Sfora. Czerwony księżyc - Erin Hunter

Kup ebooka

44.90 zł
35.92 zł (44,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PROLOG

W legowisku panowała przytłaczająca ciemność, a przez wejście wpadała tylko słabiutka smuga księżycowego blasku. Liza zamrugała, by powstrzymać dreszcze. Chociaż zapachy ciepłego leża przynosiły jej ulgę, na zewnątrz, w srebrzystym świetle Psa Księżyca, nie mogło być przecież wyłącznie zimno i samotnie... prawda?

Leżący obok niej Mruk nadal pochrapywał, a Zawijas wydawał z siebie cichutkie piśnięcia i poruszał wargami, jak gdyby śnił o zwierzynie. Liza nie rozumiała, jak jej bracia mogli spać. Ich trójka miała coś do zrobienia. Coś, co nie mogło czekać już ani chwili!

Trąciła każdego z braci z miotu nosem, po czym popchnęła Zawijasa mocniej, kiedy ten oparł się jej z cichym warknięciem.

- Wstawajcie - wyszeptała. - No już! Musimy ruszać!

Mruk początkowo zaburczał na znak protestu, ale kiedy rozbudził się do końca, zamrugał powiekami i wstał niezdarnie na łapy. Zaraz potem przygryzł ucho Zawijasa, żeby go podnieść.

- Pospiesz się, Zawijasie - warknął. - Liza ma rację. Na nas już pora!

Liza przestraszyła się, że narobili hałasu, ale żaden z dorosłych psów z nowej sfory nawet się nie poruszył. Słyszała ich pochrapywanie i senne pomruki, a także okazjonalne drapnięcia pazurów o podłoże. Niektóre psy śniły o polowaniu. Widziała, jak porośnięte futrem boki towarzyszy miarowo wznoszą się i opadają w ciemności.

Chyba damy radę przemknąć obok nich - uznała w myślach. - Musi się udać!

Szczeniaczka poczuła dziwne ukłucie w brzuchu, kiedy po raz ostatni obejrzała się na Fuksa, Martę i Mikiego. Przecież to oni odnaleźli ją i braci z miotu i zaopiekowali się nimi po tym, jak ich Psia Mama zasnęła i więcej się nie obudziła. Towarzysze z ich sfory byli dla nich dobrzy i szczeniaczka żałowała, że nie może się z nimi pożegnać.

Ale jeśli ich obudzimy, powstrzymają nas przed odejściem - pomyślała.

- No dalej, Lizo - usłyszała niski głos Mruka tuż przy uchu. - Nie możesz już zmienić zdania! Ta sfora uważa nas za złe psy. Ale my jesteśmy szczeniętami prawdziwych psów bojowych i poradzimy sobie bez ich pomocy!

- Tak, wiem. - Liza cicho westchnęła. - Rozumiem to, ale...

- Są dla nas mili tylko dlatego, że jesteśmy mali - dodał szeptem Mruk i ze złości otrzepał sierść. - To się zmieni, kiedy wyrośniemy na dorosłe psy bojowe! Wtedy będą się nas bali!

- To oczywiste. Nigdy nie staniemy się prawdziwymi członkami ich sfory. - Liza szybko trąciła kufą brata z miotu. - Chodźmy już. Tylko teraz spróbujcie być cicho!

Kiedy szczenięta ukradkiem wspinały się do wyjścia z leża, Zawijas mocno trząsł się ze strachu. Liza i Mruk poganiali mniejszego brata pchnięciami nosów oraz lekkim podgryzaniem. Gdy wynurzyli się na przyćmione światło księżyca, cała trójka na chwilę zamarła w bezruchu. Trawa pod poduszkami łap Lizy była wilgotna od rosy, a nocne powietrze ostro pachniało w jej rozszerzonych nozdrzach. Szczeniaczka musiała jednak udawać silną dla Zawijasa, dzięki czemu sama czuła się nieco pewniej.

Tylko że ten świat jest naprawdę wielki... - myślała.

Szczeniaki w milczeniu powoli posuwały się naprzód w zwartej grupie, trzymając się blisko ziemi. Mokra trawa łaskotała Lizę w brzuszek i brodę, przez co szczeniaczka miała wielką ochotę kichnąć. Ale nie mogę tego zrobić - napominała się w myślach.

Przed nimi, na tle drzew, nagle przesunął się cień. Liza skuliła się i wstrzymała oddech, tak samo jak jej bracia z miotu. Obserwowała, jak suczka patrolowa, Luna, maszeruje wzdłuż granicy obozowiska z uniesionymi uszami i nosem węszącym w poszukiwaniu zapowiedzi kłopotów.

