Sherlock Holmes T.3: Powrót Sherlocka Holmesa. Pożegnalny ukłon. Archiwum Sherlocka Holmesa - Arthur Conan.Doyle

Kup ebooka

36.00 zł
27.72 zł (24,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PRZEDMOWA

Obawiam się, by Sherlocka Holmesa nie spotkał los jednego z tych popularnych tenorów, których czas już minął, którzy jednak nie mogą oprzeć się pokusie, by po wielekroć wychodzić i składać pożegnalne ukłony powoli tracącej cierpliwość publiczności. Przychodzi kres każdego ciała: materialnego czy wyimaginowanego. Może ktoś sobie z lubością wyobrażać, że jest jakieś fantastyczne limbo dla dzieci wyobraźni, gdzie urodziwcy Fieldinga mogą się zalecać do piękniś Richardsona, dumnie stąpają bohaterowie Scotta, łobuziaki Dickensa ciągle budzą śmiech, a światowcy Thackeraya dalej troszczą się o swe obmierzłe kariery. Może w jakimś skromnym zakątku takiej Walhalli znalazłoby się na chwilę miejsce dla Sherlocka i Watsona, podczas gdy jakiś bardziej jeszcze zmyślny detektyw w towarzystwie mniej jeszcze zmyślnego przyjaciela zająłby opuszczoną przez nich scenę.

Kariera Holmesa była długa, aczkolwiek nie można tu przesadzać; kiedy zgrzybiali dżentelmeni zaczepiają mnie i twierdzą, że jego przygody stanowiły lektury ich dzieciństwa, nie spotykają się z taką reakcją z mojej strony, jakiej mogliby oczekiwać. Nie każdy lubi, gdy tak się igra datami dla niego ważnymi. Trzymając się twardych faktów, trzeba powiedzieć, że Holmes zadebiutował w Studium w szkarłacie i Znaku czterech, dwóch niewielkich powieściach, które ukazały się między rokiem 1887 a 1889. W roku 1891 w "The Strand Magazine" ukazał się Skandal w Bohemii, pierwsze z długiej serii opowiadań. Publiczności chyba się podobały, domagała się więc dalszych. Przez trzydzieści dziewięć lat nowele, których ostatecznie uskładało się pięćdziesiąt sześć, były publikowane w nieciągłych seriach, zebranych potem w Przygodach, Szpargałach, Powrocie i Ostatnim ukłonie. Zostało jeszcze dwanaście, które pojawiły się w ostatnich latach, a teraz oto ukazują się pod tytułem Archiwum Sherlocka Holmesa.

Holmes zaczął karierę pod koniec ery wiktoriańskiej, kontynuował ją w trakcie zdecydowanie za krótkich rządów Edwarda, i nawet w tych burzliwych czasach udało mu się znaleźć dla siebie jakąś niszę. Można więc zgodnie z prawdą powiedzieć, że ci, którzy zaczęli o nim czytać jako młodzieńcy, teraz mogą widzieć, jak ich dorosłe dzieci śledzą przygody tej samej postaci w tym samym czasopiśmie. To uderzający przykład cierpliwości i lojalności brytyjskich czytelników.

Kiedy kończyłem Szpargały, miałem mocne postanowienie, aby skończyć z Holmesem, sądziłem bowiem, że nie mogę swej literackiej energii kierować w jeden tylko kanał. Ta blada, szczupła twarz i postać oraz koścista sylwetka nazbyt absorbowały moją wyobraźnię. Zrobiłem więc to, co zrobiłem, ale na szczęście żaden koroner nie wydał wyroku - po długiej przerwie nie było mi trudno odpowiedzieć na miłe dla mnie żądania i unieważnić mój gwałtowny czyn. Nigdy tego nie żałowałem, okazało się bowiem, że te niedługie szkice literackie nie przeszkodziły mi spróbować swych sił i poznać granice mych możliwości w tak różnych wszak dziedzinach, jak historia, poezja, powieść historyczna, studia psychologiczne i dramat. Gdyby Holmes nie zaistniał, nie dokonałbym więcej, aczkolwiek może wtedy z lepszą oceną spotkałyby się moje poważniejsze prace literackie.

A zatem, czytelniku, żegnamy Sherlocka Holmesa. Dziękuję Ci za twą wierność i mogę tylko mieć nadzieję, że w jakimś stopniu udało mi się za nią odpłacić tym wytchnieniem od codziennych zmartwień i tą podnietą dla myśli, które znaleźć można tylko w baśniowym królestwie opowieści.

ARTHUR CONAN DOYLE

PUSTY DOM

orderstwo wielmożnego Ronalda Adaira, dokonane w niezwykłych i trudnych do wyjaśnienia okolicznościach wiosną 1894 roku, wzbudziło zainteresowanie w całym Londynie oraz niepokój w wielkim świecie. Publiczność znała już te szczegóły, które ujawniło policyjne śledztwo, niektóre z nich jednak zatajono, aby nie utrudniać sytuacji oskarżenia. Dopiero teraz, kiedy upłynęło już niemal pełnych dziesięć lat, wolno mi odsłonić brakujące ogniwa, co sprawi, że cały łańcuch zdarzeń stanie się widoczny. Zbrodnia była interesująca sama w sobie, czymże jednak to było w zestawieniu z nieprawdopodobnym ciągiem wydarzeń, który przyprawił mnie o największy szok, jaki kiedykolwiek dotąd przeżyłem. Nawet dzisiaj, chociaż od tego momentu tak wiele już czasu upłynęło, czuję zawrót głowy, kiedy sobie przypominam ową falę radości, zdumienia i niedowierzania. Niechaj wolno mi będzie prosić tych wszystkich, których zainteresowanie wzbudził sporządzony przeze mnie chaotyczny rejestr myśli i działań niezwykłego człowieka, aby nie mieli mi za złe, że tak długo nie dzieliłem się z nimi swoją wiedzą, uważałbym to bowiem za swój naczelny obowiązek, gdyby nie przez niego samego wygłoszony zakaz, który został cofnięty dopiero trzeciego dnia ubiegłego miesiąca.

Nietrudno zrozumieć, że bliska znajomość z Sherlockiem Holmesem sprawiła, że zacząłem się bardzo interesować przestępczością, a od czasu jego tragicznego zniknięcia zawsze starannie śledziłem wszystkie kryminalne problemy, jakie pojawiały się na forum publicznym, a nawet nieraz próbowałem je rozwikłać, trzymając się metod Sherlocka Holmesa, ale z miernymi rezultatami. Trzeba jednak przyznać, że żadna sprawa tak mnie nie poruszyła, jak tragedia Ronalda Adaira. Kiedy czytałem informacje o śledztwie, które ostatecznie stwierdziło, iż zabójstwa z rozmysłem dopuścili się nieznani sprawcy, bardziej niż kiedykolwiek czułem, jak wielką stratą było dla społeczeństwa odejście Holmesa. Były tu kwestie, które z pewnością zwróciłyby uwagę tego pierwszego z europejskich detektywów, a wtedy on albo wspomógłby działania policji, albo nawet je uprzedził. Przez cały dzień, przechodząc od pacjenta do pacjenta, rozważałem kwestię z najróżniejszych stron, ale nie znajdowałem żadnego satysfakcjonującego rozwiązania. Ryzykując, że powtórzę rzeczy dobrze znane, przypomnę podstawowe fakty oraz konkluzję śledztwa.

Wielmożny Ronald Adair był drugim synem earla Maynooth, który podówczas był gubernatorem jednej z australijskich kolonii. Matka wróciła do Londynu na operację katarakty i mieszkała wraz z synem Ronaldem i córką Hildą przy Park Lane pod numerem 427. Młodzi bywali w najlepszym towarzystwie i - na ile wiadomo - nie mieli żadnych wrogów, nie słyszano też o żadnych ich występkach. Ronald był zaręczony z panną Edith Woodley, której rodzinna siedziba znajdowała się w Carstairs, zrękowiny jednak za obopólną zgodą zerwano kilka miesięcy wcześniej i nic nie wskazywało na to, żeby było między nimi jeszcze jakiekolwiek uczucie. Prowadził uregulowane, konwencjonalne życie charakterystyczne dla jego sfery, nie miał żadnych ekscentrycznych nawyków, nie był przesadnie emocjonalny; i tego właśnie niczym niewyróżniającego się arystokratę zdumiewająca śmierć spotkała 30 marca 1894 roku.

Był zagorzałym karciarzem, grał bez ustanku, ale nigdy o stawki, które mogłyby go postawić w kłopotliwym położeniu. Należał do klubów karcianych Baldwin, Cavendish i Bagatelle. Ustalono, że w dniu śmierci po obiedzie zagrał partyjkę wista w tym ostatnim. Grał także po południu, a zgodne zeznania partnerów, pana Murraya, sir Johna Hardy'ego i pułkownika Morana, informują, że i tym razem był to wist, karta szła dosyć równo, a Adair w sumie przegrał pięć funtów, ale ani pensa więcej. Przy jego majątku taka strata nic nie znaczyła. Niemal codziennie grał w tym czy innym klubie, nie szarżował i najczęściej wstawał od stołu zwycięski. Ustalono, że kilka tygodni wcześniej, grając w parze z pułkownikiem Moranem przeciw Godfreyowi Milnerowi i lordowi Balmoralowi, wygrał czterysta dwadzieścia funtów. Tyle śledztwo ustaliło, jeśli chodzi o zdarzenia poprzedzające morderstwo.

Z klubu Ronald Adair wrócił dokładnie o dziesiątej wieczór. Matka i siostra były w gościach. Służąca zeznała, że usłyszała, jak panicz wchodzi na piętrze do frontowego pokoju, który służył mu za salonik. Rozpaliła tam w kominku, a ponieważ Ronald zapalił cygaro, otworzyła okno i wyszła. Z pokoju nie dochodziły żadne odgłosy, kiedy jednak lady Maynooth, która wróciła z córką o jedenastej dwadzieścia, chciała powiedzieć synowi dobranoc, drzwi zastała zamknięte, a na pukanie i okrzyki nie było żadnej odpowiedzi. Wezwana służba wyważyła drzwi; nieszczęsny młodzieniec leżał obok stołu. Głowę rozerwał mu pocisk z rewolweru, broni jednak nie znaleziono nigdzie w pokoju. Na stole leżały dwa banknoty dziesięciofuntowe oraz siedemnaście funtów dziesięć szylingów w złotych i srebrnych monetach ułożonych w schludne stosiki. Na kartce papieru były jakieś szyfry z nazwiskami niektórych z klubowych znajomych, przypuszczano zatem, że denat podliczał swoje zyski i straty karciane.

Dokładniejsze badania ujawniły, że sprawa stawała się coraz bardziej tajemnicza. Po pierwsze, nikt nie potrafił wyjaśnić, po co zabity miałby zamykać drzwi od wewnątrz. Zasugerowano, że mógł to zrobić morderca, który następnie umknął przez okno. Wtedy jednak musiałby z wysokości ponad trzech i pół metra skoczyć wprost na rabatkę kwitnących szafranów, z których żaden nie został nawet nadłamany. Śladów nie było jednak ani na ziemi kwietnika, ani na wąskim pasie trawy oddzielającym dom od drogi. Trzeba było zatem uznać, że to sam Ronald Aldair zamknął drzwi na klucz. Co jednak spowodowało jego śmierć? Nikt nie mógł wspiąć się przez okno, nie pozostawiając śladów. Załóżmy, że ktoś strzelił przez okno, ale byłoby to zupełnie niezwykłe, gdyby rewolwer miał spowodować taki skutek. Co więcej, Park Lane to ruchliwa ulica, a o jakieś sto metrów od domu znajduje się postój dorożek. Nikt nie słyszał żadnego wystrzału. Zarazem jednak fakty były nieubłagane: martwy człowiek i pocisk rewolwerowy z miękkim końcem, którego eksplozja spowodowała natychmiastową śmierć. Tak przedstawiała się "tajemnica Park Lane", pogłębiana jeszcze przez brak motywu, jak bowiem wspomniałem, nikt nie znał żadnych wrogów Aldaira, a w pokoju nie tknięto ani pieniędzy, ani żadnych innych wartościowych przedmiotów.

Jak powiedziałem, przez cały dzień, niezależnie od mych powinności zawodowych, rozważałem tę sprawę z najróżniejszych punktów widzenia w poszukiwaniu teorii, która wyjaśniłaby wszystkie fakty i wskazałaby to miejsce, gdzie stawiają najmniejszy opór, od czego mój przyjaciel radził zaczynać każde dochodzenie. Wieczorem wybrałem się na przechadzkę po Hyde Parku i koło szóstej znalazłem się na skrzyżowaniu Park Lane i Oxford Street.

Grupa gapiów wpatrzona w jedno konkretne okno natychmiast wskazała mi dom, który wybrałem się obejrzeć. Wysoki, chudy mężczyzna w ciemnych okularach, który na odległość pachniał mi detektywem w cywilu, prezentując jakąś teorię, ściągnął na siebie uwagę tłoczących się wokół niego osób. Posłuchałem chwilę, ale jego supozycje zdały mi się tak absurdalne, że z niesmakiem zacząłem się wycofywać, a wtedy z takim impetem wpadłem na starszego, zgarbionego człowieka, że strąciłem na ziemię kilka trzymanych przezeń książek. Pamiętam, że kiedy je zbierałem, w oczy rzucił mi się tytuł Początek kul tu drzew, a wtedy przyszło mi do głowy, że musi to być jakiś wiekowy bibliotekarz, który czy to z racji obowiązków zawodowych, czy może z upodobania gromadzi dawne dzieła. Zacząłem go bardzo przepraszać za swoją niezręczność, od razu jednak zmiarkowałem, że książki, które tak niegrzecznie potraktowałem, były dla niego niezwykle cenne, więc tylko prychnął coś ze wzgardą i już po chwili widziałem oddalające się zgarbione plecy i sterczące białe bokobrody.

Z takim impetem wpadłem na starszego, zgarbionego człowieka, że strąciłem na ziemię kilka trzymanych przezeń książek

Obserwacja domu numer 427 przy Park Lane niewiele wniosła do całej sprawy. Dom oddzielał od ulicy niewielki murek, który wraz z balustradą nie liczył sobie więcej niż półtora metra. Dostać się do ogrodu nie było więc trudno, lecz okno okazało się właściwie nieosiągalne, niepodobna bowiem było się chwycić rynny lub czegokolwiek innego, aby się podciągnąć. Bardziej jeszcze skonfundowany niż przedtem skierowałem swe kroki na Kensington. Nie wiem, czy zabawiłem w gabinecie pięć minut, kiedy weszła służąca i oznajmiła, że jakiś gość chce się ze mną widzieć. Jakież było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłem tego samego bibliofila; ostre rysy wychudzonej twarzy wyzierały z otoczenia siwych włosów, a pod prawą pachą z ledwością mieścił się dobry tuzin jego drogocennych tomiszczy.

- Z pewnością nie spodziewał się mnie pan - powiedział dziwnie skrzekliwym głosem.

Potwierdziłem jego przypuszczenie.

- Mam i ja swoje wyczucie, sir, ponieważ więc wiedziałem, gdzie pan mieszka, pójdę, myślę sobie, i powiem, że jeśli może na niego warknąłem, to nie z grubiaństwa, gdyż bardzo mu jestem wdzięczny, że pomógł mi pozbierać się z książkami.

- Ach, przesadza pan - powiedziałem. - A czy można wiedzieć, skąd pan zna moje miejsce zamieszkania?

- Żadna to wielka tajemnica. Jesteśmy po sąsiedzku, na rogu z Church Street mam swoją księgarenkę i z chęcią kiedyś tam pana zobaczę. Ale może weźmie pan coś z tego? O, proszę, Ptaki brytyjskie, tu Catullus, a tu Święta wojna, na każdą pozycję ładna obniżka, a jakby wziął pan z pięć tomików, ładnie by zatkały tę dziurę na półce. Bo jakoś tu ona nie przystoi, prawda?

Odwróciłem się, aby rzucić okiem na szafkę ścienną, a kiedy znowu spojrzałem na przybysza, przed sobą, po drugiej stronie biurka, zobaczyłem uśmiechniętego Sherlocka Holmesa. Zerwałem się na równe nogi i przez dobrych kilkanaście sekund wpatrywałem się w niego oniemiały, a potem chyba po raz pierwszy, i mam nadzieję ostatni w życiu, zemdlałem. Z pewnością przed oczyma zakłębiła mi się szara mgła, a następne, co pamiętam, to rozpięty kołnierzyk i smak brandy na wargach. Nad fotelem nachylał się Holmes z piersiówką w ręku.

- Drogi Watsonie - usłyszałem tak bliski mi głos. - Winien panu jestem serdeczne przeprosiny. Nie przypuszczałem, że tak emocjonalnie pan zareaguje.

Przed sobą, po drugiej stronie biurka, zobaczyłem uśmiechniętego Sherlocka Holmesa

Chwyciłem go mocno za rękę.

- Holmesie! Czy to doprawdy pan?! Jakże to możliwe, że pan żyje? Udało się panu wydostać z tej piekielnej czeluści?

- Niech pan chwilę zaczeka, Watsonie. Czy na pewno czuje się pan na siłach, żeby o tym rozmawiać? Nie chciałem tego wprawdzie, ale przyprawiłem pana o poważny wstrząs.

- Nie, nie, czuję się zupełnie dobrze, ale doprawdy, Holmesie, ja wprost nie wierzę własnym oczom. Wielkie nieba, gdyby ktoś mi powiedział, że kiedykolwiek jeszcze zobaczę pana na oczy, to... - Czułem pod palcami chude, żylaste ramię. - Jedno jest pewne, nie jest pan duchem. Mój drogi, najdroższy przyjacielu, jakże się cieszę, że pana widzę! Proszę, proszę, niechże pan siada i opowie mi, jak się pan wydostał z tej przepaści.

Usiadł naprzeciwko i w swój charakterystyczny nonszalancki sposób zapalił papierosa. Miał na sobie znoszony surdut, ale poza tym z antykwariusza została tylko biała peruka i książki. Holmes wydawał się szczuplejszy niż dawniej, wzrok jakby nabrał jeszcze przenikliwości, ale blady odcień jego cery mówił mi, że jego obecny tryb życia nie jest najzdrowszy.

- Ach, cóż to za przyjemność znowu się wyprostować, Watsonie - powiedział i z chrzęstem rozciągnął kości. - To naprawdę nie żarty, kiedy na kilka godzin dziennie trzeba odejmować sobie ze wzrostu kilkanaście centymetrów. Co się tyczy wyjaśnień, to ponieważ czeka nas dziś w nocy... jeśli tylko zechce mi pan pomóc... ciężka i niebezpieczna praca, może odłożymy je na później.

- Ale jeśli teraz ich nie wysłucham, oszaleję z ciekawości.

- A będzie mi pan potem towarzyszył?

- Pójdę, gdziekolwiek pan chce, i w porze, którą pan wyznaczy.

- No cóż, wszystko jak za dawnych czasów. Zanim wyruszymy, będziemy musieli coś przekąsić. Dobrze, niech zatem będzie o czeluści. Nie miałem trudności z wydostaniem się z niej, gdyż nigdy do niej nie wpadłem.

- Jak to?

- Nie, Watsonie, nigdzie nie zleciałem. Kreśląc liścik do pana, naprawdę myślałem, że dotarłem do kresu mej kariery, kiedy zobaczyłem złowrogą postać nieżyjącego już profesora Moriarty'ego, która stając w poprzek wąskiej ścieżki, zagradzała mi drogę odwrotu. W jego szarych oczach widniała absolutna determinacja. Wymieniliśmy kilka zdań i pozwolił mi napisać tych parę słów. Ułożyłem je pod pudełkiem z papierosami, oparłem laskę o ścianę i ruszyłem do krańca drogi, mając za sobą Moriarty'ego. Tuż przy krawędzi odwróciłem się, a wtedy on, nie sięgając po żadną broń, rzucił się na mnie i chwycił w uścisk długich ramion. Dobrze wiedział, że jego gra jest już przegrana, więc myślał tylko o zemście. Zwarliśmy się ze sobą, ponieważ jednak liznąłem trochę baritsu, czyli japońskich zapasów, co niejeden już raz bardzo mi się przydało, udało mi się wyśliznąć z jego uchwytu, on zaś, rozpaczliwie wymachując ramionami, usiłował jeszcze złapać równowagę, ale za bardzo był już odchylony i zaraz zwalił się w dół. Przypadłem do krawędzi i patrzyłem, jak długo leci w otchłań, aż wreszcie odbił się od jakiegoś wyłomu skalnego, przekoziołkował i wpadł w wodną kipiel.

