Seria Napoleońska. 1812. Marsz na Moskwę - Paul Britten Austin

Kup ebooka

62.00 zł
51.33 zł (51,63 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

OD WYDAWCY POLSKIEGO

Kim jest Paul Brit­ten Au­stin, czło­wiek, któ­ry "sfil­mo­wał" wy­pra­wę Na­po­le­ona na Mo­skwę przy po­mo­cy stu par oczu, speł­nia­ją­cych rolę ka­mer?

Otóż na pew­no na­le­ży on do wca­le nie ma­łej ro­dzi­ny "wa­ria­tów" na punk­cie epo­ki. Nie moż­na bo­wiem ot tak so­bie po­świę­cić 25 lat na na­pi­sa­nie książ­ki o czymś, cze­go nie jest się pa­sjo­na­tem. W swo­im ży­ciu imał się róż­nych za­jęć. Pod­czas woj­ny - był ra­dio­te­le­gra­fi­stą na stat­kach typu Li­ber­ty, pły­wa­ją­cych na tra­sie Ame­ry­ka-Eu­ro­pa. Po woj­nie po­zo­stał w Eu­ro­pie, miesz­ka­jąc we Fran­cji, Szwe­cji /mał­żeń­stwo z sio­strą zna­ne­go re­ży­se­ra Berg­ma­na/ i An­glii. Pro­wa­dził fir­mę tu­ry­stycz­ną, był tłu­ma­czem pro­zy i po­ezji z ję­zy­ka an­giel­skie­go na szwedz­ki, pi­sał tak­że wła­sne utwo­ry li­te­rac­kie. Ale tak na­praw­dę, w głę­bi du­cha był wiel­bi­cie­lem epo­ki na­po­le­oń­skiej, dla­te­go na­pi­sał tę nie ma­ją­cą pre­ce­den­su "fil­mo­wą" książ­kę. "1812" jest na swój spo­sób re­wo­lu­cyj­ny. Uka­za­nie bo­wiem krok po kro­ku zda­rzeń, wi­dzia­nych jed­no­cze­śnie przez stu ich uczest­ni­ków róż­nej na­ro­do­wo­ści, bę­dą­cych za­rów­no bli­sko jak i da­le­ko Na­po­le­ona jest nie­wąt­pli­wie pio­nier­skie. Oczy­wi­ście moż­na gdy­bać, dla­cze­go au­tor wy­brał te a nie inne źró­dła pa­mięt­ni­kar­skie i czy są one re­pre­zen­ta­tyw­ne dla uczest­ni­ków wy­pra­wy? Otóż miał on pra­wo do do­wol­ne­go wy­bo­ru źró­deł pa­mięt­ni­kar­skich. To jest bo­wiem jego "film", on jest tu­taj re­ży­se­rem. Cza­sy, w któ­rych hi­sto­ria mu­sia­ła być t... zw. obiek­tyw­na i je­dy­na słusz­na mi­nę­ły już mam na­dzie­ję bez­pow­rot­nie. Z wy­bo­ru, któ­re­go do­ko­nał au­tor nie będą na pew­no za­do­wo­le­ni bez­kry­tycz­ni wiel­bi­cie­le Ce­sa­rza. Ci zaś, któ­rzy ra­czej po­rów­nu­ją go z Hi­tle­rem po­win­ni czuć się usa­tys­fak­cjo­no­wa­ni. Z pa­mięt­ni­ka bar­dzo bli­sko zwią­za­nej z nim oso­by, Cau­la­in­co­ur­ta wy­ni­ka, że to Na­po­le­on wła­śnie wcie­lał w ży­cie za­sa­dę, że "cel uświę­ca środ­ki", dla nas, Po­la­ków tym bar­dziej przy­krą, że tym środ­kiem zda­ją się być Po­la­cy w cha­rak­te­rze "mię­sa ar­mat­nie­go", a ce­lem włą­cze­nie Ro­sji do blo­ka­dy kon­ty­nen­tal­nej An­glii. Oczy­wi­ście rów­nie do­brze moż­na by przy­to­czyć sze­reg wy­po­wie­dzi Ce­sa­rza, któ­rych sens był­by prze­ciw­ny do tego, co usły­szał z ust Ce­sa­rza Cau­la­in­co­urt, a mia­no­wi­cie,że to wła­śnie nie­pod­le­głość Pol­ski sta­no­wi­ła pod­sta­wo­wy cel Na­po­le­ona, stąd na­zy­wał kam­pa­nię w Ro­sji "woj­ną pol­ską". Roz­szy­fro­wy­wa­nie za­mie­rzeń Ce­sa­rza, acz­kol­wiek sza­le­nie in­te­re­su­ją­ce, nie jest jed­nak naj­waż­niej­szym ce­lem tej książ­ki.

Jej naj­więk­szą war­to­ścią jest przed­sta­wie­nie mar­szu na Mo­skwę w re­al­nych szcze­gó­łach pió­rem jej uczest­ni­ków, przez co sta­je się ona nie­mal "na­ma­cal­nie" nam bli­ska. Żad­na chy­ba ze zna­nych mi opu­bli­ko­wa­nych w Pol­sce ksią­żek nie od­da­je nam okru­cień­stwa tej woj­ny tak do­sad­nie, jak dzie­ło Au­sti­na. Bi­twa pod Bo­ro­di­no cał­kiem traf­nie zo­sta­ła za­ty­tu­ło­wa­na - "Rzeź". Wspo­mnie­nia uczest­ni­ków tej bi­twy uświa­da­mia­ją nam jak ta­nią war­to­ścią było w niej ży­cie ludz­kie i jak tra­gicz­ny był los ran­nych, a więc nie­przy­dat­nych już do wal­ki lu­dzi.

Au­tor nie ustrzegł się nie­ste­ty błę­dów fak­to­gra­ficz­nych, szcze­gól­nie do­ty­czą­cych hi­sto­rii Pol­ski. Zo­sta­ły one wy­szcze­gól­nio­ne w przy­pi­sach re­dak­cji. Nie mogą one jed­nak pod­wa­żyć za­sad­ni­czej war­to­ści książ­ki. Zresz­tą naj­lep­szą jej re­kla­mą niech bę­dzie za­miesz­czo­ny po­ni­żej tekst au­tor­stwa D.Chan­dle­ra, nie­kwe­stio­no­wa­ne­go au­to­ry­te­tu na Za­cho­dzie w kwe­stiach na­po­le­oń­skich.

Re­dak­cja skła­da go­rą­ce po­dzię­ko­wa­nia: Woj­cie­cho­wi Chrza­now­skie­mu i Kle­men­ty­nie Chrza­now­skiej, tłu­ma­czom "Mar­szu na Mo­skwę" oraz p. Ra­fa­ło­wi Kle­czew­skie­mu za kon­sul­ta­cje me­ry­to­rycz­ne.

Dzię­ku­je tak­że wie­lu czy­tel­ni­kom, któ­rzy po uka­za­niu się pierw­szej książ­ki z "se­rii na­po­le­oń­skiej" ode­zwa­li się, z ra­do­ścią wi­ta­jąc nową se­rię na ryn­ku wy­daw­ni­czym, su­ge­ru­jąc na­stęp­ne po­zy­cje, któ­re re­dak­cja po­win­na ich zda­niem wy­dać.

Część z tych pro­po­zy­cji na pew­no weź­mie­my pod uwa­gę w przy­szło­ści Z gło­sa­mi czy­tel­ni­ków i do­bry­mi re­cen­zja­mi książ­ki Gal­la­he­ra "Że­la­zny Mar­sza­łek" kłó­ci się pseu­do­re­cen­zja tej książ­ki,za­miesz­czo­na w "Mó­wią Wie­ki". Ku­li­sy tej re­cen­zji wy­ja­śniam w li­ście do re­dak­cji tego cza­so­pi­sma. Nie­ste­ty, list ten p. red. nacz. nie ośmie­lił się wy­dru­ko­wać na ła­mach "Mó­wią Wie­ki", mimo, że w ra­mach pra­wa pra­so­we­go był do tego zo­bli­go­wa­ny. Dla­te­go za­miesz­czam go obec­nie na koń­cu książ­ki z dzi­ką wręcz sa­tys­fak­cją.

Dro­dzy czy­tel­ni­cy! Nadal będę cze­kał na wa­sze uwa­gi na te­mat tego co już opu­bli­ko­wa­li­śmy i su­ge­stie co do tego,co chcie­li­by­ście, aby jesz­cze opu­bli­ko­wać w ra­mach"se­rii na­po­le­oń­skiej". Pa­mię­taj­cie, że ma­cie nie­po­wta­rzal­ną szan­sę współ­re­da­go­wać se­rię!

An­drzej Ryba

SŁOWO OD TŁUMACZY

Jako pierw­si czy­tel­ni­cy nie­zwy­kłej książ­ki Pau­la Brit­te­na Au­sti­na pt. "1812. Marsz na Mo­skwę", pra­gnie­my po­dzie­lić się z czy­tel­ni­ka­mi, któ­rzy za­pra­gną się z nią za­po­znać, w pew­nej mie­rze po­przez na­sze oczy, kil­ko­ma uwa­ga­mi.

Książ­ka jest za­iste nie­zwy­kła, gdy­by taką nie była, nie by­ło­by i tego tłu­ma­cze­nia. Wy­ma­ga­ła ona od nas wie­le wy­sił­ku i de­ter­mi­na­cji do ukoń­cze­nia pod­ję­te­go za­da­nia. Przede wszyst­kim, au­tor - sce­na­riu­sza - jest je­den - sam P. B. Au­stin, lecz ope­ra­to­rów, jak po­wia­da, miał aż stu. Ozna­cza to, że do­słow­nie co aka­pit, a na­wet czę­ściej, sty­ka­li­śmy się z in­nym ro­dza­jem nar­ra­cji, eks­pre­sji iję­zy­ka. Cza­sa­mi aż szko­da było, gdy za su­ge­stią re­dak­cji, za­cie­ra­ły się nie­co in­dy­wi­du­al­ne ce­chy po­szcze­gól­nych au­to­rów. Tu­taj za­uwa­żyć na­le­ży, że wła­ści­wie, to nie­któ­re frag­men­ty były tłu­ma­czo­ne kil­ku­krot­nie, mak­sy­mal­nie - wjed­nym przy­pad­ku - aż 6 (sześć!) razy, przez kil­ka ko­lej­nych ję­zy­ków, co też nie uła­twia­ło za­da­nia. Zwłasz­cza do­ty­czy­ło to nazw wła­snych (miej­sco­wo­ści, na­zwisk, obiek­tów te­re­no­wych), któ­re już na eta­pie tłu­ma­cze­nia były we­ry­fi­ko­wa­ne po raz pierw­szy z kil­ku­na­sto­ma po­zy­cja­mi li­te­ra­tu­ro­wy­mi, za­nim jesz­cze pod­ję­li te­mat eks­per­ci. Była to ist­na mo­zai­ka, czy też puz­zle, skła­da­na tym mo­zol­niej, że wy­da­nie ory­gi­nal­ne nie mia­ło, ła­god­nie mó­wiąc, sta­ran­nej re­dak­cji. W kil­ku­na­stu przy­pad­kach zmu­sze­ni by­li­śmy, po­dob­nie zresz­tą i eks­per­ci, do po­zo­sta­wie­nia nazw ory­gi­nal­nych (tzn. z wy­da­nia an­giel­skie­go, cza­sem za­iste "ory­gi­nal­nych"). Uwa­ża­li­śmy, że za­da­niem tłu­ma­cza jest tłu­ma­czyć, a nie po­pra­wiać au­to­ra, lecz w przy­pad­kach oczy­wi­stych i ła­two za­uwa­żal­nych, su­ge­ro­wa­li­śmy re­dak­cji czy­nie­nie przy­pi­sów. Rzad­ko spo­ty­ka­ne wję­zy­ku pol­skim łą­cze­nie cy­ta­tów z nar­ra­cją wła­sną au­to­ra - czę­sto kil­ku­krot­nie w ra­mach jed­ne­go zda­nia - było już za­gad­nie­niem prost­szym, choć jak się je uda­ło roz­wią­zać - oce­nią już sami czy­tel­ni­cy.

Tra­dut­to­ri e tra­di­to­ri

Woj­ciech Chrza­now­ski i Kle­men­ty­na Chrza­now­ska

SŁOWO WSTĘPNE

Da­vid G. Chan­dler

Ma­gi­ster Oxfor­du, Dok­tor li­te­ra­tu­ry,

Czło­nek Kró­lew­skie­go To­wa­rzy­stwa Hi­sto­rycz­ne­go,

Czło­nek Kró­lew­skie­go To­wa­rzy­stwa Geo­gra­ficz­ne­go,

Dzie­kan Wy­dzia­łu Stu­diów Wo­jen­nych,

Kró­lew­ska Aka­de­mia Woj­sko­wa w San­dhurst

Ze wszyst­kich, tak licz­nych kam­pa­nii wo­jen­nych ca­łej Hi­sto­rii, od świ­tu ery bro­ni pal­nej aż do po­cząt­ku XX wie­ku, na­jazd Na­po­le­ona na car­ską Ro­sję w 1812 ro­ku­jest praw­do­po­dob­nie kam­pa­nią naj­le­piej zna­ną na ca­łym świe­cie - i ist­nie­ją po temu uza­sad­nio­ne przy­czy­ny. Je­że­li cho­dzi o ska­lę, tak pod wzglę­dem za­an­ga­żo­wa­nej siły ży­wej, jak i za­się­gu geo­gra­ficz­ne­go, je­dy­nym sto­sow­nym tu­taj sło­wem jest epo­pe­ja. W kam­pa­nii tej bra­ło udział po­nad pół mi­lio­na żoł­nie­rzy Na­po­le­ona, a w osta­tecz­nym roz­ra­chun­ku - nie­mal tyle samo wo­jow­ni­ków Alek­san­dra I. Z Ber­li­na do Mo­skwy jest ty­siąc mil, a dla Fran­cu­zów i ich so­jusz­ni­ków, sie­dem­set tych mil, od chwi­li prze­kro­cze­nia Nie­mna, pro­wa­dzi­ło przez wro­gie, głów­nie ja­ło­we ob­sza­ry la­sów i otwar­tych rów­nin. Dla Na­po­le­ona

Nie­men miał oka­zać się jego Ru­bi­ko­nem: zje­go prze­kro­cze­nia wy­nik­nąć mia­ły rze­czy de­cy­du­ją­ce i nie­od­wra­cal­ne - pro­wa­dzą­ce do jego bliź­nia­czych upad­ków, pierw­sze­go - w kwiet­niu 1814, a po­tem (po epi­zo­dzie z ze­sła­niem na Elbę) - osta­tecz­ne­go ka­ta­kli­zmu pod Wa­ter­loo w 1815. Ska­la dzia­łań w roku 1812 jest nie­mal nie do wia­ry, a ich ofia­ry - woj­sko­we i cy­wil­ne, fran­cu­skich na­jeźdź­ców i ro­syj­skich obroń­ców - wstrzą­sa­ją na­wet dzi­siaj, mimo o wie­le więk­szych strat w dwóch ko­lej­nych woj­nach świa­to­wych XX wie­ku. Trze­ba jed­nak pa­mię­tać, że licz­ba lud­no­ści obu kra­jów była mniej­sza w 1812 niż w 1914, czy 1939 - pro­por­cjo­nal­nie więc róż­ni­ca strat jest na­wet mniej­sza niż może się to wy­da­wać na pierw­szy rzut oka.

Słyn­ny pru­ski żoł­nierz, fi­lo­zof i hi­sto­ryk, Carl von Clau­se­witz, na­zwał kie­dyś woj­nę "dra­ma­tem na­mięt­no­ści". Taką też z pew­no­ścią jest - ajed­ną z głów­nych cech tego no­we­go po­dej­ścia do sta­re­go te­ma­tu, ja­kie za­sto­so­wał Paul Brit­ten Au­stin, jest jego spo­sób uży­cia słów, wspo­mnień i, cza­sem nie­do­sko­na­łej, ludz­kiej pa­mię­ci - bo­wiem upływ cza­su po­tra­fi wy­czy­niać z nią naj­dziw­niej­sze rze­czy, cze­go aż nad­to świa­dom jest każ­dy hi­sto­ryk, któ­ry kie­dy­kol­wiek roz­ma­wiał ze sta­ry­mi żoł­nie­rza­mi - prze­szło stu spo­śród tych, co prze­ży­li - uczest­ni­ków dra­ma­tycz­nych wy­da­rzeń we Wschod­niej Eu­ro­pie przed stu osiem­dzie­się­ciu je­den laty. Same wy­da­rze­nia hi­sto­rycz­ne były wie­lo­krot­nie przy­po­mi­na­ne - tyl­ko w ostat­nich pię­ciu la­tach uka­za­ły się czte­ry po­waż­ne opra­co­wa­nia - lecz nig­dy jesz­cze nie po­ja­wi­ło się coś wła­śnie ta­kie­go, przy­najm­niej na taką ska­lę.

Bo­wiem to wła­śnie hi­sto­ria 1812 roku wi­dzia­na przez na­ocz­nych świad­ków - przede wszyst­kim Fran­cu­zów, Ro­sjan, Ukra­iń­ców, wszel­kiej pro­we­nien­cji Niem­ców, oraz Wło­chów - roz­ma­itej ran­gi, czy to woj­sko­wej, czy cy­wil­nej, sta­no­wi punkt cen­tral­ny, na któ­rym kon­cen­tru­je się owo nowe po­dej­ście; in­ny­mi sło­wy jest to ludz­ki spo­sób wi­dze­nia spraw. Woj­na, gdy uwzględ­ni się wszyst­ko, co w tej ma­te­rii po­wie­dzia­no i ro­bio­no, do­ty­czy przede wszyst­kim istot ludz­kich pod­da­nych po­łą­cze­niu stre­su, zmien­nej pro­por­cji nie­wy­gód, gło­du, tę­sk­no­ty za do­mem, nudy i nie­bez­pie­czeń­stwa, z oka­zyj­nym do­dat­kiem krót­kich chwil czy­stej eu­fo­rii czy też ab­so­lut­nej gro­zy, do­rzu­co­nych ni­czym szczyp­ta "przy­praw".

Moż­na tu za­po­ży­czyć tezę od Eu­kli­de­sa, sta­ro­żyt­ne­go ma­te­ma­ty­ka-geo­me­try z Alek­san­drii, że "ca­łość jest sumą wszyst­kich swo­ich czę­ści". Po obu stro­nach prze­szło mi­lion uzbro­jo­nych lu­dzi - wśród nich na­wet ko­bie­ty, wal­czą­ce w nie­re­gu­lar­nych gru­pach par­ty­zanc­kich Da­wi­do­wa1 - i do tego może na­wet trzy mi­lio­ny cy­wi­lów, zo­sta­ło w taki czy inny spo­sób uwi­kła­nych w na­jazd Na­po­le­ona na Ro­sję oraz na­stę­pu­ją­cy po nim ka­ta­klizm, jaki do­tknął jego ar­mię. Do Ro­sji wkro­czy­ło po­nad 650 000 Fran­cu­zów i ich so­jusz­ni­ków (włą­czyw­szy re­zer­wy), z któ­rych je­dy­nie oko­ło 110 000 do­ży­ło prze­kro­cze­nia Nie­mna w dro­dze po­wrot­nej (wli­cza­jąc w to siły na skrzy­dłach i wy­co­fu­ją­ce się przed głów­ną gru­pą ar­mii) a spo­śród oca­la­łych, praw­do­po­dob­nie aż 75% ucier­pia­ło od gło­du, od­mro­żeń, ran i cho­rób, z cze­go wkrót­ce mie­li umrzeć lub po­zo­stać ka­le­ka­mi na resz­tę ży­cia. Ar­miom i miesz­kań­com Świę­tej Rusi z pew­no­ścią dzia­ło się jesz­cze go­rzej, choć znaj­do­wa­li po­cie­chę w osta­tecz­nym zwy­cię­stwie nad ob­cym na­jeżdż­cą, pro­wa­dzo­nym przez jed­ne­go z dwóch naj­więk­szych ge­niu­szy woj­sko­wych ca­łej Hi­sto­rii. Ni­cze­go wię­cej nig­dy już się nie do­wie­my.

Spo­śród ak­tyw­nych i po­tra­fią­cych pi­sać uczest­ni­ków, Paul Brit­ten Au­stin wy­brał 100 lu­dzi, któ­rych hi­sto­rie splótł ra­zem - 100 lu­dzi, czy­li jed­ną dzie­się­cio­ty­sięcz­ną część uczest­ni­ków kam­pa­nii, za­le­d­wie 0,1%, jed­na dzie­sią­ta, z jed­nej dzie­sią­tej, z jed­nej dzie­sią­tej2. Po­trze­bo­wał wszyst­kie­go 400 stron, aby prze­nieść nas znad brze­gów prze­kra­cza­ne­go 24 czerw­ca, nie­mal bez opo­ru, z nie­przy­ja­cie­lem pra­wie nie­wi­docz­nym, Nie­mna, do oku­pa­cji przez Fran­cu­zów opu­sto­sza­łej Mo­skwy, za­le­d­wie 82 dni póź­niej. Jego dzie­ło wy­peł­nia­ją po brze­gi wiel­kie i małe wy­da­rze­nia wo­jen­ne - obej­mu­ją­ce wiel­kie, pre­cy­zyj­nie za­pla­no­wa­ne i mi­strzow­sko prze­pro­wa­dzo­ne bi­twy jak Bo­ro­di­no lub Smo­leńsk, jak i małe po­tycz­ki,czy spo­tka­nia wy­su­nię­tych po­ste­run­ków, któ­re nig­dy nie zo­sta­ły na­wet na­zwa­ne. Cóż jed­nak leży za Mo­skwą? Z pew­no­ścią zna­my na­gie fak­ty hi­sto­rycz­ne: ca­ło­mie­sięcz­ne zwle­ka­nie przez Na­po­le­ona w Mo­skwie; po­czą­tek dłu­gie­go od­wro­tu w okre­sie pięk­nej, je­sien­nej po­go­dy; nie­po­trzeb­ne fia­sko pod Ma­ło­ja­ro­sław­cem; fa­tal­nie zmie­nio­na tra­sa od­wro­tu przez Bo­ro­di­no do Smo­leń­ska przy zmia­nie po­go­dy na naj­gor­szą moż­li­wą; bi­twy wszel­kie­go ro­dza­ju i ska­li z nę­ka­ją­cy­mi i ści­ga­ją­cy­mi Fran­cu­zów Ro­sja­na­mi pod do­wódz­twem Ku­tu­zo­wa w ta­kich miej­scach jak Kra­sne i Or­sza; po­tęż­ny dra­mat prze­kra­cza­nia Be­re­zy­ny pod bez­po­śred­nim ogniem nie­przy­ja­cie­la; los ty­się­cy ma­ru­de­rów; za­ła­ma­nie się zwar­tych for­ma­cji oraz in­dy­wi­du­al­nej dys­cy­pli­ny żoł­nie­rzy, któ­rzy - opusz­cze­ni 5 grud­nia przez Ce­sa­rza, któ­ry wy­je­chał do Pa­ry­ża, aby uci­szyć plot­ki o swo­jej śmier­ci, zmiaż­dżyć spi­ski, a przede wszyst­kim za­cząć two­rze­nie no­wej ar­mii, ma­ją­cej sta­wić czo­ła VI Ko­ali­cji - wle­kli się z po­wro­tem w co­raz to gor­szych wa­run­kach po­go­do­wych, z tem­pe­ra­tu­rą spa­da­ją­cą przy paru oka­zjach po­ni­żej mi­nus 30 stop­ni, z licz­bą ofiar ży­wio­łów prze­kra­cza­ją­cą to, czym mógł im za­szko­dzić wróg, a wresz­cie, ostat­ni czło­wiek ma­ją­cy opu­ścić zie­mię Świę­tej Mat­ki Ro­sji - zmie­nio­ny nie do po­zna­nia mar­sza­łek Ney, na­zwa­ny już wcze­śniej przez swe­go wład­cę "naj­dziel­niej­szym z dziel­nych" - na owi­nię­tych w szma­ty no­gach, nie­my­ty i nie­go­lo­ny, po dzie­się­ciu dniach de­spe­rac­kich ak­cji jako do­wód­ca stra­ży tyl­nej, z ka­ra­bi­nem sze­re­go­we­go żoł­nie­rza pod lewą pa­chą: wszyst­ko to jesz­cze na­dej­dzie w ocze­ki­wa­nych z nie­cier­pli­wo­ścią ko­lej­nych to­mach.

Mamy tu­taj, w ra­mach jed­nej kam­pa­nii, dra­mat o wy­mia­rze sta­ro­żyt­nej tra­ge­dii grec­kiej. Wiel­kie aspi­ra­cje, fa­tal­ne błę­dy w oce­nie, bo­ha­ter­scy i nie­ustra­sze­ni prze­ciw­ni­cy, ogrom­ne lecz osta­tecz­nie zmar­no­wa­ne osią­gnię­cia, pod ko­niec - "zmierzch bo­gów" - pro­wa­dzą­cy nie­uchron­nie, ni­czym ne­me­sis, do osta­tecz­nej klę­ski, a wresz­cie - co wca­le nie jest naj­mniej waż­ne - pod­wa­li­ny no­wej le­gen­dy, ma­ją­cej łu­dzić, fa­scy­no­wać i prze­ra­żać ko­lej­ne po­ko­le­nia ludz­ko­ści. Wszyst­ko to z na­wiąz­ką przed­sta­wia nową Erę He­ro­icz­ną.

Nic dziw­ne­go, że wiel­ki po­wie­ścio­pi­sarz Toł­stoj uczy­nił tę hi­sto­rię tre­ścią dru­giej po­ło­wy naj­więk­szej po­wie­ści hi­sto­rycz­nej wszyst­kich cza­sów - Woj­ny i po­ko­ju. Ani też temu, że książ­ka ta fa­scy­no­wa­ła kil­ka po­ko­leń pro­du­cen­tów fil­mów. Wie­lu za­pa­mię­ta Au­drey Hep­burn i Hen­ry' ego Fon­dę jako od­twór­ców głów­nych ról w wer­sji ame­ry­kań­skiej wy­twór­ni Pa­ra­mo­unt Films (1966), z Her­ber­tem Lo­mem jako Na­po­le­onem, po któ­rej na­sta­pi­ło - a na­wet z pew­no­ścią ją prze­ści­gnę­ło - bez­względ­ne ar­cy­dzie­ło, sied­mio-i-pół­go­dzin­na Woj­na i Mir Ser­gie­ja Bon­dar­czu­ka, wy­pro­du­ko­wa­ne w la­tach 1963-1967, z udzia­łem 20 000 ra­dziec­kich żoł­nie­rzy w sce­nach bi­tew­nych. Po­tem przy­szedł se­rial te­le­wi­zji BBC, jej pierw­sza, wiel­ka, barw­na epo­pe­ja w 20 od­cin­kach (1972) w re­ży­se­rii Da­vi­da Con­roya i Joh­na Da­vi­sa, pra­cu­ją­cych w opar­ciu o sce­na­riusz Jac­ka Pul­ma­na, w któ­re­go ob­sa­dzie wy­ko­rzy­sta­no sław­nych ak­to­rów bry­tyj­skich, na cze­le z Mo­rag Hood, To­nym (obec­nie Sir An­tho­nym) Hop­kin­sem i Ala­nem Do­biem w ro­lach głów­nych, nie za­po­mi­na­jąc o usłu­gach od­da­nych pro­duk­cji przez 2500 żoł­nie­rzy ju­go­sło­wiań­skich wojsk te­ry­to­rial­nych w sce­nach wiel­kich bi­tew, krę­co­nych w dwóch miej­scach nad Du­na­jem w po­bli­żu mia­sta Nowy Sad (daw­ny Pe­ter­wa­raż­dyn). A cał­kiem ostat­nio, jed­no­go­dzin­ny film wi­deo wy­pro­du­ko­wa­ny przez wy­twór­nię Crom­well Pro­duc­tions, The Road to Mo­scow (Dro­ga do Mo­skwy) z 1992 roku, w se­rii Cam­pa­igns in Hi­sto­ry (Hi­sto­rycz­ne kam­pa­nie wo­jen­ne)3. Au­tor ni­niej­sze­go wpro­wa­dze­nia miał wiel­kie szczę­ście brać czyn­ny udział w obu ostat­nich przed­się­wzię­ciach, jako do­rad­ca woj­sko­wy.

Tyle o za­in­te­re­so­wa­niu me­diów. Znacz­nie waż­niej­sze jest to, że wie­lu zna­ko­mi­tych hi­sto­ry­ków woj­sko­wo­ści stwo­rzy­ło zna­ko­mi­te i pa­mięt­ne dzie­ła na­uko­we do­ty­czą­ce kam­pa­nii 1812 roku. Moż­na po­my­śleć tu o Se­ven Ro­ads to Mo­scow (Sie­dem dróg do Mo­skwy) ge­ne­ra­ła Jack­so­na (1958), an­to­lo­gii 1812; Ey­ewit­ness Ac­co­unts of Na­po­le­on's De­fe­at in Rus­sia (1812; Świa­dec­twa na­ocz­nych świad­ków klę­ski Na­po­le­ona w Ro­sji) An­to­ny'ego Bret­ta-Ja­me­sa (1966), With Na­po­le­on in Rus­sia (ZNa­po-le­onem w Ro­sji) Ala­na Pal­me­ra (1967), With Na­po­le­on in Rus­sia (Z Na­po­le­onem w Ro­sji) C. Vos­sle­ra (1969), Bo­ro­di­no: Na­po­le­on aga­inst Rus­sia (Bo­ro­di­no: Na­po­le­on prze­ciw Ro­sji) Chri­sto­phe­ra Duf­fy'ego (1972), The War of the Two Em­pe­rors (Woj­na dwóch ce­sa­rzy) Cur­ti­sa Cate'a (1985), Na­po­le­on, 1812 Joh­na Ni­chol­so­na (1986),

In­va­sion of Rus­sia (Na­jazd Na­po­le­ona na Ro­sję) Geo­r­ge'a Na­fzi­ge­ra (1988), 1812: Na­po­le­on's Rus­sian Cam­pa­ign (1812: Kam­pa­nia ro­syj­ska Na­po­le­ona) Ri­char­da Rieh­na (1990), czy wresz­cie i mój wła­sny nie­wiel­ki pre­zent dla ofi­ce­rów Ar­mii Bry­tyj­skiej stu­diu­ją­cych na Niż­szym Kur­sie Do­wód­czo-Szta­bo­wym (Część Czwar­ta, Kurs Ko­re­spon­den­cyj­ny) Na­po­le­on's Cam­pa­ign in Rus­sia 1812 (Kam­pa­nia Na­po­le­ona w Ro­sji - 1812) (1986, cał­kiem nie­spo­dzie­wa­nie dzieł­ko to do­pro­wa­dzi­ło do roz­po­czę­cia se­rii wy­daw­ni­czej Osprey Cam­pa­ign Se­ries) - aż dzie­więć po­zy­cji od 1958 roku. Nie bra­ko­wa­ło więc ostat­nio no­wych po­dejść do te­ma­tu.

