W drzwiach domu powitał Wistinga
zapach świeżo pieczonych gofrów. Wszedł do kuchni i uścisnął
Ingrid.
- Położyłaś dzieci? -
spytał.
- Thomas śpi - żona skinęła
głową. - A Line bawi się w kojcu.
Wisting ruszył do salonu. Line leżała
na brzuchu na ułożonym w kojcu kocyku, otoczona grzechotkami
i przytulankami. Dziewczynka uniosła się na wyprostowanych rączkach
i zerknęła ciekawie na ojca.
Ingrid stanęła w progu z tacą
z goframi.
- Napijesz się do nich kawy? -
zapytała.
Wisting potrząsnął głową.
- Muszę spróbować się zdrzemnąć
przed dyżurem - odpowiedział, wyjmując Line z kojca. Dziewczynka
zagulgotała z zadowolenia i zaczęła wierzgać nogami.
- I co, załatwiliście sprawę? -
chciała wiedzieć Ingrid.
Wisting usiadł.
- Faktycznie stoi tam stare auto -
odpowiedział, sadzając sobie Line na kolanach. - Rupert strasznie
się podekscytował.
Ingrid zapaliła pierwszą świecę
w adwentowym świeczniku na stole i usiadła w fotelu naprzeciwko
męża.
- Dowiedzieliście się, do kogo
należy stodoła?
- Chcieliśmy zapytać w najbliższym
gospodarstwie, ale wyglądało na to, że mają tam jakieś rodzinne
przyjęcie, więc daliśmy sobie spokój.
- Chyba nie będzie trudno to
ustalić?
- Nie, ale cały kłopot w tym, że
nie mamy konkretnego adresu, nie znamy też numeru działki - Wisting
sięgnął po gofra. - Zaproponowałem, że wpadnę po dyżurze do
urzędu gminy i zerknę na ich mapy własności gruntów.
Siedzieli jeszcze chwilę, gawędząc,
aż w końcu Ingrid zdmuchnęła płomień świecy, podniosła Line
z kolan męża i poszła ją przewinąć.
Wisting ruszył do pomieszczenia, które
z czasem miało się stać pokojem dziecięcym. Na razie była w nim
kanapa, a bliźniaki miały swoje łóżeczka ze szczebelkami w sypialni
rodziców.
Wpełzł pod koc i nastawił budzik,
po czym zgasił światło i zamknął oczy.
Ale sen nie przychodził. Wisting leżał,
myśląc o samochodzie w stodole i o zamkniętych od środka
drzwiach. Dla Ruperta Hanssona najważniejsze było ustalenie, do kogo
należał zabytkowy samochód i czy dałoby się go kupić. Wistinga
ciekawiło bardziej to, kto wstawił tam auto i ukrył je pod
brezentem. I jak to się stało, że drzwi stodoły zostały zamknięte
na dwie kłódki, zarówno od środka, jak i od zewnątrz?
Z rozmyślań wyrwał go dziecięcy
płacz. Dochodził z salonu. Nie był w stanie stwierdzić, czy to
Line, czy Thomas. Leżał przez chwilę, czekając, aż wrzaski ucichną,
ale one tylko przybierały na sile.
Odrzucił koc i wstał. Ingrid siedziała
na fotelu z Line przy piersi. Thomas leżał na kocyku z podkulonymi
nogami i płakał, nie mogąc doczekać się swojej kolejki.
Wisting wziął go na ręce i przytulił
miękką dziecięcą główkę do swojego szczeciniastego policzka. Płacz
ucichł. Chłopiec uśmiechnął się i zagulgotał. Bliźniaki
uśmiechały się teraz często i nie były to już tylko przypadkowe
grymasy. Dzieci rosły i pokazywały swoje różne charaktery, zaczynały
reagować, gdy ktoś do nich podchodził.
- Dziękuję - szepnęła Ingrid
z fotela.
Line przekręciła główkę, by zobaczyć,
co się dzieje. Mleko pociekło z kącika jej drobnych ust.
- Chyba się już najadła -
stwierdziła Ingrid. - Weźmiesz ją?
