ROZDZIAŁ 2
PONIEDZIAŁEK... I WSZYSTKO, CO PÓŹNIEJ
25 czerwca 1973 rokuPark stanowy Missouri Headwaters, Montana
Ruch powietrza. Coś z nim było nie tak.
Heidi Jaeger miała tylko dwanaście lat, ale wiedziała, że wiatr nie może wiać wewnątrz namiotu. Może nie opuściła klapy namiotu, kiedy wracała do niego koło północy? Ruszyła w stronę ubikacji, lecz już po kilku krokach poczuła nagły lęk przed ciemnością, jakby coś złego ją obserwowało. Szybko wróciła do środka i zakopała się w śpiworze. Kilka razy na głos zawołała Susie, ale jej młodsza siostra mocno spała. Heidi ułożyła się zatem wygodnie, uspokojona samym faktem obecności ciepłych ciał swoich braci i siostry - i zasnęła.
Ale ten dziwny podmuch powietrza pochodził z drugiego końca namiotu. To nie miało sensu.
Było jeszcze ciemno, słońce miało wzejść za pół godziny, może nieco wcześniej. Zimne powietrze było wilgotne, ponieważ po obu stronach kempingu płynęły rzeki. Ptaki spały wśród liści starych topoli.
Heidi w półmroku uniosła się na łokciach, aby sprawdzić, czy materiał nie pękł na szwie albo czy koniec namiotu się nie przewrócił. Bądź co bądź mieszkali w nim już kilka dni, odkąd Bill i Marietta Jaeger wraz z piątką dzieci wyjechali ze stanu Michigan na wielką wakacyjną wyprawę na Zachód. Przejechali przez Park Narodowy Badlands w Dakocie, odwiedzili słynny sklep Wall Drug - największą atrakcję turystyczną na trasie - zobaczyli Mount Rushmore, jechali przez niekończące się prerie w Wyoming, byli nad Little Bighorn... A teraz obozowali na zachodzie Montany, gdzie spotkali się z rodzicami Marietty, emerytami, którzy przyjechali tu z Arizony, i wspólnie rozbili obóz w tym trawiastym zakątku parku stanowego Headwaters.
Czwórka dzieci Jaegerów - Heidi, czternastoletni Frank, dziewięcioletni Joe i najmłodsza w rodzinie, siedmioletnia Susie - spała zawsze w rodzinnym namiocie. Najstarszy brat, szesnastoletni Danny, urządził się sam w rodzinnej furgonetce. Bill i Marietta spali w zabudowanej przestrzeni ładunkowej pick-upa rodziców kobiety.
To był cudowny czas. Wszyscy cieszyli się możliwością oderwania się od monotonnej codzienności. W domu, w Michigan, Heidi musiała dzielić sypialnię z niesforną Susie - pierwszoklasistka często denerwowała starszą siostrę. W czasie podróży przez zachód dziewczynki jednak grały w zgadywanki i rozmawiały jak siostry, dzięki czemu długa droga mijała im szybciej. Heidi doszła w końcu do wniosku, że Susie nie jest taka zła i że można się z nią dobrze bawić. Może to była kwestia krajobrazu, może żywiołowość Susie dobrze pasowała do tych bezkresnych przestrzeni... Nieważne. Ważne, że wreszcie wszystko było dobrze.
Poprzedniego wieczoru młodsze dzieci ułożyły się ciasno obok siebie w śpiworach, z głowami w głębi namiotu, ogrzewając się nawzajem. Po zmroku Bill i Marietta wczołgali się do środka, aby każde z nich ucałować na dobranoc. Susie w swoim czerwonym śpiworze leżała najdalej, Marietta nie mogła jej dosięgnąć: pocałunek ledwie musnął policzek dziewczynki.
- O nie, mamo, nie tak! - zawołała.
Szybko wygrzebała się ze śpiwora, przelazła przez leżące obok rodzeństwo i energicznie pocałowała Mariettę w same usta.
- O, teraz było dobrze! - oznajmiła z dumą i wślizgnęła się z powrotem do śpiwora. - Tak powinno być!
Ale ten podmuch powietrza... Nie, tak nie powinno być.