A jednak Luna wypatrywała zagrożeń, a nie trójki maleńkich szczeniaków wewnątrz obozowiska. Jej sylwetka prędko skryła się pośród cieni, a Liza głośno odetchnęła z ulgą. Szczeniaki bojowe pomknęły do drzewa znaczącego granicę obozowiska. Ich kroki w rozdygotanych uszach Lizy dudniły niepokojąco głośno.

Chociaż w legowisku sfory było ciemno, otaczający obozowisko las jakimś cudem okazał się jeszcze ciemniejszy. W leśnym podszyciu buszowały maleńkie stworzonka, przyprawiając trójkę szczeniąt o strachliwe podskoki. Kiedy nad głowami malców zaskrzeczał nocny ptak, Zawijas zachwiał się z przerażenia i nieomal upadł na ziemię. Mruk natomiast szedł z wysoko uniesionym łebkiem i zaciśniętymi szczękami. Choć Liza domyślała się, że jego odwaga jest tylko na pokaz, sama nie chciała wyglądać przy nim jak tchórz. Miała wrażenie, że Zawijas tak mocno przyciska się do jej boku, jakby tylko jej siła utrzymywała w pionie jego rozdygotane ciało.

- Gdzie jest ta skała? - zaskomlał żałośnie Zawijas, kiedy szczeniaki maszerowały w ciszy tak długo, że mogły uznać to za całą wieczność.

- Niedaleko - zapewniła Liza, chociaż sama zaczęła już w siebie wątpić. Czuła, że Mruk także powątpiewał, ponieważ coraz częściej patrzył na nią z urazą. Ach, gdyby tylko udało im się odnaleźć szarą kamienną bryłę o dziwacznym kształcie przypominającym kucającego futrzastego olbrzyma, szczeniaczka wiedziałaby dokładnie, gdzie się znajdują, i mogłaby poprowadzić braci z miotu w górę rzeki... - Przechodziliśmy z Martą obok Skały Futrzastego Olbrzyma wiele razy. Do rzeki musi być już blisko...

- O ile idziemy w dobrą stronę - burknął Mruk.

- A może już ją minęliśmy? - podsunął strachliwie Zawijas.

- Nie wydaje mi się. - Liza zawahała się z jedną uniesioną łapą.

Mruk oblizał wargi i obejrzał się najpierw w lewo, a potem w prawo.

- Chyba prowadzisz nas w złą stronę, Lizo.

- Przecież to ty powiedziałeś, że musimy iść w przeciwnym kierunku od tamtego wielkiego drzewa! - warknęła szczeniaczka.

- Ale ty kazałaś nam przeskoczyć ten mały strumień!

Liza otworzyła już pysk, żeby kłócić się dalej, kiedy nagle usłyszała urywany oddech wpatrującego się w nią Mruka. Przednie łapy szczeniaka wyraźnie podrygiwały. Liza zdała sobie sprawę, że brat z miotu boi się tak samo jak ona.

- Nieważne, czyja to wina - mruknęła, zwieszając uszy ze smutku. - Zgubiliśmy się i jesteśmy tu zupełnie sami, a ja nie mam pojęcia, co robić!

Zawijas zaskomlał z rozpaczy i położył się, po czym oparł głowę na przednich łapach.

- Zgubiliśmy się! - powtórzył.

- Nic nam nie będzie. - Liza próbowała go pocieszyć, ale jej głos nie brzmiał przekonująco nawet dla niej.

Nie mogliśmy się zgubić, przecież to głupie! - pomyślała.

Z determinacją uniosła głowę, żeby uważnie obwąchać powietrze.

- Musimy iść tędy! Jestem tego pewna... prawie...

Bracia z miotu wpatrywali się w nią z niedowierzaniem.

- No ruszcie się! - Zmusiwszy się do postawienia uszu, Liza wybrała kierunek, który wyglądał na całkiem prawdopodobny, i uniosła łapę... jednak ta okazała się niespodziewanie ciężka. Raptem do szczeniaczki dotarło, jak bardzo bolą ją nogi. Postawiła łapę na ziemię i znów opuściła uszy.

- Sama już nie wiem - wymamrotała. - Nie znam drogi.

Pośród trójki szczeniaków zapadła rozpaczliwa cisza. Młode psy spoglądały na siebie z przerażeniem i pełną tęsknoty samotnością. Miały wrażenie, że cienie drzew otaczają je w złowrogim uścisku.

Wtem jednak pośród panującej nocą ciszy do ich uszu dotarł szelest liści.

Liza nie potrafiła powstrzymać zszokowanego pisku. Odwróciła się i ujrzała przed sobą jasny kształt, który przepychał się przez poszycie prosto w ich kierunku. Spośród krzewów wyłonił się mały, czarny nos, a zaraz potem podrygujące wąsy i wesoły, przyjacielski pysk o białym futrze.

