zbywając to zjawisko
jako modę, trend z kolorowych magazynów i internetu. W miarę jak
czytałem coraz więcej na ten temat, to nastawienie zaczynało się
zmieniać. Duży wpływ wywarły na mnie również zajęcia jogi i postawa ich
nauczycielki. Nie ma takiej dyscypliny sportu, której kiedyś nie
uprawiałem, ale w żadnej nie doszedłem nigdy do wysokiego poziomu z powodu nazbyt buntowniczej natury. Na przykład, gdy instruktor tenisa
przyczepił się do mojej techniki, odmówiłem trzymania rakiety nieco
wyżej czy przechylenia jej bardziej w lewo lub prawo. Tego rodzaju
przymus kłócił się z moim zbuntowanym, upartym charakterem. Joga o dziwo
nie. Nauczycielka nie przywiązywała wagi do tego, czy moja lewa stopa
stoi we właściwej pozycji albo czy nosem dotykam kolan. W jodze chodziło
o uczucie, które mi dawała, o rozwój, i o to, czego uczyłem się o sobie,
o swoim ciele i świadomości w tamtej chwili. To ostatnie oczywiście
wzbudziło moje szczególne zainteresowanie jako neurologa. W wolnym
czasie, który miałem -?a raczej wygospodarowywałem -?czytałem coraz
więcej książek o filozofii, medytacji i życiu według buddyzmu.
Zagłębiając się w ten temat, automatycznie stawałem się coraz bardziej
świadomy we własnym życiu. Nie pragnąłem już użalać się nad przeszłością
ani na próżno martwić o przyszłość, ale postanowiłem w pełni korzystać z tu i teraz, razem z moimi wspaniałymi dziećmi. Odkryłem, że uważność to
nie tylko modne słowo, jak przed laty powiedziałem dziennikarzowi, ale
coś, co może nadać szczególną wartość wszystkim aspektom codziennego
życia. Na przykład pomóc czerpać prawdziwą przyjemność ze spożywanego
posiłku czy zastanowić się, na co faktycznie przeznaczam swój czas. Albo
podczas wakacji nie myśleć tylko o tym, jak najszybciej dostać się z jednego imponującego zabytku do drugiego, ale naprawdę się zatrzymać i podziwiać piękno tego świata.
Od tamtej chwili medytacja odgrywała ważną rolę nie tylko w mojej
codziennej egzystencji, ale także w moim życiu zawodowym. Po
przeprowadzonych badaniach nad świadomością i hipnozą droga do badań nad
medytacją nie była daleka. Moje naukowe zainteresowanie medytacją
gwałtownie wzrosło, gdy po raz pierwszy spotkałem Matthieu Ricarda -
doktora biologii molekularnej, mnicha buddyjskiego i osobistego tłumacza
czternastego Dalajlamy. Moje przypadkowe spotkanie z tą niezwykle barwną
i inspirującą postacią, której bestsellery o wschodniej filozofii,
medytacji i buddyzmie czytałem już wcześniej, miało miejsce 28 listopada
2013 roku podczas wydarzenia TEDx Talk w Paryżu, serii wykładów z dziedziny nauki, technologii, przedsiębiorczości, socjologii i kreatywności. Matthieu i ja zostaliśmy poproszeni o wygłoszenie
prelekcji podczas edycji dotyczącej świadomości. Chociaż tamtego dnia
złapałem zaledwie urywki wystąpienia Matthieu, jego obecność natychmiast
zwróciła moją uwagę. Ku mojej radości udało nam się porozmawiać po
wykładach. Z powodów, które do dziś pozostają dla mnie tajemnicą, od
pierwszej chwili między nami zaskoczyło. Jak przez mgłę przypominam
sobie, o czym dokładnie rozmawialiśmy. Doskonale za to pamiętam
zdecydowane "tak, zróbmy to" w odpowiedzi na moje zaproszenie do
laboratorium w Li?ge, gdzie razem z moim zespołem zbadaliśmy jego mózg i skutki wieloletniej medytacji na skanerze mózgu. Nie był to dla niego
pierwszy raz. Odkąd poświęcił swoje życie buddyzmowi, a tym samym
medytacji, badało go już wielu naukowców. W ten sposób chcieli oni, tak
jak i mój zespół, zweryfikować potencjalne efekty wpływu medytacji na
rozwój i pracę mózgu. Postanowiłem dołożyć swoją cegiełkę do tworzenia
tych naukowych podstaw, a Matthieu Ricard jawił się jako idealny królik
doświadczalny.
