3.
Trzy tygodnie z kawałkiem minęły błyskawicznie. Mimo końcówki listopada pakowałam do walizki koszulki z krótkimi rękawami, szorty, stroje kąpielowe i inne letnie fatałaszki. Dowiedziałam się, że o tej porze roku wieczory na Djerbie bywają chłodne, dołożyłam więc dwie pary długich spodni i trzy swetry. Nie mogłam się doczekać, a jednocześnie w brzuchu zaczynała się rewolucja na myśl o czekającym mnie locie. Tyle lat skutecznie unikałam wzniesienia się w powietrze, nawet w najdalsze podróże ruszając przyziemnymi środkami lokomocji (podróż na Krym pociągiem i autokarem, trwająca dwa dni i trzy noce, dała się mocno we znaki, ale przynajmniej było co wspominać), a teraz z własnej, nieprzymuszonej woli pchałam się do samolotu.
- Spakowana? - Emi wpadła do mojego pokoju, dzierżąc w dłoni aparat fotograficzny.
- Prawie - mruknęłam. - Cały czas wydaje mi się, że czegoś zapomniałam, ale nawet jeśli, to i tak nie dałabym już rady upchnąć niczego więcej w walizce. Starałam się wziąć tylko najpotrzebniejsze rzeczy, ale przecież nie mogę wyjechać na trzy tygodnie w jednej bluzce i spódnicy.
- Mówiłam, weź moją walizkę, bo jest większa, to się uparłaś. Masz, zabierz chociaż mój aparat, zmieści ci się w podręcznym. Narób zdjęć, niech wszystkim szczęki poopadają, gdy wrócisz.
- Dawaj, może uda mi się go nie zepsuć.
Byłam specjalistką w uszkadzaniu wszelakich sprzętów, więc nie powinnam zgodzić się na zabranie aparatu Emi, ale pokusa fajnych, dobrej jakości zdjęć była silniejsza od rozsądku.
- Dobra, chyba wszystko mam - stęknęłam, usiłując dopiąć pękającą w szwach walizkę. - Emi, usiądź na niej, inaczej nic z tego nie będzie - poprosiłam przyjaciółkę.
Gdy walizka została zamknięta, wskoczyłam pod prysznic, po czym szybko się ubrałam, pomalowałam i ruszyłyśmy z Emi do naszej ulubionej knajpy, w której umówiłyśmy się z Marcinem i Maksem na pożegnalnego drinka.
- Cześć, słonko, pięknie wyglądasz, jak zawsze. - Marcin cmoknął mnie w policzek. - Już za tobą tęsknię. Co my bez ciebie poczniemy?
- Jak to, co poczniecie. - Uśmiechnęłam się. - Będziecie mnie odwiedzać w tych wszystkich kurortach i na rajskich wyspach. Tam dopiero będzie zabawa, nie to co tutaj, przy cienkim piwku za studenckie zaskórniaki, w czterech swetrach i kaloszach, bo pogoda ciągle nie taka, jaką lubimy.
Puściliśmy wodze wyobraźni, zaczęliśmy planować, wymyślać, fantazjować, a przy każdym kolejnym piwie nasze wizje nabierały rozmachu i coraz bardziej egzotycznych kolorów. Emi poprosiła didżeja o kilka latynoskich kawałków i po chwili większość obecnych w knajpie osób kręciła mniej lub bardziej intensywnie biodrami, a jakaś para odtańczyła nawet gorącą salsę, za co została nagrodzona gromkimi brawami.
Około drugiej Maks, najrozsądniejszy z naszej czwórki, zaczął nawoływać do odwrotu. Musiałam być na warszawskim lotnisku o dwunastej, chłopaki mieli mnie odwieźć autem Marcina, dobrze byłoby w miarę porządnie się wyspać i nabrać sił przed tym, w czym miałam brać udział w ciągu nadchodzących trzech tygodni.
Następnego dnia rano nie byłam już taka pewna, że ten wyjazd to dobry pomysł. Ogarnęła mnie typowa panika, którą odczuwałam przed każdą nową sytuacją, wyzwaniem czy spotkaniem obcych ludzi. Wiedziałam, że to minie, gdy tylko dotrę na lotnisko i przywitam się z innymi uczestnikami kursu. Gorzej było z lękiem przed lataniem. Moje rozmyślania przerwał dźwięk telefonu - dzwonił Maks, strasznie zdenerwowany, bo właśnie odkryli z Marcinem, że złapali kapcia.
- Nie przejmuj się, mamy czas. Zmieńcie koło i dajcie znać, gdy będziecie do nas jechać. Zejdziemy z bagażami, tylko kawy już nie zdążymy wypić.
Uspokajałam Maksa, ale sama spokojna wcale nie byłam. Czyżby ten kapeć to jakiś znak, że nie powinnam lecieć? Może trzeba było się nie wychylać, tylko zająć się porządnie studiami i tak zwanym normalnym życiem?
- Oj, daj spokój. - Emi próbowała rozwiać moje wątpliwości. - Nie lecisz na koniec świata, w dodatku tylko na trzy tygodnie. Potraktuj to jak przygodę. Jeśli stwierdzisz, że takie życie nie jest dla ciebie, nikt cię przecież nigdzie nie będzie na siłę wysyłał. A coś mi mówi, że wcale nie będziesz chciała wracać.
- Ale ten samolot - jęknęłam. - Przecież to niezgodne z prawami natury. Ludzie nie latają.
- Nie wymyślaj - prychnęła. - Ludzie latają i mają się świetnie. Tobie też nic nie będzie.
Rozmowę przerwał nam dźwięk dzwonka. Maks wpadł jak burza, chwycił moją walizkę i zarządził pośpiech.
- Ruchy, ruchy, i módlcie się, żeby nie było korków.
- Aaa, gdzie jest moja torebka? - Jak zwykle, gdy człowiek się spieszył, niezbędne przedmioty urządzały sobie zabawę w chowanego. - Mam! Idziemy!
Na szczęście droga do Warszawy nie była zakorkowana, więc dotarliśmy na miejsce sporo przed czasem. Marcin wysadził nas z bagażami pod terminalem i pojechał zaparkować auto, a my ruszyliśmy do lotniskowej kafejki na kawę, której nie było czasu wypić w domu.
- Słuchajcie, żeby było jasne - zaczęłam, gdy Marcin do nas dołączył. - Nie chcę żadnych łzawych pożegnań. Nie lecę na koniec świata ani na dożywocie. Za trzy tygodnie jestem z powrotem i idziemy na imprezę.
- Pewnie, za trzy tygodnie wrócisz, żeby spakować manatki i wyjechać na kilka miesięcy, a może i na zawsze. - Maks wyraźnie wierzył w to, że po kursie dostanę pracę, o której marzyłam.
Potrzebowałam zmienić środowisko, realia, wyjechać, by zapomnieć o kilku facetach, których w ostatnich latach los całkiem bez sensu postawił na mojej drodze. Ale zupełnie nie brałam pod uwagę zostania za granicą na resztę życia.
- A co ja bym bez was zrobiła, gdybym wyjechała na zawsze? Nie ma takiej opcji! - Wzruszyłam ramionami, dopijając kawę i zerkając w stronę tablicy z informacjami o odprawach poszczególnych rejsów. - Słuchajcie, jest mój lot, zbieramy się! - W żołądku znowu poczułam rewolucję. - Odprowadźcie mnie do odprawy, ale potem idźcie, OK?
Przy stanowisku z numerem lotu na Djerbę ustawiła się już spora kolejka. Stanęłam na końcu ogonka, wyściskałam moją trójkę i kazałam im spadać. Poszli, trochę się ociągając. Zwłaszcza Maksowi było trudno odejść, bo nie zdążył obejrzeć wszystkich czekających na odprawę facetów, a na pewno był zainteresowany składem naszego kursu. Od kilku ładnych lat nie byliśmy ze sobą, ale w takich chwilach nadal wychodziła z niego zazdrość i mimo że według niego była to troska o mnie, wiedziałam swoje. Fakt, miałam wyjątkową zdolność do pakowania się w związki z draniami, facetami, którzy z kimś byli, czy też zakochiwania się bez wzajemności.
Obejrzałam się za moimi przyjaciółmi, gdy zbliżali się już do wyjścia. Wzięłam głęboki wdech i postanowiłam nie dać się czarnym myślom. Sama się w to wpakowałam, sama tego chciałam, nie czas na to, by się zastanawiać, czy to był dobry pomysł. Obiecałam sobie zrobić wszystko, żeby okazało się, że był.
- Cześć, a ty co tu robisz?! - Usłyszałam nagle radosny okrzyk.
Podniosłam wzrok i zobaczyłam Bożenę, dziewczynę, którą znałam z uczelni i z corocznych letnich obozów sportowych.
- O rany, cześć, chyba to samo co ty. - Zaśmiałam się, szczęśliwa, że nie będę całkiem sama wśród obcych mi osób.
- Ale fajnie, że jesteś. - Wyraźnie miała wcześniej takie same obawy jak ja. - Razem będzie nam raźniej!
Kolejka szybko przesuwała się w kierunku stanowisk odprawy. Po kilkunastu minutach, z kartami pokładowymi w dłoniach, szłyśmy w stronę kontroli bezpieczeństwa.
- Czy ma pani w bagażu jakieś płyny lub elektronikę? - zapytał chłopak, podając mi plastikową skrzynkę, do której włożyłam torebkę i aparat fotograficzny.
- Tylko ten aparat - odparłam, kładąc na taśmie walizkę kabinówkę, w której miałam trochę ciuchów na wypadek, gdyby duża walizka omyłkowo poleciała gdzieś indziej niż ja, oraz przewodnik po Djerbie, prezent od Maksa, który zamierzałam przejrzeć podczas podróży.
Przyznałam się Bożenie, że to będzie mój pierwszy w życiu lot i że okropnie się go boję. Ponieważ do wylotu było jeszcze trochę czasu, postanowiłyśmy iść do baru na odstresowującego drinka. Nie my jedne miałyśmy taki pomysł. Knajpa pękała w szwach, a przy dwóch zestawionych stolikach siedziało kilkanaście osób, które zapamiętałyśmy z kolejki do odprawy. Podeszłyśmy do nich i przedstawiłyśmy się, próbując zapamiętać imiona wszystkich pozostałych uczestników kursu. Po chwili nasze towarzystwo było najgłośniej zachowującą się ekipą w lokalu.
Przekrzykiwaliśmy się, rozmawiając na kilka tematów jednocześnie. Nie traciliśmy jednak czujności i cały czas kontrolowaliśmy monitor, na którym pojawiły się statusy najbliższych planowych lotów. Przy naszym rejsie widniała informacja o zakończonej odprawie. Sącząc drinka, obserwowałam ludzi, wśród których już teraz dało się zauważyć urodzonych liderów i dusze towarzystwa, a także tych, którzy woleli pozostać w cieniu. Być może potrzebowali więcej czasu, aby się otworzyć przed obcymi, a może tylko stwarzali pozory nieśmiałych, żeby uchodzić za tajemniczych i trudnych do rozgryzienia? We wrodzoną nieśmiałość raczej nie wierzyłam, nie pasowała mi do charakteru wyjazdu i jego celu. Pilot wycieczek nie mógł być cichą, nierzucającą się w oczy myszką. Przynajmniej ja zupełnie inaczej wyobrażałam sobie osoby pełniące tę funkcję.
- A tak w ogóle to ktoś z was był już kiedyś na tej Djerbie? - zapytał wysoki blondyn, do tej pory milczący i przyglądający się wszystkim z uwagą.
- Moja ciocia była. Mówiła, że jest super.
Drobna długowłosa dziewczyna z diastemą między górnymi jedynkami, zaczęła opowiadać o wrażeniach cioci z pobytu na tunezyjskiej wyspie. Rozwodziła się właśnie nad tym, że kręcono tam niektóre sceny z Gwiezdnych wojen, gdy do baru weszły trzy osoby i skierowały się w naszą stronę.
- Dzień dobry! Słyszę, że mowa o Gwiezdnych wojnach! Czyżbyście byli naszymi przyszłymi rezydentami, którzy wzięli sobie do serca cel wyprawy i już ogarniają sprawy wycieczek po Djerbie? - Zaśmiał się wąsaty facet. - Dobrze widzieć was w tak doskonałych humorach. Dobry nastrój to podstawa. Jestem Karol Dembowski, a to moje koleżanki, Kasia Majchrzak, którą już mieliście okazję poznać w biurze, i Mariola Sęk, najlepszy w Polsce nauczyciel pilotażu. Jesteśmy z Fun Holiday i to z nami będziecie się męczyli przez najbliższe trzy tygodnie, a my postaramy się zrobić z was najlepszych rezydentów pod słońcem.
- A my postaramy się was nie zawieść. - Blondyn, którego imienia nie zapamiętałam, puścił oko do przybyłej trójki i zarządził następną kolejkę drinków.
Ekipa szkoleniowa chętnie na nią przystała. Karol przypomniał jedynie o tym, że za pół godziny trzeba będzie ruszyć w stronę bramki, ponieważ do wylotu została niewiele ponad godzina.
Ja przystałam jeszcze chętniej, ponieważ myśli o katastrofach lotniczych zaczęły mocno pchać się do mojej podświadomości.