- To Stokrotka! - zaskomlała Liza. Jej paraliżujący strach ustąpił miejsca niezrównanej uldze, a maleńkie łapki szczeniaczki nagle stały się roztrzęsione i słabe.

- Lizo! Mruku, Zawijasie... Co tu robicie w środku nocy? - Mała biała suczka wpatrywała się w szczenięta z wyraźnym zmartwieniem pobłyskującym w ciemnych oczach. - Mogliście zrobić sobie krzywdę!

Liza i Mruk wymienili skruszone spojrzenia, podczas gdy Zawijas smutno pociągnął nosem, wpatrując się we własne łapy.

- Próbowaliśmy uciec - wyznała w końcu Liza.

- Uciec? - Stokrotka wytrzeszczyła oczy z niedowierzania. - Ale dlaczego?

- Żaden pies nie chce nas w waszej sforze - odpowiedział Mruk z cierpką, urażoną miną. - Będzie lepiej, jeśli zaczniemy radzić sobie sami.

- Och, na Psy Nieba! Przecież to nieprawda! Nic podobnego! - Stokrotka skoczyła naprzód na swoich krótkich łapkach, żeby z zapałem polizać szczenięta po uszach. - Oczywiście, że chcemy was w naszej sforze, szczeniaki. I oczywiście, że samym nie byłoby wam lepiej! Każdy pies potrzebuje silnej sfory. Zwłaszcza teraz, gdy Wielkie Warczenie zmieniło świat!

- Ale psy ze sfory nawet nas nie lubią - wymamrotał Mruk.

- Och, wracajcie ze mną do obozowiska. - Stokrotka zignorowała rozgoryczone słowa szczeniaka i zaczęła lizać go po nosie tak długo, aż Mruk głośno kichnął. - Fuks chce mieć was w naszej sforze. Tak samo jak Miki, Marta oraz ja. A jeżeli któryś pies naprawdę was nie akceptuje, to zobaczycie, że wkrótce zmieni zdanie. Nie martwcie się, szczeniaki!

Liza i Mruk popatrzyli na siebie nawzajem. Zawijas wyraźnie chciał wracać ze Stokrotką. Jego oczy nagle stały się błyszczące, a uszy uniosły się i zadrżały w wielkiej nadziei. Mruk wydawał się zbyt zmęczony na dalsze kłótnie, a Liza musiała przyznać, że ucieszyła się na widok Stokrotki.

- No dobrze, Stokrotko. - Nie zdołała powstrzymać ziewnięcia. Jej szczęki rozwarły się tak szeroko, że zmrużyła oczy, ale zaraz potem energicznie potrząsnęła głową. - Pójdziemy z tobą. Ale to taka daleka droga...

- Och, maleńka. - Stokrotka zaśmiała się z czułością. - Nie jest nawet w połowie tak daleko, jak myślisz. Dotarliście zaledwie do pierwszego terenu łowieckiego.

Uszy Lizy oklapły, a jej barki opadły.

I to tyle z naszej wielkiej ucieczki - pomyślała.

- W takim razie nic dziwnego, że nie potrafiłam znaleźć Skały Futrzastego Olbrzyma. Dalej mamy do niej bardzo, bardzo daleko!

Mimo to szczeniaczka poczuła lekkość w sercu, kiedy wyruszyła za idącą na przedzie Stokrotką. Była tak zmęczona, że pragnęła tylko skulić się w swoim przytulnym legowisku. Nawet buntownicze mamrotanie Mruka za jej ogonem nie mogło nakłonić jej do zmiany zdania.

Poza tym naprawdę chcę należeć do tej sfory - pomyślała. - Może Stokrotka ma rację. Nasi towarzysze wkrótce przywykną i wreszcie wszyscy zaczną nas lubić. Co prawda wolałabym mieszkać z moją Psią Mamą, ale ona poszła spać i już nigdy się nie obudzi. Chcę zatem odnaleźć swoje miejsce na ziemi. Chcę być częścią sfory!

Liza podniosła wzrok ku niebu, ogarnięta bezgraniczną tęsknotą.

Dlaczego nie potrafię znaleźć dla siebie miejsca? - rozmyślała.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Senna, ale zadowolona Nawałnica przeciągnęła się w promieniach Psa Słońca. Spokój na łące zakłócały tylko radosne piski czwórki szczeniaków, które hasały i bawiły się przed legowiskiem, doglądane przez swoich psich rodziców, alfę oraz Fuksa.

Dobermanka obserwowała szczenięta jednym otwartym okiem, z jednym uchem czujnie nastawionym. W jej piersi zagościło niespodziewane ciepło. Suczka z zaskoczeniem zdała sobie sprawę, że obserwowanie zabaw maluchów przynosi jej niezrównane szczęście.

Małe pieski były takie radosne i beztroskie, jakby zapomniały, że niedawno prawie utonęły w Bezkresnym Jeziorze. Nawałnica cieszyła się, że ten przerażający dzień ich nie zmienił. Rozumiała też, dlaczego znów były takie, jak wcześniej. Beta ich sfory, Fuks, zawsze potrafił sprawić, że nawet najmniejszy szczeniak czuł się bezpieczny i otoczony opieką.

Nawet taki, który nie był jego własnym szczeniakiem - dokończyła w myślach.

Z wdzięcznością wspominała własny okres burzliwego szczenięctwa. Kiedy ona i jej bracia z miotu nie mieli dokąd pójść i nie znali nikogo, kto by się nimi zaopiekował, Fuks ich odnalazł i zajął miejsce Psich Rodziców. Niestety, pomimo jego miłości i troski, jej bracia już nie żyli, co dla Nawałnicy było wielką stratą.

Ale ja przeżyłam - pomyślała z determinacją. - Przetrwałam i mogę teraz żyć za naszą trójkę. A to wszystko zawdzięczam właśnie Fuksowi.

Spokojna atmosfera panująca w obozowisku dodawała jej otuchy. Lubiła patrzeć na szczęśliwych towarzyszy ze sfory, zarówno tych młodszych, jak i starszych od niej. Obozowisko wydawało się pełne radości i życzliwości. Dzika Sfora potrzebowała przerwy od podejrzeń i strachu, które nawiedzały ją od bardzo dawna. Tego dnia, w porze wysokiego słońca, psy najwyraźniej zapomniały o kłopotach. Wiele z nich wierzyło, że zdrajcą w ich szeregach - złym psem odpowiedzialnym za wiele straszliwych czynów - był Grot, pies bojowy, który opuścił sforę wraz z Bellą. Towarzysze musieli uznać, że po jego odejściu są już bezpieczni.

To przekonanie było bardzo kuszące... jednak Nawałnica uważała, że Grot był niewinny. I jeśli miała rację, to zły pies, który podłożył przeźroczysty kamień na stertę zdobyczy i wrobił lojalną suczkę patrolową, Lunę, w kradzież zwierzyny, nadal nie został odnaleziony. Zabójca Szepta wciąż mógł działać swobodnie.

Na wspomnienie zamordowanego towarzysza Nawałnica z trudem powstrzymała dreszcz. Zagrożenie dla sfory nadal pozostawało realne - wiedziała to, choć wolałaby, by było inaczej. Zły pies mógł nawet w tej chwili planować kolejny atak. Mimo to suczka pragnęła chociaż przez moment cieszyć się nowo odnalezionym spokojem w Dzikiej Sforze.

Szkoda tylko, że nie potrafię uwierzyć, że nasze kłopoty dobiegły końca... - rozmyślała.

Nawałnica podniosła głowę z ziemi i dostrzegła Werwę, która szła w jej stronę z pyskiem pełnym miękkiego mchu. Suczka patrolowa postawiła uszy i energicznie zamerdała ogonem.

- Nawałnico! Przyniosłam ci coś! - Werwa ostrożnie upuściła mech obok towarzyszki. - Miałam wrażenie, że jest ci trochę niewygodnie. Proszę, podłóż to pod przednie łapy.

Dobermanka wytrzeszczyła oczy, wdzięczna i zaskoczona. Wcześniej nawet nie zdawała sobie sprawy, że jej przednie łapy leżą w dziwnej pozycji na twardym kamieniu. Uniosła brzuch i przyciągnęła mech na płaski głaz obok, po czym ponownie się na nim położyła. Tym razem jej wyciągnięte łapy leżały tak miękko, jakby szybowały tuż nad ziemią.

- Dziękuję ci, Werwo. Jesteś bardzo troskliwa.

I niespodziewanie miła - dodała w myślach, kiedy Werwa skinęła głową i zaczęła się oddalać. Partnerka Mikiego na co dzień była raczej wybuchowa, a ponadto należała do psów, które uznały, że zdrajcą sfory musi być pies bojowy. Po odejściu Grota podejrzenia tej grupy skierowały się na samą Nawałnicę. Teraz jednak Werwa traktowała ją jak bohaterkę. Wszystkie psy wiedziały, że to ona - suczka bojowa - zanurkowała w Bezkresnym Jeziorze i wyciągnęła z niego Kruszynkę. Uratowała życie małej szczeniaczki dzięki umiejętnościom, których dawno temu nauczyła ją Marta.

To doprawdy miła odmiana - pomyślała Nawałnica. - Wcześniej chyba nawet nie zdawałam sobie sprawy, jak mocno zasmucały mnie podejrzenia psów z mojej sfory. Zauważyłam to dopiero wtedy, kiedy znów zaczęły mi ufać.

Westchnąwszy z zadowolenia, suczka przymknęła oczy. Punkciki światła tańczyły pod jej powiekami, więc obserwowała je sennie, aż rozpłynęły się w czystą czerń. Wówczas do jej umysłu napłynęły mniej przyjemne myśli. Wiedziała, że Dzika Sfora nie może sobie pozwolić na takie poczucie spokoju.

Po wszystkim, co zrobił nam ten zdradziecki pies... - myślała. - Po tym, jak rozniósł po obozowisku krew i panikę, jak zabił lisie szczenię, żeby wywołać wojnę pomiędzy lisami i psami...

Nawałnica chciałaby wierzyć, że tych straszliwych zbrodni dopuścił się jeden z psów, które już opuściły sforę. Z pewnością nie był za nie odpowiedzialny Grot. Ani Bella. Oni nie byliby zdolni do podobnych okrucieństw, bez względu na to, co mówili o nich pozostali.

Ale co z psami z dawnej sfory Terrora; z Atut, Borem, Łobuzem... albo nawet Strzałą? Strzała co prawda od początku należała do Dzikiej Sfory, ale odeszła i dołączyła do trójki dezerterów. Ich dawni towarzysze odłączyli się, zanim królicza krew została rozsmarowana po polanie, ale mogli przecież zakraść się do obozowiska i podłożyć ją bez wiedzy pozostałych.

Nagle Nawałnica poczuła przy swoim boku ciepło. Kiedy otworzyła oczy, ujrzała Mikiego i Werwę, którzy dołączyli do niej w promieniach słonecznego światła. Ich obecność pozwoliła suczce bojowej odzyskać pewność siebie. Raptem na jej grzbiecie wylądowały maleńkie łapki. Odwróciła głowę, kiedy szczenięta Fuksa i alfy zaczęły się na nią wspinać. Trącały łapkami jej ogon i lekko podgryzały uszy.

- Kruszynko! - pisnęła do najmniejszej szczeniaczki z miotu.

Kruszynka nie zwróciła na nią uwagi, zajęta radosnym chapaniem ucha Nawałnicy. W tym samym czasie większy i bardziej kudłaty Chwiejek sturlał się na ziemię i zaczął atakować tylną łapę suczki bojowej. Dwie pozostałe szczeniaczki, Gryzka oraz Puchatka, walczyły na śmierć i życie na jej grzbiecie. Kiedy Nawałnica je z siebie strząsnęła, natychmiast wdrapały się z powrotem i ponowiły atak.

- Na twoim miejscu bym się poddał - zaśmiał się Miki.

Nawałnica przeturlała się na bok i leniwymi ruchami zaczęła odtrącać Kruszynkę. Mała szczeniaczka piszczała z zachwytu. Gryzka i Puchatka, zapomniawszy o własnej walce, rzuciły się Nawałnicy do gardła i podgryzały jej skórę maleńkimi, miękkimi pyszczkami. Na zmianę to chichotały, to warczały. Nawałnica wydała z siebie dramatyczny okrzyk porażki, a kiedy wyciągnęła łapy wysoko w górę, Chwiejek wskoczył na jej bark, po czym uniósł drobny pyszczek i zaczął triumfalnie jazgotać.

- Szczeniaki! Pokonałyście mnie!

- Grrr! - Kruszynka trzymała między ząbkami imponująco sporą część łapy Nawałnicy.

- Pakana... Pokonaliśmy suczkę bojową! - wykrzyknął Chwiejek.

- Hura! - zaszczekały chórem Puchatka i Gryzka.

Dobermanka leżała bezradnie pod szczeniętami i powarkiwała ze śmiechu, czując w brzuchu ogromne ciepło miłości.

Szczeniaki już się mnie nie boją, ani odrobinę - ucieszyła się w myślach. - Zwłaszcza po tym, jak uratowałam je z Bezkresnego Jeziora. Myślę nawet, że naprawdę mnie polubiły...

- Nawałnico, Nawałnico! Opowiedz nam coś! - Gryzka maszerowała w tę i z powrotem tuż przed jej nosem.

- Właśnie, opowiedz! - zawtórowały jej Puchatka i Kruszynka.

- Albo znowu cię pokonamy! - zawarczał Chwiejek prosto do ucha Nawałnicy, przez co suczka bojowa podskoczyła z zaskoczenia.

- Bardzo bym chciała, szczeniaki... - Nawałnica podniosła się nieco i otrzepała.