Wisting położył Thomasa na kolanach
żony i wziął Line na ręce. Pochodził z nią trochę po salonie,
pokołysał ją i poklepał po pleckach, aż się jej odbiło. Zaniósł
ją do sypialni i ułożył ostrożnie w łóżeczku, po czym wrócił
do swojego posłania na kanapie.
Miał wrażenie, że budzik zadzwonił
chwilę po tym, jak wreszcie udało mu się zasnąć. Namacał
go w ciemnościach, wyłączył i postawił stopy na zimnej
podłodze. Poszedł do łazienki, żeby się ogolić, po drodze zajrzał
jeszcze do Ingrid i dzieci.
W chlebaku w kuchni było
pusto. Sięgnął więc po zamkniętą paczkę chrupkiego pieczywa. Zjadł
jeden listek na sucho, stojąc w oknie, i schował napoczętą paczkę
z powrotem do szafki.
Śniegu na ziemi leżało niewiele,
jakiś centymetr albo dwa. Termometr w oknie wskazywał, że zrobiło
się trochę cieplej.
Wisting wkroczył do budynku komendy na
Prinsegata za kwadrans jedenasta. Zszedł do szatni i przebrał się
w mundur. Zerknął do lustra i poprawił krawat, po czym ruszył do
dyżurki na górze.
Kierujący zmianą oficer zdążył już
dotrzeć do pracy i zmienić swojego poprzednika. Erling Storvolden
był krępym mężczyzną o okrągłej twarzy, zbliżającym się do
wieku emerytalnego.
- Było coś ciekawego? - zapytał
Wisting.
- Dwa wypadki drogowe - odrzekł
policjant, którego miał zmienić. Dźwignął się z sofy, chwytając
czapkę, i ruszył do drzwi. - Ślisko dziś na drogach.
Wisting poszedł prosto do aneksu
kuchennego. Był najmłodszy, więc parzenie kawy należało do jego
obowiązków.
Per Haugen pojawił się dopiero, gdy
kawa była już gotowa. Był starszy od Wistinga o dwanaście lat
i zdążył się dorobić trzech belek na naramiennikach. Miał na
sobie mundur oraz zmiętą i poplamioną koszulę.
Erling Storvolden zawołał ich do
siebie, by razem z nimi przejrzeć dziennik dyżuru. Było ich tylko
trzech. Oficer kierujący zmianą i dwóch do patrolu.
Storvolden zapalił papierosa
i natychmiast stwierdził, że nie zdarzyło się nic ciekawego.
Ostatnia doba rozpoczęła się od burdy
w restauracji i odwiezienia do izby wytrzeźwień mężczyzny w wieku
lat czterdziestu czterech. Na Kongegata zatrzymano pijanego kierowcę,
patrol wyjechał do rodzinnej awantury zgłoszonej w Torstrand. W nocy
zatrzymano dwoje nastolatków, których nakryto w piwnicy domu, gdzie
próbowali dobrać się do schowka. Odwieziono ich do komendy i wezwano
rodziców. W niedzielny poranek przyjęto zgłoszenie o zaginięciu
psa, oprócz tego dzień przebiegał spokojnie. Tuż przed dwunastą
zgłoszono kradzież z placu budowy na północ od miasta.
- Zwinęli im ładowarkę kołową
- odczytał Storvolden z dziennika.
- Ładowarkę? - powtórzył Haugen
z uniesionymi brwiami.
Storvolden zmrużył oczy, przyglądając
się papierom zza chmury papierosowego dymu.
- Volvo BM 1240 - skinął
głową. - Stała zaparkowana z kluczykami w stacyjce.
- Kto normalny kradnie ładowarkę? -
nie przestawał się dziwić Haugen. - Pewnie ktoś się narąbał
i chciał sobie zażartować.
Brnęli przez kolejne
zgłoszenia. Policyjne dzienniki dyżurów były krzywym zwierciadłem,
w którym odbijało się życie miasta: kradzieże, chuligaństwo,
oszustwa, napady, prowadzenie pojazdów pod wpływem, wypadki, groźby
karalne, awantury, stłuczki, odpalane z głupoty race ostrzegawcze,
znęcanie się, osadzanie w areszcie tymczasowym, ludzie chorzy
psychicznie, potrącenia, pijacy zataczający się na ulicach. W pracy
policjanta człowiek wciąż stykał się z tym, co negatywne, chore,
destrukcyjne, odbiegające od normy. Ale Wisting pod wieloma względami
czuł się w tym mroku dobrze. Podobało mu się, że jest jednym
z tych, do których w razie potrzeby można się zwrócić o pomoc,
że znaczy coś dla innych i jednocześnie sprawia, że ludziom żyje
się bezpieczniej. Czuł, że to, co robi, ma sens.