Jak osłupiały słuchałem tych wyjaśnień, które Holmes przeplatał wypuszczaniem kłębów dymu.

- Ale ślady! - zawołałem. - Przyjrzałem się uważnie: dwie pary stóp zmierzały do urwiska, lecz żadne z nich nie wracały!

- Bo też nie wracały. Ledwie profesor runął na dno wodospadu, natychmiast się zorientowałem, jaką okazję otrzymałem od losu. Wszak to nie tylko Moriarty poprzysiągł mi śmierć. Było jeszcze co najmniej trzech takich, którzy dyszeli pragnieniem zemsty, a tylko jedno mogło je ugasić: wiadomość o mojej śmierci. Wszyscy oni byli niesłychanie groźni, ale gdyby cały świat został przekonany, że pożegnałem się z nim na dobre, tamci łajdacy mniej by się już trzymali na baczności, zaczęliby sobie pozwalać na nieostrożne posunięcia, dając mi szansę, bym ich dopadł i trwale unieszkodliwił, a wtedy mógłbym obwieścić, że ciągle jeszcze znajduję się wśród żywych. Taka jest szybkość myśli, iż mam wrażenie, że wszystko to miałem ustalone, zanim jeszcze profesor Moriarty znikł na zawsze w rozszalałych wirach.

Obejrzałem dokładnie skałę. W pańskim malowniczym sprawozdaniu, które z zainteresowaniem przeczytałem kilka miesięcy później, zechciał pan oznajmić, że była zupełnie pionowa. Była urwista, owszem, co jednak nie przeszkadzało temu, że było kilka malutkich stopni, a wyżej coś, co mogło być półką. Rzecz jasna, wspinanie się w górę było jawną niemożliwością, ale nie mogłem też wrócić grząską ścieżką, jeśli chciałem zataić fakt swego przeżycia. Mogłem, oczywiście, jak kilka razy wcześniej, nałożyć buty odwrotnie, ale nawet gdyby udało mi się idealnie wstępować w swoje ślady, co było raczej wątpliwe, to i tak zdradziłaby mnie głębokość odcisków. Podjąłem więc ryzyko i zacząłem się wdrapywać po skale. Powiem panu szczerze, Watsonie, nie było to najprzyjemniejsze. Ryk wodospadu pode mną nie działał krzepiąco, zdało mi się, że to Moriarty wzywa mnie ze swojego grobowca. Jeden mały błąd mógł mieć katastrofalne konsekwencje. Kilka razy albo zostawała mi w ręku kępka trawy, albo noga ześlizgiwała się z kamienia, i myślałem wtedy, że już po mnie. Mimo wszystko udawało mi się jednak jakoś piąć wzwyż, aż wreszcie dotarłem do szerokiej na kilkadziesiąt centymetrów, porośniętej mchem półki, na której, niewidoczny z dołu, mogłem się wygodnie położyć. Tam przeczekałam, aż pan, Watsonie, i ci, których pan wezwał, zbadaliście okoliczności wypadku, dochodząc do wniosku nieuchronnego, acz kompletnie mylnego.

Kiedy wreszcie wszyscy się oddalili, a ja zostałem sam, mylnie mniemałem, że to już koniec przygody. Tymczasem ciągle jeszcze czekały mnie niespodzianki. Nagle wielki głaz przeleciał tuż obok, odbił się od ścieżki i zwalił w przepaść. Przez moment myślałem, że to czysty przypadek, ledwie jednak zerknąłem w górę, na tle ciemniejącego nieba zobaczyłem ludzką głowę i kolejny kamień nie więcej niż o pół metra ode mnie uderzył w półkę, na której leżałem. Natychmiast wszystko stało się jasne. Moriarty bynajmniej nie był sam. Jego wspólnik - jak niebezpieczny, o tym świadczyło to, co się przed chwilą wydarzyło - został na czatach, kiedy profesor mnie zaatakował. Skryty przede mną, widział z daleka śmierć swego mistrza, a także mój fortel. Korzystając z tego, że musiałem poczekać, aż odejdziecie, wspiął się na górę i spróbował zyskać to, co nie udało się jego kamratowi.

Nie było nad czym rozmyślać, Watsonie. Kiedy zobaczyłem, jak znowu się wychyla nieprzyjazna głowa, wiedziałem, że to zapowiedź następnego głazu, natychmiast więc zacząłem schodzić na ścieżkę. Nie wiem, czy zrobiłbym to z zimną krwią; chociaż już wspinaczka była trudna, droga w dół okazała się jeszcze trudniejsza. Nie miałem jednak czasu na dywagacje, tuż koło mej ręki kamień skrzesał iskry, puściłem się więc i poobijany, pokrwawiony szczęśliwie wylądowałem na ścieżce tak, że nie poleciałem dalej. Teraz nic już innego nie pozostało, jak wziąć nogi za pas, więc w ciemności pokonałem dziesięć mil przez góry, a tydzień później znalazłem się we Florencji, pewien, że nikt na świecie nie wie, co się ze mną stało.

Tylko jednej osobie mogłem zaufać: bratu Mycroftowi. Widzę, że żachnął się pan na te słowa, ale niechże pan zechce zrozumieć mnie i wybaczyć, Watsonie; kluczowe znaczenie miało to, aby wierzono w moją śmierć, a czy wiedząc, że jest inaczej, udałoby się panu tak przekonująco i przejmująco opisać mój tragiczny koniec? Przez te trzy lata kilkakrotnie sięgałem po pióro, aby napisać do pana i wyjawić prawdę, za każdym jednak razem powstrzymywała mnie myśl, że gorąca sympatia, jaką raczy mnie pan darzyć, nie pozwoli panu dochować sekretu. To z tej przyczyny odwróciłem się dziś tak obcesowo od pana, sytuacja bowiem była niebezpieczna i jakikolwiek odruch zdumienia czy radości mógłby zwrócić na mnie czyjąś uwagę, co mogłoby mieć pożałowania godne skutki. Co do Mycrofta, musiałem mu wyjaśnić, jak się rzeczy mają, aby otrzymać pieniądze. W Londynie sprawy nie potoczyły się tak, jak się spodziewałem, gdyż proces bandy Moriarty'ego pozostawił na wolności dwóch jej najgroźniejszych członków, zarazem darzących mnie największą nienawiścią. Dlatego wolałem dwa lata spędzić w Tybecie, gdzie z prawdziwą radością odwiedziłem Lhasę i nawet zostałem przyjęty na audiencji przez dalajlamę. Może pan słyszał o zaskakujących wykopaliskach Norwega nazwiskiem Sigerson, ale z pewnością nawet do głowy panu nie przyszło, że czyta pan o swym przyjacielu. Następnie przeniosłem się do Persji, odwiedziłem Mekkę, a także złożyłem krótką, lecz bardzo owocną wizytę kalifowi Chartumu, o której nie omieszkałem poinformować naszego Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Wróciwszy do Francji, kilka miesięcy strawiłem na badaniu derywatów smoły, co robiłem w laboratorium w Montpellier na południu kraju. Uporawszy się z nimi i dowiedziawszy, że tylko jeden z moich zaprzysięgłych wrogów żyje jeszcze w Londynie, zacząłem już rozmyślać nad powrotem, kiedy decyzję moją przyspieszyła wieść o przedziwnym wydarzeniu przy Park Lane, które nie tylko wzbudziło we mnie zawodową ciekawość, ale też sugerowało, iż pojawia się sposobność, na którą od dawna czekałem. Natychmiast zjawiłem się w Londynie, a stanąwszy na Baker Street przyprawiłem panią Hudson o atak histerii, po czym stwierdziłem, że Mycroft zachował moje pokoje i papiery w stanie, w jakim się niegdyś znajdowały. Tak oto doszło do tego, drogi Watsonie, że dzisiaj o drugiej po południu znalazłem się w starym fotelu w moim starym pokoju i brakowało mi już tylko tego, by miejsce naprzeciwko zajął mój stary przyjaciel Watson, jak wielokrotnie czynił przedtem.

Oto opowieść, której wysłuchałem w kwietniowy wieczór, opowieść tak zdumiewająca, że nie dałbym jej wiary, gdyby nie widok wysokiej, szczupłej postaci, a także bystrej, pociągłej twarzy, której nie miałem już nadziei zobaczyć. Dowiedział się jakoś o mojej bolesnej stracie, a współczucie, jak to on, bardziej wyraził w czynach niż w słowach.

- Drogi Watsonie - powiedział - najlepszym antidotum na smutek jest praca, a mam na dzisiejszą noc sporą jej dawkę dla nas obu, jeśli zaś przyniesie ona spodziewane efekty, już samo to będzie jakoś usprawiedliwiało obecność człowieka na naszej planecie. - Daremnie usiłowałem wydobyć z niego coś więcej. - Zanim wstanie świt, sam pan usłyszy i zobaczy dostatecznie wiele. Sporo jeszcze zostało do opowiedzenia o tych minionych trzech latach, na razie jednak niech to wystarczy do wpół do dziewiątej, gdy zabierzemy się do zaskakującej sprawy pustego domu.

I faktycznie poczułem się jak za dawnych czasów, kiedy trzydzieści po ósmej wieczór zasiadłem obok Holmesa w dorożce, w kieszeni mając rewolwer, a w sercu dreszcz podniecenia na myśl o czekającej nas przygodzie. W świetle latarni zobaczyłem, jak ściąga w zamyśleniu brwi i zaciska usta; nie wiedziałem, jaką dziką bestię będziemy ścigać w przestępczej dżungli Londynu, ale z zachowania wielkiego łowczego wnosiłem, że była to bardzo poważna wyprawa, podczas gdy sardoniczny uśmieszek, który od czasu do czasu pojawiał się na jego ascetycznych wargach, jak najgorzej wróżył zwierzynie.

Sądziłem, że skierujemy się na Baker Street, a tymczasem Holmes kazał woźnicy zatrzymać się przy Cavendish Square. Zwróciło moją uwagę, że kiedy Holmes wysiadał, uważnie rozejrzał się w obie strony, a po minięciu każdej przecznicy upewniał się, czy nikt nas nie śledzi. Droga nasza była doprawdy osobliwa, gdyż Holmes, korzystając ze swej znakomitej znajomości Londynu, pewnym krokiem wiódł nas przez plątaninę uliczek, zaułków i zakamarków, o których istnieniu nawet nie miałem pojęcia. Jakimś wąskim przejściem między starymi, zapuszczonymi domkami wyszliśmy wreszcie na Manchester Street, która doprowadziła nas do Blandford Street. Z niej Holmes wykręcił w jakąś wnękę, przez drewnianą bramę wszedł na zaśmiecone podwórko i otworzył kluczem tylne wejście do domu. Kiedy znaleźliśmy się w środku, zamknął za nami drzwi.

Ciemno było, choć oko wykol, ale nie miałem wątpliwości, że dom jest pusty. Klepki skrzypiały pod naszymi stopami, a kiedy ręką wymacałem ścianę, poczułem strzępy oddartej tapety. Zimne, wąskie palce Holmesa chwyciły mnie za przegub i pociągnęły długim korytarzem, aż wreszcie dostrzegłem odrobinę jaśniejsze półkole szyby nad drzwiami. Teraz Holmes raptownie skręcił w prawo i znaleźliśmy się w dużym, pustym, kwadratowym pokoju, pod ścianami zupełnie ciemnym, ale pośrodku rozjaśnionym przez wpadające z ulicy światło. Nie było w pobliżu latarni, a okno było zarośnięte brudem tak, że mogliśmy tylko rozpoznać swoje sylwetki. Mój towarzysz przytknął mi usta do ucha i szepnął:

- Wie pan, gdzie jesteśmy?

- Tak, na Baker Street - odrzekłem, zerknąwszy w zapaćkane okno.

- Znakomicie. To Camden House, który stoi dokładnie naprzeciw naszego mieszkania.

- A co nas tu sprowadziło?

- Fakt, że stąd mamy znakomity widok. Czy mogę pana prosić, drogi Watsonie, aby się pan przysunął jeszcze bardziej do okna, bacznie zważając na to, aby nie mógł pana dojrzeć nikt z zewnątrz, i zerknął na nasze poczciwe, stare mieszkanie? Zobaczymy, czy trzy lata nieobecności całkowicie pozbawiły mnie zdolności wprawiania pana w zdumienie.

A co nas tu sprowadziło?

Zrobiłem, jak mi polecił, i z najwyższym trudem stłumiłem okrzyk zdumienia. Zasłona w oknie była spuszczona, a w pokoju paliło się światło. Na materiale wyraźnie widać było zarys sylwetki siedzącego w fotelu mężczyzny. Ułożenie głowy, nachylenie ramion, profil na pół odwróconej do okna głowy, wszystko to do złudzenia przypominało sylwetkowy portret, w którym tak się lubowali nasi dziadkowie, a który w sposób oczywisty prezentował Sherlocka Holmesa. Moje zaskoczenie było tak wielkie, że odruchowo chwyciłem za rękę stojącą obok mnie postać, aby się upewnić o jej obecności, a odpowiedzią był bezgłośny śmiech.

- No i co pan na to? - zapytał Holmes.

- Wielkie nieba! - wykrzyknąłem. - To doprawdy wspaniałe!

- Pochlebiam sobie, że ani wiek, ani tułaczka nie osłabiły nadmiernie mej pomysłowości - powiedział, a w jego głosie brzmiała duma artysty. - Więc jak, podobna do mnie ta postać?

- Gotów byłbym przysiąc, że to pan!

- Za wykonawstwo należą się gratulacje panu Oscarowi Meunierowi z Grenoble, który poświęcił na to kilka dni. Resztę sam urządziłem, gdy po południu odwiedziłem Baker Street.

- Ale w jakim celu?

- Drogi Watsonie, z bardzo ważnych powodów chcę, aby pewni ludzie myśleli, że jestem tam, podczas gdy naprawdę znajduję się gdzieś indziej.

- Sądzi pan, że mieszkanie jest obserwowane?

- Jestem tego pewien.

- Przez kogo?

- Przez dawnych nieprzyjaciół, Watsonie. Przez to smakowite towarzystwo, którego przywódca leży u stóp wodospadu Reichenbach. Musi pan pamiętać, że oni - i tylko oni - wiedzą, iż jestem przy życiu. Sądzą, że wcześniej lub później powrócę na stare śmiecie. Obserwowali dom bez ustanku, a dziś rano dowiedzieli się o moim przyjeździe.

- Skąd pan to wie?

- Wyjrzawszy z okna zobaczyłem ich szpiega. Uroczy jegomość nazwiskiem Parker korzysta z garoty i znakomicie gra na drumli. Nim w ogóle się nie przejmuję, rzecz jednak ma się zupełnie inaczej z osobą nieporównanie groźniejszą, która za nim stoi, najbliższym przyjacielem Moriarty'ego, który w Szwajcarii chciał mnie zabić kamieniami, a obecnie jest najsprytniejszym i najniebezpieczniejszym zbrodniarzem w Londynie. To człowiek, który się na mnie dzisiaj wieczorem zasadził, nie wie natomiast, że teraz my zasadziliśmy się na niego.

Stopniowo zacząłem się domyślać planu mego przyjaciela. Z tego zacisznego ukrycia szpieg mógł być szpiegowany, a tropiciel tropiony. Cień na zasłonie stanowił przynętę, a my byliśmy myśliwymi. Czekaliśmy w ciemności, milcząc i przyglądając się ciemnym sylwetkom, które przechodziły przed nami w obie strony. Holmes ani drgnął, lecz dobrze wiedziałem, jaki jest napięty, jak uważnie rejestruje każdą mijającą okno osobę. Wieczór był niemiły, zimny, wiatr z chichotem przelatywał ulicą. Ludzie przemykali z podniesionymi kołnierzami, okutani w szaliki. Raz czy dwa zdało mi się, że widzę po raz kolejny tę samą osobę; uwagę mą zwrócili zwłaszcza dwaj mężczyźni, którzy pod pozorem ochrony przed wiatrem schowali się w bramie domu kilka numerów w dół ulicy. Usiłowałem zwrócić na nich uwagę Holmesa, ale obruszył się tylko i dalej uważnie wpatrywał w przechodniów. Kilka razy niecierpliwie przytupywał stopami i przebierał palcami po ścianie. Nie ulegało wątpliwości, że się denerwuje, gdyż jego przewidywania się nie spełniają. Wreszcie, gdy dochodziła już północ, a ulica niemal zupełnie się wyludniła, zaczął wzburzony przechadzać się po pokoju. Już chciałem coś powiedzieć, kiedy podniosłem wzrok na oświetlone okno przed nami i aż podskoczyłem. Chwyciłem Holmesa za ramię i zawołałem:

- Ten cień się poruszył!

Teraz sylwetka była zwrócona do nas potylicą.

Trzy lata nie osłabiły zgryźliwości Holmesa, której dawał wyraz, gdy miał do czynienia z inteligencją mniej lotną niż jego.

- Oczywiście, że się poruszył - powiedział ironicznie. - Doprawdy uważa mnie pan za takiego niedorajdę, który wystawia za zasłoniętym oknem najbardziej oczywistego manekina i chce na to nabrać niesłychanie sprytnego przeciwnika? Jesteśmy tutaj od dwóch godzin i w tym czasie pani Hudson poruszyła figurę osiem razy, a mówiąc inaczej, robi to co kwadrans. Podkrada się tak, żeby czasem nie było widać jej cienia. O!

Holmes raptownie wciągnął powietrze; zobaczyłem, jak unosi głowę, cały zasłuchany. Na ulicy nie było nikogo widać; dwaj podejrzani mężczyźni może dalej tkwili w bramie, ale tego nie mogłem być pewien. Cisza i mrok, jeśli nie liczyć jasnego prostokąta z ciemną figurą na żółtym tle. Czułem, że Holmes zastygł w napięciu, ale już w następnej chwili pociągnął mnie w róg pokoju i poczułem na ustach dotknięcie drżącego palca. Nigdy jeszcze się nie zdarzyło, by mój przyjaciel był tak poruszony, chociaż ulica nadal była cicha i wymarła.

Nagle jednak i do mnie dotarło to, co go zaalarmowało. Posłyszałem jakiś szmer, ale nie od strony Baker Street, lecz podwórka, przez które weszliśmy do naszej kryjówki. Drzwi się otworzyły i zamknęły, a potem w korytarzu rozległy się kroki, i chociaż ktoś stawiał je ostrożnie, w panującej ciszy brzmiały jak tupanie. Holmes bezszelestnie przykucnął, ja zrobiłem to samo, zaciskając palce na rękojeści rewolweru. Wytężyłem wzrok i w ciemnej plamie otwartych drzwi zobaczyłem odrobinę czarniejszą sylwetkę mężczyzny. Chwilę stał, a potem chyłkiem wśliznął się do pokoju. Był od nas o trzy metry i już szykowałem się, by na niego skoczyć, kiedy sobie uświadomiłem, że nic nie wie o naszej obecności. Przesunął się obok nas, podkradł do okna i bezszelestnie uniósł je na jakieś piętnaście centymetrów. Kiedy przykląkł w świetle ulicznym, którego nie tłumiły już brudne szyby, zobaczyłem twarz wyrażającą niezwykłe podniecenie. Był to starszy mężczyzna z cienkim, sterczącym nosem, wysokim, gładkim czołem i sumiastymi, szpakowatymi wąsami. Oczy błyszczały mu jak dwie gwiazdy, usta nerwowo się poruszały. Szapoklak zsunął na tył głowy, pomiędzy połami rozpiętego płaszcza i klapami surduta lśniła biel koszuli. Twarz miał pociągłą, ciemną i pobrużdżoną zmarszczkami. W ręku trzymał coś, co wyglądało jak laska, ale kładzione na podłodze metalicznie zadźwięczało. Mężczyzna wydobył z kieszeni płaszcza jakiś obły przedmiot i zaczął się z czymś zmagać, aż wreszcie rozległo się głośne szczęknięcie, jakby jakaś sprężyna czy zatrzask trafiły na właściwe miejsce. Ciągle klęcząc, naparł teraz całym ciałem na jakąś dźwignię, po czym rozległ się dziwny piskliwy zgrzyt, także zakończony głośnym kliknięciem. Kiedy powstał, zobaczyłem, że trzyma w ręku coś w rodzaju strzelby z dziwnie zdeformowaną kolbą. Otworzył rygiel, wsunął coś do lufy i znowu go zamknął, a potem ukląkł przy oknie i oparł lufę na parapecie; widziałem, jak długie wąsy opadają na kolbę, kiedy zaczął mierzyć. Westchnął z satysfakcją, umieszczając kolbę w dołku ramiennym, a potem naprowadził muszkę na ciemną plamę na żółtym tle. Na chwilę zastygł bez ruchu, aż wreszcie nacisnął język spustowy. Rozległ się dziwny przeciągły gwizd, a potem brzęk tłuczonego szkła. W tym samym momencie Holmes niczym tygrys rzucił się na niego z tyłu i powalił go twarzą na ziemię, tamten jednak wywinął się i chwycił mego przyjaciela za gardło, otrzymawszy jednak cios kolbą rewolweru w głowę, runął bez czucia. Padłem na niego, aby go unieruchomić, a wtedy Holmes dmuchnął w gwizdek. Na chodniku rozległ się tupot stóp i przez frontowe drzwi do holu, a potem pokoju wpadło dwóch umundurowanych policjantów i jeden po cywilnemu.