Równolegle do naszej współpracy w ramach badań nad medytacją Matthieu
zaprosił mnie na spotkania Mind & Life, założonego w 1987 roku w Stanach Zjednoczonych instytutu, który postawił sobie za cel nawiązanie
otwartego dialogu pomiędzy współczesną neuronauką a tradycjami
medytacyjnymi i kontemplacyjnymi. Innymi słowy: organizacja dąży do
połączenia rzeczowego świata nauki ze światem duchowym. Jest to więc
dokładnie coś, co mnie interesuje. I tak Matthieu Ricard, Vanessa (moja
nowa partnerka, z którą wziąłem ślub trzy lata później) i ja spotkaliśmy
się ponownie w sierpniu 2014 roku podczas pierwszej szkoły letniej
zorganizowanej przez Mind & Life Europe w klasztorze na sielskiej
wyspie na jeziorze Chiem w Bawarii. Matthieu występował tam nie tylko
jako prelegent, ale był również jednym z wielu obecnych nauczycieli
medytacji. To wtedy razem z Vanessą (neuronaukowczynią i psycholożką z Kanady) po raz pierwszy wzięliśmy udział w formalnej medytacji, czy też
świadomych ćwiczeniach medytacyjnych z prawdziwego zdarzenia. Wcześniej
starałem się być bardziej uważny głównie w codziennym życiu. Tymczasem
podczas tego tygodnia zanurzyłem się w przytłaczającym i stanowiącym
wyzwanie, choć jednocześnie wyjątkowo inspirującym i zbawiennym świecie
medytacji. Budzik rozbrzmiewał o godzinie piątej trzydzieści, najpierw
czekała nas godzina jogi, później godzina medytacji. Po nich w ciszy
zjadaliśmy śniadanie, aby nabrać sił na cały wypełniony wykładami i najróżniejszymi sesjami medytacji dzień. Oczywiście szło to nam,
amatorom, dość opornie. Jeśli chodzi o medytację, byłem -?i wciąż jestem
-?początkujący. Mimo to nie czułem się nieswojo. Tak jak podczas zajęć
jogi miałem poczucie, że mogę dostosować medytację do siebie,
praktykować ją we własny sposób i na swoim poziomie, bez względu na
umiejętności otaczających mnie osób. W mojej ocenie medytacja -?w odróżnieniu od wielu technicznych dyscyplin sportowych i gałęzi sztuki -
nie skupia się na metodach, które należy wykonywać w określony sposób.
Nie zawiera w sobie elementu rywalizacji i nie wymaga wysoko zawieszonej
poprzeczki. Nie potrzeba też do niej żadnych wyjątkowych przedmiotów,
odzieży ani specjalnego miejsca. Uważam, że o ile tylko tobie jest z tym
dobrze, nie da się źle medytować, a jeśli wygląda to inaczej niż u innych, to nic nie szkodzi. Według mnie nie obowiązuje też żaden limit
czasowy. Medytacja jest osobistą ścieżką, o której biegu decydujesz ty
sam. Czy to nie wspaniałe?