Zwłaszcza teraz, kiedy wreszcie nauczyłyście się mówić "Nawałnica", a nie "Walica"! - dodała w myślach.

- Ale... Czekaj, Chwiejku, nie gryź mnie! Po prostu nie pamiętam teraz żadnej historii i... Czekajcie!

- Ja wam coś opowiem. - Za maluchami rozbrzmiał rozbawiony głos alfy. - Pod warunkiem, że zostawicie Nawałnicę w spokoju, szczenięta. Dajcie jej trochę odetchnąć! - Piękna chartka z czułością liznęła Nawałnicę w kufę, po czym usiadła na trawie. Jej szczeniaki nareszcie dały spokój suczce bojowej i z zapałem rozsiadły się wokół swojej Psiej Mamy. Wyjątkiem była Kruszynka, która uparcie pozostała pomiędzy łapami Nawałnicy. Suczka delikatnie polizała szczeniaczkę po czubku głowy.

Alfa mrugnęła z powagą do Nawałnicy, na co ta z wdzięcznością uderzyła ogonem o ziemię.

- Jeżeli chcecie, szczeniaki, to opowiem wam kolejną historię o Psach Wiatru.

- O tak, o Psach Wiatru! - zaszczekała podekscytowana Puchatka, a jej kudłate ciemnobrązowe uszy wystrzeliły w górę. Wszystkie szczenięta uwielbiały słuchać, jak alfa opowiada im o swoich ulubionych Psich Duchach. Alfa, jak wszystkie charty, czuła się blisko związana z Psami Wiatru, dlatego szczeniaki także łączyła z nimi specjalna więź.

- No dobrze. - Alfa skrzyżowała przednie łapy i ułożyła się wygodniej. - Wiecie już, że wraz z każdą zmianą czterech sezonów Psy Wiatru gonią Złotego Jelenia dookoła świata. I każdego roku, kiedy Złoty Jeleń zostaje schwytany, długoblask dobiega końca i rozpoczyna się rudoliść. To wówczas Pies Ziemia przygotowuje się na lododmuch.

- Tak, tak, tak. Pamiętamy! - Podekscytowany Chwiejek oparł się na Gryzce, żeby lepiej słyszeć, ale siostra z miotu natychmiast go z siebie zrzuciła.

- Kiedy na świecie panuje równowaga, Złoty Jeleń ponownie podnosi się wraz z nadejściem drzewokwiecia przed kolejnym długoblaskiem. Tymczasem kiedyś, bardzo dawno, dawno temu, długoblask zdążył dobiec końca, a Psy Wiatru nie upolowały Złotego Jelenia.

Puchatka wstrzymała oddech.

- Jak to się mogło stać?

- Żaden pies tego nie wie, szczeniaki. Ale ponieważ Złoty Jeleń biegł dalej, rudoliść nigdy nie nadszedł, a po nim nie przyszedł lododmuch. Mimo to Psy Wiatru nadal goniły za Jeleniem. Pędziły za nim z wściekłą desperacją, choć były bardzo, bardzo zmęczone. Bały się, że tym razem nie zdołają schwytać swojej zdobyczy. A gdyby Złoty Jeleń biegał po wsze czasy, równowaga na całym świecie zostałaby zachwiana!

Czwórka szczeniaków wytrzeszczyła oczka na Psią Mamę. Nawałnica obserwowała je z czułym rozbawieniem.

- Wreszcie Psom Wiatru zaczęło brakować tchu. Wyglądało na to, że Złoty Jeleń będzie pędził wiecznie. Ale co stałoby się z ziemią bez rudoliścia i lododmuchu? Bez zimnych sezonów rośliny i drzewa nie mogłyby przecież odpoczywać i rosnąć! Wtem jednak pierwsza chartka, Zwinny Pies, wyłoniła się ze swojego legowiska. Była w szoku, gdy zobaczyła biegnącego Złotego Jelenia, ale od razu wiedziała, co powinna zrobić. - Alfa z głęboką powagą powiodła spojrzeniem po szczeniakach. - Zerwała się na równe łapy i ruszyła pędem u boku Psów Wiatru. Zdołała je dogonić, ponieważ w przeciwieństwie do nich czuła się wypoczęta i rześka. "Patrzcie, jakie mam lekkie ciało i długie, chude nogi", rzekła do Duchów. "Potrafię biegać i wcale nie jestem zmęczona. Pozwólcie, żebym dokończyła za was ten pościg!"

Szczeniaki słuchały opowieści w całkowitej ciszy i bezruchu.

- Psy Wiatru były takie zmęczone, że zgodziły się, aby pierwsza chartka przejęła pogoń. Wkrótce przekonały się też, że miała rację. Jej ciało było leciutkie i zwinne niczym ptak w locie, a długie łapy pokonywały ogromne dystanse. Złoty Jeleń nadal biegł szybko, szczenięta, ale w tej chwili on również czuł się wycieńczony. Kiedy wbiegał na wysokie wzgórze, odważna chartka siedziała mu na ogonie. Oboje dotarli już na szczyt, gdy chartka zdecydowała się wyskoczyć daleko przed siebie... i upolowała Złotego Jelenia!

Szczenięta nie posiadały się z radości, zaczęły głośno piszczeć i ujadać z zachwytu.

- Hura! Brawo, pierwsza chartko!

- W ten sposób powróciła równowaga na świecie. Psy Wiatru były zadowolone z chartki i dumne z jej odwagi oraz determinacji. Dlatego też obiecały, że od tamtej pory każdy żyjący pies, który schwyta Złotego Jelenia lub jego cień, otrzyma w nagrodę długie życie i dużo szczęścia dla siebie, swoich szczeniąt oraz swojej sfory.

- Hura! - zaszczekał Chwiejek i zakręcił się z radości. - Któregoś dnia sam go upoluję!

- Nie! Ja to zrobię! - pisnęła Puchatka, odpychając łapką brata z miotu.

- Ja! Ja! - zaszczebiotała Kruszynka, czym wprawiła w rozbawienie wszystkie psy w pobliżu.

Nawałnicy udało się powstrzymać od śmiechu, nawet przyjaznego. Lekko trąciła nosem najmniejszą szczeniaczkę.

Nie chciałabym zranić jej uczuć - pomyślała.

- Pewnie, że mogłabyś złapać Złotego Jelenia, Kruszynko. Jesteś niesamowicie zdeterminowana i odważna!

Kruszynka przytaknęła z zapałem.

- Dziękuję, Nawałnico!

Niektóre psy w Sforze uważały, że Złoty Jeleń był tylko legendą, bajką opowiadaną szczeniakom dla rozrywki. Nawałnica wiedziała jednak, że jest inaczej.

Widziałam go! - przypomniała sobie z ekscytacją. - A Fuks prawie go upolował, zupełnie niedawno! Znalazł się na długość skoku od jego cienia...

Nawałnica obserwowała szczenięta, które zaczęły już ziewać i kłaść się wokół Psiej Mamy.

Jeżeli życie sfory pozostanie takie spokojne, mogłabym wyruszyć na łowy i spróbować schwytać Złotego Jelenia przed końcem długoblasku - uznała. - Nie tylko dla Chwiejka, Gryzki, Puchatki i Kruszynki. Zrobiłabym to dla całej mojej sfory. Okazałabym towarzyszom wdzięczność za akceptację i udowodniła, że moje miejsce jest pośród nich!

Przepełniona niespodziewaną energią Nawałnica zerwała się z ziemi.

- Alfo, czy mogłabym pójść pobiegać w samotności? Twoja historia sprawiła, że mam ochotę rozprostować łapy!

Nieco zaskoczona alfa skinęła głową.

- Oczywiście, Nawałnico. Wiem, co masz na myśli. Mówienie o bieganiu zawsze sprawia, że też pragnę pobiegać! - Alfa zerknęła na swoje szczenięta, westchnęła z rozbawieniem i potrząsnęła głową. - Rzecz jasna, nie w tym momencie...

Nawałnica po raz ostatni przesunęła nosem wzdłuż barku Kruszynki, po czym odwróciła się i wybiegła z obozowiska.

Pewnie nie zobaczę dziś Złotego Jelenia, ale kto wie? - rozmyślała. - Może nadal kręcić się gdzieś w pobliżu. Na pewno warto to sprawdzić! Gdybym tylko podchwyciła jego trop...

A jednak to nie zapach jelenia wypełnił jej nozdrza, kiedy zaczęła pędzić wśród leśnego poszycia. Wyczuła natomiast woń znajomego psa i niemal na niego wpadła, w ostatniej chwili zatrzymując się z poślizgiem.

- Bruno!

Serce Nawałnicy zamarło. Bruno nigdy do końca nie zaakceptował jej jako towarzyszki ze sfory. Miał głęboko zakorzeniony brak zaufania do psów bojowych. Nawet przez ostatnie dni, kiedy inni byli mili dla Nawałnicy, Bruno wciąż trzymał się od niej na dystans. Suczka nie spodziewała się wpaść prosto na niego, chociaż mogła się domyślić, że był na patrolu. Liczebność sfory zmniejszyła się tak gwałtownie, że nawet myśliwi wymieniali się obowiązkami patrolowymi. Nawałnica zesztywniała i cofnęła uszy, czekając na zjadliwy komentarz wielkiego psa.

