ROZDZIAŁ 1Prototypy ludzkiego smutku
Cierpienie dziecka kumuluje się, ponieważ nie widzi ono końca ciemnego tunelu. Trzynaście tygodni jednego semestru może dłużyć się tak samo jak trzynaście lat.
Graham Greene, A Sort of Life
Reakcje małych dzieci na separację od matki[3]
Wyrosło już nowe pokolenie od czasu, gdy Dorothy Burlingham i Anna Freud opisały swoje doświadczenia w opiece nad niemowlętami i małymi dziećmi przebywającymi w prowadzonym przez nie ośrodku. W dwóch skromnych książeczkach wydanych w czasie II wojny światowej (Burlingham i Freud, 1942, 1944) opisują ogromny trud związany z zapewnieniem opieki małym dzieciom, które zostały pozbawione matczynej opieki. Autorki podkreślają w szczególności, jak dalece niemożliwe jest w placówce zapewnienie dziecku zastępczej opiekunki, która mogłaby zatroszczyć się o nie tak dobrze, jak jego własna matka. Autorki opowiadają, że kiedy Hampstead Nurseries zostało zreorganizowane w taki sposób, by każda z pielęgniarek mogła zajmować się swoją małą grupą podopiecznych, dzieci stały się bardzo zaborcze w stosunku do swoich opiekunek i bardzo zazdrosne, gdy poświęcały one uwagę innym dzieciom: "Tony (3 i pół roku) nie pozwalał siostrze Mary używać "jego własnej" ręki do obsługi innych dzieci. Jim (2 lata i 3 miesiące) wybuchał płaczem, gdy tylko jego "własna" pielęgniarka wychodziła z pokoju. Shirley (4 lata) popadała w wielkie przygnębienie i zaniepokojenie, gdy "jej" Marion z jakiegoś powodu była nieobecna".
Dlaczego, można by zapytać, dzieci te stawały się tak bardzo zaborcze wobec swoich opiekunek i popadały w tak głęboki dystres, gdy ich brakowało? Czy, jak mogą przypuszczać niektórzy tradycjonaliści, dzieci te były rozpieszczone, ponieważ poświęcano im zbyt wiele uwagi i pozwalano im zbyt często stawiać na swoim? Czy może wręcz przeciwnie, po opuszczeniu domu dzieci te były narażone na zbyt wiele zmian figur matczynych sprawujących nad nimi opiekę i/albo zbyt ograniczony dostęp do osoby, która w danej chwili w ośrodku pełniła akurat funkcję figury matczynej? Od tego, jakich odpowiedzi udzielamy te pytania, zależą wszelkie podejmowane przez nas praktyki opiekuńcze.
Dzieci w opisywanych placówkach nie tylko stawały się niezwykle zaborcze i zazdrosne o "swoje" opiekunki, lecz także wykazywały wyjątkową skłonność do odnoszenia się do nich z wrogością, odrzucania lub wycofywania się w stan emocjonalnego odłączenia, co ilustrują przytoczone opisy:
Jim został rozdzielony ze swą bardzo miłą i czułą matką w wieku siedemnastu miesięcy i dobrze się rozwijał w naszej placówce. W trakcie pobytu wytworzył dwie silne relacje przywiązania z dwiema młodymi pielęgniarkami, które opiekowały się nim na zmianę. Mimo że poza tym był on dobrze przystosowanym, aktywnym i towarzyskim dzieckiem, jego zachowanie w kontekście tych dwóch relacji stało się wręcz nie do zniesienia. Był natarczywy, zawłaszczający, nie pozwalał się zostawić ani na chwilę i stale czegoś żądał, nie potrafiąc w żaden sposób określić, o co mu chodzi. Widok Jima leżącego na podłodze, szlochającego i zrozpaczonego nie był rzadkością. Reakcje te zanikały, gdy tylko jego ulubiona opiekunka była nieobecna nawet przez krótki czas. Wówczas stawał się spokojny i obojętny.
Reggie, który trafił do nas jako pięciomiesięczne niemowlę, wrócił do domu do swojej matki w wieku jednego roku i ośmiu miesięcy, i jest z nami od czasu powrotu do ośrodka dwa miesiące później. Podczas pobytu u nas nawiązał dwie płomienne relacje z dwiema młodymi opiekunkami, które zajmowały się nim w różnych okresach. Drugi związek został nagle zerwany, gdy Reggie miał dwa lata i osiem miesięcy, kiedy jego "osobista" opiekunka wyszła za mąż. Po jej odejściu był całkowicie zagubiony i zrozpaczony, nie chciał nawet na nią spojrzeć, gdy odwiedziła go dwa tygodnie później. Odwracał głowę od niej, gdy do niego mówiła, jednak po jej wyjściu z pokoju wpatrywał się w zamknięte za nią drzwi. Wieczorem w łóżku wstał i powiedział: "Tylko moja Mary-Ann! Jak ja jej nie lubię".
Obserwacje te, poczynione w trudnych warunkach wojennych i zarejestrowane jako anegdoty, i bez wystarczających szczegółów, rzucają jednak światło na naturę wielu rodzajów zaburzeń psychicznych. Stany lękowe i depresyjne, które występują u dorosłych, a także zaburzenia natury psychopatycznej, można, jak sądzę, powiązać w logiczny sposób ze stanami lęku, rozpaczy i odłączenia opisanymi przez Burlingham i Freud, a następnie przez innych autorów; stanami, które są wzbudzane z niezwykłą łatwością, ilekroć małe dziecko zostanie na dłużej odseparowane od swojej figury matki, kiedy spodziewa się takiej separacji i kiedy, jak to się czasem zdarza, całkowicie ją traci. O ile w późniejszym życiu często bardzo trudno jest stwierdzić, w jaki sposób zaburzony stan emocjonalny człowieka wiąże się z jego doświadczeniami, czy to obecnymi, czy też przeszłymi, o tyle we wczesnym dzieciństwie związek między stanem emocjonalnym a aktualnymi lub niedawnymi doświadczeniami jest często krystalicznie jasny. Uważam, że w tych trudnych doświadczeniach z okresu wczesnego dzieciństwa można dopatrywać się prototypu wielu stanów patologicznych występujących w latach późniejszych.
Oczywiście, większość dzieci po tego rodzaju przeżyciach wraca do równowagi i na ścieżkę normalnego rozwoju, a przynajmniej tak się wydaje. Dlatego nierzadko wyrażane są wątpliwości, czy opisane procesy psychiczne są rzeczywiście tak ściśle związane z zaburzeniami osobowości w późniejszym życiu. Do czasu pojawienia się dalszych dowodów wątpliwości te będą uzasadnione. Jednak argumenty za podtrzymaniem tej tezy są silne. Jednym z nich jest to, że dane pochodzące z wielu źródeł dają się ułożyć i zorganizować w pewien wzorzec, który charakteryzują wewnętrzna spójność oraz zgodność z aktualnymi teoriami biologicznymi. Drugi argument dotyczy tego, że wielu klinicystów i pracowników socjalnych uważa, że uzyskany w ten sposób model pozwala im lepiej zrozumieć problemy, z którymi się zmagają, a tym samym skuteczniej pomagać swoim pacjentom lub klientom.
Dlaczego niektóre osoby odzyskują, w znacznym zakresie bądź całkowicie, równowagę po doświadczeniu separacji i straty, podczas gdy innym najwyraźniej się to nie udaje, to zasadnicze pytanie, na które jednak niełatwo znaleźć odpowiedź. U istot żywych różnice w reakcjach stanowią regułę, a ich wyjaśnienie jest często trudne do ustalenia. Spośród wszystkich osób, które chorują na polio, u mniej niż 1% dochodzi do paraliżu, a tylko ułamek osób należących do tego 1% dotyka niepełnosprawność. Dlaczego dana osoba reaguje w taki, a nie inny sposób, pozostaje niejasne. Twierdzenie, że ponieważ 99% osób zdrowieje, polio jest nieszkodliwą infekcją, byłoby oczywiście absurdem. W rozpatrywanej tutaj domenie równie absurdalne byłoby stwierdzenie, że skoro większość osób po separacji lub stracie wraca do równowagi, doświadczenia te nie mają żadnego znaczenia.
Tak czy inaczej, problem zróżnicowanych reakcji nie przestaje być istotny. Uwarunkowania, które prawdopodobnie odgrywają tu pewną rolę, można podzielić na dwie główne kategorie:
(a) te, które są nieodłącznie lub ściśle związane z samą separacją; zwłaszcza warunki, w jakich dziecko doświadcza opieki z dala od matki;
(b) oraz te, które występują w życiu dziecka przez dłuższy czas, zwłaszcza jego relacje z rodzicami w miesiącach lub latach przed zdarzeniem i po nim.
Tutaj rozważamy zmienne z kategorii (a). Zmienne z kategorii (b) są omawiane w dalszych rozdziałach części III.
Zaczniemy od przeglądu obserwacji na temat tego, jak zachowują się dzieci korzystające z opieki w dwóch bardzo różnych środowiskach. Pierwszym z nich jest zwykły dom małego dziecka, gdzie przebywa ono w obcym miejscu z obcymi ludźmi, spośród których nikt nie jest wystarczająco dostępny, aby zapewnić mu cokolwiek ponad bardzo ograniczony zakres opieki. Drugim jest dom zastępczy, gdzie dziecko otrzymuje całodobową i wykwalifikowaną opiekę matki zastępczej, z którą zdążyło się już w jakimś stopniu zaznajomić.
Okoliczności sprzyjające intensywnym reakcjom
W naszych pierwszych badaniach dzieci były obserwowane w warunkach instytucjonalnych i to właśnie na podstawie tych obserwacji udało się początkowo określić sekwencję reakcji, które określamy jako protest, rozpacz i odłączenie (Robertson i Bowlby, 1952). Od tego czasu koledzy z Tavistock Child Development Research Unit przeprowadzili dwa kolejne badania, najpierw Christoph Heinicke (1956), a następnie Heinicke i Ilse Westheimer (1966). Chociaż w każdym z tych badań obserwowano zaledwie garstkę dzieci (w pierwszym przypadku sześcioro, a w drugim dziesięcioro), badania te są wyjątkowe ze względu na staranność, z jaką zostały zaplanowane, oraz liczbę systematycznych obserwacji. Co więcej, do każdej próby dzieci rozdzielonych ze swymi matkami dobrano i poddano obserwacji grupę kontrolną: w pierwszym badaniu była to całkiem dobrze dopasowana grupa dzieci obserwowanych w pierwszych tygodniach uczęszczania do dziennego żłobka; w drugim była to podobnie dopasowana grupa dzieci obserwowanych we własnych domach. Heinicke i Westheimer poddali swoje dane obróbce statystycznej, a także opisali szczegółowo zachowanie poszczególnych dzieci.