Gdy w maju 2015 roku Matthieu Ricard dotrzymał słowa i zamienił celę na
najwyższym piętrze klasztoru Shechen niedaleko Katmandu w Nepalu na
belgijskie miasto Li?ge, miałem okazję gościć go nie tylko w naszym
laboratorium, ale także we własnym domu. Wywołało to niemałe poruszenie
w naszej rodzinie, zwłaszcza u mojego najstarszego syna Hugo, który
blisko rok wcześniej postanowił zostać wegetarianinem. W tamtym czasie
przygotowywanie dla niego osobnych dań kosztowałoby mnie za dużo
wysiłku, dlatego przekonałem go, że jest jeszcze zbyt młody, aby
wykluczyć z diety mięso. Dałem mu do zrozumienia, że bez niego nie
wyrosną mu włosy na przyrodzeniu. Wiem, wiem: brzydkie, ale skuteczne
kłamstewko z dobrych pobudek. Tyle tylko, że gdy Hugo i Matthieu zaczęli
rozmawiać przy kuchennym stole, prawda wyszła na jaw. Ricard, zagorzały
wegetarianin, zachęcił Hugo, aby ten mimo wszystko spróbował i uspokoił
go, że to, co przekazał mu jego ojciec, to wierutne bzdury. Zgodził się
z nim, że zwierzęta są naszymi przyjaciółmi, a przecież przyjaciół się
nie je. Od tego czasu wszyscy nasi domownicy odżywiają się bardziej
fleksitariańsko (to znaczy jemy mniej mięsa), zaś Hugo pozostaje dla nas
wzorem moralnym -?jako wegetarianin i obrońca praw zwierząt.
Czasami ludzie pytają mnie, czy zachowanie Matthieu Ricarda w blasku
fleszy nie jest na pokaz. Odpowiedź jest prosta: nie. Podczas jego
wizyty w naszym domu w Li?ge poznałem tylko jednego Matthieu. Mężczyznę,
który zawsze i wszędzie chodzi ubrany w buddyjską szatę, poza
nielicznymi wyjątkami, na przykład gdy siedzi w piżamie na kanapie albo
w kąpielówkach na basenie i medytuje. Za to go podziwiam. Podróżuje po
całym świecie, ma ogromną liczbę obserwujących w mediach
społecznościowych i jest uwielbiany przez wiele osób niczym gwiazda
rocka. Mimo to twardo stąpa po ziemi. Jest altruistą do szpiku kości,
otwartym na dyskusję na najróżniejsze tematy, w tym o buddyzmie, karmie
i reinkarnacji. Ma odwagę kwestionować siebie i buddyjski styl życia,
nie stroniąc przy tym od eksperymentów naukowych. To kolejny dowód na
to, że warto dać medytacji szansę.
To samo można też powiedzieć o Dalajlamie, i również przekonałem się o tym osobiście. Dzięki współpracy z Matthieu we wrześniu 2016 roku miałem
okazję spędzić dzień z przywódcą buddystów. Wspólnie z Matthieu i Dalajlamą zastanawialiśmy się nad relacjami pomiędzy nauką a buddyzmem
na scenie Uniwersytetu Strasburskiego. Za kulisami zjedliśmy razem
kolację, a Dalajlama odpowiedział na moje pytania. Zdumiało mnie, jak
bardzo otwarty był na dyskusje o naszych różniących się wizjach, o świadomości i o kwestii nauki i wiary. Tak jak Matthieu, Dalajlama miał
znikome ego i zwracaliśmy się do siebie per "bracie". Być może dlatego
na koniec dnia odważyłem się skierować do niego te słowa: "Nie mogę
stwierdzić, czy jesteś dobrym buddystą, ale z pewnością byłbyś świetnym
naukowcem".
Dzięki otwartości Dalajlamy i Matthieu Ricarda uzyskałem odpowiedź na
zasadnicze pytanie: jak medytacja wpływa na nasz mózg? Po podłączeniu
Matthieu do aparatury badawczej w naszym laboratorium odkryliśmy, że
jego mózg znacząco różni się od mózgów jego rówieśników: niektóre jego
części są lepiej rozwinięte. Gdy medytował z dwustoma pięćdziesięcioma
diodami przyczepionymi do głowy, zaobserwowaliśmy również, że niektóre
połączenia w jego mózgu działają lepiej niż u innych
siedemdziesięciolatków. Oczywiście teraz uchylam zaledwie rąbka
tajemnicy -?więcej wyjaśniam w dalszej części książki.
Być może myślisz sobie: co mi z tego, że jakiś neuronaukowiec zbadał
mózg mistrza medytacji? Bardzo się zdziwisz. Tak samo, jak naukowcy
przyglądają się wybitnym sportowcom, dzięki czemu mogą pomóc
uprawiającemu sport Kowalskiemu na przykład poprzez zaprojektowanie
aplikacji biegowej, tak samo badanie ekspertów od medytacji może być
punktem wyjścia do odkrycia, co medytacja może oznaczać dla ciebie.
