[Intro]
Sfiołkowałam
Sfiołkowałam na Twoim punkcie,
Sfiołkowałam...
[Zwrotka 1]
W moim ogrodzie to ja,
Kwiaty tam podlewam.
Trochę krzywo, trochę dziko,
Ale przynajmniej coś na żywo.
Ty nie pytasz, co jest grane,
Tylko bierzesz konewkę w dłoń
I z uśmiechem całkiem szczerym
Mówisz: "Dobra, będzie plon".
[Refren]
Sfiołkowałam na Twoim punkcie,
Fiołek w głowie... rośnie znów.
Trochę dziwnie, trochę słodko,
Ale ciągnie mnie do Ciebie znów.
Kochasz mój fiołek w głowie,
Dlatego wracam znów do Ciebie.
Tylko przy Tobie jakoś rosnę,
Ogrodniku ze złotym wąsem...
[Zwrotka 2]
Inni chcą tu mieć porządek,
Równo przycięty każdy krzak.
U mnie dżungla, pełna przygód,
I przypadkiem rośnie mak.
Ty się śmiejesz, patrzysz na mnie,
Jakbym była ogrodem snów.
Trochę chwastów, trochę magii
I za dużo dziwnych słów.
[Refren]
Sfiołkowałam na Twoim punkcie,
Fiołek w głowie... rośnie znów.
Trochę dziwnie, trochę słodko,
Ale ciągnie mnie do Ciebie znów.
Kochasz mój fiołek w głowie,
Dlatego wracam znów do Ciebie.
Tylko przy Tobie jakoś rosnę,
Ogrodniku ze złotym wąsem.
[Zwrotka 3]
Czasem wiatr mi wszystko miesza,
Czasem burza zrobi show.
Ja już nie wiem, co tu rośnie,
Ale Ty wiesz chyba to.
Bo gdy gubię się we własnym
Zarośniętym trochę "ja",
Ty prostujesz ścieżki cicho
I mówisz: "To dalej gra".
[Refren]
Sfiołkowałam na Twoim punkcie,
Fiołek w głowie... rośnie znów.
Trochę dziwnie, trochę słodko,
Ale ciągnie mnie do Ciebie znów.
Nana na na na, nana na na na,
Nana na na na, nana na na na...
Kochasz mój fiołek w głowie,
Dlatego wracam znów do Ciebie.
Tylko przy Tobie jakoś rosnę,
Ogrodniku ze złotym wąsem.
[Outro / Końcówka]
Sfiołkowałam na Twoim punkcie,
Fiołek w głowie... rośnie znów.
Trochę dziwnie, trochę słodko,
Ale ciągnie mnie do Ciebie znów.
Kochasz mój fiołek w głowie,
Dlatego wracam znów do Ciebie.
Tylko przy Tobie jakoś rosnę,
Ogrodniku ze złotym wąsem.
Nana na na na, nana na na na,
Sfiołkowałam na Twoim punkcie.
Nana na na na, nana na na na,
Nana na na na, nana na na na,
Sfiołkowałam na Twoim punkcie.
Na na na na na, na na na na na.
Rozdział 11 - Listy z ziemi
Ofelia znalazła pierwszy list w miejscu, które zwykle było tylko przejściem: między furtką a skrzynką na listy, między chodnikiem a jej małym światem. Koperta była zmięta, papier cienki, pismo drobne i niepewne - ktoś pisał wolno, jakby każde słowo kosztowało. Na froncie, zamiast adresu, ktoś napisał tylko: Dla ogrodu.
W środku były trzy zdania: Przechodzę tędy codziennie. Siadam na ławce i patrzę. Dziękuję, że to miejsce istnieje. Pod spodem mały rysunek - dwa kółka, które mogły być oczami, i linia, która mogła być uśmiechem.
Ofelia stała z tą kartką w dłoni i nagle poczuła, że ogród nie jest już tylko jej prywatnym chaosem. Ktoś widział to, co ona widziała w porannym świetle: nieporządek, ale też coś, co trzymało oddech. Ktoś czuł się lepiej, przechodząc obok.
Nie napisała od razu odpowiedzi. Zamiast tego poszła do ogrodu, rozprostowała ręce, dotknęła ziemi. Ziemia była chłodna, wilgotna po nocnej rosie. Włożyła palce między liście i pomyślała, że odpowiedź nie musi być słowna. Zostawiła jednak małą karteczkę przy furtce: Dziękuję za patrzenie. Jeśli chcesz, usiądź kiedyś i posłuchaj. - O.
W sobotę, o godzinie, którą sama wybrała, na ławce pojawiła się kobieta z siwymi włosami spiętymi w niedbały kok. Miała na sobie stary płaszcz i torbę z warzywami. Jej dłonie były popękane, jakby przez lata trzymała w nich ziemię i garnki. Ofelia poczuła, że serce jej przyspiesza - nie z powodu romantycznego napięcia, lecz z powodu niepewności: jak rozmawiać z kimś, kto widzi to, co ona widzi, a jednak nie zna jej historii.
- Dzień dobry - powiedziała kobieta, siadając ostrożnie. - Ja jestem Helena. Przechodzę tędy od lat. Kiedyś tu była inna działka, potem pustka, a teraz... - uśmiechnęła się, patrząc na maki i dzikie zioła - teraz jest życie.
Ofelia zaparzyła herbatę w starej, lekko pękniętej porcelanie. Rozmowa zaczęła się od roślin, ale szybko zeszła na rzeczy, które zwykle chowamy: na samotność, na to, jak trudno jest komuś powiedzieć, że potrzebuje towarzystwa, nie naprawy. Helena mówiła o mężu, który umarł cicho, o tym, jak jej dni stały się krótsze, jakby ktoś odcinał im końce. Mówiła o zapachu ziemi, który był jej domem, o dłoniach, które pamiętały sadzenie.
Ofelia słuchała i nagle zrozumiała, że ogród nie jest tylko jej azylem - jest mostem. Mostem, po którym ludzie mogą przejść, zostawić ciężar i wrócić do świata z odrobiną ulgi. To odkrycie nie było spektakularne; było ciche i powolne, jak wzrost nowego pędu.
Po tym spotkaniu przyszły kolejne listy. Niektóre były krótkie: Dziękuję za to miejsce. Inne miały rysunki dziecięcych rąk, które próbowały oddać kształt liścia. Pewnego dnia ktoś zostawił przy furtce mały kamyk z wygrawerowanym słowem spokój. Inny list zawierał przepis na zupę z pokrzyw - ktoś chciał się podzielić tym, co zna.
Felix obserwował to z boku. Nie przejmował inicjatywy, nie chciał być tym, który wszystko organizuje. Zamiast tego naprawiał skrzypiącą furtkę, przynosił dodatkowe krzesła, czasem siadał w cieniu i słuchał. Jego obecność była stała i cicha - jak ktoś, kto zna wartość milczenia. Kiedy Ofelia opowiadała mu o listach, uśmiechał się i mówił: - Ludzie szukają miejsc, gdzie mogą być bez etykiet. Dobrze, że masz taki ogród.
Z czasem ogród zaczął przyciągać ludzi, którzy nie przyszli po rady ogrodnicze, lecz po coś prostszego: po chwilę, w której ktoś ich zobaczy. Przyszedł młody ojciec z wózkiem, którego córka biegała między grządkami i śmiała się bez powodu. Przyszła nastolatka z zeszytem, która rysowała liście i zapisywała nazwy roślin. Przyszedł mężczyzna po pięćdziesiątce, który stracił pracę i przyniósł ze sobą stare narzędzia, bo chciał znów poczuć, że jego ręce coś tworzą.
Ofelia zaczęła prowadzić notatnik - nie z obowiązku, lecz z potrzeby pamiętania. Zapisywała imiona, krótkie zdania, co ktoś powiedział, jakie rośliny lubił. Notatnik stał się kroniką drobnych spotkań: kroniką, która mówiła, że przyjaźń nie musi być spektaklem, że może być prostym aktem obecności. Kiedy ktoś odchodził, zostawiał mały ślad: kawałek tkaniny, rysunek, kamyk. Ofelia zbierała te drobiazgi i wieszała je na gałęzi starego krzewu, tworząc nieformalną tablicę pamięci.
Pewnego popołudnia, kiedy deszcz zaczął padać delikatnie, Helena podała Ofelii mały kamyk. Na kamyku ktoś wygrawerował jedno słowo: Dziękuję. - To dla ciebie - powiedziała. - Za to, że nie zamknęłaś furtki.
Ofelia przyjęła kamyk i poczuła, że coś w niej mięknie. Nie była to miękkość słabości, lecz miękkość, która pozwalała na przyjęcie świata takim, jaki jest - z jego niedoskonałościami i drobnymi cudami. Zrozumiała, że przyjaźń, którą dzieliła z Felixem, zaczynała się rozgałęziać: nie w kierunku romansu, lecz w kierunku wspólnoty.
Wieczorem, gdy ogród pustoszał, Ofelia i Felix siedzieli na starych skrzynkach, patrząc na krople deszczu tworzące na liściach maleńkie lustra. - Kto by pomyślał - powiedziała Ofelia - że listy z ziemi mogą zmienić coś więcej niż porządek w skrzynce.
Felix spojrzał na nią z tym swoim spokojnym uśmiechem.
- Bo to nigdy nie była tylko kwestia ziemi i roślin - odpowiedział. - Stworzyłaś miejsce, w którym ludzie mogą po prostu odetchnąć. A ty razem z nimi.
Ofelia schowała kolejny list do kieszeni płaszcza - tym razem rysunek narysowany przez dziecko: słońce, drzewo, mały domek i napis: Tu jest mój ulubiony zakątek. Uśmiechnęła się i wiedziała, że jutro znów ktoś przekroczy próg jej ogrodu i zostawi kawałek swojej historii. I wiedziała też, że nie musi być bohaterką tej historii - wystarczy, że będzie obecna.