Większe badanie (1966) przeprowadzono w trzech ośrodkach opieki stacjonarnej. Organizacja i wyposażenie tych placówek były dość podobne. W każdej z nich dziecko należało do określonej grupy i przebywało głównie pod opieką jednej lub dwóch opiekunek. Dzieci miały tam zapewnioną możliwość swobodnej zabawy w dużych salach lub na zewnątrz w ogrodzie. Przed przyjęciem dziecka do placówki kontakt z rodziną nawiązywała osoba pełniąca funkcję psychiatrycznego pracownika socjalnego (Ilse Westheimer), odpowiedzialna zarówno w owym momencie, jak i później za gromadzenie pełnych informacji o rodzinie i dziecku. Obserwacje prowadzono podczas przybycia dziecka do ośrodka, a następnie sześć razy w tygodniu podczas swobodnej zabawy w placówce. Każde z dwojga obserwatorów (mężczyzna, Christoph Heinicke, i kobieta, Elizabeth Wolpert) prowadziło obserwacje przez co najmniej pół godziny podczas każdego z okresów próbkowania, na które podzielono tydzień (poniedziałek i wtorek; środa i czwartek; piątek, sobota i niedziela). Zastosowana tu metoda, polegająca na kategoryzacji jednostek zachowania z uwagi na ich podmiot, czyli wykonawcę, przedmiot, czyli osobę, do której się odnosiło owo zachowanie, relację, rodzaj zachowania oraz jego intensywność, była już stosowana we wcześniejszych badaniach i okazała się miarodajna.
Oprócz skategoryzowanych obserwacji swobodnego zachowania, przeprowadzono podobnie skategoryzowane obserwacje zachowania każdego dziecka podczas standaryzowanych sesji zabawy lalkami; ponadto odnotowywano wiele innych informacji dotyczących pobytu poszczególnych dzieci w ośrodku.
Pierwotnie zamierzano wyodrębnić dzieci separowane od rodziców na podstawie pięciu kryteriów zastosowanych w pierwszym badaniu, a mianowicie: (I) dziecko nigdy wcześniej nie doświadczyło separacji trwającej dłużej niż trzy dni, (II) dziecko mieściło się w przedziale wiekowym od piętnastu do trzydziestu miesięcy, (III) dziecko nie trafiło do placówki z rodzeństwem, (IV) do czasu separacji mieszkało z matką i ojcem oraz (V) nie było dowodów świadczących o tym, że umieszczenie w ośrodku opiekuńczym wskazywało na odrzucenie ze strony rodziców. Ze względu na trudności z pozyskaniem uczestników badania kryteria te musiały jednak zostać zmodyfikowane poprzez dopuszczenie większej elastyczności w ich stosowaniu.
Chociaż większość dzieci biorących udział w badaniu nie doświadczyła wcześniej separacji, albo okresy separacji były bardzo krótkie, to jednak w jednym przypadku okres wcześniejszej separacji wynosił cztery tygodnie, a w dwóch przypadkach - trzy tygodnie. Przedział wiekowy został nieco rozszerzony i obejmował od trzynastu do trzydziestu dwóch miesięcy, zamiast od piętnastu do trzydziestu miesięcy. Jednak najbardziej wyraźnym odstępstwem od poprzednich kryteriów było to, że czworo spośród badanych dzieci trafiło do żłobka w towarzystwie rodzeństwa: w trzech przypadkach było to rodzeństwo czteroletnie, a w jednym - młodsze. Pozostałe dwa kryteria utrzymano bez zmian: każde z dzieci w momencie separacji mieszkało z matką i ojcem, i nie było żadnych przesłanek, by podejrzewać, że było ono odrzucane przez rodziców poprzez umieszczenie go w stacjonarnej placówce.
Powodem, dla którego badana dziesiątka dzieci została objęta opieką w żłobku stacjonarnym, były nagłe wydarzenia rodzinne, przy czym zabrakło krewnych czy przyjaciół, którzy mogliby tymczasowo zająć się dziećmi. W przypadku siedmiu rodzin matka miała przed sobą pobyt w szpitalu z powodu narodzin kolejnego dziecka. W dwóch innych przypadkach matka miała trafić do szpitala z powodu konieczności skorzystania z innej formy pomocy medycznej. Dziesiąta rodzina straciła dom nad głową.
Heinicke i Westheimer w swojej książce Brief Separations (1966) opisują między innymi zachowania typowe dla dziesięciorga dzieci podczas pobytu w żłobku oraz zachowania typowe dla dzieci po powrocie do domu. W kolejnych akapitach przedstawiono część ich najważniejszych ustaleń. Każdy z opisanych wzorców został już zaobserwowany przez Robertsona podczas jego wcześniejszych, mniej usystematyzowanych, ale bardziej rozległych badań.
Zachowanie podczas separacji
Dzieci przybyły do placówki pod opieką jednego z rodziców lub ich obojga. Czworo z nich, przyprowadzonych przez ojca, trzymało się blisko niego i już wtedy wydawało się przygaszone i zalęknione. Spośród pozostałych dzieci, które przybyły z matką lub obojgiem rodziców, część wydawała się bardziej pewna siebie i gotowa do eksploracji nowego środowiska. Wyruszały one na krótsze lub dłuższe wypady, oddalając się od rodziców, po czym do nich wracały.
Gdy zbliżała się chwila odejścia rodzica (lub rodziców), pojawienie się płaczu lub krzyku było regułą. Jedno z dzieci próbowało podążać za rodzicami, dopytując się usilnie, dokąd idą, aż w końcu musiało zostać wepchnięte przez matkę z powrotem do sali. Inne rzuciło się na podłogę i odmawiało przyjęcia wszelkich propozycji pocieszenia. Łącznie, wkrótce po wyjściu rodziców, głośno płakało ośmioro dzieci. Również pora snu sprzyjała łzom. Dwoje dzieci, które wcześniej nie zapłakały, wpadło w krzyk po położeniu do łóżeczka i nie sposób było ich ukoić. Część dzieci, które już wcześniej przestały płakać, w porze snu ponownie zaczęła szlochać. Jedna z dziewczynek, która przybyła do placówki wieczorem i położono ją prosto do łóżka, nalegała, aby nie zdejmować z niej płaszczyka, kurczowo ściskała swoją lalkę i płakała wydając "przerażająco wysokie dźwięki". Gdy w końcu zasnęła ze zwykłego zmęczenia, raz za razem budziła się z krzykiem, wołając mamę.
Płacz za rodzicami, głównie za matką, był dominującą reakcją zwłaszcza w ciągu pierwszych trzech dni separacji. Wprawdzie później pojawiał się rzadziej, ale od czasu do czasu obserwowano go u każdego z dzieci przez co najmniej dziewięć pierwszych dni. Szczególnie często występował w porze snu i w nocy. O świcie drugiego dnia separacji jedno z dzieci, osiemnastomiesięczna Katie, obudziła się z krzykiem i wołała mamę. Tej nocy już nie zasnęła i płakała za mamą aż do południa. W pierwszych dniach separacji wizyta ojca także wywołała ponowny płacz. Pewna dziewczynka, którą ojciec odwiedził trzeciego dnia pobytu w placówce, płakała gwałtownie i nieprzerwanie przez dwadzieścia minut po jego wyjściu.
Zdarzało się również, że dziecko szukało matki, co było szczególnie widoczne u Katie. Po pierwszym tygodniu Katie przestała płakać za matką, a nawet wyglądała na zadowoloną, gdy siedząc na kolanach pielęgniarki, oglądała telewizję. Od czasu do czasu domagała się jednak, aby pójść na górę. Na pytanie, co ma nadzieję tam znaleźć, bez wahania odpowiadała: "Mamusię".
Te zorientowane na swoich niedostępnych rodziców małe dzieci nie były w nastroju ani do współpracy z opiekunkami, ani do korzystania z ich wsparcia. Początkowo nie pozwalały się ani ubierać, ani rozbierać, nie chciały jeść, nie chciały korzystać z nocnika. Pierwszego dnia wszystkie, z wyjątkiem jednego, najmłodszego, nikogo do siebie nie dopuszczały, nie pozwalały się brać na ręce czy pocieszać. Drugiego lub trzeciego dnia opór osłabł, ale nawet po upływie blisko dwóch tygodni ponad jedna trzecia propozycji i żądań pielęgniarek nadal spotykała się z oporem.
Jednakże, mimo nadal częstego oporu wobec pielęgniarek, dzieci zaczęły również od czasu do czasu poszukiwać jakiejś formy pocieszenia bądź czułości z ich strony. Początkowo owe zabiegi o czułość nie miały charakteru selektywnego, ale przed upływem drugiego tygodnia kilkoro dzieci zaczęło przejawiać określone preferencje. Na przykład, pewna dziewczynka, Gillian, która w pierwszych dniach odmawiała kontaktów z opiekunkami, już szóstego dnia zaczęła wyróżniać jedną z nich i wydawała się szczęśliwa, siedząc na jej kolanach. Co więcej, kiedy pielęgniarka wychodziła z pokoju, Gillian z tęsknotą spoglądała na drzwi. Mimo to uczucia Gillian względem jej opiekunki nie były bynajmniej jednorodne: gdy opiekunka powracała, Gillian oddalała się.
Relacje dzieci z dwojgiem obserwatorów również nie były wolne od sprzeczności. Pierwszego dnia większość dzieci wydawała się przyjaźnie nastawiona do co najmniej jednego z obserwatorów. Później zaczynały one unikać obserwatorów, odsuwając się od nich, odwracając się plecami, wychodząc z pokoju, zamykając oczy bądź chowając głowę w poduszkę. Szczególnie dramatyczne były sytuacje, kiedy dziecko wpadało w panikę natychmiast po wejściu jednego z obserwatorów do pokoju. Na jego lub jej widok dziecko zaczynało krzyczeć i przywierało do pielęgniarki. Czasami dawało się zauważyć u dziecka wyraźną ulgę tuż po wyjściu obserwatora.
Nie trzeba dodawać, że obserwatorzy byli tak nienachalni, jak to tylko możliwe. Zasadniczo ich rolą nie było inicjowanie interakcji, lecz przyjazne reagowanie, gdy tylko dziecko do nich podchodziło. Niemniej jednak elementem planu było to, że pod koniec każdego okresu obserwacji obserwator "aktywnie, choć ostrożnie, podchodził do dziecka, by sprawdzić jego reakcję". W kolejnych rozdziałach tego tomu (rozdziały 7 i 8) przekonamy się, że plan ten niepostrzeżenie przyczynił się do wykreowania okoliczności, które w połączeniu mogą okazać się wyjątkowo przerażające. Dlatego źródeł strachu dzieci przed obserwatorami należy przynajmniej częściowo upatrywać właśnie w tych okolicznościach.
Wszystkie dzieci, z wyjątkiem jednego, przyniosły ze sobą z domu jakiś ulubiony przedmiot. Przez pierwsze mniej więcej trzy dni dzieci bardzo kurczowo trzymały je przy sobie i bardzo się denerwowały, gdy któraś z opiekunek, starając się służyć pomocą, brała je do ręki. Z czasem jednak dzieci zmieniały swoje podejście do ulubionych rzeczy: w jednej chwili przyciskały je do siebie, w innej je odrzucały. Jedna z dziewczynek przykładowo na przemian raz nosiła swoją szmacianą lalkę w ustach, jak czyni to kotka ze swym kocięciem, raz wyrzucała ją, krzycząc: "Nie ma".
Wrogie zachowania, choć nieczęste, nasilały się z upływem dwutygodniowej obserwacji. Często przybierały one formę gryzienia innego dziecka lub poniewierania ulubionym przedmiotem przyniesionym z domu.