Heidi znowu poczuła nagły przypływ niepokoju. Sięgnęła ręką za głowę, żeby sprawdzić, czy któryś z masztów namiotu się nie przewrócił. Lecz pod palcami, zamiast namiotowego płótna, poczuła mokrą trawę.
Poderwała się. Przez dziwne rozcięcie w kształcie półksiężyca zobaczyła na trawie za namiotem jednego z ulubionych pluszaków Susie. To wszystko nie miało sensu.
Teraz już w pełni rozbudzona, w półmroku, tuż przed świtem, Heidi uważnie rozejrzała się wokół siebie. Jej dwaj bracia spali spokojnie w swoich śpiworach.
Ale śpiwór Susie był pusty.
Czas jakby zatrzymał się w miejscu. Heidi wyskoczyła z namiotu, krzycząc wniebogłosy i budząc wszystkich. Załomotała do pick-upa, w którym spali rodzice.
- Susie zniknęła! - krzyczała. - W namiocie jest wielka dziura, nie mogę znaleźć Susie!
Bill Jaeger wyskoczył z pick-upa i ruszył za córką do namiotu. Zobaczył równe półkoliste rozcięcie w płótnie na wysokości miejsca, w którym spała Susie. Na mokrej trawie leżał pluszowy konik jego młodszej córki.
I ani śladu Susie.
Bill pobiegł do samochodu. Zawołał Mariettę i chwycił latarkę.
- Rzeczywiście, nie ma Susie! - krzyknął.
Już po chwili nikt nie spał, wszyscy biegali dookoła z latarkami w rękach. Może Susie poszła w nocy do ubikacji i w ciemnościach nie trafiła z powrotem? Może, lunatykując, poszła na inny kemping? Może poszła nad rzekę i wpadła do wody?
Potrzebowali pomocy, i to szybko. Wkrótce do gorączkowych poszukiwań dołączyli inni obozowicze. Ludzie biegali we wszystkie strony, wiedząc jedynie, że szukają małej dziewczynki. Ojciec Marietty pojechał swoim pick-upem do odległego o dwa i pół kilometra miasteczka Three Forks, aby sprowadzić na miejsce szeryfa.
Tymczasem na kempingu zdenerwowana i zdezorientowana Heidi zasnęła w furgonetce, w której spędził noc jej starszy brat. Kiedy obudziła się cztery godziny później, sytuacja nie wyglądała ani trochę lepiej. Dookoła kręciło się jeszcze więcej obcych ludzi. Ich głosy dochodziły z każdego zakątka parku. Rodzice byli na wpół oszołomieni, na wpół spanikowani.
Heidi czuła się jak we śnie, w którym czas się zatrzymał. Ale to nie był sen.
Susie nie było.
Jakby pochłonęła ją sama ciemność.
Zastępca szeryfa hrabstwa Gallatin Don Houghton był sam na nocnej zmianie. Tuż przed świtem przyszło wezwanie: rodzina nocująca na kempingu w parku stanowym zgłosiła zaginięcie małej dziewczynki.
To była długa noc, Houghton nie mógł się doczekać, kiedy wreszcie będzie mógł odpocząć, wkurzył się więc, że musi jechać do parku Headwaters tylko po to, żeby spisać raport i szukać jakiegoś dzieciaka z miasta, który pewnie poszedł się wysikać i zgubił drogę.
Don Houghton miał tylko dwadzieścia cztery lata. W hrabstwie Gallatin "funkcjonariusz policji" to był albo szeryf, albo jego zastępca. Don Houghton był synem policjanta z drogówki, który przez całe życie jeździł między małymi miasteczkami w zachodniej części Montany. Nigdy nie planował pójść w ślady ojca, po skończeniu szkoły średniej wstąpił więc do korpusu marines i wyjechał do Wietnamu. Po powrocie do domu chciał studiować inżynierię na Montana State University w Bozeman. Ustawa o weteranach (znana jako G.I. Bill ) zapewniała mu dostęp do stypendiów, ale nie były to duże pieniądze. Aby móc płacić za naukę, zaaplikował o pracę w biurze szeryfa hrabstwa Gallatin - i dostał ją. W ten sposób stał się jednym z ośmiu mundurowych pracujących w hrabstwie (wliczając w to szeryfa L.D.W. Andersona, znanego jako Andy).
Szeryf Anderson był dzieckiem farmerów, którzy stracili swoje gospodarstwo w czasie wielkiego kryzysu. W czasie wojny patrolował wybrzeża Okinawy. Dwadzieścia pięć lat przed opisanymi tu wydarzeniami zaczynał jako skromny strażnik więzienny w Bozeman. Dał się poznać jako twardy, choć nieco tradycyjnie podchodzący do pracy gliniarz. Dziś był już niemal własną karykaturą: tęgawy, przysadzisty, wyglądał raczej na polityka niż na policjanta.
Zadanie "służenia i chronienia" dobrych obywateli hrabstwa Gallatin spadło zatem głównie na barki jego niedoświadczonego zastępcy, Dona Houghtona, człowieka w zasadzie bez żadnego policyjnego przeszkolenia.
Kiedy Houghton dotarł do parku Headwaters, niebo już się rozjaśniło. Jaegerowie byli bardzo zdenerwowani. Na ich niewielki obóz składały się furgonetka, pick-up, dwie przyczepki i namiot z dziwnym, równym rozcięciem w tylnej części. "Nigdy czegoś takiego nie widziałem" - pomyślał zastępca szeryfa.
Zobaczył jednak coś jeszcze: dziwny ślad prowadzący na północ. Nie były to odciski stóp, raczej pasmo przypominające ślad na wodzie, jakby ktoś przeszedł tamtędy i pozostawił smugę na wilgotnej trawie. Było sucho, nie padało od ponad miesiąca, jednak obok płynęły dwie rzeki, powietrze było zatem wystarczająco wilgotne, aby w chłodne poranki na ziemi pojawiała się rosa.
Pytania nasuwały się szybciej niż odpowiedzi.
Czy to był ślad dziewczynki? Kogoś z poszukujących? A może kogoś innego? Ślad zaginionego dziecka czy coś bardziej złowrogiego? Kto porwałby dziewczynkę przebywającą na wakacjach cztery tysiące kilometrów od domu? I jak to możliwe, że nikt z kilkunastu obozowiczów nic nie widział?
Zastępca nie znał odpowiedzi.
Niepokoiły go jednak ślad na trawie i równo wycięty otwór w płótnie namiotu.
Samo przyglądanie się okolicy nie wystarczyło. Houghton chciał działać metodycznie, ale Jaegerowie błagali go, by ruszał szukać Susie. Chcieli, żeby zrobił coś więcej i żeby zrobił to szybko. Żeby zrobił cokolwiek.
Don Houghton nigdy nie miał do czynienia z taką sprawą. Polegał raczej na instynkcie niż na szkoleniu. Znał ludzi i pozwolił, aby jego ludzka strona wzięła górę. Nie mógł ich uspokoić, jeśli sam był zdenerwowany. Im bardziej jednak starał się być opanowany, tym bardziej wzburzeni stawali się Jaegerowie.
Zastępca szeryfa znał małe miasteczka w Montanie. Nie zamierzał zostać kozłem ofiarnym. Wezwał wsparcie i kazał przekazać wiadomość szeryfowi Andersonowi.
Wkrótce zaczęła się poranna zmiana i przybyli inni zastępcy szeryfa. Zamknięto drogi wyjazdowe z parku stanowego. Wszyscy szukali jakichkolwiek śladów Susie Jaeger wśród wierzb nad rzeką, na wzgórkach i w zagłębieniach terenu.
Don Houghton był pierwszym funkcjonariuszem, który pokazał się na miejscu, to on więc kierował całą operacją do chwili przybycia szeryfa Andersona. A że Andy nie był typem człowieka, który dobrze sobie radził z dowodzeniem, chętnie oddał tę odpowiedzialność.
Wezwał zatem własne wsparcie i czekał cierpliwie w cieniu topoli, aż na miejscu zjawili się Byron Dunbar i Bill Terry, agenci specjalni FBI z Bozeman.
W cieniu topoli krążyły duchy.