- Nawałnico. - Bruno wyglądał na zdziwionego, ale spojrzenie jego brązowych oczu szybko złagodniało. - Ty również jesteś na patrolu?

- Wyszłam tylko pobiegać - wymamrotała. - Lepiej już pójdę...

- Nawałnico, zaczekaj. - Bruno zbliżył się do niej o krok. - Tylko na chwilę. Muszę ci coś powiedzieć, bo ja... Przepraszam. Przepraszam cię za to, jak się zachowywałem.

Nawałnicy prawie opadła szczęka. Suczka bojowa mogła tylko wpatrywać się w niego z powątpiewaniem.

- Mówię poważnie - podjął. - Byłem wobec ciebie niesprawiedliwy, za co przepraszam. Nie uważam, żebyś była złym psem. Naprawdę.

Dobermanka usiadła i podrapała ucho tylną łapą, grając na czas.

Czy ja na pewno dobrze usłyszałam? - zastanawiała się w myślach.

- Ale przecież nie lubisz psów bojowych...

- Nadal uważam, że to Grot zamordował Szepta - wymamrotał Bruno. - No cóż, albo on, albo jeden z lisów. Ale kiedy patrzyłem, jak ratujesz Kruszynkę z Bezkresnego Jeziora, wiedziałem, że bardzo się co do ciebie pomyliłem. Jesteś dobrym psem, Nawałnico. Przepraszam, że ci nie wierzyłem. I przepraszam za wywołane przeze mnie kłopoty.

Suczka bojowa podejrzliwym spojrzeniem zmierzyła potężnego psa, który krzywił pysk w wyrazie rozpaczliwej skruchy. Ile razy widziała, jak Bruno marszczy brew z wrogości i niechęci? Teraz jednak, choć przyglądała mu się bardzo uważnie, nie potrafiła odnaleźć gniewu w jego pełnych wyrzutów sumienia oczach. Mimo to nie umiała mu zaufać.

Podniosła się na cztery łapy.

- Mimo wszystko nadal oskarżasz Grota. Dalej uważasz, że psy bojowe bez wyjątku są złe. A przecież nikt z nas nie prosił, żeby się takim urodzić!

- Grot jest inny. - Spojrzenie Bruna stało się błagalne. - Nadal go podejrzewam, ponieważ go nie znamy i nigdy nie znaliśmy. Nie do końca. Na dodatek teraz odszedł z naszej sfory i zabrał ze sobą Bellę... Ale moje wątpliwości nie wynikają z tego, że jest psem bojowym, Nawałnico. I ciebie też nigdy więcej nie będę oceniał w ten sposób. Teraz rozumiem, jakie to głupie.

Nawałnica oblizała fafle. Bruno wyglądał na szczerze zasmuconego. Czy doprawdy mogłaby dalej kłócić się z psem pełnym tak szczerej skruchy?

- Jeżeli to prawda, Bruno, to... Myślę, że mogę przyjąć twoje przeprosiny.

- To prawda. Przysięgam. Słuchaj, Nawałnico, muszę teraz dogonić swój patrol. - Wielki pies żywo postawił uszy, ale nagle przykucnął i wysunął łapy przed siebie, zniżając głowę niemal do samej ziemi. - Ale proszę, uwierz mi, że żałuję wszystkiego, co powiedziałem.

Chyba nie udawałby takiej uległości, prawda? - pomyślała. - Bruno zawsze mówi wszystko, co myśli. - Nawałnica cofnęła uszy, zszokowana, ale na swój sposób zadowolona. - Nigdy bym się nie spodziewała, że Bruna w ogóle obchodzi, co czuję. Ale choć trudno mi w to uwierzyć, sądzę, że rzeczywiście nie kłamie.

Suczka bojowa nieśmiało zamerdała ogonem.

- Dobrze... Już dobrze, Bruno. I dziękuję. Ja... doceniam, że to powiedziałeś.

- To świetnie! - Bruno wyskoczył naprzód, żeby dotknąć nosem jej nosa. - Dziękuję, Nawałnico. To bardzo wiele dla mnie znaczy.

Obserwując jego oddalający się ogon, Nawałnica ponownie przysiadła. Chociaż wciąż była skołowana, przepełniało ją przybierające na sile szczęście.

Ledwie mogę w to uwierzyć - pomyślała. - Bruno rzeczywiście nie kłamał. Jestem tego pewna. Już wcale mnie nie nienawidzi! Cała sfora mnie akceptuje!

Sytuacja naprawdę zmienia się na lepsze. Czuję, że właśnie tutaj jest moje miejsce - uświadomiła sobie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki