Rozdział pierwszy
Londyn, maj 1836 r.
Eliza Hasterling schowała do torebki igłę i nici, którymi zszyła suknię rozdartą przez nieszczęsnego pana Alborne'a, gdy nadepnął na nią w tańcu. Miała nadzieję, że uszkodzenia nie będzie widać, bo skromne kieszonkowe nie wystarczyłoby na kupno nowej sukni. Rzuciła jeszcze okiem w lustro na fryzurę, po czym wyszła z damskiej toalety i ruszyła w stronę schodów prowadzących na salę balową.
Jej serdeczna przyjaciółka, lady Margaret, powiedziałaby, że nie trzeba było znowu tańczyć z Alborne'em. Jednak z powodu jego piegowatej twarzy i psiego spojrzenia Eliza nie potrafiła zbyć go tak, jak robiły to inne młode damy. Nie był ani przystojny, ani bogaty, za to niezdarny, więc nie uchodził za pożądaną partię. Wiedziała, jak to jest, gdy wszyscy cię ignorują, dlatego mu współczuła. A ponieważ go nie zbywała, ciągle jej się narzucał.
Być może nawet ona zacznie mu odmawiać, skoro niszczył jej skromną garderobę.
Zeszła po schodach i ruszyła w stronę sali, gdy starszy pan, któremu skinęła głową po drodze, krzyknął z przerażenia. Odwróciła się i zobaczyła, jak jego laska ześlizguje się z pierwszego stopnia i wypada mu z ręki. Nieznajomy zaczął tracić równowagę.
Eliza rzuciła się, żeby złapać go za ramię, jednak nie miała dość siły, by go podtrzymać. Przynajmniej opadł na kolana, a nie całym ciałem na podłogę. Pomogła mu wstać, potem przyklękła, podając mu laskę.
Wtedy w holu pojawiły się dwie matrony, które zatrzymały się, patrząc z zaciekawieniem, jak starszy dżentelmen, oparty o laskę, spogląda na klęczącą przed nim młodą kobietę. Dostrzegając zawstydzenie malujące się na jego twarzy, Eliza wyciągnęła rękę i szybko powiedziała:
- Ależ ze mnie niezdara, potknęłam się! Bardzo dziękuję za pomoc.
Złapał ją za rękę i pomógł jej wstać. Eliza dopiero po chwili rozpoznała jedną z kobiet, apodyktyczną lady Arbuthnot, i przygotowała się na najgorsze.
- Drogi lordzie Markham, jakże uprzejmie z pana strony, że podał jej pan pomocną dłoń - stwierdziła dama, po czym zwróciła się do Elizy: - Powinnaś uważać, panno Hasterling. Mogłaś potrącić lorda Markhama.
- Nic się nie stało - oznajmił dżentelmen.
Lady Arbuthnot rzuciła Elizie pogardliwe spojrzenie, skinęła głową wicehrabiemu Markhamowi, po czym wzięła znajomą pod ramię i ruszyły po schodach. Na ich szczycie matrona mruknęła tak, by było ją słychać:
- Córka pastora. Brak wdzięku i manier. Ale czego można się spodziewać?
Jej towarzyszka prychnęła.
- Łaskawie z jego strony, że w ogóle ją zauważył. Powinna znać swoje miejsce w szeregu i milczeć!
Eliza zacisnęła usta, czując, jak się czerwieni, ale postanowiła zignorować te komentarze. Kiedy kobiety znalazły się poza zasięgiem słuchu, odezwała się:
- Nic panu nie jest, lordzie Markham?
- Wszystko w porządku dzięki pani, panno Hasterling. Oszczędziła mi pani krępującej sytuacji, choć przez to naraziła się pani na nieprzyjemności ze strony lady Arbuthnot. Mam ochotę wszystko jej wyjaśnić!
- I zniweczyć moje starania? - zapytała Eliza z uśmiechem. - Proszę się nią nie przejmować. Jako córkę zwykłego pastora uważa mnie za niegodną uwagi, więc raczej da mi spokój. Dobrze, że zdołałam uchronić pana przed upadkiem.
- Czy zostaliśmy sobie przedstawieni? Obawiam się, że nie pamiętam naszego spotkania. To wstyd nie pamiętać tak uroczej młodej damy.
- Owszem, zostaliśmy sobie przedstawieni w zeszłym sezonie, ale to było tuż przed tym... - zawahała się - ...jak stracił pan swoją żonę. To całkiem zrozumiałe, że pan mnie nie pamięta. Przy okazji proszę przyjąć moje kondolencje.