Pew­ne­go dnia w roku 1973, w biu­rze wy­daw­cy Lio­ne­la Le­ven­tha­la, na­ro­dził się po­mysł stwo­rze­nia cał­kiem od­mien­ne­go, bez­po­śred­nie­go po­ka­za­nia wy­da­rzeń 1812 roku. Po­tem, w 1979, (ory­gi­nal­ne) wy­daw­nic­two Arms and Ar­mo­ur Press wzno­wi­ło Me­mo­irs of Ser­ge­ant Bo­ur­go­gne (Pa­mięt­ni­ki sier­żan­ta Bo­ur­go­gne 'a), do­ty­czą­ce przede wszyst­kim strasz­li­we­go od­wro­tu. Obec­nie przed­sta­wia­ny pań­stwu tom wy­ma­gał 20 lat doj­rze­wa­nia, a dru­gi jest już w dro­dze, co łacz­nie daje przed­się­wzię­cie zaj­mu­ją­ce chy­ba ćwierć pro­duk­tyw­ne­go ży­cia jego au­to­ra. Sty­lem jest ono naj­bliż­sze pro­po­zy­cji An­to­ny'ego Brett-Ja­me­sa z 1966. Je­śli jed­nak Brett-Ja­mes był za­wo­do­wym lin­gwi­stą i hi­sto­ry­kiem woj­sko­wo­ści ze "szko­ły San­dhurst", to Paul Brit­ten Au­stin jest przede wszyst­kim pi­sa­rzem zaj­mu­ja­cym się te­ma­ty­ką kul­tu­ral­ną i za­wo­do­wym tłu­ma­czem, któ­re­go jak do­tąd naj­świet­niej­szą pra­cą jest stu­dium nad­zwy­czaj­ne­go, osiem­na­sto­wiecz­ne­go po­ety szwedz­kie­go Car­la Mi­cha­ela Bel­l­ma­na, oraz jego kon­ge­nial­ne tłu­ma­cze­nia, tak po­dzi­wia­ne przez W. H. Au­de­na, nie­śmier­tel­nych pie­śni Bel­l­ma­na. Mię­dzy in­ny­mi książ­ka­mi, ja­kie na­pi­sał, znaj­du­je się tak­że The Or­gan-Ma­ker's Wife (Żona Or­gan­mi­strza), dra­ma­tycz­na po­wieść z cza­sów Re­for­ma­cji, rów­nież bę­dą­ca uni­kal­ną - choć fik­cyj­ną - re­kon­struk­cją cza­sów mi­nio­nych. Au­tor na­zy­wa obec­ną swo­ją książ­kę "słow­nym fil­mem, na­krę­co­nym przez po­nad 100 spo­śród oca­la­łych". Za­iste, tyl­ko nie­wie­lu z nich zo­sta­ło prze­tłu­ma­czo­nych do­tąd na an­giel­ski, zaś au­tor spla­ta ich świa­dec­twa aby stwo­rzyć nie­za­po­mnia­ny hi­sto­rycz­ny go­be­lin. Przy­pad­ko­wo, za­wsze po­wstrzy­mu­jąc się od ko­men­ta­rzy, czy ukry­tych po­mó­wień, au­tor stwo­rzył tak­że prze­ni­kli­we stu­dium za­gro­żeń wszech­moc­no­ści, czy też, w każ­dym ra­zie, nie­mal ab­so­lut­nej wła­dzy Na­po­le­ona. Za­iste, wie­le po­zio­mów moż­na od­na­leźć w tej wspa­nia­łej jeu d'esprit, bę­dą­cej rów­no­cze­śnie tour de for­ce4.

Pau­lo­wi Brit­te­no­wi Au­sti­no­wi nie jest rów­nież obca hi­sto­ria woj­sko­wo­ści. Jest on prze­cież sy­nem F. Brit­te­na Au­sti­na, uzna­ne­go pi­sa­rza - au­to­ra no­wel hi­sto­rycz­nych w la­tach 30-tych, któ­ry na­pi­sał tak­że dwie fa­scy­nu­ja­ce po­wie­ści hi­sto­rycz­ne, któ­re Wa­vel­l­Sir Ar­chi­bald Per­ci­val Wa­vell, wi­ceh­ra­bia Cy­re­naj­ki, Ery­trei i Win­che­ster, (1883-1950) mar­sza­łek bry­tyj­ski, do­wód­ca sił alianc­kich na śród­ziem­no­mor­skim i azja­tyc­kim te­atrze dzia­łań wo­jen­nych w okre­sie II WŚ (przyp. red.). po­le­cał, jako pod­sta­wo­wą lek­tu­rę, wszyst­kim woj­sko­wym z aspi­ra­cja­mi. Były to: The Road to Glo­ry (Dro­ga do chwa­ły, 1936), mó­wią­ca o Pierw­szej Kam­pa­nii Wło­skiej mło­de­go Bo­na­par­te­go, oraz For­ty Cen­tu­ries Look Down (Czter­dzie­ści wie­ków na was spo­glą­da), mó­wią­ca o Na­po­le­onie w Egip­cie. Mia­ły one sta­no­wić dwa pierw­sze tomy z se­rii po­świę­co­nej ca­łej ka­rie­rze Na­po­le­ona, nie­ste­ty, śmierć au­to­ra spo­wo­do­wa­ła, że po­wsta­ły tyl­ko te dwa. W rze­czy­wi­sto­ści, na­wet i te dwie książ­ki mo­gły­by nig­dy nie uj­rzeć świa­tła dzien­ne­go, gdy­by nie Paul, ma­ją­cy wte­dy za­le­d­wie 10 lat. Pew­ne­go dnia, na spa­ce­rze z oj­cem, aby od­wie­dzić In­wa­li­dów5 ("jako chło­piec mia­łem fio­ła na punk­cie Na­po­le­ona") za­py­tał wiel­kie­go czło­wie­ka, dla­cze­go nie opi­sał w po­wie­ści ży­cia Na­po­le­ona. Mo­że­my więc być mu wdzięcz­ni tak za tam­te dwie po­wie­ści z lat 30-tych, jak rów­nież za te nowe i cał­ko­wi­cie od­mien­ne dzie­ło, któ­re uj­rza­ło świa­tło dzien­ne po­nad 60 lat póź­niej.

Jest to do­praw­dy ogrom­ne przed­się­wzię­cie - zo­sta­ło jed­nak do­pro­wa­dzo­ne do koń­ca we wspa­nia­łym sty­lu. W pod­su­mo­wa­niu moż­na za­cy­to­wać, co fran­cu­ski hi­sto­ryk Octa­ve Au­brey na­pi­sał o sa­mym Na­po­le­onie, a co we­dług mnie w rów­nym stop­niu moż­na użyć do opi­su tego na­uko­we­go, lecz rów­no­cze­śnie pul­su­ją­ce­go ży­ciem dzie­ła: "Jako hi­sto­ryk Hud­son na­pi­sał o sa­mym Na­po­le­onie: 'To go wła­śnie wy­róż­nia, a tak­że, w ra­zie po­trze­by, tłu­ma­czy. Je­śli czy­jeś osią­gnię­cia trwa­ją tak dłu­go i przy­no­szą ta­kie owo­ce, sta­no­wią one uza­sad­nie­nie dla sa­mych sie­bie'".

1812: Marsz na Mo­skwę po­zwa­la na do­sko­na­ły wgląd w czło­wie­ka na woj­nie. Książ­ka jest nie­mal taką epo­pe­ją, jak sama ta kam­pa­nia.

Da­vid G. Chan­dler

Hind­ford and RMA San­dhurst

PRZEDMOWA

Z jed­nej trze­ciej mi­lio­na żoł­nie­rzy, zja­ki­mi Na­po­le­on, w dniu let­nie­go prze­si­le­nia 1812 roku na­je­chał na Ro­sję, nie­wie­lu tyl­ko po­wró­ci­ło. Po­nu­ra hi­sto­ria od­wro­tu czę­sto już była opo­wia­da­na, hi­sto­ria na­tar­cia zaś - znacz­nie rza­dziej. Jest ona jed­nak nie mniej dra­ma­tycz­na, a pod wie­lo­ma wzglę­da­mi - na­wet bar­dziej.

Książ­ka ta jest słow­nym fil­mem, na­krę­co­nym przez po­nad 100 spo­śród oca­lo­nych. Moi "ka­me­rzy­ści" po­cho­dzi­li z pra­wie wszyst­kich kra­jów Eu­ro­py - są wśród nich Fran­cu­zi, Ho­len­drzy, Niem­cy, Szwaj­ca­rzy, Wło­si... Naj­rze­tel­niej­sze są, oczy­wi­ście, dzien­ni­ki. Le­jeu­ne po­wia­da, że jego był:

"mniej­szy od dło­ni, a no­si­łem go na ser­cu. Cały był po­nad­dzie­ra­ny, prze­mo­czo­ny przez bu­rze, a tak­że od mo­je­go potu, po­wo­do­wa­ne­go wy­jąt­ko­wy­mi upa­ła­mi, pa­nu­ją­cy­mi w Ro­sji..."

Za­wsze kry­tycz­ny La­bau­me - któ­re­go świa­dec­two mia­ło uka­zać się w dru­ku jako pierw­sze, po dwóch za­le­d­wie la­tach, gdy Na­po­le­on był tym­cza­so­wo nie­obec­ny po ze­sła­niu na Elbę - po­wia­da, że tak­że jego świa­dec­two opar­te było na ta­kim dzien­ni­ku:

"Ogra­ni­cza­jąc się, jak wszy­scy moi to­wa­rzy­sze bro­ni, do wal­ki o naj­bar­dziej ele­men­tar­ne po­trze­by, prze­nik­nię­ty zim­nem, nę­ka­ny gło­dem, bę­dąc ofia­rą wszel­kich moż­li­wych cier­pień, nie­pe­wien o każ­dym wscho­dzie słoń­ca, czy dane mi bę­dzie uj­rzeć wie­czo­rem jego ostat­nie pro­mie­nie, wie­czo­ra­mi zaś wąt­piąc, czy do­cze­kam no­we­go dnia, wszyst­kie uczu­cia sku­pi­łem na tym jed­nym, je­dy­nym pra­gnie­niu: prze­ży­cia, aby za­cho­wać wspo­mnie­nia o tym co dane mi było wi­dzieć. Każ­dej nocy, sie­dząc przy mi­zer­nym ogni­sku przy tem­pe­ra­tu­rze 20-25 stop­ni po­ni­żej zera,1 oto­czo­ny mar­twy­mi i umie­ra­ją­cy­mi, po­now­nie prze­bie­ga­łem my­ślą przez wszyst­kie wy­da­rze­nia dnia. Wro­nie pió­ra ostrzy­łem tym sa­mym no­żem, ja­kie­go wcze­śniej uży­wa­łem do kro­je­nia koń­skie­go mię­sa. Odro­bi­na pro­chu strzel­ni­cze­go, zmie­sza­na w gar­ści ze sto­pio­nym śnie­giem słu­ży­ła mi za atra­ment, a dzia­ło za biur­ko! Przy świe­tle sto­ją­cej w pło­mie­niach Mo­skwy opi­sy­wa­łem gra­bież tego mia­sta. Nad brze­ga­mi Be­re­zy­ny spraw­dza­łem wła­sne świa­dec­two o owym nie­szczę­snym prze­kra­cza­niu rze­ki..."

Szu­ka­ją­cy chwa­ły Ce­za­ry de Lau­gier, tak­że pi­sze swój dzien­nik "ka­wał­kiem wę­gla drzew­ne­go, przy świe­tle pło­ną­ce­go domu, czy wio­ski, w nie­któ­rych dniach przy po­nad 28 stop­niach mro­zu". Na­wet nie­śmier­tel­na, kla­sycz­na już książ­ka sier­żan­ta Bo­ur­go­gne'a, na­pi­sa­na nie­mal dla wy­eg­zor­cy­zmo­wa­nia strasz­nych wspo­mnień, mo­gła być opar­ta na ta­kim dzien­ni­ku. Na pew­no tak­że wspo­mnie­nia Cau­la­in­co­ur­ta, lo­jal­ne­go, choć za­wsze kry­tycz­ne­go Bo­swel­la6 Na­po­le­ona:

"Moje no­tat­ki ro­bio­ne były wszę­dzie, za biur­kiem i w obo­zie, co­dzien­nie i o każ­dej po­rze dnia; są one dzie­łem do­słow­nie każ­dej chwi­li; nie upięk­sza­łem w nich ni­cze­go, po­nie­waż choć były w nich mo­men­ty, gdy po­ka­zy­wał się w nich ten czło­wiek, to był to prze­cież ów pół­bóg, któ­re­go wszy­scy roz­po­zna­wa­li. Nie­je­den raz na­cho­dzi­ła mnie myśl, że dzien­nik ten, pi­sa­ny nie­mal na oczach Ce­sa­rza, mógł­by wpaść wje­go ręce, lecz myśl ta nie była w sta­nie po­wstrzy­mać mego pió­ra. Nie­wat­pli­wie praw­da stu­dzi­ła jego do­bro­dusz­ność, lecz jego sil­ny i wznio­sły cha­rak­ter po­zwa­lał mu wznieść się po­nad w do­brej wie­rze czy­nio­ną kry­ty­kę".

Ile se­tek, a może i ty­się­cy in­nych dzien­ni­ków za­gi­nę­ło ra­zem z ich au­to­ra­mi? Przez całe na­stęp­ne po­ko­le­nie Eu­ro­pa roz­brzmie­wa­ła echa­mi wspo­mnień sta­rych żoł­nie­rzy, po­dej­mu­ją­cych swo­je opo­wie­ści we wszyst­kich ję­zy­kach. Mały Co­ignet, naj­niż­szy gre­na­dier Gwar­dii Ce­sar­skiej, spi­sał swo­je wspo­mnie­nia w wie­ku 70 lat, w prze­rwach po­mię­dzy nie­koń-cza­cy­mi się par­tia­mi ma­nil­li i pi­kie­ta w ka­fej­ce w Au­xer­re; gdy zmarł - po­zo­sta­wił 600 fran­ków swo­im po­zo­sta­łym przy ży­ciu przy­ja­cio­łom, aby wy­pi­li jego zdro­wie po po­grze­bie i za­śpie­wa­li pieśń do me­lo­dii Sta­re­go sier­żan­ta Béran­ge­ra. Rzecz za­ska­ku­ją­ca, mamy jego fo­to­gra­fię, wy­ko­na­ną, gdy był już w po­de­szłym wie­ku. A więc, wszyst­ko to nie ro­ze­gra­ło się znów tak daw­no!

To co za­wsze fa­scy­nu­je, to szcze­gó­ły! Zmon­to­wać na­wet małą cząst­kę tych ty­się­cy ki­lo­me­trów "ta­śmy" tak, aby stwo­rzy­ły spój­ny układ dra­ma­tycz­ny, nie było pro­stym za­da­niem.

Z po­wo­du ogra­ni­czo­nej ob­ję­to­ści nie pró­bo­wa­łem:

(a) spoj­rzeć na wy­da­rze­nia z punk­tu wi­dze­nia stro­ny ro­syj­skiej. Woj­na, o ile nie zo­sta­ło się jeń­cem, jest za­wsze do­świad­cze­niem jed­no­stron­nym;

(b) wda­wać się w za­wi­ło­ści tak­tycz­ne - mi­ło­śni­ka gier wo­jen­nych ode­słać na­le­ży do książ­ki Geo­r­ge'a F. Na­fzi­ge­ra Na­po­le­on In­va­sion of Rus­sia (Na­jazd­Na­po­le­ona na Ro­sję; Pre­si­dio Press, No­va­to, CA, 1988), któ­ra za­wie­ra tak­że wszyst­kie po­dzi­wu god­ne szcze­gó­ły sto­sun­ków fran­cu­sko­ro­syj­skich w la­tach 1806-1812, jak rów­nież całą masę in­for­ma­cji sta­ty­stycz­nych. Dla uzy­ska­nia ogól­ne­go ob­ra­zu dra­ma­tu roku 1812, nie ma nic lep­sze­go nad The War of the Two Em­pe­rors (Woj­na dwóch ce­sa­rzy; Ran­dom Ho­use, NY, 1985) Cur­ti­sa Cate'a. To samo moż­na po­wie­dzieć o Swords Aro­und a Thro­ne (Mie­cze wo­kół tro­nu; The Free Press; Nowy Jork, 1988) Joh­na El­tin­ga, w od­nie­sie­niu do ogól­nych in­for­ma­cji o ar­miach Na­po­le­ona. Dla uzy­ska­nia ogól­ne­go ob­ra­zu sy­tu­acji stra­te­gicz­nej sam ko­rzy­sta­łem z kla­sycz­nej po­zy­cji Da­vi­da Chan­dle­ra Cam­pa­igns of Na­po­le­on (Kam­pa­nie Na­po­le­ona; Mac­mil­lan, Nowy Jork, 1966);

(c) nie śle­dzi­łem lo­sów kor­pu­sów in­nych niż te, któ­re two­rzy­ły "Ar­mię Mo­skwy". Trze­ba było na­wet po­mi­nąć dzia­ła­nia II i VI Kor­pu­su;

(d) przy­pi­sy­wać moim pro­ta­go­ni­stom my­śli lub uczuć, oja­kich sami wy­raź­nie nie na­pi­sa­li;

(e) oce­niać, z rzad­kim wy­jąt­kiem przy­pi­sów, ja­ko­ści pa­mię­ci mo­ich na­ocz­nych świad­ków, czy też jak wie­le w ich pi­smach jest spoj­rze­nia post fac­tum. Ogól­nie rzecz bio­rąc, kto­kol­wiek przedarł­by się przez wszyst­kie te wspo­mnie­nia, do­szedł­by do wnio­sku, że na ogół ich au­to­rzy opo­wia­da­ją to, cze­go do­świad­czy­li, czy to w cza­sie te­raź­niej­szym (dzien­ni­ki), czy w prze­szłym (wspo­mnie­nia). Cza­sa­mi, choć rzad­ko, przy­ła­pu­ją się na­wza­jem na kłam­stwach lub prze­sa­dza­niu w opi­sach wła­snych wy­czy­nów. Ar­cy­dzie­ło Ségu­ra jest szcze­gól­nie nie­ści­słe, na co daw­no już temu wska­zał Gou­r­gaud, więc też ko­rzy­sta­łem z nie­go w bar­dzo nie­wiel­kim stop­niu.

Jed­no sło­wo o mo­jej tech­ni­ce prze­kła­du. Choć sama w so­bie bar­dzo żywa, dzie­więt­na­sto­wiecz­na pro­za mo­ich na­ocz­nych świad­ków jest wol­niej­sza, bar­dziej ob­cią­żo­na zda­nia­mi pod­rzęd­ny­mi, za­tem cięż­sza od na­szej, od­da­wa­nie więc ory­gi­nal­nych zdań w ca­łej ich zło­żo­no­ści syn­tak­tycz­nej czę­sto ozna­cza­ło­by utra­tę ich płyn­no­ści i siły od­dzia­ły­wa­nia. Po­zwa­la­łem więc so­bie na pew­ną do­wol­ność w za­kre­sie in­ter­punk­cji, skład­ni, a na­wet uży­wa­nia cza­sów. Na­wet sam po­rzą­dek fraz, zdań i aka­pi­tów może się nie zga­dzać. Za­wsze jed­nak za­cho­wa­ny jest sens. Czy­niąc skró­ty i po­mi­ja­jąc pew­ne frag­men­ty, czę­sto na­wet po­mi­ja­łem tra­dy­cyj­ny wie­lo­kro­pek. Do więk­szo­ści ory­gi­na­łów do­trzeć moż­na w każ­dym ra­zie w Bi­blio­th?que Na­tio­na­le w Pa­ry­żu, czy gdzie in­dziej. Jed­nym sło­wem, pró­bo­wa­łem od­dać pro­zę mo­ich au­to­rów tak, jak gdy­by uży­wa­li oni ma­szyn do pi­sa­nia, czy na­wet edy­to­rów tek­stu, a nie gę­sich piór. Czy też, jak w przy­pad­ku La­bau­me'a - wro­nich.

Paul Brit­ten Au­stin

Daw­lish, De­von

1Uwertura do 1812

"Mię­dzy do­mem wa­ria­tów a Pan­te­onem!" - nowa woj­na z Ro­sją? - puł­kow­nik Pon­thon pada na ko­la­na - zły sen Na­po­le­ona - eko­no­mia - na­iw­ność Wiel­kie­go Ko­niu­sze­go - pol­skie trzę­sa­wi­ska - "bez trans­por­tu wszyst­ko jest da­rem­ne" - sier­żant Co­ignet przy­go­to­wu­je ła­dun­ki - po­rucz­nik Bo­ur­go­ing prze­ta­so­wu­je swo­ich re­kru­tów - sie­dem ar­mii ma­sze­ru­je na pół­noc - "zja­wił się jak Ksią­żę Ciem­no­ści"-fa­jer­wer­ki w Dreź­nie - bez­owoc­na mi­sja Na­rbon­ne'a - Tur­cja i Ro­sja za­wie­ra­ją po­kój - "Alek­san­der Wiel­ki wy­ru­szył na In­die".

Pew­nej nocy w po­cząt­kach mar­ca 1812, mło­dy Vil­le­ma­in, se­kre­tarz ge­ne­ra­ła hra­bie­go Lu­dwi­ka de Na­rbon­ne'a1, ad­iu­tan­ta ce­sa­rza Na­po­le­ona, sie­dział w po­wo­zie swo­je­go sze­fa na dzie­dziń­cu pa­ła­cu w St-Clo­ud, czy­ta­jąc świe­żo opu­bli­ko­wa­ną Po­dróż do Je­ro­zo­li­my7 Cha­te­au­brian­da, kie­dy:

"na­gle roz­legł się ja­kiś ha­łas, wy­da­wa­ło się, że spo­wo­do­wa­ny przez służ­bę. Ko­nie, znu­dzo­ne bar­dziej ode mnie, na­sta­wi­ły uszu. Po­wóz prze­su­nął się o kil­ka kro­ków do przo­du i ge­ne­rał, wsko­czyw­szy do nie­go ener­gicz­nie, roz­ka­zał woź­ni­cy je­chać do Pa­ry­ża, do domu mi­ni­stra spraw za­gra­nicz­nych Ma­re­ta."

Rze­ko­my nie­ślub­ny syn roz­pust­ne­go i bez­wol­ne­go Lu­dwi­ka XV, pięć­dzie­się­cio­sied­mio­let­ni, przed­wcze­śnie po­si­wia­ły Na­rbon­ne "po­dzi­wiał oso­bi­ście Na­po­le­ona, cho­ciaż nie po­do­ba­ło mu się jego opar­te na wła­dzy ab­so­lut­nej i sile woj­sko­wej ce­sar­stwo, i uwa­żał, że jest ska­za­ne na za­gła­dę o ile nie zmie­ni ono swo­jej po­li­ty­ki". Jed­nak we­dług tego co miał po­wie­dzieć swe­mu wy­bu­cho­we­mu pierw­sze­mu ofi­ce­ro­wi or­dy­nan­so­we­mu, Ga­spar­do­wi Gou­r­gau­do­wi, na Świę­tej He­le­nie, Na­po­le­on za grosz nie dbał o to co inni my­ślą lub czu­ją - in­te­re­so­wa­ły go tyl­ko ich sło­wa i czy­ny. Znaj­do­wał też dużą przy­jem­ność w in­te­li­gent­nej i wy­szu­ka­nej kon­wer­sa­cji z Na­rbon­nem i cie­szył się, ma­jąc owe­go po­tom­ka an­cien régi­me 'u8 w oto­cze­niu swej ce­sar­skiej, choć do­głęb­nie bur­żu­azyj­nej oso­by. Pod­czas gdy po­wóz szyb­ko wy­ta­czał się z dzie­dziń­ca - kon­ty­nu­uje Vil­le­ma­in

- Na­rbon­ne:

"przy­ło­żył rękę do ły­se­go czo­ła, jak gdy­by po­now­nie ana­li­zo­wał wszyst­ko to, co przed chwi­lą usły­szał. I po­wie­dział ci­cho: 'Co za czło­wiek! Co za zdu­mie­wa­ją­ce po­my­sły! Co za ma­rze­nia! Gdzie schro­nić się przed pło­mie­niem ta­kie­go ge­niu­szu? To nie do wia­ry! Je­ste­śmy mię­dzy do­mem wa­ria­tów a Pan­te­onem. Za­mar­twiam się za każ­dym ra­zem kie­dy się z nim spo­ty­kam. Jego po­zor­nie słusz­ne prze­my­śle­nia, nad­to opty­mi­stycz­ne so­fi­zma­ty, gi­gan­tycz­ne złu­dze­nia, wszyst­ko to wbił so­bie do gło­wy, a pod­czas roz­mo­wy w czte­ry oczy po­tra­fi przed­sta­wić je jako nie­na­ru­szal­ne ak­sjo­ma­ty.'."

Te­ma­tem owej dys­ku­sji była nowa woj­na z Ro­sją. W 1807 po­ko­na­ny car Alek­san­der, po­sta­no­wie­nia­mi Trak­ta­ku Tyl­życ­kie­go, zo­bo­wią­zał się nie wpusz­czać do ro­syj­skich por­tów to­wa­rów bry­tyj­skich. Sys­tem kon­ty­nen­tal­ny był je­dy­ną rze­czą, mo­gą­cą umoż­li­wić Na­po­le­ono­wi zdu­sze­nie głów­ne­go wro­ga. Je­dy­nie cał­ko­wi­ta klę­ska Ro­sji mo­gła do­pro­wa­dzić do ta­kie­go re­zul­ta­tu, po­nie­waż kraj ten po­trze­bo­wał bry­tyj­skich pro­duk­tów prze­my­sło­wych i ko­lo­nial­nych w rów­nym stop­niu, jak ry­nek bry­tyj­ski po­trze­bo­wał prę­tów sta­lo­wych pro­du­ko­wa­nych przez gwał­tow­nie roz­wi­ja­ją­ce się huty ro­syj­skie. Lecz eko­no­mia szyb­ko wzię­ła górę nad po­li­ty­ką. W roku 1811 ru­bel, za któ­re­go w 1807 pła­co­no 2,90 fran­ka, spadł aż do 1,50 fran­ka. Na próż­no Na­po­le­on naj­pierw pro­te­sto­wał, a po­tem wręcz grzmiał prze­ciw­ko li­cen­cjom im­por­to­wym, któ­re Alek­san­der - idąc zresz­tą za jego przy­kła­dem - za­czął wy­da­wać na pro­duk­ty do­star­cza­ne na neu­tral­nych, głów­nie ame­ry­kań­skich, stat­kach. I już w 1810 oba ce­sar­stwa za­czę­ły się szy­ko­wać do no­wej woj­ny.

Per­spek­ty­wa taka na­peł­nia­ła prze­ra­że­niem przy­najm­niej jed­ne­go z ofi­ce­rów Na­po­le­ona. Puł­kow­nik sa­pe­rów Pon­thon zo­stał at­ta­ché woj­sko­wym w Ro­sji po Tyl­ży, a jego spra­woz­da­nia były tak szcze­gó­ło­we i do­brze na­pi­sa­ne, że Na­po­le­on wpro­wa­dził go po­tem do swo­je­go ga­bi­ne­tu wo­jen­ne­go. Jak się wy­da­je, Pon­thon był rów­nież czło­wie­kiem wiel­kiej od­wa­gi mo­ral­nej. Pew­ne­go dnia do­słow­nie padł na ko­la­na i bła­gał Na­po­le­ona "w imię szczę­ścia Fran­cji i pań­skiej wła­snej chwa­ły" o po­wstrzy­ma­nie się od na­jaz­du na Ro­sję:

"Ludy pod pań­skim jarz­mem, Sire, nig­dy nie będą praw­dzi­wy­mi sprzy­mie­rzeń­ca­mi. Pań­ska ar­mia nie znaj­dzie ani żyw­no­ści ani fu­ra­żu. Pierw­sze desz­cze spo­wo­du­ją, że te­ren bę­dzie nie do prze­by­cia. A je­śli kam­pa­nia prze­cią­gnie się do zimy, jak pań­skie od­dzia­ły znio­są tem­pe­ra­tu­ry mi­nus 20 czy 30 stop­ni?"

Utkwiw­szy w Pon­tho­nie swe su­ro­we spoj­rze­nie, Na­po­le­on po­zwo­lił mu się wy­ga­dać. Wy­da­je się, że jego sło­wa wy­war­ły na­wet ja­kiś sku­tek. Kil­ka dni póź­niej Wiel­ki Ko­niu­szy, ge­ne­rał Ar­mand de Cau­la­in­co­urt, za­uwa­żył, że Na­po­le­on wy­glą­dał na za­fra­so­wa­ne­go - lecz prze­zwy­cię­żył swo­je wąt­pli­wo­ści, mó­wiąc wszyst­kim: "to bę­dzie krót­ka woj­na, skoń­czy się w dwa mie­sią­ce. A je­śli wszyst­ko pój­dzie do­brze, to w dwa ty­go­dnie".