Wcześniej prowadzone badania także rozróżniają te dwie grupy: część
naukowców, tak jak my, zagląda do mózgów ekspertów, inni zaś wysuwają
intrygujące wnioski na podstawie badań na zwykłych ludziach. W książce
omawiam i te, i te.
Chcę podzielić się z tobą tą wiedzą i przekonać cię, że medytacja może
stanowić uzupełnienie współczesnej zachodniej medycyny.
Badania tego rodzaju są nad wyraz złożone. Będąc naukowcem, jesteś tylko
tak mądry, jak twój sprzęt badawczy. Poza tym nie można wysnuć wniosków
na podstawie tylko jednego badania, chyba że zostanie sprawdzone i potwierdzone przez innych. Kryteriów, jakie musi spełnić badanie
naukowe, zanim przyniesie wiarygodne rezultaty, nadające się do
publikacji w czasopiśmie naukowym, jest więcej. To żmudny proces, o którym piszę więcej w dalszych rozdziałach, ale także jeden z powodów,
dla których ta książka powstała. Długoletnie badania nad medytacją
znacząco powiększyły naszą wiedzę. Choć w medytowaniu nadal jestem tylko
uczniem-amatorem, jako naukowiec jestem pewien, że medytacja może
naprawdę poprawić zdrowie psychiczne i jakość życia. Chcę podzielić się
z tobą tą wiedzą i przekonać cię, że medytacja może stanowić
uzupełnienie współczesnej zachodniej medycyny. Dlatego rzucam ci
wyzwanie: odważysz się? Szkoda byłoby tak po prostu zamknąć się na nowe
czy inne drogi; w końcu żyjemy w ciągle zmieniającym się świecie. Nauka
nie stoi w miejscu -?my także nie powinniśmy.
Moim celem jest pokazanie ci, że istnieje złoty środek pomiędzy ścisłą,
obiektywną nauką a subiektywnymi praktykami duchowymi czy
kontemplacyjnymi. Nie, nie chcę zrobić z ciebie buddysty -?sam nim nie
jestem. Chcę za to wręczyć ci narzędzie, z którego dowiesz się, co może
dać ci medytacja i jak zacząć medytować. Dzięki temu, tak jak i ja,
będziesz w stanie znaleźć własną ścieżkę w rozległym i fascynującym
świecie technik medytacyjnych i ćwiczeń gimnastykujących mózg. Świecie,
gdzie nic nie trzeba, a wszystko wolno, o ile robi się to świadomie. Daj
sobie czas na zgłębienie teorii i praktyki medytacji, wypróbuj
ćwiczenia, które najbardziej do ciebie przemawiają, i odkryj, czym
medytacja jest dla ciebie.
Nie zrozum mnie źle, zawsze trzeba mieć na względzie różnice pomiędzy
osobistą opinią i przypadkami anegdotycznymi a należycie
udokumentowanymi badaniami naukowymi. Uważam jednak za wielką stratę, że
dzisiejsza medycyna poświęca tak mało uwagi aspektowi osobistemu i psychospołecznemu. Przychodzi mi też na myśl efekt placebo, niezwykłe
zjawisko, które odzwierciedla potężny wpływ umysłu na sferę fizyczną. To
samo dotyczy hipnozy i medytacji, mimo to ich możliwości często nie są
brane na poważnie. Jasne, że medytacja nie uśmierza bólu ani nie leczy
raka, co nie znaczy, że nie może naprawdę pomagać. I to jest właśnie
ważne.
Książka ta nie promuje żadnej pojedynczej formy, metody czy tradycji
medytacji. Przeciwnie, zachęcam wszystkich do nawiązania własnej relacji
z medytowaniem. Możesz spędzić wiele godzin na macie albo wykonać kilka
uważnych wdechów i wydechów -?każda z tych technik ma swoje zalety.
Wybieraj to, co w danym momencie ci odpowiada. Na przykład tradycja zen,
w której nieprawidłowa postawa jest karana uderzeniem kijem w ramię, to
nie moja bajka.