W ręku trzymał coś, co wyglądało jak laska

- A, widzę, że to wy, Lestrade - powiedział Holmes.

- Tak jest, sir. Postanowiłem sam dopilnować tej sprawy. Dobrze pana znowu widzieć w Londynie, sir.

- Myślę, że przyda wam się szczypta nieoficjalnej porady. Trzy niewykryte morderstwa w jednym roku to odrobinę za dużo, Lestrade. Co się jednak tyczy Moleseya, to udało wam się załatwić sprawę z mniejszą niż zwykle... to znaczy... całkiem dobrze.

Otrzymawszy jednak cios kolbą rewolweru w głowę, runął bez czucia

Wszyscy wstaliśmy; pojmany dyszał ciężko, mając po obu stronach czujnych konstablów. Na ulicy już się pojawiło kilku gapiów. Holmes zamknął okno i opuścił zasłony. Lestrade zapalił dwie świeczki, policjanci wydobyli swoje lampy i mogłem wreszcie przyjrzeć się dobrze naszemu więźniowi.

Twarz miał niezwykle energiczną, a zarazem złowieszczą. Widać było, że z czołem filozofa i szczęką sensualisty jest to człowiek równie zdolny do rzeczy najczcigodniejszych, jak i najpodlejszych. Kiedy patrzyło się w jego krystalicznie niebieskie, a zarazem zimne oczy, nerwowo rozchylające się nozdrza, gniewnie ściągnięte brwi, trudno było nie poczuć obawy. Wszystkich nas zignorował, a uwagę skupił jedynie na Holmesie - w jego spojrzeniu zdumienie mieszało się z nienawiścią.

- Ty diable! - mamrotał. - Podstępny, nikczemny diable!

- Ach, pułkowniku - powiedział Holmes, poprawiając potargany kołnierz - czyż porzekadło nie mówi: Góra z górą się nie zejdzie, a człowiek z człowiekiem zawsze? Chyba nie widzieliśmy się od czasu, jak usiłował mnie pan ukatrupić na półce przy wodospadzie Reichenbach?

Pułkownik nadal wpatrywał się w mojego przyjaciela jak zahipnotyzowany i tylko powtarzał machinalnie: "Diabeł! Podstępny diabeł!".

- Trzeba dopełnić prezentacji - ciągnął Holmes. - Panowie, oto pułkownik Sebastian Moran z Indyjskiej Armii Jej Królewskiej Mości, najlepszy myśliwy na grubego zwierza, jaki pojawił się na wschodzie imperium. Zdaje się, pułkowniku, że nadal dzierży pan rekord zastrzelonych tygrysów, prawda?

Tamten nic nie odrzekł, tylko dziko wpatrywał się w Holmesa, a z tym ogniem w oczach i nastroszonymi wąsami sam zdał się tygrysem.

- To jednak dziwne, że taki prosty podstęp mógł zwieść tak wytrawnego shikari - ciągnął Holmes. - A przecież dobrze go pan zna. Czyż nie zwykł pan przywiązywać dziecka do drzewa, a samemu zaczajać się w jego koronie ze strzelbą pewien, że tygrys połasi się na przynętę? Ten pusty dom to moje drzewo, a pan jest moim tygrysem. Mniemam, że musiał pan zawsze mieć na podorędziu kilka zapasowych sztuk broni na wypadek, gdyby było kilka tygrysów albo gdyby pan chybił. To - Holmes zatoczył ręką krąg, wskazując nas pozostałych - są moje zapasowe karabiny. Paralela jest zupełna.

Pułkownik Moran rzucił się do przodu ze wściekłym warknięciem, ale policjanci osadzili go na miejscu. Trudno było znieść widok furii na jego twarzy.

- Muszę jednak przyznać, że odrobinę mnie pan zaskoczył. Nie spodziewałem się, że sam pan zrobi użytek z tego pustego domu i tak wygodnego okna. Przypuszczałem, że raczej wyceluje pan z ulicy, gdzie czekali na pana mój przyjaciel Lestrade i jego dzielni pomocnicy. Poza tym jednak wszystko potoczyło się zgodnie z mymi przewidywaniami.

Pułkownik Moran rzucił się do przodu ze wściekłym warknięciem

Pułkownik Moran zwrócił się do inspektora.

- Nie wiem, czy macie wystarczające podstawy, by mnie aresztować, ale nie ma powodu, bym musiał wysłuchiwać tych pyszałkowatych andronów. Jeśli znalazłem się w rękach prawa, niechże się wszystko dzieje zgodnie z nim.

- Tak też się stanie - odparł Lestrade. - Czy ma mi pan jeszcze coś do powiedzenia, mister Holmes?

Mój towarzysz podniósł z podłogi pneumatyczny karabin i przyjrzał się jego mechanizmowi.

- Świetna i bardzo rzadka broń - rzekł. - Potężna i całkiem cicha. Znałem Von Herdera, ślepego niemieckiego konstruktora, który ją zbudował na zamówienie profesora Moriarty'ego. Od lat wiedziałem, że istnieje, ale nigdy nie miałem okazji trzymać jej w rękach. Zbadajcie ją dobrze, Lestrade, a także owe osobliwe naboje do niej.

- Tego może być pan pewien, mister Holmes - odparł inspektor i z pozostałą trójką ruszył ku drzwiom, ale w progu się zatrzymał. - Coś jeszcze?

- O co zamierzacie go oskarżyć?

- Jak to o co, sir? To oczywiste, o próbę zabicia Sherlocka Holmesa.

- Nie, nie, Lestrade. Ja w ogóle nie chcę się pojawić w tej sprawie. To panu się należą wszystkie zaszczyty za dokonanie tak znakomitego pojmania. Tak, tak, inspektorze, gratuluję wam, że ze zwykłą u was mieszaniną przemyślności i odwagi udało wam się schwytać tak niebezpiecznego przestępcę.

- To znaczy kogo, sir?

- Tego, którego cała policja szuka na próżno. Pułkownik Sebastian Moran trzydziestego ubiegłego miesiąca z pneumatycznego karabinu przez otwarte okno zastrzelił wielmożnego Ronalda Adaira na piętrze domu numer 427 przy Park Lane. Taki mu zarzut postawicie, Lestrade. A teraz, Watsonie, jeśli tylko jest pan w stanie wytrzymać przeciąg z rozbitego okna, myślę, że pół godziny spędzone ze mną w gabinecie przy cygarze może być dla pana nie lada gratką.

Dzięki nadzorowi Mycrofta Holmesa i stałej trosce pani Hudson nasze pokoje wyglądały po staremu. Owszem, po wejściu zauważyłem nienaturalną wręcz czystość, ale poza tym z prawdziwą radością odnalazłem wszystkie punkty orientacyjne: kącik chemiczny z poplamionym kwasami drewnianym stołem, półki pełne albumów z wycinkami, które wielu obywateli najchętniej zobaczyłoby w ogniu, wykresy, pudełko ze skrzypcami, stojak na fajki, a nawet perski kapciuch z tytoniem. W pokoju były dwie postaci: pani Hudson, która rozpromieniła się na nasz widok, a także manekin, który odegrał tak ważną rolę w całej przygodzie. Był wykonaną z wosku wręcz znakomitą podobizną mego przyjaciela. Wraz z fotelem ustawiono ją na małym stoliku, a znakomicie ułożony stary szlafrok sprawiał, że od strony ulicy iluzja była zupełna.

- Mam nadzieję, że stosowała się pani do wszystkich moich poleceń, pani Hudson - powiedział Holmes.

- Tak, tak, podchodziłam na czworakach, tak jak mi pan kazał.

- Bardzo dobrze. Znakomicie się pani spisała. Zauważyła pani, gdzie poleciał pocisk?

- Tak, sir. Co za szkoda, że zepsuł tę pana śliczną figurkę. Kula przeszła przez głowę, rozpłaszczyła się na ścianie i bęc na dywan, a ja ją zaraz chaps... i tutaj jest!

Holmes wziął pocisk od pani Hudson, obejrzał i podał mnie.

- Niech pan zauważy, Watsonie, miękki szpic. Bardzo to pomysłowe, bo kto będzie podejrzewał, że coś takiego zostanie wystrzelone z broni pneumatycznej. Bardzo już pani dziękuję, pani Hudson, ogromnie jestem wdzięczny za pani pomoc. A teraz, Watsonie, niechże mi pan pozwoli znowu zobaczyć pana w fotelu naprzeciw mnie, gdyż jest kilka kwestii, które chciałbym z panem przedyskutować. - Holmes zrzucił sfatygowany surdut i jak dawniej naciągnął na siebie szlafrok mysiej barwy, który ściągnął z kukły, zarazem przyglądając się przestrzelonej głowie. - Stary shikari ma oko celne jak dawniej, a i nerwy nie najgorsze. Pocisk trafił w środek potylicy i wyszedł czołem. Był najlepszym strzelcem w Indiach, a wątpię, by wielu było lepszych w Londynie. Mówi coś panu to nazwisko?

- Nie, zupełnie nic.

- Ho, ho, ho, taka sława. No, ale pamiętam, że nic pan nie wiedział o profesorze Jamesie Moriartym, w końcu jednym z najbystrzejszych umysłów tego stulecia. Niech pan będzie łaskaw podać mi z półki mój almanach biograficzny. - Spełniłem prośbę, a Holmes zaczął leniwie przewracać strony, co jakiś czas wypuszczając wielki kłąb dymu z cygara. - Kolekcja nazwisk na "M" doprawdy wyborna. Sam Moriarty przyniósłby jej zaszczyt, a tu jeszcze mamy truciciela Morgana, Merridew o wyśmienitej pamięci, Matthewsa, który wybił lewy ząb trzonowy w poczekalni na Charing Cross, no i wreszcie bohatera dzisiejszego wieczoru.

Holmes wręczył mi wykaz, gdzie przeczytałem:

Moran, Sebastian, pułkownik. Nie pracuje, dawniej w 1. Bengalore Pioneers. Ur. Londyn, 1840. Syn sir Augustusa Morana, Krzyż Towarzyski Łaźni, ongiś Ministra ds. Persji. Edukacja: Eton, Oxford. Służba wojskowa: kampania Jowaki i afgańska; stacjonował: Charasiab (egzekucje), Sherpur i Kabul. Autor Heavy Game of the Western Himalayas, 1881, oraz Three Months in the Jungle, 1884. Adres: Conduit Street. Kluby: The Anglo-Indian, Tankerville, Bagatelle Card Club.

Kolekcja nazwisk na "M" doprawdy wyborna

Na marginesie swym równym pismem Holmes dodał: "Drugi z najniebezpieczniejszych ludzi w Londynie".

- Zaskakujące - powiedziałem, zwracając informator. - To raczej świadczy o zaszczytnej służbie wojskowej.

- Istotnie - zgodził się Holmes. - Do pewnego momentu zachowywał się wzorowo. To człowiek o stalowych nerwach; w Indiach po dziś dzień powtarza się opowieść, jak podkradał się do rannego tygrysa ludożercy. Są takie drzewa, Watsonie, które do pewnej wysokości rosną prosto, a potem nagle gwałtownie się wyginają w jedną stronę. Podobnie dzieje się też z ludźmi. Żywię w tej kwestii teorię, że każda rozwijająca się jednostka niesie w sobie dziedzictwo długiego ciągu przodków, a na takie gwałtowne odchylenie się ku dobru lub złu ma swój wpływ owa pokoleniowa scheda, człowiek zaś staje się w pewnym stopniu emblematem całego swego rodu.

- Powiem szczerze, że mnie się ta teoria zdaje całkiem fantazyjna - powiedziałem.

- Nie będę się przy niej zażarcie upierał. Jakiekolwiek stały za tym przyczyny, pułkownik Moran zaczął zbaczać ku złu. Nie doszło do żadnego jawnego skandalu, ale w Indiach ziemia zaczęła mu się palić pod stopami. Wrócił do Londynu, lecz i tu powietrze wokół niego gęstniało. Wtedy wyszukał go profesor Moriarty, dla którego już wcześniej pracował, i to pełniąc wcale niepoślednią funkcję. Moriarty hojnie zaopatrzył go w pieniądze, ale skorzystał z jego usług tylko dwa razy, gdy nie mógł liczyć na żadnego przeciętnego przestępcę. Pamięta pan może sprawę śmierci pani Stewart z Lauder w roku 1887? Nie? Trudno, ja w każdym razie jestem przekonany, że Moran musiał w tym maczać palce, aczkolwiek dowieść nie można mu było niczego. Pułkownik tak się maskował, że nawet po wpadce całej bandy Moriarty'ego przeciw niemu niepodobna było wysunąć żadnego zarzutu. Pamięta pan może ten dzień, kiedy zjawiłem się u pana i natychmiast zamknąłem okiennice w obawie przez bronią pneumatyczną? Wtedy najpewniej uznał pan, że to jakieś moje fanaberie, ja tymczasem dobrze wiedziałem o istnieniu tego niezwykłego karabinu, a w dodatku obawiałem się, że może go użyć jeden z najlepszych strzelców na świecie. Kiedy znaleźliśmy się w Szwajcarii, śledził nas razem z Moriartym i to on zgotował mi tych pięć ciężkich minut nieopodal wodospadu Reichenbach.

Bez trudu może pan sobie wyobrazić, jak starannie we Francji studiowałem prasę, aby wypatrzyć jakąś szansę, by się do niego dobrać. Jak długo bujał na wolności, nie miałem po co wracać do Londynu. W dzień i w nocy sunąłby za mną jak cień, aż wreszcie znalazłby swoją sposobność. Co miałem począć? Nie mogłem go zastrzelić, bo wtedy sam wylądowałbym na szubienicy. Nie było sensu szukać pomocy w policji, dla której wszystko to byłoby tylko efektem jakiejś chorobliwej podejrzliwości. Ręce miałem skrępowane, ale uważnie śledziłem informacje kryminalne, wiedząc, że wcześniej lub później dopadnę Morana. I wtedy śmierć spotkała Ronalda Adaira. Nareszcie dostrzegłem swoją szansę. Nie miałem wątpliwości, że sprawcą musiał być Moran. Grał z zabitym w karty, potem z klubu podążył za nim do domu i zabił przez otwarte okno. Tutaj nie miałem najmniejszej wątpliwości, a sprawa wystarczyła na to, by mu zapewnić stryczek na szyi. Wróciłem natychmiast, zobaczył mnie stojący na czujce człowiek, który, jak byłem pewien, natychmiast doniósł o tym pułkownikowi, a ten, związawszy moje przybycie z przestępstwem, które popełnił, winien poczuć się zagrożony. Byłem pewien, że spróbuje usunąć mnie z drogi natychmiast, więc uprzedziwszy policję, iż może być potrzebna - nawiasem mówiąc, Watsonie, ze swą zwykłą spostrzegawczością natychmiast ich pan ujrzał, jak chowali się w bramie - wybrałem miejsce, które jak sądziłem, będzie znakomitym punktem obserwacyjnym, natomiast nie przeszło mi nawet przez myśl, że Moran stąd właśnie zaatakuje. No świetnie, czy jest jeszcze coś, mój drogi Watsonie, co wymagałoby wyjaśnienia?

- Tak - odparłem. - Nie powiedział pan jeszcze, Holmesie, z jakiego powodu pułkownik Moran zamordował Ronalda Adaira.

- Ach, drogi przyjacielu, wraz z tym wkraczamy w sferę, gdzie logiczne rozumowanie może okazać się po prostu zawodne. Tu każdy może niepodważalne fakty uzupełnić własnymi hipotezami, a pańska może być równie prawdopodobna jak moja.

- Ale ma pan jakąś?

- Tak. I, jak mniemam, nieźle tłumaczy to, co z pewnością wiemy. Dochodzenie ustaliło, że grając w parze, Moran i młody Adair zyskali znaczną sumę pieniędzy. Moran z pewnością oszukiwał, tego byłem pewien od dawna. Sądzę, że w dzień morderstwa Adair zorientował się w tym i najprawdopodobniej porozmawiał z nim o tym na osobności, grożąc, że go zdemaskuje, chyba że tamten dobrowolnie zrezygnuje z członkostwa w klubie i obieca, że więcej nie będzie siadał do kart. To nieprawdopodobne, żeby młodzieniec chciał wzniecać straszliwy skandal wokół człowieka dobrze znanego w towarzystwie i o tyle od niego starszego, dlatego więc najpewniej postąpił tak, jak przypuszczam. Tymczasem dla Morana, utrzymującego się z szulerki, usunięcie z klubu byłoby katastrofą. Dlatego też zamordował Adaira, który akurat starał się ustalić, ile pieniędzy i komu powinien zwrócić, nie chciał bowiem korzystać z oszustwa swego partnera. Drzwi zamknął po to, aby damy go nie zaskoczyły, wtedy bowiem trudno byłoby mu wyjaśnić, co robi, mając na stole monety i listę z nazwiskami. Co pan o tym sądzi?

- Myślę, że tak właśnie było.

- To rozstrzygnie proces. Na razie jednak pułkownik Moran nie będzie już nas więcej kłopotał, słynna strzelba pneumatyczna Von Herdera wyląduje w Muzeum Scotland Yardu, a mości Sherlock Holmes znowu może powrócić do zgłębiania tych malutkich problemów, których tyle nastręcza bujne życie Londynu.

BUDOWNICZY Z NORWOOD

punktu widzenia eksperta w kwestii przestępczości - powiedział Sherlock Holmes - Londyn od czasu, gdy opuścił go nieboszczyk Moriarty, stał się miejscem nad wyraz nieinteresującym.

- Wątpię, by znalazł pan wielu uczciwych jego mieszkańców, którzy by się z panem zgodzili - powiedziałem.

- No cóż, może istotnie nie powinienem tak faworyzować prywatnego punktu widzenia - zgodził się Holmes, odsuwając fotel od stołu, przy którym właśnie skończyliśmy śniadanie. - Społeczność bez wątpienia na tej śmierci zyskała, a jeśli ktoś stracił, to co najwyżej biedni specjaliści, którzy nie mają się czym zająć. Póki żył profesor, sięgało się po poranną gazetę z poczuciem bezliku możliwości. Czasem, Watsonie, starczył maciupeńki ślad, ledwie dostrzegalna wskazówka, a ja już wiedziałem, że stoi za tym potężna występna umysłowość, natomiast delikatne drgania sieci przypominały o tym, że w jej centrum czyha obrzydliwy pająk. Drobne kradzieże, bestialskie napaści, bezcelowe na pozór ataki brutalności - dla kogoś, kto potrafił odpowiednio spojrzeć, układały się w spójną całość. Dla systematycznego badacza wyrafinowanej przestępczości żadna inna stolica europejska nie oferowała takich możliwości jak Londyn. Teraz jednak... - Holmes wzruszył ramionami z wyrazem udawanego rozgoryczenia stanem rzeczy, do którego zaistnienia tak walnie się przyczynił.