Uśmiech zniknął z twarzy wicehrabiego, zastąpił go wyraz głębokiego smutku. Eliza skarciła się w duchu. Dlaczego nie powiedziała po prostu, że zostali sobie przedstawieni i tyle? Wiedziała, że Markham po zakończeniu rocznej żałoby dopiero wrócił do życia towarzyskiego. Z tego, co słyszała, bardzo przeżył śmierć żony.
- Przepraszam! Nie chciałam...
- Nie trzeba, dziecko. To była bolesna strata, ale powoli się z tym godzę. Po moim nieoczekiwanym spotkaniu z podłogą nie powinienem dziś wieczorem nadwyrężać kolan w tańcu. Czy zamiast tego mogę zaproponować coś do picia w podzięce za uprzejmą i szybką interwencję? Gdyby nie pani refleks, lady Arbuthnot zastałaby mnie rozciągniętego na posadzce, o czym z radością opowiadałaby w towarzystwie.
- Cieszę się, że udało mi się temu zapobiec.
- Uczcimy to kieliszkiem wina?
Uśmiechając się, Eliza pozwoliła, by wsunął jej rękę pod swoje ramię. Nagle w holu pojawił się wysoki ciemnowłosy mężczyzna.
- Ojcze, wszystko w porządku? Nie było cię dość długo. Withram cię szuka.
- Rozmawiałem właśnie z tą uroczą młodą damą. Czy zna pani mojego syna, panno Hasterling?
Eliza spojrzała oszołomiona na przystojnego mężczyznę. Był smukły i miał ciemne włosy opadające na czoło oraz ciemnobrązowe oczy o przenikliwym spojrzeniu. Kiedy podszedł do ojca, zobaczyła między nimi uderzające podobieństwo.
- Nie.... nie zostaliśmy sobie przedstawieni.
- Zajmę się tym. Panno Hasterling, przedstawiam pani mojego syna, barona Strathama. Stratham, to panna Hasterling.
Po wymianie kurtuazyjnych ukłonów Markham oznajmił:
- Właśnie idę z panną Hasterling na kieliszek wina. Powiedz Withramowi, że spotkam się z nim później.
Początkowo olśniona przystojnym Strathamem Eliza nagle zdała sobie sprawę, że nie odwzajemnił jej uśmiechu podczas prezentacji. Zamiast tego wbijał wzrok w jej dłoń, spoczywającą na przedramieniu lorda Markhama.
Przez chwilę myślała, że to skomentuje, choć co mógłby powiedzieć? Nie było nic niewłaściwego w tym, że dama trzyma dżentelmena pod ramię, jednak Eliza poczuła się, jakby została przyłapana na czymś nagannym.
- Idziemy, panno Hasterling? Bal dobiega końca, a na pewno chciałaby pani wrócić jeszcze na parkiet. Nie mogę pozbawiać pani tej przyjemności.
Markham skinął głową synowi, ale ten zamiast odejść, stwierdził:
- Chyba też napiję się wina.
Mężczyźni spojrzeli na siebie - ojciec z rezygnacją, a syn stanowczo.
- Skoro tak, chodź z nami - mruknął Markham i zwrócił się do Elizy: - Proszę przypomnieć mi nasze spotkanie w zeszłym sezonie. Gdzie mieszka pani rodzina? Nie pamiętam, żebym poznał pani ojca. Jest pastorem?
- Tak, ale nie dziwię się, że pan go nie zna. Rzadko opuszcza swoją parafię w Saltash, niedaleko Plymouth, gdzie mieszka z moją matką i resztą rodziny. Zatrzymałam się u mojej starszej siostry, lady Dunbarton, która zgodziła się pełnić w Londynie rolę mojej przyzwoitki, dzięki czemu mama może pozostać w domu z młodszym rodzeństwem.
- Ma pani dużą rodzinę?
- Mam dwie zamężne siostry, a jedyny brat mieszka w domu i uczy się pod okiem ojca, który jest cenionym erudytą. Mama zajmuje się moim młodszym rodzeństwem.
Odpowiadając na pytania Markhama, Eliza czuła na plecach wzrok jego syna. Chyba jej nie aprobował. Tylko czemu?
Może uważał, że ona poluje na Markhama, który był bogatym wdowcem, czyli takim kandydatem na męża, jakiego jej przyjaciółka Maggie uznałaby za idealnego. Wychodząc za niego, Eliza prawdopodobnie szybko zostałaby wdową i mogłaby samodzielnie decydować o swoim życiu. Nie to było celem Elizy, ale wysłuchała wielkiego planu Maggie.
Stłumiła uśmiech na niedorzeczną myśl, że ktoś mógłby podejrzewać córkę nieznanego, wiejskiego pastora o takie aspiracje.