Jed­nak czło­wie­kiem któ­ry naj­moc­niej sta­ra się od­da­lić wy­buch tej no­wej woj­ny jest sam Cau­la­in­co­urt. Spę­dziw­szy czte­ry lata na­ra­sta­ją­ce­go mię­dzy obu kra­ja­mi na­pię­cia na sta­no­wi­sku am­ba­sa­do­ra fran­cu­skie­go w Pe­ters­bur­gu, rów­nież zda­je so­bie spra­wę z tego, co po­cią­gnie za sobą na­jazd na Ro­sję. I tak, z po­cząt­kiem 1811 roku uznał on swo­ją dal­szą mi­sję za nie­wy­ko­nal­ną, i po­pro­sił o od­wo­ła­nie, po­wo­łu­jąc się na "ruj­nu­ją­cy jego zdro­wie" miej­sco­wy kli­mat.3 Cau­la­in­co­urt zo­stał za­stą­pio­ny przez ge­ne­ra­ła Lau­ri­sto­na, żoł­nie­rza zde­cy­do­wa­nie tward­sze­go.

Przed jego wy­jaz­dem car wrę­czył mu szcze­gól­ny do­wód swo­jej przy­jaź­ni. Cau­la­in­co­urt przez całe ży­cie krył w głę­bi du­szy żal do Na­po­le­ona, że w 1800 roku, ów­cze­sny Pierw­szy Kon­sul Re­pu­bli­ki Fran­cu­skiej, wplą­tał go w aresz­to­wa­nie - je­śli nie w samą eg­ze­ku­cję - mło­de­go diu­ka d'En­ghien. W oczach wszyst­kich zwo­len­ni­ków an­cien régi­me'u, to mor­der­stwo są­do­we po­peł­nio­ne na człon­ku ro­dzi­ny Bo­ur­bo­nów, któ­rym raz na za­wsze Pierw­szy Kon­sul zra­ził do sie­bie całą re­ak­cję, było nie­wy­ba­czal­ną zbrod­nią. Tak się jed­nak zło­ży­ło, że rów­nież car Alek­san­der był po­dej­rza­ny o współ­udział w in­nym mor­der­stwie: swo­je­go wła­sne­go ojca cara Paw­ła. Przed sa­mym roz­sta­niem z Cau­la­in­co­ur­tem po­da­ro­wał mu więc cer­ty­fi­kat za­świad­cza­ją­cy, że nig­dy nie są­dził, iż jest on win­ny śmier­ci d'En­ghie­na, i do­dał do tego pre­sti­żo­wy Or­der Św. An­drze­ja oraz mi­nia­tu­rę ze swo­ją po­do­bi­zną, pod­pi­sa­ną z tyłu "pre­zent od przy­ja­cie­la". Cho­ciaż Na­po­le­on lu­bił wi­dy­wać wo­kół sie­bie zna­jo­me twa­rze, tak przy­ja­zne uczu­cia w przeded­niu no­wej i, jak miał na­dzie­ję, de­cy­du­ją­cej woj­ny nie­zbyt mu się po­do­ba­ły. Nad Wiel­kim Ko­niu­szym za­czę­ły się więc gro­ma­dzić chmu­ry. Te­atrom kon­tro­lo­wa­nym przez rząd po­zwo­lo­no z nie­go kpić, przed­sta­wia­jąc jako sen­ty­men­tal­ną go­łę­bi­cę, bez koń­ca wy­chwa­la­ją­cą za­le­ty wie­ku­iste­go po­ko­ju. Na dwo­rze zaś, gdzie po­wró­cił do swych nor­mal­nych obo­wiąz­ków, Na­po­le­on cią­gle żar­to­bli­wie mu wy­ty­kał, że po­zwo­lił się "uwieść chy­tre­mu Azja­cie". Nie, żeby tak na­praw­dę miał coś prze­ciw­ko ich przy­jaź­ni. Gdy już ta "czy­sto po­li­tycz­na" woj­na się skoń­czy i Car Wszech­ru­si zo­sta­nie przy­wo­ła­ny do po­rząd­ku, przy­jaźń ta może oka­zać się atu­tem, kie­dy doj­dzie do pod­pi­sy­wa­nia no­we­go po­ko­ju. I tak, krok po kro­ku, Cau­la­in­co­urt wró­cił do łask.

Tej wio­sny, pod­czas kil­ku wspól­nych, dłu­gich dys­ku­sji, Cau­la­in­co­urt, jak twier­dzi, nig­dy nie owi­jał spraw w ba­weł­nę. Pew­ne­go razu roz­mo­wa ze­szła na Pol­skę, po­dzie­lo­ną mię­dzy Au­strię, Pru­sy i Ro­sję w 1794, a w 1807 wskrze­szo­ną przez Na­po­le­ona jako Wiel­kie Księ­stwo, obej­mu­ją­ce też część te­ry­to­rium Prus Wschod­nich9. Cho­ciaż ty­sią­ce pol­skich­pa­trio­tów słu­żą­cych w ar­miach fran­cu­skich pra­gną uj­rzeć swe pra­sta­re kró­le­stwo przy­wró­co­ne in toto10, Na­po­le­on twier­dzi, że wca­le nie ma za­mia­ru tak po­stą­pić. Cau­la­in­co­urt ri­po­stu­je, że w ta­kim wy­pad­ku nie ro­zu­mie, dla­cze­go Na­po­le­on po­świę­ca swój so­jusz z Ro­sją.

"Na­po­le­on uśmiech­nął się i uszczyp­nął mnie w ucho: 'Czy na­praw­dę aż tak lu­bisz Alek­san­dra?' - 'Nie, Sire, lecz lu­bię po­kój.'"

I tu wła­śnie się róż­ni­li. Na próż­no Cau­la­in­co­urt pod­kre­śla nie­bez­pie­czeń­stwa ko­lej­nej woj­ny na da­le­kiej Pół­no­cy, kie­dy już 220 000 żoł­nie­rzy jest zwią­za­nych w Hisz­pa­nii wal­ką z Wel­ling­to­nem i par­ty­zan­ta­mi. Lecz Na­po­le­on po­zo­sta­je głu­chy na te ar­gu­men­ty. A kie­dy Cau­la­in­co­urt pró­bu­je wy­pro­wa­dzić go z błęd­ne­go mnie­ma­nia, że ro­syj­scy ary­sto­kra­ci ni­czym się nie róż­nią od swych za­chod­nio­eu­ro­pej­skich od­po­wied­ni­ków i po "po­rząd­nej bi­twie... drżąc o swo­je pa­ła­ce" zmu­szą cara do za­war­cia po­ko­ju, Na­po­le­on po pro­stu mu nie wie­rzy:

"Nie chcę woj­ny, i nie chcę Pol­ski."

Po­la­cy, jak po­wie­dział Na­rbon­ne'owi, z któ­rym rów­nież dys­ku­to­wał na ten te­mat, byli "ma­łost­ko­wym na­ro­dem". Dla­cze­go bez prze­rwy kłó­ci­li się mię­dzy sobą?

"Ko­cham Po­la­ków na polu bi­twy. Są oni wa­lecz­ną rasą. Je­śli jed­nak cho­dzi o ich li­be­rum veto, ich sej­my, od­by­wa­ne kon­no i z sza­blą w ręku, nie chcę mieć z tym nic wspól­ne­go! Prze­my­śla­łem tę spra­wę bar­dzo do­kład­nie. W Pol­sce chcę mieć obóz, a nie fo­rum. Woj­na, któ­rą za­mie­rzam sto­czyć z Alek­san­drem bę­dzie szla­chet­ną wal­ką, z uży­ciem 2000 dział i 500 000 żoł­nie­rzy, ale bez żad­nych in­su­rek­cji. Nie mam za­mia­ru przy­wra­cać sie­dli­ska re­pu­bli­ka­ni­zmu w ser­cu Eu­ro­py. Nie, mój dro­gi Na­rbon­ne, wszyst­ko, cze­go chcę od Pol­ski to zdy­scy­pli­no­wa­nej siły ludz­kiej, któ­rą mógł­bym się po­słu­żyć na polu bi­twy. Oto cały pro­blem: jak wzbu­dzić w Pol­sce du­cha na­ro­do­we­go wy­zwo­le­nia, nie ude­rza­jąc w stru­nę li­be­ra­li­zmu? A gdzie miał­bym zna­leźć kró­la dla Pol­ski? Nie mam żad­ne­go we wła­snej ro­dzi­nie, a by­ło­by nie­bez­pie­czeń­stwem wziąć ko­goś in­ne­go."11

Pro­blem z tą nową woj­ną, cią­gnął, był wy­łącz­nie na­tu­ry mo­ral­nej:

"Uży­wa­jąc za­so­bów ma­te­rial­nych na­gro­ma­dzo­nych od cza­sów Re­wo­lu­cji, ko­niecz­nym jest nie roz­pę­ty­wa­nie na­mięt­no­ści, lecz zmo­bi­li­zo­wa­nie Pol­ski bez jej wy­zwa­la­nia, i za­pew­nie­nie nie­pod­le­gło­ści za­chod­niej Eu­ro­py bez pod­sy­ca­nia re­pu­bli­kań­skie­go fer­men­tu. Ot, i masz pan całe za­gad­nie­nie w jed­nym zda­niu."

To rząd ro­syj­ski, sys­te­ma­tycz­nie ob­cho­dząc wa­run­ki trak­ta­tu z Tyl­ży, parł do woj­ny. A kie­dy Cau­la­in­co­urt za­prze­cza, mó­wiąc: "to nie ro­syj­ski rząd chce woj­ny, Sire, lecz pana wła­sny, a nie tra­ci też przy tym żad­nej spo­sob­no­ści aby ją przy­śpie­szyć," Na­po­le­on uśmie­cha się tyl­ko swym uwo­dzi­ciel­skim uśmie­chem, któ­re­mu - jak zga­dza­ją się wszy­scy na­ocz­ni świad­ko­wie - nie mógł się oprzeć ni przy­ja­ciel ni wróg,4 szczy­pie Cau­la­in­co­ur­ta w ucho i mówi mu, że jest na­iw­ny i "nie zna się na po­li­ty­ce". Wte­dy Wiel­ki Ko­niu­szy wyj­mu­je swój no­tes, w któ­rym przed wy­jaz­dem z Pe­ters­bur­ga na wszel­ki wy­pa­dek za­pi­sał do­kład­ne sło­wa cara: "Je­że­li ce­sarz Na­po­le­on roz­pocz­nie ze mną woj­nę," po­wie­dział Alek­san­der:

"jest moż­li­we, a na­wet praw­do­po­dob­ne, że zo­sta­nie­my po­ko­na­ni - to zna­czy, za­kła­da­jąc, że bę­dzie­my się bić. Hisz­pa­nie czę­sto prze­gry­wa­ją, lecz jak do­tąd nie zo­sta­li po­ko­na­ni. I nie są prze­cież tak da­le­ko od Pa­ry­ża! My nie bę­dzie­my ry­zy­ko­wać. Mamy duże pole ma­new­ru. Nie ja pierw­szy wy­cią­gnę miecz, lecz będę ostat­nim któ­ry go scho­wa. Je­śli prze­bieg walk bę­dzie dla mnie nie­ko­rzyst­ny, to wy­co­fam się na Kam­czat­kę [na Sy­be­rii]. Nasz kli­mat, na­sza zima, będą po na­szej stro­nie."

Na­po­le­on, któ­ry słu­chał z wiel­ką uwa­gą, "na­wet z nie­ja­kim zdzi­wie­niem", przez ja­kiś czas nie od­po­wia­da:

"Im bar­dziej sta­rał się mnie prze­ko­nać, z tym więk­szym upo­rem i prze­bie­gło­ścią usi­ło­wał po­sta­wić na swo­im. Na pod­sta­wie sto­so­wa­nych przez nie­go wy­kal­ku­lo­wa­nych sztu­czek i uży­wa­ne­go ję­zy­ka, moż­na było po­my­śleć, że to ja je­stem jed­nym z wiel­kich mo­carstw któ­rych po­zy­ska­niem był tak za­in­te­re­so­wa­ny. Za­cho­wy­wał się tak wo­bec każ­de­go, kogo chciał prze­ko­nać - a on cały czas usi­ło­wał ko­goś prze­ko­nać. 'Kie­dy na kimś mi za­le­ży,' po­wie­dział, 'to nie prze­bie­ram w środ­kach. Mógł­bym go na­wet po­ca­ło­wać w dupę.'"

Oce­na cha­rak­te­ru Na­po­le­ona, do ja­kiej do­szedł Na­rbon­ne pod­czas roz­mo­wy ze swo­im mło­dym se­kre­ta­rzem w dro­dze do Pa­ry­ża, do­kład­nie po­kry­wa się z oce­ną Cau­la­in­co­ur­ta:

"Z na­tu­ry lubi praw­dę. Jego duma jest ogrom­na. A jed­nak jest cier­pli­wy i słu­cha uważ­nie. Cho­ciaż jest zna­ko­mi­tym roz­mów­cą, trze­ba umieć nie ustę­po­wać, kie­dy już mu się za­prze­cza. A to jest trud­ne, gdy się stoi twa­rzą w twarz z taką wła­dzą i ta­kim ge­niu­szem! Do­cho­dzi w koń­cu do tego, że czło­wiek po­zwa­la się prze­ko­nać. Za­kry­wa oczy rę­ko­ma, za­czy­na mieć wąt­pli­wo­ści, i za­da­je so­bie py­ta­nie, czy aby lo­gi­ka tego czło­wie­ka nie jest praw­dą, a jego am­bi­cje - zwia­stu­nem przy­szło­ści?"

Je­śli Na­po­le­on po­sia­dał zdol­ność fa­scy­no­wa­nia wszyst­kich, kon­ty­nu­uje Cau­la­in­co­urt, to

"dzia­ło się tak dla­te­go, że za­fa­scy­no­wa­ny był sam sobą. Do­kła­dał wszel­kich sta­rań by osią­gnąć swo­je cele, za­rów­no w spra­wach wiel­kich, jak i ma­łych. Moż­na by po­wie­dzieć, że ich osią­ga­niu po­świę­cał się bez resz­ty. Za­wsze wy­ko­rzy­sty­wał wszel­kie moż­li­we środ­ki, wszyst­kie swo­je zdol­no­ści, całą swo­ją uwa­gę, i sku­piał je na wła­śnie za­ła­twia­nej spra­wie. Nig­dy nie było czło­wie­ka bar­dziej fa­scy­nu­ją­ce­go niż on, gdy tyl­ko chciał ta­kim być! Bia­da temu, kto zgo­dził się na choć­by jed­ną zmia­nę... pro­wa­dzi­ło to od ustęp­stwa do ustęp­stwa, aż do celu któ­ry on wi­dział przed sobą! Trze­ba było trzy­mać się swo­je­go punk­tu wi­dze­nia da­nej kwe­stii, a przede wszyst­kim nie wsłu­chi­wać się w dy­gre­sje ce­sa­rza; po­nie­waż jak tyl­ko na­tra­fiał na opór - na­tych­miast prze­no­sił śro­dek cięż­ko­ści spo­ru w inne miej­sce."

Je­śli cho­dzi o po­wta­rza­ją­ce się za­pew­nie­nia Alek­san­dra, że bę­dzie się bił do ostat­niej kro­pli krwi, Na­po­le­on igno­ru­je je jako pu­ste sło­wa. Nadal więc obaj uże­ra­ją się ze sobą ca­ły­mi go­dzi­na­mi, przy czym Na­po­le­on cią­gle klu­czy i szu­ka no­wych ar­gu­men­tów. Kie­dy Cau­la­in­co­urt po­wia­da, że ce­lem jego mo­bi­li­za­cji prze­ciw­ko Ro­sji jest

"'albo re­ali­za­cja ce­lów po­li­tycz­nych, albo też za­spo­ko­je­nie jego naj­więk­szej pa­sji', Na­po­le­on śmie­jąc się pyta: 'A cóż to za pa­sja?'

- 'Woj­na, Sire'. Nie­prze­ko­ny­wu­ją­co pro­te­stu­jąc, że wca­le tak nie jest, uszczyp­nął mnie w ucho i żar­to­bli­wym to­nem rzekł: 'Na pew­no nie owi­jasz w ba­weł­nę. Czas iść na obiad.'"

Nie wszy­scy jed­nak kry­ty­cy wy­pro­wa­dza­ni są w pole z ta­kim wdzię­kiem i wśród przy­ja­zne­go prze­ko­ma­rza­nia się. Wie­lo­let­ni fran­cu­ski kon­sul ge­ne­ral­ny w Pe­ters­bur­gu de Les­seps, czło­wiek "głę­bo­ko za­zna­jo­mio­ny z ży­ciem i spra­wa­mi Ro­sji",

"in­te­re­so­wał się do­brem fran­cu­skiej że­glu­gi han­dlo­wej bar­dziej niż swo­im wła­snym. Ten uczci­wy czło­wiek był tak samo źle wi­dzia­ny jak ja za to, że nie do­star­czał wy­ssa­nych z pal­ca ar­gu­men­tów za nową woj­ną. Po­zo­sta­wał poza ja­ki­mi­kol­wiek po­dej­rze­nia­mi o ko­rup­cję, lecz na nic mu się nie zda­ło trzy­dzie­ści lat służ­by, uczci­wość i po­wszech­nie zna­na wia­ry­god­ność. Na­po­le­on wła­sno­ręcz­nie od­rzu­cił jego do­rocz­ne spra­woz­da­nie fi­nan­so­we, po­zba­wia­jąc go tym sa­mym moż­li­wo­ści za­ra­bia­nia na ży­cie.

Więk­szość za­chod­nich Eu­ro­pej­czy­ków wciąż nic nie wie o ży­ciu w Ro­sji. A ci, któ­rzy coś jed­nak o nim wie­dzą, są zbyt cen­ni, aby moż­na się było bez nich obejść. Za­nim mi­nie rok, de Les­seps, po­mi­mo swo­jej nie­chę­ci, znaj­dzie się na sta­no­wi­sku gu­ber­na­to­ra cy­wil­ne­go zdo­by­tej i spa­lo­nej Mo­skwy.

"Ci, któ­rzy po­mniej­sza­ją zna­cze­nie tej wiel­kiej epo­ki", za­pew­nia nas Cau­la­in­co­urt, "mogą so­bie mó­wić, co im się po­do­ba; nig­dy ża­den wład­ca nie był oto­czo­ny bar­dziej uzdol­nio­ny­mi ludź­mi. Uczci­wi, peł­ni za­pa­łu i przy­wią­za­nia, po­zo­sta­wa­li­śmy umiar­ko­wa­ny­mi, a przede wszyst­kim do­bry­mi Fran­cu­za­mi. Nig­dy tak gło­śno nie rą­ba­no wład­cy praw­dy pro­sto w oczy, choć nie­ste­ty bez­sku­tecz­nie".

Już pod­czas ostat­nie­go, fru­stru­ją­ce­go spo­tka­nia z Alek­san­drem, przed czte­re­ma laty w Er­fur­cie, tkwią­ca gdzieś głę­bo­ko w Na­po­le­onie in­tu­icja ostrze­ga­ła go o praw­dzi­wym sta­nie ich po­zor­nie ser­decz­nej przy­jaź­ni. Na tra­twie za­cu­mo­wa­nej na środ­ku Nie­mna w Tyl­ży, każ­dy z nich pró­bo­wał ocza­ro­wać dru­gie­go - nie­wąt­pli­wie le­piej uda­ło się to Na­po­le­ono­wi. Jed­nak po­cząw­szy od 1810 roku, za­chę­ca­ny po ci­chu su­ge­stia­mi Tal­ley­ran­da, że "ten ko­los ma gli­nia­ne nogi", to wła­śnie car za­czy­na nada­wać ton. Aż pew­nej nocy, pierw­szy ka­mer­dy­ner Na­po­le­ona Con­stant Wa­iry,5 jak zwy­kle śpią­cy w po­ko­ju obok, zo­stał zbu­dzo­ny "stłu­mio­ny­mi i płacz­li­wy­mi okrzy­ka­mi, jak­by ko­goś du­szo­no". Wy­ska­ku­jąc z łóż­ka, "po­wziąw­szy ta­kie środ­ki ostroż­no­ści, na ja­kie po­zwa­la­ło moje za­trwo­że­nie" otwo­rzył drzwi:

"Pod­cho­dząc do łóż­ka, zo­ba­czy­łem Jego Ce­sar­ską Mość le­żą­ce­go w po­przek, w po­zy­cji sku­lo­nej. Po­ściel i kapa zrzu­co­ne z łóż­ka, zaś cała po­stać w sta­nie jak­by strasz­li­we­go ner­wo­we­go skur­czu. Z otwar­tych ust wy­do­by­wa­ły mu się ja­kieś nie­ar­ty­ku­ło­wa­ne i nie­wy­raź­ne dźwię­ki, coś zda­wa­ło się uci­skać jego pierś, a jed­ną pięść wci­skał w do­łek na brzu­chu. Prze­ra­żo­ny jego sta­nem, prze­ma­wiam do nie­go. Kie­dy nie od­po­wia­da, de­li­kat­nie nim po­trzą­sam. Wte­dy ce­sarz się bu­dzi z gło­śnym okrzy­kiem i mówi: 'Co się dzie­je? Co się dzie­je?' [a po­tem, prze­ry­wa­jąc prze­pro­si­ny Con­stan­ta] 'Do­brze zro­bi­łeś, mój dro­gi Con­stant. Ach! Mój przy­ja­cie­lu, co za okrop­ny sen, jaka zmo­ra! Niedź­wiedź roz­pła­tał mi pierś i wy­dzie­rał ser­ce'. Po czym ce­sarz wstał i za­czął cho­dzić tam i z po­wro­tem po po­ko­ju, pod­czas gdy ja po­pra­wia­łem po­ściel. Ko­szu­la, któ­rą miał na so­bie była tak prze­po­co­na, że zmu­szo­ny był ją zmie­nić. Wspo­mnie­nie tego snu prze­śla­do­wa­ło go bar­dzo dłu­go. Czę­sto o nim mó­wił, za każ­dym ra­zem pró­bu­jąc wy­cią­gnąć z nie­go inne wnio­ski i do­pa­so­wać je do kon­kret­nych oko­licz­no­ści."

Nie ma wąt­pli­wo­ści, że Na­po­le­on przy­najm­niej czę­ścio­wo prze­wi­dział, wy­jąt­ko­wy sto­pień trud­no­ści nad­cho­dzą­cej kam­pa­nii. Żad­na inna nie wy­ma­ga­ła tak skru­pu­lat­ne­go pla­no­wa­nia. Ani też tak wiel­kiej mo­bi­li­za­cji lu­dzi i środ­ków. "Bez trans­por­tu," pi­sał w 1811 do swo­je­go pa­sier­ba Eu­ge­niu­sza de Be­au­har­na­is, wi­ce­kró­la Włoch, "wszyst­ko jest da­rem­ne". Już w czerw­cu tego roku jego "geo­me­trycz­ny umysł" za­czął bo­ry­kać się z tym pro­ble­mem.

Nie­sły­cha­na ru­chli­wość była pod­sta­wą na­po­le­oń­skie­go blitz­krie­gu. Dla­te­go też ar­mie fran­cu­skie za­wsze żyły z bo­gactw pod­bi­tych ziem. Jed­nak da­le­ka Pół­noc była już inną kwe­stią, jak za­pa­mię­tał to so­bie, aż na­zbyt do­kład­nie, sier­żant Jan-Roch Co­ignet, ni­skie­go wzro­stu in­struk­tor musz­try 2 Puł­ku Gre­na­die­rów Pie­szych Gwar­dii. W piasz­czy­stych trzę­sa­wi­skach Pol­ski w 1806

"mu­sie­li­śmy za­wią­zy­wać so­bie buty sznur­kiem pod pod­bi­ciem. Cza­sa­mi, kie­dy ka­wał­ki sznur­ka się prze­rwa­ły i na­sze buty zo­sta­ły gdzieś z tyłu w bło­cie, mu­sie­li­śmy zła­pać się za tyl­ną nogę, wy­cią­gnąć ją jak mar­chew­kę, pod­nieść do przo­du, i wte­dy brać się za dru­gą. Ten ma­newr trze­ba było bez prze­rwy po­wta­rzać; i tak przez dwa dni z rzę­du".

Tak­że li­tew­skie dro­gi - o ile w ogó­le ist­nia­ły - nie były ta­kie jak w za­chod­niej Eu­ro­pie. "W tej czę­ści świa­ta," jak od­kry­je nie­dłu­go pru­ski po­rucz­nik H.A. Vos­sler z Puł­ku Hu­za­rów księ­cia Lu­dwi­ka, "wszyst­kie cięż­kie trans­por­ty za­zwy­czaj od­by­wa­ją się zimą - na sa­niach. Dro­gi nie są tam tak waż­ne jak w kra­jach po­ło­żo­nych bar­dziej na po­łu­dnie".

Cho­ciaż ar­mia fran­cu­ska po­sia­da spraw­ną służ­bę za­opa­trze­nio­wą, to skła­da się ona tyl­ko z 3500 lu­dzi i 891 wo­zów, a to z pew­no­ścią nie wy­star­czy, by utrzy­mać siły in­wa­zyj­ne li­czą­ce co naj­mniej jed­ną trze­cią mi­lio­na lu­dzi. Bo taka ilość wcho­dzi w ra­chu­bę. Jed­ne­go dnia, wziąw­szy na stro­nę swo­je­go mi­ni­stra woj­ny Clar­ke'a na ta­ra­sach St-Clo­ud, Na­po­le­on zwie­rzył mu się: "Pla­nu­ję wiel­ką wy­pra­wę. Lu­dzi znaj­dę do­syć ła­two. Cała trud­ność tkwi w przy­go­to­wa­niu trans­por­tu."

Trze­ba zgro­ma­dzić ogrom­ne ilo­ści ryżu, mąki i su­cha­rów i za­pła­cić za nie. No, zło­ta na to star­czy z pew­no­ścią! Mi­lio­ny w zło­cie wy­dar­te Pru­som jako od­szko­do­wa­nie za atak na nie­go w 1806, oraz Au­strii - za lata 1805 i 181012, leżą w piw­ni­cach Tu­ile­ries, do któ­rych klu­cze mają tyl­ko sam Na­po­le­on i jego nie­sa­mo­wi­cie cięż­ko pra­cu­ją­cy i ogrom­nie zdol­ny Ge­ne­ral­ny In­ten­dent Piotr Daru. Do mar­ca 1812 ma on na­dzie­ję zgro­ma­dzić 270 000 kwin­ta­li psze­ni­cy, 12 000 kwin­ta­li ryżu, 2 000 000 busz­li13 owsa, rów­no­war­tość 20 mi­lio­nów ra­cji chle­ba i ryżu - ilość wy­star­cza­ją­cą dla 400 000 lu­dzi i 50 000 koni na 50 dni. A po­nie­waż ar­mie mu­szą rów­nież pić, a spi­ry­tus jest tak­że po­trzeb­ny do prze­pro­wa­dza­nia am­pu­ta­cji, już 29 grud­nia Ce­sarz roz­ka­zał Mi­ni­stro­wi Ad­mi­ni­stra­cji Wo­jen­nej za­ku­pić w Bor­de­aux "28 mi­lio­nów bu­te­lek wina, 2 mi­lio­ny bu­te­lek al­ko­ho­lu", czy­li ra­cje wina na 200 dni i al­ko­ho­lu na 130 dla 300 000 lu­dzi.

Po­zo­sta­je do roz­wią­za­nia kwe­stia trans­por­tu. Czy w ta­kim te­re­nie 1500 ist­nie­ją­cych wo­zów ba­ta­lio­no­wych o wiel­kich ko­łach, każ­dy cią­gnię­ty przez osiem koni i zdol­ny wieźć 10 000 ra­cji, wy­star­czy, aby wy­ży­wić ar­mię przez 25 dni, czy­li czas po­trzeb­ny na szyb­ką kam­pa­nię? Cho­ciaż na­praw­dę są one zbyt cięż­kie, z po­cząt­ku Na­po­le­on za­kła­dał, że wy­star­czą. Ale na­stęp­ne­go dnia prze­my­ślał spra­wę jesz­cze raz. Je­śli taki wóz jest

"na­ła­do­wa­ny su­cha­ra­mi, to mu­szą one być w becz­kach, in­a­czej się kru­szą, a lu­dzie na­rze­ka­ją. Nie na­da­je się on też do prze­wo­zu zbo­ża, mąki, owsa, bali sia­na, ani be­czek wina czy wód­ki. Każ­dy więc ba­ta­lion po­wi­nien za­trzy­mać so­bie wóz na swo­je nor­mal­ne po­trze­by. Po­zo­sta­łe mu­szą zo­stać za­stą­pio­ne do­bry­mi wo­za­mi ta­bo­ro­wy­mi o du­żych ko­łach, każ­dy cią­gnię­ty przez osiem koni i po­wo­żo­ny przez czte­rech lu­dzi, lub, je­śli bę­dzie taka po­trze­ba, przez trzech,"

naj­le­piej cu­dzo­ziem­ców. 4 lip­ca 1811, pi­sząc do sze­fa swo­je­go kor­pu­su za­opa­trze­nia14, Na­po­le­on do­szedł do wnio­sku, że trze­ba tak­że wy­na­leźć cał­ko­wi­cie nowy, dużo lżej­szy ro­dzaj wozu, "nor­mal­nie prze­zna­czo­ny do prze­wo­że­nia 4 000 ra­cji, lub w ra­zie po­trze­by 6 000, i po­wo­żo­ny przez dwóch lu­dzi, a cią­gnię­ty przez czte­ry ko­nie". Po­nie­waż nie moż­na li­czyć, że na­wet te po­ra­dzą so­bie z na­praw­dę pa­skud­nym te­re­nem, trze­ba skon­stru­ować jesz­cze lżej­szy ro­dzaj wozu, cią­gnię­ty przez tyl­ko jed­ne­go ko­nia, przy­zwy­cza­jo­ne­go do cho­dze­nia gę­sie­go, "tak żeby na kil­ka wo­zów wy­star­czał tyl­ko je­den czło­wiek". Woły tak­że będą uży­tecz­ne. Na­wet po­ga­nia­ne przez nie­przy­wy­kłych do tego re­kru­tów, mogą przy­najm­niej ży­wić się tra­wą ro­sną­cą przy dro­dze, za­nim same zo­sta­ną zje­dzo­ne.