Proponuję, żebyśmy zaczęli naszą podróż od małego przedsmaku medytacji, dosłownie i w przenośni. Sięgnij po kostkę ulubionej czekolady albo filiżankę aromatycznej herbaty. Najpierw uważnie się jej przyjrzyj i powąchaj ją, a następnie weź głęboki wdech i skosztuj. Postaraj się skupić na tym, co robisz i odczuwasz w danym momencie. Co czujesz, smakujesz, myślisz, przeżywasz? Zauważ, że można czerpać przyjemność z czekolady czy herbaty w bardziej świadomy sposób. O ile bardziej ją teraz doceniasz, niż gdy robisz to pospiesznie, z automatu i bezrefleksyjnie. Tym właśnie jest medytacja: prostym ćwiczeniem w byciu świadomym. Może jednak jest to coś dla ciebie?
Każdy z nas chce być szczęśliwy. Wszyscy pragniemy być radośni, zdrowi,
energiczni, kochani, silni, zrelaksowani, mądrzy i doceniani. Pytanie
jest tylko jedno: jak to osiągnąć? Wszystko zaczyna się w twoim własnym
cudownym mózgu. Dlatego zamierzam pomóc ci zrozumieć, co właściwie się w nim dzieje i jak możesz na to wpłynąć za pomocą medytacji. Nie będę
bombardować cię przy tym neurologicznym żargonem ani pojęciami z sanskrytu czy innych języków obcych, ale za pomocą opowieści,
klinicznych anegdot i naukowych spostrzeżeń przedstawię ci procesy
zachodzące w twojej głowie oraz wyjaśnię, dlaczego może się tak dziać i jakie mogą być tego skutki.
Natychmiast przychodzi mi do głowy następująca anegdota. Gdy w zeszłym
roku pojawiła się możliwość porozmawiania o medytacji z grupą uczniów
szkoły podstawowej, od razu ją podchwyciłem. Ku mojemu ogromnemu
zdziwieniu okazało się, że naprawdę jestem mile widzianym gościem dla
stu trzydziestu dwunastolatków. Gdy zapytałem, kto spośród nich
doświadcza stresu, zamartwiania się czy problemów ze snem, w powietrzu
znalazło się osiem na dziesięć dłoni. Już dzieci w podstawówce -?które,
jak zakładamy, prowadzą wolne i beztroskie życie -?ucieszyły się na
wieść o ćwiczeniach medytacyjnych, które mieliśmy wspólnie wykonać,
ponieważ tak jak dorośli szukały sposobu na uspokojenie i chwilowe
odsunięcie od siebie zmartwień. To, że już tak młode osoby się
zamartwiają i potrzebują sposobu na rozluźnienie i wyjście ze swojej
głowy, szczerze mnie poruszyło.
Niestety to, że ludzie -?mali i duzi -?zamartwiają się i stresują, jest
wpisane w naszą naturę. Niekończący się strumień myśli, opinii i analiz
w naszej głowie jest tak wszechobecny, że doczekał się własnego
przydomka: "małpi umysł". Jest to dosłownie pozostałość po ewolucji z naczelnych w homo sapiens sapiens, albo inaczej w człowieka, który myśli
i zdaje sobie sprawę, że myśli.
Na przestrzeni wieków nasze mózgi zostały zaprogramowane tak, aby
zwracać uwagę zarówno na pozytywne, jak i negatywne bodźce; na szanse
oraz zagrożenia. Ta opowieść zaczyna się od pierwszych poruszających się
mikrobów, które zamieszkiwały ziemię. Mikroby te były wyposażone w przydatne czułki, które pomagały im określić, gdzie mogą bezpiecznie
znaleźć pokarm, a od jakich miejsc powinny trzymać się z daleka. Te
wbudowane mechanizmy przetrwania rozwijały się wraz z postępującą
ewolucją. Dzięki nim nasi prehistoryczni przodkowie pojęli, że zrywanie
poziomek i polowanie na małe zwierzęta pozwala przetrwać, ale gdy na ich
drodze staną większe dzikie zwierzęta, muszą wziąć nogi za pas. Ponieważ
na przestrzeni lat nasz mózg stale się rozwijał, stając się coraz
bardziej złożony, wrodzone mechanizmy przetrwania również stawały się
coraz bardziej skomplikowane.
Ludzki mózg nauczył się błyskawicznie analizować bodźce sensoryczne, takie jak obrazy, dźwięki i zapachy, aby następnie móc szybko je przewidywać. Podam prosty przykład: chcesz wejść pod prysznic i kątem oka widzisz czarną kropkę przy odpływie. Twój mózg w mgnieniu oka przewinął twoje osobiste archiwum wcześniejszych doświadczeń i stwierdził, że może to być pająk. Skutek? Boisz się, twoje tętno rośnie, zaczynasz się pocić i przełączasz się w tryb obrony. W mig wyciągasz stopę spod prysznica. Dopiero gdy dokładnie się przyjrzysz, zobaczysz, że czarna plamka to włos, który utknął w odpływie. Nie ma powodu do paniki. Twoje ciało znów przechodzi w stan spoczynku, a ty możesz skorzystać z ciepłego prysznica. To właśnie wyjątkowo rozwinięte mechanizmy przetrwania spowodowały, że
ludzkość zaszła w procesie ewolucji tak daleko. Niestety jest to również
powód, dla którego w XXI wieku stale zmagamy się ze stresem i zmartwieniami. Nasz wbudowany mechanizm przetrwania zrobił się tak
złożony, że w ciągu dnia mózg nie odpoczywa ani przez chwilę, nawet
wieczorami, gdy kładziemy się do łóżka. Jak często zdarza ci się
przewracać z boku na bok, bo twoja głowa jest pełna myśli? Towarzyszy
nam poczucie, że na każdym kroku czyha niebezpieczeństwo: od irytującego
stania w korku i palących terminów po grozę i stale obecny niepokój
związany z przyszłością. Nasz wewnętrzny mechanizm przetrwania zwariował
i nie potrafimy już wyłączyć naszych mózgów. Dosłownie. Jego część,
odpowiadająca za zamartwianie się, którą nazywamy w neurologii
wewnętrzną siecią świadomości, działa częściowo nawet w mózgu pacjentów
będących w śpiączce.
Podsumowując: nasz mózg jest przeładowany bodźcami i nie potrafimy sobie z tym poradzić. Dlatego uczucia stresu, niepokoju i depresji dominują nad subtelnymi uczuciami, takimi jak spokój i przyjemność. Na szczęście jest też dobra wiadomość: wszyscy jedziemy na tym samym wózku, ale możemy też razem z niego wyskoczyć. Jak? Resetując i przeprogramowując nasz z góry zaprogramowany mózg. Można to zrobić za pomocą medytacji. Wiem to nie tylko z własnego doświadczenia, ale również z nauki, która pokazuje to czarno na białym. Dzięki dziesięcioleciom badań opartych na współpracy pomiędzy zachodnią psychologią i neurologią a światem kontemplacji dowiedzieliśmy się, że medytacja może stanowić sposób na odzyskanie kontroli nad naszym oszalałym wbudowanym mechanizmem przetrwania, wewnętrznym dialogiem, owym głosikiem, który stale do ciebie mówi; na świadomą decyzję o zachowaniu spokoju i przejęciu sterów nad niekończącym się strumieniem myśli. Dzięki temu medytowanie może również być rozwiązaniem współczesnych problemów, takich jak stres i choroby z nim związane, stany lękowe, problemy emocjonalne i psychiczne1, problemy z koncentracją, depresja i wypalenie2, bezsenność3, chroniczny ból4, problemy z układem odpornościowym, choroby serca i układu krążenia5, ogólne niskie samopoczucie oraz deficyt miłości, zrozumienia i empatii6. Innymi słowy, ucząc się inaczej używać swojego mózgu, przeprogramowując go i bardziej rozwijając jego określone części, bierzesz sprawy we własne ręce i decydujesz się być bardziej szczęśliwy. Ważne są nie tylko wydarzenia, ale przede wszystkim to, w jaki sposób się je przeżywa. Już poprzez samo czytanie tej książki stawiasz pierwszy krok ku spokojniejszemu, bardziej świadomemu i pozytywnemu życiu. Po części więc szczęście naprawdę jest w zasięgu mózgu.