Nieco denerwujące okazało się spotkanie z mężczyzną, który patrzył na nią nieprzychylnym okiem. Zazwyczaj znajomi i rodzina traktowali ją życzliwie, ale ze względu na skromny posag i brak koneksji kawalerowie z wyższych sfer ją ignorowali.
Rzucając kolejne spojrzenie na ponurą minę Strathama, nie była pewna, czy chciałaby, żeby zwrócił na nią uwagę.
Dotarli do sali z poczęstunkiem. Eliza przyjęła kieliszek wina od Markhama, starając się unikać badawczego wzroku jego syna. Przypominając sobie radę swojej przyjaciółki, lady Laury Pomeroy, że najlepiej nawiązać rozmowę z dżentelmenem, pytając go o zainteresowania, odezwała się do Markhama:
- Ostatnio przebywał pan na wsi, prawda, wicehrabio?
- Tak, w naszej głównej rezydencji w Hampshire, Stratham Hall.
- Czy mieszkają tam pozostałe pańskie dzieci?
- Niestety nie. Córki wyszły za mąż i wyprowadziły się. Jedna mieszka pod Yorkiem, druga w pobliżu Portsmouth, a najmłodsza niedawno wyszła za mąż za dżentelmena z Northumberland.
- Planuje pan zostać w Londynie na dłużej?
- Pewnie do końca sezonu. Na wsi czułem się... samotny.
- W Londynie tak nie będzie. Tutaj dużo się dzieje i można spotkać wielu ciekawych ludzi. Co sprawia panu największą przyjemność podczas pobytu w Londynie?
- Lubię widywać się ze starymi znajomymi, chodzić do teatru, a najbardziej do British Museum.
- Jest pan również naukowcem?
- Nie takim, jak pani ojciec. Lubię filozofię, poezję i klasykę.
- Klasykę? A co najbardziej? Tata nauczył mnie łaciny i trochę greki. Uwielbiam Petrarkę.
- Naprawdę? Ja też! Chętnie złożę pani wizytę, żebyśmy mogli porozmawiać o ulubionych utworach.
- Nie jestem erudytką. Znam tylko te wiersze, przy których tata pomógł mi z tłumaczeniem.
- Ciekawe, które z nich uznał za godne pani uwagi. - Markham spojrzał z irytacją na syna, który nie wnosił nic do rozmowy, ale wciąż przy nich stał. - Powinienem puścić panią z powrotem na parkiet. Czy mogę panią jutro odwiedzić?
Eliza podejrzewała, że chciał jej ponownie podziękować za pomoc, jednak nie w obecności syna. Wolał, by to krępujące zdarzenie nie wyszło na jaw.
- Będę zaszczycona. Jak już wspomniałam, mieszkam u lady Dunbarton w Holly House przy Brook Street.
Markham skinął na kelnera, żeby pozbyć się pustych kieliszków, a następnie podał jej ramię.
- Odprowadzę panią do jej opiekunki.
Stratham odstawił kieliszek i ruszył za nimi. Jak rycerz czujnie chroniący swojego króla, pomyślała Eliza, powstrzymując uśmiech.
Kiedy weszli do sali balowej, Eliza dostrzegła siostrę rozmawiającą z przyjaciółmi.
- Jest tam - oznajmiła, wskazując palcem.
- Zaprowadzę panią - odparł Markham. - Przedstawi mnie pani. Nas - dodał, rzucając pełne wyrzutu spojrzenie na syna.
- Oczywiście.
Zanim dotarli do lady Dunbarton, Stratham przyspieszył kroku, żeby zrównać się z nimi.
- Lubi pani tańczyć, panno Hasterling?
Sfinks przemówił, pomyślała.
- Bardzo.
- Czy uczyni mi pani zaszczyt i zatańczy ze mną następnego walca?
Na myśl o tym, że znajdzie się blisko jego smukłego, silnego ciała, poczuła, jak przyspiesza jej tętno. Szybko oprzytomniała, widząc jego pełen niechęci wzrok.
Wiedziała już, że nie należy ulegać ekscytacji. Jedno upokarzające odrzucenie powinno wystarczyć jej na całe życie.
Skoro jej nie akceptował, to dlaczego zaprosił ją do tańca?
Niestety jak zwykle nie potrafiła naprędce wymyślić dobrego powodu, żeby odmówić.
- Z przyjemnością - odparła bez entuzjazmu.
Siostra zauważyła ją i irytacja na jej twarzy przerodziła się w zaskoczenie, gdy dostrzegła towarzyszy Elizy. Uśmiechając się przyjaźnie, ukłoniła się mężczyznom, którzy odwzajemnili ukłon.
- Oddaję pani jej podopieczną - oznajmił Markham.
- Dziękuję, wicehrabio. Zastanawiałam się, gdzie się podziała.
- Musiałam zaszyć dziurę w sukni - wyjaśniła Eliza.
Widząc niezadowoloną minę siostry, uzmysłowiła sobie, że nie powinna była przyciągać uwagi do swojego nieco znoszonego stroju.
Czy zdoła opanować kiedyś sztukę salonowej konwersacji, w której należy unikać wypowiedzi przedstawiających siebie w niekorzystnym świetle?
- Zwłoka wynikła z mojej winy - przyznał Markham. - Spotkałem pani siostrę w holu i poprosiłem, żeby umiliła mi mój pierwszy bal od roku, wypijając ze mną kieliszek wina.
- Mario, pamiętasz lorda Markhama i jego syna, lorda Strathama? Lordzie, to moja siostra, lady Dunbarton.
- Cieszę się, że wrócił pan do Londynu, lordzie Markham. Chyba nie spotkałam wcześniej pańskiego syna.
- Stratham nigdy nie interesował się zbytnio wielkim światem - odparł Markham suchym tonem. - Poza tym od roku przejmował obowiązki związane z zarządzaniem majątkiem, zatem przebywał głównie na wsi.
- Zawsze dobrze jest widzieć w mieście kolejnego przystojnego kawalera - zauważyła siostra Elizy, uśmiechając się promiennie do Strathama.
- Miło było odnowić naszą znajomość, lady Dunbarton. I z panią również, panno Hasterling - pożegnał się Markham.
- Wrócę, żeby poprosić panią do tańca - zapowiedział Stratham.
Ukłoniwszy się, obaj odeszli.
Jej siostra odprowadziła ich wzrokiem, po czym zwróciła się do Elizy:
- Co się stało?
Eliza pokrótce opowiedziała o swoim spotkaniu z wicehrabią, nie wspominając jednak, że uratowała go przed upadkiem. Powiedziała, że ją rozpoznał, a następnie zaprosił na kieliszek wina, gdzie spotkali jego syna.
- Dwie znakomite partie - stwierdziła jej siostra, kiwając głową z aprobatą. - A młodszy wróci, żeby zatańczyć z tobą walca. Brawo, Elizo!
- Poprosił tylko z grzeczności - stwierdziła Eliza.
- Wiem, że pouczano cię, byś była w towarzystwie bardziej powściągliwa niż w gronie rodzinnym - stwierdziła jej siostra. - Jednak skoro Stratham zaprosił cię do walca, to nie zmarnuj okazji i zamiast milczeć, porozmawiaj z nim.
- No nie wiem. Nie czuję się dobrze, wygłaszając przymilne pochlebstwa albo plotkując, a takie tematy wydają się jedyną treścią rozmów między młodymi damami i dżentelmenami. Potrafię rozmawiać ze starszymi mężczyznami, którzy mają zazwyczaj szersze zainteresowania.
- Z takimi jak lord Markham? Byłby świetną partią, choć jest dla ciebie raczej za stary. Plotka głosi, że po skończonej żałobie zamierza znaleźć towarzyszkę, która umili mu jesień życia. Chociaż chyba podoba ci się jego syn. Jaki on przystojny! Stratham jest dość bogaty, bo po śmierci matki odziedziczył majątek, który wniosła w posagu. Już teraz ma tytuł barona, a po śmierci ojca zostanie wicehrabią.
- Nie wydawaj mnie jeszcze za żadnego z nich - wtrąciła szybko Eliza.
Niech Bóg broni, żeby podejrzliwy Stratham przejrzał plany jej siostry!
- Przecież musisz znaleźć męża. Wiesz, że taty nie stać na kolejny sezon towarzyski. Bardzo cię kocham, ale mnie również na to nie stać.
- Wiem. Dziękuję ci za czas, jaki poświęcasz, żeby znów towarzyszyć mi w tym roku.
Eliza była aż nadto świadoma, że to będzie jej ostatni sezon. Jeśli nie znajdzie męża, zanim towarzystwo rozjedzie się na lato, a ona wróci do Saltash, pewnie straci ostatnią szansę na zamążpójście. I skończy tak samo jak inne dobrze urodzone, ale biedne stare panny, tułające się po krewnych jako pomoc do dzieci lub opiekunki starszych ludzi.
Chociaż bardzo lubiła siostrzeńców, wciąż żywiła nadzieję, że kiedyś będzie miała własne dzieci. Pragnęła założyć rodzinę, prowadzić dom, kochać i szanować męża.
Posłucha rady siostry i dołoży wszelkich starań, żeby prowadzić z lordem Strathamem konwersację, o ile rzeczywiście poprosi ją do walca.
Zrobi to, chociaż ani wicehrabia Markham, ani jego przystojny, podejrzliwy syn nigdy nie dostrzegą w niej kandydatki na żonę.