Jak dłu­go uda się naj­więk­szej w hi­sto­rii wo­jen eu­ro­pej­skich ar­mii utrzy­mać się po­śród igla­stych la­sów Li­twy? Wy­star­cza­ją­co dłu­go, wy­li­czył Na­po­le­on, aby uzy­skać prze­wa­gę i uni­ce­stwić wro­ga.

Wie on też, że dla obro­ny swe­go ogrom­ne­go kra­ju Ro­sja­nie mają dwie ar­mie, zaś trze­cia jest ak­tu­al­nie za­ję­ta wal­ką z Tur­ka­mi w Moł­da­wii. Pierw­sza Ar­mia Za­cho­du jest do­wo­dzo­na przez Barc­lay'a de Tol­ly, Li­twi­na szkoc­kie­go po­cho­dze­nia15, któ­ry, co god­ne uwa­gi, kie­dyś sam słu­żył jako pro­sty żoł­nierz, a po ka­ta­stro­fie pod Frie­dlan­dem, jako mi­ni­ster woj­ny, zmo­der­ni­zo­wał ar­mię ro­syj­ską we­dług wzo­rów fran­cu­skich. Jego ar­mia jest skon­cen­tro­wa­na wo­kół Wil­na. Dru­ga Ar­mia Za­cho­du, do­wo­dzo­na przez ogni­ste­go i za­pal­czy­we­go Gru­zi­na, księ­cia Ba­gra­tio­na, sta­cjo­nu­je da­lej na po­łu­dnie, wo­kół Grod­na, 75 mil w górę Nie­mna. Ata­kiem z za­sko­cze­nia, jaki sto­so­wał już prze­cież wie­lo­krot­nie, Na­po­le­on, ma­jąc do dys­po­zy­cji swo­ją sła­wę nie­zwy­cię­żo­ne­go, oraz co naj­mniej dzie­sięć kor­pu­sów ar­mij­nych i trzy kor­pu­sy ka­wa­le­rii "re­zer­wo­wej"16, ma za­miar wbić klin mię­dzy Barc­lay'a a Ba­gra­tio­na, po czym po­bić ich obu do­szczęt­nie. Je­śli wszyst­ko pój­dzie do­brze, kam­pa­nia rze­czy­wi­ście za­koń­czy się po paru ty­go­dniach.

Jak jed­nak, w okre­ślo­nym dniu lata 1812, sku­pić całą Wiel­ką Ar­mię, z jej 150 000 koń­mi i 1000 dzia­ła­mi, wzdłuż brze­gu Nie­mna - gra­ni­cy mię­dzy Pol­ską a ro­syj­ską Li­twą? To wła­śnie jest ten ogrom­ny pro­blem lo­gi­stycz­ny, któ­ry po­sta­wił przed sobą Ce­sarz. No i któ­re­go dnia? Nie może być za wcze­śnie - lato póź­no przy­cho­dzi na Pół­no­cy, a zbo­że musi być już doj­rza­łe na pa­szę. Ani też za póź­no: z je­sie­nią nad­cho­dzą­cą w po­ło­wie sierp­nia ozna­cza­ło­by to ry­zy­ko kam­pa­nii zi­mo­wej, któ­rej tak oba­wia się puł­kow­nik Pon­thon. Na św. Jana po­win­no być w sam raz.

W ca­łej Eu­ro­pie jed­nost­ki otrzy­mu­ją uzu­peł­nie­nia i po­sił­ki. Puł­ki, za­zwy­czaj skła­da­ją­ce się z czte­rech ba­ta­lio­nów, po­więk­sza­ne są do pię­ciu17. W swo­ich ko­sza­rach w Co­ur­be­vo­ie pod Pa­ry­żem, puł­ki pie­cho­ty Gwar­dii Ce­sar­skiej - cały świet­ny, pięć­dzie­się­cio­ty­sięcz­ny kor­pus ude­rze­nio­wy - zo­sta­ją po­sta­wio­ne w stan go­to­wo­ści. Dwie kom­pa­nie we­te­ra­nów, "uszczę­śli­wio­nych przy­pi­sa­niem im tak przy­jem­nych obo­wiąz­ków", zo­sta­ją wy­łą­czo­ne z 2 Puł­ku Gre­na­die­rów Pie­szych Gwar­dii i za­stą­pio­ne "zna­ko­mi­ty­mi ludź­mi przy­by­wa­ją­cy­mi co­dzien­nie" z puł­ków li­nio­wych, dla któ­rych z ko­lei szko­li się wła­śnie pod­ofi­ce­rów Gwar­dii, aby ob­ję­li sta­no­wi­ska ofi­cer­skie. Wy­kła­da­jąc od­dzia­ło­wi kan­dy­da­tów na ofi­ce­rów ich nowe obo­wiąz­ki jako do­wód­ców, sier­żant Co­ignet uczy się od nich swo­je­go abe­ca­dła, pod­czas gdy star­si ad­iu­tan­ci szko­lą ich w za­kre­sie teo­rii. Taki już jest sys­tem, zaś:

"Na­po­le­on oso­bi­ście spraw­dzał re­zul­ta­ty. Przez pięt­na­ście dni set­ka lu­dzi, pod nad­zo­rem ofi­ce­rów szta­bu, ro­bi­ła na­bo­je. Aby unik­nąć ja­kie­go­kol­wiek nie­bez­pie­czeń­stwa wy­bu­chu, mu­sie­li no­sić buty bez gwoź­dzi, zdej­mo­wa­ne i spraw­dza­ne co dwie go­dzi­ny. Zro­bi­li­śmy 100 000 ła­dun­ków. Kie­dy to żni­wo się skoń­czy­ło od­by­ły się wiel­kie ma­new­ry na rów­ni­nie St-De­nis i prze­glą­dy wojsk przed Tu­ile­ries, włącz­nie z par­ka­mi ar­ty­le­ryj­ski­mi, wo­za­mi i am­bu­lan­sa­mi! Ce­sarz ka­zał je otwo­rzyć i sam wspiął się na koło, aby upew­nić się, że są peł­ne."

Puł­ki Mło­dej Gwar­dii rów­niez są po­śpiesz­nie uzu­peł­nia­ne. Jej ofi­ce­ro­wie, prze­nie­sie­ni ze Sta­rej Gwar­dii18, cią­gle będą do­sta­wa­li wyż­sze gaże; ale pod in­ny­mi wzglę­da­mi jej puł­ki nie róż­nią się od puł­ków li­nio­wych. Te­raz ma się ona skła­dać z trzy­na­stu puł­ków ty­ra­lie­rów, trzy­na­stu wol­ty­że­rów, jed­ne­go fi­zy­lie­rów-gre­na­die­rów, jed­ne­go fi­zy­lie­rów-sza­se­rów, jed­ne­go flan­kie­rów, jed­ne­go szpe­ra­czy i jed­ne­go gwar­dzi­stów na­ro­do­wych19 - "dzie­sięć róż­nych nazw dla jed­no­stek pie­cho­ty uzbro­jo­nych w do­kład­nie ten sam spo­sób i no­szą­cych ten sam mo­del stan­dar­do­wo wy­da­wa­ne­go ka­ra­bi­nu". Pa­weł de Bo­ur­go­ing, do­brze wy­kształ­co­ny mło­dy po­rucz­nik 5 Puł­ku Ty­ra­lie­rów Gwar­dii, któ­ry po­wró­cił wła­śnie z bo­jów w Hisz­pa­nii, jest obec­ny kie­dy zja­wia­ją się nowi re­kru­ci:

"ty­siąc pię­ciu­set mło­dych lu­dzi w ko­szu­lach, ka­mi­zel­kach, stro­jach lu­do­wych, czy­li oby­wa­te­li wszyst­kich pro­win­cji ogrom­ne­go Ce­sar­stwa Fran­cu­skie­go, snu­ją­cych się po ob­szer­nym pla­cu przed ko­sza­ra­mi, w takt wy­bi­ja­ny przez szes­na­ście bęb­nów. Pra­wie wszy­scy do­bo­sze zo­sta­li wzię­ci z Puł­ku Uczniów Gwar­dii [pułk skła­da­ją­cy się cał­ko­wi­cie z sy­nów żoł­nie­rzy] i pra­wie wszy­scy byli Ho­len­dra­mi. Nie­któ­rzy, z Am­ster­da­mu i Fry­zji, mie­li tyl­ko po pięt­na­ście lat. Bar­dzo się sta­ra­no, aby w żad­nej kom­pa­nii nie zna­la­zło się zbyt wie­lu lu­dzi jed­nej na­ro­do­wo­ści: 'To nie przy­słu­ży się do­brze ani dys­cy­pli­nie, ani woj­nie,' po­wie­dział mi mój ma­jor. 'Prze­ta­suj ich wszyst­kich jak ta­lię kart! Wy­bierz dwu­na­stu lu­dzi któ­rzy mają naj­gęst­sze bro­dy, albo wi­dać, że im wy­ro­sną. Przede wszyst­kim nie bierz żad­nych blon­dy­nów ani ru­dych - tyl­ko lu­dzi z czar­nym za­ro­stem, któ­rych wy­sta­wisz do przo­du'".

Do­sta­ną oni sie­kie­ry i będą no­sić ber­my­ce oraz bia­łe skó­rza­ne far­tu­chy, sło­wem - zo­sta­ną sa­pe­ra­mi - ma­sze­ru­ją­cy­mi na prze­dzie ko­lum­ny puł­ko­wej:

"Zro­bi­łem więc prze­gląd tych 1500 dwu­let­nich bród tak szyb­ko, jak się dało. Więk­szość wciąż była bez za­ro­stu. Le­d­wie 25 czy 30 spo­śród nich było pi­sa­ne zo­ba­czyć znów ogień w ko­min­ku u swo­jej mat­ki".

W tym sa­mym cza­sie, Ar­mia Ob­ser­wa­cyj­na Łaby20, któ­ra nie­dłu­go zo­sta­nie I Kor­pu­sem, jest musz­tro­wa­na i ćwi­czo­na do osią­gnię­cia stop­nia spraw­no­ści "pra­wie rów­na­ją­ce­go się Gwar­dii Ce­sar­skiej", pod do­wódz­twem bu­dzą­ce­go po­strach mi­ło­śni­ka dys­cy­pli­ny, mar­szał­ka Da­vo­uta, księ­cia Eck­mühl. Je­den z jej naj­moc­niej­szych puł­ków, 85 Pułk Pie­cho­ty Li­nio­wej, spę­dził zimę w sil­nie ufor­ty­fi­ko­wa­nym mie­ście Gło­gów, "jak w mie­ście ob­lę­żo­nym". Kor­pu­lent­ny dru­gi ma­jor jej pierw­sze­go ba­ta­lio­nu, C.F.M. Le Roy6 jest za­go­rza­łym de­mo­kra­tą, któ­ry z po­gar­dą spo­glą­da na wszyst­kie oso­by o błę­kit­nej krwi, Na­po­le­ona uwa­ża za "przed­się­bior­cze­go ge­niu­sza", a Ro­sjan - za bar­ba­rzyń­ców. Po "zro­zu­mie­niu, że uro­dził się wśród na­ro­du znie­na­wi­dzo­ne­go przez wszyst­kie inne", roz­po­czął swą ka­rie­rę woj­sko­wą "przy­pad­kiem", jako re­krut w 1795, lecz "kon­ty­nu­ował ją już z upodo­ba­nia". W cza­sie zimy 1811/12 roz­ba­wi­ło go, gdy zo­ba­czył, jak chęt­nie żony miej­sco­wej szlach­ty, "bez stra­chu o ska­la­nie szla­chec­kiej czę­ści swo­jej krwi", upra­wia­ły ha­zard i tań­czy­ły z mło­dy­mi ofi­ce­ra­mi w Grand Ca­si­no. Za nie mniej za­baw­ne uwa­żał też, że "nie­jed­na mia­ła ocho­tę sta­nąć do sze­re­gu - i bar­dzo im się to po­do­ba­ło".

Tak­że w po­łu­dnio­wych Niem­czech, po­szcze­gól­ne księ­stwa zdo­mi­no­wa­ne­go przez Fran­cu­zów Związ­ku Reń­skie­go z bó­lem ser­ca do­star­cza­ją świe­żych kon­tyn­gen­tów VIII Kor­pu­so­wi ge­ne­ra­ła Van­dam­me'a. W tym­sa­mym cza­sie Hie­ro­nim Bo­na­par­te, król West­fa­lii, kło­po­tli­wy naj­młod­szy bra­ci­szek Na­po­le­ona, cho­ciaż po­zba­wio­ny do­świad­cze­nia woj­sko­we­go, z po­dob­ną nie­chę­cią szy­ku­je się do ob­ję­cia ogól­ne­go do­wódz­twa i nad VIII, i nad V (pol­skim) Kor­pu­sem księ­cia Po­nia­tow­skie­go, oraz nad Sa­sa­mi ge­ne­ra­ła Rey­nie­ra (VII). Żad­na z tych nie­mi­le wi­dzia­nych ofiar nie jest w do­dat­ku no­wo­ścią. W 1806 roku, ma­lut­kie księ­stwo Sa­sko-Ko­bur­skie zo­sta­ło wręcz za­la­ne przez nie­bie­skie mun­du­ry Fran­cu­zów; a za­le­d­wie dzie­sięć mie­się­cy temu, do­bro­tli­wa diu­sze­sa Au­gu­sta7 z bó­lem przy­glą­da­ła się jak:

"szcząt­ki na­sze­go bied­ne­go ma­łe­go kon­tyn­gen­tu po­wra­ca­ją z Hisz­pa­nii - osiem­na­stu lu­dzi z 250! Więk­szość strat zo­sta­ła po­nie­sio­na nie w wal­ce, lecz głów­nie z po­wo­du cho­rób, nie­do­stat­ku i za­nie­dba­nia, na­kła­da­ją­cych się na trud­no­ści spo­wo­do­wa­ne hisz­pań­skim kli­ma­tem. Pół mia­sta wy­le­gło na uli­ce, aby po­wi­tać po­zo­sta­łych przy ży­ciu,"

za­pi­sa­ła w swo­im pa­mięt­ni­ku. Te­raz z przy­gnę­bie­niem pa­trzy na wy­marsz no­we­go kon­tyn­gen­tu,8 tym ra­zem na Pół­noc.9

Co jest miej­scem ich prze­zna­cze­nia? Co­ignet, w Pa­ry­żu, może nie wie­dzieć, ale te dzie­siąt­ki ty­się­cy nie­miec­kich re­kru­tów wie­dzą to z pew­no­ścią. Pi­sząc do domu, pro­sząc ro­dzi­nę o tro­chę pie­nię­dzy na drob­ne wy­dat­ki zwią­za­ne z tą nową kam­pa­nią, je­den z ka­pra­li Da­vo­uta sły­szy, że mają to być In­die, kraj naj­wi­docz­niej za­lud­nio­ny przez mał­py ["aux Sin­ges" = aux In­des21]. Któ­rę­dy? Oczy­wi­ście przez Ro­sję, któ­rej ce­sarz po raz trze­ci ma "do­stać na­ucz­kę".

Ta nowa Wiel­ka Ar­mia na pew­no nie skła­da się tyl­ko z chęt­nych żoł­nie­rzy. Wręcz prze­ciw­nie. W ca­łej Eu­ro­pie - na­wet w da­le­kim Ne­apo­lu, gdzie olśnie­wa­ją­cy szwa­gier Na­po­le­ona Jo­achim Mu­rat ubie­ra swo­ich laz­za­ro­ni22 i zwol­nio­nych więź­niów w wy­jąt­ko­wo ko­lo­ro­we mun­du­ry - wszy­scy nie­żo­na­ci osiem­na­sto­lat­ko­wie, któ­rych nie było stać aby opła­cić za­stęp­ców, żeby po­szli i zo­sta­li za nich za­bi­ci10, a któ­rzy wy­cią­gnę­li­naj­krót­szą słom­kę z ręki re­kru­tu­ją­ce­go sier­żan­ta - to zna­czy wszy­scy, któ­rzy nie ucie­kli na wzgó­rza i nie zo­sta­li "ban­dy­ta­mi" - od­pro­wa­dza­ni są na skraj swe­go mia­sta czy wio­ski przez pła­czą­ce ro­dzi­ny, któ­re na­wet nie ocze­ku­ją, że ich jesz­cze kie­dyś zo­ba­czą. Jak zwy­kle, de­zer­cja po dro­dze do cen­trum szko­le­nia­Puł­ko­we cen­tra szko­le­nia na­zy­wa­no wte­dy "za­kła­da­mi puł­ko­wy­mi"23. jest ma­so­wa. Więk­szość wie­śnia­ków nie­chęt­nych jest za­cią­go­wi. Świad­kiem bran­ki do 2 Puł­ku Pie­cho­ty Le­gii Nad­wi­ślań­skiej w Po­zna­niu jest po­rucz­nik Hen­ryk Brandt11, któ­ry za­uwa­ża, że znacz­na część re­kru­tów nig­dy w ży­ciu nie no­si­ła bu­tów czy spa­ła w łóż­ku, a "bia­ły chleb i kawę zna­ła tyl­ko ze sły­sze­nia". Ich przy­wią­za­nie do sztan­da­ru musi opie­rać się więc na po­łą­cze­niu do­bre­go je­dze­nia, za­kwa­te­ro­wa­nia, i, dla de­zer­te­rów ("pra­wie wszy­scy zo­sta­li schwy­ta­ni") 50 do 60 ude­rzeń trzci­ną w sie­dze­nie. Po przy­pro­wa­dze­niu ca­łe­go puł­ku mar­szo­we­go de­zer­te­rów z Ile de Ré do Lu­be­ki Jó­zef Gu­itard12, wy­so­ki kasz­ta­no­wło­sy ka­pi­tan z puł­ku Co­igne­ta, musi wra­cać do Prus po na­stęp­ny. Z ta­kich nie­do­szłych de­zer­te­rów skła­da się od­po­wied­nik ca­łej dy­wi­zji Wiel­kiej Ar­mii.

Na­po­le­on, rzecz ja­sna, wie do­sko­na­le o co mu cho­dzi i czy­je­mu do­bru słu­ży. Do­bru na­ro­du fran­cu­skie­go, oczy­wi­ście. Kto jed­nak jest tym "na­ro­dem"? Na­tu­ral­nie kla­sy śred­nie, w prze­ci­wień­stwie do le peu­ple24, o któ­rym pew­ne­go dnia Ce­sarz cheł­pi się przed Na­rbon­nem, że go "spa­cy­fi­ko­wał - zbro­jąc go". Do­da­jąc jako wnio­sek: "w mo­ich rę­kach woj­na sta­ła się an­ti­do­tum prze­ciw­ko anar­chii." Je­śli cho­dzi o sta­rych ary­sto­kra­tów, to ci z nich, któ­rzy za­an­ga­żo­wa­li się po stro­nie no­we­go tro­nu, "wy­nie­sio­ne­go", z cze­go Na­po­le­on zda­wał so­bie spra­wę, "na ba­gne­tach Gwar­dii Ce­sar­skiej - sa­mych sy­nów wol­nych chło­pów", w czę­ści tyl­ko są na­praw­dę od­da­ni jego spra­wie, je­śli już nie, jak Cau­la­in­co­urt i Na­rbon­ne, jego po­li­ty­ce. Po­zo­sta­łych, może na­wet więk­szość, moż­na z pew­no­ścią za­li­czyć do nie­zde­cy­do­wa­nych: "Nie­bie­ski jest za­wsze nie­bie­ski, bia­ły jest za­wsze bia­ły,"25 po­wie kie­dyś Ce­sarz ze smut­kiem Ga­spar­do­wi Gou­r­gau­do­wi na Świę­tej He­le­nie.

Mię­dzy ofi­ce­ra­mi-ary­sto­kra­ta­mi z ca­łe­go ser­ca od­da­ny­mi spra­wie Na­po­le­ona jest ge­ne­rał hra­bia Fi­lip de Ségur13. Jed­ne­go dnia w okre­sie Kon­su­la­tu, ten syn wy­bit­ne­go ojca, tak jak on wro­ga Re­wo­lu­cji, wa­łę­sał się przed bra­ma­mi Tu­ile­ries w sta­nie tak głę­bo­kiej de­pre­sji, że za­sta­na­wiał się nad sa­mo­bój­stwem, kie­dy nad­biegł truch­tem od­dział sza­se­rów26 Gwar­dii Kon­su­lar­nej. Na tym po­tom­ku pra­daw­nej ka­sty fran­cu­skich woj­sko­wych wi­dok ich olśnie­wa­ją­cych zie­lo­no-czer­wo­nych mun­du­rów i po­zo­sta­łe­go ekwi­pun­ku zro­bił wra­że­nie po­rów­ny­wal­ne chy­ba tyl­ko z wi­zją Sw. Paw­ła na dro­dze do Da­masz­ku. Wią­żąc swój los z lo­sem no­we­go Ce­za­ra, mło­dy Fi­lip de Ségur po pro­stu po­szedł i się przy­łą­czył; i - po­dob­nie jak inny szlach­cic - Mon­te­squ­iou Fézen­sac, oczy­wi­ście szyb­ko awan­so­wał. Po róż­nych ko­le­jach losu zo­stał te­raz ofi­ce­rem przy Ce­sar­skiej Kwa­te­rze Głów­nej, gdzie jego spe­cjal­nym za­da­niem jako za­stęp­cy Pre­fek­ta Pa­ła­cu jest nad­zór nad mu­ła­mi jucz­ny­mi, któ­re w cza­sie kam­pa­nii uży­wa­ne są do trans­por­tu zło­tej ce­sar­skiej za­sta­wy obia­do­wej i in­nych sprzę­tów do­mo­wych. Je­śli po­ło­wa umy­słu de Ségu­ra jest głę­bo­ko po­chło­nię­ta spra­wa­mi woj­sko­wy­mi, to dru­ga po­ło­wa tkwi nie mniej głę­bo­ko w li­te­ra­tu­rze kla­sycz­nej; nie moż­na wy­klu­czyć, że już wte­dy za­sta­na­wiał się nad wiel­kim dzie­łem hi­sto­rycz­nym. Nie zna­czy to, żeby on sam, czy kto­kol­wiek inny, mógł już tej wio­sny 1812 wy­obra­zić so­bie, czym ono bę­dzie. Wy­peł­nio­ny żar­li­wym, cho­ciaż - przy­najm­niej w oczach Gou­r­gau­da - tro­chę jed­nak zbyt am­bi­wa­lent­nym za­chwy­tem dla swo­je­go ido­la, de Ségur już te­raz zda­je so­bie spra­wę, że ze wszyst­kich so­jusz­ni­ków wcie­la­nych, aby słu­żyć pod­czas tej gi­gan­tycz­nej eks­pe­dy­cji "tyl­ko Wło­si i Po­la­cy są na­praw­dę en­tu­zja­stycz­nie na­sta­wie­ni do na­szej spra­wy".

W od­nie­sie­niu do żad­ne­go z ofi­ce­rów Wiel­kiej Ar­mii nie jest to bar­dziej praw­dzi­we niż w przy­pad­ku ofi­ce­ra z Elby, o na­zwi­sku Ce­za­ry de Lau­gier (czy­li Log­gia). Opusz­cza­jąc Me­dio­lan w lu­tym, wraz z resz­tą IV Kor­pu­su księ­cia Eu­ge­niu­sza, ofi­cer szta­bu Gwar­dii Ho­no­ro­wej Kró­le­stwa Włoch, któ­rej każ­da kom­pa­nia po­cho­dzi z in­ne­go mia­sta pół­noc­nej Ita­lii i ma in­ne­go ko­lo­ru la­mów­ki na swo­ich zie­lo­no-bia­łych mun­du­rach, prze­kro­czył Alpy i sta­nął na kwa­te­rach woj­sko­wych w po­łu­dnio­wych Niem­czech. Jest pe­wien, że tu­tej­si miesz­kań­cy ich "ko­cha­ją". We­wnątrz jego no­we­go heł­mu w sty­lu grec­kim, któ­re­go ogrom­ny, ozdo­bio­ny pió­ra­mi­czub wień­czy dra­pież­na, po­zła­ca­na gło­wa orła z agre­syw­nym dzio­bem, gło­wa Ce­za­re­go de Lau­gier peł­na jest wy­obra­żeń o wo­jen­nych czy­nach sta­ro­żyt­nych bo­ha­te­rów. Sam nie po­zba­wio­ny na­iw­no­ści, przed­sta­wia wzru­sza­ją­cy ob­raz men­tal­no­ści swo­ich kra­ja­nów:

"Nie zna­ją in­nej świę­to­ści nad swo­je­go wład­cę. Żad­nych ra­cji prócz siły. Żad­nej pa­sji prócz chwa­ły. Wszyst­ko wy­gła­dza wa­lec dys­cy­pli­ny i bier­ne­go po­słu­szeń­stwa, głów­nych cnót żoł­nie­rza. Nie­świa­do­mi tego co ich cze­ka, są tak prze­ko­na­ni o słusz­no­ści swo­jej spra­wy, że nig­dy na­wet nie pró­bu­ją się do­wie­dzieć, do ja­kie­go kra­ju są wy­sy­ła­ni. Sły­sząc na po­cząt­ku każ­dej woj­ny, że pi­sa­ne jest im wy­mie­rzyć osta­tecz­ny cios chwiej­ne­mu mo­car­stwu An­gli­ków, w koń­cu mylą z An­glią wszyst­kie ist­nie­ją­ce mo­car­stwa... oce­nia­ją dy­stans od­dzie­la­ją­cy ich od celu ilo­ścią dni, któ­re od kil­ku już lat spę­dza­ją, ma­sze­ru­jąc zjed­ne­go krań­ca Eu­ro­py na dru­gi. Nig­dy jed­nak nie do­cie­ra­ją do owe­go kra­ju, celu ich wszyst­kich wy­sił­ków, któ­ry cią­gle umy­ka im sprzed oczu."

Pod­czas prze­glą­du 14 maja na espla­na­dzie w Gło­go­wie, już poza miej­ski­mi for­ty­fi­ka­cja­mi, nasz ofi­cer szta­bu na­pi­sze w swo­im pa­mięt­ni­ku:

"Cały IV Kor­pus jest pod bro­nią. Wi­ce­król przy­był tu wczo­raj. Gwar­dia Kró­lew­ska, zaj­mu­ją­ca w tej chwi­li pra­wy skraj nie­zwy­kle dłu­gie­go pierw­sze­go sze­re­gu, zna­la­zła się na miej­skim cmen­ta­rzu. Tyl­ko gro­by prze­ry­wa­ją na­sze prze­pi­so­we usta­wie­nie. Nie­któ­re za­bo­bon­ne umy­sły do­pa­tru­ją się w tych oko­licz­no­ściach ja­kiejś zło­wiesz­czej prze­po­wied­ni i na­rze­ka­ją, że tu wła­śnie nas po­sta­wio­no. Rzym­skie le­gio­ny z pew­no­ścią zło­ży­ły­by ofia­ry swym bo­gom, aby od­pę­dzić tak zło­wro­gie wróż­by."

Jed­nak wi­docz­nie ksią­żę Eu­ge­niusz, nie­co fleg­ma­tycz­ny, lecz bar­dzo zdol­ny żoł­nierz, jest po­nad ta­kie oba­wy; w roz­ka­zie dzien­nym wy­ra­ża swo­ją sa­tys­fak­cję ze sta­nu IV Kor­pu­su. Nic nie mo­gło­by bar­dziej ucie­szyć ofi­ce­ra szta­bo­we­go Gu­ar­dia d'Ono­re.

Jak za­wsze, są też kom­pli­ka­cje po­li­tycz­ne. Nie­któ­rych z nich, w prze­ci­wień­stwie do tych we­wnętrz­nych, nie da się wy­gła­dzić de­kre­tem ce­sar­skim. Już od ja­kie­goś cza­su am­ba­sa­dy Fran­cji i Bry­ta­nii w Kon­stan­ty­no­po­lu prze­ści­ga­ją się w sztu­ce prze­ku­py­wa­nia urzęd­ni­ków tu­rec­kich. Fran­cu­zi - aby utrzy­mać Tur­cję w sta­nie woj­ny z Ro­sją, Bry­tyj­czy­cy - aby zo­stał za­war­ty po­kój. A po­nie­waż Tur­kom ostat­nio nie­źle się do­sta­je, ist­nie­je wy­raź­ne nie­bez­pie­czeń­stwo, że bry­tyj­skie zło­to prze­wa­ży nad fran­cu­skim, zwal­nia­jąc w ten spo­sób Ar­mię Moł­da­wii ge­ne­ra­ła Tor­ma­so­wa, któ­ra bę­dzie mo­gła po­ma­sze­ro­wać na pół­noc, aby za­gro­zić po­łu­dnio­we­mu skrzy­dłu Wiel­kiej Ar­mii. Na­po­le­on ma na­dzie­ję, że za­bez­pie­czył się już prze­ciw­ko ta­kiej ewen­tu­al­no­ści, zmu­sza­jąc swo­je­go no­we­go te­ścia, ce­sa­rza Fran­cisz­ka, aby do­star­czył mu 30 000 Au­stria­ków pod do­wódz­twem księ­cia Schwa­rzen­ber­ga. No, nie tak cał­kiem znów zmu­sza­jąc, bo­wiem była za to od­po­wied­nia cena: Na­po­le­on miał udzie­lić swo­je­mu ko­le­dze ce­sa­rzo­wi gwa­ran­cji spo­koj­ne­go wła­da­nia jego nie­uczci­wie na­by­ty­mi zie­mia­mi w Ga­li­cji, wy­rwa­ny­mi Po­la­kom w 1794.27 W tym przy­pad­ku wy­stą­pi­ła nie­roz­wią­zy­wal­na sprzecz­ność żą­dań: Po­la­ków - aby przy­wró­cił Ga­li­cję ich wy­ma­rzo­ne­mu kró­le­stwu, Au­stria­ków - aby tego nie ro­bił.