Storvolden zakończył przegląd dziennika
i rzucił Haugenowi kluczyki do radiowozu.
- Rozglądajcie się za ładowarką
- posłał kolegom uśmiech.
Zgasił papierosa w popielniczce,
odwrócił krzesło do blatu biurka i wkręcił w maszynę do pisania
czysty arkusz papieru.
Przed wyruszeniem w teren spędzili
godzinkę na sofie w dyżurce. Komenda została wyposażona w szwedzką
antenę, która łapała kanały z sąsiedniego kraju, kończące
nadawanie audycji później niż NRK. W niedzielne wieczory często
szedł jakiś film.
Wisting nie był zachwycony spędzaniem
czasu w pracy przed telewizorem, ale był najmłodszy w oddziale i nie
mógł sobie jeszcze pozwolić na próby zmiany nawyków starszych
kolegów, chociaż najchętniej wyganiałby ich z sofy w dyżurce
na ulice.
Z reguły wykorzystywał te wolne
chwile na czytanie raportów z zamkniętych śledztw i wyciągniętych
z archiwów wyroków sądowych. Czerpał z nich wiedzę o lokalnym
środowisku przestępczym i lepszy wgląd w metody pracy oficera
śledczego. Bo to właśnie tam, do wydziału śledczego na pierwszym
piętrze, chciał się w końcu dostać. Ale dopóki Ingrid siedziała
w domu z bliźniakami, musiał wstrzymać się ze składaniem
podania. Stanowisko śledczego wiązało się wprawdzie z wyższymi
zarobkami, ale utrata dodatków za dyżury wieczorne, nocne i weekendowe
powodowała, że realnie dostawało się na nim niższą pensję,
trudniej było też o nadgodziny.
Dopiero krótko przed pierwszą Haugen
dźwignął się z sofy i oświadczył, że najwyższa pora ruszyć
na przejażdżkę.
Wisting zebrał swoje rzeczy i zamknął
je na klucz w szafce. Włożył kurtkę i zszedł za kolegą do
garażu.
Ruszyli. Haugen skręcił w lewo,
zjechał w dół Prinsegata, minął Thaulowsvingen i skierował auto
na Storgata. Z wieczornego pociągu z Oslo wysiadła właśnie garstka
pasażerów. Haugen ledwo omiótł ich wzrokiem. Wisting natomiast
przyjrzał się ich twarzom. Kojarzył kilka osób, a wśród
nieznajomych nie było nikogo, kto przykułby jego uwagę. Haugen
pojechał dalej, klucząc bez systemu po wyludnionych ulicach.
Wisting zaczynał się niecierpliwić
z powodu tej bezsensownej jazdy radiowozem. Ich działania raczej nie
miały charakteru prewencyjnego, nie były też związane z żadnym
śledztwem. Jeździli po prostu w kółko, czekając, aż coś się
wydarzy. Oczywiście potrzebne były patrole pozostające w gotowości,
ale taką pracę na pewno dałoby się wykonywać efektywniej. Mogłaby
mieć bardziej celowy charakter. Lokalna przestępczość, z tego,
co Wisting zdążył się nauczyć, ograniczała się z reguły
do określonych obszarów miasta, zabronione czyny popełniały
też zazwyczaj określone osoby, i to nawet w określonych
porach. Istniały pewne schematy, które właściwie nie były wcale
trudne do rozpracowania i których lepsza znajomość pozwoliłaby im
być krok przed złoczyńcami.
- A może byśmy przejechali się
Hoffs gate? - zaproponował.
Haugen zajęty był śledzeniem bezdomnego
psa truchtającego skrajem chodnika.
- A coś tam się dzieje? - spytał,
gdy minęli zwierzaka.
Ciąg dalszy w wersji pełnej