Dzień, który opisuję, nastąpił kilka miesięcy po tym, jak Holmes powrócił do Londynu, ja zaś za jego radą odsprzedałem swą praktykę przy Kensington i znowu sprowadziłem się do mieszkania przez Baker Street, gdzie przez jakiś czas mieszkaliśmy wspólnie. Nabywcą praktyki został młody lekarz nazwiskiem Verner, zaskakująco łatwo zgadzając się na cenę, którą ustawiłem wysoko, aby było się o co targować. Łatwość ta wyjaśniła się dopiero po latach, kiedy się okazało, że jest dalekim krewnym Holmesa i że to w istocie mój przyjaciel sfinansował jego przedsięwzięcie.

W istocie miesiące te nie były aż tak bardzo wolne od zaskakujących wydarzeń, kiedy bowiem przeglądam notatki, znajduję w nich na przykład sprawę dokumentów byłego prezydenta Murillo czy szokującą aferę holenderskiego parowca "Friesland", w której obaj mało nie straciliśmy życia. Tyle że dumna i chłodna natura mego przyjaciela zawsze z wielką rezerwą kazała mu się odnosić do publicznego aplauzu, co sprawiło, iż jak najsurowiej zabronił mi informować o nim, jego metodach i sukcesach, który to zakaz, jak wspomniałem już wcześniej, dopiero niedawno został cofnięty.

Sherlock Holmes rozparł się w fotelu po swoim żartobliwym utyskiwaniu i zaczął przeglądać poranną gazetę, kiedy naszą uwagę przykuł hałaśliwy dzwonek, po którym rozległo się takie dudnienie, jakby ktoś walił w drzwi pięścią. Ledwie się otworzyły, natychmiast na schodach rozbrzmiał tupot stóp, a w chwilę później do pokoju wpadł blady, rozczochrany, zdyszany młodzieniec z obłędem w oczach. Niespokojnie przenosił wzrok z jednego z nas na drugiego, a widząc nasze pytające spojrzenia, zdał sobie sprawę z tego, że musi jakoś wyjaśnić swe gwałtowne najście.

- Przepraszam, mister Holmes! - zawołał. - Proszę mi wybaczyć, ale wprost odchodzę od zmysłów. Nieszczęsny John Hector McFarlane to ja!

Powiedział to tak, jak gdyby samo wymienienie nazwiska natychmiast wszystko tłumaczyło, ale z wyrazu twarzy mego towarzysza zmiarkowałem, że i jemu mówi ono równie niewiele jak mnie.

- Proszę się poczęstować papierosem - powiedział Holmes, podsuwając gościowi fotel. - Sądzę, że nie byłoby od rzeczy, gdyby mój przyjaciel, doktor Watson, podał panu jakiś środek uspokajający. Ostatnimi dniami jest nader ciepło. A teraz, kiedy trochę już pan ochłonął, proszę usiąść i opowiedzieć nam powoli i porządnie, kim pan jest i co pana tu sprowadza. Wymienił pan swoje nazwisko, muszę jednak wyznać, że poza oczywistymi faktami, a więc, że jest pan kawalerem, prawnikiem, masonem i astmatykiem, nic więcej o panu nie wiem.

Ponieważ zdążyłem już poznać metody mego przyjaciela, bez trudu wychwyciłem elementy, z których wyciągnął on wnioski - a więc: nieporządny ubiór, sterczące z kieszeni dokumenty, charakterystyczną bransoletkę od zegarka i ciężki oddech - ale pan McFarlane był całkowicie skonfundowany.

W chwilę później do pokoju wpadł blady, rozczochrany, zdyszany młodzieniec z obłędem w oczach

- Tak, istotnie, mister Holmes, wszystko to prawda, ale poza tym jestem najnieszczęśliwszym człowiekiem w Londynie. Na miłość boską, błagam, panie Holmes, niech mi pan nie odmawia pomocy. Jeśli zjawią się tu, by mnie aresztować, niech pan nie pozwoli mnie zabrać, zanim nie dokończę swojej historii. Proszę bardzo, mogę iść do więzienia, ale wówczas, kiedy będę wiedział, że pan się zajmie moją sprawą.

- Przyjdą pana aresztować - powtórzył Holmes. - To istotnie brzmi interesująco, ale czy mógłby pan wyjaśnić, pod jakim zarzutem?

- Pod zarzutem zamordowania Jonasa Oldacre'a z Lower Norwood.

Na twarzy mego towarzysza pojawiło się współczucie, ale nie miałem wątpliwości, że dostrzegam też na niej cień satysfakcji, co zresztą zaraz potwierdziły jego słowa.

- Proszę, proszę, a ja przed chwilą skarżyłem się doktorowi Watsonowi, że zupełnie już znikły z prasy sensacyjne przypadki.

Nasz gość sięgnął drżącą ręką po leżący na kolanach Holmesa numer "Daily Telegraph".

- Gdyby zdążył pan zerknąć tutaj, sir, natychmiast by pan wiedział, z czym przybiegłem. Mam wrażenie, że moje nazwisko i moje nieszczęście są na ustach wszystkich. Niech pan pozwoli, że przeczytam na głos. Nagłówek: "Tajemnicze zdarzenie w Lower Norwood". A pod nim: "Znika znany budowniczy. Podejrzenie morderstwa i podpalenia. Ślad sprawcy". Policja idzie za tym śladem, panie Holmes, a ja jestem przekonany, że prowadzi do mnie. Wiem, że mnie śledzono od stacji London Bridge, a teraz z pewnością już tylko czekają na nakaz aresztowania. A to złamie serce mojej matce, nie może być inaczej!

Załamał ręce i zaczął się kołysać w fotelu do przodu i do tyłu. Z zainteresowaniem wpatrywałem się w człowieka, który przypuszczał, że lada chwila zostanie oskarżony o morderstwo. Miał płowe włosy, był dość przystojny ze swymi pełnymi przerażenia oczyma, gładko wygoloną twarzą i drżącymi, wrażliwymi ustami. Liczył sobie jakieś dwadzieścia siedem lat, był odziany jak dżentelmen i tak też się nosił. Z kieszeni lekkiego letniego płaszcza sterczały dokumenty zdradzające jego profesję.

- W takim razie trzeba wykorzystać czas, który jeszcze mamy - powiedział Holmes. - Watsonie, czy będzie pan łaskaw przeczytać na głos wzmiankowany artykuł?

Pod spiesznie wyskandowanym przez naszego klienta nagłówkiem znalazła się następująca treść:

Wczoraj w nocy lub dzisiaj nad ranem w Lower Norwood wydarzył się incydent, który może świadczyć o poważnym przestępstwie. Pan Jonas Oldacre od lat był znanym w okolicy budowniczym. Pięćdziesięciodwuletni kawaler mieszkał w Deep Dene House, na końcu ulicy Deep Dene od strony Sydenham, ciesząc się opinią człowieka ekscentrycznego, skrytego i nieprzepadającego za towarzystwem. Przed kilku laty wycofał się z interesu, na którym ponoć miał się nieźle wzbogacić. Na tyłach domu był składzik drewna i po północy wszczęto alarm, że jeden z sągów się pali. Straż pożarna była wkrótce na miejscu, ale suche drewno tak wściekle już buzowało, że w żaden sposób nie dawało się ugasić. Jak dotąd wszystko wskazywało na zwykły wypadek, potem jednak zaczęto podejrzewać coś znacznie poważniejszego. Najpierw zdziwienie wzbudziła nieobecność właściciela na miejscu zdarzenia, po czym okazało się też, że nie ma go w domu. Stan łóżka w sypialni wskazywał na to, że nikt w nim nie spał, sejf był otwarty, po podłodze walały się ważne dokumenty, a poza tym widać było ślady zaciekłej walki, krew była na sprzętach, a także na rączce ciężkiej dębowej laski. Ustalono, że pana Jonasa Oldacre'a późnym wieczorem odwiedził jakiś gość, do którego należała znaleziona laska. Stwierdzono, że jej właścicielem jest adwokat, John Hector McFarlane, wraz z panem Grahamem prowadzący kancelarię pod numerem 426 przy Gresham Buildings, E.C. Policja twierdzi, iż ma dowody wyraźnie wskazujące na motyw zabójstwa, należy się więc spodziewać, że sprawa będzie miała ciąg dalszy.

Z OSTATNIEJ CHWILI - Tuż przed oddaniem numeru do druku pojawiły się pogłoski, że pan John Hector McFarlane został aresztowany pod zarzutem morderstwa popełnionego na panu Jonasie Oldacre. Pewne jest, że wystawiono nakaz aresztowania. Dalsze śledztwo w Norwood oprócz śladów walki wykazało, że przez otwarte francuskie okno, a właściwie oszklone drzwi, znajdującego się na parterze mieszkania wyciągnięto na podwórze jakiś ciężki, obły obiekt, a w drzewnym popiele wykryto zwęglone szczątki ludzkie. Zdaniem policji morderca - po zabiciu mężczyzny ciosami laski - przeszukał jego papiery, by wreszcie powlec zwłoki do stosu drewna i podpalić je, aby ukryć ślady zbrodni. Śledztwo złożono w doświadczone ręce inspektora Lestrade'a ze Scotland Yardu, który zabrał się do niego z charakterystyczną energią i znajomością rzeczy.

Sherlock słuchał tego wszystkiego z przymkniętymi oczyma i dłońmi ze złożonymi końcami palców.

- Tak. Jest tu bez wątpienia kilka interesujących kwestii - powiedział, kiwając głową. - Chciałbym pana spytać przede wszystkim, mister McFarlane, jak to się stało, że chodzi pan na wolności, chociaż można by sądzić, że przemawia przeciwko panu dostatecznie wiele, aby pana aresztować?

- Mieszkam razem z rodzicami w Blackheath przy Torrington Lodge, ale ponieważ późnym wieczorem miałem do załatwienia z panem Oldacre'em ważną sprawę, zanocowałem w hotelu w Norwood i stamtąd pojechałem wprost do pracy. Nic nie wiedziałem o tym, co się stało, i dopiero w pociągu przeczytałem to, co przed chwilą pan usłyszał. Natychmiast zrozumiałem, jakie niebezpieczeństwo mi grozi, i skierowałem się tutaj, aby sprawę oddać w pańskie ręce, mister Holmes. Nie mam wątpliwości, że gdybym spał w domu albo udał się do kancelarii, już byłbym za kratkami. Jak wspomniałem, ktoś szedł za mną od London Bridge, i jestem pewien... Na Boga, a to co takiego?

Najpierw rozległ się dzwonek, a zaraz potem łomot kroków na schodach. Chwila i w drzwiach stanął nasz dawny znajomy Lestrade. Za jego plecami dostrzegłem co najmniej jeden mundur policyjny.

- Pan John Hector McFarlane? - zapytał Lestrade. Nasz gość podniósł się na drżących nogach. - Jest pan aresztowany za rozmyślne zabójstwo Jonasa Oldacre'a, zamieszkałego na Lower Norwood.

McFarlane spojrzał na nas z rozpaczą i z powrotem bezwładnie osunął się na fotel.

- Poczekajcie, Lestrade - odezwał się Holmes. - Pół godziny was nie zbawi, a pan McFarlane właśnie miał mi przedstawić swoją wersję tego, co się stało. Jeśli obydwaj tego wysłuchamy, łatwiej będzie rozwiązać zagadkę.

- Jaką zagadkę? Co tu rozwiązywać? - obruszył się Lestrade.

- Ja jednak byłbym bardzo wdzięczny, gdyby pozwolił mi pan posłuchać.

- No cóż, mister Holmes, trudno mi odmówić tej prośbie, skoro kilka razy skorzystaliśmy z pańskiej pomocy - odparł Lestrade. - Wobec tego nie wolno mi jednak odstąpić na krok od aresztowanego, którego muszę też ostrzec, że wszystko, co powie, może być wykorzystane przeciw niemu.

- O nic więcej mi nie chodzi. Chcę jedynie, aby wysłuchał mnie pan Sherlock Holmes - zawołał nasz klient. - I pan także, inspektorze, bo nie sądzę, aby podważał pan absolutną prawdę.

Lestrade popatrzył na zegarek i powiedział:

- Ma pan pół godziny.

- Najpierw muszę wyjaśnić - zaczął McFarlane - że zupełnie nie znałem Jonasa Oldacre'a. Owszem, nazwisko kojarzyłem, gdyż mój partner był kiedyś z nim związany, ale potem się rozstali. Możecie więc panowie wyobrazić sobie moje zdumienie, kiedy wczoraj około trzeciej po południu ów Oldacre wkroczył do mojego gabinetu w kancelarii. Prawdziwe zaskoczenie czekało mnie dopiero, kiedy przedstawił mi przyczynę swojej wizyty. Wręczył mi kilka szczelnie zapisanych kartek z notatnika, które mam tutaj, i położył je na stole. "Oto moja ostatnia wola - oznajmił - i chcę, żeby nadał jej pan właściwą postać prawną, a ja tu poczekam, aż pan to zrobi".

Zasiadłem do pracy, ale od pierwszej chwili nie mogłem uwierzyć swoim oczom, gdyż jeśli nie liczyć małych odpisów, większość swego majątku scedował... na mnie! Był małym, podobnym do łasicy człowieczkiem z białymi brwiami, a kiedy zdumiony podniosłem wzrok, napotkałem jego wbite we mnie rozbawione spojrzenie. Kiedy spytałem, jak mam to wszystko rozumieć, odparł, że jest kawalerem bez żadnych żyjących krewnych, w młodości znał moich rodziców, słyszał o mnie same dobre opinie i dlatego jest pewien, że jego pieniądze powędrują w dobre ręce. Naturalnie, ledwie udało mi się wykrztusić podziękowania. Testament został sporządzony zgodnie z przepisami, podpisany przez Oldacre'a i naszego urzędnika jako świadka. Mają to państwo tu na niebieskim papierze, reszta, jak już mówiłem, to brudnopis. Pan Jonas Oldacre powiedział mi też, że są jeszcze dokumenty, takie jak zezwolenia na budowę, tytuły własności, skrypty hipoteczne, z którymi muszę się zapoznać, a on nie będzie miał spokoju, dopóki cała sprawa nie zostanie załatwiona, dlatego też poprosił mnie, abym, zabierając testament, przybył do niego wieczorem na Norwood, żeby wszystko sfinalizować. "Pamiętaj, chłopcze - powiedział - nawet słówka nie piśnij o tym rodzicom, dopóki nie dopniemy sprawy. Taka mała niespodzianka dla nich". Żądanie to powtórzył jeszcze kilkakrotnie.

Nietrudno chyba zrozumieć, mister Holmes, że absolutnie nie zamierzałem mu czegokolwiek odmówić. Był moim dobroczyńcą i miał prawo oczekiwać, że spełnię każde jego życzenie. Wysłałem zatem do domu telegram, że ważne interesy zatrzymują mnie w mieście i nie potrafię przewidzieć, o której wrócę. Pan Oldacre powiedział, że byłoby mu miło, gdybym zjadł z nim kolację o dziewiątej, gdyż wcześniej nie będzie go w domu. Miałem jednak trochę kłopotów z odnalezieniem jego adresu, więc na miejscu znalazłem się dopiero o wpół do dziesiątej. Okazało się...

- Chwileczkę - przerwał mu Holmes. - Kto otworzył drzwi?

- Kobieta w średnim wieku; jak sądzę, gospodyni.

- Zwróciła się do pana po nazwisku?

- Tak jest, sir.

- Proszę mówić dalej.

McFarlane otarł spocone czoło i ciągnął:

- Wprowadziła mnie do pokoju gościnnego, gdzie na stole czekała skromna kolacja. Kiedy zjedliśmy, pan Oldacre zaprowadził mnie do swojej sypialni, w której znajdował się pancerny sejf. Otworzył go, wyjął stos dokumentów i zaczęliśmy je przeglądać. Skończyliśmy dwadzieścia po jedenastej; powiedział, że nie będziemy niepokoić gospodyni, i wyprowadził mnie na zewnątrz przez francuskie okno, które było otwarte przez cały czas.

- Czy zasłony były spuszczone? - zainteresował się Holmes.

- Tego nie jestem pewien, ale chyba do połowy. Tak, tak, pamiętam, jak je podciągał, aby otworzyć szerzej okno. Nie mogłem znaleźć laski, na co powiedział: "Nic nie szkodzi, chłopcze, zobaczymy się jeszcze nie raz, to ci ją dam, bo gdzieś tu na pewno się znajdzie". Kiedy go zostawiałem, sejf był otwarty, a papiery w pakiecie leżały na stole. Było już za późno, żeby wracać na Blackheath, więc zatrzymałem się na noc w Anerley Arms, a o całej reszcie przeczytałem dopiero rano w gazecie.

- Chce pan o coś jeszcze spytać, mister Holmes? - odezwał się Lestrade, który słuchając tych słów, kilka razy unosił brwi w wyrazie niedowierzania.

- Nie, gdyż najpierw muszę się rozejrzeć w Blackheath.

- Chciał pan powiedzieć: w Norwood - poprawił Lestrade.

- Ach tak, najwyraźniej to chciałem powiedzieć - rzekł Holmes z tajemniczym uśmieszkiem na wargach.

Lestrade niejeden już raz przekonał się, że umysł Holmesa potrafi błyskawicznie wychwycić to, co jemu umykało, zobaczyłem więc, jak podejrzliwie patrzy na mego przyjaciela.

- Chciałbym zamienić z panem kilka słów, mister Holmes - powiedział, a potem zwrócił się do McFarlane'a: - Ci dwaj funkcjonariusze sprowadzą pana na dół, gdzie czeka już nasz powóz.

Młodzieniec powstał i rzuciwszy nam na pożegnanie ostatnie błagalne spojrzenie, wyszedł z pokoju, a za nim konstable. Lestrade został, Holmes tymczasem sięgnął po szkic ostatniej woli i studiował go uważnie.

- Jest w tym coś interesującego, prawda, Lestrade? - zapytał, popychając papiery w kierunku inspektora.

Ten zmarszczył czoło.

- Owszem, mogę przeczytać kilka pierwszych linijek, potem fragment pośrodku drugiej strony oraz dwie na samym końcu, ale reszta jest nakreślona tak nieporządnie, że w paru miejscach nic się nie da odszyfrować.

Młodzieniec powstał i rzuciwszy nam na pożegnanie ostatnie błagalne spojrzenie, wyszedł z pokoju

- I jaki stąd wniosek?

- A co pan sądzi?

- Że tekst był pisany w pociągu. Wyraźne momenty na stacjach, niewyraźne w trakcie jazdy, a nieczytelne na rozjazdach. Specjalista natychmiast powie, że był to pociąg podmiejski, gdyż tylko w bliskości wielkiego miasta rozjazdy mogą zdarzać się tak często. Jeśli cała podróż upłynęła na spisywanie testamentu, musiał to być ekspres, raz tylko przystający między Norwood a London Bridge.

Lestrade zaczął się śmiać.

- Nie, no nie, pan się znowu wypuszcza na szerokie wody tych swoich teorii, mister Holmes, a tego już dla mnie za wiele. Jaki to ma w ogóle związek ze sprawą?

- Poświadcza prawdziwość słów tego młodzieńca, że Jonas Oldacre spisał swą ostatnią wolę wczoraj, w trakcie jazdy do Londynu. To osobliwe, żeby tak ważny dokument sporządzać w ten sposób, nieprawdaż? Dlatego przypuszczam, że piszący nie przywiązywał do niego większej wagi i nie sądził, by kiedykolwiek wszedł on w życie.

- No ale zarazem wypisał w ten sposób na siebie wyrok śmierci - powiedział Lestrade.

- Tak sądzicie?

- A pan nie?

- To całkiem możliwe, chociaż pewien tego nie jestem.

- A co może być jeszcze bardziej pewne niż to? Mamy młodego człowieka, który znienacka dowiaduje się, że jeśli pewien starszy mężczyzna poniesie śmierć, on odziedziczy jego majątek. Co wtedy robi? Nic nikomu nie mówi, natomiast wszystko tak urządza, żeby mógł powiedzieć, iż musiał wieczorem odwiedzić klienta, następnie czeka, aż wszyscy w domu pójdą spać, morduje swego dobroczyńcę, zaciąga ciało na stos drewna, podpala, a potem idzie się przespać w sąsiednim hotelu. Ślady krwi w pokoju i na lasce nie są zbyt wyraźne, może w ogóle ich nie zauważył i wyobrażał sobie, że jeśli ciało spłonie, nie zostaną żadne tropy, które wskazywałyby na niego. Czyż to nie jest oczywiste?