Szwe­cja, po­ko­na­na z kre­te­sem przez Ro­sję w 1809, sta­no­wi ko­lej­ny pro­blem. W cza­sie wiel­kie­go kry­zy­su, kie­dy to Fin­lan­dia, a na­wet wy­spy Alandz­kie zo­sta­ły przez nią utra­co­ne, jej par­la­ment, po­na­gla­ny przez nie­za­leż­nie my­ślą­ce­go, mło­de­go ofi­ce­ra, któ­ry aku­rat prze­by­wał w Pa­ry­żu, wy­brał nie­gdy­siej­sze­go ry­wa­la Na­po­le­ona, mar­szał­ka Ber­na­dot­te'a, na na­stęp­cę tro­nu. Jed­ną z pierw­szych rze­czy, o ja­kich do­wie­dział się on po przy­by­ciu do Sztok­hol­mu było to, że nie­zmier­nie waż­ny prze­mysł hut­ni­czy jego przy­bra­ne­go kra­ju był uza­leż­nio­ny od ryn­ku bry­tyj­skie­go w stop­niu nie mniej­szym niż ro­syj­ski. Sto­sun­ki fran­cu­sko-szwedz­kie, już i tak na­pię­te, jesz­cze bar­dziej się po­gor­szy­ły. W koń­cu Ber­na­dot­te za­de­kla­ro­wał swo­ją neu­tral­ność w zma­ga­niach wiel­kich mo­carstw i w maju 1810, hra­bia La­ger­biel­ke, am­ba­sa­dor Szwe­cji w Pa­ry­żu, zo­stał przy­ję­ty na au­dien­cji w Tu­ile­ries:

"Nig­dy nie wi­dzia­łem ce­sa­rza w tak sza­lo­nej fu­rii, prze­ra­sta­ła ona wszyst­ko co moż­na so­bie pod tym wzglę­dem wy­obra­zić.

Oznaj­mił ze zło­ścią, że z po­wo­du spra­wy Szwe­cji nie prze­spał tej nocy ani go­dzi­ny. 'Mo­gli­by­ście dać mi tro­chę od­po­cząć, po­trzeb­ne mi to! Bry­tyj­scy jeń­cy zo­sta­li zwró­ce­ni bez od­szko­do­wa­nia, czyż nie tak, Mon­sieur de Ca­do­re?" (Mi­ni­ster, trzę­sąc się, nie omiesz­kał od­po­wie­dzieć na to py­ta­nie, jak i na wszyst­kie inne, twier­dzą­co.)

Przez go­dzi­nę i pięt­na­ście mi­nut Na­po­le­on mó­wił i krzy­czał, tak czę­sto się po­wta­rza­jąc i prze­ry­wa­jąc swój tok my­śli, że La­ger­biel­ke miał po­tem trud­no­ści z do­kład­nym przy­po­mnie­niem so­bie wszyst­kie­go co usły­szał. Oszczę­dził Szwe­cję po woj­nie 1807, wy­krzy­ki­wał, lecz zo­stał "oszu­ka­ny" przez La­ger­biel­ke­go:

"Neu­tral­ność już nie ist­nie­je. Bry­ta­nia jej nie uzna­je więc ja też nie mogę. Jest wam cięż­ko? A nie po­my­śli­cie, że mnie też jest cięż­ko, że Fran­cji, Bor­de­aux, Ho­lan­dii i Niem­com też jest cięż­ko? Dla­te­go trze­ba z tym skoń­czyć. Trze­ba do­pro­wa­dzić do po­ko­ju na mo­rzach, nie­waż­ne ja­kim kosz­tem". (Tu­taj złość ce­sa­rza sta­je się wręcz prze­ra­ża­ją­ca.) "A tyl­ko Szwe­cja jest od­po­wie­dzial­na za kry­zys w któ­rym się zna­la­złem! Szwe­cja bar­dziej mi za­szko­dzi­ła niż pięć Ko­ali­cji ra­zem wzię­tych. Wy­bie­raj­cie więc: otwar­ta woj­na albo rze­tel­na przy­jaźń. To moje ostat­nie sło­wo. Do wi­dze­nia. Mam na­dzie­ję, że zo­ba­czy­my się zno­wu w szczę­śliw­szych oko­licz­no­ściach".14

Z tymi sło­wa­mi Ty­ran Kor­sy­kań­ski wy­szedł z po­ko­ju,15 zo­sta­wia­jąc Szwe­da, zdzi­wio­ne­go jesz­cze bar­dziej, gdy od­krył przed­po­kój opusz­czo­ny "na­wet przez służ­bo­we­go ofi­ce­ra... czy to dla po­słu­szeń­stwa roz­ka­zom, czy też przez do­bro­wol­ną grzecz­ność, bo ce­sarz kil­ka­krot­nie pod­no­sił głos do tego stop­nia, że nie­moż­li­wym było nie sły­szeć go w są­sied­nim po­miesz­cze­niu". Zaś na po­cząt­ku 1812 roku, gdy Na­rbon­ne i Na­po­le­on od­by­wa­li swo­je fa­scy­nu­ją­ce roz­mo­wy w St-Clo­ud, Da­vo­uto­wi roz­ka­za­no za­jąć Po­mo­rze Szwedz­kie za po­mo­cą ruse de gu­er­re28, prze­jąć całą szwedz­ką flo­tę han­dlo­wą w jej por­tach, a szwedz­kie gar­ni­zo­ny ode­słać do Fran­cji jako jeń­ców wo­jen­nych.

Dla Szwe­dów była to kro­pla, któ­ra prze­la­ła cza­rę. Ber­na­dot­te ogło­sił Szwe­cję pań­stwem neu­tral­nym, za­warł po­kój z Bry­ta­nią i roz­po­czął taj­ne ne­go­cja­cje z ca­rem.

Pru­sy sta­no­wi­ły na­stęp­ny pro­blem, choć po­zor­nie był on nie­zbyt po­waż­ny. Po­zba­wio­ne pra­wie po­ło­wy swo­je­go ob­sza­ru i wciąż ki­pią­ce zło­ścią z po­wo­du ogrom­nych od­szko­do­wań wo­jen­nych, wy­pła­ca­nych nie­prze­rwa­nie od 1806, jako "so­jusz­nik" Fran­cji, do­sta­ły roz­kaz do­star­cze­nia Wiel­kiej Ar­mii trzy­dzie­sto­ty­sięcz­ne­go kon­tyn­gen­tu dla ochro­ny le­we­go skrzy­dła w ten sam spo­sób w jaki Au­stria­cy mie­li chro­nić pra­we skrzy­dło. To spo­wo­do­wa­ło, że dwór ber­liń­ski wy­słał do Wied­nia taj­ne mi­sje son­da­żo­we - mi­sje, któ­re, po trzech ko­lej­nych cał­ko­wi­tych po­raż­kach, nic nie wskó­ra­ły. W tej sy­tu­acji, aby "unik­nąć" nie­po­ro­zu­mień, mar­sza­łek Oudi­not ze swo­im trzy­dzie­sto­ty­sięcz­nym II Kor­pu­sem otrzy­mu­je roz­kaz za­ję­cia Ber­li­na, a wy­sła­ny tam rów­no­cze­śnie Na­rbon­ne ma upra­wiać swo­ją sta­ro­mod­ną dy­plo­ma­cję na prze­ra­żo­nym dwo­rze pru­skim.

Przez całą wio­snę i wcze­sne lato 1812 dro­gi Eu­ro­py roz­brzmie­wa­ją tu­po­tem ma­sze­ru­ją­cych bu­tów, nie mniej niż sied­miu ma­sze­ru­ją­cych na pół­noc ar­mii. Każ­da dy­wi­zja wy­ru­sza dwa dni po po­przed­niej. Za­cho­wu­jąc od­le­głość 100 kro­ków (70m) mię­dzy ba­ta­lio­na­mi, jej puł­ki ma­sze­ru­ją "w dwóch rzę­dach, dzie­ląc się dro­gą, któ­rej śro­dek zo­sta­wia­ją wol­ny". Za­trzy­mu­ją się na "pięć mi­nut w każ­dej go­dzi­nie, a po trzech czwar­tych dzien­ne­go mar­szu na pół go­dzi­ny" i z jed­nym dniem od­po­czyn­ku co pięć dni wę­dru­ją da­lej na pół­noc ze śred­nią szyb­ko­ścią 25 mil na dzień. Co dru­gi dzień od­bie­ra­ją ra­cje, do­star­cza­ne wzdłuż tra­sy przez ad­mi­ni­stra­cję hra­bie­go Daru16. "Krok pod­ofi­ce­ra ma­sze­ru­ją­ce­go na cze­le puł­ku," wy­ja­śnia za­baw­ny ga­wę­dziarz, ka­pi­tan El­zéar Bla­ze (któ­ry sam ma szczę­ście nie być wy­sła­nym do Ro­sji):

"musi być krót­ki i re­gu­lar­ny, bo je­że­li pra­wa stro­na idzie nor­mal­nym kro­kiem, to lewa bę­dzie mu­sia­ła ga­lo­po­wać. Naj­mniej­sza prze­szko­da na dro­dze, na­wet je­śli to tyl­ko rynsz­tok do prze­sko­cze­nia, po­wo­du­je pro­ble­my. Je­że­li pierw­szy czło­wiek, któ­ry się na nią na­tknie za­trzy­ma się choć­by na pół se­kun­dy, to lu­dzie z ostat­nie­go ba­ta­lio­nu będą po­tem mu­sie­li biec przez pięt­na­ście mi­nut, żeby nad­go­nić. Do­świad­czo­ny ofi­cer wi­dzi ta­kie rze­czy od razu; daje roz­kaz chwi­lo­we­go po­sto­ju i wszyst­ko zno­wu to­czy się nor­mal­nym try­bem. Gdy już prze­ma­sze­ro­wa­li­śmy go­dzi­nę, na­stę­pu­je pię­cio­mi­nu­to­wy po­stój, pod­czas któ­re­go mo­że­my za­pa­lić faj­ki. To się na­zy­wa la hal­te des pi­pes29. Nie moż­na prze­cież od­bie­rać żoł­nie­rzo­wi jego przy­jem­no­ści. Wszy­scy ży­wią się tym, co mają w tor­ni­strach, i po­tem znów w dro­gę, każ­dą prze­ma­sze­ro­wa­ną ligę1 prze­ry­wa­jąc pię­cio­mi­nu­to­wym po­sto­jem."

Wy­glą­da­jąc ze swe­go okna w Dreź­nie, sto­li­cy kró­le­stwa Sak­so­nii, dzie­wię­cio­la­tek Wil­helm von Kügel­gen, pa­trzy jak prze­cho­dzą:

"Dłu­gie, ciem­ne ko­lum­ny Sta­rej Gwar­dii, z ich dum­ny­mi or­ła­mi, wy­so­ki­mi ber­my­ca­mi, i mar­so­wy­mi mi­na­mi, uno­szą­ce się jak mrocz­ne sen­ne ob­ra­zy. Wo­jen­ny dźwięk bęb­nów i pisz­cza­łek, a po­tem upior­ne po­sta­cie sa­pe­rów z bły­ska­ją­cy­mi sie­kie­ra­mi i dłu­gi­mi czar­ny­mi bro­da­mi, za nimi zaś nie­koń­czą­ce się ko­lum­ny trans­por­to­we. Dzień po dniu prze­cho­dzi­li pod na­szy­mi okna­mi, czło­wiek za czło­wie­kiem, bry­ga­da za bry­ga­dą. Wi­dzia­łem pra­wie wszyst­kie od­dzia­ły Wiel­kiej Ar­mii: wy­so­kich ka­ra­bi­nie­rów w ka­skach z pió­ro­pu­sza­mi i zło­co­nych ki­ry­sach, lek­kich sza­se­rów, hu­za­rów, wol­ty­że­rów, wszyst­kie ro­dza­je pie­cho­ty i ar­ty­le­rię z po­rząd­ny­mi po­jaz­da­mi cią­gnię­ty­mi przez ko­nie. Wresz­cie, na koń­cu - dłu­gie ko­lum­ny z mo­sta­mi pon­to­no­wy­mi i in­nym sprzę­tem woj­sko­wym".

To wła­śnie do Dre­zna ów nowy Ka­rol Wiel­ki roz­ka­zał sta­wić się kró­lom i ksią­żę­tom pod­bi­tej Eu­ro­py, aby zło­ży­li mu hołd. Po­nie­waż tyl­ko nie­wie­lu z nich, je­śli poza kró­lem Sak­so­nii w ogó­le kto­kol­wiek, jest szcze­rze przy­wią­za­nych do jego spra­wy, być może uro­czy­sty po­kaz po­tę­gi po­li­tycz­nej i woj­sko­wej wpoi wszyst­kim prze­ko­na­nie o da­rem­no­ści knu­cia za jego ple­ca­mi? Teść Na­po­le­ona - ce­sarz Au­strii - ma być go­ściem ho­no­ro­wym, a jego mło­da cór­ka Ma­ria-Lu­iza, ce­sa­rzo­wa Fran­cu­zów, pierw­szą damą. Król i kró­lo­wa Prus mu­szą bła­gać, aby ich wpusz­czo­no, a na­wet wów­czas przyj­mo­wa­ni są z nie­chę­cią.

Moż­na się tyl­ko za­sta­na­wiać, o czym my­śli czter­dzie­sto­sied­mio­let­ni sa­mo­zwań­czy ce­sarz, kie­dy z się­dzą­cą uje­go boku mło­dą ja­sno­wło­są ce­sa­rzo­wą, wraz ze swym or­sza­kiem wy­ru­sza o 5.30 rano 9 maja z Pa­ry­ża. Czy o tym "naj­wyż­szym wy­sił­ku, naj­trud­niej­szym za­da­niu" - by miaż­dżąc Ro­sję zmiaż­dżyć Bry­ta­nię i za­pew­nić so­bie i Fran­cji pa­no­wa­nie nad świa­tem? Może na­wet ma na­dzie­ję, że im­pre­za w Dreź­nie sama w so­bie wy­star­czy, by przy­wo­łać cara do po­rząd­ku? In­a­czej, ja­kie mia­ło­by być zna­cze­nie jego po­nu­rych słów, szep­nię­tych na boku pre­fek­to­wi po­li­cji tuż przed wy­jaz­dem:

"No, trze­ba skoń­czyć, co się za­czę­ło!"

Żad­na z wcze­śniej­szych kam­pa­nii, o ile wie­my, nie zo­sta­ła po­prze­dzo­na taką uwa­gą.

Von Kügel­gen kon­ty­nu­uje:

"Pew­nej bu­rzo­wej nocy, kie­dy po­chod­nie le­d­wo się tli­ły, Na­po­le­on zja­wił się ni­czym Ksią­żę Ciem­no­ści. Bły­ski pio­ru­nów roz­świe­tla­ły nie­bo, a huk grzmo­tów mie­szał się z wy­mu­szo­ny­mi okrzy­ka­mi ra­do­ści po­spól­stwa oraz z upior­nym bi­ciem ko­ściel­nych dzwo­nów. Oj, było w tym cza­sie w Dreź­nie co oglą­dać. Obec­ność tylu ar­mii na­peł­nia­ła mia­sto woj­sko­wą pom­pą. Na po­wi­ta­nie ksią­żąt brzmia­ły dzwo­ny i hu­cza­ły ar­ma­ty. Wspa­nia­łe pa­ra­dy i ma­new­ry były prze­zna­czo­ną dla nich roz­ryw­ką. W nocy mia­sto świe­ci­ło ma­gicz­ną łuną ty­sią­ca lamp. Sze­ro­ka tę­cza we­so­łych pa­pie­ro­wych lam­pio­nów two­rzy­ła łuk na nie­bie nad Łabą, w któ­rej od­bi­ja­ły się wszyst­kie bar­wy - naj­pięk­niej­szy efekt świetl­ny, jaki moż­na so­bie wy­obra­zić. Fa­jer­wer­ki trza­ska­ły w po­wie­trzu. Każ­dy dom był po brze­gi wy­peł­nio­ny żoł­nie­rza­mi, któ­rzy roz­ma­wia­li, śmia­li się i klę­li we wszyst­kich nie­mal ję­zy­kach Eu­ro­py."

Tak­że ro­man­tycz­ny po­eta Hen­ryk He­ine wi­dzi go:

"Wy­so­ko w sio­dle - nie­śmier­tel­ne oczy osa­dzo­ne w mar­mu­rze ce­sar­skiej twa­rzy - spo­koj­ny jak prze­zna­cze­nie, gdy tak spo­glą­da na swo­ich, de­fi­lu­ją­cych obok gwar­dzi­stów. Wy­sy­łał ich do Ro­sji, a mimo to sta­rzy gre­na­die­rzy zer­ka­li na nie­go z ta­kim gor­li­wym od­da­niem, taką sym­pa­tią, ta­kim prze­ję­ciem i za­bój­czą dumą: Ave Ca­esar, mo­ri­tu­ri te sa­lu­tant!30

Wśród ksią­żąt, któ­rzy nie­spo­koj­nie ocze­ku­ją, aby go so­bie zjed­nać, dwóch sy­nów diu­sze­sy Au­gu­sty ma praw­dzi­we po­wo­dy do nie­po­ko­ju. Trze­ci bo­wiem brat był na tyle nie­roz­trop­ny, aby przy­jąć no­mi­na­cję ofi­cer­ską w ar­mii ro­syj­skiej, po­wo­du­jąc, że Na­po­le­on, jak za­gnie­wa­ny pan feu­dal­ny, gro­ził ich ojcu "wy­pę­dze­niem" z jego księ­stwa. Lecz pod­czas uro­czy­sto­ści naj­więk­sze wra­że­nie wy­wie­ra na nich:

"kon­trast po­mię­dzy bar­dzo ludz­kim ce­sa­rzem Fran­cisz­kiem, zje­go przy­ja­znym i dwor­nym na­sta­wie­niem,17 a Na­po­le­onem, zde­cy­do­wa­nie szorst­kim i nie­grzecz­nym, choć może nie umyśl­nie, po pro­stu zbyt unie­sio­nym nad­zwy­czaj­ny­mi ła­ska­mi for­tu­ny i swo­ją po­my­sło­wo­ścią. Płasz­cze­nie się i przy­pra­wia­ją­ce o mdło­ści po­chleb­stwa, zja­ki­mi jest wszę­dzie przyj­mo­wa­ny, po­tę­gu­ją jesz­cze owo, wła­ści­we mu, po­gar­dli­we i opry­skli­we na­sta­wie­nie".

Oce­ny tej z pew­no­ścią nie po­dzie­la Pierw­szy Se­kre­tarz Na­po­le­ona. Ba­ron Klau­diusz-Fran­ci­szek Méne­val18 ma:

"wie­le oka­zji by przy­glą­dać się tym do­stoj­nym zgro­ma­dze­niom.

W prze­stron­nych apar­ta­men­tach pa­ła­cu drez­deń­skie­go przy­pa­try­wa­łem się pro­ce­sji, na cze­le któ­rej kro­czył Na­po­le­on. Zdro­wie ce­sa­rzo­wej Au­strii było zbyt sła­be, by mo­gła znieść zmę­cze­nie, wy­wo­ły­wa­ne prze­cho­dze­niem przez wszyst­kie te po­ko­je, Ce­sarz szedł więc przed nią, z ka­pe­lu­szem w jed­nej ręce, dru­gą trzy­ma­jąc na drzwiach jej lek­ty­ki i we­so­ło z nią roz­ma­wia­jąc. Wszy­scy, któ­rzy byli świad­ka­mi tych spo­tkań to­wa­rzy­skich, zga­dza­li się, że dzię­ki swo­jej uprzej­mo­ści, in­te­lek­to­wi i cza­ru­ją­cym ma­nie­rom wy­wie­rał nie­od­par­ty wpływ na swych szla­chet­nych go­ści. Je­śli tyl­ko ze­chciał, po­tra­fił być naj­bar­dziej sym­pa­tycz­nym i cza­ru­ją­cym męż­czy­zną na świe­cie."

Na­po­le­on może być nie­zwy­cię­żo­ny, przy­zna­je w swo­im pa­mięt­ni­ku diu­sze­sa, lecz jak wiel­kim dzie­je się to kosz­tem ludz­kiej krwi i cier­pie­nia?

W tym sa­mym cza­sie car wy­je­chał z Pe­ters­bur­ga do Wil­na, aby w ostat­niej chwi­li spró­bo­wać po­zy­skać po­par­cie swych bar­dziej wpły­wo­wych li­tew­skich pod­da­nych. Lau­ri­ston po­dą­ża za nim i pro­si go o au­dien­cję, jed­nak car od­ma­wia. Prze­by­wa­ją­cy w Ber­li­nie Na­rbon­ne do­sta­je za­tem nowe po­le­ce­nia. Ma on tak­że udać się do Wil­na, aby pod pre­tek­stem prób oca­le­nia po­ko­ju wy­ba­dać co się da o sto­sun­kach ro­syj­sko-szwedz­kich i ro­syj­sko-tu­rec­kich, a w ra­zie gdy­by ar­mia ro­syj­ska prze­kro­czy­ła Nie­men, wy­ne­go­cjo­wać za­wie­sze­nie bro­ni, "żeby Jego Ce­sar­ska Mość miał czas do­trzeć na front".

Na­rbon­ne jest tu mi­lej wi­dzia­ny niż Lau­ri­ston. Za­pro­szo­ny na obiad, prze­ka­zu­je oso­bi­ste po­sła­nie od Na­po­le­ona:

"Jak wy­ni­ka z ostat­niej ana­li­zy sy­tu­acji, ist­nie­je tyl­ko jed­na, lecz bar­dzo waż­na, kwe­stia spor­na mię­dzy nami i Ro­sją: kwe­stia kra­jów neu­tral­nych i han­dlu an­giel­skie­go. W po­rów­na­niu z nią, Pol­ska jest nie­waż­na. Jego Ce­sar­ska Mość ma na ser­cu je­dy­nie do­bro Fran­cji".

Na to Alek­san­der, któ­ry tak­że po­tra­fi być wszyst­kim dla wszyst­kich, od­po­wia­da, że nie ma za­mia­ru być agre­so­rem, ale też nie:

"pod­pi­sze trak­ta­tu dyk­to­wa­ne­go na te­ry­to­rium Ro­sji. Na­ród ro­syj­ski nie cofa się przed nie­bez­pie­czeń­stwem. Ba­gne­ty ca­łej Eu­ro­py na mo­jej gra­ni­cy nie zmu­szą mnie do zmia­ny ję­zy­ka".

Po­zo­sta­jąc pod głę­bo­kim wra­że­niem tak zde­cy­do­wa­ne­go i peł­ne­go god­no­ści sta­no­wi­ska, Na­rbon­ne le­d­wo zdą­żył wró­cić do swo­jej kwa­te­ry, gdy do jego drzwi za­pu­ka­ło trzech wy­so­kich ran­gą urzęd­ni­ków ro­syj­skich. Oznaj­mia­ją mu, że jego po­wóz jest już za­przę­żo­ny i go­to­wy do od­jaz­du. Car był na­wet tak uprzej­my, że ka­zał go za­opa­trzyć na dro­gę ze swej wła­snej kuch­ni. Przy­jeż­dża­jąc do Dre­zna 24 maja, w sa­mym środ­ku ob­cho­dów, Na­rbon­ne przy­no­si swe­mu panu czte­ry wia­do­mo­ści. Jed­na jest praw­dzi­wa, po­zo­sta­łe zaś nie. Ro­sja­nie nie ze­rwą po­ko­ju, mówi Na­po­le­ono­wi, ani też nie prze­kro­czą Nie­mna. Lecz je­śli on, Na­po­le­on, to uczy­ni,

Na­rbon­ne "ma wra­że­nie, że od razu wy­da­dzą bi­twę. A Ro­sja na­tych­miast sprzy­mie­rzy się z Bry­ta­nią." Je­śli cho­dzi o Szwe­dów, to cho­ciaż praw­dą jest, że ich na­stęp­ca tro­nu wy­da­je się być po stro­nie Alek­san­dra, wciąż nie ma mię­dzy nimi ukła­du. Nie ma też żad­nej per­spek­ty­wy po­ko­ju ro­syj­sko-tu­rec­kie­go.

(W rze­czy­wi­sto­ści, bez wie­dzy Na­po­le­ona i jego po­sła, lecz ma­jąc lo­jal­nie na wzglę­dzie przede wszyst­kim do­bro swo­je­go ad­op­to­wa­ne­go kra­ju, Ber­na­dot­te za­pew­nił już cara, że Szwe­cja po­zo­sta­nie neu­tral­na aż do mo­men­tu, gdy bę­dzie mu­sia­ła od­kryć swo­je kar­ty. Jed­no­cze­śnie za­chę­cał Alek­san­dra, by ten trwał przy swo­im. Je­śli cho­dzi o Tur­cję, to za­le­d­wie dwa dni wcze­śniej, 22 maja, pe­wien jed­no­oki ge­ne­rał na­zwi­skiem Ku­tu­zow, któ­re­mu nie po­szło naj­le­piej pod Au­ster­litz w 180531, spo­tkał się z Wiel­kim We­zy­rem w Bu­ka­resz­cie i pod­pi­sał trak­tat po­ko­jo­wy mię­dzy Ro­sją i Tur­cją. Te dwa wy­da­rze­nia, za­de­cy­do­wa­ły o tym - przy­zna Na­po­le­on na Świę­tej He­le­nie - że jego na­jazd na Ro­sję oka­zał się błę­dem.)

Nie zwa­ża­jąc zbyt­nio na ra­port swo­je­go wy­słan­ni­ka, Na­po­le­on roz­po­czy­na ko­lej­ny po­pis re­to­rycz­ny, z ga­tun­ku tych, któ­re tak mar­twi­ły Na­rbon­ne'a w St-Clo­ud:

"'Do­sko­na­le! Niech do­peł­ni się prze­zna­cze­nie i Ro­sja zo­sta­nie zmiaż­dżo­na przez moją nie­na­wiść do An­glii! Na cze­le czte­ry­stu ty­się­cy lu­dzi, opła­co­nych i wy­po­sa­żo­nych na nie­spo­ty­ka­ną do­tąd ska­lę, z re­zer­wa­mi na skrzy­dłach, z kor­pu­sem li­tew­skim tej sa­mej krwi co część lud­no­ści, przez któ­rej te­re­ny bę­dzie­my prze­cho­dzić, nie oba­wiam się tej dłu­giej dro­gi wśród pust­ko­wii. W koń­cu, mój dro­gi', mó­wił da­lej jak w na­tchnio­nym śnie, 'ta dłu­ga dro­ga - to dro­ga do In­dii. Alek­san­der Wiel­ki wy­ru­szył, by do­trzeć do Gan­ge­su, z od­le­gło­ści nie krót­szej niż ta z Mo­skwy. Wy­obraź so­bie Mo­skwę zdo­by­tą - Ro­sję star­tą na proch - cara po­go­dzo­ne­go ze swo­im lo­sem lub za­bi­te­go w ja­kimś spi­sku pa­ła­co­wym i może ja­kiś nowy, za­leż­ny tron. I po­wiedz mi czy nie wy­star­czy, żeby na­sza Wiel­ka Ar­mia Fran­cu­zów oraz od­dzia­ły po­sił­ko­we z Ty­fli­su, do­tknę­ły Gan­ge­su fran­cu­skim mie­czem? Wów­czas za­wa­li się cała kon­struk­cja han­dlo­wej po­tę­gi Bry­ta­nii! Przy­zna­ję, by­ła­by to gi­gan­tycz­na eks­pe­dy­cja, w dzie­więt­na­stym wie­ku jest ona jed­nak moż­li­wa. Jed­nym cio­sem Fran­cja osią­gnę­ła­by nie­za­leż­ność Za­cho­du i wol­ność mórz.'"

Pięć dni póź­niej wy­je­dzie, aby do­łą­czyć do ar­mii.