Nierozwiązana od 1968 roku sprawa morderstwa Michaela Raneya - dwunastoletniego skauta dźgniętego nożem i zatłuczonego przez nieznanego intruza, który rozciął jego mały namiot na tym samym kempingu w parku stanowym Headwaters, niecałe pięćdziesiąt metrów od miejsca, z którego zniknęła Susie - wciąż nie dawała spokoju szeryfowi Andersonowi. Wtedy jego niekompetentni koledzy - raczej kumple od kieliszka niż detektywi - spartaczyli śledztwo. Miejscowi byli wkurzeni, a całe biuro po pięciu latach nadal nie odzyskało dobrej reputacji.
Aby poprawić wizerunek kierowanej przez siebie instytucji, Andy zatrudnił kilku młodych ludzi, studentów college'u, takich jak Houghton - i nazwał to "reformą". Praca lokalnych policjantów rzeczywiście nieco się poprawiła, zwłaszcza w czasie zmian, na których dyżurowali ci nowicjusze. Kumple szeryfa nadal się obijali, wyluzowani jak zawsze. Houghton nie był jednym z nich - i to mu odpowiadało.
Nawet jednak niespecjalnie lotny "nocny policjant" zauważyłby poruszające podobieństwa między morderstwem Michaela Raneya a porwaniem Susie Jaeger. Fakt, śmierć skauta przypisano młodzieńczym wygłupom, poza tym chłopak został pchnięty nożem, a nie porwany, ale miejscowi z całej opowieści usłyszeliby zapewne tylko hasła: "małe dzieci", "rozcięte namioty", "park Headwaters", "środek nocy", "żadnych podejrzanych".
A w tej okolicy wybory się wygrywało albo przegrywało w zależności od miejscowych plotek.
Już po wschodzie słońca, ale jeszcze przed śniadaniem, agent specjalny Dunbar wjechał swoim chevroletem biscayne - samochodem zupełnie niekojarzącym się z pracą w FBI - na asfaltowy parking w parku stanowym Headwaters. Nie znosił wstawać tak wcześnie, zwłaszcza że zwykle późno kładł się spać, ale szeryf Anderson obudził go, żeby przekazać mu pilną wiadomość o porwaniu czy czymś w tym rodzaju.
Agent Dunbar wygramolił się z fotela kierowcy. Był wysoki, miał prawie metr dziewięćdziesiąt. Ciemnowłosy, postawny, bez typowego dla swojego wieku brzuszka, w dobrej formie. Spokojny, opanowany. Lubił filmy z Johnem Wayne'em, prozę Louisa L'Amoura, grube czarne cygaretki i ciekawe dyskusje.
Nosił krawat bolo, koszulę typu western, kamizelkę, pasek z tłoczonej skóry, dżinsy z rozszerzoną nogawką i buty w kowbojskim stylu. Jego strój nie do końca wpisywał się w ścisły dress code narzucony agentom FBI przez zmarłego rok wcześniej J. Edgara Hoovera, obejmujący ciemny garnitur, białą koszulę, klasyczny krawat, czarne buty i czarne skarpetki (w razie potrzeby można było ewentualnie założyć skarpetki granatowe, ale inne kolory nie wchodziły w grę).
Policjanci znali go jako "Pete'a" - to przezwisko nadał mu jego pochodzący z wyższych sfer Wschodniego Wybrzeża dziadek ze strony matki, który uważał, że mały Byron nie był wystarczająco dostojny i godny. Nazywał zatem wnuka imieniem Pete - takie zdrobnienie, zdaniem przedstawiciela błękitnej krwi, lepiej pasowało do synka kowboja, który poślubił jego ukochaną córeczkę. Czy miało to być żartobliwe przezwisko, czy ukryty epitet - było bez znaczenia: ważne, że do niego przylgnęło (choć już od szkoły podstawowej popisywał się jako "Byron p. Dunbar - z małą literą "p").
Dunbar był miejscowy.
Jego pradziadek od 1862 roku hodował tu owce. Pete dorastał w zbudowanym przez niego domu w Three Forks. W czasie wielkiego kryzysu rodzina sprzedała część ziemi, aby spłacić podatki, a kiedy wszyscy pasterze ich owiec zaciągnęli się do wojska i ruszyli na fronty drugiej wojny światowej, Dunbarowie zaczęli hodować bydło.
Matka Pete'a była czystej krwi katoliczką z Minnesoty, tak porządną, że kiedy mały Byron po raz pierwszy szedł do szkoły, ubrała go w eleganckie wielkomiejskie spodnie i marynarkę, której szybko się pozbył, kiedy inne dzieciaki zaczęły mu dokuczać.
Jako dzieciak Pete bawił się może nieco intensywniej, niż powinien, ale był wytrwały i dobrze się uczył. Grał w futbol i w koszykówkę, miał mnóstwo przyjaciół, a kiedy nie było go w mieście, pracował na ranczu swojego ojca. W szkole zwykle opuszczał pierwszy tydzień każdego roku szkolnego, był to bowiem czas żniw.
Kiedy miał siedemnaście lat, pod koniec drugiej wojny światowej, chciał zaciągnąć się do marynarki wojennej - odrzucono go, bo był daltonistą. Pete przeszedł zatem na drugą stronę korytarza i zaciągnął się do marynarki handlowej. Trzy lata później zaczął studia na University of Montana w Missoula, gdzie w 1952 roku uzyskał dyplom prawnika.
Pete Dunbar nie zamierzał jednak skończyć jako małomiasteczkowy prawnik. Jego plany sięgały dalej.
Zaraz po skończeniu studiów prawniczych wstąpił do FBI. Podobał mu się Hoover - i on spodobał się Hooverowi. Pracował w kilku miastach znanych z wysokiej przestępczości, od Chicago po Nowy Jork. Później, kiedy jego rodzice postarzeli się i osłabli, poprosił o przeniesienie do Montany, gdzie mógł im pomagać. Trudno byłoby to uznać za awans, ale jemu nie przeszkadzało.
I rzeczywiście - od 1970 roku jego bazą było terenowe biuro FBI w Butte, od dawna uważane za "Syberię", miejsce zsyłki agentów, którzy popadli w niełaskę. Pete został jednak wysłany sto czterdzieści kilometrów dalej, do Bozeman. Wreszcie był w domu.
W latach sześćdziesiątych, kiedy Pete walczył z przestępczością, a jego rodzina nie była już w stanie poradzić sobie z utrzymaniem rancza, większość ich ziemi została sprzedana lub rozdana. Jedną z największych darowizn okazała się właśnie ta położona na piaszczystych terenach działka, która później miała stać się parkiem stanowym Missouri Headwaters - gdzie teraz kroczył agent Pete Dunbar, zmierzając po pokrytej rosą trawie w kierunku niespokojnych obozowiczów i policjantów.
W oczach zdenerwowanego zastępcy szeryfa i zdesperowanej matki wyglądał jak John Wayne, który właśnie przybył im na ratunek.
Szeryf Anderson tego ranka poprosił o pomoc agentów, ale nawet gdyby tego nie zrobił, Dunbar i jego koledzy z FBI i tak włączyliby się do sprawy najpóźniej następnego dnia. Z zaproszeniem czy bez.
W nocy 1 marca 1932 roku pewien zuchwały porywacz wspiął się do znajdującego się na piętrze pokoju dziecięcego i porwał półtorarocznego synka słynnego lotnika Charlesa Lindbergha, podobnie jak czterdzieści lat później w środku nocy ktoś zuchwale porwał z namiotu Susie Jaeger. Lindbergh był wówczas chyba najbardziej podziwianym bohaterem Ameryki, toteż władze zmobilizowały wszystkie siły, aby odnaleźć dziecko i schwytać porywacza.
Rozkładające się zwłoki chłopca odkryto 12 maja, ale sprawca został aresztowany dopiero długie trzydzieści miesięcy później. Winnymi tego opóźnienia okazali się po części niedoświadczeni miejscowi policjanci, których możliwości działania były mocno ograniczone. Agentów federalnych wysłał do tej sprawy sam Hoover, ale zrobił to trochę za późno.
Dziennikarze dostali szału. Sława Lindbergha sprawiła, że porwanie jego dziecka stało się tematem ogólnokrajowym, a nie lokalnym newsem. Nagłówki gazet wpływają na politykę, na Kapitolu nikt nie czekał więc na aresztowanie. Pięć tygodni po tym, jak znaleziono sponiewierane ciało Charlesa Lindbergha juniora, Kongres uchwalił federalną ustawę o porwaniach (Federal Kidnapping Act) - nazywaną "ustawą małego Lindbergha" - która stanowiła, że natychmiast po porwaniu dziecka do akcji miały wkraczać FBI i inne agencje federalne. Według nowego prawa, jeśli porwanego dziecka nie odnaleziono żywego w ciągu dwudziestu czterech godzin, należało zakładać, że zostało ono przewiezione przez granicę stanu, co automatycznie oznaczało, że prowadzenie śledztwa przejmują agenci federalni.
Agent specjalny Bill Terry, partner Dunbara, nadzorował zbieranie dowodów rzeczowych - choć było ich niewiele - podczas gdy Dunbar rozmawiał z Jaegerami.
Dowody zgromadzone przez Terry'ego obejmowały śpiwór Susie (czerwony, z pojedynczym niebieskim paskiem i białą podszewką), jej pluszaki (czerwonego konika i brązowego pieska), kilka niedopałków papierosów, kilka zawleczek od puszek z napojami i parę kawałków włóczki. Do tego fragment niebieskiego płótna z namiotu, w którym porywacz wyciął otwór, oraz szczotkę do włosów, której używała tylko Susie (jeśli nie liczyć faktu, że czesała nią także należącego do rodziny psa o imieniu Otto). Był również dziwny kamień pokryty czerwonobrązowymi plamami, znaleziony przez jednego z poszukiwaczy na innym kempingu, ponad sześć kilometrów dalej.
I to było wszystko, co znaleziono. Niewiele.
Marietta i Bill Jaegerowie siedli z agentem Dunbarem przy stole piknikowym - w tym momencie priorytetem było sporządzenie dokładnego opisu Susie dla lokalnych i federalnych stróżów prawa.
Marietta sięgnęła do torebki i wyjęła ostatnie szkolne zdjęcie Susie, zrobione niemal rok wcześniej. Dziewczynka na fotografii miała sześć lat, brakowało jej dwóch przednich zębów. Jak każda matka znająca na pamięć najdrobniejszy szczegół twarzy swojego dziecka, Marietta pomyślała, że może zdjęcie nie przypomina jej córeczki w wystarczającym stopniu, ale nic innego nie miała.
- Pełne imię i nazwisko dziecka? - zapytał Dunbar.
- Susan Marie Jaeger - odpowiedziała Marietta. - Ale nazywamy ją po prostu Susie...
Kiedy matka opisywała córkę, Dunbar zapisywał wszystko w notatniku.
Dziewczynka. Biała.
Metr dziesięć do metra dwudziestu.
Dwadzieścia pięć kilogramów.
Urodzona 19 kwietnia 1966 roku w Detroit w stanie Michigan.
Drobna budowa ciała.
Brązowe włosy do ramion.
Oczy niebieskozielone.
Ostatnio ubrana w niebieskie dżinsy, czerwono-pomarańczową koszulkę z suwakiem z przodu, żółte skarpetki. Na palcu srebrny pierścionek z małym turkusowym kamykiem w stylu Indian Nawaho.
- Aha - dodała Marietta - te dwa przednie zęby już jej odrosły.
Dunbar wyrwał kartkę z notesu i wręczył ją najbliższemu zastępcy szeryfa, nakazując mu jak najszybciej jechać do Bozeman i rozesłać informację do wszystkich jednostek policji.
Zauważył także, że mówiła głównie Marietta, podczas gdy Bill nie angażował się specjalnie w rozmowę. Dunbarowi wydało się dziwne, że ojciec dopiero co zaginionego dziecka może być tak nieobecny.
Jeszcze przed zachodem słońca w dniu zaginięcia Susie Jaeger agenci FBI wykluczyli możliwość, że dziewczynka po prostu się zgubiła. W ten sposób pościg za porywaczem Susie stał się dla agenta specjalnego Pete'a Dunbara najważniejszą sprawą w karierze.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej