Serce smagane wiatrem - Szymon Murzyn
Kup ebooka
10.36 zł
8.60 zł
(8,81 zł najniższa cena z 30 dni)
«
»
Na parapecie
Krwawe, wieczorne niebo budzi myśli ze snu.
Na szyi - naszyjnik noszę z kłów,
czuję ciepły zapach bzu.
I dotyk letnich, naiwnych, słów.
Chcę szeptów i głośnego oddechu,
chwil radości wśród spojrzeń i uśmiechów.
Pragnę ciał splecionych
i frywolnej wędrówki rąk.
Piszących kroplami potu
najmniej pruderyjne z ksiąg.
Chcę czuć ciepło.
W rękach mieć kogoś kto pokaże mi blask.
Zamiast tego zapada zmrok,
a ja siedzę tu sam.
Na parapecie,
podziwiam śmierć dnia.
Czuję chłód i pragnienie...
Pragnienie zmian.
Czas wątpliwości
Poznałem setki definicji, trudnych słów.
W gardle życia zatopiłem parę kłów.
Odmierzyłem jak wielki zniosę lęk,
jak wielki zniosę stres.
Gdzie mój Eden? Gdzie on jest?
Poznałem strofy świętych i zakazanych ksiąg.
Popełniłem każdy znany człowiekowi błąd.
Utopiłem w alkoholu każdą z serca mąk.
I w czeluść poczyniłem niejeden skok.
Umarłem wewnątrz,
by wznieść się z własnych popiołów.
Wylałem tysiące kropel potu,
ciężkich niczym ołów.
Zmarnowałem kilka pięknych lat.
Uciekałem w ciemny las.
Zawsze sam.
Czemu więc nie nadszedł jeszcze czas?
Czemu niczym głupiec czekam na znak?
Czemu zwątpienie przyćmiewa ust, słodki,
smak?
Czemu krew gotuje się we mnie każdego dnia?
Czemu chce mnie naprawiać świat,
kiedy to on jest zepsuty, a nie ja?
Czemu patrzę w lustro
i nadal widzę strach?
Tyle pytań,
a nadzieja blednie w świetle dnia.
Niczym z truchła wystający gnat.
180 stopni
Pod sterty popiołu zamiatam czas.
W noce jak ta czuję, że odleglejszy jest raj.
Że umyka z rąk to co myślałem, że mam.
Szklaną iluzją pokrywa się świat.
Za nią siedzę. Sam.
Przekrwione oczy z braku snu,
nie widzą znaczeń słów.
Uszy nieczułe na szept,
czekają na kruczy śpiew.
Dłonie spragnione splotu palców,
boją się ożywić serce
przytłoczone stertą głazów.
Północ stała się południem.
Księżyc świeci jaśniej niż słońce.
Poplątane jest to co miało być proste.
Zdawałem się być królem,
a jak żebrak marznę
patrząc na życiodajną wiosnę.
Już czas!
Stoję w deszczu codziennych spraw.
W blasku nocy, w cieniu dnia.
Kolejny papieros odpalam
od dogasających gwiazd.
Już czas!
Wzbić się ponad swój lęk,
zawierzyć sobie, napisać kolejny naiwny wers.
Niech przyśni Ci się połysk czarnych piór!
Niech dotyk uśmierzy skrywany w Tobie ból!
Niech nie zadziwi Cię twarz pod maską
i szare oczy co w skrytym smutku gasną.
Sen urwie się w ułamku sekundy.
W tym samym niepewność
zagości w Twojej duszy.
Czy przyjąć mnie?
Czy szepcząc dotykać mych warg?
Czy może przeczucie zagłuszyć
i nie pozwolić bym w Twoich oczach obejrzał
brzask nowego dnia?
Opowieść o nich
Gdzieś pomiędzy światem uczuć i materii,
spotykają się pary rozszerzonych źrenic,
składają sobie ciche przysięgi,
że nie rozdzieli ich świat niedomówień
i tajemnic.
Czas im płynie na zwiedzaniu parków,
galerii pustych ulic,
na czekaniu na przystanku
na autobus, pełen chwilowych rozstań,
świadków ich serca bijących z tęsknoty,
skrajnie nie do taktu.
A życie wbija w nich zaostrzone żerdzie,
wzbiera fala z nadzieją, że tama pęknie,
słońce niby blednie, wzbiera się wiatr
bez wiedzy o tym,
że nie pokona ich świat.
Nie pokona nas.
Pragnienie
Co widzisz,
gdy patrzę na Ciebie
leżąc obok bezwładnie?
Czy widzisz jak Ciebie pragnę?
Twoich oczu, ich brązowej toni
i wzroku, przed którym nie chcę się bronić.
Twego głosu - rozkosznej plątaniny zdań,
którymi snujesz głębszy sens
i szeptu, który przyspiesza serca bieg.
Twojego zapachu,
którym napełniam chciwie płuca
by nim w głowie obraz Twój
malować na najdroższych płótnach.
Twojego dotyku zimnych dłoni...
Pragnę wiecznie.
Studzą mój zapał
lub rozgrzewają - naprzemiennie.
Pragnę Twych myśli i uczuć.
Słuchać ich i czuć razem z Tobą,
by niebo patrzyło z zazdrością,
że jest mi już zbędne - dopóki jesteś
tuż obok.
Wyjechałaś
Patrzysz na mnie,
lekko zmieszana,
blada - jak ściana,
którą widać jedynie,
gdy leżymy w siebie wtuleni,
szukając oczami gwiazd,
znajdując tylko mury
i realny świat.
Otwierasz usta, jakbyś gorzki szept,
chciała na słodkich wargach umieścić.
Wiem co chcesz powiedzieć,
wiem z jakich słów, pułapkę myśli skleisz.
Zamykam je więc swoimi ustami,
spoglądam w oczy szukając zwątpień,
uczuć granic.
Uśmiecham się, gasząc kaganek,
nie dający światła.
Rozpalam nowy, byśmy w jego
połączyć mogli się
chaotycznych blaskach.
Wtem brzask.
Słońce wolno wstaje,
ostatnia noc kończy się nieubłaganie,
wyjechałaś, ja zostałem.
Czekam tu,
znów spokojnie nie zasnę.
12 minut po północy
12 minut po północy
Godzina, w której dopuszczam się przemocy
wobec własnych obaw i lęków,
wobec serca pojękiwań i stęków.
Wszystko idzie precz.
Wszystko w odstawkę,
gdy wspominam jak pięknie wyglądasz,
jak wspaniale pachniesz.
Czułem Twój oddech
jeszcze godzin kilka temu,
teraz już nie wiem co przyniesie jutro.
Czy chwile uniesień,
czy chwile braku tlenu.
W jednym momencie wszystko zaczyna pękać,
błagam naprawmy to,
bez Ciebie mogę tylko, każdego dnia,
przed szafotem klękać
licząc, że skończy się ta męka.
A każda noc,
księżycowa jak dzisiaj,
będzie tylko wspomnieniem.
Wypełni je jedynie cisza
i przeszywający lęk.
Słyszę żelaza szczęk
i przez zamknięte oczy wielki chaos widzę,
to najtrudniejsza z bitew.
Z milczeniem - o Ciebie.