W jed­nym z wo­zów ba­ga­żo­wych Da­vo­uta znaj­du­je się mapa In­dii. Tak na wszel­ki wy­pa­dek.19

2Gwałt na Polsce

Ho­len­der­ski dy­plo­ma­ta zo­sta­je żoł­nie­rzem - prze­cią­żo­na ar­mia - gra­bież i prze­moc - "Na­po­le­ono ma­gni Ca­esa­ri" - nędz­ne wio­ski, wspa­nia­łe pa­ła­ce - Brandt od­wie­dza ro­dzi­ców - kam­pa­nia tyl­ko dla męż­czyzn - mar­kie­tan­ki - "to dziec­ko po­win­no być u mat­ki" - Na­po­le­on dyk­tu­je strasz­nym gło­sem - nie w cie­mię bity ksiądz - "ter­ror i spu­sto­sze­nie sza­le­ją po Pol­sce"

Jak pi­sze De­dem van der Gel­der, 11 czerw­ca ar­mia zo­sta­ła pusz­czo­na w ruch. De­dem, wy­twor­ny mały czło­wie­czek, bar­dziej na­da­ją­cy się do za­wo­du wy­bra­ne­go dla nie­go przez ojca niż do służ­by woj­sko­wej, do któ­rej za­wsze go tak cią­gnę­ło, był nie­gdyś ho­len­der­skim dy­plo­ma­tą. Jed­nak po wcie­le­niu jego kra­ju do Ce­sar­stwa Fran­cu­skie­go w 1810 roku, po­je­chał do Fon­ta­ine­ble­au i za­ofe­ro­wał swo­je usłu­gi. Na­po­le­on za­pro­po­no­wał mu sta­no­wi­sko gu­ber­na­to­ra woj­sko­we­go Ho­lan­dii, lecz "nie chcąc za­czy­nać od strze­la­nia do swo­ich ro­da­ków" De­dem po­pro­sił o sta­no­wi­sko w służ­bie czyn­nej. Wte­dy to Na­po­le­on, któ­re­mu cią­gle bra­ko­wa­ło wy­kształ­co­nych ofi­ce­rów, awan­so­wał go na général de bri­ga­de32 i wy­słał do

Da­vo­uta w Ham­bur­gu, gdzie Że­la­zny Mar­sza­łek - nie­spo­dzie­wa­nie, bio­rąc pod uwa­gę brak do­świad­cze­nia woj­sko­we­go De­de­ma - po­wie­rzył mu do­wódz­two 2 Bry­ga­dy Pie­cho­ty w dy­wi­zji swo­je­go szwa­gra Frian­ta. W tym też wła­śnie cha­rak­te­rze De­dem brał udział w zdra­dziec­kim za­ję­ciu Po­mo­rza Szwedz­kie­go, któ­rą to ope­ra­cję, bę­dąc nie­gdyś am­ba­sa­do­rem ho­len­der­skim w Sztok­hol­mie i wciąż ma­jąc tam wie­lu przy­ja­ciół, uznał za bar­dzo nie­smacz­ną.1

Cała ar­mia jest mak­sy­mal­nie ob­cią­żo­na. Każ­dy pie­chur, przy­najm­niej w I Kor­pu­sie, tasz­czy na ple­cach za­pas chle­ba i mąki na 20 dni - De­dem twier­dzi zaś, że jest to je­den wo­rek za­wie­ra­ją­cy dzie­sięć fun­tów33 mąki i dru­gi, z po­dob­ną ilo­ścią ryżu. Wy­cho­dzi pra­wie na to samo. Przez trzy dni pod rząd mały Jan Ma­rek Bus­sy, wol­ty­żer z 3 Puł­ku Pie­cho­ty Szwaj­car­skiej, nie wi­dzi "ani jed­nej wio­ski, ani jed­ne­go domu". Poza swo­im ka­ra­bi­nem, nie­sie on w tor­ni­strze:

2 ko­szu­le, 1 parę gru­bych płó­cien­nych spodni, 1 parę gru­bych czar­nych pół­no­ga­wic (z tka­ni­ny), 1 wo­re­czek z ar­ty­ku­ła­mi hi­gie­ny oso­bi­stej, 1 ban­daż i tro­chę szar­pii, oraz 2, lub może 3 pary bu­tów [jed­na­ko­we na pra­wą i lewą sto­pę], ra­zem z za­pa­so­wy­mi gwoź­dzia­mi i po­de­szwa­mi.

Po obu stro­nach tor­ni­stra zaś:

4 "su­cha­ry" (wiel­kie krom­ki po­dwój­nie wy­pie­ka­ne­go chle­ba, każ­da wa­żą­ca szes­na­ście un­cji).34

Pod jego tor­ni­strem pod­wie­szo­ny jest płó­cien­ny wo­rek, za­wie­ra­ją­cy pięć fun­tów mąki. Do tego do­cho­dzą jesz­cze, w płó­cien­nym wor­ku prze­wie­szo­nym przez ra­mię, dwa trzy­fun­to­we bo­chen­ki chle­ba, czy­li za­pas chle­ba na czte­ry dni, su­cha­rów na dal­sze czte­ry, i mąki na sie­dem. Ca­łość wa­ży­ła 58 fun­tów (25,5 kg) i wy­star­cza­ła do prze­ży­cia pięt­na­stu dni. Prze­jeż­dża­jąc przez War­sza­wę z VIII Kor­pu­sem, inny wol­ty­żer, ka­pral Wil­helm He­ine­mann z Puł­ku Sza­se­rów Brunsz­wic­kich - choć we­te­ran kam­pa­nii,2 kil­ka­krot­nie lecz bez­sku­tecz­nie pró­bo­wał ucie­kać jesz­cze w Niem­czech - wy­mie­nia do­dat­ko­we pary bu­tów na "czter­dzie­ści jaj i kil­ka pęcz­ków rzod­kiew­ki". Przed­się­bior­czość tego ro­dza­ju może zdać eg­za­min w kor­pu­sie Van­dam­me'a, ale nie w pod­da­nych ostrej dys­cy­pli­nie puł­kach Da­vo­uta. Kie­dy kil­ku mło­dych żoł­nie­rzy z bry­ga­dy De­de­ma po­rzu­ci­ło swo­je wor­ki z mąką, puł­kow­nik ze 127 Puł­ku Pie­cho­ty Li­nio­wej, któ­ry prze­pro­wa­dzał in­spek­cję, ka­zał na­peł­nić pu­ste wor­ki pia­skiem. Wi­no­waj­cy mie­li je no­sić aż do od­wo­ła­nia. To po­skut­ko­wa­ło, jak po­wia­da Cau­la­in­co­urt, "tym bar­dziej, że nig­dy nie do­szło do ich po­now­ne­go na­peł­nie­nia mąką".

Nie tyl­ko pie­cho­ta jest tak ob­ła­do­wa­na. 2 ("Czer­wo­ny") Pułk Lan­sje­rów Gwar­dii to nowy eli­tar­ny pułk. Cho­ciaż umun­du­ro­wa­niem przy­po­mi­na słyn­ny 1 (Pol­ski) Pułk Szwo­le­że­rów Gwar­dii35, acz­kol­wiek z od­wrot­ną ko­lo­ry­sty­ką - ich mun­du­ry są czer­wo­ne z ciem­no­nie­bie­ski­mi la­mów­ka­mi i żół­ty­mi ob­szy­cia­mi - od­dział ten skła­da się głów­nie z Ho­len­drów. Na­po­le­on za­mie­rzał pier­wot­nie stwo­rzyć pułk ki­ra­sje­rów dla Gwar­dii, lecz osta­tecz­nie, z po­wo­du bra­ku do­sta­tecz­nie sil­nych koni, wy­po­sa­żył ich w lan­ce, a tak­że w wie­le in­nych rze­czy. W Kró­lew­cu jego ko­wa­lom - w każ­dej kom­pa­nii był je­den - wy­da­no duże sie­kie­ry "do wy­rę­bu lasu albo do ubo­ju by­dła", a ka­pra­lo­wi każ­de­go od­dzia­łu osiem ma­łych to­por­ków, do ostrze­nia pa­li­ków do przy­wią­zy­wa­nia koni oraz sta­wia­nia sza­ła­sów i bi­wa­ków. Wresz­cie, poza lan­cą, ka­ra­bin­kiem, amu­ni­cją, i po­zo­sta­łym re­gu­la­mi­no­wym ekwi­pun­kiem, każ­dy żoł­nierz musi zna­leźć miej­sce na sierp, przy­mo­co­wy­wa­ny na wal­co­wa­tej tor­bie po­dróż­nej na za­dzie ko­nia, a po­trzeb­ny do ści­na­nia zbóż i traw. Wszyst­kie te do­dat­ki, ra­zem z cięż­ką uprzę­żą lan­sje­rów, to zbyt już wie­le dla ich koni:

"Na dłuż­szą metę to wszyst­kie kom­pa­nie puł­ku mia­ły ja­kieś ran­ne ko­nie. Po­nie­waż więk­szość tych ran po­ja­wia­ła się na pra­wym boku, gdzie mia­ły otar­te kłę­by, do­szli­śmy do wnio­sku, że było to spo­wo­do­wa­ne nad­mier­ną wagą lan­cy i ka­ra­bin­ka. Pró­bo­wa­li­śmy temu za­ra­dzić w każ­dy moż­li­wy spo­sób: prze­su­wa­jąc lan­cę z pra­we­go boku na lewy, a po­tem no­sząc ka­ra­bi­nek na ha­czy­ku przy pa­sie na­ra­mien­nym. Szyb­ko jed­nak za­uwa­ży­li­śmy, iż wadą tej dru­giej me­to­dy było to, że pod cię­ża­rem ka­ra­bin­ka żoł­nierz po­chy­lał się do przo­du, co po­wo­do­wa­ło świe­że otar­cia".

Je­śli tak przed­sta­wia się sy­tu­acja w puł­ku "lek­kiej" ka­wa­le­rii, to jak mu­szą się czuć ma­syw­nie ob­cią­że­ni ki­ra­sje­rzy i ka­ra­bi­nie­rzy, no­szą­cy mo­sięż­ne grzy­wia­ste ka­ski z pió­ro­pu­sza­mi i szes­na­sto­fun­to­we36 sta­lo­we ki­ry­sy?

Jed­nak, mimo iż lu­dzie w sze­re­gach są ob­ła­do­wa­ni do gra­nic moż­li­wo­ści, to nie­któ­re wozy za­opa­trze­nio­we nie są w peł­ni wy­ko­rzy­sta­ne. Przy­by­wa­jąc 21 czerw­ca do Gą­bi­na37 na pru­sko-pol­skiej gra­ni­cy, Na­po­le­on dyk­tu­je gniew­ny list do Ber­thie­ra:

"Wozy nie­któ­rych do­wództw wy­je­cha­ły stąd na­ła­do­wa­ne tyl­ko do po­ło­wy. Na­tych­miast wy­ślij eks­pre­sem ku­rie­ra z roz­ka­zem prze­nie­sie­nia ca­łe­go ła­dun­ku na 20 wo­zów, i wy­sła­nia po­zo­sta­łych 20 pu­stych do Wy­stru­cia38 pod po­now­ny za­ła­du­nek. Po­wiedz ofi­ce­ro­wi za­opa­trze­nio­we­mu, iż nie je­stem za­do­wo­lo­ny, że wy­ru­szył z pu­sty­mi wo­za­mi. Wi­dy­wa­łem już ad­mi­ni­stra­to­rów non­sza­lanc­kich, lecz jesz­cze nig­dy - tak głu­pich".

Każ­dy ofi­cer i żoł­nierz, kon­ty­nu­uje De­dem:

"otrzy­mał krót­ki roz­kaz uwol­nie­nia swo­ich pru­skich go­spo­da­rzy od za­pa­sów na dzie­sięć dni. Wsie zo­sta­ły ogra­bio­ne z koni i po­jaz­dów do prze­wo­zu fu­ra­żu, a na­wet ze sło­my. W su­mie aż 90 000 koni zo­sta­ło ofi­cjal­nie za­re­kwi­ro­wa­nych Pru­sa­kom, któ­rzy [cho­ciaż no­mi­nal­nie byli so­jusz­ni­ka­mi] trak­to­wa­ni byli co naj­mniej jak na­ród pod­bi­ty. In­ny­mi sło­wy, roz­kaz o za­pa­sach na 10 dni nie był ni­czym in­nym, jak przy­zwo­le­niem na gra­bie­że i prze­moc".

Istot­nie, gra­bież i prze­moc są nie­mal roz­ka­zem dzien­nym. Po przy­by­ciu Na­po­le­ona do Gą­bi­na, wła­dze cy­wil­ne skar­żą mu się, że miej­sco­wy wła­ści­ciel ziem­ski, któ­re­go pa­łac prze­ję­ła Gwar­dia, zo­stał zna­le­zio­ny na dnie stud­ni, i nikt nie wie, czy po­peł­nił sa­mo­bój­stwo, czy też ktoś go tam wrzu­cił. I cho­ciaż Na­po­le­on na­tych­miast na­ka­zu­je prze­pro­wa­dzić "bar­dzo po­waż­ne" do­cho­dze­nie, pod nad­zo­rem władz cy­wil­nych i do­wód­ców Gwar­dii, to nic w tej spra­wie nie zo­sta­je zro­bio­ne.

W szyst­kie te kło­po­ty nie umniej­sza­ją splen­do­ru ofi­cjal­nych ma­ni­fe­sta­cji or­ga­ni­zo­wa­nych przez za­stra­szo­ną ad­mi­ni­stra­cję. 29 maja w Po­zna­niu po­rucz­nik Hen­ryk Brandt z Le­gii Nad­wi­ślań­skiej3 wi­dział Ce­sa­rza:

"przyj­mo­wa­ne­go pod łu­kiem trium­fal­nym z na­pi­sem 'He­roi in­vin­ci­bi­li'2. Pięć wiel­kich okien ra­tu­sza miej­skie­go było po­kry­tych trans­pa­ren­ta­mi z her­bem mia­sta, na prze­mian z ini­cja­ła­mi Na­po­le­ona, ce­sa­rzo­wej Ma­rii-Lu­izy,4 or­łem fran­cu­skim i tar­czą her­bo­wą Wiel­kie­go Księ­stwa. Na wie­ży ko­ściel­nej, któ­rą Ce­sarz mógł zo­ba­czyć ze swo­ich okien, ilu­mi­na­cje uka­zy­wa­ły ogrom­ny wie­niec waw­rzy­nu ota­cza­ją­cy ta­kie oto mot­to: 'Na­po­le­oni ma­gno Ca­esa­ri et vic­to­ri'3. Po­tęż­ny tłum z po­bli­skich wsi bi­wa­ko­wał na wszyst­kich pla­cach, szcze­gól­nie na Pla­cu Na­po­le­ona, któ­ry jesz­cze przed koń­cem roku miał po­wró­cić do na­zwy Pla­cu Fry­de­ry­ka Wil­hel­ma! Tyl­ko sta­re 'zrzę­dy' (bo byli i tacy wśród nas Po­la­ków) trzy­ma­li się zda­la od ogól­nej wrza­wy. Utrzy­my­wa­li oni, że cały ten en­tu­zjazm był w za­cznej mie­rze sztucz­ny, pod­sy­ca­ny przez wła­dze chcą­ce wy­wrzeć na Ce­sa­rzu ko­rzyst­ne wra­że­nie".

Choć Po­la­cy, za­rów­no we­dług Ségu­ra jak i Brand­ta, są prze­cież na­praw­dę en­tu­zja­stycz­nie na­sta­wie­ni do spra­wy fran­cu­skiej, trak­tu­je się ich nie mniej bru­tal­nie niż tak nie­chęt­nych jej Pru­sa­ków. Woj­sko, ze swej stro­ny, jest prze­ra­żo­ne skraj­ną i za­trwa­ża­ją­cą bie­dą pol­skich wsi. "Co za kon­trast", wy­krzy­ku­je Le Roy, "po­mię­dzy pięk­ny­mi nie­miec­ki­mi wsia­mi, któ­re da­wa­ły nam wszyst­ko cze­go po­trze­bo­wa­li­śmy, a tymi ma­ły­mi pol­ski­mi mie­ści­na­mi, gdzie znaj­do­wa­li­śmy tyl­ko nie­szczę­snych Izra­eli­tów, czę­sto po­kry­tych ro­bac­twem i stru­pa­mi". Puł­kow­nik Lu­bin Grio­is z Ar­ty­le­rii Kon­nej Gwar­dii - wiel­ki mi­ło­śnik ope­ry wło­skiej, oraz, w nie mniej­szym stop­niu, wło­skich ko­biet (cho­ciaż nie od­czu­wa by­najm­niej nie­na­wi­ści do Nie­mek, po­mi­mo opo­rów sta­wia­nych przez nie przy pró­bach uwie­dze­nia przed osta­tecz­ną ka­pi­tu­la­cją) - zga­dza się z tymi opi­nia­mi cał­ko­wi­cie:

"Ską­po za­lud­nio­ne wsie leżą da­le­ko od sie­bie, a mia­sta są za­miesz­ka­ne pra­wie wy­łącz­nie przez Ży­dów. Są one zresz­tą tak ża­ło­sne jak i ich miesz­kań­cy. Wszy­scy chło­pi są tu wła­sno­ścią swo­ich pa­nów, któ­rych wspa­nia­łe pa­ła­ce sta­no­wią ja­skra­we prze­ci­wień­stwo bie­do­ty wie­śnia­czych cha­łup. Ich prze­pięk­ne ogro­dy i licz­na służ­ba ofe­ru­ją luk­su­sy i prze­pych nie­zna­ny we Fran­cji. Ta część kra­jo­bra­zu, któ­ra nie była za­le­sio­na jak okiem się­gnąć po­kry­ta była po­la­mi żyta, obie­cu­ją­cy­mi uro­dzaj­ne żni­wa. Lecz pola te szyb­ko zo­sta­ły zde­wa­sto­wa­ne, aby na­kar­mić na­sze ko­nie, bo zna­le­zie­nie dla nich su­chej pa­szy oka­za­ło się wiel­ką trud­no­ścią".

Puł­kow­nik St-Cha­mans, ja­dą­cy na cze­le swo­je­go 7 Puł­ku Sza­se­rów, czu­je od­ra­zę do wy­peł­nia­nia roz­ka­zów aby:

"za­brać całe ziar­no, al­ko­hol i by­dło, ja­kie znaj­dzie­my mię­dzy Wi­słą a Nie­mnem. Mu­szę przy­znać, że było to bar­dzo okrut­ne z na­szej stro­ny, gdy po spę­dze­niu kil­ku dni w domu pana ja­kiejś wio­ski, czy też rol­ni­ka, któ­ry do­brze nas przy­jął, czę­sto le­piej niż gosz­czo­no nas we Fran­cji, dzię­ko­wa­li­śmy mu za­bie­ra­jąc jego wozy, zbo­że i by­dło. Nie­szczę­śli­wi ci lu­dzie bła­ga­li nas z pła­czem, aby­śmy zła­go­dzi­li su­ro­wość roz­ka­zu, któ­ry spra­wiał, że z względ­ne­go do­stat­ku po­pa­da­li w nę­dzę. Wy­da­je mi się, że wszy­scy ofi­ce­ro­wie pró­bo­wa­li zmniej­szyć ich nie­do­lę. Lecz na­wet przy pew­nych ustęp­stwach wy­rzą­dza­li­śmy im dużo szkód".

Wszyst­ko to sta­je się jesz­cze bar­dziej okrut­ne, gdy sa­me­mu jest się Po­la­kiem. Prze­jeż­dża­jąc przez Strzel­no, mię­dzy Po­zna­niem a To­ru­niem, Brandt skła­da krót­ką wi­zy­tę swo­im ro­dzi­com:

"Ta wła­śnie część daw­nej Pol­ski ucier­pia­ła naj­bar­dziej. Po nie­szczę­ściach woj­ny 1807 roku na­stą­pi­ły, nie da­ją­ce chwi­li wy­tchnie­nia, nie­do­le Blo­ka­dy Kon­ty­nen­tal­nej, epi­de­mii wśród lu­dzi i zwie­rząt, te­raz zaś - nie­ustan­ne­go prze­mar­szu wojsk. Moi ro­dzi­ce, nie­gdyś za­moż­ni wła­ści­cie­le ziem­scy, mie­li ten bar­dzo dro­gi za­szczyt gosz­cze­nia naj­pierw mar­szał­ka Ney'a, a po­tem księ­cia Wir­tem­ber­gii. Cały ich fu­raż zo­stał za­bra­ny przez ko­lum­ny ar­ty­le­rii, a pod­czas pro­wa­dzo­nych dzień i noc re­kwi­zy­cji za­bra­no im też ko­nie. Jed­nym sło­wem, wszyst­ko dzia­ło się tak, jak na zie­miach wro­ga, poza asy­gna­ta­mi rzą­do­wy­mi, spła­ca­ny­mi do­pie­ro po bar­dzo dłu­gim cza­sie. Te czter­dzie­ści osiem go­dzin spę­dzo­nych w domu ojca ozna­cza­ło dla mnie ty­leż go­dzin udrę­ki".

Żad­nej ko­bie­cie, ja­ki­kol­wiek nie był­by jej sta­tus spo­łecz­ny, nie wol­no prze­kro­czyć Nie­mna. Wśród ma­sze­ru­ją­cych ty­się­cy męż­czyzn może ich być za­le­d­wie kil­ka, rzecz ja­sna, oprócz po­tęż­nej rasy Mut­ter Co­ura­ge39, can­ti­ni­?res, czy­li mar­kie­ta­nek. "To był do­bry za­wód, za­wód mar­kie­tan­ki", pi­sze El­zéar Bla­ze:

"Pa­nie te za­zwy­czaj za­czy­na­ły swo­ją ka­rie­rę, po­dą­ża­jąc za żoł­nie­rzem, któ­ry wy­wo­łał w nich uczu­cie czu­ło­ści. Naj­pierw wi­dzia­no je idą­ce pie­cho­tą z be­czuł­ką al­ko­ho­lu prze­wie­szo­ną przez ra­mię. Osiem dni póź­niej sie­dzia­ły już wy­god­nie na zna­le­zio­nym ko­niu. Z pra­wej, z le­wej, z przo­du, z tyłu, be­czuł­ki i su­che kieł­ba­ski, prze­myśl­nie roz­wie­szo­ne, aby sta­no­wi­ły dla sie­bie prze­ciw­wa­gę. Mie­siąc nie do­bie­gał koń­ca bez dwu­kon­ne­go wozu, wy­peł­nio­ne­go róż­ne­go ro­dza­ju za­pa­sa­mi, bę­dą­cy­mi do­wo­dem wciąż ro­sną­ce­go po­wo­dze­nia ich fa­chu. Ofi­cer nie znał więk­szej przy­jem­no­ści nad po­ży­cza­nie im pie­nię­dzy. Mniej bały się ata­ków ko­zac­kich i band ma­ru­de­rów, niż tego, że któ­ryś z ich nie­wy­pła­cal­nych dłuż­ni­ków może zo­stać za­bi­ty. W obo­zie zaś - na­miot mar­kie­tan­ki był dla kom­pa­nii sa­lo­nem, ba­rem i ka­wiar­nią".

Oczy­wi­ście wie­le z nich ma dzie­ci, za­zwy­czaj z ca­łym sze­re­giem oj­ców, z któ­rych wie­lu za­bi­ło swo­ich po­przed­ni­ków w po­je­dyn­ku. Nie­któ­rzy z chłop­ców zo­sta­ną do­bo­sza­mi. Lecz je­den z chi­rur­gów ge­ne­ra­ła Frian­ta, na­zwi­skiem Déchy, któ­ry wy­je­chał z Pa­ry­ża "przy świe­tle ogrom­ne­go ogo­na te­go­rocz­nej ko­me­ty", za­brał ze sobą swo­je­go trzy­na­sto­let­nie­go syna. Pod Mec­klem­bur­giem spo­ty­ka­ją oni 2 Dy­wi­zję Pie­cho­ty, "sto­ją­cą obo­zem wo­kół mia­sta, w polu wi­dze­nia bry­tyj­skich fre­gat, któ­re mo­gli­śmy za­uwa­żyć z brze­gu". Stam­tąd uda­ją się przez To­ruń do Wy­stru­cia, gdzie zo­stał roz­sta­wio­ny ogrom­ny park ar­ty­le­ryj­ski:

"22 czerw­ca o dzie­wią­tej rano po mie­ście roz­nio­sła się po­gło­ska. Żoł­nie­rze, w wo­jen­nym na­stro­ju ja­kie­go jesz­cze nie wi­dzia­no, po­kry­ci ku­rzem usta­wia­li się w szy­ku bo­jo­wym na ryn­ku. Byli to Gre­na­die­rzy Pie­si Gwar­dii. Cała lud­ność zgro­ma­dzi­ła się wo­kół nich",

a ra­zem z nią i mło­dy Déchy. Oto raz jesz­cze zbli­ża się Na­po­le­on. Po­nie­waż cho­dzą słu­chy, że jest on już o mniej niż dwie go­dzi­ny dro­gi od mia­sta, chło­pak bie­gnie, aby po­wie­dzieć o tym ojcu, któ­ry bez­zwłocz­nie za­kła­da swój ciem­ny mun­dur - nie­bie­ski z żół­ty­mi ob­szy­cia­mi - a tak­że swój dwu­roż­ny ka­pe­lusz, i wy­jeż­dża na skraj mia­sta, na spo­tka­nie Ce­sa­rza. Na roz­sta­jach, ki­lo­metr za mia­stem:

"zo­ba­czy­li­śmy na rów­ni­nie ob­łok ku­rzu. Był to po­wóz Ce­sa­rza. Cią­gnię­ty przez sześć ma­łych miej­sco­wych koni i po­wo­żo­ny przez trzech wie­śnia­ków, z ma­me­lu­kiem na koź­le, a eskor­to­wa­ny tyl­ko przez kil­ku strzel­ców kon­nych, po­ru­szał się po­wo­li po piasz­czy­stej dro­dze. Z le­wej stro­ny Ce­sa­rza za­uwa­ży­li­śmy śpią­ce­go czło­wie­ka, któ­re­go gło­wa ude­rza­jąc w opar­cie opa­dła na ra­mię Jego Ce­sar­skiej Mo­ści".

Oj­ciec Déchy'ego od razu roz­po­znał w śpią­cym mar­szał­ka Ber­thie­ra, księ­cia Neu­châtel, sze­fa szta­bu Na­po­le­ona i Wiel­kiej Ar­mii:

"Na za­krę­cie koła po­wo­zu ugrzę­zły głę­bo­ko w pia­chu i po­jazd sta­nął. Na­tu­ral­nym ru­chem Ce­sarz wy­sta­wił gło­wę przez okno, po­pa­trzył na nas i dał znak mo­je­mu ojcu, aby pod­szedł bli­żej".

Wi­dząc, że jest on le­ka­rzem do­wo­dzą­cym szpi­ta­lem w Wy­stru­ciu, Na­po­le­on chce wie­dzieć, czy zdro­wie jego pa­cjen­tów jest za­do­wa­la­ją­ce. Dr Déchy od­po­wia­da z dumą, że ostat­ni ar­ty­le­rzy­sta otrzy­mał wła­śnie świa­dec­two zdro­wia. "Ce­sarz bar­dzo się ucie­szył tą wia­do­mo­ścią, po czym spy­tał ojca, kim jest trzy­ma­ne za rękę dziec­ko". Gdy usły­szał, że to jego syn:

"twarz Ce­sa­rza przy­bra­ła su­ro­wy wy­gląd. Rzekł on: 'Mon­sieur, to dziec­ko po­win­no być w szko­le albo u mat­ki, a nie tu­taj. Je­że­li wy­da­je się roz­ka­zy za­bra­nia­ją­ce ko­bie­tom po­dą­ża­nia za ar­mią, to po­win­ny one a for­tio­ri40 obej­mo­wać rów­nież dzie­ci.' Aby się uspra­wie­dli­wić, oj­ciec mój za­ry­zy­ko­wał taką od­po­wiedź: za­bie­ra­jąc mnie ze sobą nie ocze­ki­wał, że znaj­dzie się tak da­le­ko od Fran­cji. 'Mon­sieur, każ­dy kto przy­na­le­ży do ar­mii, w ja­kim­kol­wiek cha­rak­te­rze, musi być przy­go­to­wa­ny na wszyst­ko'".

To krót­kie spo­tka­nie mia­ło stać się wy­da­rze­niem de­cy­du­ją­cym w ży­ciu chłop­ca.

Tego sa­me­go dnia o za­cho­dzie słoń­ca przy­szła ko­lej na miesz­kań­ców mia­stecz­ka Wy­łko­wysz­ki, po­ło­żo­ne­go dzień mar­szu od Nie­mna, aby zo­ba­czyć:

"chmu­rę ku­rzu zbli­ża­ją­cą się dro­gą i usły­szeć fan­fa­ry oznaj­mia­ją­ce zbli­ża­ją­ce­go się Ce­sa­rza. Po­ja­wił się on kil­ka chwil póź­niej, sie­dząc sa­mot­nie w swo­im po­wo­zie. Po­prze­dza­ło go pię­ciu trę­ba­czy, a jego eskor­ta skła­da­ła się z ofi­ce­rów i pod­ofi­ce­rów. Udał się pro­sto do zam­ku, gdzie przy­go­to­wa­no mu noc­leg"5.

Jego ga­bi­net, kon­ty­nu­uje miej­sco­wy ksiądz na­zwi­skiem But­ke­vi­cius, zo­stał urzą­dzo­ny w:

"oto­czo­nym to­po­la­mi wiej­skim pa­wi­lo­nie. Na jego biur­ku le­ża­ły roz­ło­żo­ne licz­ne mapy. Po­mi­mo pa­nu­ją­ce­go go­rą­ca, Na­po­le­on nie zdjął ciem­ne­go płasz­cza, ani ma­łe­go ka­pe­lu­sza, któ­ry zwykł no­sić roz­ma­wia­jąc ze swo­imi ge­ne­ra­ła­mi i mar­szał­ka­mi, któ­rzy słu­cha­li go z od­kry­ty­mi gło­wa­mi. Przez war­stwę pyłu wi­dać było na twa­rzy Ce­sa­rza zmę­cze­nie, iry­ta­cję i nie­za­do­wo­le­nie spo­wo­do­wa­ne wia­do­mo­ścia­mi, ja­kie otrzy­mał po dro­dze. Jego kiep­ski hu­mor zmie­nił się w gniew, kie­dy po­wie­dzia­no mu, że nie tyl­ko ar­mii, ale na­wet Gwar­dii bra­ku­je żyw­no­ści. Przez cały czas swo­je­go po­by­tu był z pew­no­ścią w bar­dzo złym na­stro­ju, bo dyk­to­wał li­sty strasz­nym gło­sem. Tej nocy nie spał w ogó­le, a wszę­dzie wo­ko­ło lu­dzie or­ga­ni­zo­wa­li pie­ce do wy­pie­ku chle­ba".

Nie­wąt­pli­wie tym wła­śnie "strasz­nym gło­sem" Na­po­le­on dyk­tu­je te­raz wy­po­wie­dze­nie woj­ny. Da­to­wa­ne w Wy­łko­wysz­kach, 22 czerw­ca 1812, ma ono for­mę pro­kla­ma­cji do ar­mii:

"Żoł­nie­rze! Roz­po­czę­ła się Dru­ga Woj­na Pol­ska. Pierw­sza za­koń­czy­ła się pod Frie­dlan­dem i w Tyl­ży. W Tyl­ży Ro­sja przy­się­ga­ła być wiecz­nym so­jusz­ni­kiem Fran­cji i wal­czyć z Bry­ta­nią. Dziś ła­mie ona te zo­bo­wią­za­nia. Od­ma­wia też wy­ja­śnie­nia swe­go oso­bli­we­go po­stę­po­wa­nia, tak, że fran­cu­skie orły nie mogą po­wró­cić za Ren, bo by­ło­by to rów­no­znacz­ne z po­zo­sta­wie­niem na­szych so­jusz­ni­ków zda­nych na jej ła­skę i nie­ła­skę. Ro­sję po­ry­wa jej los, jej prze­zna­cze­nie musi się wy­peł­nić. Czy my­śli, że ule­gli­śmy de­ge­ne­ra­cji? Czyż nie je­ste­śmy żoł­nie­rza­mi spod Au­ster­litz? Zmu­sza nas do wy­bo­ru po­mię­dzy hań­bą a woj­ną. Nie może być wąt­pli­wo­ści co do na­sze­go wy­bo­ru. Ma­sze­ruj­my więc da­lej, za Nie­men, i prze­nie­śmy tę woj­nę na jej te­ry­to­rium. Dru­ga Woj­na Pol­ska bę­dzie tak samo chwa­leb­na jak pierw­sza, lecz po­kój, jaki za­wrze­my, bę­dzie miał swą wła­sną gwa­ran­cję. Przy­nie­sie ko­niec zgub­nym wpły­wom, ja­kie Ro­sja wy­wie­ra­ła na sto­sun­ki w Eu­ro­pie przez ostat­nie pięć­dzie­siąt lat. - Na­po­le­on".

Wie­leb­ny But­ke­vi­cius nie jest by­najm­niej w cie­mię bity. Na­stęp­ne­go dnia za­pra­sza Brand­ta na obiad, po­ka­zu­je mu łóż­ko, spa­niem w któ­rym rze­ko­mo wła­śnie za­szczy­cił go Na­po­le­on, jak rów­nież i stół, na któ­rym pod­pi­sał de­kla­ra­cję woj­ny. A w za­mian za zo­sta­wie­nie mu "przy­najm­niej jed­ne­go byka" ofe­ru­je Brand­to­wi "dwie bu­tel­ki ce­sar­skich li­kie­rów i kie­li­szek sznap­sa dla każ­de­go ofi­ce­ra". Póź­niej oka­zu­je się, że bu­tel­ki za­wie­ra­ją... wodę, co skła­nia Brand­ta do re­flek­sji nad fak­tem, że ła­god­ność cha­rak­te­ru rzad­ko bywa wy­na­gra­dza­na, a już na pew­no nie na woj­nie. Przed opusz­cze­niem Wy­łko­wy­szek musi on jesz­cze za­re­kwi­ro­wać:

"sta­do 50 krów, pil­no­wa­nych przez bar­dzo ład­ną dziew­czy­nę. Ama­ry­lis owa, wi­dząc jak za­bie­ra­my jej trzo­dę, pła­cze w roz­pa­czy, za­ła­mu­je ręce, a w koń­cu pada u mych stóp, bła­ga­jąc abym zo­sta­wił cho­ciaż dwie kro­wy dla jej ro­dzi­ców. Zro­bi­łem to bez po­bie­ra­nia ja­kie­go­kol­wiek oku­pu, cho­ciaż spra­wia­ła wra­że­nie zdol­nej do wiel­kich po­świę­ceń byle tyl­ko zmięk­czyć me ser­ce".

Do­ga­nia­jąc ich na­stęp­ne­go dnia, pe­wien młod­szy ofi­cer, któ­ry zo­stał z tyłu jako straż­nik puł­ko­wych ba­ga­ży, opo­wia­da Brand­to­wi o:

"nie­ła­dzie, za­mę­cie i bra­ku dys­cy­pli­ny, któ­re zdą­ży­ły już ogar­nąć tę ogrom­ną ar­mię. 'Wszy­scy', mó­wił, 'ro­bią co tyl­ko chcą, bio­rą skąd się da. Fran­cu­zi, Wło­si, Wir­tem­ber­czy­cy, Ba­deń­czy­cy, Ba­wa­rzy, na­wet Po­la­cy, plą­dru­ją oko­li­cę jak chcą. Je­śli po­trwa to jesz­cze tro­chę, bę­dzie­my zja­dać się wza­jem­nie, jak wy­gło­dzo­ne szczu­ry. Ce­sarz musi być śle­py, je­śli nie za­uwa­ża tych nad­użyć'".

Ce­sarz nie jest jed­nak śle­py. Prze­ce­nia tyl­ko, jak zwy­kle, siłę i za­sięg swo­jej wła­dzy. Z To­ru­nia na­pi­sał Ber­thie­ro­wi, by po­wie­dział Da­vo­uto­wi, że:

"kie­dy da­wa­łeś mu roz­kaz do­star­cze­nia żyw­no­ści na dwa­dzie­ścia dni, za­kła­da­łeś iż zo­sta­nie to do­ko­na­ne w spo­sób re­gu­la­mi­no­wy, bez pu­sto­sze­nia ca­łej oko­li­cy; że ter­ror i spu­sto­sze­nie sza­le­ją po Pol­sce i że po­wi­nien bez­zwłocz­nie pod­jąć dzia­ła­nia, aby ochro­nić kraj przed znisz­cze­niem. W prze­ciw­nym ra­zie znaj­dzie­my się w ta­kiej sa­mej sy­tu­acji, jak zda­rzy­ło nam się to już w Por­tu­ga­lii".

Nie­ba­wem się w niej znaj­dą a na­wet w jesz­cze gor­szej. Mimo wszy­sto, prze­jeż­dża­jąc przez ogrom­ny las w po­bli­żu Pil­wi­szek, "ma­ją­cy 25 mil sze­ro­ko­ści i 37 mil dłu­go­ści", z szyb­ko­ścią 15 mil na go­dzi­nę, Cau­la­in­co­urt wi­dzi, że jego pan nie ma po­wo­dów do nie­za­do­wo­le­nia z re­zul­ta­tów dzia­łal­no­ści Da­vo­uta:

"Od­dzia­ły ma­sze­ru­ją­ce dro­gą pre­zen­to­wa­ły się wspa­nia­le i przyj­mo­wa­ły Ce­sa­rza z praw­dzi­wym en­tu­zja­zmem. Żoł­nie­rze I Kor­pu­su od­zna­cza­li się po­rząd­ny­mi mun­du­ra­mi i ogól­nym szy­kiem. Mo­gli­by ry­wa­li­zo­wać z samą Gwar­dią. Cała ta masa mło­dzie­ży try­ska­ła za­pa­łem i do­brym zdro­wiem".

Tra­fia­ły się jed­nak wy­jąt­ki. W le­sie inny na­ocz­ny świa­dek wy­prze­dza "gru­be­go ma­jo­ra na ko­niu, pę­dzą­ce­go ma­ru­de­rów za po­mo­cą dłu­giej la­ski; od­po­wia­da­ją mu oni gło­śny­mi obe­lga­mi".

3Wigilia sw. Jana nad Niemnem

"Te­raz mu­si­my zwró­cić, co do nas nie na­le­ży" -"miał we­so­łą, na­wet fi­glar­ną minę" - gi­nie ko­cio­łek ma­jo­ra Le Roya - Du­mon­ce­au na­ty­ka się na I Kor­pus - w cie­niu so­sno­wych ga­łę­zi - zdu­mie­wa­ją­ce wi­do­wi­sko - raj­skie pta­ki - stan li­czeb­ny woj­ska - Gwar­dia Ce­sar­ska - ka­wa­le­ria - we­te­ra­ni - trzy ka­te­go­rie ofi­ce­rów - re­kru­ci w Po­zna­niu - zbyt mło­da ar­mia - ogrom­ne ta­bo­ry - "Cóż za tłum pro­te­go­wa­nych!" - Na­po­le­on spa­da z ko­nia - "zbroj­ny spa­ce­rek do Pe­ters­bur­ga i Mo­skwy"

W wi­gi­lię Świę­te­go Jana 1812 roku, pol­ski pa­trio­ta, hra­bia Ro­man Soł­tyk od­po­czy­wa na bi­wa­ku nie­da­le­ko "le­ni­wych żół­tych fal" Nie­mna i za­pew­ne opę­dza się od ko­ma­rów, tak licz­nych na tych sze­ro­ko­ściach geo­gra­ficz­nych o tej po­rze roku, kie­dy:

"po­wóz za­przę­żo­ny w sześć rą­czych koni przy­był żwa­wym kłu­sem dro­gą z Kró­lew­ca i za­trzy­mał się gwał­tow­nie po­środ­ku na­sze­go obo­zu. Eskor­to­wa­ny był tyl­ko przez paru Sza­se­rów Gwar­dii, któ­rych ru­ma­ki były tak wy­czer­pa­ne, że wprost nie mo­gły zła­pać tchu".

Soł­tyk jest ofi­ce­rem ar­ty­le­rii. Jego przy­ja­ciel, Jó­zef Gra­bow­ski na­zy­wa go "przy­stoj­nym męż­czy­zną, tro­chę sa­mo­chwa­łem, któ­ry za­wsze ro­bił do­bre wra­że­nie na Fran­cu­zach, mó­wiąc ich ję­zy­kiem z wszyst­ki­mi jego za­wi­ło­ścia­mi. Po­nad­to był wy­bit­nym znaw­cą teo­rii i prak­ty­ki ar­ty­le­rii". Moż­na so­bie wy­obra­zić pod­nie­ce­nie Soł­ty­ka kie­dy:

"drzwi po­wo­zu się otwo­rzy­ły i uj­rze­li­śmy Na­po­le­ona, żwa­wo wy­ska­ku­ją­ce­go ze środ­ka. Miał na so­bie swój mun­dur Sza­se­rów Gwar­dii a to­wa­rzy­szył mu Ber­thier. Nie po­ja­wił się ża­den z jego ad­iu­tan­tów. Za­raz po­tem, sa­mot­nie, przy­był ga­lo­pem ge­ne­rał Bruy­?res. Ce­sarz, wi­docz­nie bar­dzo zmę­czo­ny po­dró­żą, miał za­tro­ska­ną minę i zda­wał się być czymś po­chło­nię­ty".

Soł­tyk i inni ofi­ce­ro­wie pod­bie­ga­ją do po­wo­zu:

"Zbli­żyw­szy się na parę kro­ków do na­sze­go ma­jo­ra, Na­po­le­on za­py­tał o do­wód­cę puł­ku. Nie przej­mu­jąc się nie­obec­no­ścią puł­kow­ni­ka, któ­ry wciąż jesz­cze od­po­czy­wał, ma­jor Su­cho­rzew­ski od­po­wia­da, że go za­stę­pu­je i cze­ka na roz­ka­zy Ce­sa­rza. Po ta­kiej pre­zen­ta­cji Na­po­le­on za­czął wy­py­ty­wać, któ­ra dro­ga pro­wa­dzi nad Nie­men, gdzie znaj­du­ją się na­sze wy­su­nię­te pla­ców­ki, oraz pod­no­sić kwe­stie do­ty­czą­ce miej­sca po­by­tu Ro­sjan. Tak to nas prze­słu­chu­jąc, po­wie­dział, że chciał­by się prze­brać i po­pro­sił o pol­ski mun­dur.1 Usta­lo­no bo­wiem, a na­wet wy­da­no roz­kaz, że ża­den fran­cu­ski żoł­nierz nie może być za­uwa­żo­ny przez Mo­ska­li. Na­po­le­on zdjął więc swo­ją kurt­kę mun­du­ro­wą, a ksią­żę Neu­châtel, Su­cho­rzew­ski, ja sam i puł­kow­nik Pą­gow­ski, któ­ry wła­śnie nad­biegł, uczy­ni­li­śmy po­dob­nie. Tak samo uczy­nił też ge­ne­rał Bruy­?res".

Te­raz jest więc:

"nas pię­ciu czy sze­ściu, sto­ją­cych wo­kół Ce­sa­rza w sa­mych ko­szu­lach i trzy­ma­ją­cych mun­du­ry w rę­kach w sa­mym środ­ku na­sze­go bi­wa­ku. Szcze­gól­ny to wi­dok! Ze wszyst­kich tych mun­du­rów, kurt­ka i fu­ra­żer­ka puł­kow­ni­ka Pą­gow­skie­go naj­le­piej pa­so­wa­ły na Ce­sa­rza41. Po­cząt­ko­wo pro­po­no­wa­li­śmy mu czap­kę ofi­ce­ra lan­sje­rów, lecz od­mó­wił, uwa­ża­jąc ją za zbyt cięż­ką. Wszyst­ko to za­bra­ło tyl­ko kil­ka mi­nut. Ber­thier tak­że za­ło­żył pol­ski mun­dur. Szyb­ko przy­pro­wa­dzo­no dwa ko­nie puł­kow­ni­ka. Jed­ne­go do­siadł Na­po­le­on, zaś dru­gie­go Ber­thier. Po­nie­waż tego dnia służ­bę na wy­su­nię­tych pla­ców­kach peł­ni­ła kom­pa­nia po­rucz­ni­ka Zrel­skie­go, on to wła­śnie zo­stał od­ko­men­de­ro­wa­ny, aby to­wa­rzy­szyć Ce­sa­rzo­wi w cha­rak­te­rze prze­wod­ni­ka".

Wy­pra­wa skie­ro­wa­ła się do wio­ski Alek­sio­ta, trzy mile w dół rze­ki, "po­ło­żo­nej na­prze­ciw­ko, a od­da­lo­nej je­dy­nie o dy­stans strza­łu ar­mat­nie­go od ma­łe­go, oto­czo­ne­go mu­ra­mi mia­sta o na­zwie Kow­no". Trzy dni wcze­śniej Soł­tyk, z tego sa­me­go miej­sca na­ry­so­wał mapę wschod­nie­go brze­gu Nie­mna. Tu­taj:

"Ce­sarz zsiadł z ko­nia na dzie­dziń­cu na­le­żą­ce­go do le­ka­rza domu, któ­re­go okna wy­glą­da­ły na Nie­men i da­wa­ły mu do­bry wi­dok na oko­li­cę. Nie po­ka­zu­jąc się, z koń­mi do­brze ukry­ty­mi na dzie­dziń­cu, do­sko­na­le roz­po­zna­wał te­ren. Po po­wro­cie na nasz bi­wak, chce się do­wie­dzieć szcze­gó­łów o po­zy­cji nie­przy­ja­cie­la. Pyta się mnie, gdzie są głów­ne siły Mo­ska­li, czy na le­wym, czy na pra­wym brze­gu Wi­lii? Bez wąt­pie­nia chciał wie­dzieć, czy dro­ga do Wil­na stoi otwo­rem".

Je­den rzut oka na mapę uka­zu­je sens tego py­ta­nia Na­po­le­ona. To w Kau­nas - zna­nym wte­dy jako Kow­no - wpa­da do Nie­mna wi­ją­ca się na za­chód od Wil­na rze­ka Wi­lia. Na­po­le­on, jak zwy­kle, przy­ła­pał swo­je­go wro­ga pod­czas ma­new­rów.2 Oto Pierw­sza Ar­mia Za­cho­du Barc­laya de Tol­ly jest od­da­lo­na o 75 mil i skon­cen­tro­wa­na wo­kół Wil­na. Dru­ga Ar­mia Za­cho­du Ba­gra­tio­na znaj­du­je się 75 mil w górę Nie­mna, pod Grod­nem. Czy jego wro­go­wie nig­dy ni­cze­go się nie na­uczą? Jego pla­nem jest roz­bić ich cał­ko­wi­cie, tak jak uczy­nił to pod­czas swej pierw­szej kam­pa­nii w 1796 roku. I tym ra­zem, ma on przy­tła­cza­ją­ce ilo­ści wojsk, któ­re po­zwo­lą mu tego do­ko­nać.

Chro­nio­na na skrzy­dłach wzdłuż pół­noc­no za­chod­nie­go brze­gu Wi­lii przez II Kor­pus Oudi­no­ta, z ogrom­nym zgru­po­wa­niem Mu­ra­ta (I, II, III i IV Kor­pu­sy Ka­wa­le­rii Re­zer­wo­wej) na cze­le, głów­na siła ude­rze­nio­wa, skła­da­ją­ca się z - w więk­szo­ści fran­cu­skie­go - I Kor­pu­su Da­vo­uta i Wir­tem­ber­czy­ków Ney'a (III Kor­pus), wspie­ra­na zaś przez Gwar­dię Ce­sar­ską, skie­ru­je się pro­sto na Wil­no. Pod­czas gdy Oudi­not bę­dzie spy­chał fiń­ski kor­pus Wit­t­gen­ste­ina na pół­noc, w kie­run­ku Pe­ters­bur­ga, X Kor­pus (w więk­szo­ści pru­ski) Mac­do­nal­da, znaj­du­ją­cy się jesz­cze da­lej w dół Nie­mna, koło Tyl­ży, po­dą­ży na pół­noc i nad Bał­ty­kiem roz­pocz­nie ob­lę­że­nie Rygi. W tym sa­mym cza­sie, da­le­ko w górę rze­ki, pod Grod­nem, trzy ko­lej­ne kor­pu­sy ar­mii - Po­la­cy Po­nia­tow­skie­go (V), Sasi Rey­nie­ra (VII) i West­fal­czy­cy Van­dam­me'a (VIII) - nad­cią­ga­ją­cy od stro­ny War­sza­wy, ude­rzą na Ba­gra­tio­na. Jed­no­cze­śnie nie po­zwo­li mu się na po­łą­cze­nie z Barc­lay­em, dzię­ki ata­ko­wi na skrzy­dło prze­pro­wa­dzo­ne­mu przez IV Kor­pus (w więk­szo­ści wło­ski) Eu­ge­niu­sza. Wspie­rać go będą Ba­wa­rzy Sa­int-Cyra (VI), któ­rzy mają prze­kro­czyć Nie­men w po­ło­wie dro­gi mię­dzy Kow­nem a Grod­nem, w Pi­lo­nie, chro­niąc w ten spo­sób rów­nież pra­we skrzy­dło głów­nej siły ude­rze­nio­wej, zmie­rza­ją­cej w kie­run­ku Wil­na. Barc­lay, a na­stęp­nie Ba­gra­tion, znaj­dą się w pu­łap­ce mię­dzy prze­wa­ża­ją­cy­mi si­ła­mi i woj­na skoń­czy się - zgod­nie z prze­wi­dy­wa­nia­mi - w cią­gu dwóch lub trzech ty­go­dni. Tak oto przed­sta­wia się per­fek­cyj­nie opra­co­wa­ny plan Na­po­le­ona i nie ma żad­ne­go po­wo­du, dla któ­re­go miał­by się on nie po­wieść.

Po uwzględ­nie­niu wszel­kich ewen­tu­al­no­ści, Po­la­cy wra­ca­ją na bi­wak. Wra­ca­jąc, Soł­tyk za­uwa­ża:

"wi­docz­ną zmia­nę na twa­rzy Ce­sa­rza. Miał te­raz we­so­łą, a na­wet fi­glar­ną minę. Z pew­no­ścią roz­ko­szo­wał się my­ślą o nie­spo­dzian­ce, jaką szy­ko­wał Mo­ska­lom na na­stęp­ny dzień, a któ­rej wy­nik z góry prze­wi­dział. Przy­nie­śli­śmy mu coś na ząb, po­si­lił się sto­jąc jesz­cze mię­dzy nami na środ­ku głów­nej dro­gi. Zmia­na ubio­ru zda­wa­ła się spra­wiać mu przy­jem­ność i py­tał nas aż dwa razy, czy jest mu do twa­rzy w pol­skim mun­du­rze. Po śnia­da­niu po­wie­dział ze śmie­chem: 'Te­raz mu­si­my zwró­cić, co do nas nie na­le­ży'. Zdej­mu­jąc po­ży­czo­ny strój po­wró­cił do mun­du­ru Sza­se­rów Gwar­dii, wspiął się do po­wo­zu i, w to­wa­rzy­stwie Ber­thie­ra, na­tych­miast od­je­chał".

Nie­da­le­ko od bi­wa­ku Soł­ty­ka, choć z nie­go nie­wi­docz­ny, "na roz­le­głej rów­ni­nie wśród wy­so­kich zbóż", znaj­du­je się jesz­cze je­den bi­wak, któ­re­go lu­dzie, no­szą­cy mun­du­ry w pol­skim sty­lu, nie są jed­nak Po­la­ka­mi lecz Ho­len­dra­mi. To 2 ("Czer­wo­ny") Pułk Lan­sje­rów Gwar­dii Ce­sar­skiej. Belg, ka­pi­tan Fran­ci­szek Du­mon­ce­au jest w nim do­wód­cą 6 kom­pa­nii

2 szwa­dro­nu. W do­skwie­ra­ją­cym upa­le - tem­pe­ra­tu­ra prze­kra­cza już 30 stop­ni - z tru­dem to­ru­je so­bie dro­gę przez te ogrom­ne masy lu­dzi po­dą­ża­ją­ce je­dy­ną dro­gą przez las koło Pil­wi­szek. Jego pułk jest już po­sta­wio­ny w stan go­to­wo­ści bo­jo­wej, z za­ła­do­wa­ny­mi ka­ra­bin­ka­mi. Cho­ciaż ni­ko­mu nie wol­no zsia­dać z ko­nia, ich sier­py wresz­cie się przy­da­ły do zbio­ru na wpół doj­rza­łe­go zbo­ża. Na całe szczę­ście, ich bi­wak znaj­du­je się w po­bli­żu ma­łe­go stru­my­ka. Je­śli cho­dzi o wikt, to:

"mą­dra opatrz­ność wła­śnie wpro­wa­dzi­ła na sce­nę trzy woły, by uzu­peł­nić to co zo­sta­ło z na­szych, wy­da­nych jesz­cze przed­wczo­raj, za­pa­sów. Bra­ko­wa­ło nam nie­ste­ty drew­na do obo­zo­wych ognisk i mu­sie­li­śmy cho­dzić da­le­ko, aby zdo­być go choć tro­chę. Oko­ło siód­mej wie­czo­rem, kie­dy wła­śnie roz­kła­da­li­śmy się na noc, prze­szła nad nami gwał­tow­na bu­rza, przez po­nad pół go­dzi­ny za­le­wa­jąc nas stru­ga­mi desz­czu".

W tej sa­mej chwi­li pięć ba­ta­lio­nów 85 Puł­ku Pie­cho­ty Li­nio­wej wciąż jesz­cze prze­dzie­ra się przez las, a kie­dy zry­wa się ta strasz­li­wa bu­rza i za­czy­na za­ci­nać deszcz, ma­jor Le Roy, jego przy­ja­ciel po­rucz­nik Ja­cqu­et i za­wsze po­my­sło­wy i za­rad­ny "so­wi­zdrzał" (słu­żą­cy) Wil­helm zo­sta­ją w mgnie­niu oka prze­mo­cze­ni do su­chej nit­ki. Wszę­dzie wo­kół nich bu­rza z hu­kiem po­wa­la so­sny i świer­ki, a ogrom­ne bły­ska­wi­ce, ude­rza­ją­ce w naj­wyż­sze so­sny, wznie­ci­ły po­żar lasu, o któ­rym Du­mon­ce­au my­śli, oglą­da­jąc się przez ra­mię, że to za­sło­na dym­na "roz­pa­lo­na umyśl­nie, aby ukryć kon­cen­tra­cję ar­mii".

Po­wie­dze­nie, że ar­mie ma­sze­ru­ją na swo­ich żo­łąd­kach, do żad­ne­go z ty­się­cy ofi­ce­rów, zbli­ża­ją­cych się tego dnia do Nie­mna, nie od­no­si się bar­dziej niż do Le Roya. Jest to na­praw­dę moc­no kor­pu­lent­ny czło­wiek, za­śje­go pa­mięt­nik to głów­nie opis spo­so­bów, wja­kie zdo­by­wał swój co­dzien­ny obiad, oraz dań któ­re się na nie­go skła­da­ły. Nie­ste­ty, le­d­wo jego ba­ta­lion wy­nu­rzył się z lasu zda­ją­ce­go się nie mieć koń­ca i roz­bił bi­wak na ko­lej­nym mo­krym polu, Wil­helm z prze­ra­że­niem od­kry­wa, że że­la­zny ko­cio­łek ma­jo­ra, jego naj­więk­szy skarb, gdzieś się zgu­bił - ra­zem z ich ra­cja­mi ryżu! "Mu­sia­ło się to stać już po wyj­ściu z lasu", mówi za­wsze opty­mi­stycz­nie na­sta­wio­ny Wil­helm. "W rze­czy sa­mej", Le Roy na to, "a po­nie­waż już i tak je­steś prze­mok­nię­ty, mo­żesz wró­cić się tą samą dro­gą. Na pew­no go znaj­dziesz. No, bie­gnij już i spro­wadź z po­wro­tem na­szą kar­mi­ciel­kę".

Jak po­wie­dzia­no, tak i zro­bio­no. Ko­cio­łek zo­sta­je od­na­le­zio­ny przy dro­dze, - co zdu­mie­wa­ją­ce - wraz ze scho­wa­nym w środ­ku ry­żem. Nie­da­le­ko sta­cjo­nu­je inny pułk I Kor­pu­su, 57 Pułk Pie­cho­ty Li­nio­wej. Aje­den z jego po­rucz­ni­ków, dwu­dzie­sto­jed­no­let­ni Au­bin Du­the­il­let, pa­trzy jak jego lu­dzie:

"szlach­tu­ją tyle krów i in­nych zwie­rząt, idą­cych za każ­dym od­dzia­łem, ile tyl­ko nam po­trze­ba, ro­bią zupę z mąki i pie­ką plac­ki na ża­rzą­cych się wę­glach ognisk".

Nie wszyst­kie od­dzia­ły są jed­nak tak do­brze za­opa­trzo­ne. Po­mi­mo wszyst­kich sta­ran­nych przy­go­to­wań - kom­pa­nii mu­ra­rzy i pie­ka­rzy, któ­rą Da­vo­ut wy­słał na­przód, by bu­do­wa­ła pie­ce chle­bo­we na brze­gu rze­ki, "ogrom­nych stad i trzód, oraz ol­brzy­mich par­ków ob­ła­do­wa­nych żyw­no­ścią wo­zów, ja­kie każ­dy pułk cią­gnął za sobą nad Nie­men", itd., - nie­któ­re od­dzia­ły, na­le­żą­ce do mniej zdy­scy­pli­no­wa­nych kor­pu­sów, już te­raz za­czy­na­ją od­czu­wać głód.

Bę­dąc nie­zwy­kle spo­strze­gaw­czym czło­wie­kiem, dwu­dzie­sto­dwu­let­ni Du­mon­ce­au wi­dzi ze swo­je­go "sa­mot­ne­go sta­no­wi­ska ob­ser­wa­cyj­ne­go":

"kil­ku ma­ru­de­rów i po­je­dyn­cze, osa­mot­nio­ne wozy szu­ka­ją­ce swo­ich od­dzia­łów na sze­ro­kiej rów­ni­nie. Tyl­ko po na­szej le­wej, w są­siedz­twie Na­ugar­dy­szek, mo­gli­śmy roz­po­znać małą grup­kę bia­łych na­mio­tów, jak nam się wy­da­wa­ło, ce­sar­skich. Ogar­nię­ty by­łem pra­gnie­niem uj­rze­nia na wła­sne oczy for­so­wa­nia Nie­mna, któ­re, jak są­dzi­li­śmy, od­by­wa­ło się wła­śnie w tym mo­men­cie",

Du­mon­ce­au pro­si o po­zwo­le­nie żeby pójść i po­pa­trzeć. Do­sta­je je. Wsia­da na ko­nia i od­jeż­dża. Jego koń to "wspa­nia­ła pol­ska klacz pół­krwi, ciem­no­gnia­da pię­cio­lat­ka, do­brze zbu­do­wa­na, peł­na wi­go­ru i żwa­wo­ści" o imie­niu Lie­sje. Kie­dy ją ku­po­wał w Pru­sach Wschod­nich, jej splą­ta­na grzy­wa zwi­sa­ła do ko­lan, ajej po­przed­ni wła­śni­ciel bła­gał go "ze łza­mi w oczach, by jej nie roz­plą­ty­wał, bo ży­cie zwie­rzę­cia od tego wła­śnie za­le­ży". Lecz Lie­sje mu­sia­ła pod­dać się grze­bie­nio­wi, no­ży­com i wę­dzi­dłu, i z trzech koni Du­mon­ce­au sta­ła się jego ulu­bie­ni­cą:3

"Prze­dzie­ra­jąc się przez kur­ty­nę la­sów ogra­ni­cza­ją­cą nasz ho­ry­zont, do­cie­ram do krań­ca wy­ży­ny. Tam, po­przez prze­rwy w gę­stym li­sto­wiu za­ro­śli, do­strze­gam rze­kę. Jej żół­ta­we wody, pły­ną­ce ko­ry­tem sze­ro­kim na oko­ło 50 me­trów, pod­my­wa­ły pod­nó­że na­sze­go wznie­sie­nia, okrą­ża­jąc coś na kształt cy­pla na dru­gim brze­gu i od­sła­nia­jąc nie­prze­rwa­ną rów­ni­nę, piasz­czy­stą i opu­sto­sza­łą, dłu­gą na oko­ło trzy mile, a sze­ro­ką na może trzy czwar­te. Je­dy­nym wi­docz­nym obiek­tem była tam mała szo­pa, oskrzy­dlo­na dwie­ma uschnię­ty­mi, po­dob­ny­mi do pa­ra­so­li so­sna­mi".

Nig­dzie jed­nak nie wi­dać ani śla­du wro­ga, ani na­wet miesz­kań­ców:

"Nie po­wstał jesz­cze ża­den most, nie dało się też jesz­cze za­uwa­żyć ja­kich­kol­wiek oznak przy­go­to­wań do jego bu­do­wy. Wszę­dzie pa­no­wa­ła je­dy­nie głę­bo­ka ci­sza. Jed­nak da­le­ko po mo­jej le­wej, na­prze­ciw­ko cy­pla, wy­da­wa­ło mi się, że wi­dzę ja­kieś od­dzia­ły. Ja­dąc w tam­tą stro­nę, na­ty­kam się na ko­lum­nę ar­ty­le­rii, su­ną­cą w dół bar­dzo wą­ską, pu­stą dro­gą. Po­dą­ża­jąc jej śla­dem, do­cie­ram do ko­tli­ny, sze­ro­kiej na trzy czwar­te mili, oto­czo­nej wy­so­czy­zną, a po­ło­żo­nej na­prze­ciw­ko za­ko­la rze­ki. W sa­mym środ­ku tego za­głę­bie­nia wy­ra­stał mały pa­gó­rek w kształ­cie ścię­te­go stoż­ka, wy­so­ki na sześć czy sie­dem me­trów. Po jego po­chy­ło­ści wcią­gnię­to od tyłu dwa dzia­ła. Sie­dząc tak, osło­nię­ty krza­ka­mi, zo­ba­czy­łem, że zo­sta­ły one wy­ce­lo­wa­ne w prze­ciw­le­gły brzeg. U pod­nó­ża pa­gór­ka znaj­do­wa­ło się duże go­spo­dar­stwo".

W tym mo­men­cie Du­mon­ce­au za­uwa­ża za go­spo­dar­stwem:

"im­po­nu­ją­cą masę pie­cho­ty usta­wio­ną w szy­ku, w kil­ku bar­dzo dłu­gich sze­re­gach. Za pie­cho­tą sta­ło kil­ka po­dob­nych sze­re­gów ar­ty­le­rii i ka­wa­le­rii, zaś z przo­du - masa pon­to­nów, za­ła­do­wa­nych na dwu­ko­ło­we wozy. Był to kor­pus mar­szał­ka Da­vo­uta, od­po­czy­wa­ją­cy w ci­szy, pod bro­nią. Chcia­łem ich omi­nąć i do­stać się bli­żej brze­gu, ale za­trzy­mał mnie war­tow­nik, sto­ją­cy na po­dej­ściach do bi­wa­ku, mó­wiąc, że ujaw­nia­nie się zo­sta­ło za­bro­nio­ne. Cze­ka­li oni tu­taj na na­dej­ście nocy i osta­tecz­ny roz­kaz roz­po­czę­cia prze­pra­wy".

Zwiad Na­po­le­ona w pol­skich mun­du­rach, jak za­no­to­wał w swo­im pa­mięt­ni­ku Cau­la­in­co­urt, zo­stał prze­pro­wa­dzo­ny ran­kiem:

"Przy­był on do Na­ugar­dy­szek o 1 rano. Wsiadł na Gon­za­lo­na. Miał na so­bie pol­ski płaszcz i czar­ną je­dwab­ną czap­kę. Wy­ru­szył z ge­ne­ra­łem Haxo, księ­ciem Neu­châtel oraz Wiel­kim Ko­niu­szym, w celu prze­pro­wa­dze­nia roz­po­zna­nia Nie­mna. Je­chał wzdłuż le­we­go brze­gu rze­ki od miej­sca po­ni­żej Kow­na do miej­sca od­da­lo­ne­go od mia­sta o pół­to­rej ligi42 w górę Nie­mna. Wró­cił do Na­ugar­dy­szek o 3 po po­łu­dniu i udał się do swo­je­go na­mio­tu".

Na in­nym pa­gór­ku, oko­ło 300 kro­ków od brze­gu rze­ki i kil­ka jar­dów od ce­sar­skich na­mio­tów w bia­ło-nie­bie­skie pasy, sa­pe­rzy Gwar­dii za­im­pro­wi­zo­wa­li bal­da­chim z so­so­no­wych ga­łę­zi. Na­po­le­on spę­dza pod nim rzecz ja­sna ja­kąś część dusz­ne­go po­po­łu­dnia, oglą­da­jąc dy­wi­zje wy­ła­nia­ją­ce się z lasu pod Pil­ko­wisz­ka­mi i usta­wia­ją­ce się na po­chy­łej rów­ni­nie. Wy­jąt­ko­wy to­tum­fac­ki mar­szał­ka Oudi­no­ta, "gre­na­dier" Fran­ci­szek Pils4 znaj­du­je wol­ną chwi­lę, by wy­jąć swo­je akwa­re­le i na­szki­co­wać tę sce­nę. Poza sa­mym Na­po­le­onem, roz­róż­nić moż­na je­dy­nie jego ar­meń­skie­go ma­me­lu­ka Ru­sta­ma Razę5, któ­ry stoi obok, trzy­ma­jąc wo­dze jed­ne­go z sze­ściu si­wych arab­skich koni Ce­sa­rza.

Kie­dy oko­ło po­łu­dnia po­ja­wia­ją się ad­iu­tan­ci Ber­thie­ra, je­den z nich, przy­szły ma­larz tych nie­mal­że ba­le­to­wych scen bi­tew­nych, ba­ron Lu­dwik-Fran­ci­szek Le­jeu­ne,6 uwa­ża wi­dok roz­ta­cza­ją­cy się z ce­sar­skie­go pa­gór­ka za:

"naj­bar­dziej za­dzi­wia­ją­ce, naj­bar­dziej pom­pa­tycz­ne i naj­bar­dziej pod­no­szą­ce na du­chu wi­do­wi­sko, ja­kie moż­na so­bie wy­obra­zić.

Ze wszyst­kich wi­do­ków, ten tak uwy­pu­kla­ją­cy po­tę­gę zdo­byw­cy, - za­rów­no ma­te­rial­ną jak i mo­ral­ną - upa­jał go i odu­rzał. Przed na­szy­mi oczy­ma, wo­kół naj­wyż­sze­go punk­tu, na któ­rym się znaj­do­wa­li­śmy, zgro­ma­dzo­no sied­miu pa­nu­ją­cych ksią­żąt, był tam rów­nież król Mu­rat w swo­im te­atral­nym ko­stiu­mie, na cze­le ka­wa­le­rii oraz naj­przy­stoj­niej­si męż­czyź­ni ca­łej Eu­ro­py w mun­du­rach ga­lo­wych. To­wa­rzy­szy­ły im tak­że z pew­no­ścią wszyst­kie ów­cze­sne naj­lep­sze ko­nie. W od­da­li, rów­ni­nę po­kry­wa­ły zma­so­wa­ne ba­ta­lio­ny, ich błysz­czą­ce ba­gne­ty od­bi­ja­ły go­re­ją­ce słoń­ce, któ­re­go drga­ją­ce bla­ski wi­docz­ne były w wo­dach rze­ki ije­zior zmarsz­czo­nych lek­kim po­wie­wem wia­tru. Sa­lu­ty ty­się­cy trą­bek i bęb­nów oraz en­tu­zja­stycz­ne okrzy­ki wi­ta­ły Ce­sa­rza jak tyl­ko się po­ja­wiał: od­da­nie i dys­cy­pli­na, któ­re wkrót­ce mia­ły wpra­wić w ruch cały ten tłum, któ­re­go ogrom gu­bił się gdzieś na ho­ry­zon­cie, ze swo­im uzbro­je­niem mi­go­czą­cym ni­czym gwiaz­do­zbio­ry - wszyst­ko to wzmac­nia­ło na­szą uf­ność w wo­dza, któ­ry nas pro­wa­dził".

Przez cały dzień dy­wi­zje, jed­na za dru­gą, wy­nu­rza­ją się z lasu. Gdy na wy­ży­nie po­ja­wia się 2 Pułk Ki­ra­sje­rów z I Kor­pu­su Ka­wa­le­rii Re­zer­wo­wej Nan­so­uty'ego, star­szy sier­żant Au­gust Thi­rion7 wi­dzi:

"te­ren tak za­pcha­ny ludź­mi i koń­mi, że z trud­no­ścią zna­leź­li­śmy miej­sce na bi­wak. Żad­ne mro­wi­sko nie jest chy­ba tak ru­chli­we. Zaś róż­no­rod­ność mun­du­rów, po­ru­sza­ją­cych się we wszyst­kich kie­run­kach, ha­łas jaki czy­ni­ły owe tłu­my, i bez­u­stan­ny zgiełk bęb­nów, trą­bek i or­kiestr czy­ni­ły chwi­lę uro­czy­stą a całą sce­nę - nie­zwy­kłą".

Inną z nie­wy­raź­nych po­sta­ci na ce­sar­skim pa­gór­ku jest Pla­nat de la Faye8. Po­rucz­nik w ta­bo­rach ar­ty­le­rii, ku swo­je­mu wiel­kie­mu za­sko­cze­niu zo­stał mia­no­wa­ny ad­iu­tan­tem ge­ne­ra­ła La­ri­bo­isi­?re, nie­gdyś kom­pa­na od sto­łu po­rucz­ni­ka Na­po­le­ona Bo­na­par­te­go, a te­raz głów­no­do­wo­dzą­ce­go ca­łej ar­ty­le­rii Wiel­kiej Ar­mii. Choć za­ofe­ro­wa­nie ta­kie­go sta­no­wi­ska zwy­kłe­mu po­rucz­ni­ko­wi jest wy­da­rze­niem bez pre­ce­den­su, Pla­nat, mo­gąc wy­bie­rać po­mię­dzy sumą 1800 a 2500 fran­ków rocz­nie i per­spek­ty­wą dal­szych ko­rzyst­nych awan­sów w szta­bie La­ri­bo­isi­?re'a, na­tu­ral­nie sko­rzy­stał z nada­rza­ją­cej się oka­zji, któ­ra mię­dzy in­ny­mi po­zwo­li mu wy­sy­łać wię­cej pie­nię­dzy do domu swo­im dwóm uboż­szym bra­ciom, zwłasz­cza że "w cza­sie kam­pa­nii pra­wie nic się nie wy­da­je, a zwy­czaj­ne woj­sko­wym roz­ryw­ki nie przy­pa­dły mi do gu­stu". Pla­nat jest bli­skim przy­ja­cie­lem syna La­ri­bo­isi­?re'a, Ho­no­riu­sza, któ­ry tak­że jest ad­iu­tan­tem:

"Nie było ni­czym nad­zwy­czaj­nym spo­tkać sy­nów ge­ne­ral­skich usy­tu­owa­nych w ten spo­sób. Mia­ło to za­szcze­pić w nich naj­lep­sze cno­ty woj­sko­we. Lecz naj­sroż­szy ge­ne­rał pra­wie za­wsze jest naj­słab­szym i naj­po­błaż­liw­szym z oj­ców".

Choć wzbo­ga­co­ny srebr­ny­mi sznu­ra­mi na­ra­mien­ny­mi - od­zna­ka­mi ofi­ce­ra szta­bo­we­go - sta­lo­wo­sza­ry mun­dur Pla­na­ta nie może się jed­nak rów­nać z czymś tak spek­ta­ku­lar­nym jak ten za­pro­jek­to­wa­ny przez Le­jeu­ne'a dla sie­bie i swo­ich ary­sto­kra­tycz­nych ko­le­gów ze szta­bu Ber­thie­ra:

"Szkar­łat­ne, przy­le­ga­ją­ce do cia­ła spodnie, z dwo­ma zło­ty­mi lam­pa­sa­mi po bo­kach no­ga­wic, błę­kit­ny men­tyk wy­koń­czo­ny fu­trem bia­łe­go lisa i, na pier­si, zło­te bran­den­bur­skie sza­me­run­ki, prze­cię­te na ukos sze­ro­kim szkar­łat­nym pa­sem na­ra­mien­nym. Wy­so­ki hełm hu­zar­ski no­we­go typu, z czar­nym czub­kiem, rów­nież szkar­łat­ny, chlu­bił się od­wró­co­nym zło­tym szew­ro­nem z każ­dej stro­ny, oraz oto­kiem - tak­że ze zło­te­go sza­me­run­ku. Zwi­sa­ją­ca szkar­łat­na sza­bra­ka była rów­nież ob­szy­ta zło­tym sza­me­run­kiem, a po­środ­ku mia­ła zło­te­go orła",

do któ­re­go to ob­ra­zu se­kre­tarz Fain do­rzu­ca jesz­cze kil­ka uzu­peł­nia­ją­cych szcze­gó­łów. Cza­ko, we­dług jego opo­wie­ści, było:

"ozdo­bio­ne egre­tą z cza­plich piór, a efekt wy­wie­ra­ny przez ów mun­dur po­tę­go­wa­ły jesz­cze zło­co­ne sznu­ry i cała masa zło­tych chwo­ści­ków i gu­zi­ków. Wspa­nia­ła je­dwab­na zło­ta szar­fa, mała ła­dow­ni­ca, sza­bel­tas43 i da­ma­sceń­ska sza­bla do­peł­nia­ły ob­ra­zu.

Ich ko­nia­mi pa­rad­ny­mi były siwe arab­skie ru­ma­ki z roz­wia­ny­mi dłu­gi­mi, je­dwa­bi­sty­mi grzy­wa­mi oraz hu­zar­ski­mi wę­dzi­dła­mi ozdo­bio­ny­mi ku­ta­sa­mi i zło­ty­mi kit­ka­mi".

Tak świet­ny i wspa­nia­ły jeź­dziec, pe­łen dumy i wi­go­ru, nie może oczy­wi­ście sie­dzieć na ni­czym in­nym jak na "ozdob­nej zło­tem i szkar­ła­tem skó­rze lam­par­ciej", ob­la­mo­wa­nej rów­nież zło­tem i ozdo­bio­nej szkar­łat­ny­mi chwost­ka­mi. Je­den z ko­le­gów Le­jeu­ne'a po­su­nął się na­wet do przy­szy­cia do swo­je­go men­ty­ka dia­men­to­wych gu­zi­ków.9

Ilu lu­dzi ze­bra­nych zo­sta­ło tego dnia nad Nie­mnem? Ile koni? Ile dział? Naj­bar­dziej au­ten­tycz­ny - choć nie­ko­niecz­nie naj­bar­dziej do­kład­ny - sza­cu­nek znaj­du­je się na ka­wał­ku pa­pie­ru, za­cho­wa­nym póź­niej przez am­bit­ne­go, za­zdro­sne­go i ob­da­rzo­ne­go go­rą­cym tem­pe­ra­men­tem pierw­sze­go ofi­ce­ra or­dy­nan­so­we­go Na­po­le­ona, dwu­dzie­sto­ośmio­let­nie­go Ga­spar­da Gou­r­gau­da.10 "Cały za­ba­zgra­ny pi­smem Ce­sa­rza", pa­pier ten po­da­je 350 000 jako cał­ko­wi­tą licz­bę wal­czą­cych, w tym 155 000 Fran­cu­zów (w co wli­cza­no Ho­len­drów), 162 000 sprzy­mie­rzeń­ców a tak­że 984 dzia­ła.

Cr?me de la cr?me to oczy­wi­ście Gwar­dia Ce­sar­ska. Sta­no­wi ona sama w so­bie kor­pus ar­mij­ny, ze swo­imi wła­sny­mi puł­ka­mi pie­cho­ty, sa­pe­rów, ka­wa­le­rii i ar­ty­le­rii. Za­rów­no jej ofi­ce­ro­wie jak i sze­re­go­wi zo­sta­li sta­ran­nie wy­bra­ni z puł­ków li­nio­wych. Co­ignet wi­dział, jak po­ja­wia­li się w ko­sza­rach w Co­ur­be­vo­ie. Każ­dy z nich słu­żył co naj­mniej od pię­ciu lat, bio­rąc udział przy­najm­niej w dwóch kam­pa­niach, i miał te­raz otrzy­my­wać pła­cę od­po­wia­da­ją­cą stop­nio­wi wyż­sze­mu niż po­sia­da­ny w puł­ku li­nio­wym. Ar­ty­le­ria Gwar­dii była im­po­nu­ją­ca. Ma­jor Jan Fran­ci­szek Bo­ulart, czło­wiek w wol­nych chwi­lach lu­bią­cy grać na fle­cie, prze­pro­wa­dził jed­ną z trzech ko­lumn ar­ty­le­rii Gwar­dii przez całą dro­gę z ko­szar w La F?re, koło Pa­ry­ża. W swo­ich wy­so­kich ber­my­cach bez em­ble­ma­tów i w ciem­no­nie­bie­skich mun­du­rach z czer­wo­ny­mi wy­koń­cze­nia­mi, jego ar­ty­le­rzy­ści sta­no­wi­li, jak mówi:

"wspa­nia­ły obiekt ogól­ne­go po­dzi­wu. 5 czerw­ca Ce­sarz do­ko­nał prze­glą­du mo­jej ar­ty­le­rii. Nie był to czło­wiek, któ­ry lu­bił pra­wić kom­ple­men­ty, lecz mu­siał przy­znać, że bar­dzo mu się po­do­ba­ła. Był tak uprzej­my, że spę­dził dużo cza­su w moim to­wa­rzy­stwie".

Gwar­dia rzą­dzi się we­dług wła­snych praw. Nie re­spek­tu­je ni­ko­go spo­za swo­jej hie­rar­chii. Okre­śla się ją sar­ka­stycz­nie mia­nem "nie­śmier­tel­nych", po­nie­waż przy­najm­niej jej od­dzia­ły pie­cho­ty, prak­tycz­nie nig­dy nie wal­czą. Jej pod­sta­wo­wą funk­cją jest za­da­nie nie­przy­ja­cie­lo­wi osta­tecz­ne­go cio­su w cza­sie bi­twy, a w ra­zie nie­wy­obra­żal­nej ewen­tu­al­no­ści od­wro­tu ("sło­wo to nie jest zna­ne w ar­mii fran­cu­skiej") stwo­rze­nie cze­goś w ro­dza­ju ma­sze­ru­ją­ce­go ba­stio­nu. Do­sta­ją się jej rów­nież wszyst­kie fruk­ta. Na­wet je­śli nie jest naj­więk­sza ze wszyst­kich kor­pu­sów (kor­pus Da­vo­uta skła­da się z 70 000 lu­dzi), to Gwar­dia ta, li­czą­ca 43 000 żoł­nie­rzy - plus 8300 Po­la­ków z Le­gii Nad­wi­ślań­skiej Cla­pa­r?de'a i He­skiej Gwar­dii Kró­lew­skiej - jest z pew­no­ścią naj­po­tęż­niej­sza.

Wie­le z po­zo­sta­łych puł­ków ka­wa­le­rii to szcze­gól­nie do­bo­ro­we for­ma­cje. 23 Pułk Sza­se­rów ma­jo­ra Mar­ce­li­na Mar­bo­ta11 z II Kor­pu­su Oudi­no­ta, li­czą­cy so­bie - zu­peł­nie wy­jąt­ko­wo - 2000 jeźdź­ców, był tak wspa­nia­łym puł­kiem, że ów beau sa­breur44 po­wia­da o nim, iż nig­dy nic po­dob­ne­go nie wi­dział, ani już wię­cej nie zo­ba­czy:

"Nie żeby skła­dał się z sa­mych nie­zwy­kłych osob­ni­ków o nie­do­ści­gnio­nych za­le­tach, lecz nie było w nim po pro­stu ni­ko­go, kto nie wy­peł­niał­by swo­ich obo­wiąz­ków. Wszy­scy do­trzy­my­wa­li kro­ku wszyst­kim, za­rów­no pod wzglę­dem od­wa­gi jak i za­pa­łu. Wszy­scy ofi­ce­ro­wie, in­te­li­gent­ni i od­po­wied­nio wy­kształ­ce­ni, żyli jak praw­dzi­wi to­wa­rzy­sze bro­ni. Tak samo było z pod­ofi­ce­ra­mi. A po­nie­waż sze­re­gow­cy bra­li z nich do­bry przy­kład, tak­że i oni żyli w do­sko­na­łej har­mo­nii. Pra­wie wszy­scy byli sta­ry­mi we­te­ra­na­mi spod Au­ster­litz, Jeny, Frie­dlan­du i Wa­gram; więk­szość chlu­bi­ła się po­trój­nym lub po­dwój­nym pa­skiem45 Ge­ne­rał Bo­ur­cier, któ­re­go za­da­niem było zna­le­zie­nie wierz­chow­ców dla tych wiel­kich mas ka­wa­le­rii, wy­zna­czył 23 Puł­ko­wi Sza­se­rów naj­wyż­sze i naj­lep­sze ko­nie, ja­kie uda­ło mu się zdo­być. Dla­te­go też pułk ten był zna­ny jako ka­ra­bi­nie­rzy lek­kiej ka­wa­le­rii".

Jan Mi­chał Che­va­lier, słu­żą­cy od daw­na jako po­rucz­nik Sza­se­rów Gwar­dii Ce­sar­skiej, jej naj­star­sze­go puł­ku ka­wa­le­rii, uwa­ża, że Ki­ra­sje­rzy

Lejb­gwar­dii Sa­skiej "nie są zbyt ele­ganc­cy, w że­liw­nych ki­ry­sach wa­żą­cych 30 lub wię­cej fun­tów46 i w ka­skach w rzym­skim sty­lu", na­to­miast nie­któ­re puł­ki Gwar­dii Wło­skiej, jak po­wszech­nie uwa­ża­no, są za­iste zna­ko­mi­te. Dla Gwar­dii Ne­apo­li­tań­skiej Mu­ra­ta, olśnie­wa­ją­cej w swych błę­kit­nych lub żół­tych mun­du­rach, "mar­kiz Li­vor­no stwo­rzył je­den z naj­pięk­niej­szych puł­ków jaki moż­na so­bie wy­obra­zić. Zwo­łał sta­rych fran­cu­skich i nie­miec­kich woj­sko­wych i dał im przy­kład ini­cja­ty­wy i ści­słej dys­cy­pli­ny". Gu­ar­dia d'Ono­re Kró­le­stwa Włoch, ad­iu­tan­tem któ­rej jest rów­nież Ce­za­ry de Lau­gier:

"skła­da się z mło­dych lu­dzi z naj­lep­szych wło­skich ro­dzin. Każ­da z nich wspie­ra syna kwo­tą 1200 fran­ków rocz­nie [gaża po­rucz­ni­ka puł­ku li­nio­we­go]. Zwra­ca ona na sie­bie uwa­gę swy­mi pięk­ny­mi mun­du­ra­mi i do­brą dys­cy­pli­ną".

Star­szy sier­żant ki­ra­sje­rów Thi­rion roz­czu­la się:

"Nie wi­dzia­no do­tąd pięk­niej­szej ka­wa­le­rii! Nig­dy puł­ki nie osią­gnę­ły tak wy­so­kiej spraw­no­ści. Nig­dy też ka­wa­le­ria nie dys­po­no­wa­ła tak do­bry­mi koń­mi. Tak li­czeb­ne były na­sze puł­ki, iż uzna­no, że wy­star­czą trzy, aby utwo­rzyć dy­wi­zję".

Jed­no­cze­śnie kry­tycz­nie pod­cho­dzi do spo­so­bu jej or­ga­ni­za­cji i do­wódz­twa:

"Każ­dy pułk był sam w so­bie bry­ga­dą, z ge­ne­ra­łem bry­ga­dy jako do­wód­cą: błęd­na to jed­nak była or­ga­ni­za­cja, bo pułk nie jest do­wódz­twem god­nym ge­ne­ra­ła, a nisz­czy­ło to rów­nież au­to­ry­tet puł­kow­ni­ka".

Rów­nież wszyst­kie li­nio­we puł­ki pie­cho­ty mają jako "krę­go­słup" we­te­ra­nów - lu­dzi ta­kich jak ka­pi­tan Ka­rol Fra­nço­is z 36 Puł­ku Pie­cho­ty Li­nio­wej, zwa­ny "Dro­ma­de­rem z Egip­tu", bo bił się pod pi­ra­mi­da­mi i był kie­dyś tu­rec­kim nie­wol­ni­kiem. Ségur po­wia­da, że ta­kich sta­rych wia­ru­sów ła­two moż­na było roz­po­znać:

"po ich mar­so­wych mi­nach. Nic nie mo­gło ich po­ru­szyć. Nie mie­li in­nych wspo­mnień, ani też żad­nej in­nej przy­szło­ści, oprócz wo­jacz­ki. Nig­dy o ni­czym in­nym nie roz­ma­wia­li. Ofi­ce­ro­wie albo byli ich god­ni, albo się ta­ki­mi sta­wa­li, bo aby eg­ze­kwo­wać wyż­szość swo­je­go stop­nia wo­bec ta­kich lu­dzi trze­ba było móc po­ka­zać im swo­je rany i świe­cić wła­snym przy­kła­dem".

De Lau­gier - wciąż brną­cy przez Pol­skę wśród upa­łów w kie­run­ku Pi­lo­ny - za­uwa­ża, że jego wło­scy wia­ru­si, lu­dzie któ­rzy wal­czy­li w Hisz­pa­nii, bio­rąc mię­dzy in­ny­mi udział w ob­lę­że­niach Sa­ra­gos­sy i Ge­ro­ny:

"za­chę­ca­ją no­wych przy­by­szów swo­imi wo­jen­ny­mi opo­wie­ścia­mi tak, że re­kru­ci się oży­wia­ją. Cią­gły marsz po­lep­sza ich żoł­nier­ską po­sta­wę. Przez tak czę­ste pod­kre­śla­nie swo­ich osią­gnięć woj­sko­wych, we­te­ra­ni zo­bo­wią­zu­ją się do udo­wod­nie­nia swo­im po­stę­po­wa­niem tego, co ka­za­li o so­bie są­dzić in­nym".

Je­śli wie­lu z tych "sta­rych" uczest­ni­ków kam­pa­nii, lu­dzi oko­ło trzy­dziest­ki czy czter­dziest­ki, nig­dy nie otrzy­ma­ło awan­su, to dzia­ło się tak za­zwy­czaj dla­te­go, że nie umie­li czy­tać ani pi­sać. Inny ze zna­ko­mi­tych ad­iu­tan­tów Ber­thie­ra, ma­jor Mon­te­squ­iou de Fézen­sac, po­to­mek jed­nej z naj­star­szych fran­cu­skich ro­dzin woj­sko­wych, któ­ry za­cią­gnął się jako sze­re­go­wy w cza­sach Obo­zu w Bo­ulo­gne4, dzie­li ów­cze­snych ofi­ce­rów ar­mii na trzy ka­te­go­rie:

"Pierw­sza ka­te­go­ria, skła­da­ją­ca się z nie­daw­nych ab­sol­wen­tów szkół woj­sko­wych, za­pa­lo­nych, wy­szko­lo­nych, ale też nie­do­świad­czo­nych i mało roz­wi­nię­tych fi­zycz­nie, z po­cząt­ku nie była zdol­na po­do­łać nad­mier­nym tru­dom kam­pa­nii. Dru­ga ka­te­go­ria, wręcz prze­ciw­nie, skła­da­ła się z by­łych pod­ofi­ce­rów, któ­rych cał­ko­wi­ty brak wy­kształ­ce­nia po­wi­nien był po­wstrzy­mać ich dal­szy awans, otrzy­ma­li oni jed­nak no­mi­na­cje ofi­cer­skie, aby pod­trzy­mać du­cha ry­wa­li­za­cji i uzu­peł­nić ogrom­ne stra­ty, spo­wo­do­wa­ne tak mor­der­czy­mi kam­pa­nia­mi; byli to zna­ko­mi­ci żoł­nie­rze, od­por­ni na zmę­cze­nie, zna­ją­cy z dłu­giej prak­ty­ki wszyst­ko to, cze­go w niż­szych sze­re­gach może na­uczyć woj­na. Trze­cia ka­te­go­ria, miesz­czą­ca się gdzieś po­środ­ku mię­dzy dwie­ma po­przed­ni­mi, skła­da­ła się z wy­kształ­co­nych ofi­ce­rów w sile wie­ku, ukształ­to­wa­nych przez do­świad­cze­nie i peł­nych szla­chet­nej am­bi­cji wy­róż­nie­nia się i za­słu­że­nia na dal­szą ka­rie­rę. Nie­ste­ty tych było wła­śnie naj­mniej".

Do któ­rej z tych trzech ka­te­go­rii za­li­czył­by on sier­żan­ta - ma­ją­ce­go nie­dłu­go zo­stać pod­po­rucz­ni­kiem - Jana Ro­cha Co­igne­ta? Z pew­no­ścią do dru­giej. Gwar­dzi­sta mu­siał mieć co naj­mniej 5 stóp 7 cali wzro­stu47. A ten mały sier­żant musz­try 2 Puł­ku Gre­na­die­rów Pie­szych Gwar­dii prze­szmu­glo­wał się tyl­ko dzię­ki wy­pcha­niu bu­tów ta­lią kart. Jak już wie­my, do­pie­ro nie­daw­no na­uczył się on abe­ca­dła, z pew­no­ścią ma­jąc na oku ten tak nie­zwy­kle po­żą­da­ny pa­tent ofi­cer­ski, któ­ry "w cza­sie kam­pa­nii mógł ozna­czać róż­ni­cę mię­dzy ży­ciem a śmier­cią", zwłasz­cza je­że­li ktoś miał pe­cha - ja­kie­go mie­li i Le Roy i Fézen­sac w 1807 - i do­sta­wał się do nie­wo­li. Na ra­zie jed­nak, tego upal­ne­go dnia nad Nie­mnem, Co­ignet jest od­po­wie­dzial­ny za część Skar­bu Ce­sar­skie­go.12

Je­śli puł­ki usta­wio­ne na brze­gu rze­ki tego go­rą­ce­go po­po­łu­dnia mają ja­kąś sła­bą stro­nę, to jest nią zbyt duża ilość mło­dych żoł­nie­rzy. Ża­den pułk I Kor­pu­su nie jest moc­niej­szy od 85 Puł­ku Li­nio­we­go. Kie­dy jed­nak Le Roy do­łą­czył do nie­go w Pru­sach Wschod­nich, stwier­dził, że jego ba­ta­lion "skła­dał się nie­mal cał­ko­wi­cie z mło­dych żoł­nie­rzy, po­trze­bu­ją­cych dużo opie­ki, nie żeby", do­da­je, "mia­ło to ich uchro­nić od ta­kich sa­mych wy­ma­gań, ja­kie sta­wia­my na­szym we­te­ra­nom, albo od ma­sze­ro­wa­nia tak samo dłu­go". Już te­raz, po trzy­dnio­wym mar­szu przez Pol­skę, za­le­d­wie czte­ry pią­te woj­ska do­tar­ło nad Nie­men. Śred­ni wiek ko­le­gów Bo­ur­go­in­ga, młod­szych ofi­ce­rów z 5 Puł­ku Ty­ra­lie­rów Gwar­dii, nie­wie­le prze­kra­cza dwa­dzie­ścia lat.