- Widzicie, Lestrade, mnie się to wydaje odrobinę zbyt proste. Wyobraźnia nie jest raczej waszą najmocniejszą stroną, ale gdybyście spróbowali na chwilę postawić się w jego sytuacji, powiedzcie, czy na morderstwo wybralibyście właśnie noc po spisaniu testamentu? Czy zdecydowalibyście się na to wtedy, kiedy wiadomo, że jesteście w domu ofiary, gdyż wpuszczała was gospodyni? No i wreszcie, czy zadalibyście sobie tyle trudu, by zaciągnąć ciało na podwórze, ale laskę byście zostawili? Chyba zgodzicie się, Lestrade, że to dość nieprawdopodobne?

- Jeśli chodzi o laskę, mister Holmes, to sam pan dobrze wie, że przestępcy nie zawsze postępują tak, jak zrobiłby każdy rozsądny człowiek. Najpewniej bał się wrócić do pokoju. Jest pan w stanie podać inną teorię pasującą do faktów?

- Teorii mogę panu od ręki przedstawić pół tuzina. Ot, proszę, całkiem możliwa, a nawet prawdopodobna, którą daję panu w prezencie. Starzec pokazuje wartościowe dokumenty, co dzięki uniesionym zasłonom widzi przechodzący obok włóczęga. Czeka, aż prawnik wyjdzie, i sam wkracza na scenę. Chwyta laskę, zabija Oldacre'a i oddala się po spaleniu ciała.

- Czemu miałby je spalić?

- A czemu McFarlane miałby to robić?

- Aby zniszczyć dowody.

- Włóczęga mógłby chcieć ukryć to, że w ogóle doszło do jakiegoś morderstwa.

- A czemu niczego nie zabrał?

- Nie miałby z tych dokumentów żadnej korzyści.

Lestrade pokręcił głową, chociaż odniosłem wrażenie, że nie jest już tak pewny siebie jak przed chwilą.

- No cóż, mister Holmes, niech pan sobie szuka swojego włóczęgi, a dopóki go pan nie znajdzie, my będziemy zajmować się tym, którego mamy. Przyszłość pokaże, kto z nas ma rację. Na jedno niech pan jednak zechce z łaski swojej zwrócić uwagę, mister Holmes: na ile wiemy, nie zginął żaden z dokumentów i był tylko jeden jedyny człowiek na świecie, który nie miał powodu, by je zabierać, gdyż był spadkobiercą.

Mój przyjaciel pokiwał głową.

- Zgadzam się, że są dowody silnie przemawiające na rzecz waszej teorii, Lestrade, natomiast chciałem jedynie zwrócić uwagę, że są jeszcze inne możliwości. Tak jak mówicie, przyszłość rozstrzygnie, kto z nas ma rację. Na razie do widzenia, gdyż w ciągu dnia zajrzę chyba do Norwood, żeby zobaczyć, jak też wam idzie.

Kiedy detektyw nas opuścił, Holmes wstał i zaczął się przygotowywać do wyjścia z miną człowieka, który ma do załatwienia bardzo ważną rzecz.

- Jak już wspomniałem, Watsonie - powiedział wkładając surdut - najpierw muszę się udać do Blackheath.

- Więc czemu nie do Norwood? - spytałem.

- Gdyż mamy tutaj dwa incydenty następujące jeden po drugim. Policja popełnia błąd, skupiając się na tym drugim, który istotnie był zbrodnią, natomiast dla mnie jest oczywiste, że dochodzenie trzeba rozpocząć od dokładnego przyjrzenia się temu pierwszemu: osobliwemu testamentowi sporządzonemu raptownie i na rzecz tak zdumiewającego dziedzica. To może rzucić trochę światła na późniejsze wypadki. Nie, mój drogi przyjacielu, w niczym mi pan nie pomoże. Nic mi nie grozi, inaczej bowiem nie ważyłbym się wychodzić bez pańskiego towarzystwa. Mam nadzieję, że kiedy spotkamy się wieczorem, będę w stanie powiedzieć coś bardziej krzepiącego, jeśli chodzi o tego młodzieńca, który przybiegł tu, aby szukać u mnie pomocy.

Holmes wrócił późno, a ja po wyrazie jego posępnej twarzy natychmiast mogłem zmiarkować, iż jego oczekiwania się nie potwierdziły. Przez dobrą godzinę brzdąkał na skrzypcach, najwidoczniej usiłując w ten sposób ukoić swe nerwy. Na koniec odłożył instrument i wprowadził mnie w szczegóły swoich ustaleń.

Holmes wstał i zaczął przygotowywać się do wyjścia

- Wszystko niedobrze się układa, Watsonie, bardzo niedobrze, i chociaż usiłowałem trzymać fason wobec Lestrade'a, to w głębi ducha - mówiąc szczerze - obawiam się, że to nasz przyjaciel jest na dobrym tropie, nie my. Instynkt mówi mi jedno, ale fakty świadczą o czymś innym, a nie sądzę, by brytyjscy sędziowie wspięli się już na taki poziom inteligencji, żeby dać pierwszeństwo moim teoriom, a nie faktom Lestrade'a.

- Był pan na Blackheath?

- Owszem, pojechałem tam, żeby bardzo szybko stwierdzić, iż nieboszczyk Oldacre to był kawał łajdaka. Ojca nie było w domu, gdyż próbował ustalić, co się stało z synem. Natomiast matka, mała, gadatliwa, niebieskooka kobiecina cała płonęła z trwogi i oburzenia. Oczywiście za nic nie chciała przyznać, że syn może być winny, ale też los Oldacre'a ani jej nie zdziwił, ani nie zmartwił. Mówiła o nim z taką wrogością, jakby nieświadomie chciała poprzeć koncepcję policji, jeśli bowiem jej syn kiedykolwiek słyszał podobne słowa, miałby powód, aby darzyć tamtego gorącą nienawiścią. "Więcej w nim zawsze było złośliwej, podstępnej bestii niż człowieka - usłyszałem - i to już od najmłodszych lat". "A zatem znała go pani wtedy?" - ja na to. "A jakże - powiada matka naszego klienta. - Byłam z nim nawet po słowie, ale całe szczęście, że przejrzałam na oczy i wyszłam za znacznie lepszego, nawet jeśli uboższego człowieka. Tak, tak, panie Holmes, byłam z nim zaręczona, ale gdy się dowiedziałam, że wpuścił kota do ptaszarni i jeszcze się tym chwalił, pomyślałam, że z takim okrutnikiem nie chcę mieć nic wspólnego". Poszukała w biurku i wydobyła fotografię posiekaną nożem. "To moje zdjęcie - powiedziała. - Wraz z obelgami przysłał mi je w tym stanie w dniu, kiedy miał się odbyć ślub". "No, ale zdaje się, że przeszła mu już złość do pani, skoro cały swój majątek zapisał pani synowi" - rzekłem. "Ani ja, ani mój syn niczego nie chcemy od Jonasa Oldacre'a, żywego czy martwego - krzyknęła rozsierdzona. - Jest jeszcze Bóg w niebiosach, mister Holmes, i tak jak pokarał tego niegodziwca, tak jeszcze w swej dobroci pokaże, że mój syn nie jest winien rozlania jego krwi". Wypróbowałem jedną czy dwie możliwości, ale nie znalazłem nic na poparcie naszej hipotezy ani na odparcie zarzutów wobec niej. Poddałem się i pojechałem do Norwood. Jonas Oldacre mieszkał w dużej, nowoczesnej willi, przed którą znajduje się trawnik z krzewami laurowymi. Po prawej stronie i w pewnym oddaleniu od drogi jest podwórko ze stosami drewna, gdzie wybuchł pożar. Tutaj w notatniku może pan zobaczyć szkic. To okno po lewej otwiera się na pokój Oldacre'a, który jest widoczny od drogi. Jedyna pocieszająca wiadomość, jaką udało mi się dziś zdobyć. Lestrade'a nie było, ale po terenie oprowadził mnie konstabl. Zrobili tam wielkie poszukiwania. Między popiołami z drewna i zwęglonymi szczątkami organicznymi odkryli kilka metalowych krążków, w których rozpoznałem guziki od spodni. Na jednym udało mi się nawet odcyfrować nazwisko krawca Oldacre'a, Hyamsa. W poszukiwaniu śladów starannie przeszukałem trawnik, ponieważ jednak dawno nie padało, był twardy jak płyta chodnikowa. Widać było tylko tyle, że coś ciężkiego przeciągnięto nad niskim żywopłotem, który oddzielał składowisko drewna, co rzecz jasna potwierdza wersję policji. Mając sierpniowe słońce na karku, dobrą godzinę czołgałem się po trawniku, ale wstałem niewiele mądrzejszy niż na początku.

Wraz z obelgami przysłał mi je w tym stanie w dniu, kiedy miał się odbyć ślub

Nic tu nie zyskawszy, przeniosłem się do sypialni. Ślady krwi były istotnie wątłe, ledwie jakieś maźnięcia i przebarwienia, chociaż ich świeżość nie pozostawiała wątpliwości. Laskę zabrano, ale i na niej ślady nie były mocne, natomiast nie ulegało wątpliwości, że należy ona do naszego klienta, co sam przyznaje. Na dywanie można było rozpoznać ślady stóp obu mężczyzn, ale żadnej trzeciej osoby, co również przemawia na rzecz policji. Mówiąc inaczej, ich wersja ma wiele na swoje poparcie, my stoimy w miejscu.

Pojawił się tylko jeden promyczek nadziei, ale i z niego niewiele wynika. Zbadałem zawartość sejfu, która w większości znalazła się na stole. Dokumenty były posegregowane w zaklejone koperty, z których kilka policja otwarła. Na ile mogłem ocenić, nie przedstawiały wielkiej wartości, także bankowe wykazy pana Oldacre'a wcale nie świadczyły o jakiejś zawrotnej majętności. Odniosłem wszelako wrażenie, że nie są to wszystkie papiery, były bowiem wzmianki o jakichś tytułach własności - zapewne bardziej wartościowych - których nigdzie nie mogłem odnaleźć. Gdyby ich braku udało się dowieść, argument Lestrade'a obróciłby się przeciwko niemu samemu, po co bowiem kraść coś, w czego posiadanie ma się wejść niebawem?

Na koniec, zbadawszy, co dało się zbadać, spróbowałem szczęścia z gospodynią, panią Lexington - małą, ciemnowłosą, milczącą osobą o podejrzliwych, uciekających na boki oczach. Jestem przekonany, że gdyby chciała, mogłaby nam coś powiedzieć, ale jest zamknięta w sobie jak ostryga. Tak, owszem, wpuściła pana McFarlane'a koło wpół do dziesiątej, chociaż wolałaby, żeby jej ręka wcześniej uschła. Sama położyła się spać o wpół do jedenastej, a że jej pokój znajduje się po drugiej stronie domu, nie słyszała nic z tego, co potem nastąpiło. Tak, pan McFarlane zostawił w holu kapelusz, a o ile pamięta, także laskę. Zbudziło ją dopiero wołanie, że się pali. Jej biedny, ukochany pan został z pewnością zamordowany. Czy miał jakichś wrogów? Cóż, każdy ich z pewnością ma, co się jednak tyczy pana Oldacre'a, był bardzo zamknięty w sobie i jeśli się z kimś spotykał, to tylko w interesach. Tak, widziała guziki i jest przekonana, że pochodzą z odzieży, którą jej pan miał na sobie tego dnia. Drewno na podwórku było bardzo wysuszone, gdyż deszczu nie było od miesiąca, więc zajęło się jak słoma. W chwili, kiedy pani Lexington znalazła się na miejscu, widać już było tylko płomienie, jednak i ona, i strażacy czuli dobywający się z nich swąd palącego się ciała. O papierach nic nie wiedziała, jak w ogóle o prywatnych sprawach pana Oldacre'a.

Tak zatem, Watsonie, wygląda mój raport z poniesionej porażki, a przecież... - Holmes z pasją zaczął wyginać palce. - Wiem, że wszystko jest inaczej. Czuję to w kościach. Jest coś, co się jeszcze nie wydało, a o czym wie gospodyni. Miała spojrzenie osoby, która coś ukrywa. Tak czy owak, w tej chwili nie ma już co więcej się nad tym rozwodzić, Watsonie. Obawiam się jednak, że jeśli nie wydarzy się coś nieoczekiwanego, sprawa "zniknięcia budowniczego z Norwood" nie znajdzie się w kronice naszych sukcesów, którą jak mniemam, szeroka publiczność zostanie wcześniej lub później uraczona.

- Ale przecież sam wygląd pana McFarlane'a nie pozostanie bez wpływu na opinię sędziów, prawda?

- To niebezpieczny argument, Watsonie. Nie pamięta pan tego straszliwego mordercy, Berta Stevensa, który w 1887 chciał, abyśmy mu pomogli? Czy można sobie wyobrazić lepiej ułożonego młodzieńca ze szkółki niedzielnej?

- To prawda - przyznałem.

- Jest stracony, jeśli nie uda nam się obronić alternatywnej teorii. Trudno znaleźć jakąś lukę w przedstawionym mu oskarżeniu, a na dodatek dalsze śledztwo tylko ją potwierdza. Nawiasem mówiąc, jest pewien szczególik związany z owymi dokumentami, który może nas poprowadzić w jakimś nieoczekiwanym kierunku. Sprawdzając wyciągi bankowe, stwierdziłem, że niski stan konta jest konsekwencją dużych czeków wystawionych w ostatnim roku na niejakiego Corneliusa. Bardzo jestem ciekaw, kto zacz ów pan Cornelius, z którym emerytowany budowniczy utrzymywał tak intensywne więzi finansowe. Czy to możliwe, że mógł on maczać palce w tej sprawie? Mógłby być komornikiem, ale nie znalazłem żadnego dokumentu, który odpowiadałby tym sumom. Z braku innych informacji muszę spróbować dowiedzieć się od banku, co to za dżentelmen zrealizował owe czeki, nie będę jednak ukrywał, iż bardzo się obawiam, że wszystko skończy się haniebnym zwycięstwem Scotland Yardu i Lestrade'a, który z satysfakcją powiesi naszego klienta.

Nie wiem dokładnie, jak Sherlock Holmes spał tej nocy, wiem jednak na pewno, że kiedy zszedłem na śniadanie, znalazłem go bladego i z wymizerowaną twarzą, a sińce pod oczyma pogłębiały dodatkowo blask oczu. Dywan wokół fotela był zasłany niedopałkami papierosów; wokół poniewierały się też egzemplarze porannych gazet. Na stole leżał otwarty telegram.

- No i co pan o tym sądzi, Watsonie? - zapytał, popychając papier w moim kierunku.

Wysłany z Norwood, brzmiał jak następuje:

Ważny dowód w ręku. Wina McF. niewątpliwa. Radzę zrezygnować z dalszych poszukiwań.

LESTRADE

- Brzmi poważnie - powiedziałem.

- Mała wiktoria naszego kogutka, Lestrade'a - przyznał Holmes z gorzkim uśmiechem. - Może jednak za wcześnie jeszcze na rezygnację. Ważne dowody to często obosieczna broń i nie wiadomo, czy istotnie potwierdza przekonania inspektora. Nic, niech pan spokojnie zje śniadanie, Watsonie, a potem razem udamy się na miejsce zbrodni i zobaczymy, o co tak naprawdę chodzi.

Mój przyjaciel nie zjadł śniadania, gdyż jedną z jego cech szczególnych było to, że im intensywniej pracował, tym mniej jadł, a znałem go na tyle, żeby wiedzieć, iż jego decyzję mogło złamać tylko całkowite wyczerpanie. "Teraz nie mogę marnować energii i nerwów na trawienie" - odpowiedziałby na moją medyczną krytykę. Nie komentując więc nietkniętego posiłku, ja zjadłem swój i wyruszyliśmy do Norwood. Dom, gdzie mieszkał Oldacre - jak już wspomniałem, była to duża, podmiejska willa - dalej otaczało grono gapiów. Po drugiej stronie bramy spotkał nas triumfujący Lestrade z rozpromienioną twarzą.

- Witam, witam, Holmesie, no jak, już pan dowiódł, że jesteśmy w błędzie? Ma pan tego swojego włóczęgę?

- Jeszcze za wcześnie na ostateczne konkluzje - powiedział wykrętnie Holmes.

- No proszę, a my swoją wysnuliśmy już wczoraj i okazuje się teraz, że jest prawdziwa. Tak, tak, Holmesie, musi pan przyznać, że tym razem trochę pana wyprzedziliśmy.

- Na razie jedyne, co gotów jestem przyznać, to iż pański wygląd sugeruje, że zdarzyło się coś niezwykłego.

Lestrade roześmiał się w głos.

- Tak, tak, nikt nie lubi przegrywać, wiem coś o tym. Ale cóż, nie zawsze można mieć szczęście po swojej stronie, prawda, doktorze Watson? Proszę, panowie, tędy, a myślę, że przekonam was raz na zawsze, że to John McFarlane popełnił tę zbrodnię.

Korytarzem poprowadził nas do ciemnego holu.

- To tutaj młody McFarlane musiał się zjawić po kapelusz, gdy popełnił zbrodnię. A teraz spójrzcie panowie na to. - Inspektor gwałtownie zaświecił zapałkę i wtedy na otynkowanej ścianie pojawił się krwawy ślad. Kiedy przybliżył ogień, zobaczyłem, że jest to wręcz odcisk kciuka. - Niechże się pan przyjrzy temu przez swoje sławne szkło powiększające, Holmesie.

- Właśnie to robię.

- Wie pan, że nie ma na świecie dwóch kciuków, które zostawiają taki sam ślad?

- Coś takiego słyszałem.

- Proszę zatem porównać sobie tę plamę na ścianie z woskowym odciskiem, który kazałem dziś rano zdjąć z ręki tego McFarlane'a!

Kiedy przytknął woskowy odcisk do ściany, nie trzeba było żadnej lupy, żeby zobaczyć, iż są to ślady tego samego kciuka. Było dla mnie oczywiste, że nasz klient jest zgubiony.

- To wszystko rozstrzyga - dumnie stwierdził Lestrade.

- Tak, to wszystko rozstrzyga - zgodziłem się.

- To dowód rozstrzygający - rzekł Holmes, ale było w jego głosie coś takiego, co kazało mi na niego spojrzeć, a wtedy dostrzegłem niezwykłą zmianę, jaka dokonała się na jego twarzy. Pojawiła się na niej wesołość, oczy skrzyły się jak gwiazdy. Odniosłem wrażenie, że z trudem powstrzymuje się, by nie ryknąć śmiechem.

- Proszę, proszę - odezwał się wreszcie. - I któż by to pomyślał?! Jakie zwodnicze potrafią być pozory! Na pierwszy rzut oka taki miły młodzieniec! Dobra to dla nas nauczka, aby krytycznie odnosić się do własnych sądów, nieprawdaż, Lestrade?

Niechże się pan przyjrzy temu przez swoje sławne szkło powiększające, Holmesie

- Tak, Holmesie, zdarzają się osoby, które nazbyt szybko nabywają pewności.

Buta inspektora była odpychająca, ale nie mieliśmy czego jej przeciwstawić.

- Cóż za opatrznościowe zdarzenie, że musiał ten nieostrożny młodzieniec oprzeć o ścianę prawy kciuk, gdy zdejmował z wieszaka kapelusz. Zarazem, jak się zastanowić, to bardzo naturalna czynność. - Holmes mówił niezwykle spokojnie, ale ja widziałem, że cały aż wrze z podniecenia. - A tak przy okazji, Lestrade, kto odkrył ten znak?

- Pani Lexington, gospodyni.

- A gdzie był nocny konstabl?

- Został na straży w sypialni jako miejscu zbrodni, pilnując, aby niczego nie ruszono.

- Czemu jednak śladu nie dostrzegła wczoraj policja?

- Nie mieliśmy powodów, by dokładnie przyglądać się holowi. Poza tym, jak sam pan widzi, znak nie jest tak bardzo na widoku.

- Tak, tak, oczywiście. W każdym razie nie ma żadnej wątpliwości, że ten odcisk był tutaj wczoraj?

Lestrade popatrzył na Holmesa tak, jakby badał, czy aby jest przy zdrowych zmysłach. Nie mogłem pojąć, skąd się wzięła u mego przyjaciela ta nagła wesołość ani co go popchnęło do dziwacznego pytania.

- A pan może przypuszcza, że to McFarlane wykradł się w nocy z więzienia, aby dodać jeszcze jedną poszlakę przeciw sobie? Niech się tu zjeżdżają specjaliści z całego świata, ale nikt nie zaprzeczy, że to odcisk jego kciuka.

- Bez wątpienia.

- A to przecież wystarczy! - oznajmił Lestrade. - Praktyczny ze mnie człowiek, Holmesie, i kiedy widzę dowód, wyciągam z niego konkluzje. Gdyby pan czegoś ode mnie potrzebował, znajdzie mnie pan w salonie, gdzie będę sporządzał raport.

Holmes przybrał poważny wyraz twarzy, chociaż w jego oczach nadal dało się dostrzec wesołe błyski.

- Cóż za niefortunny przypadek, prawda, Watsonie? - zapytał, kiedy inspektor nas opuścił. - A przecież są pewne drobiazgi, które pozwalają mieć trochę nadziei, jeśli chodzi o los naszego klienta.

- Bardzo rad to słyszę - odrzekłem - ja bowiem skłonny jestem sądzić, że już po nim.

- Ja bym się tak daleko nie posunął, Watsonie, rzecz bowiem w tym, że dowód triumfalnie nam przedstawiony przez dzielnego inspektora ma pewną zasadniczą wadę.

- Holmesie! Jakąż to?

- Otóż dobrze wiem, że nie było tutaj tego znaku, kiedy wczoraj sam badałem hol. A teraz, Watsonie, pospacerujmy trochę na słońcu.

Z zamętem w głowie, ale i odrobiną nadziei w sercu udałem się wraz z moim przyjacielem do ogrodu. Holmes z wielką uwagą obejrzał dom z każdej strony, by potem wrócić do środka i zbadać go skrupulatnie od piwnicy aż po strych. Większość pokoi była wprawdzie nieumeblowana, niemniej Holmes każdy z nich starannie obejrzał. I wreszcie na korytarzu, z którego prowadziły drzwi do trzech sypialń, Holmesa znowu nawiedziła wesołość.

- Tak, tak, Watsonie, sprawa ta ma pewne zupełnie swoiste elementy, ale myślę, że czas już najwyższy, aby z niektórymi z nich zapoznać naszego przyjaciela Lestrade'a. Trochę się z nas podśmiechiwał i chyba będziemy w stanie odpłacić mu tym samym, jeśli tylko wszystko poprawnie interpretuję. Tak, chyba już wiem, jak to rozegramy.

Inspektor pochłonięty był pisaniem, kiedy Holmes mu przerwał.

- Przypuszczam, że piszecie raport w naszej sprawie.

- Istotnie.

- A nie obawiacie się, że to odrobinę za szybko? Nie mogę pozbyć się wrażenia, że nie rozporządzacie jeszcze wszystkimi dowodami.

Lestrade zbyt dobrze znał Holmesa, aby zignorować jego słowa, odłożył więc pióro i spojrzał na niego chmurnie.

- A co pan ma właściwie na myśli, Holmes?

- Że jest jeszcze ważny świadek, którego pan nie przesłuchał.

- Może mi go pan pokazać?

- Chyba tak.

- Proszę zatem to zrobić.

- Postaram się. Jak wielu konstabli ma pan tutaj?

- Trzech w zasięgu głosu.

- Znakomicie. Czy wszyscy to postawni mężczyźni z silnymi głosami?

- Z pewnością, chociaż nie pojmuję, jaki związek ze sprawą może mieć siła ich głosów.

- Może już za chwilę pojmie pan i to, i kilka innych rzeczy.

Pięć minut później trzech policjantów zebrało się w holu.

- Na zewnątrz w szopie znajdziecie trochę siana, przynieście tutaj ze dwie wiązki, gdyż to pomoże nam zaprezentować świadka. Dzięki. Mam nadzieję, że znajdzie pan przy sobie jakieś zapałki, Watsonie. A teraz, Lestrade, pozwólcie na samą górę.

Jak już wspomniałem, był tam korytarz i drzwi do trzech pustych sypialń. Holmes poprowadził nas w jego koniec; konstable zerkali na siebie rozbawieni, Lestrade wpatrywał się w mojego przyjaciela, a zdziwienie, oczekiwanie i szyderstwo walczyły ze sobą o lepsze na jego twarzy, podczas gdy Holmes stanął z miną sztukmistrza gotowego do zademonstrowania triku.

- Zechce pan, Lestrade, posłać jednego ze swych konstabli po dwa wiadra wody? Dobrze, teraz niech siano znajdzie się na podłodze o jakiś metr od każdej ze ścian. No cóż, chyba jesteśmy gotowi.

Lestrade poczerwieniał ze złości.

- Zupełnie nie wiem, po co te wszystkie tanie zabawy, panie Holmes. Jeśli coś pan wie, śmiało może pan to powiedzieć bez tych wszystkich błazenad.

- Drogi panie Lestrade, mogę pana zapewnić, że mam powód, aby tak właśnie postąpić. Może pamięta pan jeszcze, jak kilka godzin temu, gdy wydawało się, że słońce świeci po pańskiej stronie ulicy, trochę pan sobie ze mnie pokpiwał, więc teraz może zechce mi pan wybaczyć odrobinę teatralności. Watsonie, czy mogę prosić, aby zechciał pan otworzyć okno i podpalić słomę? - Zrobiłem, jak zechciał. W powstałym przeciągu szary dym zakłębił się w korytarzu, podczas gdy źdźbła zajęły się z trzaskiem. - A teraz postaramy się znaleźć panu, Lestrade, tego brakującego świadka. Dlatego poproszę, abyście wszyscy panowie zechcieli na komendę zgodnie krzyknąć: "Pali się". Zatem: raz, dwa i trzy!

Pali się! - wrzasnęliśmy wszyscy chórem

- Pali się! - wrzasnęliśmy wszyscy chórem.

- Dziękuję. Znowu, panowie!

- Pali się!

- I jeszcze ostatni raz, ale pełnym głosem.

- Pali się!

Jeszcze nie przebrzmiał ten okrzyk, a stała się rzecz zdumiewająca. W miejscu, gdzie korytarz na pozór kończył się solidną ścianą, znienacka otworzyły się drzwi, a ze znajdującej się za nimi kryjówki niczym królik z jamy wyskoczył niski, chuderlawy mężczyzna.

- No i znakomicie - rzekł spokojnie Holmes. - Watsonie, zechce pan polać wodą tę słomę? Tak, wystarczy. Inspektorze Lestrade, niech pan pozwoli przedstawić sobie swego najcenniejszego świadka, pana Jonasa Oldacre'a.

Detektyw z bezbrzeżnym zdumieniem wpatrywał się w postać, która tak nieoczekiwanie pojawiła się na scenie, natomiast pan Oldacre, mrugając powiekami, spoglądał to na nas, to na kopcące się resztki słomy. Twarz miał odpychającą: przebiegłą, podstępną, złośliwą, z ruchliwymi, jasnoszarymi oczyma i białymi rzęsami.

- I co to ma wszystko znaczyć? - odezwał się w końcu Lestrade. - To my się tu uwijamy jak w ukropie, a pan sobie przesiaduje w komórce?!

- Szkody nikomu nie zrobiłem.

- Tak? Zrobił pan wszystko, żeby na stryczku zadyndał niewinny człowiek, i gdyby nie ten dżentelmen tutaj, nie wiem, czy by się to panu nie udało.

Nikczemnik żałośnie zapiszczał.

- To tylko taki żarcik, sir, nic więcej.

- Żarcik! Na pana miejscu wcale by mi tak nie było do śmiechu, mogę to panu zaręczyć. Weźcie no go na dół do salonu i zaczekajcie tam na mnie. - Kiedy policjanci oddalili się z Oldacre'em, Lestrade zwrócił się do Holmesa: - Nie chciałem tego mówić w obecności konstabli, sir, ale nie waham się w obecności doktora Watsona stwierdzić, że to bez wątpienia najznakomitsze pańskie dokonanie, aczkolwiek kompletnie nie pojmuję, jak pan do tego doszedł. Ocalił pan życie niewinnego człowieka i zapobiegł pan gigantycznemu skandalowi, który doszczętnie zrujnowałby moją pozycję w Scotland Yardzie.

Holmes z uśmiechem poklepał Lestrade'a po ramieniu.

- Tymczasem pańska sława nie tylko nie ucierpi, ale niesłychanie wzrośnie, drogi inspektorze. Musi pan tylko wprowadzić kilka korekt do raportu, który zaczął pan sporządzać, a wszyscy zrozumieją, jak trudno jest zamydlić oczy Lestrade'owi.

- Nie chce pan, bym wspomniał w raporcie o pańskich zasługach?

- Pod żadnym pozorem. Dla mnie największą nagrodą jest dobrze wykonana praca. Może kiedyś zresztą i ja zyskam jakąś nagrodę, kiedy pozwolę wreszcie memu gorliwemu kronikarzowi, aby znowu sięgnął po pióro, co, Watsonie? Obejrzyjmy sobie teraz, gdzie się ten szczur zaszył.

Dwa metry od prawdziwego końca korytarza postawiono ścianę gipsową, zręcznie w niej ukrywszy drzwiczki. Światło napływało przez małe, niewidoczne z dołu świetliki. W środku było kilka mebli, zapasy jedzenia i wody oraz trochę książek i gazet.

Holmes z uśmiechem poklepał Lestrade'a po ramieniu

- Bycie budowniczym ma swoje zalety - zauważył Holmes, kiedy znowu znaleźliśmy się na korytarzu. - Bez niczyjej pomocy mógł sobie przygotować kryjówkę, chociaż musiał jeszcze mieć pomocnika, więc na pana miejscu, Lestrade, natychmiast bardzo bym się zainteresował gospodynią.

- Dziękuję za radę, mister Holmes, ale jak pan na to wszystko wpadł?

- Szybko się zorientowałem, że delikwent musi się ukrywać gdzieś w domu. Kiedy stwierdziłem, że korytarz tutaj jest krótszy o dwa metry niż piętro niżej, byłem już pewien gdzie. Pomyślałem, że nerwy mu puszczą, jak zaczniemy krzyczeć, że jest pożar. Mogliśmy, rzecz jasna, wejść do środka i go zdybać, ale bardziej mnie to bawiło, by sam się ujawnił, a poza tym, jak wspomniałem, należał się panu mały pstryczek, Lestrade, za pana poranne złośliwości.

- W takim razie mam nadzieję, że rachunki są wyrównane. Ale skąd w ogóle ta myśl, że ukrywa się w domu?

- Odcisk kciuka, Lestrade, to go pogrążyło. Dobrze wiedziałem, że nie było go dzień wcześniej, gdyż na takie detale bardzo zwracam uwagę, jak pan może zanotował. Sprawdziłem ścianę w holu niezwykle dokładnie: była zupełnie czysta. A zatem plama musiała pojawić się w nocy.

- Ale jak?

- Bardzo prosto. Podczas zaklejania pakietów Oldacre'owi udało się nakłonić McFarlane'a, by jedną z woskowych pieczęci odcisnął swoim kciukiem. Rzecz stała się tak szybko i w tak naturalny sposób, że tamten nawet tego nie zapamiętał. Nie wykluczam, że i sam Oldacre nie wiedział jeszcze, do czego może mu się to przydać. Kiedy zaszył się już w swoim schowku, nagle przyszło mu do głowy, jakim straszliwym dowodem przeciw McFarlane'owi byłby odcisk jego zakrwawionego kciuka na ścianie. Zdjął z pieczęci woskowy odlew, napuścił tyle krwi, ile udało mu się wycisnąć z nakłucia szpilką. A ślad w nocy albo zrobił on sam, albo uczyniła to gospodyni. Jeśli zbada pan dokumenty, które zabrał ze sobą, idę o zakład, że znajdzie pan wśród nich stempel z odciskiem palca McFarlane'a.

- Wybornie! Wprost znakomicie - entuzjazmował się Lestrade. - Po pańskich wyjaśnieniach wszystko robi się klarowne jak kryształ. Ale po co to całe krętactwo, mister Holmes, to zawiłe oszustwo?

Mało nie parsknąłem śmiechem, patrząc, jak jeszcze tak niedawno pewny siebie i protekcjonalny detektyw nagle stał się uczniakiem pokornie wypytującym nauczyciela.

- To chyba nietrudno wytłumaczyć. Dżentelmen, który teraz czeka na nas piętro niżej, to osoba bardzo złośliwa i mściwa. Wie pan o tym, inspektorze, że matka McFarlane'a kiedyś mu podała czarną polewkę? Nie wie pan! A nie mówiłem, żeby najpierw jechać do Blackheath, a dopiero potem do Norwood? Oldacre uznał odrzucenie za taką obrazę, że jego podstępny, skłonny do knowań umysł przez całe życie przemyśliwał o zemście, ale okazja się nie nadarzała. W ciągu ostatniego roku, może dwóch, los przestał mu sprzyjać, nie powiodły się jakieś spekulacje i Oldacre znalazł się w trudnej sytuacji. Postanowił oszukać wierzycieli i zaczął wypłacać wielkie sumy niejakiemu Corneliusowi, co, jak mniemam, jest jego pseudonimem. Nie wytropiłem jeszcze tych czeków, ale zgaduję, że zostały zrealizowane w jakimś prowincjonalnym mieście, gdzie Oldacre wiódł drugą egzystencję. Ostatecznie miał się stać bez reszty Corneliusem i ze zdefraudowanymi w ten sposób pieniędzmi rozpocząć gdzie indziej nowe życie.

- To brzmi bardzo prawdopodobnie.

- Olśniła go myśl, że mógłby zatrzeć za sobą wszystkie ślady, a zarazem głęboko i bardzo boleśnie ugodzić tę, która go nie chciała, gdyby udało mu się na jej jedynego syna rzucić podejrzenie, iż ten go zamordował. Był to mistrzowski akt nikczemności, odegrany niemal też po mistrzowsku. Testament, który natychmiast stawał się znakomitym motywem, wizyta, o której nic nie wiedzieli rodzice, pozostawienie laski, krew, zwierzęce resztki i guzik w popiele - tak, to wszystko było znakomite. Jeszcze kilka godzin temu wydawało mi się, że z tej sieci niepodobna pana McFarlane'a uwolnić. Tyle że biednemu Oldacre'owi zbrakło wyczucia prawdziwego artysty i nie wiedział, gdzie się zatrzymać. Chciał ulepszyć to, co już i tak było znakomite, chciał jeszcze mocniej zacisnąć stryczek na szyi nieszczęsnej ofiary i w ten sposób wszystko zepsuł. No cóż, chodźmy na dół, Lestrade. Chciałbym temu jegomościowi zadać jedno czy dwa pytania.

Łajdak siedział w swoim saloniku, mając po obu bokach policjantów.

- To był tylko taki dowcip, panowie - zaczął skowyczeć na nasz widok - nic więcej. Ukryłem się, bo chciałem zobaczyć, jak ludzie zareagują na moje zniknięcie, ale jestem pewien, iż nawet w głowach nie zaświtało panom podejrzenie, że pozwoliłbym, aby jakakolwiek krzywda spotkała tego biednego, młodego McFarlane'a!

- O tym rozstrzygnie sąd - sucho odparł Lestrade. - Z pewnością zostanie pan oskarżony o utrudnianie śledztwa, ale może także o próbę zabójstwa.

- I z pewnością zainteresuje pana informacja - dodał Holmes - że pańscy dłużnicy zajmą się kontami pana Corneliusa.

Mały mężczyzna aż się wzdrygnął i wlepił w mego przyjaciela nienawistne spojrzenie.

- Teraz to ja jestem pańskim dłużnikiem - syknął - ale mam nadzieję, że uda mi się kiedyś panu odpłacić.

Holmes uśmiechnął się pobłażliwie.

- Wydaje mi się, że przez kilka najbliższych lat będzie pan miał inne zajęcia. Ale tak przy okazji, co tam spłonęło oprócz pańskich spodni? Zdechły pies, królik, jeszcze coś innego? Nic pan nie powie. Bardzo to niegrzeczne z pańskiej strony. Ja bym obstawiał parę królików, powinno z nich wystarczyć i krwi, i kości. Jeśli kiedyś pan to opisze, Watsonie, niech pan wstawi króliki, wiem, jak pan nie lubi niejasności.

TAŃCZĄCE LUDZIKI

olmes od kilku godzin siedział w milczeniu, a jego szczupłe plecy nachylały się nad chemiczną aparaturą, w której szykował jakiś szczególnie złowrogi produkt. Jego skulona głowa sprawiała, że z mojego punktu obserwacyjnego wydawał się dziwnie wychudzonym ptakiem z ciemnoszarym tułowiem i czarnym łbem.

- To jak, Watsonie, nie radziłby pan inwestować w papiery południowoafrykańskie?

Wzdrygnąłem się. Znałem wprawdzie osobliwe metody Holmesa, ale ta nagła ingerencja w tok moich snutych w milczeniu myśli wydała mi się, jak zwykle w tych przypadkach, zdumiewająca i trudna do wyjaśnienia.

- A pan skąd o tym wie? - spytałem.

Obrócił się na stołku z dymiącą probówką w ręku i błyskiem rozbawienia w oczach.

- Niech pan przyzna, Watsonie, że jest pan całkowicie zaskoczony.

- Przyznaję.

- Właściwie powinienem zażądać, aby poświadczył to pan na papierze.

- Dlaczego?

- Bo za pięć minut powie pan, że było to absurdalnie proste.

- Z pewnością nic takiego nie powiem.

- Zatem raz jeszcze powtórzmy, drogi Watsonie - rzekł Holmes, umieszczając probówkę na stojaku i przybierając nauczycielską pozę - że wcale nie jest trudno zbudować prosty łańcuch wniosków następujących jeden po drugim. Jeśli ktoś potem usunie ogniwa pośrednie, publiczności zaś przedstawi tylko punkt wyjścia i punkt dojścia, osiągnięte zdumienie i podziw śmiało można nazwać efekciarstwem. Kiedy się zobaczyło zgięcie między pańskim palcem wskazującym a kciukiem, nietrudno było się domyślić, że raczej nie stawiałby pan swego skromnego majątku na pola złotonośne.

- Nie widzę związku między jednym i drugim.

- W tej chwili z pewnością nie, ale szybko go panu odsłonię. Oto brakujące ogniwa. Pierwsze: wróciwszy wczoraj z klubu, miał pan ślad kredy między lewym kciukiem, a palcem wskazującym. Drugie: umieszcza pan tam kredę, grając w bilard, aby ustabilizować kij. Trzecie: w bilard gra pan tylko z Thurstonem. Piąte: cztery tygodnie temu wspomniał mi pan, że Thurston miał wygasającą za miesiąc opcję nabycia jakichś działek w Afryce Południowej i zachęcał pana, żeby i pan się przyłączył. Piąte: pańska książeczka czekowa jest u mnie w biurku, ale nie prosił pan o kluczyk do niego. Szóste: nie zamierza pan więc inwestować w ten sposób swoich pieniędzy.

- To przecież absurdalnie proste! - wykrzyknąłem.

- Zapewne - powiedział Holmes z niejaką irytacją. - Każdy problem robi się dziecinny, kiedy go wyjaśnić. Tutaj mamy oto jeden niewyjaśniony; ciekawe, jak pan sobie z nim poradzi.

Z tymi słowami pchnął mi przez stół kartkę papieru i wrócił do swych chemicznych analiz. Przez chwilę wpatrywałem się zdumiony w rządek absurdalnych hieroglifów.

- Ależ Holmesie! - obruszyłem się. - Co mi pan tu podsuwa? To jakaś dziecięca bazgranina!

- I to wszystko, co ma pan do powiedzenia?

- A co można więcej powiedzieć?

- O to właśnie spytał mnie pan Hilton Cubitt z Ridling Thorpe Manor w hrabstwie Norfolk. Najpierw wysłał karteczkę, a sam miał się zjawić najbliższym pociągiem. Ale oto chyba i on, gdyż słyszę dzwonek.