Typowe było też osłabienie kontroli zwieraczy. Z ośmiorga dzieci, które osiągnęły pewien stopień kontroli w tym zakresie przed przybyciem do placówki, wszystkie prócz jednego ją zatraciły. Wyjątkiem tym była Elizabeth, która mając dwa lata i osiem miesięcy, była najstarszym z obserwowanych dzieci.
Chociaż pewne zachowania obserwowano u wszystkich lub prawie wszystkich dzieci, to jednak pod wieloma względami różniły się one między sobą. Czwórka z nich na przykład stale była aktywna, a dwoje innych dzieci wolało przebywać w jednym miejscu. Kilkoro dzieci kołysało się, inne nieustannie pocierały oczy i wydawało się, że wciąż są bliskie łez.
Należy przypomnieć, że czworo z tych dzieci trafiło do placówki wraz z rodzeństwem, przy czym troje z czterolatkami, jedno z młodszym dzieckiem. Jak można było się spodziewać, częstotliwość oraz natężenie reakcji typowych dla dzieci przebywających w stacjonarnym żłobku były u nich znacznie mniejsze. Mniej płakały i rzadziej pojawiały się u nich wybuchy jawnej wrogości. Szczególnie w pierwszych dniach pobytu w placówce rodzeństwo stale szukało swego towarzystwa, rozmawiało i bawiło się razem. Wobec osób postronnych dzieci te prezentowały wspólny front, zaznaczając to okrzykami typu: "Ona nie jest twoją siostrą, ona jest moją siostrą".
Zachowanie podczas spotkania z rodzicami i po nim
Nieuniknione jest, że w tego rodzaju sytuacjach czas pobytu dzieci poza domem jest zróżnicowany. W omawianym badaniu dla sześciorga dzieci okres ten trwał od dwunastu do siedemnastu dni, dla czworga o wiele dłużej, odpowiednio siedem, dziesięć, dwanaście i dwadzieścia jeden tygodni. Reakcje poszczególnych dzieci na powrót do domu były pod wieloma względami zróżnicowane. Częściowo miało to związek z długością pobytu poza domem, czego można było się śmiało spodziewać, wziąwszy pod uwagę wyniki wcześniejszych obserwacji Robertsona.
W tej fazie badania wdrożono dwa główne ustalenia pochodzące z wcześniejszych badań przeprowadzonych przez Tavistock. Po pierwsze, należało dokonywać systematycznych bezpośrednich obserwacji zachowania dziecka przy pierwszym ponownym spotkaniu z matką i w ciągu następujących po nim kilku godzin. Po drugie, należało zwrócić szczególną uwagę na reakcję dziecka na wizytę w jego domu osoby obserwującej, którą regularnie widywało w placówce. W związku z tym, mając do dyspozycji trzy osoby zaangażowane w przeprowadzenie badania, pokierowano nimi następująco.
Pierwsza z osób zatrudnionych w ramach badania, Ilse Westheimer, która wcześniej nawiązała kontakt z każdą z rodzin, zanim dziecko trafiło do żłobka, kontynuowała kontaktowanie się z rodzinami podczas nieobecności dziecka, na przykład odwiedzając matkę w szpitalu; była także obecna podczas powrotu dziecka do rodziców, dzięki czemu mogła wtedy prowadzić obserwacje. Z wyjątkiem jednej krótkiej wizyty unikała spotkań z dziećmi podczas ich pobytu w placówce. Komplementarną funkcję pełniło dwoje obserwatorów, Christoph Heinicke i Elizabeth Wolpert, odpowiedzialnych za wszystkie obserwacje dzieci w placówce. Nie kontaktowali się z rodzinami i nie odwiedzali dzieci w domu po ich powrocie, aż do planowanej wizyty dokładnie 16 tygodni później[4]. (Jedynym wyjątkiem od tej zasady była sytuacja, w której z powodu jednorazowej niedostępności Ilse Westheimer w momencie powrotu jednego z dzieci do domu obserwację przeprowadziła Elizabeth Wolpert.)
W przypadku siedmiu rodzin Ilse Westheimer spotkała się z matką w placówce, była świadkiem spotkania dziecka i matki, a następnie odwiozła ich do domu. W trzech innych przypadkach spotkała się z ojcem dziecka w placówce, była świadkiem spotkania dziecka z ojcem, a następnie odwiozła oboje do domu. (W jednym przypadku po drodze odebrali matkę dziecka ze szpitala, którego była pacjentką.)
Podczas pierwszego spotkania z matką po kilku dniach lub tygodniach spędzonych poza domem każde z dziesięciorga dzieci przejawiało pewien stopień odłączenia. Dwoje wydawało się nie rozpoznawać matki. Pozostała ósemka odwracała się lub nawet odchodziła od swych matek. Większość dzieci płakała albo była bliska łez; u niektórych obserwowano na zmianę wzruszenie i brak jakiejkolwiek ekspresji na twarzy.
Beznamiętne albo pełne łez ucieczki od matek kontrastowały z pierwszymi spotkaniami dzieci z ojcami, na których wszystkie dzieci, poza jednym, zareagowały z serdecznością. Co więcej, pięcioro z nich zachowało się przyjaźnie również wobec Ilse Westheimer.
Jeśli chodzi o reakcję odłączenia, to dwa wnioski z wcześniejszych badań znalazły tutaj wyraźne potwierdzenie. Po pierwsze, odłączenie jest szczególnie charakterystyczne dla zachowania dziecka, które po okresie separacji ponownie spotyka się z matką, i jest znacznie mniej wyraźne w odniesieniu do ojca; po drugie, czas trwania odłączenia dziecka od matki koreluje wysoko i znacząco z długością jego pobytu poza domem.
W przypadku dziewięciorga dzieci odłączenie od matki utrzymywało się w pewnym stopniu przez prawie trzy pierwsze dni po powrocie do domu. U pięciorga dzieci było ono tak wyraźne, że ich matki skarżyły się najczęściej, że dziecko traktuje je jak obcą osobę; żadne z tych dzieci nie przejawiało bynajmniej ochoty, by przywierać do matki. U pozostałej czwórki odłączenie nie było tak wyraźne: fazy odwracania się od matki występowały na przemian z fazami przywierania do niej. Tylko jedno dziecko, Elizabeth, najstarsze ze wszystkich, którego separacja od matki trwała najkrócej, zaczęło odnosić się do matki z serdecznością już pod koniec pierwszego dnia pobytu w domu. Zarówno ona, jak i czworo dzieci, które przejawiały zmienne zachowania wobec opiekunów po powrocie do domu, szybko zaczęły okazywać, że boją się być pozostawione same, i stały się bardziej przywierające niż przed separacją.
Istnieją powody, aby sądzić, że po bardzo długiej lub powtarzającej się separacji w ciągu pierwszych trzech lat życia, odłączenie się może nigdy nie ustąpić; o problemach wynikających z tego faktu będzie mowa w tomie III. Po krótszych okresach separacji odłączenie ustępuje po kilku godzinach lub dniach. Po nim następuje zwykle faza wyraźnej ambiwalencji dziecka wobec rodziców. Z jednej strony domaga się ono ich obecności i gorzko płacze, gdy rodzice wychodzą; z drugiej strony bywa wobec nich niechętne, wrogie lub wyzywające. Z dziesięciorga badanych dzieci ośmioro wykazywało znaczącą ambiwalencję, a u pięciorga z nich utrzymywała się ona aż do dwunastu tygodni. Pośród czynników wpływających na czas utrzymywania się ambiwalencji najsilniejszym jest prawdopodobnie sposób, w jaki reaguje na nią matka.
Z przytoczonych opisów wynika, że gdy dziecko wraca do domu po okresie nieobecności, jego zachowanie przysparza rodzicom, a zwłaszcza matce, wielu problemów. Jak zareaguje matka, zależy od wielu czynników: na przykład od tego, jakie relacje miała z dzieckiem przed separacją i czy uważa, że niespokojne i wymagające dziecko lepiej jest pocieszać i uspokajać, czy dyscyplinować. Czynnikiem, na który zwróciła uwagę Westheimer (1970), jest zmiana, jaka może się dokonać w uczuciach matki do dziecka podczas długiej, trwającej wiele tygodni lub miesięcy separacji, kiedy nie widuje ona dziecka. Ciepłe uczucia mogą ostygnąć, a życie rodzinne przeorganizować się w taki sposób, że zabraknie już miejsca dla powracającego dziecka.
Istnieje wiele dowodów na to, że gdy dziecko raz znajdzie się z dala od domu, w obcym miejscu i pod opieką obcych ludzi, zaczyna bardziej się obawiać, że znów zostanie gdzieś zabrane. Robertson przekonał się o tym podczas swoich kilku pierwszych badań. Zauważył, że dzieci, które miały za sobą pobyt w szpitalu, wpadały w panikę na widok każdej osoby w białym fartuchu lub stroju pielęgniarskim i wyraźnie sygnalizowały swój strach przed powrotem do szpitala. Niektóre dzieci stawały się pełne obaw, gdy tylko Robertson odwiedzał je w domu. Starały się go unikać i, o ile nie były w stanie odłączenia, trzymały się blisko matki.
W badaniu Heinicke i Westheimer jedno z dwojga obserwatorów z placówki odwiedziło każde z dzieci szesnaście tygodni po jego powrocie do domu. Wszystkie dzieci wyraźnie pamiętały obserwatora i reagowały na niego silnymi emocjami; wszystkie prócz jednego podejmowały "desperackie próby" unikania obserwatora. Matki były bardzo zaskoczone, że ich dzieci tak bardzo się bały i zapewniały, że inne obce osoby odwiedzające dom nie wywoływały aż takich reakcji.
Zachowanie Josephine, która jako dwulatka spędziła trzynaście dni w placówce, a teraz ma dwa lata i cztery miesiące, jest ilustracją wrogości obserwowanej zazwyczaj przy okazji tych wizyt[5].
Kiedy CH podszedł do drzwi domu na przedmieściach, usłyszał podekscytowane, radosne odgłosy Josephine. Jednak gdy tylko matka dziewczynki otworzyła drzwi, Josephine natychmiast krzyknęła "nie", pobiegła na schody, usiadła, wykrzyczała kolejne "nie", a następnie podniosła świnkę, którą miała z sobą w ośrodku, i rzuciła nią w gościa. Następnie matka, obserwator i dziecko udali się do ogrodu, aby tam spocząć. Josephine jednak nie potrafiła usiedzieć na miejscu i przez cały czas była podekscytowana. Ściągnęła ubrania ze sznurka i zaczęła rzucać je na trawę. Chociaż wszystko to wyglądało na celową prowokację, jej matka początkowo nie zareagowała.
Pobudzenie Josephine narastało. Dziewczynka biegała energicznie, wyskakując kilkakrotnie w powietrze i lądując na pupie, ale zdawała się nie zwracać uwagi na ból, który prawdopodobnie sobie w ten sposób zadawała. Później stała się agresywna wobec matki, rzuciła się na nią i zaczęła gryźć, najpierw jej rękę, a potem naszyjnik. Matka Josephine była zaskoczona tym zachowaniem, ponieważ od jakiegoś czasu nic takiego nie miało miejsca, i teraz je ukróciła.
Przez cały ten czas Josephine bała się obserwatora i z uporem go unikała. Kiedy podszedł do niej, zrobiła bardzo zmartwioną minę, zawołała "mamusiu" i przylgnęła do niej. Mimo że na każdą próbę zbliżenia się obserwatora Josephine reagowała ucieczką, to gdy tylko się nie ruszał, próbowała się do niego podkradać i uderzać go w plecy. Innym razem uciekała, a potem odwracała się w jego stronę i uderzała go znienacka. W końcu, gdy obserwator usiadł spokojnie w jednym miejscu, Josephine podkradła się na tyle blisko, aby przykryć go małym kocem, po czym krzyknęła: "Nie ma". I wtedy znów go odkryła.
Matka dziewczynki stwierdziła, że sposób, w jaki Josephine traktowała obserwatora, bardzo różnił się od tego, jak traktowała innych obcych ludzi. Wyraziła również zdziwienie, że Josephine tak lękliwie unika kogoś, kogo nie widziała od szesnastu tygodni.
Potwierdzenie tezy, że dzieci reagowały w sposób szczególnie bojaźliwy na gości, których znały z placówki, płynie z porównania ich reakcji z reakcjami dzieci z grupy kontrolnej, niemających za sobą pobytu poza domem. Dla grupy kontrolnej wyznaczono okres kilku tygodni, który traktowano jako odpowiednik okresu separacji dzieci z grupy badawczej, natomiast kolejne tygodnie stanowiły okres równoważny fazie po powrocie tamtych dzieci do domu. W okresie równoważnym z separacją Christoph Heinicke i Elizabeth Wolpert odwiedzali dzieci z grupy kontrolnej w ich domach, przeprowadzając te same procedury zabawy lalkami, które stosowali wobec dzieci w żłobku. W obu grupach każde dziecko odbyło dwie lub trzy takie sesje. W przypadku dzieci rozdzielonych z rodzicami były to sesje w trzecim i jedenastym dniu separacji, a gdy separacja trwała dłużej niż trzy tygodnie, ponownie na kilka dni przed powrotem do domu. (W przypadku wszystkich dzieci z grupy kontrolnej sesje odbywały się w trzecim, jedenastym i dwudziestym pierwszym dniu.) Pod koniec szesnastego tygodnia okresu odpowiadającego temu, który upływał w drugiej grupie od momentu powrotu do domu, jeden z dwojga badaczy odwiedził każde dziecko z grupy kontrolnej w celu przeprowadzenia procedury zabawy lalką, zupełnie tak samo, jak to miało miejsce w przypadku dzieci, które doświadczyły separacji. Reakcje dzieci z grupy kontrolnej były zupełnie inne niż te obserwowane w grupie badanej. Dzieci z grupy kontrolnej za każdym razem rozpoznawały gościa i podchodziły do niego[6].
Krytycy naszej tezy dotyczącej separacji uważali kiedyś, że dystres obserwowany u dziecka podczas separacji z matką i zwiększona ambiwalencja oraz lęk obserwowane po okresie separacji muszą świadczyć o niedobrych relacjach między dzieckiem a matką przed tym wydarzeniem lub, być może, odzwierciedlać lęk dziecka związany z ciążą lub chorobą matki. Jednak obserwacje zdrowych dzieci z domów zapewniających całkowicie zadowalającą opiekę, które z różnych powodów zostały rozdzielone ze swymi matkami, pokazują, że niezależnie od innych zmiennych, gdy małe dziecko znajduje się w obcym miejscu, z obcymi ludźmi i bez matki, protest, rozpacz i odłączenie nadal występują. Jedyne dzieci sprawiające wrażenie spokojnych, obserwowane do tej pory w podobnych okolicznościach, to te, które nigdy nie miały żadnej figury, do której mogłyby się przywiązać, lub które doświadczyły wielokrotnych oraz długotrwałych separacji i doszło u nich do mniej lub bardziej trwałego stanu odłączenia. Nie ulega wątpliwości, że różne czynniki współwystępujące z brakiem figury matki sprzyjają nasileniu obserwowanych zaburzeń. Na przykład, im bardziej obce są otoczenie i ludzie lub im bardziej bolesne są zabiegi medyczne, tym bardziej dziecko może być przestraszone i tym głębszych doznaje zaburzeń, zarówno podczas separacji, jak i po niej. Również w tym przypadku obserwacje dotyczące tego, jak bardzo różnie reagują małe dzieci na wszystkie te okoliczności, gdy towarzyszy im matka, pozwalają stwierdzić, że okoliczności te same w sobie nie wystarczają, aby wywołać cokolwiek więcej aniżeli przejściowy dystres; a dla pojawienia się sekwencji protest, rozpacz i odłączenie kluczową zmienną jest obecność lub nieobecność matki.
Okoliczności łagodzące intensywność reakcji
Wydaje się, że spośród znanych czynników łagodzących intensywność reakcji małych dzieci na separację z matką, dwa najbardziej skuteczne to:
- znajomy towarzysz i/albo znajome przedmioty;
- opieka ze strony osoby zastępującej matkę.
Jak można się spodziewać, w sytuacji, gdy obie te okoliczności wystąpią łącznie, jak to często bywa w wielu domach, a więc w przypadku, gdy dzieckiem opiekuje się babcia, zakłócenia są minimalne.
Heinicke i Westheimer (zob. s. 10) to jedni z kilku obserwatorów, którzy zauważyli, że gdy małe dziecko przebywa w całodobowym żłobku z rodzeństwem, jego dystres ulega złagodzeniu, szczególnie w pierwszych dniach. Robertson z kolei spostrzegł, że dziecko może doświadczyć jakiegoś rodzaju pocieszenia, nawet jeśli jego brat czy siostra są młodsi i mają tylko dwa lata. Obecność więc znajomego kompana, nawet jeśli opieka z jego strony jest raczej znikoma, okazuje się czynnikiem łagodzącym o pewnym znaczeniu. Wiadomo również, że przedmioty nieożywione, takie jak ulubione zabawki i osobiste ubrania, także mogą zapewnić pewną dozę komfortu.
Drugim i ważnym czynnikiem łagodzącym jest zapewnienie dziecku zastępczej opieki. Brakuje systematycznych danych na temat tego, jaka może być jej skuteczność w ograniczaniu zaburzeń, gdy opiekę taką sprawuje kobieta obca dziecku. Wiele świadectw niemających charakteru usystematyzowanych obserwacji pokazuje jednak, że małe dziecko początkowo boi się obcej kobiety i odrzuca jej próby matkowania mu. Następnie wykazuje zachowania świadczące o intensywnym konflikcie: z jednej strony maluch poszukuje u opiekunki ukojenia, z drugiej zaś odrzuca ją jako kogoś obcego. Dopiero po kilku dniach lub tygodniach dziecko przyzwyczaja się do nowej relacji. W międzyczasie nadal tęskni za nieobecną figurą matki i czasami wyraża złość na nią z powodu jej nieobecności. (Przykłady tego rodzaju zachowań opisano w rozdziale 2 tomu I.)
Czas trwania zaburzeń zależy częściowo od umiejętności matki zastępczej w dostosowaniu własnego zachowania do zachowania dziecka przeżywającego dystres, niekiedy także przestraszonego i odrzucającego, a częściowo od wieku dziecka. W ramach jednego z badań (jak dotąd tylko pobieżnie zreferowanego) Yarrow (1963) odkrył, że każde dziecko w wieku od siedmiu do dwunastu miesięcy przejawiało zaburzone funkcjonowanie po przeniesieniu z tymczasowej rodziny zastępczej do stałego domu adopcyjnego. W tym przedziale wiekowym, jak stwierdził, "dotkliwość i rozległość zaburzeń wzrasta wraz z wiekiem".
Chociaż dystres jest łagodzony zarówno przez obecność znajomego towarzysza, jak i przez opiekę ze strony matkującej, lecz obcej kobiety, każde z tych rozwiązań ma poważne ograniczenia.
Projekt eksperymentalny
James i Joyce Robertsonowie (1971), łącząc role obserwatorów i rodziców zastępczych, przyjęli do swojego domu czwórkę małych dzieci, które potrzebowały opieki na czas pobytu ich matek w szpitalu. W ten sposób badacze ci starali się ustalić, jak małe dzieci, które mają już za sobą dobre doświadczenia, zareagują w sytuacji separacji na czynniki łagodzące jej skutki (takie, które były wówczas znane i możliwe do zaaranżowania), w szczególności na responsywną opiekę ze strony matki zastępczej, z którą dziecko już wcześniej zdążyłoby się oswoić.
W tym celu pani Robertson zobowiązała się do zapewnienia każdemu dziecku opieki w pełnym wymiarze godzin i przyjęcia, o ile to możliwe, metod stosowanych przez jego własną matkę. Starano się minimalizować poczucie obcości w tej sytuacji i maksymalizować wrażenie swojskości. W okresie około miesiąca poprzedzającego separację dziecko było zapoznawane z domem zastępczym i członkami rodziny zastępczej dzięki licznym wizytom składanym sobie wzajemnie przez obie rodziny. W międzyczasie matka zastępcza dokładała wszelkich starań, aby zorientować się, na jakim etapie rozwoju jest każde z dzieci, poznać jego upodobania i metody wychowawcze stosowane przez jego matkę, aby zachowywać w okresie opieki nad dzieckiem jak najbardziej zbliżony do niej schemat postępowania. W chwili przybycia dziecka do domu zastępczego przywożono wraz z nim jego własne łóżeczko, kołderki i kocyki, znajome zabawki oraz zdjęcie matki. Ponadto, podczas pobytu dziecka poza domem, dokładano wszelkich starań, aby podtrzymywać w nim żywy obraz nieobecnej matki. Matka zastępcza starała się mówić o niej i pokazywać dziecku jej zdjęcie. Ojciec był zachęcany do codziennych wizyt. W miarę możliwości zarówno ojciec, jak i matka zastępcza robili wszystko, aby zapewniać dziecko o jego bliskim powrocie do domu. W ten sposób czyniono co tylko możliwe, aby ograniczać wpływ zmian, z otwartością przyjmować niepokój dziecka związany z utratą matki i zapewniać je, że nie potrwa to dłużej niż będzie konieczne.
W czasie trwania eksperymentu Robertsonowie opiekowali się czwórką dzieci, po jednym na raz, w każdym przypadku, gdy jego matka rodziła kolejne dziecko. Wiek dzieci i liczba dni spędzonych w rodzinie zastępczej przedstawiają się tak:
Kate dwa lata i pięć miesięcy 27 dni
Thomas dwa lata i cztery miesiące 10 dni
Lucy jeden rok i dziewięć miesięcy 19 dni
Jane jeden rok i pięć miesięcy 10 dni
Cała czwórka była pierwszymi dziećmi swych rodziców. Wszystkie dzieci wcześniej mieszkały z rodzicami i nigdy nie doświadczyły separacji od matki, poza sporadycznymi kilkugodzinnymi sytuacjami, kiedy opiekowały się nimi znajome osoby.
Zaburzenia obserwowane u tych dzieci były znacznie łagodniejsze niż te, które obserwuje się w mniej sprzyjających okolicznościach. Jednak wszystkie dzieci były wyraźnie rozdrażnione. Formy zaburzeń w funkcjonowaniu dwojga starszych dzieci różniły się od tych obserwowanych u dwojga młodszych. Chociaż przez większą część czasu spędzonego w rodzinie zastępczej Kate i Thomas wydawali się zadowoleni z panujących tam warunków, oboje wyraźnie przejawiali tęsknotę za własnymi matkami. W przytoczonych dalej krótkich relacjach, zaczerpniętych z pracy Robertsonów (1971), szczególną uwagę poświęcono zdarzeniom, w których dzieci wyrażały swoje niezadowolenie. Istnieje więc pewna obawa, że opisy te mogą przedstawiać niepełny obraz sytuacji.
Thomas, aktywny i przyjazny chłopiec, sprawnie posługujący się mową, zadomowił się u swoich rodziców zastępczych całkiem dobrze. Przez większość czasu był wesoły, utrzymywał przyjazny kontakt z opiekunami i potrafił czerpać radość z zabawy i proponowanych zajęć. Po dwóch dniach zaczął jednak wyrażać zarówno smutek, jak i złość z powodu nieobecności rodziców. Dużo mówił o swojej matce i czasami przytulał jej zdjęcie. Chociaż wydawało się, że w pewnym stopniu rozumie tymczasowy charakter separacji, to jednak z upływem dni sytuacja ta wyraźnie coraz bardziej go obciążała. Zdarzało się, że odrzucał troskliwe starania matki zastępczej i sugerował, że opieka nad nim to rola jego własnej matki: "Nie przytulaj mnie, moja mama mnie przytula". Gdy wizyta jego ojca dobiegała końca, Thomas robił wszystko, aby zapobiec jego wyjściu. Kiedy zaś ojciec wyszedł, chłopiec płakał rzewnie, choć krótko, i nalegał, aby nikt inny nie siedział na krześle ojca. Pod koniec swej wizyty dziewiątego dnia pobytu Thomasa u Robertsonów ojciec chłopca podsumował trudy tej sytuacji w czterech słowach: "Obaj mamy już dość".
Chociaż w opinii Robertsonów Thomas poradził sobie z tym doświadczeniem lepiej niż pozostała trójka dzieci i po powrocie do domu przejawiał jedynie minimalne zaburzenia w funkcjonowaniu, to jednak robił wrażenie bardziej agresywnego i krnąbrnego niż kiedykolwiek wcześniej. Co więcej, kiedy matka zastępcza odwiedziła go w domu rodzinnym, to mimo że pozostawał do niej przyjaźnie nastawiony, zachowywał się jednak wobec niej ostrożnie i przez cały czas trzymał się blisko matki.
Kate, drugie dziecko, niespełna dwuipółlatka, w ciągu pierwszych dziesięciu dni pobytu poza domem wykazywała wiele takich samych zachowań jak Thomas. Z jednej strony jadła i spała dobrze, była wesoła, aktywna i współpracowała z przybranymi opiekunami. Z drugiej strony wyrażała tęsknotę za nieobecnymi rodzicami i czasami złościła się na nich za to, że nie zabrali jej do domu. Dodatkowo, ze względu na komplikacje położnicze matki, Kate przebywała poza domem prawie trzy razy dłużej niż Thomas. W trzecim i czwartym tygodniu jej relacja z matką zastępczą pogłębiła się i wydawało się, że dziewczynka znajduje dla siebie jakąś niszę w rodzinie zastępczej. Niemniej jednak jej tęsknota za własną matką wciąż trwała i była "coraz bardziej zmieszana ze złością". Złość, adresowana do matki zastępczej, szczególnie przybrała na sile po dwóch wizytach Kate u jej biologicznej matki w szpitalu.
Należy zwrócić uwagę na jeszcze jedną cechę zachowania Kate podczas separacji. W drugim tygodniu pobytu u rodziny zastępczej dziewczynka zaczęła się bać, że się zgubi i zaczęła usilnie przywierać do matki zastępczej. Ponadto częściej zdarzało jej się rozpłakać, chwilami też wydawała się czymś zaabsorbowana i rozmarzona. Jej pytanie: "Czego szuka Kate?", wypowiedziane w jednym z takich momentów, wydaje się wskazywać, że tęsknota i poszukiwanie matki, choć nadal aktywne, zaczęły podlegać wyparciu. Gdy w końcu Kate wróciła do domu, od razu przywitała się z matką i zaczęła odbudowywać swoją relację z nią. Całkowicie natomiast zignorowała przybraną matkę, która opiekowała się nią przez prawie cztery tygodnie i spokojnie siedziała tuż obok.
Chociaż Kate zadomowiła się na powrót w swojej rodzinie bez większych trudności, to jednak wyraźnie bardziej domagała się uwagi rodziców. Co więcej, jej reakcja na sytuację, która nastąpiła dwa tygodnie po jej powrocie, wskazywała na silny lęk dziewczynki przed kolejną separacją. Matka chciała mieć pewność, że gdy Kate skończy pięć lat, będzie mogła pójść do pewnej konkretnej szkoły; zabrała tam więc córkę, aby ją zapisać, z ponad dwuletnim wyprzedzeniem. Następnej nocy Kate krzyczała, jakby dręczył ją jakiś koszmarny sen, a rano wystąpiły u niej ostre duszności. Kiedy lekarz, który zdiagnozował astmę oskrzelową, zapytał o stres, matka zorientowała się, że podczas rozmowy w szkole poprzedniego dnia dyrektor zgodził się "przyjąć" Kate.
Żadna z dwóch młodszych dziewczynek, które trafiły do Robertsonów, nie mówiła jeszcze zbyt wiele i żadnej z nich nie można było pomóc w utrzymywaniu w pamięci wyraźnego obrazu nieobecnej matki w takim stopniu jak dwojgu starszym dzieciom. Być może z tego powodu obie dziewczynki dość łatwo przeniosły swe przywiązanie do własnej matki na osobę ją zastępującą i znalazły poczucie bezpieczeństwa w tej nowej sytuacji. Żadna z nich nie przejawiała silnego zdenerwowania. Obie dziewczynki wciąż dobrze funkcjonowały, nabywały nowe umiejętności i poszerzały swój zasób słownictwa. A jednak w obu przypadkach było oczywiste, że nie wszystko jest w porządku. Jane już czwartego dnia pobytu poza domem stała się niespokojna i domagała się uwagi, sprawiała wrażenie "dziecka napiętego, a chwilami oszołomionego". Lucy również miewała gorsze chwile, a dziewiętnastego dnia pobytu u siebie Robertsonowie opisali jej stan jako "bardzo drażliwy".
Wyraźna tęsknota za nieobecną matką i złość na nią występowały u obu dziewczynek jedynie sporadycznie, w zasadzie tylko w reakcji na pewne sygnały przypominające o niej. Jane, na przykład, w szóstym dniu separacji wypatrzyła furtkę własnego ogrodu, otworzyła ją i weszła na posesję, a następnie bezskutecznie próbowała otworzyć drzwi mieszkania rodziców. W drodze powrotnej po raz pierwszy wypowiedziała słowo "mama", do tego stawiała opór przy wejściu do domu rodziny zastępczej. Stosunki Jane z ojcem pogarszały się wraz z postępującą separacją. Początkowo bawiła się radośnie podczas jego odwiedzin, potem złościła się na niego, a w końcu zdawała się celowo go ignorować, aby w końcu przylgnąć do niego i płakać, kiedy zamierzał wyjść. Relacje Lucy z ojcem przebiegały w podobny sposób. Po jednej z wizyt, gdy zabrał ją do parku w pobliżu ich domu, po jego wyjściu wpadła w wielki dystres. Początkowo nie chciała, by matka zastępcza ją pocieszała, ale później przylgnęła do niej z płaczem i nie pozwalała się odstawić na podłogę.
Przy ponownym spotkaniu obie młodsze dziewczynki natychmiast rozpoznały swe matki i reagowały na nie z sympatią. W przeciwieństwie jednak do dwojga starszych dzieci, wydawały się niechętne do rozstania z matką zastępczą. Szczególnie Lucy miała trudności z odseparowaniem się od niej i później wyraźnie odczuwała konflikt z nią związany. Na przykład podczas wizyty matki zastępczej, trzy dni po powrocie do domu, Lucy "oscylowała pomiędzy czułością a obawą, uśmiechała się i marszczyła czoło, trzymała się matki, ale gorzko płakała, gdy matka zastępcza wyszła". Podobnie jak Thomas i Kate, obie młodsze dziewczynki po okresie separacji były bardziej wrogo nastawione do matki niż przed separacją (choć przypuszczalnie w przypadku wszystkich dzieci mogło to być w pewnym stopniu spowodowane obecnością noworodka w domu).
Interpretacja wyników badań
Wszystkie badane dzieci wykazywały znacznie mniejszy dystres niż ten, który występuje u małych dzieci odseparowanych od swych matek w mniej sprzyjających warunkach. Cała czwórka wykazywała jednak niewątpliwe oznaki napięcia, a od czasu do czasu także świadomości braku matki. Reakcje te są interpretowane w różny sposób. Robertsonowie, pod wrażeniem faktu, że opieka responsywnej matki zastępczej w przyjaznym środowisku utrzymuje lęk na "możliwym do zniesienia poziomie" i pozwala na kontynuację "pozytywnego rozwoju", uważają, że można zapobiec wystąpieniu szkodliwej sekwencji protestu, rozpaczy i odłączenia. Prowadzi to do konstatacji, że reakcje dzieci objętych taką opieką zastępczą różnią się jakościowo od reakcji dzieci przebywających w instytucjach i nie można ich traktować wyłącznie jako odmiennych pod względem intensywności. Alternatywny pogląd jest taki, że sekwencja protestu, rozpaczy i odłączenia jednak występuje, ale jest o wiele mniej intensywna i ograniczona. Na przykład wzorzec reakcji zaobserwowany u dwojga starszych dzieci, choć niezbyt nasilony, bardzo wyraźnie zawierał większość elementów, które zgodnie z naszą obecną wiedzą są typowe dla reakcji małych dzieci w trakcie separacji i po krótkiej separacji w mniej komfortowych warunkach - tęsknotę i poszukiwanie nieobecnej matki, smutek, nasilający się protest z powodu jej nieobecności i rosnący gniew na nią za jej nieobecność, zwiększoną ambiwalencję po powrocie do domu i wyraźny strach przed ponowną separacją. Dzięki podjętym środkom ostrożności udało się utrzymać w ryzach rozpacz, a wraz z nią odłączenie, choć u Kate pojawiły się oznaki sugerujące pojawienie się tego stanu. W przypadku dwojga młodszych dzieci wzorzec reakcji był mniej wyraźny, mimo to wystąpiło kilka typowych dla tego zjawiska elementów. Prowadzi to zatem do wniosku, że różnice w reakcjach pomiędzy dziećmi w rodzinach zastępczych i dziećmi umieszczonymi w instytucjach opiekuńczych właściwie należy traktować jako różnice w natężeniu.
Istnieją również inne rozbieżności pomiędzy stanowiskiem teoretycznym Robertsonów a moim własnym, zwłaszcza w odniesieniu do roli żalu i żałoby we wczesnym dzieciństwie. Kwestie te zostaną omówione w tomie III. Tymczasem należy zaznaczyć, że niezależnie od tego, jakie rozbieżności występują między mną a Robertsonami w zakresie teorii, w podejściu do praktyki się nie różnimy. Gdy Robertsonowie zastanawiają się nad praktycznymi wnioskami, jakie można wysnuć z ich badań, ostrzegają, że nie należy zakładać, iż zagrożenia związane z separacją we wczesnych latach życia mogą być całkowicie wyeliminowane, tylko dlatego, że dzieci otoczone troskliwą opieką zastępczą poradziły sobie tak dobrze. Wręcz przeciwnie, oznajmiają, że ich doświadczenia utwierdziły ich w przekonaniu, które od dawna podzielamy, że "separacja jest niebezpieczna i zawsze, gdy to możliwe, należy jej unikać".
Obecność lub nieobecność figury matki jako kluczowa zmienna
Z ostatnich badań Robertsonów i wielu innych obecnie dostępnych wyłaniają się dwa główne wnioski.
1. Sekwencja reakcji obejmująca gwałtowny protest, rozpacz i odłączenie, która pierwotnie zwróciła naszą uwagę, jest efektem współdziałania wielu czynników, a wśród nich najważniejszy to sprzężenie obecności nieznanych ludzi, nieznanych wypadków i braku opieki macierzyńskiej ze strony samej matki lub osoby potrafiącej ją zastąpić.
2. Skoro separacja od figury matki, nawet przy braku pozostałych wymienionych wcześniej czynników, wywołuje smutek, złość, a następnie lęk u dzieci w wieku dwóch lat i starszych oraz porównywalne, choć mniej zróżnicowane, reakcje stresowe u dzieci młodszych, sama w sobie stanowi kluczową zmienną determinującą stan emocjonalny i zachowanie dziecka.
Przez "figurę matki" rozumiemy osobę, do której dziecko preferencyjnie kieruje swoje zachowania przywiązaniowe, a przez "matkę zastępczą" - każdą inną osobę, do której dziecko jest skłonne czasowo kierować swe zachowania przywiązaniowe. Ponieważ jednak z wiekiem każda osoba kieruje swoje zachowania przywiązaniowe nie tylko do matki lub osoby pełniącej funkcję matki zastępczej, warto mieć do dyspozycji terminy, które nie są ściśle zarezerwowane dla relacji pomiędzy dzieckiem a rodzicem. Wśród terminów używanych tutaj w odniesieniu do każdego, do kogo są adresowane zachowania przywiązaniowe, znajdują się "figura przywiązania" i "figura wspierająca".
"Obecność" i "nieobecność" to pojęcia względne i o ile nie zostaną zdefiniowane, mogą być przyczyną nieporozumień. Przez obecność rozumie się "stałą dostępność", przez nieobecność - "niedostępność". Słowa "separacja" i "strata" w tej pracy oznaczają zawsze, że figura przywiązania podmiotu jest niedostępna, albo tymczasowo (separacja), albo trwale (strata)[7].
Dobór odpowiedniego języka jest problematyczny, nie tylko tutaj, lecz także w innych punktach. Na przykład, jak długo trwa tymczasowa separacja? Odpowiedź zależy oczywiście od wieku osoby, której to dotyczy. I tak to, co dla rocznego dziecka może wydawać się nieskończonością, dla dziecka w wieku szkolnym może być nieistotne. To, co dla dziecka w wieku szkolnym może wydawać się nieskończonością, dla dorosłego może nie mieć większego znaczenia. Kolejnym, i to trudniejszym, problemem jest ustalenie, w którym momencie separacja, początkowo tymczasowa, staje się permanentna - lub przynajmniej kiedy jako taka zaczyna być spostrzegana przez jej ofiarę i przez inne osoby.
Jeszcze inna trudność wiąże się z tym, że matka może być obecna fizycznie, ale nieobecna "emocjonalnie". Oznacza to oczywiście, że matka, choć obecna ciałem, może nie reagować na dziecięce pragnienie opieki macierzyńskiej. Taka nieresponsywność może wynikać z wielu przyczyn - depresji, odrzucenia, zaabsorbowania innymi sprawami - ale niezależnie od powodu, dla dziecka matka w takiej sytuacji jest co najwyżej połowicznie obecna. I wreszcie, matka może grozić dziecku porzuceniem, czyniąc z tego środek dyscyplinujący, co prawdopodobnie ma niepomiernie większy wpływ patogenny, niż się obecnie uznaje.
Te i inne problemy zostaną omówione w dalszych rozdziałach. Tymczasem możemy precyzyjniej sformułować naszą tezę. To, czy dziecko lub dorosły znajduje się w stanie poczucia bezpieczeństwa, lęku czy dystresu, zależy w dużej mierze od dostępności i responsywności jego głównej figury przywiązania.
Byli i nadal istnieją klinicyści oraz inne osoby zainteresowane dziećmi, którym trudno jest uwierzyć, że dostępność lub niedostępność figury przywiązania może być sama w sobie kluczową zmienną decydującą o tym, czy dziecko (lub osoba dorosła) odczuwa szczęście, czy też jest w dystresie. Jednym z powodów tego niedowierzania jest założenie, że skoro nie istnieje nic "obiektywnego", czyli z natury rzeczy bolesnego lub niebezpiecznego, z powodu czego dziecko lub osoba dorosła miałaby pozostawać w dystresie lub czego mogłaby się bać, to wszelki przeżywany przez nią dystres i lęk są z pewnością irracjonalne. Jeśli zaś są irracjonalne, to należy je uznać za neurotyczne. Inne powody są pochodną wadliwej teorii natury zachowań instynktownych, a zwłaszcza braku rozróżnienia pomiędzy związkiem przyczynowym a funkcją (zob. tom I, rozdziały 6 i 8). Kolejne wynikają z wielu nieporozumień i błędnego wartościowania, do którego prowadzi pojęcie zależności (zob. tom I, rozdział 12). Jeszcze innym i zupełnie odrębnym powodem jest być może zwyczajna niedogodność omawianych tu faktów dla praktyki życiowej, daleka od tego, jak przedstawiałaby się sytuacja, gdyby każde normalne dziecko było szczęśliwe i zadowolone, mając za opiekunkę kogokolwiek - pod warunkiem że byłaby to osoba życzliwa. Gdybyż tylko dzieci chciały być "rozsądne" w tym względzie, o ile łatwiejsze byłoby życie!
Aby zrozumieć, jak zrodziły się niektóre z wymienionych trudności, warto zastanowić się, jak w literaturze psychoanalitycznej traktuje się znaczenie separacji i straty dla rozwoju osobowości i psychopatologii. W szczególności warto przeanalizować miejsce, jakie separacja zajmuje w teoriach lęku oraz różne proponowane wyjaśnienia jej oddziaływania. Niektóre z nich zostały prześledzone w następnym rozdziale, przy okazji porównano też stanowisko przyjęte w tym opracowaniu ze stanowiskiem obowiązującym w bardziej tradycyjnych pracach psychoanalitycznych.
Przedmowa
W przedmowie do tomu I tej pracy opisuję okoliczności, w jakich została ona zapoczątkowana. Doświadczenie kliniczne nabyte w pracy z dziećmi z zaburzeniami, badania nad ich środowiskiem rodzinnym oraz możliwość zapoznania się w 1950 roku z literaturą i przedyskutowania problemów zdrowia psychicznego z kolegami z kilku krajów doprowadziły mnie, w raporcie zleconym przez Światową Organizację Zdrowia, do sformułowania następującej reguły: "Uznaje się, że dla zdrowia psychicznego zasadnicze znaczenie ma to, aby niemowlę i małe dziecko doświadczało ciepłej, intymnej i ciągłej relacji z matką (lub stałą osobą zastępującą matkę), w której oboje znajdują zadowolenie i radość" (Bowlby, 1951). Na poparcie tego wniosku zostały przedstawione dowody pozwalające sądzić, że wiele form psychonerwic i zaburzeń charakteru można przypisać albo deprywacji matczynej opieki, albo brakom ciągłości w relacji dziecka z jego matką.
Choć wówczas zawartość raportu wzbudziła kontrowersje, obecnie większość sformułowanych w nim wniosków znajduje akceptację. Wyraźnie jednak brakowało opisu procesów, które doprowadzają do powstania jakże licznych i różnorodnych negatywnych skutków, przypisywanych deprywacji opieki matczynej lub nieciągłości więzi między matką a dzieckiem. Od tamtego czasu staramy się wraz z moimi kolegami wypełnić tę lukę. Przyjęliśmy przy tym strategię badawczą, która naszym zdaniem jest jeszcze zbyt rzadko wykorzystywana w dziedzinie psychopatologii.
W swojej codziennej pracy, zarówno z przejawiającymi zaburzenia dziećmi, dorosłymi, jak i rodzinami, klinicyści z konieczności muszą rozpatrywać proces przyczynowy wstecznie, wychodząc od aktualnych zaburzeń, cofać się do przeszłych wydarzeń i warunków. Chociaż metoda ta przynosi wiele cennych spostrzeżeń na temat możliwych zdarzeń patogennych i typów procesów patologicznych, do których wydają się one prowadzić, jako metoda badawcza ma poważne ograniczenia. Uzupełnieniem jej jest metoda stosowana regularnie w innych gałęziach badań medycznych, polegająca na tym, że po zidentyfikowaniu możliwego patogenu bada się jego skutki prospektywnie. Jeżeli patogen został prawidłowo zidentyfikowany i umiejętnie przeprowadzono badania krótko- i długofalowych skutków jego działania, możliwe jest opisanie procesów uruchomionych przez czynnik patogenny, oraz drogi, którą prowadzą one do różnych powstających na skutek owego patogenu stanów chorobowych. W takich badaniach należy zwrócić uwagę nie tylko na procesy uruchomione przez patogen, lecz także na bardzo wiele czynników, wewnętrznych i zewnętrznych względem organizmu, które oddziałują na ich przebieg. Tylko w ten sposób można zrozumieć poszczególne procesy, uwarunkowania i etapy, prowadzące od potencjalnie patogennego zdarzenia do powstania poszczególnych rodzajów zaburzeń, które były pierwotnym przedmiotem zainteresowania klinicysty.
Przyjmując strategię badań prospektywnych, wspólnie z innymi badaczami już od dawna jesteśmy pod głębokim wrażeniem obserwacji naszego kolegi, Jamesa Robertsona, który zarejestrował, zarówno na papierze, jak i na taśmie filmowej, reakcje małych dzieci, w drugim i trzecim roku życia, na pobyt poza domem, w obcym miejscu, pod opieką kolejnych nieznanych osób, a następnie reakcje tych samych dzieci w momencie powrotu do domu, do ich matek oraz w późniejszym czasie po powrocie (Robertson, 1952, 1953; Robertson i Bowlby, 1952). Podczas pobytu poza domem, na przykład w całodobowym żłobku lub na oddziale szpitalnym, małe dziecko zazwyczaj przez pewien czas przejawia silny dystres i nie daje się łatwo ukoić. Po powrocie do domu jest albo emocjonalnie odłączone od matki, albo intensywnie do niej przywiera; zwykle okres odłączenia, o długości którego decyduje głównie długość separacji, jest poprzedzony fazą, w której dziecko usilnie domaga się obecności matki. Jeżeli dziecko z jakiegokolwiek powodu nabierze przekonania, że istnieje ryzyko dalszej separacji, może doświadczać dotkliwego lęku.
Zastanawiając się nad tymi obserwacjami, doszliśmy do wniosku, że "utrata figury matki, sama w sobie lub w połączeniu z innymi zmiennymi, czekającymi jeszcze na dokładne rozpoznanie, jest w stanie wygenerować reakcje i procesy budzące najwyższe zainteresowanie z punktu widzenia psychopatologii". Nasze przekonanie wynikało stąd, że zaobserwowane wtedy reakcje i procesy wydawały się takie same jak te, które odnajdujemy u osób starszych, wciąż cierpiących na zaburzenia wywołane przez separację doznaną we wczesnym okresie życia. Należą do nich z jednej strony, tendencja do stawiania innym bardzo wysokich wymagań oraz lęk i złość, gdy wymagania te nie są spełniane, powszechne u osób określanych jako neurotyczne; z drugiej strony, blokada zdolności do nawiązywania głębokich relacji, występująca u osób z bezuczuciową i psychopatyczną osobowością.
Od samego początku ważnym i kontrowersyjnym zagadnieniem była rola, jaką w reakcjach dzieci na separację z matką odgrywają inne zmienne niż separacja per se. Chodzi tu o takie czynniki jak choroba, obce otoczenie, w którym znajduje się dziecko; forma opieki zastępczej oferowana dziecku z dala od domu; rodzaj relacji utrzymywanych przez nie z innymi zarówno przed wydarzeniem, jak i po tym wydarzeniu. Oczywistym jest, że czynniki te mogą znacznie nasilić, a w niektórych przypadkach złagodzić reakcje dziecka. Niemniej jednak dowody na to, że obecność lub nieobecność matki sama w sobie jest czynnikiem najsilniej determinującym stan emocjonalny dziecka, są przekonujące. Zagadnienie to zostało już omówione w rozdziale 2 tomu I, gdzie przedstawiono wybrane istotne wyniki badań. Ponownie zostaje ono poruszone w rozdziale 1 tego tomu, gdzie zwracam uwagę na wyniki projektu dotyczącego opieki zastępczej, podjętego w ostatnich latach przez Jamesa i Joyce Robertsonów, w ramach którego "starali się oni stworzyć sytuację separacji w taki sposób, by wiele czynników komplikujących badania instytucjonalne zostało wyeliminowanych; w której potrzeby emocjonalne dzieci byłyby zaspokajane w miarę możliwości przez w pełni dostępną matkę zastępczą" (Robertson i Robertson, 1971)[1]. Analiza ustaleń poczynionych przez Robertsonów doprowadziła do pewnej modyfikacji poglądów wyrażanych we wcześniejszych publikacjach, w których nie przywiązywano dostatecznej wagi do wpływu umiejętnej opieki sprawowanej przez znajomego opiekuna zastępczego.
Równolegle z badaniami empirycznymi prowadzonymi przez moich kolegów, sam również zajmowałem się badaniem teoretycznych i klinicznych implikacji tych danych. Przede wszystkim starałem się opracować schemat, który pozwoliłby na zrozumienie danych pochodzących z wielu odrębnych źródeł:
(a) obserwacji dotyczących zachowania małych dzieci w czasie, gdy przebywają one z dala od matki oraz po powrocie do niej do domu;
(b) obserwacji dotyczących zachowania starszych dzieci i dorosłych podczas separacji z bliską osobą, po okresie separacji z nią lub po trwałej utracie takiej osoby;
(c) obserwacji trudności występujących w pracy klinicznej z dziećmi i dorosłymi, którzy w dzieciństwie lub w okresie dorastania doświadczyli długotrwałej separacji lub straty bądź mieli powody, aby się ich obawiać; mowa tu o różnego rodzaju ostrych lub chronicznych stanach lękowych i depresji, a także o występujących w różnym nasileniu trudnościach w nawiązywaniu i utrzymywaniu bliskich więzi uczuciowych, czy to z figurami rodziców, z przedstawicielami płci przeciwnej, czy też z własnymi dziećmi.
Pierwsze kroki w kierunku sformułowania modelu teoretycznego w tym obszarze zostały podjęte w serii prac opublikowanych w latach 1958-1963. Obecna trzytomowa praca[2] jest kolejną próbą jego wypracowania.
Tom I, Przywiązanie, jest poświęcony problemom poruszonym pierwotnie w pierwszym artykule serii, The Nature of the Child's Tie to his Mother (1958b). Aby skutecznie omówić dane empiryczne dotyczące rozwoju tego związku i sformułować wyjaśniającą go teorię, konieczne okazało się najpierw przedyskutowanie całego problemu zachowań instynktownych i możliwie najlepszej ich konceptualizacji. W tym celu korzystałem w dużej mierze z ustaleń i idei wprowadzonych przez etologów, a także z pojęć zaczerpniętych z teorii kontroli.
Ten tom, II, dotyczy głównie problemów związanych z lękiem separacyjnym i obejmuje zagadnienia poruszone pierwotnie w dwóch kolejnych pracach z pierwotnej serii: Separation Anxiety (1960a) i Separation Anxiety: A Critical Review of the Literature (1961a). Po raz kolejny w celu lepszego zrozumienia stojących przed nami problemów - dystresu występującego podczas separacji i często pojawiającego się w jej następstwie lęku - pożądane okazało się omówienie w pierwszej kolejności szerokiego zakresu powiązanych z nim zjawisk i teorii, w szczególności różnych form zachowań uznawanych za wskaźniki strachu oraz właściwości sytuacji, które powszechnie wywołują strach. Omówienie to zajmuje część drugą tomu; stanowi ono tło rozważań podjętych w części trzeciej, dotyczących dużych rozbieżności w podatności na strach i lęk, które obserwuje się, gdy porównujemy różne osoby. Ze względu na niedostatek danych niezbędnych do wykonania tego zadania, konieczna jest znaczna ekstrapolacja, a uzyskany obraz jest niekompletny. W niektórych miejscach można go namalować szczegółowo, w innych tylko orientacyjnie. Celem jest przedłożenie klinicystom oraz innym czytelnikom reguł, na których mogą oprzeć swoje działania, a badaczom - problemów do eksploracji i hipotez do testowania.
Tom III, Strata, będzie dotyczył problemów związanych z żalem i żałobą oraz procesów obronnych, które mogą być uruchamiane przez lęk i stratę. Będzie on zawierał rewizję i wzmocnienie materiału opublikowanego po raz pierwszy w pozostałych pracach wcześniejszej serii - Grief and Mourning in Infancy and Early Childhood (1960b), Processes of Mourning (1961b) oraz Pathological Mourning and Childhood Mourning (1963). Równolegle dwaj koledzy, Colin Murray Parkes i Peter Marris, napisali książki, w których ujmują problem straty podobnie jak ja. Są to publikacje: Bereavement Parkesa (1972) oraz Loss and Change Marrisa (1974).
W przedmowie do tomu I wyjaśniałem, że punktem wyjścia moich rozważań jest psychoanaliza. Powodów jest kilka. Po pierwsze, moje wczesne przemyślenia na ten temat były inspirowane pracą na polu psychoanalizy - moją własną i innych. Po drugie, mimo wszystkich swoich ograniczeń, psychoanaliza i jej pochodne pozostają zdecydowanie najczęściej stosowanym ze wszystkich współczesnych podejść do psychopatologii i psychoterapii. Po trzecie i najważniejsze, o ile wiele kluczowych pojęć mojego modelu - relacje z obiektem (trafniej nazywane więzami uczuciowymi), lęk separacyjny, żałoba, obrona, trauma, okresy sensytywne we wczesnym dzieciństwie - stanowi nieodłączny element myśli psychoanalitycznej, o tyle w ostatniej dekadzie czy dwóch pozostałe dyscypliny zajmujące się zachowaniem poświęcały im niewiele uwagi.
Niemniej jednak, mimo że pierwotnym punktem odniesienia pozostaje psychoanaliza, teoria tutaj przedstawiona różni się pod wieloma względami od klasycznych teorii Freuda i jego następców. Wiele z tych różnic opisano już w rozdziale 1 tomu I. O innych będzie mowa w tym tomie, zwłaszcza w rozdziałach 2, 5 i 16.
Przedmowa do wydania Pelican z 1975 roku
Przygotowując to wydanie, skorzystałem ze sposobności, by skorygować kilka drobnych nieścisłości i odnieść się do kilku ostatnio wydanych prac. Krótkie uzupełnienia znalazły się pod koniec rozdziału 3 (w przypisie), w pierwszym podrozdziale rozdziału 9 (w przypisie), w trzecim podrozdziale rozdziału 15 oraz w trzecim podrozdziale rozdziału 21.
ROZDZIAŁ 2Miejsce separacji i straty w psychopatologii
Ukazała się właśnie moja nowa broszura Inhibitions, Symptoms and Anxiety[8]. Burzy ona wiele dotychczasowych ustaleń i na powrót sprawia, że kwestie, które wydawały się ustalone, znów stały się płynne. Analitycy, którzy przede wszystkim pragną spokoju i pewności, będą niezadowoleni z konieczności zrewidowania swoich poglądów. Ale lekkomyślnością byłoby sądzić, że udało mi się wreszcie rozwiązać problem, z którym konfrontuje nas skojarzenie lęku z nerwicą.
Sigmund Freud[9]
Problem i perspektywa
Począwszy od najwcześniejszych badań nad etiologią nerwic, aż do końca jego życia, bliźniacze problemy neurotycznych lęków i obron nigdy nie przestawały zaprzątać umysłu Freuda. Zmagał się z nimi nieustannie, a swe kolejne koncepcje teoretyczne opierał na rozmaitych, często prowizorycznych, rozstrzygnięciach. Ponadto, od śmierci Freuda, teorie lęku i obrony nadal stanowią fundament psychopatologii psychoanalitycznej i to właśnie za sprawą rozbieżności w poglądach, na temat istoty i genezy tych stanów powstało kilka różnych szkół psychoanalizy.
W najwcześniejszych wypowiedziach Freuda nie ma wzmianki o tym, że lęk powstaje w wyniku straty lub zagrożenia stratą, lub że w warunkach silnego lęku uruchomione zostają procesy obronne. Freud rozwijał ten pogląd stopniowo, głównie pod koniec życia, łącząc tym samym swoje koncepcje na temat lęku i obrony z koncepcjami dotyczącymi żałoby, które do tamtej pory stanowiły ważny, ale całkiem odrębny wątek w jego myśleniu. Głównym rezultatem tego nowego ujęcia okazało się, jak słusznie przewidział, ponowne "przywrócenie stanu płynności" tym wszystkim kwestiom.
Chociaż sam Freud w różnych okresach życia przyjmował wiele radykalnie odmiennych od siebie teorii lęku, żałoby i obrony, podobnie jak czyniły to rozmaite powstałe w późniejszym czasie szkoły, każda z nich opierała się na danych pozyskanych za pomocą tej samej metody dociekania. Informacje czerpie się w niej z badania, w warunkach analitycznych, mniej lub bardziej dojrzałej osobowości, która już lepiej lub gorzej funkcjonuje; na podstawie tych danych podejmuje się próbę rekonstrukcji faz rozwoju osobowości poprzedzających stan widoczny aktualnie. Dla wielu osób powstała w ten sposób literatura jest równie frustrująca, co stymulująca. Z jednej strony, zajmuje się ona, rzecz jasna, problemami, które każdy wrażliwy klinicysta uznaje za kluczowe dla zrozumienia i pomocy swoim pacjentom; z drugiej strony, przedstawia skomplikowaną sieć konkurujących ze sobą i często niespójnych teorii, nie dostarczając metod, za pomocą których można by oddzielić ziarno od plew.
W tych tomach podjęto próbę podejścia do klasycznych problemów psychoanalizy w sposób prospektywny. Dane podstawowe to obserwacje, jak zachowują się małe dzieci w określonych sytuacjach; w świetle tych danych podejmowana jest próba opisania pewnych etapów funkcjonowania osobowości i na ich podstawie dokonywana jest ekstrapolacja w przód. Celem jest tu w szczególności opisanie pewnych wzorców reakcji, które występują regularnie we wczesnym dzieciństwie, a następnie prześledzenie, czy podobne wzorce reakcji można dostrzec w późniejszym funkcjonowaniu osobowości[10].
Niektóre najważniejsze dane, przedstawione w poprzednim rozdziale, można podsumować w następujący sposób. Otóż, gdy tylko małe dziecko, które miało wcześniej sposobność wykształcić przywiązanie do figury matki, zostaje z nią wbrew swej woli rozdzielone, przejawia ono dystres; jeśli dodatkowo znajduje się w nieznanym otoczeniu i pod opieką zmieniających się obcych ludzi, jego dystres prawdopodobnie będzie silniejszy. Zachowanie dziecka układa się w typową sekwencję. Najpierw dziecko energicznie protestuje i próbuje wszelkimi dostępnymi sposobami odzyskać matkę. Później zdaje się rozpaczać, że nie uda mu się jej odzyskać, ale mimo to pozostaje skoncentrowane na niej i czujnie wypatruje jej powrotu. W końcu wydaje się, że traci zainteresowanie matką i zaczyna się od niej emocjonalnie odłączać. Jednak, o ile okres separacji nie trwa zbyt długo, dziecko nie pozostaje w stanie odłączenia w nieskończoność. Prędzej czy później, po ponownym spotkaniu z matką jego przywiązanie do niej na nowo odżywa. Odtąd dziecko przez kilka dni lub tygodni, a czasami znacznie dłużej, nalega na przebywanie w pobliżu matki. Ponadto, gdy tylko podejrzewa, że znowu ją straci, przejawia silny lęk.
Kiedy zająłem się badaniem problemów teoretycznych wynikających z tych obserwacji, stało się jasne, że pierwszym krokiem musi być wyraźniejsze zrozumienie więzi[11] łączącej dziecko z matką. Potem stopniowo przekonywałem się, że każda z trzech głównych faz reakcji małego dziecka na separację jest związana z takim lub innym centralnym zagadnieniem teorii psychoanalitycznej. I tak, faza protestu, jak się okazuje, porusza problem lęku separacyjnego; rozpacz - żalu i żałoby; odłączenie - obrony. Zgodnie z wysuniętą wówczas tezą (Bowlby, 1960a), te trzy rodzaje reakcji - lęk separacyjny, żal i żałoba oraz obrona - to fazy pewnego jednolitego procesu i tylko wówczas, gdy tak się je traktuje, możliwe jest uchwycenie ich prawdziwego znaczenia.
Lektura literatury psychoanalitycznej pokazuje, że zwykle lęk separacyjny, żałoba i obrona są traktowane rozdzielnie. Przyczyną tego jest odwrócona kolejność, w jakiej odkrywano ich psychopatologiczne znaczenie: jako pierwszą rozpoznano bowiem ostatnią fazę, a pierwszą - jako ostatnią. Znaczenie obrony, szczególnie wyparcia, Freud uświadomił sobie już w początkach swojej praktyki psychoanalitycznej i zjawisko to stało się punktem wyjścia do jego oryginalnych rozważań teoretycznych: pierwsza praca Freuda na ten temat pochodzi z 1894 roku (Neuro-psychoses of Defence, SE 3)[12]. Jednak jego pojmowanie roli żalu i lęku separacyjnego było w tym czasie jeszcze bardzo wycinkowe. Chociaż wcześnie dostrzegał miejsce żałoby w histerii i melancholii (zob. notatka z 1897 r. do Fliessa, SE 14: 240), minęło dwadzieścia lat, zanim w Żałobie i melancholii[13] (1917a, SE 14) potraktował ten temat w sposób bardziej usystematyzowany. Podobnie jest z lękiem separacyjnym: chociaż w Trzech rozprawach z teorii seksualnej[14] (1905b) poświęcił mu jeden akapit (SE 7, s. 224), a w Wykładach ze wstępu do psychoanalizy[15] (1917b) trzy strony (SE 16, s. 405-408), to dopiero w 1926 roku w rewolucyjnej, późnej pracy Inhibitions, Symptoms and Anxiety przyznał mu centralne miejsce w swojej ostatecznej wersji teorii lęku. "Brak kogoś, kogo się kocha i za kim się tęskni", stwierdza, jest "kluczem do zrozumienia lęku" (SE 20, s. 136-137)[16].
Powód tej odwrotnej kolejności rozpoznawania poszczególnych trzech faz jest jasny: w historii medycyny zawsze najpierw odnotowuje się końcowy rezultat przebiegu danego procesu patologicznego. Dopiero później stopniowo rozpoznawane są wcześniejsze fazy i może upłynąć wiele lat, nim zrozumiemy dokładny przebieg całego procesu. W rzeczy samej właśnie wyjaśnienie przebiegu tego procesu najdłużej trapiło Freuda. Czy obrona poprzedza lęk, czy też lęk poprzedza obronę? Jeżeli reakcją na separację są ból i żałoba, to jak może być nią również lęk? (SE 20, s. 108-109, s. 130-131) W ciągu trzydziestu lat swoich najważniejszych poszukiwań psychoanalitycznych, jak można się teraz przekonać, Freud podążał śladem tego procesu wstecz, od wyniku końcowego do stadium wyjściowego. Dopiero w siedemdziesiątym roku życia wyraźnie dostrzegł separację i stratę jako główne źródło procesów, których badaniu poświęcił pół życia. Ale w tamtym czasie inne jego poglądy były już mocno ugruntowane.
W 1926 roku znaczna część korpusu teorii psychoanalitycznej była już przedmiotem nauczania. Jeśli chodzi o lęk, to lęk kastracyjny i lęk superego były kamieniami węgielnymi myślenia i praktyki w Wiedniu i poza nim; ponadto, dopiero co sformułowana została hipoteza Melanie Klein wiążąca lęk z agresją, która w połączeniu z pojęciem instynktu śmierci miała wkrótce stać się kluczową ideą nowego, ważnego systemu. Pełne znaczenie poglądów Freuda na lęk separacyjny i jego związek z żałobą ujawnił się zbyt późno, aby wpłynąć na rozwój którejkolwiek z tych dwóch szkół myślenia.
Poza wczesną wzmianką Hug-Hellmuth (1913) i krótką wypowiedzią Bernfelda (1925), musiało upłynąć jeszcze kilka lat, zanim opublikowano prace kliniczne zwracające uwagę na patogenne znaczenie doświadczeń separacyjnych. Jedne z najwcześniejszych, autorstwa Levy'ego (1937), Bowlby'ego (1940; 1944) oraz Bender i Yarnell (1941), przedstawiały empiryczne dowody sugerujące etiologiczny związek pomiędzy pewnymi rodzajami osobowości psychopatycznej a silnie zaburzonymi relacjami matka-dziecko. Mniej więcej w tym samym czasie Fairbairn (1941; 1943) oparł swoją zrewidowaną psychopatologię na lęku separacyjnym, przed nim zrobił to Suttie (1935), a kilka lat po nim Odier (1948); Therese Benedek (1946) opisywała reakcje na separację, ponowne spotkanie i żałobę, obserwowane u dorosłych podczas II wojny światowej; Dorothy Burlingham i Anna Freud (1942; 1944) zaś rejestrowały swoje obserwacje z pierwszej ręki (cytowane w rozdziale 1 tego tomu), dotyczące reakcji małych dzieci na separację. Ponadto Goldfarb (1943 i później) oraz Spitz (1946) prowadzili inne, choć pokrewne badania, dotyczące wpływu, jaki na niemowlęta wywiera wychowywanie się bez jakiejkolwiek figury matczynej.
Jednak mimo całej tej pracy lęk separacyjny niesłychanie wolno zdobywał centralne miejsce w teoretycznej myśli psychoanalitycznej. Kris, piszący jako uczestnik sceny wiedeńskiej, wspominał w późniejszych latach, że kiedy w 1926 roku Freud przedstawił swoje poglądy na temat lęku separacyjnego, "wśród analityków brakowało świadomości, do jakich typowych, konkretnych sytuacji miałoby się to odnosić. Nikt nie zdawał sobie sprawy, że strach przed utratą obiektu i miłość obiektu to formuły przydatne do zastosowania w odniesieniu do materiału, który teraz wydaje się nam oczywisty i nie podlega dyskusji" (Kris, 1956). Przyznał, że dopiero w poprzedniej dekadzie sam dostrzegł znaczenie tego strachu i dodał, że nawet w czasie, gdy to pisał, istniały szkoły myśli analitycznej, które nie zauważały jego znaczenia. Długotrwałe zaniedbywanie lęku separacyjnego dobrze ilustruje przykład kompetentnego przeglądu na temat "pojęcia lęku na tle rozwoju psychoanalizy" (Zetzel, 1955), w którym nie ma o nim ani jednej wzmianki; nawet w najnowszej książce Rycrofta (1968a) poświęca się mu niewiele uwagi.
Jak widać, niektóre poglądy Freuda wyłożone w pracy Inhibitions, Symptoms and Anxiety, padły na kamienisty grunt. Szkoda, ponieważ w książce tej, napisanej pod koniec zawodowego życia, starał się on uwolnić od perspektywy swojego kierunku poszukiwań - od obrony, przez żałobę, do lęku separacyjnego - by spojrzeć na tę sekwencję z nowego punktu widzenia: takiego, w którym pierwszeństwo ma lęk separacyjny. Na ostatnich stronach nakreśla nową ścieżkę: lęk jest reakcją na niebezpieczeństwo utraty obiektu, ból żałoby - reakcją na rzeczywistą utratę obiektu, a obrona - sposobem radzenia sobie z lękiem i bólem.
Droga, którą ostatecznie obrał Freud, jest także drogą, którą podążam w tej pracy. Jednak z powodów, które zarysują się wyraźniej w rozdziale 5, perspektywa, z jakiej tę drogę tutaj spostrzegam, różni się pod wieloma względami od perspektywy przyjętej przez Freuda i większość jego zwolenników. Główna przyczyna tej różnicy bierze się stąd, że prezentowana tutaj perspektywa opiera się na teorii ewolucji typu darwinowskiego, tymczasem Freud takiej perspektywy nie przyjmował.