2
Gdy Scalviati znalazł się obok samochodu, zauważył, że szyba okna przy siedzeniu kierowcy jest rozbita. Fragmenty, które pozostały jeszcze w oknie, tworzyły kanciastą konstelację w równowadze tak delikatnej, że mógłby ją rozsypać jeden podmuch wiatru.
Wewnątrz pojazdu ciało mężczyzny spoczywało skulone na siedzeniu z głową przechyloną w bok, opartą o obicie drzwi. Ofiara na czole miała ranę od kuli, a z niej wypływała stróżka skrzepniętej krwi, która przechodząc przez policzek, docierała aż brody. Usta były półotwarte, przymknięte oczy wydawały się wpatrywać w jakiś nieokreślony punkt przed sobą, dalej niż kierownica. Ramiona opadały luźno wzdłuż tułowia, dłonie odwrócone były w górę, jakby w pozycji do medytacji. Na torsie i nogach były rozsypane odłamki szkła, a na koszuli rozlewały się dwie czerwone plamy na wysokości serca i prawego płuca.
Kolejne podwójne morderstwo.
Trzecie w ciągu półtora roku, może były i wcześniejsze, pogrążone jeszcze we mgle niewiedzy. Znowu chodziło o parę, która wyjechała w ustronne miejsce.
Kiedy rok wcześniej, w lutym, znaleziono pierwsze dwa trupy, w prokuraturze uznano to za morderstwo w afekcie. Sprawę powierzono Scalviatiemu, który był najmłodszy w sekcji karnej, niedawno mianowany prokuratorem po tym, jak przez cztery lata był sędzią śledczym. Góra dała mu w ten sposób szansę, by otrzaskał się w terenie, w śledztwie, które przynajmniej na pierwszy rzut oka nie wydawało się kryć jakichś szczególnych tajemnic.
Pierwsze podejrzenia padły na byłego chłopaka dziewczyny, który, jak się wydawało, nie pogodził się z zerwaniem. Ale ta próba spełzła na niczym: miał żelazne alibi.
Badania daktyloskopijne na miejscu zbrodni nie wykazały żadnych odcisków palców poza tymi należącymi do ofiar, narzędzia zbrodni nigdy nie odnaleziono. I tak śledztwo zostało szybko wstrzymane z powodu braku dowodów i świadków. Teczka pozostała na biurku prokuratora w oczekiwaniu na rozwój wydarzeń, który pozwoliłby poszerzyć krąg podejrzanych.
Był jednak pewien szczegół, który nie dawał Scalviatiemu spokoju. Obecność na miejscu zbrodni dziwnego medalionu, który według bliskich nie należał do żadnej z ofiar i który sugerował zaangażowanie jakiejś ezoterycznej sekty.
We wrześniu tego roku znaleziono kolejne dwa trupy. Para młodych ludzi na samotnym biwaku nad brzegiem rzeki Dora Riparia, niezbyt daleko od Rivoli. Od samego początku rzucało się w oczy podobieństwo w szczegółach obu zbrodni: również w tym przypadku ofiary zostały zabite trzema strzałami z pistoletu. Było też jednak kilka różnic, które pchnęły śledztwo w zupełnie innym kierunku. Począwszy od faktu, że zwłoki dziewczyny zostały w przerażający sposób okaleczone post mortem. Usunięto jej śledzionę, cięcie nie było bynajmniej chirurgiczne.
Ten szczegół został zinterpretowany jako ostrzeżenie ze strony organizacji przestępczej. Było bowiem możliwe, że zbrodnię zaplanowano wśród handlarzy narkotyków.
Zamordowany chłopak, syn Francuzki, był drobnym dilerem, który kręcił się w okolicach bulwaru Murazzi nad Padem. W aktach miał również drobne kradzieże i sporo zgłoszeń udziału w bójkach.
Z inicjatywy prokuratora policja zrobiła kilka nalotów na lokale, w których sprzedawano narkotyki, i niestrudzenie przesłuchiwała reprezentantów lokalnego półświatka.
Ale podczas gdy protokoły piętrzyły się w coraz większych stosach, a nie pojawiało się w nich nic przydatnego do wyjaśnienia morderstw, w głowie Scalviatiego wzmocniło się podejrzenie, że te dwa przypadki były powiązane. Że nie miały nic wspólnego ani ze zbrodnią z zazdrości, ani z handlem narkotykami. I że sprawcą była ta sama osoba.
Nie miał żadnego dowodu na poparcie tej teorii, tylko wrażenie, że zbrodnie były częścią większego planu, którego konturów nie potrafił jeszcze uchwycić. Za każdym razem, kiedy jego wzrok padał na akta obu spraw, nachodził go uporczywy niepokój.
Tak jakby jakaś mroczna postać dostała się w trzewia miasta i tylko on potrafił wyczuć jej obecność.
Co gorsza, zaczął wyczuwać, że stał się w prokuraturze obiektem jakiejś pełzającej irytacji. Szerzyło się przekonanie, że jest zbyt skrupulatny w pilnowaniu gwarancji prawnych i nie dość zdeterminowany, kiedy trzeba przydusić do zeznań. Niektórzy wątpili nawet, czy potrafi zapanować nad tym śledztwem.
- Loiacono! - zawołał. - Latarkę poproszę.
Skierował snop światła do wnętrza samochodu, oświetlając najpierw gumową podkładkę pod siedzeniem pasażera, potem tylne siedzenia, pod którymi ułożone były dwa buciki zapinane na rzepy i zabawkowy wóz strażacki.
- Nie mówił pan o dziecku - powiedział.
- Jakim dziecku? - spytał Loiacono, zdezorientowany.
- Proszę spojrzeć. To są buciki dla cztero-, pięciolatka.
Loiacono lekko pokręcił głową.
- Nie znaleźliśmy żadnego dziecka, prokuratorze.
- Mhm... - mruknął z zamyśleniem Scalviati.
Przesunął się, by spojrzeć w lusterko kierowcy. Zatrzymał się nieruchomo, w ciszy, patrząc na to, co zostało z bocznej szyby.
- Coś jest nie tak?
Scalviati cofnął się o kilka kroków. Przez kilka chwil chwiał się, jakby próbował złapać równowagę na niestabilnym gruncie. Potem podniósł latarkę, kierując ją na zwłoki, jakby to była broń.
- Pierwszy strzał musiał paść stąd - wymamrotał. - Dość daleko, by nie dać się zauważyć pasażerom samochodu, ale wystarczająco blisko, by nie pomylić się przy najważniejszym strzale. Najpierw celował w serce mężczyzny.
- Skąd pan ma tę pewność?
- Układ ran nie jest przypadkowy, to jest trójkąt o wierzchołkach w sercu, prawym płucu i głowie. To oczywiste, że mężczyzna umarł prawie w tej samej chwili, nie miał szans zareagować. Więc musiał zostać trafiony w organ niezbędny do życia.
- A nie mogła to być głowa?
- Rana na głowie ma ciemną otoczkę. Kula została wystrzelona z bliska. Prawie przy skórze.
- Jak na egzekucji.
- Dokładnie. Morderca jest dobrym strzelcem, ale nie lubi ryzykować. - To mówiąc, Scalviati skierował światło na ziemię, ukląkł i zaczął grzebać w trawie coraz szerszymi, okrężnymi ruchami. Od czasu do czasu zatrzymywał się, oglądając w palcach kamyczek albo kawałek drewna, by zaraz go wyrzucić.
- Szuka pan czegoś, prokuratorze?
Scalviati zignorował pytanie. Przemieszczał się miarowo, jakby odliczał coś w zabawie, wreszcie zatrzymał się przy przednim kole samochodu.
Po chwili wahania pogrzebał w kieszeni płaszcza i wyciągnął jedwabną chusteczkę. Chwycił przez nią niewielki cylindryczny kawałek metalu o porozrywanych bokach, z plamami w kolorze miedzi, wciśnięty w bieżnik opony.
- Łuski - powiedział, wstając.
- Cholera jasna - zawtórował mu Loiacono.
Na żadnym z poprzednich miejsc zbrodni nie odnaleziono łusek. Na nic zdały się ponawiane dokładne inspekcje przeprowadzane przez analityków z laboratorium kryminalnego. Morderca był zawsze skrupulatny, musiał mieć pewność, że nie zostawia śladów. Ale jeśli rzeczywiście była to ta sama osoba, tym razem popełniła błąd.
Być może coś mu przerwało. A może nie mógł poświęcić tyle czasu, ile chciał, by posprzątać miejsce zbrodni, ponieważ mógł zostać przez kogoś zaskoczony. Ale było też możliwe, że zrobił się tak pewny siebie, że zaczął być nieostrożny.
Scalviati owinął łuskę chusteczką i wręczył rozmówcy.
- Proszę to zanieść analitykom. - Przesunął się, by spojrzeć na miejsce pasażera i wpatrzył się w siedzenie. - Dziewczyna siedziała tutaj. Widziała wszystko. Pewnie krzyczała ze strachu, kiedy rozsypała się szyba, a ciało jej towarzysza rozrywały kule. A może strach paraliżował ją o kilka chwil za długo, ale jej pierwsza myśl musiała dotyczyć dziecka na tylnym siedzeniu - mówił bezosobowym głosem, jakby był przy rekonstrukcji sceny, którą właśnie opisywał.
- Jeszcze nie wiemy, czy tam było dziecko...
- Oprawca wyciągnął ją z samochodu, na ziemi są ślady szamotaniny. Ale jakoś musiało jej się udać wyrwać. Zaczęła biec. Może chciała dobiec do lasu, gdzie mogłaby zmylić pościg...
- Niestety morderca ją dogonił.
Scalviati skinął głową. Zanotował kilka rzeczy w terminarzu, potem poprosił o zaprowadzenie do miejsca, gdzie znaleziono zwłoki dziewczyny.
- Proszę za mną - powiedział Loiacono. - Ale ostrzegam: to nie wygląda ładnie. Zmaltretował ją, biedaczkę.
Miał rację.
Kiedy Scalviati spojrzał na to ciało, z nienaturalnie wygiętą szyją, głową wciśniętą w krzak jeżyn i podbrzuszem pokrytym krwią, która nasączyła też białą tkaninę porwanej sukienki, nie miał już wątpliwości.
W mieście był potwór.
I on musiał go złapać.