Na schodach rozległy się ciężkie kroki, a chwilę później w progu stanął wysoki, czerstwy, gładko wygolony mężczyzna, którego czysty wzrok i rumiane policzki natychmiast mi mówiły, że na co dzień przebywał z dala od mgieł przewalających się przez Baker Street. Wydawało się, że wraz z nim wleciał do pokoju powiew świeżego, mocnego, rześkiego powietrza ze wschodniego wybrzeża. Uścisnąwszy nam dłonie, już zamierzał usiąść, ale kiedy wzrok jego padł na leżące przede mną malunki, zawołał:

- No i co pan o tym powie, mister Holmes? Mówią, że jest pan specjalistą od dziwnych zagadek, a trudno chyba o dziwniejszą niż ta. Wysłałem papier wcześniej, żeby się pan mógł przed moim przyjazdem zastanowić.

- Zgoda, to dziwna rzecz - powiedział Holmes. - Na pierwszy rzut oka można by uznać, iż to jakieś dziecięce rysuneczki. Widzimy tylko figurki tańczące po papierze, na którym je nakreślono. Czemu miałby się pan tym jakoś szczególnie przejmować?

- Ja na pewno nie, ale zupełnie inaczej moja żona, mister Holmes. Jest cała przerażona. Nic nie mówi, ale widzę to w jej oczach. Właśnie dlatego chciałem się dowiedzieć, co w tym siedzi.

Holmes uniósł kartkę tak, aby padało na nią światło słoneczne. Postacie były wyrysowane ołówkiem, a wyglądały tak:

Mój przyjaciel wpatrywał się w nie dłuższą chwilę, a potem, złożywszy papier, starannie umieścił go w notatniku.

Holmes uniósł kartkę tak, aby padło na nią światło słoneczne

- Zdaje się, że to będzie bardzo interesująca i niezwykła sprawa - powiedział. - Opisał mi pan w liście kilka szczegółów, panie Cubitt, ale czy zechciałby je pan powtórzyć, aby także mój przyjaciel, doktor Watson, się z nimi zapoznał? - Marny ze mnie opowiadacz - zastrzegł nasz gość, nerwowo składając i rozkładając wielkie dłonie. - Jak coś będzie niejasne, pytajcie, panowie. Zacznę od mojego ślubu, który odbył się przed rokiem, ale najpierw muszę powiedzieć, że chociaż żaden ze mnie bogacz, mieszkamy w Ridling Thorpe od pięciuset lat i nie ma w całym hrabstwie Norfolk rodziny bardziej znanej od naszej. W zeszłym roku przyjechałem do Londynu na jubileusz i zatrzymałem się w domu noclegowym przy Russell Square, bo tam stanął Parker, znaczy nasz pastor z parafii. No i była tam taka amerykańska lady, Patrick się nazywała, Elsie Patrick, jakoś się zaprzyjaźniliśmy i patrzeć, miesiąc nie minął, a już taki jestem po uszy zakochany, jak to tylko możliwe. Cichutko się pobraliśmy w biurze rejestrowym i do Norfolk wróciliśmy już jako małżeństwo. Może pan pomyśleć, mister Holmes, że to jakieś wariactwo, żeby człowiek ze starej, znanej rodziny żenił się z kobietą, nic nie wiedząc o jej przeszłości ani nie znając jej krewnych, ale jakby ją pan zobaczył i poznał, sam by pan zrozumiał. A ona tu niczego nie owijała w bawełnę, ta moja Elsie. Nie mogę powiedzieć, że mnie usidliła, łżąc czy coś tam innego robiąc. "Miałam w życiu różne nieciekawe zdarzenia - mówiła - ale o wszystkim tym chcę zapomnieć. Jeśli mnie weźmiesz za żonę, Hiltonie, weźmiesz kobietę, która nie ma się czego wstydzić, ale tu musi ci wystarczyć moje słowo. Jeśli to za dużo dla ciebie, wracaj do swojego Norfolk, a mnie zostaw tak samo, jak mnie znalazłeś". Powiedziałem, że zgadzam się na jej warunki, i rzeczywiście nic przeciw niej nie miałem. Już od roku jesteśmy małżeństwem, i to całkiem szczęśliwym. Aż tu przychodzi koniec czerwca i widzę pierwsze oznaki nieszczęścia. Dostaje raz Elsie list z Ameryki, wiem, bo widziałem znaczek, więc go dostaje, czyta, biała się robi jak chusta i - bach! - rzuca go w ogień. Nigdy potem nawet słówkiem o tym nie wspomniała, a i ja tego nie robiłem, słowo to słowo, ale nie miała już ona spokojnego momentu od tamtej chwili. Ciągle już odtąd miała ten strach na twarzy, jakby nic, tylko czegoś wyczekiwała. Lepiej by zrobiła, jakby mi zaufała, zobaczyłaby, że jestem jej najlepszym przyjacielem. Zanim jednak się nie odezwie, ja nic nie mogę poradzić. Może mi pan wierzyć, mister Holmes, to uczciwa kobieta, i nawet jeśli miała w przeszłości jakieś kłopoty, to na pewno nie ze swojej winy. Jestem tylko prostym ziemianinem z Norfolk, ale z pewnością nie znajdzie pan w całej Anglii człowieka, który bardziej ode mnie ceni honor swojej rodziny. Elsie dobrze o tym wie, wiedziała to jeszcze przed ślubem. Tego jestem pewien, że nigdy nie splamiłaby mojej godności.

Dobrze, teraz przychodzi ta najdziwniejsza część. Tydzień temu, dokładnie we wtorek, znalazłem zrobionych kredą na parapecie tych jakichś idiotycznych tancerzyków, jak tu na papierze. Myślałem, że to robota chłopaka stajennego, ale ten się zaklina, że o niczym nie wie. Tak czy siak, pojawiły się w nocy, starłem wszystko i ledwie o tym wspomniałem Elsie, ona bardzo się tym przejęła i zaklinała mnie, że gdyby się znowu te ludziki pokazały, to mam jej koniecznie je pokazać. Przez tydzień nic się nie działo, aż wczoraj rano znalazłem tę kartkę na zegarze słonecznym w ogrodzie. Pokazałem ją Elsie, a ta natychmiast padła jak nieżywa, ale nawet jak doszła do siebie, to poruszała się jak we śnie, i tylko ten wielki strach w oczach... To wtedy napisałem do pana, mister Holmes. Nie mogłem z tym pójść na policję, bo przecież by mnie tylko wyśmiali, ale od pana się dowiem, co mam robić. Nie jestem bogaczem, ale jeśli cokolwiek grozi mojej żonie, wydam ostatniego pensa, żeby ją obronić.

Ładna to była postać, syn angielskiej ziemi, prosty, stanowczy, honorowy, z wielkimi, szczerymi niebieskimi oczyma i szeroką, uczciwą twarzą. Z pewnością i Holmes był poruszony jego miłością do żony i wiarą w jej słowa; słuchał go najpierw z uwagą, a potem na dłuższą chwilę pogrążył się w milczeniu.

- Czy nie uważa pan, mister Cubitt - odezwał się wreszcie - że najlepszym rozwiązaniem byłoby zwrócić się wprost do żony i poprosić, aby podzieliła się z panem swoim sekretem?

Hilton Cubitt pokręcił masywną głową.

- Obietnica to obietnica, panie Holmes. Gdyby Elsie chciała mi powiedzieć, już by to zrobiła. A skoro nie, to mnie nie wolno jej zmuszać do wyznań. Ale sam mogę coś w tej sprawie zrobić, więc robię.

- W takim razie jestem gotów pomóc panu ze wszystkich mych sił. Po pierwsze, wiadomo coś panu o jakichś obcych, którzy pojawili się w okolicy?

- Nie.

- Rozumiem, że to bardzo spokojne miejsce, więc każda nowa twarz wzbudziłoby zainteresowanie.

- W bezpośrednim sąsiedztwie na pewno. Ale w okolicy jest sporo dobrych miejsc na ryby i strzelanie do ptaków, więc u miejscowych zatrzymują się przyjezdni.

- Te hieroglify najwyraźniej mają jakieś znaczenie. Jeśli są dobrane przypadkowo, możemy nigdy ich nie zrozumieć, jeśli jednak stoi za tym jakiś system, może nam się udać. Ta jednak próbka jest za mała, abym mógł się o cokolwiek pokusić, a z kolei fakty, o których pan opowiedział, zbyt są niejasne, żeby budować na nich jakiekolwiek przypuszczenia. Dlatego też proponuję, aby wrócił pan do Norfolk, zważał na wszystko i dokładnie kopiował nowe figurki, które się pokażą. Prawdziwa szkoda, że starł pan te z parapetu. Niech pan też zasięgnie języka w sprawie jakichś nowych ludzi w okolicy. Kiedy będzie pan miał jakieś nowiny, proszę znowu się do mnie zgłosić. To najlepsza rada, jakiej mogę panu w tej chwili udzielić, mister Cubitt. Proszę pamiętać, że w razie potrzeby natychmiast mogę pospieszyć do Norfolk, aby panu pomóc.

Rozmowa ta zrobiła na Sherlocku Holmesie silne wrażenie i w trakcie kolejnych dni kilkakrotnie widziałem, jak wydobywa z notesu papier z figurkami i uważnie się im przygląda, ale do sprawy nawiązał dopiero chyba po dwóch tygodniach. Właśnie zbierałem się do wyjścia, kiedy powiedział:

- Niech pan lepiej zostanie, Watsonie.

- Dlaczego.

- Gdyż rano dostałem telegram od pana Hiltona Cubitta - mam nadzieję, że pan pamięta, to ten od tańczących ludzików - że przyjeżdża na Liverpool Street o pierwszej trzydzieści, więc może tu być lada chwila. Sądzę, że będzie miał do powiedzenia coś ważnego.

Istotnie, nie musieliśmy długo czekać, żeby przybysz z Norfolk wprost ze stacji zjawił się u nas. Wydawał się zmartwiony i przygnębiony; miał zmęczone oczy i głębokie zmarszczki na czole.

- Strasznie mi ta historia działa na nerwy, mister Holmes - powiedział, ciężko zasiadając w fotelu. - Wystarczyłaby już sama wiedza, że gdzieś dokoła czają się jacyś niewidzialni łajdacy, którzy knują coś podłego, ale tu jeszcze na dodatek widzę, jak to zabija moją żonę, i tego to już znieść nie mogę. Ona po prostu marnieje w oczach.

- A czy powiedziała coś?

- Nie, panie Holmes, chociaż bywały chwile, w których jakby chciała się przełamać, ale nie potrafiła. Próbowałem jej pomóc, ale chyba tylko bardziej jeszcze ją odstraszyłem. Zaczynała mówić o mojej rodzinie, jej reputacji, nieskalanym honorze i zawsze mi się wydawało, że zmierza do czegoś ważnego, a tu za każdym razem nagle ciach! - i wszystko się urywało.

- Ale rozumiem, że pan coś jednak znalazł.

- Całkiem sporo, panie Holmes, przyniosłem trochę nowych tancerzyków, ale co jeszcze ważniejsze, widziałem tego człowieka.

- Tego, który ich rysuje?

- Tak, przydybałem go na tym. Ale lepiej chyba wyłożę wszystko jak trzeba, po porządku. Wróciłem do domu z wizyty u pana, a rano co widzę? Nowe figurynki. Kredą wymalowane na drzwiach szopy na narzędzia, co stoi obok trawnika, tak że ją dobrze widać z frontowych okien. Dokładnie je skopiowałem i proszę, tutaj są.

Rozłożył na stole kartkę, na której zobaczyliśmy:

- Świetnie, znakomicie! - zawołał Holmes. - I co dalej?

- Jak odrysowałem, to zaraz je starłem, ale po dwóch dniach nowe się pojawiły, i te też mam tutaj:

Uradowany Holmes zatarł ręce i powiedział:

- Materiał mamy coraz bogatszy.

- Trzy dni później to był zwitek papieru, ułożony pod kamieniem na zegarze słonecznym. Tu on jest, jak pan widzi, taki sam jak przedtem. Teraz pomyślałem, nie, niech leży, wziąłem rewolwer i usiadłem w gabinecie, z którego widać trawnik i ogród. Jest druga w nocy, siedzę przy oknie, wszędzie ciemno, tylko księżyc świeci, a tu kroki za mną. Patrzę, a to moja żona w nocnej koszuli i prosi, żebym się kładł. Na to ja jej szczerze, że chcę zobaczyć, kto to te sztuczki wyprawia, ale ona zaraz, że to nic, jakieś głupie psikusy, i że nie powinienem na nie zwracać uwagi. "Jak cię to denerwuje, Hiltonie, to wyjedźmy się gdzieś we dwoje, i będzie po kłopocie" - mówi. "Jak to, mam się wynosić z własnego domu dlatego, że kogoś trzymają durne kawały? Całe hrabstwo by się z nas śmiało" - odpowiadam. "Chodź do łóżka - namawia mnie małżonka - możemy o tym porozmawiać rano". Jeszcze mówiła, jak nagle jej twarz, i tak blada, zrobiła się jeszcze bledsza, a rękę tak mi zaciska na ramieniu, że hej. Coś się poruszyło przy komórce z narzędziami, przyglądam się, a tu jakaś postać pełznie do naszych drzwi. Złapałem za rewolwer i chciałem wybiec, ale Elsie objęła mnie i tak się wtuliła, że się ledwie ruszyć mogłem. W końcu się wyswobodziłem, ale jak otworzyłem drzwi, nikogo już nie było, tyle że na drzwiach były te same figurki, w tym samym porządku, który już tu pokazałem. Obiegłem cały teren, ale nigdzie nikogo nie znalazłem, musiał gdzieś być jednak ten parszywiec, bo jak z rana obejrzałem drzwi, pod tamtą linijką była teraz nowa.

- Skopiował ją pan?

- Tak. Bardzo jest krótka, a tu ją mam.

Na nowym karteluszku zobaczyliśmy:

- Proszę mi powiedzieć - odezwał się Holmes, a jego zachowanie wyraźnie zdradzało, jaki jest podniecony - czy to był dalszy ciąg tej pierwszej linijki, czy zupełnie nowa?

Złapałem za rewolwer i chciałem wybiec, ale Elsie objęła mnie i tak się wtuliła, że się ledwo ruszyć mogłem

- Na innej desce ją wyrysował.

- Znakomicie! Dla naszych potrzeb ten napis jest najważniejszy, tak jak oczekiwałem. A teraz proszę dalej, panie Cubitt, to bardzo interesująca opowieść.

- Nic już więcej nie mam do dodania, panie Holmes, z wyjątkiem tylko tego, że zły byłem na żonę, iż mi w nocy nie pozwoliła dopaść tego tchórzliwego łajdaka. Bała się, powiedziała, że może mi coś zrobić. Przemknęło mi przez myśl, że może bała się, iż to ja mu zrobię krzywdę, gdyż byłem pewien, że wie, kto to taki i co znaczą te dziwne sygnały, ale powiedziała to takim tonem i takie miała spojrzenie, że i pan, mister Holmes, nie miałby wątpliwości, że to o moje bezpieczeństwo jej chodziło. To już wszystko, i czekam teraz, żeby mi pan powiedział, co mam robić. Ja sam najchętniej posadziłbym w krzakach kilku moich parobków, a jak się ten huncwot pokaże, dać mu tak do wiwatu, żeby raz na zawsze zostawił nas w spokoju.

- Obawiam się, że to zbyt poważna sprawa na takie proste rozwiązanie - rzekł Holmes. - Jak długo może pan zostać w Londynie?

- Muszę wracać dzisiaj. Za nic nie mogę zostawić mojej żony samej na noc. Bardzo jest zdenerwowana i błagała mnie, żebym wrócił.

- Chyba istotnie ma pan rację. Gdyby pan mógł zostać, wtedy może jutro, może pojutrze mógłbym jechać z panem. No cóż, proszę mi zostawić te papierki; jak tylko będę w stanie rzucić światło na tę zagadkę, natychmiast złożę panu wizytę.

Sherlock Holmes zachowywał profesjonalny spokój do chwili, gdy nasz gość wyszedł, ja jednak dobrze widziałem, że nie posiadał się z podniecenia. Ledwie szerokie barki Hiltona Cubitta znikły za drzwiami, mój towarzysz rzucił się do stołu, porozkładał na jego blacie wszystkie kopie tańczących ludzików i zabrał się do zawiłych wyliczeń. Przez dwie godziny śledziłem, jak pokrywa kartkę cyframi i literami, a był tak pochłonięty swoim zajęciem, że najzupełniej zapomniał o mojej obecności. Czasami coś mu się udawało, a wtedy pogwizdywał i podśpiewywał, czasami na długie minuty nieruchomiał ze zmarszczonymi brwiami i nieobecnym wzrokiem. Na koniec zeskoczył z fotela z okrzykiem satysfakcji i zacierając ręce, zaczął chodzić z jednego kąta pokoju w drugi. Potem napisał długi telegram do USA i powiedział:

- Jeśli rozwiązanie tej zagadki jest takie, jak przypuszczam, wtedy z pewnością będzie się bardzo dobrze prezentowała w pańskiej kolekcji, Watsonie. Oczekuję, że jutro będziemy gotowi udać się do Norfolk, wioząc naszemu przyjacielowi świeże informacje, które bardzo wiele wyjaśnią.

Cały płonąłem z ciekawości, dobrze jednak wiedziałem, że Holmes sam wybierze czas i sposób wyjawienia prawdy, nic innego więc mi nie pozostawało, jak cierpliwie czekać.

Ale odpowiedź na telegram opóźniała się, a przez te dwa dni Holmes nerwowo reagował na każdy odgłos dzwonka. Wieczorem drugiego dnia nadszedł list od Hiltona Cubitta. W jego posiadłości panował spokój, jeśli nie liczyć długiej inskrypcji, która pojawiła się na postumencie zegara słonecznego. Załączył kopię, którą tu reprodukuję:

Holmes przez kilka minut trwał nad tą groteskową sekwencją znaków, aż nagle się poderwał z okrzykiem zdumienia i zawołał z przerażaniem:

- Pozwoliliśmy, żeby sprawy zaszły za daleko. Czy mamy teraz pociąg do North Walsham?

Chwyciłem za rozkład jazdy, ale okazało się, że ostatni już odszedł.

- W takim razie musimy zjeść śniadanie tak wcześnie, żeby zdążyć na pierwszy pociąg. Musimy się tam zjawić jak najszybciej. A, oto i nasz oczekiwany telegram. Jedna chwila, pani Hudson, może będzie odpowiedź. Nie, jest tak, jak oczekiwałem. Ta wiadomość sprawia, że musimy jak najspieszniej powiadomić pana Cubitta, jak się rzeczy mają, gdyż znalazł się w centrum bardzo niebezpiecznych knowań.

Dalsze wydarzenia całkowicie potwierdziły tę opinię Holmesa, i kiedy teraz zmierzam do finału historii, która zrazu wydała się tylko dziecinnym wybrykiem, znowu wracają do mnie zgroza i żal, które mnie wówczas przepełniły. Wolałbym przedstawić czytelnikom pogodniejsze zakończenie, ale to jest kronika faktów, a ja muszę podążać do tego zwieńczenia wypadków, które na kilka dni sprawiło, że Ridling Thorpe Manor stało się znane jak Anglia długa i szeroka.

Jak tylko znaleźliśmy się w North Walsham i wspomnieliśmy o Ridling Thorpe, natychmiast podbiegł do nas zawiadowca stacji.

- Panowie jesteście z pewnością detektywami z Londynu - powiedział.

Po twarzy Holmesa przemknął cień.

- A czemu pan tak przypuszcza? - zapytał.

- Bo właśnie odjechał inspektor Martin z Norwich. A może... Lekarze? Ona żyje, a w każdym razie żyła jeszcze jakiś czas temu. Może uda się ją jeszcze uratować, ale jaki to ratunek, skoro i tak czeka ją szubienica.

Panowie jesteście z pewnością detektywami z Londynu - powiedział

Holmes zmarszczył brwi.

- Tak, owszem, jedziemy do Ridling Thorpe Manor, ale nie wiemy, co tam się stało.

- Okropna sprawa - pokręcił głową zawiadowca stacji. - Oboje zastrzeleni, pan Hilton Cubitt i jego żona. Najpierw ona strzeliła w niego, a potem w siebie, tak mówi służba. On nie żyje, a ona ledwie co. Ludzie, co to się dzieje, jedna z najstarszych rodzin w hrabstwie i najbardziej poważana.

Holmes natychmiast ruszył do powozu i przez całą siedmiomilową drogę nie odezwał się ani razu. Rzadko widywałem go tak przygnębionego. Od wyjazdu z Londynu przez cały czas był niespokojny; widziałem, jak niecierpliwie przeglądał poranne gazety. Kiedy teraz sprawdziły się jego najgorsze przypuszczenia, dopadła go czarna melancholia. Pogrążony w myślach zastygł na siedzeniu, nie zwracając uwagi na przesuwający się za oknami krajobraz, który przecież zawsze jest interesujący, gdy zostawi się za sobą wielkie miasto. Rozrzucone nieliczne posiadłości były znakiem obecnych czasów, podczas gdy górujące nad płaską okolicą wielkie kościoły z kwadratowymi wieżami świadczyły o chwale i zamożności dawnej wschodniej Anglii. Na koniec, za zieloną linią brzegu Norfolku, pokazało się fioletowe pasmo Morza Północnego, a woźnica końcem bicza wskazał dwa daszki ze starej cegły i drewna, wyrastające nad małym zagajnikiem.

- Tam jest Ridling Thorpe Manor.

Kiedy podjechaliśmy pod frontowe drzwi obudowane gankiem, zobaczyłem miejsce do gry w tenisa, a za nim czarną komórkę na narzędzia i zegar słoneczny ustawiony na wysokim postumencie, z którym łączyły się nam tak nieprzyjemne skojarzenia. Schludny, niski mężczyzna o żwawych, energicznych ruchach wysiadał właśnie z wysokiej dwukółki. Przedstawił się jako inspektor Martin z komendy Norfolk, a usłyszawszy nazwisko mego przyjaciela, był niepomiernie zdziwiony.

- Jak to możliwe, panie Holmes, że zbrodnię popełniono o trzeciej nad ranem, a pan zjawia się równocześnie ze mną?

- Spodziewałem się jej. Przybyłem, aby do niej nie dopuścić.

- To musi pan rozporządzać informacjami, których nam zupełnie brakuje. Powszechna wieść głosi, że byli zgodnym małżeństwem.

- Wiem tylko o tańczących ludzikach - odrzekł Holmes - ale wszystko wyjaśnię panu potem. Skoro jednak jest już zbyt późno na zapobieżenie tragedii, teraz przede wszystkim zależy mi na tym, aby dzięki wiedzy, którą posiadłem, wymierzona została sprawiedliwość. Czy będzie mi pan towarzyszył w dochodzeniu, czy też mam je prowadzić sam?

- Poczucie, że współdziałam z samym Sherlockiem Holmesem, może być dla mnie tylko źródłem dumy - rzekł z powagą inspektor.

- W takim razie bez chwili zwłoki chciałbym wysłuchać zeznań i zobaczyć miejsce, gdzie rzecz się wydarzyła.

Inspektor Martin miał dość zdrowego rozsądku i pozwolił memu przyjacielowi działać po swojemu, a sam tylko uważnie obserwował rezultaty. Z pokoju pani Cubitt wyszedł właśnie miejscowy lekarz, starszy, siwowłosy mężczyzna, i oznajmił, że jej rany są bardzo poważne, ale nie muszą być śmiertelne. Pocisk przeszył frontową część mózgu i najprawdopodobniej minie sporo czasu, zanim pani domu odzyska świadomość. Nie chciał ryzykować opinii w kwestii, czy sama się postrzeliła, czy też ktoś do niej strzelił, natomiast z pewnością było to z bliska. W pokoju znaleziono tylko jeden rewolwer, w którego bębenku dwie komory były puste. Pan Cubitt otrzymał kulę prosto w serce. Mógł on strzelić do niej, a potem do siebie, mogło być odwrotnie, jako że rewolwer leżał między nimi obojgiem.

- Czy przeniesiono pana Cubitta? - zapytał Holmes.

- Nie ruszaliśmy niczego, chociaż oczywiście przenieśliśmy panią Cubitt, której przecież nie mogliśmy zostawić rannej na podłodze.

- Od jak dawna pan tu jest, doktorze?

- Od czwartej.

- Sam czy jeszcze w czyimś towarzystwie?

- Konstabla.

- Czy dotykał pan czegoś?

- Niczego.

- Zachował się pan bardzo rozważnie. Kto pana wezwał?

- Gospodyni Saunders.

- Czy to ona podniosła alarm?

- Ona i kucharka, pani King.

- Gdzie są teraz?

- Chyba w kuchni.

- Trzeba natychmiast wysłuchać ich opowieści.

Zasiedliśmy w starym, wyłożonym dębem holu z wysokimi oknami. Holmes zajął miejsce w wielkim starodawnym fotelu; oczy lśniły w jego zapadłej twarzy. Widziałem w nich postanowienie, że dołoży wszystkich sił, aby klient, któremu nie był w stanie pomóc, został przynajmniej pomszczony.

Resztę towarzystwa stanowili: szczupły inspektor Martin, wiekowy szpakowaty lekarz, ja i tęgi wiejski policjant. Obie kobiety dość jasno opowiedziały o tym, co widziały. Zbudził je odgłos wybuchu, po którym chwilę później nastąpił drugi. Spały w sąsiadujących pokojach, gospodyni pobiegła do kucharki i razem zeszły na dół. Drzwi do gabinetu stały otworem, na stole paliła się świeca. Pośrodku pokoju leżał ich pan twarzą do ziemi, martwy. Pani klęczała pod oknem z głową opartą o ścianę. Była ranna, prawą część twarzy miała we krwi, ciężko oddychała, ale nic nie mówiła. W pokoju i korytarzu unosiły się dym i zapach prochu. Okno było zamknięte od wewnątrz, co obie zgodnie potwierdziły. Natychmiast posłały po lekarza i konstabla, a potem, mając do pomocy chłopca stajennego, przeniosły panią do sypialni. Państwo Cubitt sypiali w jednym łóżku. Z wyglądu pokoju wywnioskowano, że było też tak ostatniej nocy. Ona miała na sobie suknię, on był w szlafroku narzuconym na koszulę nocną. Niczego w gabinecie nie przesuwano. Żadna ze służących nie była nigdy świadkiem kłótni między małżonkami. Na pytanie Holmesa odpowiedziały, że zapach prochu obie poczuły już na piętrze.

Obie kobiety dość jasno opowiedziały o tym, co widziały

- Radzę, by zwrócił pan uwagę na ten fakt - powiedział Holmes do swojego kolegi po fachu. - Teraz już możemy dokładnie obejrzeć pokój.

Gabinet był niewielki; trzy ściany zajmowały szafki z książkami; stół do pisania stał naprzeciw zwyczajnego okna, które wychodziło na ogród. Moją i Holmesa uwagę przede wszystkim zwróciło ciało naszego nieszczęsnego klienta, zajmujące znaczną część podłogi. Widać było, że wyrwany ze snu ubierał się pospiesznie. Wystrzelona z przodu kula, przeszywszy serce, pozostała w ciele. Śmierć była z pewnością natychmiastowa i bezbolesna. Ani na szlafroku, ani na rękach nie było śladów prochu. Te, wedle lekarza, znajdowały się na twarzy pani Cubitt, ale nie na rękach.

- Nieobecność prochu nie mówi o niczym, natomiast obecność może świadczyć o wszystkim - powiedział Holmes. - Jeśli tylko nabój nie jest źle skonstruowany, można oddać wiele strzałów i nie mieć na sobie żadnych tego typu śladów. Moim zdaniem można już zabrać ciało pana Cubitta. Panie doktorze, przypuszczam, że nie znalazł pan pocisku, który zranił panią Cubitt?

- Najpierw trzeba przeprowadzić poważną operację. Jednak w rewolwerze pozostały cztery naboje. Dwa zostały wystrzelone, a ponieważ mamy dwie rany, za każdą odpowiada inna kula.

- Tak mogłoby się wydawać - powiedział Holmes. - A czy mógłby pan wyjaśnić, która z nich odpowiada za ten otwór w oknie?

Odwrócił się znienacka, a jego długi, wąski palec wskazał dziurkę we framudze o jakieś dwa i pół centymetra od jej spodu.

- Wielkie nieba! - wykrzyknął inspektor. - A jak pan to wypatrzył?

- Patrzyłem uważnie.

- Wybornie! - powiedział lekarz. - Był zatem trzeci wystrzał, a więc musiała też być trzecia osoba. Ale kto to mógł być i jak się wydostał?

- To właśnie kwestia, którą musimy rozwiązać - rzekł Holmes. - Pamięta pan, inspektorze Martin, jak obie służące powiedziały, że gdy wybiegły z pokojów, natychmiast poczuły zapach prochu? Wskazałem panu, że to nadzwyczaj ważna kwestia.

- Tak, sir, aczkolwiek muszę wyznać, że tak jak wtedy nie nadążałem za pańską myślą, tak i teraz nie nadążam.

- To sugerowało, że w momencie strzału okno i drzwi pokoju były otwarte, inaczej bowiem zapach prochu nie mógłby się rozejść tak gwałtownie po domu. Do tego nieodzowny był przeciąg. Ale i okno, i drzwi były otwarte bardzo krótko.

- A to skąd pan wie?

- Gdyż świeczka nie zgasła.

- Kapitalne! - zawołał inspektor. - Kapitalne!

- Wiedząc, że okno było otwarte, pomyślałem, że mogła w nim stać trzecia osoba, która strzelała do środka, a wtedy każdy pocisk w nią skierowany mógł trafić we framugę. Kiedy się jej przyjrzałem, znalazłem otwór.

- Ale jak to możliwe, że okno było zamknięte, i to na haczyk?

- Kobiecy odruch to zamknąć okno i je zabezpieczyć. Ale zaraz, a to co takiego?

Holmesowi chodziło o elegancką damską torebkę, zrobioną z krokodylej skóry i ozdobioną srebrzeniami, która spoczywała na stoliku. Otworzył ją, a jej zawartość wysypał na stół. W środku było tylko dwadzieścia związanych gumką pięćdziesięciofuntowych banknotów Banku Anglii.

- Trzeba to starannie przechować, będzie ważnym dowodem w sądzie - rzekł Holmes, wręczając torebkę i pieniądze inspektorowi. - A teraz koniecznie trzeba wyświetlić sprawę tego trzeciego pocisku, który, o czym świadczy drzazga, został oddany z wnętrza pokoju. Chciałbym zadać małe pytanie pani King, kucharce. Pani King, zeznała pani, że zbudził panią głośny wybuch. A teraz proszę się zastanowić, czy powiedziałaby pani, że drugi był cichszy?

- No nie wiem, sir, zbudził mnie, to jak dalej porównywać? Ale ten drugi nie był jakiś taki strasznie głośny.

- Nie sądzi pani, że były to dwa strzały oddane niemal w tej samej chwili?

- Jestem pewna, sir, że tego to już nie powiem.

- A ja sądzę, że tak właśnie było. Wydaje mi się, inspektorze Martin, że niczego więcej nie dowiemy się już w tym pokoju. Jeśli zechce mi pan towarzyszyć, sprawdźmy, czy nie znajdziemy czegoś w ogrodzie.

Rabata dochodziła pod samo okno gabinetu; wszyscy zaszemraliśmy na widok zdeptanych kwiatów i śladów odciśniętych w miękkiej ziemi. Buty, które je zostawiły, były duże, bez wątpienia męskie, z bardzo długimi, zaostrzonymi szpicami. Holmes zaczął rozchylać źdźbła trawy i liście niczym ogar w poszukiwaniu zestrzelonego ptaka, aż wreszcie z okrzykiem satysfakcji zaprezentował nam mały brązowy cylinder.

Holmes z okrzykiem satysfakcji zaprezentował nam mały brązowy cylinder

- Tak myślałem - zawołał. - Rewolwer miał wyrzutnik i oto trzeci pocisk. Cóż, inspektorze Martin, sprawa już właściwie zakończona.

Inspektor z Norfolk był pod ogromnym wrażeniem szybkich postępów w śledztwie Holmesa. Zrazu usiłował jeszcze zgłaszać jakieś własne propozycje, teraz jednak ogarnięty podziwem, gotów był bez pytania zrobić wszystko, co Holmes zaproponuje.

- A kogo pan podejrzewa? - zapytał.

- O tym powiem później, gdyż ciągle jeszcze jest parę kwestii, których w tej chwili nie potrafiłbym panu wyjaśnić. Następne kroki muszę stawiać już sam, a kiedy to zrobię, będę mógł całość przedstawić wszystkim i każdemu z osobna.

- Niechże będzie tak, jak pan chce, mister Holmes, bylebyśmy ujęli naszego człowieka.

- Nie zamierzam robić jakichś wielkich tajemnic, ale w tym momencie niepodobna wdawać się w długie i zawiłe wyjaśnienia. Wszystkie nitki potrzebne do rozwiązania zagadki mam już w ręku. Nawet jeśli pani Cubitt nigdy nie odzyska świadomości, będziemy w stanie zrekonstruować wydarzenia tamtej nocy i dopilnować, aby sprawiedliwość została wymierzona. Przede wszystkim chciałbym się dowiedzieć, czy jest w okolicy jakaś gospoda czy pub pod nazwą U Elrige'a?

Przepytano konstabli, ale żaden z nich o niczym takim nie słyszał. Wtedy chłopak stajenny przypomniał sobie, że farmer o tym nazwisku mieszkał o kilka mil w kierunku na East Ruston.

- To gospodarstwo na uboczu?

- Oj, tak, sir, straszne tam odludzie.

- Możliwe, że nie słyszeli jeszcze, co się tu wydarzyło?

- Całkiem możliwe, sir.

Mój przyjaciel zamyślił się na chwilę, a potem na jego twarzy pojawił się chytry uśmieszek.

- Osiodłaj konia, chłopcze, gdyż powieziesz ode mnie liścik na farmę Elrige'a.

Holmes wyjął z kieszeni kartki z tańczącymi ludzikami, a rozłożywszy je na stole, jakąś chwilę przy nich pracował. Kiedy skończył, podał notkę chłopakowi, każąc wręczyć ją osobie, do której była zaadresowana, i zakazując odpowiadać na jakiekolwiek pytania. Zdążyłem zobaczyć, że dziwnie nierównymi literami, jak nie u Holmesa, było na niej wypisane: "Mr Abe Slaney, Elrige's Farm, East Ruston, Norfolk".

- Myślę, inspektorze - zwrócił się Holmes do Martina - że powinien pan zatelegrafować po posiłki, gdyż jeśli moje przypuszczenia się potwierdzą, będzie pan musiał odstawić do więzienia szczególnie niebezpiecznego przestępcę. Chłopak, który powiezie liścik, może też dostarczyć telegram do wysłania. Jeśli mamy po południu, Watsonie, pociąg do Londynu, skorzystamy z niego, gdyż muszę skończyć pewne fascynujące badania chemiczne, a to dochodzenie zmierza do rychłego końca.

Kiedy chłopak odjechał, Sherlock Holmes wydał instrukcje służbie. Jeśli zjawi się ktokolwiek, pytając o panią Cubitt, nie wolno udzielać żadnych informacji o jej stanie, należy jednak pytającego skierować do salonu. Polecenie to powtórzył z wielkim naciskiem i zaprowadził nas (mnie i inspektora, gdyż doktor udał się do swoich pacjentów) do salonu, mówiąc, że teraz pozostaje nam tylko czekać, gdyż nie mieliśmy już żadnego wpływu na przebieg wydarzeń; powinniśmy zatem spędzić czas najlepiej, jak potrafimy.

- Mam wrażenie, że mogę panom zająć godzinę w sposób interesujący i pożyteczny - powiedział Holmes, przysuwając fotel do stołu i rozkładając na nim wszystkie papiery z tańczącymi figurkami. - Pana, drogi Watsonie, muszę uniżenie przeprosić za to, że na tak długą próbę wystawiłem pańską ciekawość, ale nareszcie mogę ją zaspokoić. Z kolei pana, inspektorze, może to zainteresować z przyczyn jak najbardziej zawodowych. Ale na początek muszę panu opowiedzieć o wcześniejszych rozmowach, jakie odbyłem na Baker Street z panem Hiltonem Cubittem. - I Holmes w skrócie przedstawił fakty, które czytelnikom są już znane. - Leżą przed nami rysunki, które mogłyby wywołać uśmiech, gdyby nie stały się wstępem do straszliwej tragedii. Jestem nieźle zaznajomiony ze wszystkimi rodzajami tajemnych pism i napisałem nawet o tym malutką monografię, w której przeanalizowałem sto sześćdziesiąt szyfrów, muszę jednak przyznać, że z czymś takim zetknąłem się pierwszy raz. Jedno było pewne od samego początku, że twórcom zależało na tym, aby ukryć fakt, iż w rysunkach tych zawarta jest jakaś informacja, i zasugerować, że to nic nieznaczące dziecięce laleczki.

Wystarczyło jednak przyjąć, że zastępują one litery, i wziąć pod uwagę ogólne reguły, które stosuje się, chcąc rozszyfrować tajemne zapisy, a rozwiązanie stawało się dosyć proste. Niemniej pierwsza wiadomość była tak krótka, że mogłem ze znaczną pewnością ustalić jedynie to, iż symbol zastępuje "E". Jak wiecie, panowie, jest to litera najczęściej występująca w tekście angielskim, i to występująca tak równomiernie, że najwięcej jej będzie nawet w najkrótszej wiadomości. Pierwszy tekst liczył sobie piętnaście znaków, a skoro cztery z nich były takie same, należało uznać, iż tak właśnie zaszyfrowana jest litera "E". To prawda, że w niektórych przypadkach postać trzyma flagę, a w innych nie, ale ze sposobu rozmieszczenia chorągiewek w tekście można wnosić, iż dzielą one zdanie na wyrazy. Tak więc w ramach wstępnej hipotezy zapisałem, że "E" jest prezentowane przez

Dalej jednak zaczynały się trudności, gdyż żadna inna litera nie jest w angielskim tak wyróżniona jak "E", co sprawia, że ich przeciętne występowanie nie musi mieć potwierdzenia w krótkim tekście. Mówiąc najogólniej, w częstotliwości występowania idą po sobie: "T", "A", "O", "I", "N", "S", "H", "R", "D" oraz "L", ale wskaźniki te w przypadku "T", "A", "O" oraz "I" tak niewiele różnią się od siebie, że na dobrą sprawę beznadziejna jest próba podstawiania kolejnych wariantów, czekając, aż trafi się na sensowną postać. Dlatego musiałem dostać bogatszy materiał. Przy następnych odwiedzinach pan Cubitt pokazał mi dwa krótkie zdania i napis, który powinien być pojedynczym słowem, gdyż nie występowały w nim flagi. W tym jednym pięcioliterowym słowie miałem "E" na drugim i czwartym miejscu. W grę wchodziły takie rozwiązania jak "sever" (odciąć), "lever" (dźwignia) i "never" (nigdy). Nie ulega wątpliwości, że to ostatnie wydawało się najprawdopodobniejsze jako odpowiedź na jakieś wezwanie, odpowiedź, jak sugerowały okoliczności, udzielona przez panią Cubitt. Jeśli to było słuszne, to wtedy znaki znaczyłyby odpowiednio: "N", "V" i "R". Nadal jednak znajdowałem się w sporym kłopocie, ale pewna szczęśliwa myśl pozwoliła mi odcyfrować kilka następnych liter. Ponieważ przypuszczałem, że wezwania pochodzą od osoby, która wcześniej znała obecną panią Cubitt, przyjąłem, że jeśli pojawią się kombinacje z "E" na początku i końcu oraz trzema literami w środku, będzie chodzić najpewniej o "Elsie". Zbadawszy materiał, stwierdziłem, że istotnie jest taka sekwencja znaków na końcu dwuwyrazowej wiadomości, która została w tej samej postaci powtórzona jeszcze dwa razy. W ten sposób zdobyłem "L", "S" oraz "I". Przed "Elsie" było czteroliterowe słowo z "E" na końcu. Natychmiast pomyślałem, że to mogłoby być "come" (chodź), ale na wszelki wypadek popróbowałem jeszcze innych możliwości, żadna jednak nie pasowała. Mając teraz, wedle wszelkiego prawdopodobieństwa, "C", "O" i "M", mogłem powrócić do pierwszej wiadomości i spróbować ją rozszyfrować, dzieląc na wyrazy i wstawiając kropki w miejsce nieznanych liter, gdyż żaden z występujących tam znaków nie był jeszcze rozszyfrowany. Oto zatem, co miałem teraz przed sobą:

.M .ERE ..E SL.NE.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej.