Sieć. Czas Decyzji. Tom 3 - Agata Lasocka-Myszor

Kup ebooka

44.90 zł
37.26 zł (21,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Unoszona podmuchem wiatru, prądem wody, pogrążona w nieprzeniknionej pustce. Bez celu, bez drogi ucieczki, do utraty wszelkich zmysłów. Nieobecna i zagubiona pośród snów. Kolorowy obraz szarości, niknące światło i gładka, srebrzysta przepaść. Stłumione dźwięki, śmiech i płacz, i ten ciągły, cichy szept.

Szarpany oddech powodował rozdzierający ból.

Nie wiedziała, kiedy poderwała się z łóżka. Biała pościel zsunęła się na podłogę. Ogarnęło ją przerażenie. Musi uciekać. Mięśnie były bezsilne i drżące, z trudem utrzymała się na nogach. Uciekać jak najdalej, tylko przed czym? Świadomość nie nadążała za chaotycznymi ruchami. Wyrwała z żyły kaniulę. Ciasny bandaż na klatce piersiowej dusił, a do błękitnych oczu zaczęły napływać łzy.

Ktoś nią szarpnął. Odwinęła się i niemal straciła równowagę. Mężczyźni w białych kitlach wypowiadali uspokajające słowa. Musiała uciekać, nie mogła tu zostać. W dłoni jednego z nich zobaczyła strzykawkę.

Szarpała się i miotała, była nieprzytomna ze strachu. Odurzona, zaszczuta i słaba. Poczuła głębokie ukłucie na wysokości karku. Powieki zamknęły się wbrew jej woli.

?

Gia delikatnie rozchyliła spierzchnięte usta, z trudem zdołała przełknąć ślinę. Jęknęła z bólu. Zamazany wzrok wbiła w stojące przed nią postacie. Chciała unieść dłoń, ale coś jej to uniemożliwiło. Spojrzała na skórzane pasy na nadgarstkach, przymocowane do krawędzi łóżka.

- Jest niebezpieczna - padła kategoryczna diagnoza.

- Ręczę za nią. Uwolnij ją natychmiast.

Znała ten głos. Przeszył ją dreszcz.

- To rozkaz.

Po chwili poczuła, jak szorstkie pasy puszczają, pozostawiając na nadgarstkach otarcia. Zapadła cisza i już tylko on został z nią w pomieszczeniu. Z niezrozumiałym lękiem spojrzała w jego szare oczy. Usiadł przy niej, zapatrzony w nią i przejęty.

- Gia... - Głos Alexa się załamał.

Niczego nie rozumiała, była oszołomiona i zagubiona. Odsunęła rękę, gdy próbował pogładzić ją po dłoni.

- Spokojnie, to tylko ja - zapewnił ciepłym tonem. - Musisz teraz odpoczywać.

- Co się stało? - wydusiła przez ściśnięte gardło.

Zamrugał zaskoczony i chwilę zwlekał z odpowiedzią.

- Możesz mieć zaniki pamięci. - Odetchnął ciężko, a każde słowo przychodziło mu z dużym trudem. - Brałaś udział w pościgu. Miałaś wypadek, samochód rozbił się na barykadzie.

- To niemożliwe... Ja... - Nie mogła zebrać myśli, widziała w nich tylko migawki niezrozumiałych dla niej scen. Pękała jej głowa, gdy próbowała przywołać ostatnie wspomnienia. Czuła, że jej mięśnie są zwiotczałe, przeszywało ją zmęczenie. Popatrzyła zagubiona na Agenta.

- Bałem się, że już się nie obudzisz... Ale nigdy nie straciłem nadziei.

Nie rozumiała. W końcu to z siebie wydusił.

- Przez dziesięć miesięcy byłaś w śpiączce.

Osłupiała i uniosła się na łokciach. Teraz to widziała. Leżała w szpitalu, miesiącami przykuta do łóżka i trzymana przy życiu dzięki aparaturze. Na klatce piersiowej goiła się pooperacyjna rana, a ona sama była osłabiona i wycieńczona. Dziesięć miesięcy... minęło dziesięć miesięcy.

- Wybudziłaś się kilka godzin temu - ciągnął. - Wpadłaś w półprzytomny szał, lekarze musieli podać ci środki uspokajające.

Pamiętała to jak przez mgłę. Czuła nieuzasadniony lęk i niepewność. Roztarła skronie i próbowała poukładać w głowie natłok niewyraźnych myśli.

- Co z naszymi adeptami? - Nie wiedziała, dlaczego zadała akurat to pytanie.

- Długi czas cię odwiedzali, ale... zostali przeniesieni do innej Agencji. Tutaj, w Europie, jest zbyt niebezpiecznie.

- Niebezpiecznie? Jak to?

- Źle się dzieje na świecie - odparł przygnębiony. Wstał i włączył wiszący na ścianie telewizor. - Przez ostatnie miesiące Agencja straciła bardzo wielu ludzi. Musieliśmy chronić adeptów, więc zostali wycofani ze strefy walk. Tutaj nie bylibyśmy w stanie ich upilnować ani zagwarantować bezpieczeństwa. Wstrzymano też treningi, sam nie jestem trenerem już od ponad pół roku. W terenie jest zbyt wiele pracy, żeby ktokolwiek miał czas na szkolenie.

Przetarła oczy i skupiła wzrok na ekranie. Wiadomości były nadawane niemal na okrągło na każdym kanale. Zmroziło ją to, co zobaczyła.

W wielu krajach doszło do ataków zbrojnych i wkroczenia wojsk. Na ulicach trwały walki, brakowało żywności, leków i wody pitnej. Nastąpiły rozłamy między ludźmi. Przyjaciel przeciwstawiał się przyjacielowi, brat zabijał brata. Rozpoczęły się samosądy, nagonki, prześladowania i zbiorowe morderstwa. Wszystko podszyte strachem i nienawiścią. Na paskach informacyjnych pojawiały się kolejne doniesienia o klęskach żywiołowych i wciąż przepowiadane były następne. Tornada, susze, zamiecie śnieżne, szalejące pożary, tsunami, trwające nieprzerwanie od tygodni niszczycielskie burze i tajfuny. Tysiące ofiar, setki rannych, bezbronnych, chorych i wołających o pomoc. Świat, który znała, przestał istnieć.

Spojrzała na Alexa, dopiero teraz zobaczyła, że wygląda na potwornie wyczerpanego. Na policzku dojrzała nową bliz­nę, a w oczach lęk o przyszłość. Walczył w wojnie, o której ona nie miała pojęcia.

- Nowa Era dopięła swego. - Usiadł przy niej, zmęczony i bezsilny. - Świat dowiedział się o Utalentowanych i jest przeciwko nam. Ludzie przestają panować nad Talentami, wpadają w szał, wszystko przez wahania Sieci. Rząd przestał nas wspierać, umywa ręce, że kiedykolwiek z nami współpracował. Utalentowani są wyłapywani i wywożeni do obozów, próbujemy ratować, kogo się da, ale przegrywamy tę wojnę.

Stało się to, czego zawsze się bali, przed czym każde z nich drżało bardziej niż o własne życie. Stracili wszystko, o co walczyli, na straży czego stali. Bezpieczeństwo ludzi i Utalentowanych. Było już za późno, by naprawić cokolwiek.

Na ekranie pojawiły się migawki z akcji przeciwpożarowej sierocińca. Śmiertelnie niebezpieczna plotka niosła, że kilka sierot posiada Talent, albo raczej Piętno. To wystarczyło, by ludzie kierowani strachem wyzbyli się litości i człowieczeństwa. Ktoś podłożył ogień pod budynek. Bestialski atak przetrwało tylko jedno dziecko. Paroletni chłopiec.

Gia zadrżała. Usta poruszyły się w jednym słowie.

- Nick... - To jedno imię kołatało jej się po głowie. Zmarszczyła brwi i próbowała przypomnieć sobie cokolwiek sprzed wypadku. - Gdzie jest Nick? Gdzie on jest? - Alex nie odpowiadał. Serce zaczęło bić jej szybciej. - Chcę go zobaczyć.

Bezsilnie spojrzał jej w oczy. Nie mógł jej okłamywać, miała prawo wiedzieć.

- Przykro mi... - Ściszył głos, a świat zamarł. - Nick nie przeżył wypadku.

Zapadła głucha cisza. Gia nie potrafiła wziąć oddechu. Przeniosła pusty wzrok na biały sufit. W kącikach oczu ­pojawiły się łzy, a gdy mrugnęła, spłynęły po policzku. Słowa Alexa huczały jej w głowie i już nic, co powiedział, do niej nie docierało. Wszystko przestało mieć znaczenie. Zasłoniła twarz dłońmi i zacisnęła spierzchnięte usta. Z gardła wyrwał się cichy szloch. Straciła go, była odpowiedzialna za jego śmierć. Ból był tak silny, że nie mogła powstrzymać płaczu.

Świat, w którym się przebudziła, był obcym i przerażającym miejscem.

?

Od wielu dni dostawała silne leki. Musiała nabrać sił, czekała ją długa i ciężka rehabilitacja. Ale jeszcze nie teraz, jeszcze była zbyt słaba. Beznamiętnie wpatrywała się w kroplówkę, podczas gdy lekarz zmieniał jej opatrunek na klatce piersiowej. Nienawidziła starej blizny po postrzale, tej dokładnie w miejscu serca. A teraz ta rana znów była otwarta. Dowiedziała się, że na kilka dni przed wybudzeniem dostała zapaści. Lekarze musieli operować; być może dzięki temu jej ciało zdołało wyrwać się ze śpiączki.

Nic jej się nie zgadzało, nie mogła zrozumieć swojego braku ufności i nie potrafiła skupić się na własnych myślach. Leżała i po cichu modliła się, by jej życie było takie jak dawniej. Trudne, okrutne i często niesprawiedliwe, a mimo to właśnie za tym tęskniła tak mocno. Płakała w nocy i za dnia, zagubiona i osamotniona. Wciąż zmęczona, przesypiała całe dnie. Bez snów, już nawet one ją opuściły.

Ogłupiały ptak wpadł w okno sali szpitalnej. Szyba pękła nieznacznie, a w miejscu uderzenia pozostał ślad świeżej krwi. Martwe zwierzę chwilę drżało na parapecie, aż przestało się ruszać.

Patrzyła na to apatycznie. Nie oderwała wzroku od martwego kosa, nawet gdy usłyszała, że ktoś wchodzi do sali.

- Jak się dziś czujesz? - Alex pochylił się nad nią i czule pocałował w czoło.

Spędzał z nią każdą wolną chwilę, ale ona nie chciała rozmawiać. Ani z nim, ani z nikim innym. Alex powiódł wzrokiem za jej spojrzeniem. Podszedł do okna i zrzucił z parapetu malutkie ciałko.

- To się często zdarza - skomentował. - Ptaki postradały zmysły i giną bez powodu. Całe miasto jest ich pełne. To chyba tak w księgach opisywana była apokalipsa.

Odkąd wszedł, nawet na niego nie spojrzała.

- Zgodzisz się porozmawiać z psychologiem? - spytał kolejny raz, wciąż o to samo.

Pokręciła głową.

- Proszę cię, pozwól sobie pomóc. - Podszedł do łóżka i sprawdził drożność kroplówki. - Poczujesz się lepiej, jeśli porozmawiasz ze specjalistą.

Wciąż odmawiała. Kręciło jej się w głowie na samą myśl o godzinnych sesjach z doktorem Lambertem.

Ktoś cicho zastukał we framugę i ukłonił się nieznacznie. Psycholog bez słowa przysunął sobie krzesło i usiadł przy łóżku. Spojrzał porozumiewawczo na Alexa.

- Przynajmniej spróbuj - skończył blondyn i zostawił ich sam na sam.

Słyszała natrętne skrobanie długopisu nad uchem. Wiedziała, że tym razem nie wymiga się od sesji. Przeniosła wzrok z okna na doktora.

Zmarszczyła brwi.

- Kim pan jest? - spytała zaskoczona. - Moim psychologiem jest Eric Lambert.

Tuż obok siedział nieznany jej mężczyzna. Znacznie młodszy niż Lambert, o twarzy i minie bardziej stanowczej i pozbawionej współczucia.

- Nie powinna cię niepokoić ta zmiana. Jestem równie dobrym psychologiem, co mój kolega po fachu. Albo nawet ciut lepszym - odparł z uśmiechem. - Nazywam się David Schneider i możesz mi zaufać.

- Gdzie Lambert? Jeśli mam rozmawiać, to chcę, żeby to był on.

- Ale rozmawiać będziesz ze mną - przerwał stanowczo, nim zdążyła skończyć zdanie. - Skoro musisz wiedzieć, to doktor Eric Lambert już u nas nie pracuje.

- Dlaczego? Co się stało?

- Tego nie wiem. - Wzruszył ramionami i zaczął klikać przyciskiem od długopisu. - I jest to nieistotne dla twojego zdrowia, nie zaprzątaj sobie tym główki. Przejdźmy do ciebie. Odpowiedz mi, jak się czujesz. Czy dręczyły cię może ostatnio złe sny? Lub może słyszysz jakieś głosy?

- Zejdź mi z oczu. - Odwróciła się na bok, by nie musieć na niego patrzeć.

Westchnął.

- Udam, że tego nie słyszałem - kontynuował jak gdyby nigdy nic. - Nie musisz się niczego wstydzić. Mózg po stanie śpiączki może płatać ci figle, ale to minie. Masz prawo być roztargniona. Mogą pojawić się problemy ze słuchem, zaburzenia osobowości, problem z utrzymaniem świadomości czy skupienia, bezsenność, chroniczne zmęczenie, a nawet halucynacje... lub brak taktu. - Nieprzerwanie klikał długopisem. - Ale razem przez to przejdziemy.

- Wynoś się! - zdobyła się na słaby krzyk.

Tego dnia doktorowi nie udało się niczego wyciągnąć z Rudej. Ani następnego, ani przez kolejny tydzień. Nie ufała mu, co on traktował jako jedno z następstw śpiączki. Podczas kolejnej jednostronnej sesji już nawet nie miała siły protestować. Zadawał kolejne pytania, które zdawały się zupełnie go nie interesować. Każde pozostawało bez odpowiedzi.

- Jak twoje relacje z innymi? - rzucił monotonnie następne pytanie z listy.

- Relacje...? - zwróciła się do niego po raz pierwszy od wielu dni. - Niby jakie "relacje"? - Uśmiechnęła się ironicznie, niemal przez łzy. - Jestem wrakiem człowieka, nie mam pojęcia, co tak naprawdę dzieje się w Agencji ani poza nią. Zostałam odcięta od wszystkiego. Moi adepci zostali przeniesieni, nie miałam z nimi kontaktu, odkąd się wybudziłam. Tęsknię za nimi, a nawet nie wiem, co się z nimi stało. A moi przyjaciele ze szkoły... - Zawiesiła głos, zdała sobie sprawę, że nie pomyślała o nich przez ten cały czas. - Nie kontaktowałam się z nimi przez ponad dziesięć miesięcy, pewnie myślą, że nie żyję. Nie mogę teraz tak po prostu wrócić i wejść z butami w ich życie. Zresztą co miałabym im powiedzieć? Wystarczy już kłamstw... Mam tylko nadzieję, że nic im nie jest. - Pustym wzrokiem patrzyła w przestrzeń. - A Nick... - Głos jej zadrżał, schowała twarz w dłoniach. Czuła, że nigdy nie nauczy się mówić o nim spokojnie.

Nie radziła sobie z jego śmiercią. Nie potrafiła, nie pamiętała już życia bez niego. Jak miała dalej istnieć w tym ­świecie, skoro jego już nie ma? Pozostawił po sobie tylko pustkę. Obiecał jej, że jej nie zostawi. Jak mógł nie dotrzymać słowa? Jak śmiał umrzeć i porzucić ją na pastwę dalszego życia? Dlaczego znów ją to spotkało...

- Tylko Alex wciąż jest przy mnie. Zarzucił pracę, żeby się mną opiekować. - Jej głos złagodniał. Czuła wdzięczność, mimo że nie potrafiła tego okazać. - Nie wiem, co bym bez niego zrobiła...

?

Nienawidziła szpitali. Czuła się jak w pułapce, nie wiedziała, jak ma wracać do zdrowia w miejscu, które przyprawiało ją o ciarki. Jej stan się nie poprawiał, a psychicznie była wyczerpana. Miała wrażenie, że jest coraz gorzej, że jest coraz słabsza.

Rozbudziła się, gdy usłyszała kroki przy łóżku.

- Chodź, pomogę ci. - Alex pochylił się nad nią i pomógł się unieść do pozycji siedzącej.

Przy łóżku stał wózek inwalidzki, a na oparciu zawieszony był jej plecak.

- O co chodzi? - spytała słabym, zaspanym głosem.

- Zabieram cię stąd. - Przeniósł ją na wózek. - Pojedziemy do twojego mieszkania w centrum. Tamte tereny są jak ogródek Agencji, jest bezpieczne. Zresztą będę cały czas przy tobie - zapewnił ją z ciepłym uśmiechem. - Rozmawiałem z lekarzami, twój stan jest stabilny. Nie mają przeciwwskazań, żebym zabrał cię z tej cholernej sali. Widzę, jak tu cierpisz. - Ukląkł przy niej i założył jej rude pasemko za ucho. - Tam poczujesz się swobodniej. Wypoczniesz, a ja zadbam o twoją rehabilitację.

- Co z twoją pracą? - Powstrzymała go, nim wstał.

- Teraz to nieważne. Wrócimy na front razem, kiedy już poczujesz się lepiej. - W szarych oczach dostrzegła tęsknotę. - Musiałem cię niemal stracić, żebym zrozumiał, co jest w życiu naprawdę ważne. Nigdy więcej nie popełnię tego błędu.

Nie spodziewała się, że kiedykolwiek usłyszy od niego takie słowa. Kiedyś oddałaby wszystko, by powiedział jej to prosto w oczy, ale teraz... Nie była sobą.

Przespała niemal całą drogę. Uchyliła powieki, gdy usłyszała trzaśnięcie samochodowych drzwi. Byli na miejscu. Opierała skroń o szybę i wsłuchiwała się w rytm wybijany przez ciężkie krople deszczu. Alex zarzucił na ramię plecak i otworzył drzwi od strony pasażera. Naciągnął jej na głowę kaptur i wziął ją na ręce. Wtulona w niego, liczyła w myślach kolejne stopnie. Alex otworzył dobrze znane jej drzwi. Nie pamiętała, kiedy po raz ostatni była w tym mieszkaniu.

Delikatnie położył ją na łóżku i uśmiechnął się ciepło. Wyprostował się i gestem dał do zrozumienia, że zaraz wróci. Nie mogła uwierzyć własnym oczom, kiedy stanął w drzwiach z czarnym kocurem w garści.

- Pomyślałem, że się ucieszysz. - Podszedł i położył zwierzę na pościeli. Kot natychmiast poznał swoją właścicielkę i już po chwili zaczął lizać ją po dłoniach.

- Dziękuję - wyszeptała i zaczęła drapać wdzięcznego kocura za uchem. - Zajmowałeś się nim cały ten czas?

- Nie było łatwo, jednak skoro obu nam na tobie zależy, ogłosiliśmy tymczasowe zawieszenie broni. - Wyciągnął z kieszeni mały słoiczek i podał jej pigułkę. - Pora na leki. Zdrzemnij się, a ja zrobię nam coś do jedzenia.

Mijały dni, a po początkowej euforii, związanej z powrotem do mieszkania, Gia znów pogrążyła się w letargu. Była zbyt zmęczona, by oglądać wiadomości, czytać czy nawet rozmawiać. Czekała, aż w końcu ogłupiający stan minie, aż znów będzie sobą. Czekała i w końcu zapomniała, na co czeka.

Którejś nocy obudziła się nagle. Zlana zimnym potem, jakby walczyła wiele godzin. Nie pamiętała snu, tylko ten szept w głowie, zupełnie jakby na jawie dalej go słyszała.

Zebrała siły. Usiadła na łóżku, a gdy dotknęła nogami ziemi, aż zakręciło jej się w głowie. Tylko przemyje twarz wodą, łazienka jest dwa kroki stąd, da sobie radę. Powłóczyła stopami po zimnej podłodze, cała się trzęsła od podjętego wysiłku. Nie pamiętała, że powrót do zdrowia po śpiączce to tak cholernie duże wyzwanie. Gdy po ostatniej misji Projektu Zero trafiła do szpitala w takim samym stanie, szybciej udało jej się stanąć na nogi. A teraz te same nogi chciały poddać się w drodze do toalety.

Chwyciła się framugi. Małe zwycięstwo, wielkie wyzwanie. Zwilżyła kranówką twarz i poczuła ulgę. Kilka głębokich wdechów i wyrusza w drogę powrotną. Do łóżka, gdzie spał Alex. Tylko chwilę odpocznie. Oparta o umywalkę, spojrzała na swoją twarz w lustrze. Usłyszała szept. Znowu to samo. Zamrugała kilka razy. Skąd dochodzą te dźwięki? Dlaczego atakują ją, kiedy jest sama, bezbronna?

- Zostaw mnie - błagała. Zasłoniła uszy, ale szepty nie ustawały.

Przed oczami zobaczyła twarz, już ją kiedyś widziała. Nie miała pojęcia, kiedy w strachu stłukła lustro. Szkło rozsypało się na podłogę, a ona nie utrzymała się na nogach.

Wyrwany ze snu Alex wbiegł do łazienki. Leżała na ziemi skulona w kłębek. Zapłakana, drżąca i przerażona.

Za oknem zaczęło już świtać, nim udało mu się ją uspokoić. Siedzieli na posadzce, pośród stłuczonego szkła. Gia schowała twarz w jego koszuli, nie chciała, by patrzył na nią w tym stanie.

- Alex, co się ze mną dzieje?

- Miałaś ciężki wypadek. - Pogładził ją po ognistych włosach. - To minie, bądź dobrej myśli.

- Tu nie chodzi o moje ciało. - Podniosła na niego zapłakane oczy. - Ja tracę zmysły. Nie potrafię zaufać swoim myślom. Ciało ma prawo szwankować, ale dlaczego w głowie mi się poprzewracało? Boje się... Nie jestem sobą.

- Skup się na powrocie do zdrowia.

- Na niczym już się nie potrafię skupić. Nie wiem, co się dzieje w mojej głowie. Myśli mam mętne, niekompletne, czuje pustkę, nie umiem racjonalnie myśleć. - Bezsilnie patrzyła na swoje odbicie w szczątkach lustra. - Czuję, że coś jest nie tak. Nie mogę tego znieść.

Przeniósł ją do łóżka i opatrzył drobne rozcięcia na kolanach i dłoniach. Wiedziała, że będzie przy niej czuwał, nie zostawi jej samej.

- Masz, weź to. Będziesz po tym lepiej spała. - Podał jej pigułkę, a ona się skrzywiła. - To tylko ziołowe środki uspokajające i melatonina.

Poczuła zapach waleriany, już samo to sprawiło, że oczy zaczęły się kleić. Połknęła tabletkę. Chciała zasnąć, choćby i na zawsze.

Cierpiała na depresję po śmierci Nicka, przez ostatnie dni płakała tak długo, że aż zabrakło jej łez. Wspominała wspólne chwile, dzień, w którym go zwerbowała, ich ­treningi, czas spędzony w szkole, podczas misji i ten zupełnie niezobowiązujący, gdy grali w szachy czy rozmawiali do bladego świtu. Nie potrafiła poradzić sobie z tym, że już go nie zobaczy. Spojrzała na Alexa. On również stracił ucznia, ale miał więcej czasu, by się z tym pogodzić, podczas gdy ona była w śpiączce. Zimny i profesjonalny nawet w tak trudnych sytuacjach. W równym stopniu godne podziwu, co przerażające.

?

Alex oparł się o balustradę na tarasie. Widok z okna nie przypomniał tego, który zapamiętał. Wokół budynku rozciągał się płot obwieszony drutem kolczastym. Daleko na horyzoncie kłębiła się czarna chmura, unosząca się znad płonącej od kilku dni kopalni węgla. Podziemny ogień był nie do opanowania, zbyt wielu ludzi już zginęło, próbując zdusić pożar. Powietrze śmierdziało pyłem, a nad miastem unosiła się duszna mgła. Każdy deszcz ciągnął na ziemię drobiny popiołu, pokrywając miasto mokrym brudem. Budynek po drugiej stronie ulicy, na którym wisiał stary neon, był niemal zupełnie zawalony. Stare budownictwo nie wytrzymało niedawnego trzęsienia ziemi. Alex dziękował w duchu, że Gia nie widziała swojej szkoły. Długi czas tamten teren był całkowicie przejęty przez działaczy Nowej Ery. Tyle krwi, ile przelano w szkolnych murach, nie widział przez całe swoje życie. Nic już nie było takie, jak pamiętał.

Chwilę kręcił w dłoni nadłamanym papierosem. Nie znosił palenia i pewnie nigdy by po to nie sięgnął, gdyby nie znalazł otwartej paczki na komodzie w salonie. Musiała należeć do Nicka, kiedyś często bywał u Rudej.

Podpalił tytoń i wyciągnął z kieszeni telefon.

- Wszystko idzie zgodnie z planem - zdał raport.

- Świetnie. Wiedziałam, że mnie nie zawiedziesz. - W słuchawce zabrzmiał władczy głos szefowej Agencji. Jej pochwały zawsze brzmiały jak sarkazm. - Przejdź do drugiej fazy i zwiększ dawkę, nie możemy ryzykować.

Zaciągnął się, nim odpowiedział.

- Odmawiam.

- Coś ty powiedział? - zagrzmiała Miranda.

- Ona tego nie zniesie - odparł, w pełni o tym przekonany. - Jest zbyt słaba, by cokolwiek podejrzewać. Uwolnij ją. - Gdy nie otrzymał żadnej odpowiedzi, ciągnął dalej: - Pozwól mi przenieść się z nią do innej Agencji, przestańmy podawać leki i niech zacznie życie od nowa. Skupi się na pracy, jak dawniej. Będzie z niej więcej pożytku, a ona sama będzie... szczęśliwsza.

- Nie ma mowy, jest zbyt wścibska.

- Ze zdrowej, cholernie inteligentnej dziewczyny zrobiliśmy wrak człowieka. - Próbował trzymać nerwy na wodzy. - Jak długo chcesz to jeszcze ciągnąć?

- Tyle, ile będzie trzeba. Jeżeli nie będziesz robił tego, co do ciebie należy, odsunę cię od tej sprawy, a ją wprowadzę w stan śpiączki farmakologicznej do końca życia. Powinna mi być wdzięczna, że pozwoliłam jej żyć. To moje ostatnie słowo. - Platynowa dama rzuciła słuchawką.

Nienawidził Mirandy jako człowieka. Tym trudniej było mu słuchać rozkazów, skoro był jej bezpośrednim podwładnym. Ale jedno musiał szefowej przyznać, sprawowanie rządów nad Agencją opanowała do perfekcji. Tylko dzięki niej i jej bezlitosnym decyzjom wciąż było jeszcze o co walczyć. Trudne czasy wymagały niezwykłych środków i poświęceń, a ona nie wahała się ani chwili, by zrobić wszystko, co słuszne dla dobra ogółu. Nie mogli się wycofać, świat potrzebował teraz Agencji jak nigdy dotąd.

Nie wrócił do mieszkania, dopóki nie wypalił papierosa do końca. Miranda miała rację, powinien być wdzięczny, że Agencja pozwoliła Gii żyć.

?

Nie wiedziała, skąd u niej tak ogromna potrzeba snu. Spała przecież dziesięć miesięcy, a i tak się nie wyspała. Była nieobecna wzrokiem i duchem, całkowicie uzależniona od Alexa. Skończyły się powtarzalne ataki paniki i niepokoju, w zamian za to była prawie nieprzytomna. Wciąż spała, ale sen był jałowy, nie przynosił ukojenia w zmęczeniu. Podkrążone oczy, blada cera i ciągłe oszołomienie. Nafaszerowana farmakologią, niemal przestała mówić. Niczym już nie przypominała tej pełnej życia, młodej kobiety, którą kiedyś była.

Siedziała na wózku inwalidzkim wpatrzona w ścianę. Tak teraz wyglądała jej codzienność. Pusty wzrok przeniosła na niski stolik i szklankę z wodą. Powolnym ruchem po nią sięg­nęła. Próbowała skupić całą siłę woli, żeby zacisnąć dłoń wokół szkła i samodzielnie się napić. Naczynie jednak wyśliz­giwało się, rozchlapując wodę. Poczuła ciepłą dłoń na swojej ręce, która pomogła jej unieść szklankę do ust. Piła niepewnie, próbując nie zadławić się każdym kolejnym łykiem. Alex starł krople wody z kącików jej ust.

- Czy ja... - zaczęła tak cicho, że ledwo ją rozumiał. - Nie powinnam zacząć w końcu... czuć się trochę lepiej? - Mówiła bardzo wolno i niewyraźnie.

Odstawił szklankę na stolik. Nie potrafił spojrzeć jej w oczy.

- Przecież jest lepiej niż w zeszłym tygodniu - odpowiedział, siląc się na choćby cień uśmiechu.

- Tak? Może. Nie pamiętam... - Przymrużyła oczy i znów wbiła wzrok w przestrzeń.

- Mam coś dla ciebie - zaczął i sięgnął do kieszeni. Pochylił się ku niej, a po chwili poczuła chłodny łańcuszek wokół szyi. Srebrny wisiorek z jaspisowym oczkiem wrócił do właścicielki. Alex z nadzieją czekał na jej uśmiech. - Poznajesz go?

Spojrzała na naszyjnik. Srebrna ozdoba nie wzbudziła w niej żadnych myśli, żadnych uczuć, zero wspomnień.

Alex patrzył na nią, bezsilny, gdy bez słowa przeniosła wzrok z powrotem na ścianę. To był ostateczny test jej pamięci. Agencja dopięła swego - już nigdy nie stawi im oporu. Myślami już jej przy nim nie było.

- Nie musisz się bać. Naszyjnik nie ma już wmontowanego chipu blokującego Talent. - Mówił bardziej do siebie niż do niej. W tym stanie i tak nie będzie tego pamiętała. - Agencja uznała to za zbyt niepewny i niebezpieczny sposób. Nie mogą pozwolić, żebyś kiedykolwiek jeszcze użyła swojego prawdziwego Talentu. - Smętnie spojrzał na bandaż wystający spod koszulki. - Dlatego dla pewności wszczepili ci go w serce.

Zegarek na jego nadgarstku zapikał. Zacisnął pięść i wyciągnął z kieszeni słoiczek z pigułkami.

- Czas na leki.

Rozchylił jej usta, a ona machinalnie je zamknęła, kiedy poczuła na języku małą pastylkę.

Klęczał przy niej, zdruzgotany tym, do czego doprowadziło ich życie w Agencji. Nienawidził świata za to, że to musiała być akurat ona. Tęsknił za jej uśmiechem, który pojawiał się, gdy obserwowali postępy adeptów. Tęsknił za wyzywającym spojrzeniem po dobrze wykonanej misji i czułym głosem, gdy byli tylko we dwoje. Tęsknił za nią. Ścigał ją ze wszystkich sił w nadziei, że ucieknie przed Agencją, przed nim. Jak najdalej od tego chorego miejsca, jakim był ich dom.

- Przepraszam cię za wszystko - wyznał w nieobecne, błękitne oczy. - Ale tylko w ten sposób świat ma jakiekolwiek szanse.

Chwilę szczerości przerwał dźwięk dzwonka telefonu. Alex otrząsnął się i pospiesznie odebrał. Rozkojarzony, wyszedł z pokoju, by dokończyć rozmowę.

Siedziała na wózku, wpatrzona w ścianę przed sobą. Znudzony czarny kocur zaczął łasić się do jej nóg. Gia kaszlnęła, a z ust wypadła nieprzełknięta pigułka. Zwierzę obróciło łepek, gdy potoczyła się po podłodze. Zaatakowało małą uciekinierkę, a ta wpadła pod kanapę.

Ruda spała, kiedy Alex wrócił, i nawet się nie obudziła, gdy przenosił ją na łóżko. Blondyn wiedział, że po kolejnej dawce nie ocknie się przez wiele godzin. Pod wieczór zegarek zapikał ponownie. Monotonny, znienawidzony rytuał. Alex usiadł na łóżku i delikatnie próbował ją obudzić. Gia mruknęła cicho, ale nie otworzyła oczu. Próbował jeszcze kilka razy, ale była zbyt zmęczona, by przyjąć środek.

Odetchnął, zrezygnowany, i odłożył pastylkę na szafkę nocną. Niech śpi, nic się nie stanie, jak raz pominie dawkę.

?

Przez ciężkie i zadymione powietrze przebijało się poranne słońce. Na ulicach było słychać syreny karetek i radiowozów. Gdzieś na drugim końcu miasta znów doszło do strzelaniny.

Gia zasłoniła oczy przed rażącym światłem poranka. Pomyślała, że oddałaby wszystko za kubek gorącej kawy.

Otóż to. Pomyślała.

Zamrugała, rozkojarzona. Zupełnie jakby wybudziła się z letargu. W głowie się jej rozjaśniło, oddychało się łatwiej, a obojętne spojrzenie nabrało ostrości. Znów rozumiała swoje myśli. Mętne, ale w końcu racjonalne. O własnych siłach zdołała usiąść na łóżku. Nie udało jej się to od... no właśnie. Nie wiedziała nawet, ile czasu minęło, odkąd straciła kontrolę nad swoim życiem.

Na nocnym stoliku czekała na nią mała pigułka. Mętlik w głowie zaczął układać się w logiczną całość. Odkryta prawda bolała bardziej niż gojąca się rana na wysokości serca. Została zdradzona i oszukana.

Zacisnęła na pościeli osłabione pięści.

Alex nacisnął klamkę drzwi sypialni i po cichu wszedł do pokoju. Gia leżała odwrócona w stronę okna. Słyszała, jak podchodzi do jej łóżka i ostrożnie gładzi ją po ramieniu. Jego dotyk wzbudzał w niej obrzydzenie. Nie patrzyła mu w oczy, gdy brała do ust kolejną dawkę narkotyku. Nie potrafiłaby ukryć nienawiści, która w nią wstąpiła.

Pozwoli traktować się jak szmacianą lalkę, póki nie odzyska sił.

Gdy wyszedł, patrzyła bystrym wzrokiem na zamykające się za nim drzwi. Wyciągnęła z ust pastylkę i z pogardą w oczach ukryła ją w poszewce poduszki.

Wiele dni w tajemnicy ukrywała kolejne dawki leku, a siły powoli wracały do tygodniami odurzanego organizmu. Czekała na swoją szansę. Była cierpliwa. Zmarnowała u boku Alexa już tyle lat życia, że następne godziny nie robiły różnicy.

Jak na ironię z pomocą przyszła jej Agencja.

- Gia, muszę na chwilę pojechać do centrali - powiedział, zakładając kurtkę. Wiedział, że go nie słyszy, ale próbował zachować choćby resztki normalności. Zajrzał do sypialni. Nie chciał zostawiać jej samej, ale kończyły się zapasy podawanego leku. Da radę wrócić, nim dziewczyna się obudzi.

Zbiegł na dół i otworzył drzwi do samochodu. Ruda stała i obserwowała go przez okno, kiedy odjeżdżał w stronę Agencji. Przeciągnęła się i rozmasowała obolałe dłonie. Trzeźwym okiem spojrzała na skrywane pod bandażami grube blizny wokół nadgarstków. Nie pamiętała, skąd się wzięły ani w jakich okolicznościach mogły powstać. Rany były od dawna zagojone, opatrunki miały zapewne sprawić, by nie zwracała na nie zbytniej uwagi i nie zadawała niewygodnych pytań, ale jednego była pewna - nie powstały podczas wypadku samochodowego.

Sprężystym i pewnym krokiem przeszła do kuchni. To jej dom i jej kąty, zna je lepiej niż ktokolwiek inny. Spod blatu wyciągnęła pistolet, przetarła zakurzoną lufę. Na stole w salonie znalazła laptopa, Alex ostatnio pracował tylko zdalnie. Rozsiadła się na kanapie i uruchomiła sprzęt.

- Nie zmieniłeś hasła. - Uśmiechnęła się kpiąco. - Stałeś się nieostrożny.

Szukała informacji, czegokolwiek, co nakierowałoby ją na ślad tego, co działo się z nią przez ostatnie dziesięć miesięcy. Tak jak przypuszczała, nie znalazła absolutnie nic, a to najlepszy dowód, że coś jest nie w porządku. Prawda musi być w miejscu, do którego ona nie ma dostępu. Zmieniła strategię poszukiwań. Jeden dzień z jej życia zaczął ten cały koszmar. Dzień wypadku. Co takiego się wtedy wydarzyło? Dlaczego nawet na to nie może znaleźć nigdzie odpowiedzi?

Wzrok zaczął jej się zamazywać, nie potrafiła się skupić na ekranie. Myśli o tamtym dniu rozrywały jej głowę. Złapała się za pulsujące skronie, z trudem łapała oddech. Nie mogła znieść tej dziury, która wwiercała jej się w mózg. Coś było nie tak, coś nienaturalnego. Czuła się zupełnie tak, jakby...

...ktoś usunął jej pamięć.

Spadło to na nią jak grom z jasnego nieba. Przecież to było oczywiste! Jej pamięć, jej wspomnienia, jej własne myśli... zostały jej odebrane. Jak mogła dać się zwodzić tak długo? Jak mogła być aż tak naiwna i wierzyć w każde jego słowo?

?

Alex wrócił do mieszkania po niecałej godzinie. Przy wejściu strząsnął mokrą kurtkę i rozmasował zmarznięte dłonie. Znudzony, zajrzał do sypialni i zamarł chwilę w bezruchu. Z niedowierzaniem przekopał pościel pustego łóżka. Sprawdził łazienkę i kuchnię, i salon. Wpadł w panikę. Gia zniknęła.

Natychmiast wybrał numer. Odebrała centrala Agencji.

- Nie ma jej. - Roztrzęsiony, miotał się po pokoju. - Nie wiem, gdzie jest! Ale ją znajdę. Jest tak naćpana, że nie mogła daleko uciec. Przyślij ludzi - rozkazał i się rozłączył.

Przetarł twarz dłońmi. Nie powinien zostawiać jej samej ani na sekundę. Ruszył do wyjścia. Zatrzymał się w przedpokoju i nie mógł uwierzyć własnym oczom.

Stała przed nim, dumna i całkowicie przytomna. Z zupełnie trzeźwym, lodowatym spojrzeniem. Dłonie miała zaciśnięte na pistolecie wycelowanym prosto w niego.

- Miranda nie będzie zadowolona. - Spojrzała na telefon, który ciągle trzymał w ręce. - Zadzwoń i powiedz im, że mnie znalazłeś. Odwołaj poszukiwania.

Bez gwałtownych ruchów, nie odrywając od niej wzroku, przyłożył telefon do ucha.

- Fałszywy alarm, znalazłem ją. Zemdlała w łazience. Znowu - kłamał jak z nut.

Rozłączył się.

- Odłóż broń - podjął tonem jak do obłąkanej. - To nie musi się tak skończyć.

Ręce lekko jej zadrżały. Czekała na tę chwilę, na ten moment zemsty za wszystkie krzywdy, których doświadczyła. Za to, jak potraktowała ją Agencja, za to, że Alex próbował ją zniszczyć. Podeszła do niego powoli. Opuściła pistolet wzdłuż ciała i spuściła wzrok.

Z całej siły uderzyła go spluwą w twarz. Upadł na posadzkę z twarzą zalaną krwią z nosa. Spojrzał we wściekle błękitne oczy.

- Oddawaj mi moje wspomnienia! - wycedziła z nienawiś­cią i wycelowała w niego.

Zaskoczony, zmarszczył brwi. W którym momencie się domyśliła? Wykradzione przez Huberta, Utalentowanego autystę na usługach Agencji, wspomnienia nie powinny pozostawić po sobie absolutnie żadnych przebłysków.

- Wiesz, że to niemożliwe. - Starł krew z wargi.

Przeładowała.

- Więc opowiesz mi to, co przede mną ukrywacie. - Czekała cierpliwie.

- Miałaś wypadek, potem byłaś...

- Nie doprowadzaj mnie od furii - przerwała mu i położyła palec na spuście. - Na twoim miejscu bym nie ­ryzykowała, aktualnie uchodzę za niepoczytalną. Nie mam już nic do stracenia. Zabiję ciebie, a potem siebie, i nikogo to nie zdziwi. - W oczach pojawiła się iskra szaleństwa. - Opowiedz mi moją historię. Przecież jesteśmy partnerami, prawda?

Spuścił wzrok. Każde jego słowo pogrąży ich oboje.

- Nie było żadnego wypadku - zaczął. - Przez te dziesięć miesięcy nie było cię w Agencji.

- Więc gdzie byłam?

- Nie wiem.

- Kłamiesz!

- Przysięgam!

Nie potrafiła zaufać już niczemu, co widziała w szarych oczach.

- I już się tego nie dowiemy - kontynuował, obojętny na to, co się z nim stanie. - Gdy wróciłaś, Miranda rozkazała wymazać ci pamięć i ją zniszczyła. Nigdy jej nie odzyskasz. Potrzebowaliśmy usprawiedliwienia dla dziury, która powstała w twojej świadomości, więc uznano, że śpiączka to najlepsze wyjście. Miałem podawać ci środek odurzający imitujący stan organizmu po kilkumiesięcznej śpiączce i utrzymywać cię w letargu do czasu, aż Miranda zdecyduje, co z tobą zrobić.

Serce zabiło jej szybciej. Tyle kłamstw, tyle zachodu tylko po to, żeby nie dowiedziała się prawdy? Jak miała uzyskać jakiekolwiek odpowiedzi, skoro nie było na świecie już nikogo, komu mogła ufać? Na straży czego stał Alex, że był gotów zatracić swoje człowieczeństwo?

- Jak mogłeś mi to zrobić...? - Jej zachrypły głos zabrzmiał łagodniej, niż chciała.

- To było jedyne wyjście! - wykrzyczał wściekle. - Inaczej spędziłabyś resztę życia w zamknięciu, nie mogłem zrobić nic więcej!

Pokręciła głową. Żałosne, że jeszcze próbował się usprawiedliwiać.

- Pozwól sobie zapomnieć. Odpuść, a wszystko będzie tak jak dawniej. - Złagodniał i wypowiedział najbardziej znienawidzone przez nią słowa: - Z Agencją nie wygrasz.

Od początku wiedział, że ta chwila kiedyś nadejdzie, że kiedyś staną przeciwko sobie. Od dnia, gdy dostał rozkaz od swojego ojca, by hodować ją dla Agencji. Tego samego, w którym ją poznał jako szesnastoletni chłopak. Najlepszy, a zarazem najgorszy dzień ich życia.

Ruda wycelowała. Zobaczył nieprzeniknioną pustkę w jej oczach, tę samą, którą od lat widywał w lustrze.

- Nasze życie i tak jest popaprane, więc dobrze. - ­Powoli wstał z podłogi i rozłożył ręce. - Zabij nas, wolę zginąć z twojej ręki niż dalej w tym tkwić. Niech to się wreszcie skończy!

W ułamku sekundy znalazł się przy niej i wybił jej broń z ręki. Okręcił ją przed sobą i złapał z tyłu tak, że ręce miała skrzyżowane na klatce piersiowej. Zaczęła się miotać, ale była wciąż zbyt słaba, a jej reakcje za wolne, by dała radę przeciwstawić mu się w otwartej walce.

Nie zniesie tego, nie wróci do klatki, w której ją trzymał. Nie... Nie. Nie!

Wkoło niej zaczęły skakać błękitne iskry. Alex zacisnął mocniej chwyt, jej dłonie ciasno przylegały do bolącej blizny na klatce piersiowej.

- Zabijesz się, jeśli użyjesz teraz Talentu - szepnął jej do ucha.

Na dźwięk tych słów przestała się szarpać. Usta jej zadrżały. Przymknęła powieki, spod których wypłynęła łza.

- Nie. Zabiję nas oboje.

Potężny ładunek elektryczny przeszył ich ciała. Uścisk zelżał, a jej własna broń zmiotła ją z nóg. Czuła palący ból na poparzonych dłoniach i paskudny prąd ślizgający się po skórze. Półprzytomny wzrok wbiła w leżącego obok Alexa.

Słyszała powolne bicie swojego serca. Z każdym uderzeniem uczucie prądu w ciele malało. Jej powieki stawały się coraz cięższe, walczyła o każdy oddech. Srebrny wisiorek z błękitnym oczkiem delikatnie migotał z każdym ruchem klatki piersiowej. Wzięła głębszy wdech, gdy elektryczność rozpłynęła się zupełnie. Poczuła niezrozumiałą ulgę, jakby uwolniła się z więzów.

Nie wiedziała, ile czasu minęło. W głowie rozbrzmiał cichy szept, przebijający się gdzieś z bardzo, bardzo daleka. Zamknęła oczy, by się w niego wsłuchać. Rozpoznała pojedyncze słowa, głos nakazywał jej walczyć.

Pokój wypełniły skrzący dźwięk i bladobłękitne światło. Delikatne iskry tańczyły tuż przy niej, powoli przekształcając się w energetyczny krąg.

- Przetarcie...

Jak zahipnotyzowana uniosła się na poparzonych dłoniach i resztkami sił zanurzyła się w ciepłe światło.

Zniknęła, a wraz z nią portal.

?

Ktoś niósł ją na rękach. Z każdym powolnym mrugnięciem przed oczami pojawiał się inny obraz. Duży pokój. ­Promienie słońca wpadające przez balkonowe okno. Ludzie, których nie znała. Intensywny zapach farb. Skrzywiła się, gdy poczuła ostrą, ziołową woń maści, którą nakładano jej na bliznę przy sercu.

Światło nad twarzą przysłoniła jej pochylona nad nią postać. Gia była nieufna, zaczęła się szarpać.

- Nie bój się, jestem przyjacielem - oznajmił ktoś kojącym głosem.

Złagodniała. To jego szept od tak dawna słyszała w głowie.

Przymrużyła powieki. Zobaczyła ciepłe, bursztynowe oczy. Już go kiedyś widziała, znała tę twarz. Zupełnie obca, a zarazem tak znajoma. Znała go ze snów, a może to wcale nie były sny?

- Blase - wymamrotała, roztrzęsiona.

- Pomogę ci odzyskać to, co ci odebrano. Twoje wspomnienia. - Pogładził ją po dłoni. - A teraz zaśnij. Śpij i śnij, a ja pokażę ci, co działo się przez ostatnie miesiące.

Miranda obserwowała sytuację na monitorach, wydając rozkazy z centrali Agencji. Uśmiechnęła się zjadliwie, miała ich w garści. Nieważne były straty, nieważne były zniszczenia. W końcu ich dorwała. Ostatnią przeszkodę do celu.

Gia zahamowała na środku ulicy. Wszystkie drogi były obstawione, nie mieli dokąd uciekać. Byli w potrzasku, zamknięci w labiryncie bez wyjścia. Oni przeciw całemu światu. Spojrzała Nickowi w oczy. Zrozumieli, że tym razem nie przeżyją.

Ruda zmusiła wóz do ostatniego zrywu, z pełną prędkością ruszyła na czekającą na nich barykadę.

- Zatrzymać ich za wszelką cenę! - krzyknęła Miranda.

Każda broń wykonała rozkaz. W stronę hummera posypał się grad strzałów. Żadna ze stron nie ustąpi, wszyscy byli gotowi pomścić śmierć Hollowaya. Gia zacisnęła dłonie na kierownicy, nie zatrzyma się, nie zwolni, nie wycofa. Pozostawi po sobie ślad, choćby miał to być najbardziej krwawy ślad w dziejach Agencji.

- Gia, co robisz...? - Nick patrzył na nią przerażony.

Apatia. Strach. Żal. Kłamstwa. Ból. Gniew. Potęga. Nienawiść... Nadzieja.

- Kończę tę grę.

Rozpędzony wóz przestał istnieć.

Wszyscy zasłonili oczy przed rażąco jasnym, błękitnym światłem. Zakłócenia zniekształciły obraz na monitorach w centrali. Widok zaczął śnieżyć i na chwilę zniknął.

- Co się dzieje? - Na pytanie Mirandy nie potrafił odpowiedzieć żaden ze specjalistów. - Pokażcie mi obraz z kamer helikoptera. - Wściekła, pochyliła się nad konsolą i mikrofonem. - Co tam się, do cholery, dzieje? Alex, widzisz ich?

Zakłócenia ustały, a mocne światło rozproszyło się w mroku nocy.

Maszyna bojowa zawisła nad miejscem zdarzenia. Alex szarpnął za przesuwane drzwi, musiał zobaczyć to na włas­ne oczy. Wychylił się i z niedowierzaniem objął wzrokiem zdezorientowane oddziały. Najlepsi z najlepszych, wszyscy przechytrzeni.

Wozy prowadzące pościg z trudem wyhamowały przed barykadą. Zaskoczeni Agenci opuścili broń i rozglądali się wkoło.

- Zniknęli. - Głos Alexa rozbrzmiał w głośnikach centrali.

- Co to znaczy "zniknęli"?!

- Gia otworzyła portal i uciekli - odpowiedział z poczuciem pewnej satysfakcji.

- Nie gadaj bzdur! Nigdy jeszcze nie zarejestrowano tak wielkiej wyrwy w Sieci!

- Jej to powiedz. - Alex nie mógł się powstrzymać od nik­łego uśmiechu.

?

"Aua" to pierwsze słowo, które przyszło Rudej do głowy, nim jeszcze otworzyła oczy. Zakaszlała kilka razy i wypięła się z duszących ją pasów. W poprzek klatki piersiowej już tworzył się krwistoczerwony ślad. Uniosła się za kierownicą i starła krew z nosa.

- Nick... - wydusiła z siebie. - Żyjesz?

Mruknął, niezadowolony, coś, co mogło być zarówno potwierdzeniem, jak i zaprzeczeniem.

- Ta... - wydobył z siebie zdanie wielokrotnie złożone. Z trudem otworzył powieki. - Ale już nigdy więcej nie pozwolę ci prowadzić.

Rwało go w plecach, krew sączyła się z draśnięcia na udzie, bolało całe przedramię i na pewno stłukł kilka żeber, ale to była pestka w porównaniu z tym, czego się spodziewał. Żyli.

Czego nie można było powiedzieć o zdezelowanym wozie.

Ze zgniecionej maski wydobywał się ciężki, gorący dym. Cała oś wozu była wykrzywiona, a przez dziury po kulkach prześwitywało słońce. Samochód był wbity w na wpół powalone drzewo, które od siły uderzenia zostało niemal wyrwane z korzeniami.

- Całe oddziały Agencji nas nie powstrzymały... ale brzoza już tak. - Nick zebrał się w sobie i kopnął w wygięte drzwi.

Żelastwo bez oporu zerwało się z zawiasów i spadło na ziemię, a Nick zaraz za nim.

- Aua... - odparł na swoją głupotę sentencją dzisiejszego dnia.

Wygrzebali się z wozu i zebrali z ziemi. Stanęli przed zniszczonym autem pośrodku dzikiej głuszy. Nick ocenił szkody fachowym okiem i przeniósł wzrok na Rudą.

- W bagażniku są jakieś narzędzia - odpowiedziała na jego pytające spojrzenie.

Skrzywił się i bez wielkich nadziei zaczął grzebać w tym, co po bagażniku pozostało.

Gia roztarła obolały obojczyk. To było skrajnie niebezpieczne, skok w nieznane. Postawiła wszystko na jedną kartę, a jednak się udało. Jej portal przeniósł ich aż tu, gdziekolwiek to "tu" się znajdowało.

Przyjrzała się drzewu, które o mało ich nie zabiło. Ze zdziwieniem stwierdziła, że to jednak nie brzoza. Trzepoczące liście były znacznie większe, a sposób rozrastania się konarów zupełnie niecharakterystyczny.

Gia cofnęła się, gdy usłyszała szelest. Spojrzała w głąb lasu. Cichy wiatr prześlizgiwał się po koronach drzew, a do jej uszu zaczęły dochodzić dziwne dźwięki.

- Słyszysz to? - zaniepokoiła się.

Nick właśnie znalazł pękniętą skrzynię z narzędziami. Nastawił uszu.

- Co takiego? - spytał, gdy nie usłyszał niczego podejrzanego.

- Ten dziwny szum. - Obracała się we wszystkie strony. - Jakby... szept.

Ze spokojem odstawił skrzynkę i podszedł do Rudej. Stanął bardzo blisko, tuż przy niej. Odgarnął rude kosmyki i delikatnie uniósł jej twarz. Zmusił ją, by na niego popatrzyła.

- Co robisz? - spytała niepewnie.

- Uderzyłaś w kierownicę przy zderzeniu. - Uśmiechnął się i wskazał wzrokiem na siniec, który miała przy lewej skroni. - Pewnie jeszcze szumi ci w głowie.

Uniosła brew.

- Dziękuję, że nas uratowałaś. - Zupełnie zmienił ton. - W pewnej chwili już myślałem, że... - Zrobił nieznośnie długą pauzę. - Ani chwili w ciebie nie wątpiłem.

Wzięła głęboki wdech i skarciła się w myślach za głupie wyobrażenia.

Nie miała pojęcia, na jaką odległość udało jej się ich przenieść, ale wiedziała jedno - byli daleko od domu. Na szczęście.

Nick przez dłuższy czas robił, co w jego mocy, by ­samochód nadawał się do czegokolwiek, a klął przy tym jak fachowy mechanik. Podjęli kolejną próbę wskrzeszenia wozu.

- Spróbuj go teraz odpalić.

Gia przekręciła kluczyk w stacyjce. Silnik zawył jak stary traktor, a z chłodnicy buchnęła para. Głośny trzask obwieścił, że to właśnie tutaj maszyna zakończy swój żywot.

- Poddaję się. - Nick wytarł pokryte smarem ręce w spod­nie. - Z tymi narzędziami nie zrobię nic więcej. Poza tym las jest tak gęsty, że i tak trudno byłoby przejechać.

Przeszukali samochód. Spakowali wszystko, co mogłoby się im przydać, ale nie było tego wiele. Nick schował do kieszeni swoje podrapane okulary słoneczne; skoro z założenia przynosiły szczęście, to nie chciał wiedzieć, co by ich spotkało, gdyby ich nie miał. Spojrzał na pęknięty ekran swojego telefonu i warknął wściekle. Oczywiście brak zasięgu. Miłościwie nam panujący operator telefonii komórkowej znów się popisał.

- Mamy większe zmartwienie niż to. - Gia wyrzuciła swoją zniszczoną komórkę. Pokazała Nickowi pistolet i wysunęła niepokojąco lekki magazynek. - Zostały nam tylko trzy naboje.

To jedyna broń, jaka im pozostała, jedyna niezniszczona, do której została jakakolwiek amunicja. Musiało im to wystarczyć, póki nie uzupełnią zapasów.

- Broń jakoś zorganizujemy. Musimy się tylko najpierw dowiedzieć, gdzie jesteśmy.

Marsz przedłużał się niemiłosiernie. Trudny teren i gęste zarośla spowalniały ich i uniemożliwiały rozeznanie. Nie musieli długo czekać, aż zaczęło zmierzchać. Zrobiło się chłodniej i pochmurno, a odgłosy lasu się zmieniły. Ciche szelesty liści i spłoszonego ptactwa zostały zastąpione pohukiwaniem sowy lub czegoś podobnego, bo Nick zarzekał się, że to, co widzi w koronach drzew, to na pewno nie sowa. Szli dalej, coraz wolniej, bez światła i pojęcia, gdzie się znajdują. Nadzieja, że w końcu wydostaną się z lasu, powoli nikła, zupełnie jak ich siły.

- Gia, spróbuj otworzyć portal i nas stąd zabrać. - Nick przerwał monotonny marsz.

- Nie dam rady, jestem zbyt zmęczona - odparła niechętnie. Sama rozważała to wcześniej, jednak Talent już raz wpakował ich w kłopoty. Nie chciała ryzykować. - Otwarcie ostatniego było potwornie wyczerpujące. Zresztą sam widzisz, że nad większymi trudno mi panować. Nie wiem, gdzie jesteśmy ani gdzie przeniósłby nas kolejny portal.

- Wszystko byłoby lepsze niż ta głusza... Zaryzykujmy, albo chociaż pomyślmy nad postojem. Umieram z głodu. Czekaj, widzisz to?! - powiedział na jednym tchu.

- Bardzo śmieszne - odparła, stojąc w ciemnościach tak gęstych, że nawet nie dostrzegała jego przejętej miny.

- Nie droczę się, spójrz tam. - Nakierował ją w stronę, z której dostrzegł nikłe światło.

Przymrużyła oczy. Nie wiedziała, czy to mroczki przed oczami, czy faktycznie widzi w oddali blady punkt.

- Idziemy! - Pociągnął ją za sobą, a ona próbowała za nim nadążyć i nie potknąć się o własne nogi.

Nie przywidziało im się. Im bardziej lgnęli w stronę blasku, tym jaśniejszy i wyraźniejszy się stawał. Zupełnie niespodziewanie las urywał się, przecięty drogą o czarnej nawierzchni. Na jej końcu dostrzegli źródło zbliżającego się światła.

Stary, drewniany wóz zaprzęgowy cicho przemierzał jezdnię. Na przedzie siedział zgarbiony mężczyzna, a tuż przy nim stała rozświetlająca mrok lampa naftowa. Ciągnięty przez dwa kare konie pojazd zatrzymał się, gdy natrafił na dwójkę zagubionych podróżnych.

Woźnica zmrużył oczy i poświecił na nich. Wyglądał na zmęczonego i znużonego nie wiadomo jak długą jazdą. Na oko miał z pięćdziesiąt lat, z czego większość ewidentnie spędził w różnego rodzaju instytucjach izolujących go od społeczeństwa.

- Skąd żeście się tu, u licha, wzięli bez konia nawet? - Przyglądał się podejrzliwie Rudej i Nickowi.

Ci spojrzeli po sobie, jakby w ich głowach pojawiły się te same pytania, których jednak nie mogli teraz wypowiedzieć na głos. Słowa mężczyzny brzmiały dla nich obco, choć całkowicie zrozumiale.

- Zgubiliśmy się - odparł Nick zgodnie z półprawdą po chwili ociągania.

- A dokąd zmierzacie, zguby dwie?

- Do najbliższego miasta - odparła Gia. - Podrzuci nas pan?

Woźnica uśmiechnął się wesoło i odsłonił dziurawe zęby.

- Wam to się poszczęściło, a niech mnie! - Klepnął w kolano i wskazał im tyły wozu. - Ta droga jest nieczęsto używana, sam już z rzadka tędy jeżdżę. Zwłaszcza o tej porze, cud, żeście na mnie natrafili.

Chętnie wspięli się na zaprzęg. Stało tam kilka szczelnie zamkniętych, drewnianych skrzyń, niedbale przysłoniętych plandeką, i snop siana.

- Kto w tych czasach jeszcze tak transportuje rzeczy? Wywaliłaś nas na totalną wiochę - szepnął Nick i klapnął na miękkim sianie. - Jak tylko dojedziemy do cywilizacji, zarąbię nam jakiś samochód. Byle z klimą.

- Przymknij się - warknęła na niego, siadając obok. - Ciesz się, że nie musimy iść pieszo.

- To niebezpieczne jeździć późną nocą, ale ja znam te drogi jak własną kieszeń - kontynuował mężczyzna. Ponaglił konie. - Żadne zbóje mi niestraszne, wy nie zbóje, mam nadzieję? Dobrze wam ze ślepiów patrzy, a i moje konie mówią, żeście dobre ludzie.

Nick przewrócił oczami. Już miał wyrobioną opinię na temat dobrodusznego woźnicy. Świr.

- Nie wyglądacie na tutejszych. Z daleka żeście? - wypytywał staruszek.

- Pochodzimy z... południa - zaczęła Gia. - Mieliśmy spędzić wakacje pod namiotem, ale zgubiliśmy drogę do obozowiska. Beznadziejni z nas turyści.

- Ech, wy młodzi roztrzepani - ciągnął mężczyzna, zadowolony, że ma z kim porozmawiać. - Najbliższe miasto to będzie rzecz jasna stolica, ale to jeszcze ze dwa dni drogi, nim dotrzemy. Mogę was tam zawieźć, jeśli taka wasza wola. Miło jest czasem dla odmiany mieć innych towarzyszy podróży niż konie. - Jedna z klaczy z niezadowoleniem zatrzęs­ła łbem i ciemną grzywą. - Musimy się jednak zatrzymać na noc, jeśli wam to zbytnio planów nie opóźni, ma się rozumieć. A rano ruszymy w dalszą drogę. Jużem za stary na taką długą jazdę. Choć kilka godzin snu by się zdało i konie napoić muszę, bo się skarżą.

Nie mieli lepszego planu. Przystali na propozycję ekscentrycznego woźnicy, a gdy ten zaczął nucić pod nosem, jakby zupełnie zapomniał o swoich pasażerach, Nick pochylił się nad Rudą.

- Mam pytanie, tylko się nie śmiej. - Oblizał nerwowo wargi, nim kontynuował: - Czy ty też masz wrażenie... jakbyś rozumiała, co ten dziad mówi, ale nie rozpoznawała słów?

- Tak. - Odetchnęła z ulgą, gdy to powiedział, bo zaczęła już wątpić w swoją poczytalność. - Musiałam nas przenieść gdzieś bardzo daleko, bo mimo że rozumiem, co mówi, to nie rozpoznaję tego języka. Co dziwniejsze, on też nas rozumie.

- Że ty jesteś poliglotką, to wiemy, ale ja przecież nawet w rodzimym języku czasem gadam jak potłuczony.

- Czuję... czuję, jakbym podczas rozmowy podświadomie używała Talentu. Pomaga mi zrozumieć, co się dzieje.

- Tak... ja też. - Właśnie mu to uświadomiła. - Od kiedy Talenty pomagają w nauce języków obcych?

Choć bardzo chciała, nie umiała odpowiedzieć na to pytanie.

Oparci o siano, wpatrywali się w nocne, zachmurzone niebo. Monotonne kołysanie po trudnym marszu działało usypiająco. Słyszeli ciche parsknięcia wierzchowców, zapach wilgotnego lasu i świeże powietrze, a woźnica mamrotał coś to do siebie, to do koni.

Sen wkradł się niepostrzeżenie. Nic nieznaczący zlepek obrazów i wspomnień z ostatnich dni. Jeszcze długo będą ich prześladować. Gia i Nick potrzebowali czasu, chwili oddechu po tym, co ich spotkało. Agencja chciała ich śmierci, nie spoczną, póki ich nie odnajdą. Muszą się ukrywać, dopóki nie nie wymyślą czegoś, co pozwoli im oczyścić swoje imię i powstrzymać Mirandę przed wykorzystaniem Sieci do włas­nych celów. Jeżeli Agencja skończy prace nad bronią i zdoła kontrolować Utalentowanych, nie będą mieli szans.

Zaspane myśli zaczęły się zmieniać. Gia obserwowała swój sen, jakby znalazła się obok niego. Była świadoma, że to nie jawa, a jednak nie potrafiła pokierować marą. Między jej własne myśli wdarł się szept. Szukała go, szukała ­między snami. Skąd dochodził? Dostrzegła swoje stare sny, te, o których już zdążyła zapomnieć lub których nie pamiętała. I właśnie tu odnalazło ją to dobrze znane uczucie.

Ktoś ją obserwował.

Szept zmienił się w wyraźne słowa, nareszcie je rozumiała. Nieuchwytny sen nie był już tylko jej. Czuła jego obecność, był tuż obok. Wreszcie z nim porozmawia.

Parsknięcie konia wyrwało ją z drzemki. Otrząsnęła się, coś dziwnego się z nią działo. Obudziła Nicka. Dotarli na miejsce postoju.

Jeden z koni stanął dęba na widok węża pełznącego wzdłuż drogi. Wystraszone zwierzę szarpnęło wozem i przejmująco zarżało, woźnica szybko zeskoczył z zaprzęgu i złapał je za uzdę. Delikatnie pogłaskał klacz i spojrzał w wielkie, ciemne oczy. Szepnął kilka słów, a między jego dłonią a koniem pojawiła się mglista łuna. Zwierzę w mgnieniu oka złagodniało, posłusznie stanęło na swoim miejscu i zastukało kopytami.

Nick i Gia z niedowierzaniem obserwowali całe widowisko.

- Czy ty to widziałaś? - Nick w odruchu aż przetarł oczy. - Przecież to musiał być Talent.

- Nie będziemy się w to mieszać, nie możemy zwracać na siebie uwagi. - Zeskoczyli z powozu. - Chodź.

Minęli podjazd, wzdłuż którego ciągnęły się niedziałające latarnie i zardzewiały płot. Zaniedbanemu przydrożnemu budynkowi przydałby się generalny remont, albo przynajmniej odmalowanie zarośniętej dziką roślinnością elewacji. Uchylili drzwi, a ich oczom ukazał się surowy wystrój baru piwnego. Szerokie, obdrapane stoły zalane woskiem ze świec i długie ławy rozstawiono ciasno w całej sali. W powietrzu unosił się zapach nafty z latarenek pełnych sadzy, dymu papierosowego i odór trawionego alkoholu. Nie słychać było muzyki ani nawet powtórki meczu piłki nożnej. Niedobitków późnej pory nie brakowało, zwłaszcza amatorów śmierdzącego bimbru.

Stracili apetyt i nawet pragnienie teraz wydawało się mało uciążliwe. A już myśleli, że to ostatni hostel był w kiepskim stanie. Usiedli przy barze i wzrokiem szukali rozpiski z informacjami o cenach za dobę hotelową, godzinach wykwaterowania czy hasła do wi-fi.

- Potrzebujemy noclegu - zaczął Nick, próbując zwrócić na siebie uwagę odwróconego właściciela przybytku. - Znajdzie się dla nas pokój?

Szczupły, równie nietrzeźwy jak jego klienci właściciel obrócił się na tyle niebezpiecznie szybko, że aż musiał oprzeć się oburącz o blat. Zrobił poważną minę, próbując utrzymać kontakt wzrokowy ze swoim rozmówcą. Wyciągnął spod lady dziennik i przekartkował kilka stron. Usilnie próbował przeczytać drobne, najwyraźniej rozbiegające się w jego oczach literki.

- Jeden wolny pokój na poddaszu. - Skrzywił czerwonopurpurową twarz. - Płatne z góry. - Wyciągnął w ich stronę rękę, pozbawioną najbardziej przydatnego, środkowego palca.

- Eee... nie mamy pieniędzy. - Nick ściszył nieco głos i zrobił minę, jakby przechodził do interesów. - Może jest coś, co moglibyśmy zrobić? Umyć szkło, zamieść podłogę, wynieść tamtego pijaczynę spod stołu?

Właściciel krytycznym okiem spojrzał na swojego kuzyna, który bezskutecznie próbował wygrzebać się spod ławy. Humor znacznie mu się poprawił, gdy ten głośno walnął o kant i zaklął siarczyście.

- Tu je wszystko dobrze. - Podrapał się po nosie, a potem w nosie. - Jeno na zapleczu moglibyście pomóc. Stajnie tam mam, a stajenny dupa, w rzece się wczoraj utopił i koni nie ma mi kto oporządzić. Na tym wypizdowie ciężko o kogokolwiek, kto by się kwapił do pracy. Zróbcie jego robotę, wtedy pokój do rana jest wasz. - Sięgnął po klucz i położył go na blacie przed nimi. Przeniósł wzrok na Rudą i uśmiechnął się głupkowato. - Chociaż dla ciebie mogę mieć inną robotę. Lepszą znacznie i przyjemniejszą dla nas obojga. Mógłbym nawet dorzucić jeszcze z dwadzieścia shirenów.

W Nicku aż zawrzało ze złości. Już chciał chwycić prostaka za fraki, ale Gia wzięła z blatu klucz i powstrzymała go od robienia głupot.

- Z przyjemnością zajmiemy się końmi - odparła krótko i wywlokła Nicka na tyły budynku.

Stajnia, którą mieli uporządkować, znajdowała się pod starą wiatą. Nick był tak poirytowany, że nawet nie czuł zmęczenia, kiedy przerzucał grabiami siano. Dopiero gdy ­skończył robotę, zeszło z niego całe ciśnienie. Wiele by dał, żeby teraz zapalić, ale ostatni raz widział swoje papierosy gdzieś na komodzie w mieszkaniu Rudej, zanim jeszcze zaczął się ten cały koszmar. Starł pot z czoła i oparł się o grabie. Gia w milczeniu czyściła włosianą szczotką sierść ostatniego wierzchowca. Nick trzymał się z daleka od koni, nie czuł się pewnie w ich towarzystwie, a one to wyczuwały. Z tym większym zainteresowaniem obserwował, jak sprawnie Ruda sobie z nimi radzi. Gdy skończyła szczotkowanie, ogier posłusznie ruszył za nią do boksu.

- Masz rękę do zwierząt, nie wiedziałem, że znasz się na koniach - zagadał, czując, że zaczyna go już morzyć sen.

Nie odpowiedziała, tylko przesunęła zasuwę bramki.

- Co ty taka zamyślona?

- Nie słyszałeś, co powiedział ten właściciel? - spytała, nie odrywając wzroku od zadowolonego wierzchowca.

- Słyszałem. Chciał się z tobą przespać w zamian za nasz nocleg. - Poirytowanie jakoś samo wróciło.

- I co jeszcze?

- Aż tak spodobała ci się ta oferta? - Rzucił grabie w kąt, a konie nieco się spłoszyły.

- Uspokój się. - Skarciła go spojrzeniem. - Zaproponował też, że "dorzuci jeszcze dwadzieścia shirenów".

Nick zmarszczył brwi. Jakoś dalsze słowa właściciela nie za bardzo zapadły mu w pamięć, był zbyt zajęty powstrzymywaniem się przed uderzeniem go w zapijaczoną mordę.

- Może. Nie wiem. Nie pamiętam. - Wzruszył ramionami i przetarł oczy. Czuł się dziwnie rozdrażniony i zaczynała go boleć głowa. - Czy to ważne? Co to są w ogóle te shireny?

- Właśnie o to chodzi. Nie mam pojęcia. - Zamyśliła się i przeniosła wzrok na wierzchowca. - Gdy mieszkałam jeszcze z ojcem w posiadłości we Francji... - zaczęła, choć wiedziała przecież, że jej ojciec nie był tym, za kogo się podawał.

Powinna nienawidzić Laurence'a, chciała go nienawidzić za to, że wciągnął ją w to wszystko, że potraktował ją jak eksperyment, że stworzył Agencję, która zamiast chronić, teraz wszystkim zagraża. Mimo to nie potrafiła być na niego zła. Nie umiała obrócić swoich najlepszych wspomnień w pożywkę dla wściekłości. Kochała go jak ojca, nawet jeśli była dla niego tylko przeszkodą w drodze do celu. Odruchowo chciała chwycić za wisiorek z błękitnym oczkiem. Skarciła się w myślach za głupie sentymenty. Oby już nigdy nie musiała widzieć na oczy tego cholernego kawałka srebra i jaspisu.

- Gdy mieszkałam jeszcze z Laurence'em w posiadłości we Francji - poprawiła się - mieliśmy niedużą stajnię koło domu. To on nauczył mnie jazdy konnej i opieki nad nimi. - Schyliła się po kawałek marchwi, który leżał przy jej bucie, i położyła Nickowi na dłoni. Zainteresowany ogier podszedł do bramki i bacznie mu się przyglądał. Ten głośno przełknął ślinę. - Moim ulubionym wierzchowcem był kary clydesdale, bardzo podobny do tego tutaj, tylko większy. A może to ja byłam po prostu mniejsza?

Koń obwąchał trzymaną przez Nicka marchew, a ten nieznacznie cofnął rękę. Gia uspokoiła go spojrzeniem. Rozchylił dłoń, a wierzchowiec sięgnął po przysmak. Zjadł z apetytem i potrząsnął głową. Nick uśmiechnął się blado i odetchnął z ulgą, ciesząc się, że nie stracił żadnego z palców.

- To już wiem, dlaczego jesteś przy nich taka swobodna - skomentował.

- To nie wszystko. - Doszła do sedna. - Tamten ogier nazywał się właśnie Shiren.

?

Pokój na poddaszu był najwyżej położonym miejscem w całej noclegowni. Spadzisty strop sprawiał, że Nick nie mógł się w pełni wyprostować. Dwa wąskie łóżka stały pod okrągłym oknem, z którego dało się zobaczyć tylko znajdujący się pod nim dach pozostałej części zniszczałego budynku.

Chcieli skończyć rozmowę z dala od kogokolwiek. Nick zatrzasnął za nimi drzwi, zamykane tylko na skobel i przerdzewiałą kłódkę. Głowa bolała go, odkąd porzucili samochód, a z biegiem czasu dyskomfort tylko się nasilał. Pstryczek od światła nie działał, wydawało im się, że w całym budynku nie ma prądu, więc Gia zapaliła stojącą na parapecie świecę i postawiła na niskim taborecie przy wejściu.

Nick spojrzał na blady płomień, zamrugał kilka razy i przetarł zmęczone oczy.

- Wszystko w porządku? - spytała Ruda, gdy powtórzył gest jeszcze kilka razy.

- Moje oczy... pieką.

Nie mógł wytrzymać uporczywego i narastającego bólu w gałkach ocznych. Mocno rozchylił palcami powieki i pozbył się z oczu soczewek.

- Oszalałeś? Już nie pamiętasz, co się dzieje, gdy ich nie nosisz? - Stanęła przy nim, zaskoczona.

Chwilę walczył z przyzwyczajaniem wzroku do świata bez ich ochrony, ale poczuł niespodziewaną ulgę. Pieczenie ustało.

- Nie wiem, co jest, ale czułem, że jeśli ich nie zdejmę, to wypalą mi oczy. - Spojrzał na delikatne krążki, które przez ostatnie lata chroniły jego Talent. Nie chciał ryzykować, w końcu był to dar od Agencji.

Usiedli na łóżkach naprzeciwko siebie i próbowali zrozumieć, co się z nimi dzieje. Świat dookoła nich był obcy i jakby oderwany od rzeczywistości. Nie wiedzieli już, czy problem tkwi w tym, co jest za drzwiami, czy w nich samych.

- Gia, co tu się dzieje... Gdzie my, do cholery, jesteśmy?! - spytał w końcu Nick, a jego wzrok wręcz żądał od niej odpowiedzi.

- Nie wiem. - Zrezygnowana, rozmasowała skronie. - Czuję, że coś jest nie w porządku, ale nie potrafię ci tego wyjaśnić.

- Z samego rana wyjeżdżamy z tego zadupia wszechświata. Z dala od świra, który gada z końmi, i niemoralnych propozycji wioskowego głupka.

Koce były cienkie i dziwnie pachniały, a na starych materacach trudno było wygodnie się ułożyć. W każdym razie Rudej, bo Nick zasnął gdzieś pomiędzy pionem a poduszką.

Gia wodziła zmęczonym wzrokiem po lekko drżącym od światła świecy pokoju, wsłuchana w dźwięki pijaństwa na dole. Próbowała przywołać sen, by zagłuszyć gonitwę myśli. Obróciła się na bok i zacisnęła powieki, potem na brzuch, a następie znowu na wznak. Im bardziej starała się zasnąć, tym bardziej jej ciało z nią walczyło. Poczuła irracjonalne uderzenie niepokoju. Serce niebezpiecznie przyspieszyło, zaczęła łapać hausty powietrza, ale oddech był zbyt płytki, by przynieść ulgę. Drżała. Miała wrażenie, jakby zapadała się we własnej świadomości, leciała w dół prosto w ciemność. Nie potrafiła myśleć, a wyłącznie się bała. Ale dlaczego? W pobliżu nie było żadnego zagrożenia. Nie rozumiała, co się z nią dzieje, chciała krzyczeć, ale straciła kontrolę nad umysłem. Potrzebowała powietrza, oddychała coraz szybciej, ale tylko dusiła się własnym oddechem. Wpadła w błędne koło lęku.

Napięcie spłynęło z niej tak szybko, jak się pojawiło, pozostawiając po sobie metaliczny posmak w ustach. W trakcie tego niezrozumiałego napadu strachu przygryzała sobie wnętrze policzka.

Usiadła na łóżku, a twarz zalały nagromadzone w kącikach oczu łzy. Wytarła je dłońmi i cichutko pociągnęła nosem. Obiegła wzrokiem pomieszczenie. Nic się nie zmieniło, wszystko jest w porządku, a ona jeszcze chwilę temu była przekonana, że umiera.

Opadła z powrotem na poduszkę i już nawet niewygodny materac jej nie przeszkadzał. Była tak potwornie zmęczona, że żaden sen nie pojawił się przed zamkniętymi oczami. Tylko dźwięki, ciche, coraz cichsze i odprężające. Przytłumione i powolne jak dym.

- Jesteście w niebezpieczeństwie - usłyszała tak głośno i wyraźnie, że aż poderwała się z łóżka.

Nerwowo rozejrzała się po pokoju, ale nikogo w nim nie było. Nick spał niemal w tej samej pozycji, w której widziała go, zanim przysnęła, więc to nie mógł być jego głos.

Bała się, że traci rozum. Wstała i niechcący zrzuciła na wpół wypaloną świecę. Wciąż zapalona, potoczyła się po nierównej podłodze pod same drzwi. Nick mruknął i uchylił powiekę. Przetarł zaspane oczy.

- Co robisz? Wszystko okej?

Nie odwróciła się w jego stronę, tylko wpatrywała w zaryglowane drzwi.

Do ich uszu dotarł narastający, kłujący dźwięk. Jakby ktoś deptał tłuczone szkło. Ze szczeliny pod drzwiami zaczęła rozchodzić się fioletowa materia, wyglądem ­przypominająca zamglony kryształ. Ostre krawędzie natrafiły na świecę i zaczęły nachodzić na nią, aż zupełnie ją pochłonęły.

Płomień zgasł.

Nick zerwał się natychmiast. W ciemności widział, jak kryształ rozrasta się w zastraszającym tempie, pochłaniając cały pokój. Złapał za taboret i wybił okno, torując im drogę ucieczki. Wyskoczyli na niższe partie dachu w momencie, gdy ostre jak brzytwa krawędzie kryształów przebiły ściany.

Przebiegli po niższym dachu aż do jego granicy. Nim zeskoczyli, zobaczyli, jak ze stajni uciekają spłoszone konie. Tuż przy głównym wejściu gospody stało kilku mężczyzn, jeden z nich ze skrzyżowanymi rękami na torsie. Każdy miał przewieszoną przez ramię czerwoną szarfę z czarnymi zdobieniami. Gdy jeden z nich ich zauważył, zareagował natychmiast, sięgając dłonią do paska spodni.

Gia i Nick znali ten gest, nie mieli zamiaru czekać, aż ich zastrzeli. Odskoczyli z pola widzenia na środek dachu. Stary strop nie wytrzymał obciążenia i zarwał się pod nimi. Gia spadła prosto na blat baru, przy którym wcześniej targowali się o pokój. Uderzenie wycisnęło jej powietrze z płuc. Skuliła się w kłębek i próbowała złapać oddech. Gdy otworzyła oczy, zobaczyła wpatrzonego w nią właściciela przybytku. Strzepała z siebie resztki tynku i spojrzała w jego puste oczy. Cała dolna część ciała mężczyzny była przeszyta fioletowymi kryształami. Mimo że martwy, wciąż stał za barem.

Zsunęła się z blatu i pomogła zebrać się z ziemi Nickowi. Ten zasyczał z bólu; rana postrzałowa, która wciąż nie zdążyła się zagoić, znów zaczęła krwawić.

Odgłos tłuczonego szkła ściągnął ich wzrok w kierunku drzwi. Kobieta, przez której ramię również przewieszona była czerwona szarfa, stała z niewzruszoną miną, gdy dookoła jej stóp rozchodziły się fioletowe kryształy.

- W imieniu Trójcy i Najwyższej Kapłanki mam rozkaz was zatrzymać. Zamknijcie w sobie Talent i poddajcie się - wyrecytowała w gotowości do ataku.

- Wow... to zabrzmiało tak tajemniczo, że aż mam ochotę dać się aresztować - zakpił Nick. Wyprostował się z zaciśniętymi z bólu zębami.

Za kobietą pojawili się kolejni żołnierze, w tym mężczyz­na, którego widzieli wcześniej z dachu. Gia była ­zaskoczona. W jego dłoni zobaczyła nie broń, której się spodziewała, ale drobne kulki wykonane ze złotawego metalu. Zakręcił nimi i szybkim ruchem rzucił kilka sztuk prosto pod ich nogi. Kule poddane siłom Talentu zmieniły kształt. Zaczęły rozdzielać się na mniejsze partie i formować w ostre szpikulce, które zawisły tuż przed jej oczami.

Mylili się. To była broń, i to skuteczniejsza niż pistolet.

Nick złapał się za pulsującą ranę i oparł o najbliższy stolik, a ostrza skierowały się w jego stronę. Błyskawicznym ruchem sięgnął po stojącą na stole latarenkę napełnioną naftą i cisnął nią w przeciwników. Tak jak przypuszczał, kobieta władająca kryształami ochroniła towarzyszy fioletową ścianą. Latarenka rozbiła się na przeszkodzie, a płonąca nafta rozlała się po pomieszczeniu.

Nick natychmiast odskoczył z toru lotu, a metalowe szpikulce śmignęły mu nad uchem. W momencie gdy mężczyzna stracił ich z oczu, ostrza rozproszyły się i zaczęły latać chaotycznie. Gia i Nick wycofali się na tył budynku, w ostatniej chwili uciekając poza zasięg Talentów.

Cały dach w momencie zajął się ogniem, a gęsty dym zaczął unosić się nad płonącym budynkiem. Wybiegli tylnym wyjściem prowadzącym do stajni. Niestety, wszystkie konie uciekły w popłochu.

- Gia, zabierz nas stąd! - Nick zaryglował drzwi, którymi wybiegli. - Użyj Talentu i przenieś nas gdziekolwiek!

Potrzebowali drogi ucieczki, którą nikt za nimi nie podąży. Ruda rozmasowała dłonie, musiała się skupić. Gdyby tylko miała więcej praktyki, na pewno serce by jej teraz tak nie łomotało. Drobne iskry zaczęły skakać nad trzęsącymi się rękami w tym samym momencie, w którym tylne drzwi zostały rozerwane na drzazgi przez fioletowe kryształy.

Ruda straciła skupienie, a formujący się w powietrzu błękitny okrąg się rozpłynął. Utalentowana kobieta z poparzonym ramieniem i z wściekłą miną oparła się o framugę i zaczęła krztusić buchającym dymem. Próbowała chwycić ich Talentem, ale oczy łzawiły jej od gryzącej chmury.

Gia i Nick wybiegli na błotnistą drogę. Leniwy wschód słońca skrył się za czarnym dymem, który spadł na okolicę. Szalejący pożar, podsycany silnym wiatrem, z apetytem trawił stary budynek. Za sobą słyszeli krzyki, nie wiedzieli, czy tych, którzy ich ścigali, czy niewinnych gości, którzy tylko zatrzymali się na nocleg. Ruda odgarnęła z twarzy szarpane podmuchami kosmyki, tak samo ogniste jak żywioł, którego długie języki pięły się po dachu. Pozostawiali za sobą zniszczenie i śmierć, gdziekolwiek się pojawili, dokądkolwiek próbowali uciec.

Usłyszeli narastający tętent kopyt. Z gęstej chmury wyłonił się niewielki powóz zaprzężony w potężną, czarną klacz. Ubłocone koła stanęły w miejscu, a koń zarżał, wystraszony otaczającym ich chaosem. Woźnica zrzucił z głowy kaptur, jego spojrzenie skrzyżowało się z błękitnymi oczami.

- Wskakujcie! - krzyknął, a choć go nie znali, jego głos zabrzmiał zupełnie znajomo.

Nie wahali się ani chwili.

Cwał oddalał ich od niebezpieczeństwa. Skuleni na tyłach powozu, z trudem utrzymywali się w miejscu przy tak szybkiej jeździe.

Chmura czarnego dymu została daleko za nimi, rzucając złowrogi cień za granicą lasu. Ktokolwiek próbował ich schwytać, długo za nimi nie podąży.

Nick w końcu rozsiadł się wygodnie, gdy zaczęli nieco zwalniać. Kącik jego ust delikatnie uniósł się na myśl, że znowu im się udało. Przeniósł wzrok na Rudą, a uśmiech natychmiast zniknął z jego twarzy. Gia nie patrzyła za siebie, w skupieniu przyglądała się woźnicy, ściskając w dłoni pistolet z lufą wycelowaną prosto w jego plecy.

Nieznajomy nie odwrócił się w ich stronę ani razu. Spowolnił klacz do kłusu i pozwolił jej na odpoczynek.

- Odłóż pistolet - usłyszeli jego spokojny głos. - Nie jestem waszym wrogiem.

- Nie wiem, kim jesteś, więc nie mów mi, co mam robić. - Teraz już bez krępacji celowała w tył jego głowy.

- Nie dziwię się, że po tym, co was spotkało, masz problemy z zaufaniem. - Zatrzymał konia i odwrócił się w ich stronę. Skrzywił się na widok broni i przyglądał jej się z zainteresowaniem. - Więc to są te śmiercionośne miotacze kul... - Wyciągnął rękę, jakby chciał dotknąć pistoletu.

Gia cofnęła dłoń, nie spuszczając nieznajomego z celownika.

- Spokojnie, Gia, nie mam złych zamiarów. - Uniósł ręce w pokojowym goście. - Chyba że powinienem ci mówić ­Sophie?

Zacisnęła zęby z wściekłości na dźwięk swojego prawdziwego imienia i przyłożyła mu lufę do samego czoła. Nieznajomy nawet nie mrugnął, nie odrywał od niej wzroku, świdrował ją bursztynowymi oczami. Z jakiegoś powodu nie potrafiła nacisnąć na spust.

- Kim... ty, do cholery, jesteś? - wycedziła, roztrzęsiona.

- Ty mnie naprawdę nie poznajesz... - Pokręcił głową, jego rysy złagodniały.

Przyjrzała mu się uważnie. Od prawego policzka ciągnęła się wąska blizna, przez szyję, aż po obojczyk. Brązowe włosy do ramion z lekko jaśniejącymi pasmami miał wilgotne od rosy i mgły. Pociągła twarz, wyrazista szczęka z lekkim z­aros­tem i kolejna mała blizna na spierzchniętych ustach. Mimo grubego, skórzanego płaszcza było widać, że jest dobrze zbudowany i sporo od niej wyższy, nawet nieco wyższy od Nicka. Mógł być w ich wieku, może trochę starszy. Ale powodem, dla którego nie mogła oderwać od niego wzroku, były jego oczy w kolorze ciepłego bursztynu. Pamiętała je, skądś znała... i chciała im zaufać.

- To niemożliwe. - Nieświadomie opuściła broń. - Śniłam o tobie... To ty od lat nawiedzasz mnie w snach.

Kiwnął głową, jakby z ulgą.

- Wszystko wam objaśnię, ale tu jest zbyt niebezpiecznie. Będą was szukać. - Odwrócił się w stronę klaczy i szarpnął lejcami. - Ale znam jedno miejsce, gdzie oczy Kapłanki nie sięgają.

?

Aby zgubić pościg, przemierzali leśne drogi, a nad ich głowami uginały się gęste konary drzew, tworzące zielony tunel. Ptaki przysiadywały na końskim grzbiecie, a klacz z zadowoleniem trzęsła łbem. W milczeniu wznosili wzrok na szeleszczące na wietrze liście, przez które przedzierały się promienie słońca.

Dopiero po zmroku ich powóz zaczął mijać jakiekolwiek wiejskie zabudowania. Widzieli kapliczkę i wyschniętą studnię, a las znacznie się przerzedził. W zasięgu wzroku pojawiły się gospodarstwa rolne i pola uprawne pełne najróżniejszych strachów na wróble. Tutaj droga była już wydeptana i ubita przez końskie kopyta.

- Musimy przejechać przez Trzeci Krąg Stolicy. - Woźnica zarzucił na głowę kaptur i spowolnił zmęczonego konia. - W skrzyni znajdziecie płachtę. Okryjcie się nią tak, żeby nikt was nie zobaczył. Wasz wygląd nazbyt zwraca uwagę, musimy być ostrożni. I ani słowa, dopóki nie usłyszycie szczekania psa.

Pod płachtą zmieścili się oni i cały dobytek znajdujący się na wozie. Nick z nudów przegrzebał kufer, który wcześ­niej służył mu za podgłówek. Wśród wielu bezużytecznych przedmiotów znalazł zdobioną tabakierę, wykonaną najprawdopodobniej z żółwiej skorupy. Była zakurzona i niestety pus­ta. Szkoda, bo może chociaż tabaka przytępiłaby jego głód nikotynowy.

Gia siedziała z pochyloną głową i odruchowo próbowała chwycić za srebrny naszyjnik. Dłoń złapała powietrze.

- Nie ma go i już nigdy nie będzie. Zapomnij o nim. - Te słowa brzmiały w jej głowie okrutnie i przywodziły na myśl znacznie więcej niż tylko talizman.

Mimo wszystko nie miała wątpliwości - to była jawa, nie sen. Zagubiona i zdezorientowana, przyciągnęła kolana do klatki piersiowej. Poczuła ciepłe oparcie. Przyłożyła głowę do ramienia Nicka. Nie była sama, miała kogoś, kto poszedł za nią w ogień. Wiedziała, że razem stawią czoła temu, co ich czeka.

Monotonna podróż ciągnęła się jeszcze wiele godzin. Zziębnięci i głodni, tylko nasłuchiwali otaczających ich dźwięków. W momencie gdy powieki zrobiły im się ciężkie, usłyszeli szczekającego psa. Pojazd się zatrzymał, a ciekawski nos zaczął go obwąchiwać.

Nick niepewnie odchylił płachtę, a nieznajomy przeciąg­nął się po długiej drodze.

- Chodźcie za mną. Padam z głodu. - Uśmiechnął się blado.

Zatrzymali się na dużym podwórku, z którego ścieżynka prowadziła do domu z beżowego kamienia, stojącego na ­granicy lasu i polnej łąki. Drewniany dach mocno wystawał nad szeroki ganek, podparty dwiema drewnianymi kolumnami. Obok znajdowały się stajnia i obora, a pod płotem wydzielającym ogród przechadzały się kury i jeden kogut. Prócz szczekania psa słychać było tylko cykanie świerszczy.

Nieznajomy zeskoczył z powozu, a ucieszone psisko natychmiast oparło na nim przednie łapy. Zwierzęce cielsko aż trzęsło się od wymachiwania ogonem i prób wylizania twarzy właściciela. Ten uspokoił psa gestem i wytarł obślinione dłonie w płaszcz.

Gia i Nick rozmasowali zesztywniałe nogi i zeszli z zaprzęgu. Mimo zakazu właściciela pies natychmiast musiał się z nimi przywitać. Wyglądał jak połączenie owczarka niemieckiego z bernardynem... albo niedźwiedziem.

Przystanęli na ganku, gdy nieznajomy przetrząsał kieszenie płaszcza w poszukiwaniu kluczy. Nad ich głowami wisiała niewielka latarenka, jednak źródłem światła nie była żarnikowa żarówka ani płomień, ani nic, co kiedykolwiek przyszło im oglądać. Za szklanym kloszem skrywał się kamień o gładkich krawędziach, niepodłączony do żadnych przewodów. Samoistnie wydzielał nierównomierne świat­ło, które naprzemiennie jaśniało i przygasało. Nieznajomy stuknął dłonią w klosz i westchnął, gdy nic to nie zmieniło.

Zwierzę pierwsze przedarło się przez uchylone drzwi. Jak burza przebiegło przez wiatrołap, oddzielony od reszty pomieszczeń granatową kotarą zwisającą z łukowatego sklepienia. Pies bez cienia skruchy minął przepastny hol, zostawiając ślady łap na ciągnącym się pod ich stopami dywanie, i wtargnął do salonu. Minął przygaszony kominek, szeroką kanapę ze zdobionymi podłokietnikami i stojący pod oknem okrągły stół na trzech nogach. Nawet nie zwolnił, gdy wywrócił jedno z kilku zupełnie różnych od siebie krzeseł. Podbiegł do dużej miski stojącej w rogu otwartej kuchni i obwąchał ją dokładnie. Gdy nie znalazł niczego interesującego, zakręcił się wokół własnej osi i wdrapał po znajdujących się w centralnym punkcie, krętych schodach prowadzących na poddasze, gdzie zniknął im z oczu.

Nieznajomy pokręcił głową i podniósł zwalone siedzis­ko. Śladami pupila wszedł do kuchni i przemył twarz zimną wodą. Gestem zaprosił gości, by usiedli przy stole. Gia wybrała krzesło obite bordowym materiałem i z nieproporcjonalnie wysokim oparciem, na mocno zwężających się ku dołowi, trzeszczących nóżkach. A Nick to na lewo od niej, szerokie i ciężkie, obłożone pikowaną skórą.

Eklektycznie.

- Wybaczcie, że zapomniałem o posiłku na drogę, ale gdy tylko zorientowałem się, że udało wam się przenieść na drugą stronę, natychmiast ruszyłem wam naprzeciw. - Nie patrząc na nich, zaczął przeszukiwać najbliższe szafki.

- Raczej jesteśmy ci winni podziękowania, a nie marudzenie na brak opcji all inclusive. - Nick oparł łokcie o stół. - A teraz powiesz nam, do cholery, kim jesteś, czy dalej będziemy udawać, że wszyscy świetnie się znamy?

- Racja, przez to zamieszanie zupełnie zapomniałem się przedstawić. - Przerwał to, co robił, i odwrócił się w ich stronę. - Nazywam się Bleyssen Sominum Valtario. - Na widok ich zakłopotanych min dodał: - Ale wszyscy mówią na mnie Blase. - Ukłonił się nieznacznie.

- Miło... cię poznać, Blase. Jestem Nick.

- Wiem.

Wrócił do szykowania i już po chwili postawił na stole talerze z czymś, co najwyraźniej było kanapkami. Nick podejrzliwie spojrzał na jedzenie. To wyglądało jak chleb, ­pachniało jak chleb - skosztował - smakowało jak chleb. Tak, to był chleb. Z kozim serem i kiszonym ogórkiem, choć to nieważne, kiedy jest się tak głodnym.

- To twój głos wybudził mnie ze snu. - Gia nawet nie tknęła posiłku. - Dzięki tobie zdążyliśmy uciec.

- Zgadza się. - Blase przełknął kęs. - Próbowałem dotrzeć do was wcześniej, ale dzielił nas kawał drogi. Przynajmniej tak mogłem was ostrzec.

- Jak to zrobiłeś?

- Talent pozwala mi obserwować ludzkie śnienia, mogę je podglądać w czasie rzeczywistym. Dlatego wiem o tobie więcej, niżbyś chciała. - Mimo że w pewien sposób "znał" Rudą, to teraz, gdy zobaczył wbite w siebie, elektryzujące spojrzenie, aż poczuł ciarki na plecach.

- Wkradałeś się w ten sposób do mojej podświadomości. - Zacisnęła pięści. - To ty próbowałeś dotrzeć do akt Agencji za moim pośrednictwem!

- Nie chciałem niczego zrabować! - wyjaśnił ostro. - Tylko coś ci pokazać...

- Niby co takiego?

- Czym jest horyzont zdarzeń.

Na dźwięk tego zwrotu aż serce zabiło jej szybciej. To właśnie tej informacji szukali. To właśnie tego kryptonimu nie udało im się odczytać z pendrive'a, który otrzymali od Filipa.

- A skąd ty możesz to wiedzieć? - spytała podejrzliwie.

- Wiem, bo właśnie wtedy cię poznałem. - Otrzepał dłonie z okruszków, wstał i podał jej rękę. - Pozwól mi, a pokażę ci prawdę.

?

Nie powinno jej tu być, a jednak tak bardzo chciała stać się częścią czegoś ważnego. Ważnego spotkania, ważnych słów, ważnych decyzji, podpisów i gestów. A teraz wszyscy Ważni leżeli martwi...

Podekscytowana spotkaniem zarządu Agencji, siedziała schowana w szafie, gdy padł pierwszy strzał. Wtedy jeszcze nie znała tego odgłosu, miała ledwie pięć lat. To właś­nie ten dzień był granicą jej dawnego życia. Wystarczyła jedna kula, by stała się sierotą. Nie widziała, kto pociągnął za spust, ani nie rozumiała tego, co widzi. Wywiązała się strzelanina. Kolejne pociski pozbawiały życia ludzi, których znała, których ojciec przedstawiał jako swoich przyjaciół i współpracowników. Krzyk, a po nim ułamki sekund; wystarczyły, by ogień rozprzestrzenił się w niemal całym wschodnim skrzydle posiadłości.

Ktoś szarpnął drzwiczkami tak mocno, że wyłamał zawiasy. Mężczyzna o znajomej twarzy wywlókł ją z szafy.

- Idiotko, co ty tu robisz?! - Piter Midnight wbił w nią stalowe spojrzenie. Z prawego ramienia, rozszarpanego przez postrzał, ciurkiem sączyła się krew. - Zabiję tego gnoja za to, że cię nie upilnował!

Myślała, że pęknie jej nadgarstek, gdy silnie złapał ją za rękę, ale przez zaciśnięte gardło nie potrafiła nawet jęknąć z bólu. Nieprzytomna ze strachu, zawiesiła zamglone spojrzenie na starym biurku stojącym pod oknem gabinetu. Na pięknym blacie rozlała się brudna, szkarłatna plama, wyciekająca ze zwłok. Czas się dla Gii zatrzymał, a świat zawalił. Jej jedyna rodzina, ukochany ojciec... leżał martwy, z przestrzeloną skronią.

- Sophie, nie patrz na to. - Ojciec Alexa odciągnął ją od zwłok Laurence'a i innych. - Musimy cię stąd wydostać.

Wziął ją na ręce i silnym kopnięciem wyważył drzwi gabinetu. Gęsty dym i gorące powietrze zdążyły wypełnić szeroki korytarz. Droga prowadząca do głównego holu stała w płomieniach. Szklane klosze kinkietów zaczęły pękać w drobny mak. Zajęty ogniem obraz, przedstawiający sielski krajobraz, zerwał się ze ściany i z trzaskiem spadł na podłogę. Stworzona farbą olejną polana powoli znikała, pożarta przez niszczycielski płomień. Buchające obłoki ostrego dymu uniemożliwiały przedarcie się do biblioteki czy na niższe piętra. Zostali odcięci od świata, by w tych dobrze znanych im murach spłonąć żywcem.

Sophie schowała twarz w przemoczonej krwią koszuli ojca Alexa. Słyszała tylko ciche przekleństwa, gdy próbował znaleźć dla nich drogę ucieczki. Piter przysłonił osmoloną twarz rękawem koszuli, a trzęsącego się rudzielca przycisnął blisko siebie. Bez chwili wahania wbiegł z dziewczynką w płomienie. Nie zważając na poparzenia, przedarł się przez ścianę ognia i dobiegł do odnogi korytarza, na której końcu znajdowało się wyjście na kamienny taras. Promienie słońca przebijały się przez dym, mamiły upragnionym poczuciem bezpieczeństwa. Podłoga skrzypiała pod ciężkimi krokami prowadzącymi ich do jedynego wyjścia. Wysokie płomienie pełzły po wzmacnianym stropie, trzaskający ogień deptał im po piętach. Jeszcze tylko kilka metrów, zaraz opuszczą to piekło...

Głośny trzask.

Sophie poczuła, jak uderza barkiem o podłogę i zdziera skórę z prawego kolana. Poobijana, przetarła twarz, uniosła się na łokciach i spojrzała mu prosto w oczy.

Piter Midnight leżał przed nią, przygnieciony drewnianą, palącą się belką stropową. Z roztrzaskanej głowy i otwartych oczu zaczęła wypływać gęsta krew.

Przerażona, przylgnęła plecami do ściany. Podkuliła kolana pod samą brodę, zamarła w bezruchu. Poczuła niemoc i paraliżujący strach. Prześwit prowadzący na taras zalała gęsta chmura. Została sama, a jej własny dom stał się pułapką bez wyjścia. Rozchyliła usta, ale nie potrafiła wydrzeć z piersi krzyku rozpaczy. Palące powietrze osuszało zapłakane policzki i wdzierało się do płuc.

Nieprzytomnie patrzyła na zwłoki ojca Alexa, na ­unoszący się z nich dym. Poczuła potworny smród palonego ciała i odgłos skwierczącej skóry. Z całych sił skuliła się pod ścianą. Zalało ją drżące powietrze, każdy oddech dławił i dusił. Każdy ruch przybliżał do płomienia. Czuła, jak ogień parzy jej palce przez czubki butów. Ten hałas, ten straszny, dudniący rumor. Jak przerażająco głośny może być pożar...

W dłoniach ściskała zawieszony na szyi srebrny łańcuszek, a na nim nieduży talizman z błękitnym oczkiem. Prezent od ojca, a od dzisiaj i pamiątka po nim. Uciekać jak najdalej stąd, uciekać bez drogi ucieczki.

Podłoga się pod nią zarwała. Wpadła w błękitną przepaść.

Ocknęła się i wzięła czysty, głęboki wdech. Poczuła zapach przesuszonej trawy i ziemi nagrzanej słońcem. Tragiczny odór krwi i palonego drewna został rozwiany przez delikatny wiatr. Uchyliła powieki i natychmiast przymrużyła je przed ostrym światłem. Zobaczyła nad sobą błękitne niebo, tak niewiarygodnie czyste i spokojne. Przysłonięte jedynie przez uginające się nad nią długie źdźbła pszenicy. Słyszała otaczającą ją ciszę, a przynajmniej tak wydawała się brzmieć polana po piekle, które zniknęło w czasie krótszym niż jedno uderzenie serca. Nawet krzyk w jej własnej głowie ustąpił miejsca zakłopotaniu.

Z odrętwienia wyrwał ją niewielki konik polny. Strąciła owada z dłoni i usiadła po turecku. Za szybko. Zakręciło jej się w głowie, a przed oczami pojawiły się mroczki. Przycis­nęła piąstki do bolących skroni. Powoli wstała, otrzepała się i spojrzała na swoje osmolone ubrania, na ślady ciemnej krwi na bluzce i nadpalone włosy.

Obróciła się na dźwięk szelestu. Dochodził gdzieś spomiędzy gęsto rosnącego zboża i był coraz bliżej. Długie źdźbła rozsunęły się gwałtownie, a ona zamrugała, zaskoczona nie mniej niż wpatrzony w nią chłopiec.

- Nic ci nie jest? - spytał jej rówieśnik.

Zrobiła krok w tył, nieufnie zmarszczyła brwi.

- Nie bój się, nic ci nie zrobię - dodał, zakłopotany.

- Nie jestem cykorem, nie boję się! - Dopiero gdy zarzucił jej tchórzostwo, wyprostowała się dumnie i oburzyła. - Dlaczego tak śmiesznie mówisz?

- Ja mówię normalnie, to ty jakoś tak dziwnie się wysilasz.

Złapała się za skronie; słuchanie chłopca i wypowiadanie słów przyprawiało ją o zawroty głowy.

- Boli cię coś? - dopytał, gdy zauważył plamy krwi na kiedyś białej koszulce.

Pokręciła głową, a rude pasemko zjechało jej na twarz.

Chłopiec był niewiele od niej wyższy, o jasnych włosach w kolorze otaczającej ich pszenicy. Na ramię zarzuconą miał wypełnioną po brzegi torbę. Wystawały z niej ręcznie robiona mapa i obgryziony ołówek, a do spodu przytroczony był zwinięty koc. Płócienną koszulkę miał niedbale wciągniętą w brązowe spodnie, a na nogach śmieszne buty, z których jeden miał rozwiązaną sznurówkę. W ręce trzymał kijek z dębowej gałęzi z pokracznie wyrzeźbionym wzorem. Zdobienie mogło przedstawiać zarówno umięśnionego węża, jak i kabel z wtyczką. Chłopiec uważnie przypatrywał się Rudej oczami w kolorze ciepłego bursztynu.

- Spadłaś tak nagle z nieba... - Niepewnie podrapał się po uchu. - Skąd się wzięłaś?

- Ja... - Z pamięci wyłoniły się obrazy zniszczonego domu. To miejsce wydawało jej się nierealne, już nie wiedziała, co jest prawdziwe.

- Pachniesz dymem - kontynuował, gdy nie odpowiadała. - Jeśli chcesz, możesz przyłączyć się do mojej wielkiej przygody poszukiwawczej.

- A czego szukasz? - Ciekawość ustąpiła miejsca niepewności.

- Swojego Talentu. Podobno każdy go kiedyś odnajdzie, więc go szukam. - Uśmiechnął się szeroko, a w oczach było widać iskrę podekscytowania. - A zacznę tam. - Wskazał palcem na horyzont.

Podążyła wzrokiem za jego dłonią i przysłoniła oczy przed ostrym słońcem. Aż rozchyliła buzię na widok wyrastający znad pola pszenicy.

Tuż na granicy bezkresnej równiny zbóż i skalistego pasma górskiego wzniesione było ogromne miasto. Całe mieniło się błękitem i lazurem, jakby wybudowane z niebieskiego jaspisu. Kolosalne mury pięły się wysoko i ciągnęły, aż wbiły się w zbocze urwiska. Nad miastem górował potężny posąg pięknej kobiety, która wyglądała, jakby zrodziła się z wnętrza skał. Wyższa od wszystkich budynków, strzegąca miasta i wypatrująca niebezpieczeństwa. Ubrana była w długie, rozwiane szaty, a z jej oblicza biły dobro i niezwykły spokój. Jej zapamiętana w kamieniu twarz uśmiechała się nieznacznie i skierowana była wprost na nich, zupełnie jakby ich obserwowała. To było magiczne miasto, a ten właśnie widok na długo miał pozostać w pamięci Sophie.

- Czy to jest sen? - Zapatrzona, czuła, że drży. - Zasnęłam?

- Skąd mam wiedzieć? - Chłopiec wzruszył ramionami. - Jeśli to twój sen, powinnaś to wiedzieć. Ale ja czuję się całkiem prawdziwie.

- Uszczypniesz mnie?

Podszedł do niej i od razu spełnił jej prośbę.

- Au...

- Wyglądasz na prawdziwą, więc to chyba nie sen.

Uśmiechnął się zawadiacko i wyciągnął z rudej czupryny gałązkę. Zawstydzona, przeczesała palcami zmierzwione włosy.

- Powinnam być w domu... - Spuściła smutno wzrok.

- Ja też, ale uciekłem. Nie chcę tam teraz być. - Wyrzucił gałązkę za siebie. - Nie, kiedy nie mogę rozmawiać z mamą.

- Co jest twojej mamie?

- Nie wiem, bracia mi nie chcą powiedzieć. - Zacisnął usta i lekko pociągnął nosem. Dzielnie mówił dalej: - Ale ja wiem, że coś jest nie tak, widziałem, jak płaczą.

- I siedzisz tu całkiem sam?

- Nie chcę być teraz z kimś... a tu nigdy nie ma nikogo.

- To ja już chyba lepiej pójdę. - Zakłopotana, odwróciła od niego wzrok.

- Nie, zaczekaj. - Rozchylił długie źdźbła, odsłaniając niewielkie wzniesienie wolne od zbóż. Rosło na nim jedno zeschnięte drzewo owocowe. Popękana kora i zastygłe w bezruchu, twarde gałęzie szeroko rozpościerały się nad całą górką. - Skoro już spadłaś z nieba, to może posiedzisz trochę ze mną? - Złapał ją za rękę. - Pokażę ci moją kryjówkę.

Przedarli się przez pszenicę. Źdźbła łaskotały ją w szyję i gdyby nie jego ciepła dłoń, na pewno pogubiłaby się w wysokim labiryncie. Usiedli pod drzewem, z dala od wszystkiego, i patrzyli na mijający czas. W tej jednej chwili byli tylko oni i ten niezwykły widok. Chłopiec pokazał Sophie swoją mapę i trasę podróży, którą odbył w tajemnicy przed rodziną. Opowiadał niestworzone historie, a ona słuchała i zapomniała się zupełnie. Uśmiech wrócił na jej twarz, nie chciała być nigdzie indziej niż właśnie tu. Zagubieni i pozostawieni sami sobie, czuli, że są częścią czegoś większego. To uczucie będzie ich prowadzić.

Przyszła złota godzina, promienie zmęczonego słońca zalały pola zbóż. Wiatr ustał i cisza wypełniła ich rzeczywis­tość. Oparci o szeroki pień, czuli, jak morzy ich sen. Błękitne miasto odbijało się w zaspanych oczach, raz po raz przysłaniane ciężkimi powiekami. Aż w końcu zniknęło zupełnie.

Uczucie ciepła zawładnęło ciałem dziewczynki, a sen zlał się z wyobraźnią.

Błękitny krąg pojawił się znikąd. Nieruchoma postać otulona jasnymi smugami delikatnie dotknęła spalonej ziemi.

Alex podbiegł do śpiącej Sophie i padł przy niej na kolana. Niebieski portal, w którym się pojawiła, rozpłynął się w mroku. Chłopak przetarł oczy z niedowierzaniem; bał się, że stracił tego dnia wszystkich, na których mu zależało. Nigdy nie zapomni tego widoku, nikt mu nie pozwoli go zapomnieć. Będzie pamiętał i będzie musiał żyć z tym poczuciem odpowiedzialności. Uniósł Sophie i odetchnął z ulgą, gdy mruknęła zaspanym głosem:

- Alex...? Miałam dziwny sen.

Wokół nich pojawili się pozostali Agenci. Żaden z nich nie przypuszczał, że po tylu godzinach odnajdą kogokolwiek żywego w zgliszczach posiadłości Laurence'a. Nikt nie powinien wiedzieć, co tu się wydarzyło, nawet ona sama.

- Tak, to był tylko sen... - Alex nie krył wzruszenia, gdy odgarnął z osmolonej buzi rude kosmyki. - Opowiesz mi go?

Każde jej słowo zostało nagrane. Mówiła, opowiadała i pytała, ale nikt nie udzielał jej żadnej odpowiedzi. Otulona grubym kocem, wsłuchiwała się w monotonny dźwięk startującego helikoptera. Przylgnęła do szyby i widziała oddalający się dom. Biały dym wciąż unosił się z tlących się zgliszczy wschodniego skrzydła posiadłości. Maszyna zrobiła koło nad budynkiem; ostatnie, co zobaczyła, nim odciągnięto ją od okna, to smutna twarz jej ukochanego lokaja, Benjamina. Staruszek stał przed zniszczoną częścią posiadłości, machał do niej drżącymi dłońmi i ze łzami w oczach. Nawet nie pozwolili im się pożegnać.

Skuliła się w kłębek i schowała głowę pod koc. Łkając, cała drżąca, zasnęła na kolanach Alexa. Już tylko on jej został, tylko przy nim była na tyle dzielna, by więcej nie płakać. W nim przez najbliższe lata będzie odnajdywać namiastkę domu, skrawek tego, co jej odebrano.

- To czarny dzień dla Agencji. - Jeden z Agentów siedział naprzeciwko Alexa i śpiącej Sophie. - To straszne i zarazem niezwykłe, co się wydarzyło. Ktokolwiek stoi za tym zamachem, znajdziemy ich - zapewnił blondyna.

Alex z wahaniem kiwnął głową.

- Wszyscy jesteśmy w żałobie po śmierci Laurence'a i pozostałych. - Agent oparł się o twardy zagłówek. Oczy miał zmęczone i przepełnione goryczą. - Jednak ty straciłeś dziś nie tylko przełożonych, ale również ojca. Moje kondolencje, chłopcze.

Alex nie patrzył na niego. Zawiódł tego dnia na całej ­linii. Ojciec mu ufał, a on nie potrafił nawet przypilnować pięciolatki. Mogła zginąć, zginęłaby, gdyby nie udało jej się uciec. Nie powinna przez to przechodzić, miał ją chronić, a była zdana tylko na siebie. To on powinien był ją ­uratować, a nie jej Talent. Gdyby traktował swoje obowiązki poważniej, może jego ojciec by żył. Powinien być taki jak on, bezwzględny i pozbawiony wątpliwości. Zdolny do poświęcenia życia dla Agencji.

- Co się z nią teraz stanie? - spytał ochrypłym głosem.

Mężczyzna ściszył głos i pochylił się w stronę młodego Agenta.

- Laurence jednak miał rację, wcale nie oszalał. Coś jest po drugiej stronie Sieci. - Wskazał głową na małą Sophie. - Ona jest tego dowodem. Po dzisiejszym dniu nic już nie będzie takie samo, ale najważniejsze, by wszystko utrzymać w tajemnicy. Pozostali już zaczęli gadać, że teraz władzę w Agencji przejmie Morgan Holloway. To on zdecyduje, co z nią dalej zrobić.

Na zabałaganionym biurku z drewna hebanowego leżał złoty, kieszonkowy zegarek. Wskazówki nieubłaganie gnały do przodu, odsyłając tragiczny dzień do historii. Cicha praca mechanizmu wypełniała pokój. Na kryształowej popielnicy wypalało się nietknięte cygaro, a wysoki snop nieruchomego dymu ciągnął się aż do sufitu.

Morgan Holloway w bezruchu opierał czoło o splecione przed twarzą dłonie. Przyjechał z Waszyngtonu, gdy tylko dowiedział się o tragedii. Równie dobrze i on mógł być wśród zamordowanych. Teraz tajemnica Utalentowanych spoczywała wyłącznie w jego spracowanych rękach.

Podniósł wzrok na stojące przed nim zdjęcie. Fotografia przedstawiała jego i Laurence'a. Przyjaciele gratulowali sobie ostatnich osiągnięć Agencji, wszystko dzięki zawziętości Richarda. A teraz przyjaciel został tylko wspomnieniem. Jego ciężka praca nie może odejść razem z nim, Morgan nie dopuści, by jego idee zostały zapomniane. Agencja wciąż żyje i teraz będzie silniejsza niż kiedykolwiek.

Nawet nie drgnął, gdy drzwi biura się otworzyły, a do pokoju weszła jego asystentka. Kobieta oparła rękę o biodro i beznamiętnym tonem powiedziała:

- Przygotowują ją. Tak jak rozkazałeś. - Miranda już wtedy miała swój własny, elegancki i absolutnie snobistyczny styl.

- Dziękuję. Zaraz do niej przyjdę. - Przetarł zmęczone oczy.

- Morganie, podjąłeś słuszną decyzję. Nikt nie mógł przewidzieć, że tak to się potoczy. - Jej głos jakby złagodniał. - Ta wiedza to zbyt duże brzemię dla takiego dziecka, a zarazem ogromne niebezpieczeństwo.

- Chciałbym zatroszczyć się o nią tak, jak to robił Richard, ale nie potrafię - przyznał, przybity.

- Tak będzie lepiej.

- Nie... - Wstał i zgasił cygaro. - Tak będzie prościej.

Długa jazda windą odwlekała chwilę spojrzenia dziewczynce w oczy. Drzwi rozsunęły się i zobaczył jasną biel. Na końcu bezbarwnego korytarza było tylko jedno, szklane wejście. Wszedł do pomieszczenia, a lekarz zajmujący się aparaturą ukłonił mu się nieznacznie.

Zimne ściany i podłoga miały kolor olśniewającej, nieskazitelnej bieli. Sufit był jednym, wielkim, nieprzerwanym lustrem o lodowatym odcieniu. Podszedł do centralnie stojącego zbiornika z kilkucentymetrowego szkła, wypełnionego zielonkawym płynem. Podejrzana, przejrzysta ciecz była wzburzona, a pośrodku niej, na białych krzesłach, siedziały dwie postacie.

Sophie szarpała się na siedzeniu, a błękitne oczy tonęły we łzach. Przywiązana i podłączona do aparatury wbrew jej woli, była unieruchomiona tak, by mogła patrzeć tylko na przerażające lustro. W jego odbiciu widziała wpatrzony w siebie pusty wzrok mężczyzny zajmującego drugie krzesło. Wydawał się uśmiechać, jakby chciał ją uspokoić, ale jego blada skóra i wychudzona sylwetka wzbudzały w niej lęk.

- Ciebie to nie zaboli - mamrotał cicho i bardzo niewyraźnie. - Nie boli, tylko trochę - powtarzał jak mantrę.

- Hubercie, nie strasz naszego małego gościa. - Holloway powoli obchodził zbiornik wkoło. Zatrzymał się przy Sophie i uśmiechnął się smutno. - Dałaś nam niezłą nauczkę, moja droga. Twój wyczyn zostanie zapamiętany, ale nie przez ciebie. - Skinął na lekarza stojącego przy konsoli. - Taki Talent nie powinien należeć do jednej osoby... Kto by przypuszczał, że z takiej tragedii mogło wyniknąć coś dobrego. Dostarczyłaś nam dzisiaj mnóstwo przydatnych danych, jestem pewien, że zdołamy wygenerować efekt portalu dzięki naszym urządzeniom. Bez zakłóceń, bez wahań Sieci i bez ludzkiego błędu. W warunkach laboratoryjnych i pod pełną kontrolą zadbamy, by moc Sieci była użyta we właściwy sposób. Tak naprawdę to wyświadczam ci przysługę, takie brzemię to wielka odpowiedzialność. Przejmę je od ciebie i zagwarantuję Agencji siłę, jakiej potrzebuje. A gdy już ujarzmimy Sieć, zajmę się tym, co skrywa się za jej granicą.

Płyn wkoło Sophie zawrzał, a rude włosy zaczęły falować. Zacisnęła powieki, spod których wypływały łzy.

- To była dla nas doskonała lekcja, wiele ci zawdzięczamy. - Delikatnie pogładził ją po mokrych policzkach, próbował przekonać, by otworzyła oczy, by spojrzała w lustro. - Dzięki tobie znamy cel naszych eksperymentów. Wskazałaś nam drogę, w końcu teoria będzie mogła stać się praktyką. Byłoby wspaniale móc pracować nad tym razem z tobą, ale wyniki szaleją, gdy używasz Talentu, burzą całą naszą pracę. Strach pomyśleć, do czego mogłabyś doprowadzić, gdybyś używała go bezkarnie.

Powoli otworzyła oczy. Jej usta drżały ze strachu i bezsilności.

- Richard miał rację, jesteś naprawdę niezwykła. - Na jej szyi dostrzegł niewielką błyskotkę, srebrny naszyjnik z jaspisowym oczkiem. Wiedział, jak ważna była to dla niej pamiątka, zwłaszcza teraz, gdy Richarda nie było już wśród nich. Wyciągnął dłoń i zerwał talizman z łańcuszka. Zakręcił wisiorkiem w dłoni, w jego głowie zrodził się pewien pomysł. Pamiątka wkrótce do niej wróci. Wkrótce.

Sophie podniosła wzrok na lustrzany sufit, patrzyła na swoje przerażone odbicie. Poczuła odrętwienie rozchodzące się po całym ciele. Zrobiła się senna, a przy każdym mrug­nięciu lustro jakby uginało się nad nią. Wyglądało jak tafla wody, którą ktoś zmącił, a kręgi zaczęły się rozchodzić i zaburzać widzenie.

- To był długi dzień, Sophie. - Słowa wypowiedziane przez Hollowaya były dla niej ledwo słyszalne.

Zakręciło jej się w głowie, nieświadomie jej spojrzenie spotkało się z przerażającymi oczami Huberta. Chciała zamknąć powieki, zerwać kontakt wzrokowy, ale nie mogła nawet drgnąć. Czuła, że zaraz utonie, że przerażająca tafla ją pochłonie. W głowie rozległ się narastający szum, a potem ogłuszający krzyk.

Lekarz prowadzący sesję usunięcia wspomnień zdjął z głowy słuchawki i wyciągnął z komputera niewielką kartę pamięci. Mały, prostokątny kawałek plastiku - teraz tym było wspomnienie portalu, błękitnego miasta i chłopca o bursztynowych oczach.

- Co jej powiedzieć, kiedy się obudzi? - Lekarz zwrócił się do Hollowaya.

- Prawdę o śmierci jej ojca. I na tym poprzestać. - Morgan patrzył, jak nieprzytomna Sophie jest wyciągana ze zbiornika. - Zajmij się też wszystkimi, którzy widzieli portal. Pozostaw przy pamięci jedynie Alexa, syna Pitera. Przyślij go potem do mnie, mam dla niego nowe wytyczne.

Lekarz kiwnął głową i zaczął wprowadzać dane do komputera. Została jeszcze tylko jedna procedura.

- Szefie, proszę o podanie i zatwierdzenie kryptonimu usuniętego wspomnienia.

Holloway w zamyśleniu zmarszczył czoło i chwilę wpatrywał się w ekran komputera. Pochylił się nad konsolą i osobiście nazwał plik.

"Horyzont zdarzeń"

?

Gia otworzyła oczy. Oddychała z trudem, nie była gotowa na to, co zobaczyła.

- Wszystko w porządku? - Nick siedział tuż przy niej. Nie odstępował jej na krok przez ten cały czas, gdy śniła.

Potrzebowała chwili, żeby oswoić się z rzeczywistością. Była tu z Nickiem, w domu Nieznajomego... Blase'a. Zgodziła się, by za pomocą swojego Talentu wykorzystał sny, żeby pokazać jej, czym jest horyzont zdarzeń, i tym samym zwrócić jej odebrane wspomnienia.

Blase siedział przed nimi na ziemi po turecku. Głowę miał spuszczoną, a oczy zamknięte przez cały czas trwania dziwnego transu. Siedział nieruchomo w pełnym skupieniu. Nie wiedzieli, czy to rodzaj śnienia, czy medytacji, ale podczas używania Talentu był zupełnie nieobecny.

- Co się działo? - dopytywał Nick.

Blase się ocknął. Wyglądał na zmęczonego i zadrżał, jakby zrobiło mu się przejmująco zimno. Chuchnął w zmarznięte dłonie; najwyraźniej korzystanie z Talentu kosztowało go dużo energii. Rozmasował kark i niepewnie wstał, by dorzucić drewna do kominka. Wyciągnął ręce w stronę ognia i próbował się rozgrzać.

- Skąd mam mieć pewność, że to, co mi pokazałeś, to prawda? - Gia uniosła się z kanapy. Historia, którą jej pokazał, ciągle snuła się po jej myślach.

Pokręcił głową, nie mógł się dziwić jej brakowi ufności. Odwrócił się w ich stronę.

- Nie potrafię manipulować snami, mogę być tylko obserwatorem. Pokazałem ci tylko to, co już znajdowało się w twojej pamięci. - Był dziwnie rozdrażniony. - Poza tym ja nigdy nie kłamię.

Gia uniosła brew.

- Więc czemu nie pokazałeś mi tego wcześniej?

- Chciałem, ale coś mnie blokowało. Uciekałaś mi, mój Talent nie mógł cię dosięgnąć. - Popatrzył na nią porozumiewawczo.

- Naszyjnik... - W końcu to do niej dotarło. Oparła głowę o dłonie i rozmasowała skronie. - Chip blokował również twój Talent - dodała, nie patrząc na niego.

- Chciałem cię nakierować, popchnąć do poszukiwań. Pokazać ci, że Agencja cię okłamuje - tłumaczył, a jego słowa łatały luki w jej myślach. - Jesteś pierwszą osobą, którą udało mi się zmusić do lunatykowania - dodał z nutką dumy w głosie.

- Niewiele brakowało i wszystko by ci się udało - przyznała z lekkim uśmiechem. - Jak dotarłeś do tego wspomnienia, skoro nawet ja go nie pamiętałam? - To jedno nie dawało jej spokoju. Przecież usunięcie przez Huberta wspomnień z myśli powinno być trwałe. Tak przynajmniej cały czas twierdziła Agencja.

- Wydaje mi się, że to dlatego, że byłem jego częścią. Mogłem je odtworzyć. To wspomnienie wciąż było w twojej pamięci, ale jakby wyblakłe i niewyraźne, schowane za ścianą. - Szukał odpowiednich słów. - Patrzyłaś na nie, ale go nie widziałaś.

- Wszystko to usunęli mi z pamięci... - Pokręciła z niedowierzania głową. - Co jeszcze mogli przede mną ukrywać?

- Usuwanie pamięci?! - Nick w końcu wtrącił się do rozmowy. Czuł się pominięty w całej tej dyskusji, ale to zdanie go rozjuszyło.

Gia zrozumiała, że powiedziała o kilka słów za dużo. Zapomniała, że Nick nie wiedział o procedurach kasowania wspomnień przez Agencję.

Chłopak gwałtownie wstał i spojrzał jej w oczy.

- Wyjaśnisz mi to? - zażądał.

Blase patrzył z dystansu to na Rudą, to na Nicka.

- Używałaś tego na mnie? - dopytywał. - Skasowałaś mi coś z pamięci?

Gia była wściekła na samą siebie, że dowiedział się o tym w taki sposób.

- Tylko raz... - przyznała w końcu. - Ale to nie było nic ważnego.

Nick parsknął śmiechem, mógł się tego po niej spodziewać. Nie chciał jej dalej słuchać; ani jej, ani kolesia, który wlazł z butami w ich życie. Wyszedł na zewnątrz, potrzebował świeżego powietrza, a ona wybiegła za nim. Musieli porozmawiać w spokoju. Tylko we dwoje.

Blase widział, jak kłócili się przed domem. Dlatego właśnie brzydził się kłamstwem. Teraz Gia sama musiała stawić czoła złości Nicka tylko dlatego, że nie była wobec niego szczera.

Rozmawiali długo, a ona opowiedziała mu, czego dowiedziała się od Blase'a. Zarysowała mu całą historię, a on słuchał. Słuchał, ale czuł, że jego ufność wobec niej została zachwiana.

?

- Dzień dobry - te ciepłe słowa w jej głowie wybudziły ją ze snu.

Już nie pamiętała, kiedy ostatnio przespała spokojnie tyle godzin. W miękkim łóżku, bez nagłej pobudki i szaleńczego pędu.

Powoli uchyliła powieki, a jej wzrok natrafił na wpatrzone w nią dwie pary brązowych oczu. Jedne już znała. Psisko opierało pysk o kanapę i lekko zamerdało, gdy Gia unios­ła się na łokciach. Druga para oczu natomiast zamrugała, podekscytowana. Dziewczynka miała może siedem lat i była wzrostu siedzącego przy niej psa. Szeroki uśmiech pozbawiony kilku mlecznych zębów to chyba najmilsza rzecz, jaką zobaczyła od dawna po przebudzeniu.

Ruda usiadła i nim zdążała cokolwiek powiedzieć, dziewczynka i jej pupil pobiegli do kuchni. Tam krzątał się Blase, który spokojnym głosem przywitał ją, jeszcze gdy spała. Nie przestało jej to zadziwiać.

- Braciszku, już wstała. - Siedmiolatka pociągnęła go za koszulę.

- Wiem. - Nie przerywając mycia naczyń, wskazał na leżący na blacie talerz z przygotowanym posiłkiem. - Poczęstuj naszego gościa śniadaniem.

Gia patrzyła na jego plecy, kiedy kręcił się po kuchni. Spokojne światło wlewało się przez okrągłe okno, wyraźne zakreślając jego sylwetkę, umięśnione ręce i silne dłonie. Miał posturę człowieka pracującego fizycznie i nieco niechlujnie ścięte włosy sięgające ramion, co chwila wpadające mu do oczu. Był spokojny i rozluźniony, mimo że pod jego dachem znajdowały się dwie ścigane, zupełnie obce mu osoby.

Gia odchrząknęła i patrzyła, jak dziewczynka przy akompaniamencie psiaka zanosi talerz i kładzie go na stole. Wszys­cy zachowywali się tak, jakby obecność Rudej była czymś zupełnie normalnym. Dla wszystkich, tylko nie dla Rudej.

Siedmiolatka gestem zaprosiła ją do stołu, po czym sama usiadła na jednym z krzeseł i oparła łokcie o blat. Gia przysiadła się do niej i spojrzała na talerz. Trzy placuszki, chyba z dyni, podane z białym serkiem i szczypiorkiem, pachniały przepysznie.

- Smacznego. - Dziewczynka wesoło wierciła się na krześ­le. - Na długo zostaniesz?

- Tego jeszcze nie wiem - odparła zgodnie z prawdą.

- Jestem Zaya.

- Miło mi cię poznać. - Uśmiechnęła się mimowolnie i chwyciła za widelec. - Nazywam się Gia Raider.

- Czy to prawda, że przybyłaś z Drugiej Strony? - wyszeptała cichutko, ale i na tyle głośno, by Blase ją usłyszał.

- Zaya, daj zjeść koleżance w spokoju. - Ten zmarszczył brwi i wytarł mokre dłonie w ściereczkę.

Gia aż zakrztusiła się na dźwięk tego pytania i spojrzała w oczy gospodarza. Nieco zmieszany, usiadł przy stole naprzeciwko niej.

- Gdzie Nick? - spytała.

- Wstał o brzasku, nie mógł spać, bo "łeb go nawalał" - zacytował raczej nie dość dokładnie z powodu obecności dziewczynki. - Odreagowuje wasze pogaduszki przed domem. - Wskazał palcem za okno.

Nick zamachnął się siekierą i rozrąbał kolejny pieniek drewna. Ustawił szczapy w pokaźny stos i zabrał się za kolejny. Wyładowywał niepewność i złość, która aż buzowała w jego żyłach. Zmęczenie zawsze pozwalało mu się uspokoić i oczyścić myśli, a skoro nie miał pod ręką sali treningowej, zadowoli się rąbaniem drewna na opał. Rozmasował ranę na boku; musiał przyznać, że śmierdząca maść, którą przygotował dla niego Blase, naprawdę uśmierzyła rwący ból. Czuł, że dziwny mężczyzna, z którym splótł ich los, jeszcze nieraz go zaskoczy. I właśnie to go drażniło. Nie ufał Blase'owi, jego pomoc wydawała mu się tylko pozorna. Nikt nie naraża własnego życia i nie ukrywa dwójki uciekinierów we własnym domu bez powodu. Wiedział, że prędzej czy później będą musieli zapłacić za tę gościnność.

Starł pot z czoła i rozmasował bolącą głowę. Zamrugał nerwowo, gdy wzrok mu się zamazał. To już drugi raz, odkąd wstał. Odstawił siekierę i pozbierał kilka szczap. Pora w końcu dowiedzieć się, czego chce od nich Nieznajomy.

Bez słowa wszedł do domu w momencie, gdy Ruda kończyła śniadanie. Rzucił drewno zaraz przy kominku i ignorując zaczepne merdanie psiego ogona, przysiadł się do stołu.

Blase odetchnął ciężko, widząc wpatrzone w siebie nieufne spojrzenia.

- Zaya, idź, proszę, na górę - nakazał dziewczynce.

- Ale...

- I zabierz go ze sobą. - Wskazał na psiaka, który aż położył po sobie uszy.

Zostali we trójkę przy okrągłym stole, pełni wątpliwości i pytań.

- Kto jeszcze jest na górze? - Nick wskazał wzrokiem na kręte schody. - W nocy słyszałem stukanie na piętrze. Wiem, że wstawałeś w nocy i kręciłeś się po domu.

- Czemu tak cię to trapi?

- Wolałbym wiedzieć, kto jeszcze nas podsłuchuje.

- Nie twój interes.

Panowie od samego początku skakali sobie do gardeł. Gia jednak cieszyła się, że Nick nie tracił czujności. Splotła przed sobą dłonie i próbowała zebrać myśli.

- Blase... - zaczęła, czym ściągnęła na siebie wzrok ich obu. - Gdzie my jesteśmy?

W końcu wydusiła z siebie to dręczące ich pytanie. Nie spodziewała się tylko, że odpowiedź miała zmienić całe ich dotychczasowe życie.

- Gia, podczas ucieczki przed Agencją otworzyłaś portal, który różnił się od pozostałych... - Blase wyglądał, jakby ćwiczył to zdanie setki razy, a mimo to trudno mu było je teraz wypowiedzieć.

- Mów dalej - ponagliła go, gdy pauza przeciągała się nieznośnie długo.

- Przeniosłaś was tutaj, na Drugą Stronę Sieci. - Zawiesił głos. - Witajcie w Dexteram.

- Dexteram? - spytali równocześnie Gia i Nick.

- Co to za brednie? - dodał już tylko Nick.

- Żadne brednie. Chyba zauważyliście, że odkąd przeszliście przez portal, coś się zmieniło. - Spojrzał na nich, nie musieli odpowiadać. - Dexteram i Sinistram to równoległe światy, które rozdziela Sieć. - Zwrócił się do Rudej: - To dzięki jej budowie możesz przemieszczać się w obrębie tej struktury lub przedrzeć się przez nią na Drugą Stronę. Nasze światy są połączone i zależne od siebie, nawet dziecko to wie.

- Ja wiem, uczyli mnie o tym w szkole.

Zwrócili się w stronę schodów, na których szczycie przykucnięta Zaya przysłuchiwała się rozmowie.

Blase odetchnął ciężko i pokręcił głową. Przywołał dziewczynkę gestem. Mała była zbyt podekscytowana wizytą gości z Sinistram, by słuchać jego poleceń. Od zawsze chciała poznać kogoś, kto stamtąd pochodzi. Brat nie potrafił się na nią złościć, sam zaszczepił w niej tę fascynację. Jemu również trudno było uwierzyć, że w końcu udało mu się spotkać tych dwoje.

Zaya podeszła i usiadła bratu na kolanach.

- Może opowiesz im historię światów, oni nie za bardzo uważali w szkole - szepnął jej do ucha.

Gia i Nick spojrzeli na siebie.

Dziewczynka wyprostowała się i odchrząknęła, jakby występowała na scenie.

- Dawno, dawno temu... - początek brzmiał znajomo - na świat przyszedł chłopiec władający niezwykłą mocą. Mówi się, że był on pierwszym Utalentowanym, a po nim pojawili się następni. Nazywano go Oburęcznym, Wszech­ojcem obu światów. Wszyscy żyli w harmonii i równowadze, ale pewnego dnia Talent zaczął przerażać zwykłych śmiertelników. Ludzie i Utalentowani zwrócili się przeciwko sobie, a Oburęczny nie mógł dłużej znieść krzywd i waśni. Wyzwolił Talent i wzniósł barierę nazwaną przez nas Sieć, tworząc w ten sposób dwa światy; Dexteram i Sinistram. - Zaya uśmiechnęła się szeroko widząc, jak Gia i Blase uważnie jej słuchają. Tylko Nick spoglądał na nią, znudzony, ale nie dała się speszyć się i kontynuowała: - Oburęczny do dziś sprawuje pieczę nad oboma światami, pisząc dzieje ludzkości równocześnie na dwóch zwojach utkanych z nieba. Na lewym zwoju, lewą ręką pisze losy Sinistram, a prawą historię świata Dexteram. Raz na dwa tysiące lat przerywa pisanie i daje swoim dzieciom wolną wolę. Gdy oba zwoje zostaną połączone, Oburęczny zakończy swoje dzieło, a my zaczniemy pisać naszą własną historię. Mówi się, że Sieć to splecione dusze jego potomków, jego dar dla wszystkich, którzy w niego wierzą - skończyła recytować, jakby faktycznie setki razy była z tego ­odpytywana.

Blase pogłaskał ją po głowie z pobłażliwym uśmiechem.

- To bardziej legenda niż historia - sprostował. - Albo raczej interpretacja Kapłanów na temat tego, co dzieje się z Siecią.

Nick otwarcie wyśmiał to co, usłyszał. Ta bajeczka sprawiła, że męczący go ból głowy tylko się nasilił.

- Rozumiem, że zwoje mają symbolizować nasze światy. - Rudej jakoś nie było do śmiechu. - Co to znaczy, że zostaną połączone? - dopytała.

- Daj spokój, to przecież jakaś ściema! - Nick, słysząc jej zaciekawiony ton, rozłożył ręce z niedowierzaniem.

- Mój brat nigdy nie kłamie! - wtrąciła się Zaya.

- To, że w coś nie wierzysz, nie znaczy, że to przestanie istnieć - wtórował jej Blase.

Nick obiegł wzrokiem wpatrzone w niego twarze. Machnął ręką, dając znać, by dalej mówił Blase.

- Przez wielu wierzących Sieć jest traktowana jak bóstwo, ponieważ to ona wpływa na nasze życie, jest darem od Oburęcznego, który za jej pośrednictwem zesłał na nas Talenty.

- Bardzo poetyckie - skomentowała ironicznie Gia, powstrzymując się, by nie przewrócić oczami. - Naukowcy Agencji również doszli do wniosków, że Sieć i Utalentowani są ze sobą w jakiś sposób połączeni, ale nigdy nie udało się tego potwierdzić.

Blase pokiwał głową; wiedział, że rozmowa z takimi ludźmi jak Gia i Nick, którzy mocno stąpają po ziemi, będzie trudna. Przywykli do sprawdzonych faktów, twardych dowodów i naukowych badań, a jedyne, co on miał im do zaoferowania, to własne słowa. Niezrażony ich sceptycyzmem, kontynuował:

- Według historycznych zapisków, nad którymi pieczę sprawuje Kościół, raz na dwa tysiące lat, gdy Sieć słabnie, pojawia się możliwość ofiarowania jej wiecznego odpoczynku. Zniesienia jej. Kiedy ta bariera zniknie, oba światy zostaną połączone. - Blase spoważniał i nawet Zaya w skupieniu słuchała jego słów. - Trójca, czyli Najwyższa Kapłanka i jej dwóch doradców, przepowiadają, że czas ten właśnie nadchodzi.

- Co się wtedy stanie? - dopytywała Gia.

- Tego nie wie nikt. Połączenie jeszcze nigdy nie nastąpiło. Gdyby było inaczej, wszyscy byśmy o tym wiedzieli, a Sieć przestałaby stanowić tajemnicę. To powód, dla którego ludzie, którzy urodzili się po waszej stronie, nie mają pojęcia o naszym istnieniu - wyjaśnił na tyle klarownie, na ile potrafił.

- Czekaj, to jak to się stało, że w waszym świecie wszystko wiadomo, a u nas nic? - Nick jednak włączył się do dyskusji.

- Tak piszecie własną historię. - Gospodarz spojrzał na nich twardo. - Zatajając prawdę.

Gia zamyśliła się nad tymi słowami. Do tej pory, jako Agenci, sami przyczyniali się do ukrywania informacji o Utalentowanych, o istnieniu Sieci. A przed nimi byli inni, którzy trzymali tę wiedzę w tajemnicy. Nic dziwnego, że historia uległa zmianie, że niewygodne fakty z biegiem lat przepadły. Trudno im było sobie wyobrazić, co by się stało, gdyby w ich świecie ludzie poznali prawdę. Nawet oni znali tylko jej skrawek i buntowali się przeciw temu, jak wygląda rzeczywistość.

- I ty w to wszystko wierzysz? - Nick starał się nie brzmieć drwiąco.

- Oczywiście, że tak - odparł rozbrajająco szczerze Blase. - Ale myślę też, że to świetny sposób, aby Kapłani mogli straszyć swoich wiernych końcem świata. To, co dzieje się z Siecią, idealnie wpisuje się w ich narrację. I sam też bym im pewnie ślepo wierzył, gdybym dawno temu nie poznał akurat ciebie, Gia. - Przeniósł na nią wzrok. - Twoimi oczami widziałem, co robi Agencja, jak destabilizuje Sieć, jak na niej eksperymentuje, wpływając tym samym na mój świat.

Dzięki snom Rudej Blase zdawał sobie sprawę, jak wyglądała ich praca jako Agentów. Wiedział, że ma przed sobą tych, którzy stali na straży wiedzy i robili wszystko, by utrzymać ją w tajemnicy. Którzy posłusznie wykonywali rozkazy i ignorowali zatruwanie i niszczenie Sieci przez ich przełożonych. W jego oczach Gia i Nick widzieli pretensję.

Rudej się to spojrzenie nie spodobało.

- Agencja od lat rejestrowała wahania Sieci, jeszcze zanim zaczęła w nią ingerować. - Gia pochyliła się w jego stronę. Wypowiadała słowa takim tonem, jakby groziła Blase'owi. - A my nie mogliśmy już dać z siebie więcej. Wszystko, co robiliśmy, robiliśmy dla dobra Utalentowanych i Sieci.

- A ty nadal myślisz w sposób, który podyktowała ci Agencja... - Pokręcił z politowaniem głową, niewzruszony jej ostrzegawczym spojrzeniem. Czy to rozmyślnie, czy w przypływie szczerości: trafił w jej czuły punkt.

W Rudej aż zawrzało. Nie zgadzała się z tym, do czego dążyła Agencja, ale nie miała wątpliwości, że im więcej ludzi wie o Sieci, tym bardziej jest to niebezpieczne dla samych Utalentowanych. Od kiedy odczytali dane z pendrive'a od Filipa, podejrzewali, że działania laboratoriów Agencji pogarszają stan Sieci, ale jako zwykli żołnierze nie mieli na to wszystko wpływu.

- Jakim prawem obwiniasz nas za ten cały bajzel, który próbujesz nam wmówić? - Nick nie wytrzymał oskarżeń rzucanych w ich stronę i trzasnął dłońmi w stół. Gwałtownie wstał, niemal wywracając ciężkie krzesło. - Nie będę słuchał tego pierdolenia.

- Uspokój się. - Gia pociągnęła go za rękaw i próbowała namówić, by usiadł z powrotem.

- Ty chyba nie wierzysz w to wszystko? - spytał, niemal krzycząc. - Ten koleś próbuje nam wmówić, że jesteśmy w równoległym świecie, i zwala na nas wszystkie grzechy Agencji!

Gia podniosła się z miejsca, nie chciała kłócić się przy świadkach.

- To jest jakiś bełkot, a my nie możemy dać się w to wszystko wkręcić - kontynuował Nick, jakby przemawiał do dziecka.

- Jeśli chcecie, to mógłbym... - zaczął Blase, ale Nick wszedł mu w słowo.

- Nie możesz. Dość już powiedziałeś. - Hamował się, aby nie zwyzywać go przy siedmiolatce. - A teraz przepraszamy, ale moja partnerka niedoli uderzyła się w głowę podczas wypadku samochodowego i coś jej się poprzestawiało.

- Samocho... - zaczął niepewnie Blase, wyszukując w pamięci nazwy, które znał tylko dzięki snom Rudej.

- Dobry jesteś, ale i tak ci nie wierzę - oznajmił Nick i wypchnął Rudą za drzwi prowadzące do ogrodu.

?

Zatrzymali się w cieniu drzewa stojącego za domem, a spłoszone ich krokami kury rozbiegły się po całym podwórku.

- Nie wygłupiaj się. - Gia zrzuciła ze swojego ramienia dłoń Nicka.

- Ja się wygłupiam?! Spójrz na siebie, wyglądasz, jakbyś łyknęła tę bajeczkę o świecie zza Sieci.

- Więc gdzie jesteśmy? - Skrzyżowała ręce na piersiach.

- Sądzę, że Agencja jednak nas złapała i robi nam właśnie pranie mózgu - wymyślił na poczekaniu, nerwowo przestępując z nogi na nogę. - Tak, to moja teoria. Jestem pewien, że w realu Alex właśnie kopie mnie po głowie i stąd ten ból.

- Agencja nie ma takiej technologii. - Zmarszczyła brwi.

- O, a ostatnie dni dobitnie pokazały, że Agencja niczego przed tobą nie ukrywała i jest godna zaufania - zadrwił.

- Nick...

- Nie nickuj mi tu! - Wbił w nią spojrzenie, a ona położyła delikatnie dłoń na jego policzku.

- Blase to Utalentowany, który porozumiewał się ze mną w snach, a teraz stara się nam pomóc. - Próbowała się uśmiechnąć, by choć trochę dodać mu otuchy, bo prawda była dla niej widoczna od samego początku: Nick bał się, tak samo jak ona. - Może to naiwne, ale czuję, że jest po naszej stronie.

Nick nieco przygasł. Wszystkie argumenty, dlaczego jego zdaniem to farsa, którymi chciał ją zarzucić, nagle wydały mu się bez sensu.

- Spotkałaś swojego chłopca ze snów i to wystarczy, żebyś mu ufała?

Parsknęła gorzkim śmiechem i oparła ręce na biodrach.

- Zaufanie to komfort, na który nas nie stać. - Spojrzała na niego bardzo poważnie, a on ostatnie zdanie wyczytał z ruchu jej ust. - Ufam tylko tobie.

Wrócili do domu, by spróbować dojść do porozumienia z gospodarzem, i usiedli na poprzednio zajmowanych miejscach.

Chwilę obserwowali, jak Zaya razem z psem biega po salonie, próbując złapać unoszącą się pod sufitem zabawkę. Niewielka kula ze śmigiełkiem jarzyła się pulsującym świat­łem i odbijała za każdym razem, gdy tylko czegoś dotknęła. W momencie gdy przelatywała obok kominka, blask w jej wnętrzu zgasł i runęła na podłogę. Pies chwycił ją w pysk i podał zmartwionej dziewczynce.

- Blaaaaaaaase, znowu nie działa. - Zaya podbiegła do stołu i położyła kulę na blacie.

- Nie potrafisz siostrze baterii w zabawce wymienić? - zakpił Nick i powstrzymał się przed położeniem nóg na stole.

- To nie takie proste, jak ci się wydaje. - Blase rzucił okiem na przedmiot, którym sam bawił się jeszcze jako dzieciak. - Śmigła napędza energia Sieci. Kulę należy wrzucić w jej gęsty strumień i wtedy zabawka może na niej szybować. Ale smugi od lat pojawiają się i znikają lub są zbyt słabe nawet, żeby utrzymać zabawkę w ruchu.

Ruda i Nick zaniemówili.

- Macie tu technologię pozwalającą wam korzystać z energii Sieci? - Gia mówiła bardzo wolno i wyraźnie, jakby chciała mieć pewność, że dobrze zrozumiała.

- Tak, albo przynajmniej mieliśmy do czasu, aż Sieć przestała być stabilna. - Chwycił zabawkę i uniósł ją, jakby szukał zasięgu w telefonie komórkowym. Śmigiełko drgnęło, a świat­ło w kuli mignęło na krótką chwilę, po czym ponownie zgasło.

- To jest dokładnie to, czego szuka Agencja. Właśnie dlatego wciąż eksperymentują i badają Sieć. - Gii aż zrobiło się gorąco na myśl, co Miranda mogłaby zrobić, gdyby dorwała w swoje ręce choćby tak niepozorny przedmiot.

- Powinnaś się cieszyć, że nie zawierzyliście całego swojego rozwoju kapryśnej Sieci. Przybyliście w trudnych dla mojego świata czasach. Wszystko, co stworzyliśmy przez tysiąclecia, bazowało na energii pozyskiwanej z Sieci. I zobacz, co nam pozostało. - Rozgoryczony, rzucił kulę na ziemię. - Ja i Zaya mamy poniekąd szczęście, bo od zawsze mieszkamy na wsi, tu życie jest prostsze i mniej zależne od technologii, ale w miastach od lat panuje kryzys. - Opadł na krzesło, wyraźnie zmęczony całą rozmową.

Nick przypatrywał się toczącej się po podłodze zabawce. Nie chciał tego przed sobą przyznać, ale ten drobny pokaz technologii bazującej na Sieci zrobił na nim wrażenie.

- I przepraszam was, poniosło mnie - podjął niespodziewanie Blase i zaczesał przydługie włosy w tył. - Macie słuszność, to, co robi Agencja, to nie wasza wina. Wy też byliście przecież oszukiwani, tak samo jak wasi bracia z Sinistram.

Nick przetarł oczy. Zabawka, na której zawiesił wzrok, zaczęła się zamazywać. Przycisnął dłoń do skroni. Ból, który się raptem pojawił, był tak silny, że nie słyszał, co mówi dalej Blase. Serce łomotało, jakby zaraz miało wyskoczyć mu z piersi, a po karku zaczęły spływać kropelki zimnego potu. Zacisnął powieki, ogarnięty przerażeniem był pewien, że zaraz eksplodują mu oczy. Stracił jasność myśli, a chwilę później i przytomność.

?

Nick odzyskiwał świadomość. Nie wiedział, w którym momencie osunął się z krzesła. Siedział teraz na ziemi, a przy nim byli Gia i Blase. Świat przed jego oczami falował. Czuł mdłości, zaczął przełykać ślinę, by nie zwymiotować. Zaya przybiegła z kuchni, w ręku ściskając mokrą ściereczkę.

- Nick, słyszysz mnie? - Ruda ściągnęła na siebie jego półprzytomne spojrzenie i przyłożyła mu zimny okład do czoła.

Poczuł ulgę, a jasność umysłu powoli wracała.

- Co... co się stało? - wymamrotał niewyraźnie.

- Zemdlałeś. - Pogłaskała go po policzku. - Pomóż mi go przenieść na kanapę. - Te słowa skierowała do Blase'a.

Podnieśli go. Oddychał ciężko. Dziwny atak ustał, ale ból wciąż kołatał się po głowie. Nick położył się i próbował uspokoić oddech. Wdech i wydech, wdech i wydech...

Blase wrócił ze spiżarni z gałązką pokrytą drobnymi, bordowymi listkami. Oderwał jeden i zgniótł w dłoniach. Uklęknął przy Nicku i odchylił mu głowę.

- Co robisz? - Gia złapała go za nadgarstek.

- Daj mi działać, znam się na zielarstwie.

- Co to takiego? - nie odpuszczała.

- Na całym kontynencie brakuje leków, ale olejki zawarte w tej roślinie działają uspokajająco i przeciwbólowo. - Podał jej łodyżkę. Poczuła silny zapach zbliżony do imbiru. - Jeśli nie chcesz, żeby cierpiał, wsuń mu listek pod język.

Spojrzała na nieznaną jej roślinę i na bladą twarz Nicka.

Po kilku minutach po podaniu stan chłopaka się unormował. Nick zasnął. Wyglądało na to, że Blase mówił prawdę.

- Co mu się stało? - Gospodarz siedział na podłokietniku kanapy ze skrzyżowanymi rękami na torsie. - Ma jakieś urazy prócz rany na boku?

- Ostatnie dni były trudne, oboje jesteśmy poobijani - przyznała półszeptem, żeby nie obudzić przyjaciela. - Odkąd tu przybyliśmy, narzekał na ból głowy. To może być albo wstrząśnienie mózgu po wypadku samochodowym, albo reakcja organizmu na szok spowodowany... tym wszystkim. Potrzebne są szczegółowe badania.

Zatroskane psisko oparło wielki pysk o udo śpiącego Nicka. Będzie czuwał, był nauczony, by pilnować chorego nawet za cenę popołudniowej przekąski. Gia podrapała go za uchem, a ten wdzięcznie zamerdał, uderzając wielkim ogonem o ­dywan.

- Załatwię dla niego wizytę u zaprzyjaźnionego lekarza - zaproponował Blase, gdy Zaya zniknęła za drzwiami. - Ale co z tobą?

- Nie rozumiem, o co pytasz.

- Wiem, co się stało w zajeździe, zanim zasnęłaś - podjął ostrożnie. - Widziałem takie ataki u mojej starszej siostry. Zaczęły się, gdy spotkało ją coś bardzo złego.

Zacisnęła pięści na myśl o tym paskudnym wspomnieniu. Przeżyła tak wiele, ale dopiero zdrada Agencji i przeniesienie na drugą stronę Sieci sprawiły, że jej psychika nie wytrzymała. Jak miała zadbać o Nicka i stawić czoła całemu światu, skoro nie radziła sobie nawet ze sobą?

- To był tylko epizod, dam sobie z tym radę - odparła twardo.

- To poważna sprawa, nie powinnaś być z tym sama.

- Nie jestem. - Wskazała na Nicka. - Mam jego i muszę się teraz dowiedzieć, co się z nim dzieje.

Złapała nieprzytomnego chłopaka za dłoń. Nie daruje sobie, jeśli przez nią stanie mu się coś złego.

- Mogę ci pokazać, jak uspokoić myśli, medytuję od lat.

- Poradzę sobie z tym - powtórzyła powoli i z całą stanowczością, na jaką było ją teraz stać.

- Przyjęcie pomocy nie jest słabością - kontynuował, niezrażony.

- Wiesz, jak się nazywa Agent, który w każdej chwili może dostać ataku paniki? - Poderwała głowę i spojrzała na niego z goryczą. - BEZUŻYTECZNY.

- To dobrze się składa, bo ty już nie jesteś Agentką. - Jego szczerość była rozbrajająca i chwilami zakrawała o brak zrozumienia. - Nie jesteś bezużyteczna, po prostu potrzebujesz wsparcia.

Położył rękę na jej ramieniu, a ona zgarbiła się pod ciężarem jego słów. W końcu jednak zdobyła się na słowa, które powinny paść już dawno.

- Dziękuję ci za pomoc. Jeśli to wszystko, o czym mówisz, jest prawdą, wiele dla nas ryzykujesz.

- Już wam mówiłem, ja nigdy nie kłamię.

- Już samo to stwierdzenie jest kłamstwem. - Uniosła brew.

Usiadł przy niej. Byli sami po raz pierwszy, odkąd poznali się na polu pszenicy pod granicami błękitnego miasta.

- To właśnie Talent nauczył mnie, że nie warto kłamać - podjął temat. - Podczas śnienia nie można zataić prawdy, w snach wszyscy jesteśmy równi i bezbronni. - Podrapał się po bliźnie na obojczyku. - Mnie nie można oszukać, bo zawsze mogę odnaleźć prawdę w pogrążonym we śnie umyśle.

- To tak, jakbyś... czytał mi w myślach? - Żeby zająć czymś drżące dłonie, miętosiła gałązkę oskubaną z leczniczych liści.

- To nie takie proste. - Odchylił głowę w tył, z namysłem próbował ubrać swoje doświadczenia w słowa. - Mogę widzieć sny, tylko gdy śpisz i śnisz, a ja muszę w tym samym czasie medytować i zdążyć nawiązać z tobą kontakt. W tych chwilach mam częściowy dostęp do twoich wspomnień i myśli, ale kluczenie po śpiącym umyśle jest jak błądzenie po labiryncie. - Gia zauważyła, że gdy mówił o czymś, co jest dla niego ważne, dużo gestykulował. - Każdy umysł jest inny. Po twoim krążyłem wystarczająco długo i dzięki temu mogłem poruszać się po nim nieco sprawniej. To tak jakbym przez ten czas rysował mapę twojego labiryntu.

- To niesamowite. - Nie kryła zdumienia. - Taki Talent to wspaniała... - Ugryzła się w język.

- Dokończ. Chciałaś powiedzieć "broń".

- Wybacz. Przyzwyczajenie.

Miał rację, wciąż patrzyła na świat oczami Agencji. Oceniała Talenty pod kątem możliwości zastosowania ich podczas misji. Traktowała je jako narzędzia, które trzeba sklasyfikować i odpowiednio wykorzystać.

- Jak odkryłeś Talent? - spytała, uprzednio sprawdzając dłonią, czy Nick nie ma gorączki.

- Niedługo po tym, jak cię poznałem. - Przejął od Rudej niepotrzebny już kompres. - Chciałem wiedzieć, co dzieje się z moją mamą, ale wszyscy traktowali mnie jak dziecko. Bracia kłamali mi w żywe oczy, a to bolało bardziej niż najgorsza prawda. Aż w końcu sam się dowiedziałem. Gdy spali, zobaczyłem ich sny. - Zacisnął na ściereczce pięść i spuścił wzrok. - Przepełnione lękiem i niepewnością. Mama była ciężko chora.

- Byłeś dzieckiem, kłamali dla twojego dobra. - Te słowa brzmiały w jej ustach aż nadto naturalnie.

- Tak. Też tak się tłumaczyli. - Parsknął śmiechem. Spojrzał na jej rude kosmyki, te same, które tak dobrze zapamiętał lata temu. - Po tym wszystkim chciałem cię odnaleźć, a rozwijanie Talentu to był jedyny sposób, by znów cię zobaczyć. Trochę mi zajęło, zanim się zorientowałem, że nie pochodzisz stąd, i nikt mi nie wierzył, gdy o tobie opowiadałem. - Uniósł nieznacznie kącik ust na wspomnienie tamtych lat. - Chciałem poznać twój świat, zobaczyć go twoimi oczami, a mogę obserwować jedynie sny osób, które spotkałem.

- Obserwować czy w nie ingerować? - Zmarszczyła brwi.

- Właśnie to jest niezwykłe. Trenuję Talent od dawna, ale z nikim nie udało mi się nawiązać takiego kontaktu jak z tobą. - Fascynowało go, że w końcu mógł patrzeć na twarz, którą przez lata widział tylko jak przez mgłę. - Wcześniej byłem wyłącznie obserwatorem. Widziałem niewyraźnie, ale któregoś dnia zauważyłem, że ty też czujesz moją obecność. Zaintrygowało mnie to. Chciałem spróbować z tobą porozmawiać.

Szczapa w kominku się osunęła, przez co płomień nieco przygasł. Blase podniósł się z miejsca i sięgnął po jeden z kawałów drewna, które Nick przygotował w przypływie złości poprzedniego dnia.

- Dlaczego twój Talent między nami działa inaczej? - Obserwowała, jak dorzuca do ognia i dłubie w żarze pogrzebaczem.

- Myślę, że to dlatego, że pochodzisz z Sinistram. Sam nie jestem do końca przekonany. - Wzruszył ramionami.

- Nigdy nie pomyślałeś o tym, co ja czuję? - powiedziała znacznie głośniej, aby skierował na nią wzrok. Nie podzielała jego entuzjazmu. Rozmawiała z człowiekiem, którego nie znała, a który o niej wiedział niemal wszystko. - Zrozum mnie, gdy mnie nawiedzałeś, myślałam, że wariuję.

Pies uniósł głowę, słysząc jej podniesiony głos.

- Chciałem to przerwać, ale gdy się zorientowałem, że nie pamiętasz naszego pierwszego spotkania...

- To nie jest wytłumaczenie - przerwała mu.

Gwałtownie wstała i zrobiła kilka kroków w tę i z powrotem. Próbował do niej podejść, ale wciąż trzymała dystans. Nieważne, czy był prawdomówny, nieważne były jego intencje. Naruszył jej prywatność, jej najbardziej intymną sferę, jaką były sny.

- Nie rób tego więcej, nie bez mojej zgody. Nigdy.

?

Nick nie obudził się przez resztę dnia. Dopiero w nocy zaczęły męczyć go niepokojące odgłosy dobiegające z głębi lasu. Dźwięk trochę przypominający wycie wilka, albo raczej skowyt lub... lament. Usiadł na kanapie i rozmasował bolący kark. Od niosącego się echem skomlenia aż ciarki przechodziły po plecach. Chwiejnym krokiem podszedł do okna, ale zwierzęcia nie było nigdzie w zasięgu wzroku. Musiało bardzo cierpieć, a on łączył się z nim w bólu. Chwilami kłucie w głowie było tak silne, że sam miał ochotę wyć.

Usłyszał stukanie na piętrze, takie samo jak pierwszej nocy, którą tu spędzili. To nie był odgłos kroków, raczej natrętne uderzenia w podłogę. Podszedł do schodów i nasłuchiwał, a gdy postawił stopę na pierwszym stopniu - stukanie ustało. Niepewnie zaczął wspinać się aż na wysokie piętro. Korytarz rozchodził się na trzy strony, każda odnoga zakończona była wykuszem z okrągłym oknem przysłoniętym na noc ciężkimi zasłonami. Nick wybrał kierunek, z którego wcześniej dochodził hałas. Jedne drzwi były uchylone, a między nimi a futryną zauważył ciepłe światło. Wyciągnął dłoń w stronę klamki.

- Co tu robisz?

Odwrócił się natychmiast, a jego spojrzenie natrafiło na poirytowaną twarz Blase'a.

- Szukałem łazienki - odparł bez zająknięcia.

- Beznadziejny z ciebie kłamca. - Gospodarz zamknął tajemnicze drzwi. - Słuchaj, Nick... Ugościłem was w moim domu. Zapewniłem wikt i opierunek, a w zamian proszę tylko o jedno. Uszanuj moją prywatność.

Nick niechętnie kiwnął głową. Wrócił na dół, odprowadzony wzrokiem do ostatniego schodka. Dowie się, co Blase ukrywa. Już wkrótce.

?

Z głośników niosła się cicha muzyka, słychać było śmiechy i rozmowy, a kelnerka w beżowym uniformie z uśmiechem na twarzy podała dwie porcje lodów dla pary siedzącej pod oknem. To miejsce zawsze było pełne ludzi, a zarazem spokojne i przytulne. Nieduża knajpka w centrum miasta znajdowała się niedaleko kina. To było ich ulubione miejsce.

Gia siedziała przy stoliku i przeglądała menu, choć i tak wiedziała, co zamówi.

- Dużą kawę z cynamonem proszę. I podwójne espresso.

Kelnerka z uśmiechem kiwnęła głową. Gia była tu częs­tym gościem, większość personelu znała ją z imienia.

Uniosła wzrok, gdy usiadł naprzeciwko niej. Spojrzała w szare oczy i przeszył ją dreszcz.

- Marzy mi się podwójne espresso. - Alex zdjął marynarkę i powiesił na oparciu sąsiedniego krzesła. A gdy zmierzwił blond włosy, od razu zaczął wyglądać mniej formalnie.

Nie potrafiła oderwać od niego wzroku. To był przecież zwykły dzień, a ona czuła, że tęskni, jakby dzieliły ich tygodnie rozłąki. Nie rozumiała, skąd w niej te dziwne uczucia.

Załapał ją za dłoń i wyrwał z rozmyślań.

- Wszystko będzie dobrze.

Łaknęła tych słów, tego zapewnienia jak powietrza. Poczuła ulgę i spokój. Niepotrzebnie się martwiła, przecież jest przy niej. Tak długo, jak są razem, nic złego się nie stanie.

Wybudziła się.

Ale coś było nie tak. To nie był jej pokój ani pokój Alexa czy jej mieszkanie w centrum. Pomieszczenie było obce. Dopiero po chwili pamięć wyłoniła się z sennej mary. Przecież wszystko się zmieniło. Jest w Dexteram, obcym Świecie, w domu Blase'a. A sen był tylko dawnym wspomnieniem z czasów, gdy... gdy była szczęśliwa.

Wstydziła się tego uczucia tęsknoty. Powinna nienawidzić Alexa. Zdradził ją, okłamywał całe życie i stanął przeciwko niej, gdy najbardziej go potrzebowała. Wstydziła się poczucia, że wolałaby wciąż żyć w kłamstwach serwowanych jej przez Agencję niż znać prawdę.

?

Przez kolejne dni zdołali wypocząć i dojść do siebie po ostatnich wydarzeniach. Dzięki rozeznaniu Blase'a w ziołolecznictwie skaleczenia i zadrapania zdołały się zasklepić, a siniaki zblednąć. Były jednak rany, których nie widać gołym okiem.

Gia siedziała na skraju łóżka z pięściami mocno zaciśniętymi na kolanach. Kiwała się w przód i w tył, próbując uspokoić oddech. Nad ranem znów to poczuła, lęk spadł na nią nieoczekiwanie. Miała wrażenie, jakby w jej sercu zagnieździła się czarna dziura. Jakby przytwierdzono do niej kamień, który ciągnie ją na dno. Kołatanie serca sprawiło, że zobaczyła mroczki przed oczami. Nie była świadoma, jak szybko oddycha, ale słyszała świst błyskawicznie wdychanego i wydychanego z ust powietrza. Paraliżujący strach rozpychający się między racjonalnymi myślami. Pościel i ubrania były przepocone, a w kącikach oczu wysychały łzy. Nie mogła uwierzyć, jak to cholernie bolało, jak jej ciało było irracjonalnie zmęczone.

Widziała to wiele razy w Agencji. Ataki paniki, zespół stresu pourazowego. Wspaniali i zdolni Agenci zamieniali się w bezbronne i wylęknione dzieci. A teraz spotkało to i ją. Przez ten jeden pieprzony portal, który musiał zmienić całe jej życie.

Musiała się uspokoić i jak najszybciej doprowadzić do porządku. Miała istotniejsze rzeczy na głowie: najważniejsze było zdrowie Nicka.

?

Blase już po kilku dniach zdołał zorganizować wizytę u znajomego lekarza, miał tylko jeden warunek.

- Nie możecie pokazać się ludziom tak ubrani. - Obrzucił ich krytycznym spojrzeniem.

Podał Nickowi czarną koszulkę, kubrak i ciemnozielone spodnie, do tego parę butów do pół łydki i szeroki pasek.

- Nie, dzięki, zostanę w tym, w czym śmierdzę - odpowiedział Nick, jednak Blase nalegał.

Chłopak przewrócił oczami i przebrał się w nieco znoszone ubrania. Gdy narzucił na plecy kubrak z przykrótkimi rękawami, przez chwilę siłował się z jego zapięciem. Klamry nie miały zaczepów, jakby brakowało w nich jakiegoś elementu.

- Nie da się go zapiąć. - Blase uprzedził pytanie ­Nicka. - Zatrzaski są uszkodzone. Wykonano je z metalu, który sprasowuje się w skumulowanym polu magnetycznym Sieci, a następnie poddaje obróbce w wysokiej temperaturze. Niestety bez naturalnego przepływu smug z czasem energia się rozładowuje.

- Hm, czyli magnesik się zepsuł. - Nick przetłumaczył sobie wywód Blase'a. - Dobrze, że darowaliście sobie taką skomplikowaną technologię przy tworzeniu rozporków.

- Masz zamiar tak z tym chodzić po mieście? - Blase patrzył na pistolet z ich ostatnimi trzema nabojami, który Nick siłą przyzwyczajenia wsadził za pasek.

- Na pewno nie zostawię go tobie. - Zmarszczył brwi i przysłonił broń kubrakiem.

- Zaya, zaprowadź, proszę, Rudą na górę. - Blase zignorował zaczepne spojrzenie Nicka. - Ubrania Keiry albo Milet powinny na nią pasować.

Dziewczynka chętnie pociągnęła za sobą Gię. Przez cały czas prowadziła ją za rękę, aż doszły do pokoju na piętrze w końcu korytarza. Pomieszczenie było niewielkie, pełne ozdób z drewna i z pięknie rzeźbionym łóżkiem piętrowym. Zaya otworzyła skrzypiące drzwiczki szafy i w podskokach zaczęła wyciągać z niej najróżniejsze ubrania.

- Właścicielki nie będą miały nic przeciwko, jeśli je pożyczę? - Gia przejrzała garderobę. - Chyba powinnam najpierw spytać je o zdanie.

- Nie musisz, Keira z nami nie mieszka, odkąd byłam taka mała. - Wskazała poziom na wysokości pasa. - A Milet wyprowadziła się zeszłej wiosny. Tylko czasem nas odwiedzają, ale mnie zawsze pozwalały pożyczać, co tylko chciałam. - Rozpromieniła się i sama przymierzyła zdecydowanie za duży sweter.

Gia postawiła na coś uniwersalnego. Jej wzrok przykuła błękitna koszula z wąskim kołnierzykiem, wisząca w rogu szafy. Zawsze dobrze czuła się w tym kolorze.

- Nie, tę nie - mruknęła Zaya, gdy zauważyła zainteresowanie Rudej.

- Dlaczego?

- Bo jest niebieska.

Gia zamrugała z zaciekawieniem.

- A co złego jest w tym kolorze?

- O rany, ale ty nic nie wesz. - Teatralnie pokręciła głową. - Niebieski to symbol zwolenników Połączenia. No wiesz, tych, co Najwyższa Kapłanka ich nie lubi. Więc lepiej go unikać. O, a może przymierzysz to? - Podała jej kolejny ciuch.

Gia nic z tego nie zrozumiała, ale odwiesiła błękitną koszulę do szafy i w końcu wybrała coś dla siebie. Dolna część stroju była tym, co najbardziej ze wszystkich części odzieży przypominało jej spodnie. Zapięła pas biodrowy, Zaya pomogła jej poprawnie owinąć długie pasma elastycznego materiału wokół nóg; ostatnie dwa zostawiła puszczone luzem. Asymetryczna biała bluzka miała odsłonięte prawe ramię i rzemienie z tyłu, co pozwoliło dopasować strój do kształtów ciała. Całość dopełniły czarne rękawiczki bez palców i wysokie buty - jedyne, jakie znalazła w swoim rozmiarze.

Zeszły na dół. Nick i Blase znów przerzucali się złośliwościami, ale gdy ją zobaczyli, od razu się przymknęli. Gia zwróciła się do Blase'a, przerywając przeciągającą się ciszę:

- Jesteś pewien, że możemy ufać lekarzowi, do którego nas prowadzisz?

- Jasna sprawa. - Uśmiechnął się zawadiacko. - To mój brat.

- Masz sporo rodzeństwa - rzuciła za siebie, gdy przepuś­cił ją w drzwiach.

Blase zawiesił na niej wzrok. Na trochę zbyt długo, bo gdy Nick to zauważył, natychmiast przywalił mu pięścią w ramię.

?

W drogę wyruszyli tym samym powozem co ostatnio, jednak tym razem nie jak towar na naczepie, ale z przodu, tuż przy woźnicy. Jeśli wierzyć słowom Blase'a, ze względu na wahania Sieci, a co za tym szło, kryzys energetyczny, inne środki transportu były bezużyteczne.

Gia roztarła skronie i pochyliła się na siedzeniu. Miała za sobą ciężką noc, ale dniami próbowała trzymać fason. Prawda była jednak taka, że fakt istnienia równoległego świata przyprawiał ją o ataki lęku. Dlatego wyjazd do miasta był dla niej wyzwaniem, którego - gdyby mogła - nie podjęłaby.

Spojrzała na Nicka. Po zażyciu ziół przygotowanych przez Blase'a ból nieco mu odpuścił, ale wiedzieli, że to tylko działania doraźne. Nie miała pojęcia, na jakim poziomie jest tutejsza medycyna, ale wolałaby, żeby zobaczył go jakiś specjalista w ich świecie. Tylko jak mają wrócić, skoro Agencja wciąż na nich poluje? Tutaj przynajmniej są bezpieczni.

Musiała zająć czymś myśli, bo inaczej oszaleje od ciągłych rozważań.

- Blase, wspomniałeś o połączeniu światów. Że istnieje realna możliwość zniesienia dzielącej nasze światy bariery - przytoczyła jego słowa. Kiwnął głową. - A kto decyduje o tym, co stanie się z Siecią?

- Trójca. To powiernicy Sieci, którzy są wybierani raz na dwa tysiące lat i to na nich spoczywa odpowiedzialność za podjęcie Decyzji co do przyszłości obu światów. - Zacisnął pięści na lejcach. - A wśród nich Namiestniczka Sieci, uosobienie dziecka Oburęcznego na ziemi. Najwyższa Kapłanka oraz jej dwóch doradców.

- Coś mi to mówi... - Nick skrzywił się na te słowa i w końcu udało mu się odgonić natrętną muchę, która od czasu wyruszenia w drogę latała mu nad głową. - Co to za ludzie?

- Duchowni, którzy powinni dbać o dobro i bezpieczeństwo ludzi. Najwyższa nazywa się Alis Quintus, a pozostała dwójka to zakonnicy, którzy cały czas jej towarzyszą i mają ją wspierać w wykonywaniu obowiązków. - Blase był spięty, Gia i Nick zauważyli, że temat Trójcy wyraźnie go drażni, ale nie odmawiał im dalszych wyjaśnień. - To z jej rozkazu usiłowano was pojmać - dokończył.

- Ale dlaczego? - dociekała Ruda.

- Przybysze z Sinistram nie są tu mile widziani, a wy rzucaliście się w oczy w starych ubraniach. Ktoś z noclegowni musiał na was donieść i ściągnąć wam na głowę Zwolenników Dawnego Porządku.

- Kogo? - Nick aż rozłożył ręce z bezsilności. Każda informacja tylko mnożyła pytania.

Blase poprawił się na siedzeniu, to będzie dłuuuuuga droga.

- W naszym świecie istnieją dwie główne religie. - Wziął lejce do jednej dłoni i wykonał gest, jakby dzielił powietrze przed sobą na dwie części. - Zwolennicy Dawnego Porządku i zwolennicy Połączenia. Głowami Kościołów są duchowni, spośród których wybiera się Najwyższą Kapłankę. To bezstronny głos świata, który dla naszego dobra powinien zadecydować o losach Sieci, a tym samym o przyszłości Dexteram i Sinistram. - Jego oczy posmutniały. - Tak przynajmniej było kiedyś... - Zrobił krótką pauzę. - Pomimo że znamy historię o Drugiej Stronie, nikt nie ma pewności, co się tam znajduje. Światy istniały rozdzielone od tysięcy lat, za Siecią może dziać się wszystko. Ludzie się boją, a odkąd z powodu wahań Sieci kilka lat temu wybrano Trójcę, ten lęk jest przez nich podżegany. Tym sposobem głowa Kościoła skierowała się ku zwolennikom Dawnego Porządku. Wierzą, że wasz świat szykuje się do wojny z nami, że jesteście groźni i Połączenie to niebezpieczeństwo.

- A ty wiesz, że to nieprawda, dzięki moim snom... - Gia dopowiedziała jego myśl.

Kiwnął głową.

- Dzięki tobie wiem, że nawet nie zdajecie sobie sprawy z naszego istnienia. Podróżnicy tacy jak wy to dla Najwyższej Kapłanki zagrożenie. Gdyby ludzie usłyszeli, że nawet o nas nie wiecie, straciłaby wyznawców. Wszyscy widzą, że Sieć słabnie, że pojawiają się Przetarcia i tacy jak wy zaczną przybywać do naszego świata. Dlatego Trójca kieruje strach przeciwko wam. Macie być wyłapywani i bogowie jedni wiedzą, co się dalej dzieje. - Zacisnął pięści ze złości. - Kapłanka głosi, że światy powinny pozostać podzielone, tak jak to było do tej pory.

- A ty należysz do opozycji. - Nick skrzyżował ręce na torsie.

- Tak, ale tacy jak ja są raczej w mniejszości. Sami rozumiecie, że przy nieprzychylnym podejściu Trójcy do zwolenników Połączenia głośne przyznawanie się do tego jest niebezpieczne. Odkąd Sieć słabnie i wszyscy wiedzą, że zbliża się czas podjęcia Decyzji co do losów światów, robi się bardziej nerwowo. Odkąd zaczął się kryzys energetyczny, religia stała się dla ludzi znacznie ważniejsza niż w czasach dobrobytu. Wyznawcy wręcz fanatycznie podążają za dogmatami Trójcy. Niby zwolennicy Połączenia działają legalnie, ale... Coraz częściej nazywa się nas wrogami Kapłanki.

Wjechali na szerszą drogę, która niegdyś musiała być bardzo ruchliwa. Stojące wzdłuż szosy latarnie w większości miały porozbijane klosze, a pobocza były zarośnięte i pełne śmieci.

Gia w milczeniu analizowała słowa Blase'a, a gdy nie wszystko było dla niej jasne, dopytała:

- Skoro masz Talent, którym mógłbyś udowodnić, że nasz świat o was nie wie, to czemu tego nie wykorzystasz?

Wyraz twarzy Blase'a świadczył o tym, że setki razy zadawał sobie to pytanie.

- Nie potrafiłbym tego udowodnić - odparł w końcu i pokierował klacz tak, aby wyminęła leżący na środku drogi kawał skorodowanego żelastwa. - Talent to za mało, bym był wiarygodny w oczach Najwyższej Kapłanki. Poza tym moje informacje są sprzeczne z tym, co głosi, a niebezpiecznie mieć rację, gdy Trójca się myli.

Nick osłaniał oczy przed ostrym słońcem. Bez soczewek ochronnych znów musiał mierzyć się ze światłowstrętem. Na dodatek zapomniał swoich szczęśliwych okularów słonecznych. Przy bolącej głowie mankament jego Talentu irytował go ze zdwojoną siłą, a najgorsze było to, że właśnie wyjechali poza granicę lasu, gdzie nawet cienia było jak na lekarstwo. Gdy Blase to zauważył, bez słowa wyciągnął spod siedzenia stary kapelusz i rzucił mu na kolana. Nick niechętnie kiwnął głową w podziękowaniu.

- Jak daleko stąd do najbliższego miasta? - Nick założył kapelusz i próbował skupić się na rozmowie, by nie myśleć o ćmiącym bólu głowy.

- Mój dom znajduje się między Trzecim a Drugim Kręgiem Stolicy. Niewielu ludzi decyduje się na mieszkanie poza Kręgami.

- To rodzaj dzielnicy? - dopytała Gia, wstając z miejsca. Przeskoczyła na tył wozu i wyciągnęła z torby butelkę wody, którą przygotowali na drogę.

- Coś w tym rodzaju. - Blase szarpnął lejcami, by pogonić klacz. - Trzeci Krąg to najdalsze obrzeża miasta. Mnóstwo niedziałających manufaktur, mieszkają tam głównie robotnicy i rolnicy, którzy sukcesywnie tracą pracę wraz z kolejnymi zamykanymi fabrykami.

- Dlaczego je zamykają? - Gia wróciła na miejsce i pociąg­nęła kilka łyków.

- Bo brakuje energii. Wszystkie maszyny działają niestabilnie albo co chwilę ulegają zniszczeniu. Wahania Sieci to nie tylko wygaszanie się źródeł, ale i nagłe skoki energetyczne. Przepalają nawet najlepiej zabezpieczone obwody. Większość przedsiębiorstw przez to upada, bo nie stać ich na ciągłe naprawy. Ostatnie wieści, jakie miałem z tamtych stron, to zapewnienia, że jedyny działający tam zakład metalurgiczny nie zostanie zamknięty, bo po przebudowie czerpią energię Sieci z silnej podziemnej smugi. Cóż, zobaczymy, jak długo to źródło będzie stabilne i wystarczające...

Twarz Blase'a stężała. Wszystko, co kochał, zaczynało się walić i trząść w posadach, a on nie mógł nic na to poradzić. Jedyne, co mu zostało, to próbować odnaleźć się we wciąż zmieniającej się rzeczywistości. Przerażało go, jak niewiele było trzeba, aby cała gospodarka legła w gruzach. Uzależnienie się od Sieci było błędem przodków, a jego pokolenie za to płaci. Potrzebne były zmiany, i to radykalne.

Gia podała mu wodę, na co skinął głową w podziękowaniu. Opowiadał całą drogę i zupełnie zaschło mu w gardle. Upił parę łyków i kaszlnął kilka razy, nim kontynuował.

- Z powodu licznych protestów i zwolnień w Trzecim Kręgu aż roi się od Armii i zwolenników Dawnego Porządku. - Przekazał butelkę Nickowi. - Nie lubię tego miejsca, a chodziłem tam do szkoły siedem lat, zanim w końcu przeniosłem się do Drugiego Kręgu. To już znacznie przyjemniejsze miejsce i tam właśnie zmierzamy. Spodoba wam się, Drugi Krąg to dzielnica handlowa i usługowa, która najmniej odczuła skutki kryzysu, bo sprzedawcy bazowali na tradycyjnych wyrobach i rękodziełach. - Blase nieco się rozchmurzył. - Tamtejsi piekarze robią najlepszy chleb, wino jest wyśmienite, tanie i szumi w głowie po paru łykach. A jeśli marzy wam się pamiątka zza Sieci, to mieszka tam sławny jubiler, który do perfekcji opanował tworzenie biżuterii z użyciem Talentu - wyliczył. - O, jest też tam kilka miejsc, gdzie można dobrze zjeść! Żebyście wiedzieli, jakie pyszne żarcie podają w lokalu prowadzonym przez moją siostrę. - Uśmiechnął się na samą myśl o obiedzie. - Jeśli czas pozwoli, możemy ją odwiedzić.

Klaczy najwyraźniej udzielił się zapał właściciela, bo wesoło zarżała i pokręciła łbem. Gdy Blase nie zobaczył na strapionych twarzach towarzyszy entuzjazmu, kontynuował:

- Pierwszy Krąg to głównie szkoły, internaty i kilka niezłych uniwersytetów. Mimo problemów z naborem nowych uczniów i studentów próbują prosperować normalnie. - Poklepał klacz po zadzie. - To miejsce upodobali sobie też artyś­ci. Są tam teatry, czasem odbywają się też koncerty. Sztuka nie umarła nawet w tak pokręconych czasach. Jest też sporo burdeli. - Uśmiechnął się głupkowato, gdy Gia spojrzała na niego z politowaniem. - Strefy między kręgami to użytki rolne, pastwiska lasy i zapomniane drogi. - Rozłożył ręce, aby poprzeć swoje słowa widokami.

- Centrum Stolicy to zapewne siedziba Kościoła. - Gia uprzedziła jego słowa i przychyliła się w jego stronę, by zachęcić go do mówienia.

- W rzeczy samej. To ośrodek kultu i siedziba władz. Miejsce życia najbogatszych, wpływowych polityków i kapłanów. Mieszczą się tam wszystkie sądy, krajowy bank i Kaplica Kapłaństwa Riyuny. Wszystkie najważniejsze decyzje kraju podejmowane są właśnie tam. W sercu Shirden.

?

Monumentalną bramę otwierającą wjazd do Drugiego Kręgu widzieli już od dłuższego czasu, ale dopiero gdy stanęli u jej otwartych wrót, mogli podziwiać zdobione kamienne filary. Zadarli głowy, gdy padł na nich jej potężny cień. U szczytu znajdowała się wnęka, a w niej kilkumetrowy posąg zakapturzonej postaci. W jej złożonych dłoniach płonął jasny ogień.

- Tak długo, jak płomień pali się u wszystkich bram Shirden, miasto jest bezpieczne i otwarte dla każdego, a między wszystkimi Kręgami można się swobodnie przemieszczać - wyjaśnił Blase.

Po przekroczeniu wejścia zostawili powóz na placu pod murami miasta. Nick potknął się na nierównościach i popatrzył pod nogi. Wąskie szyny znajdowały się na całym wygospodarowanym miejscu na postój koni i bryczek i ciągnęły się w stronę otaczających ich uliczek. To przypominało zajezdnię kolejową tylko brakowało pociągów.

- Kiedyś po całym mieście kursowała kolejka miejska - rzucił Blase.

- Skąd wiesz, o czym myślę, cwaniaczku? Mnie też inwigilujesz w snach? - Nick niby zażartował, ale gdy powiedział to na głos, jakoś przestało go to bawić.

- Nie muszę, aż ci czacha dymi, gdy się rozglądasz. - Ich przewodnik uśmiechnął się i wskazał na niewielką budkę, w której młody chłopak pobierał opłaty za postój. Była urządzona w starym wagonie, a na jej dachu znajdowała się zadrzewiała skrzynia. - Ten złom na górze to nieczynny generator, który przekształcał energię Sieci na energię mechaniczną. Podobne były wykorzystywane w całym transpor­cie, ale teraz są praktycznie bezużyteczne. Istnieją jeszcze pojedyncze miasta, w których kolej wciąż działa, ale tylko tam, gdzie nadal da się czerpać z Sieci, a to się może zmienić w każdej chwili. Teraz głównym środkiem komunikacji znów stały się konie.

Blase podszedł do wagonu i rzucił na blat wyciągniętą z kieszeni monetę, a "parkingowy" tylko kiwnął głową i schował zapłatę do wypchanej gotówką saszetki przy pasku. Pokierował ich główną ulicą w stronę budynków o skośnych dachach i wysokich kominach. Większość okien była okrąg­ła lub łukowa, a barwione szyby osadzone w miedzianych ramach. Powszechne szerokie balkony wsparte na stelażach w dużej mierze były obrośnięte bluszczem. Trudno powiedzieć, czy ze względów estetycznych, czy przez zaniedbanie, ale Blase wspomniał, że miastu brakuje funduszy na choćby regularne porządkowanie roślinności i dróg czy renowacje budynków.

Miasto było ogromne, a mimo to wydawało się przeludnione i miejscami zaniedbane. Najwyższe budynki stały jednak puste, co Blase tłumaczył brakiem działających wind. Ludziom brakowało zapału, by wspinać się na najwyższe piętra, więc te z czasem opustoszały.

Brak stabilizacji wpłynął na niemal każdy aspekt życia mieszkańców, którzy musieli przystosować się do braku wygód, niegdyś towarzyszących im na każdym kroku. Brak działającego oświetlenia, sprzętów codziennego użytku, bieżącej wody, ogrzewania - to wielopoziomowe problemy mnożące niebezpieczeństwa i trudy życia. Pogarszający się stan Sieci doprowadził również do wzrostu bezrobocia i bezdomności, jednak grupy wolontariuszy i powołane przez Kościół organizacje charytatywne starały się pomagać potrzebującym i organizować punkty zbioru żywności czy schronienia. Wszystko to wpłynęło również na pogorszenie bezpieczeństwa. Rozboje zdarzają się coraz częściej, ludzie stali się bardziej ostrożni i podejrzliwi względem obcych, zwłaszcza tych, którzy mogliby pochodzić z Sinistram. Potwierdzały to też rozlokowane posterunki Armii i wszechobecne patrole. Żołnierze chodzili wyposażeni głównie w broń białą, ponieważ nawet branża militarna uległa regresji.

Niepokoje społeczne było również widać na pomazanych ścianach budynków, plakatach i tablicach reklamowych prezentujących dawne lepsze czasy. Graffiti i murale stały się płaszczyzną wyrażania społecznych emocji.

Mimo przeciwności mieszkańcy nie poddawali się bezsilności całkowicie. Wobec kryzysu solidarność i wiara wzrastały. Ludzie wspólnie stawiali czoła wyzwaniom, dostosowali się do trudniejszych warunków życia i szukali kreatywnych sposobów na przetrwanie.

Gia, Nick i Blase mijali stragany i sklepiki z jedzeniem, rękodziełem i przeróżnymi materiałami. Masa lokali była jednak pozamykana; nie przetrwały problemów z wiecznie opóźnionymi dostawami i brakiem asortymentu. Na dachach i pod ścianami domów widzieli niedziałające, często porozkręcane lub uszkodzone maszyny i generatory. Niektóre z nich wciąż były połączone między sobą mrowiem miedzianych rurek, a część wyposażona była w szklane tuby z czymś, co przypominało podziałki metryczne.

Gia zwróciła uwagę na sklepik sprzedający świecące kawałki skał. Kamienie lasha, bo według słów Blase'a taką nosiły nazwę, służy niegdyś jako oświetlenie. Jarzyły się jasnym światłem dzięki przepływającym przez nie smugom Sieci. Teraz były wykorzystywane głównie jako wskaźniki źródeł energii. W miejscach, gdzie znajduje się węzeł Sieci, zaczynały jasno świecić. Węzły często się jednak przemieszczają lub zanikają, więc śledzenie i szukanie ich stało się jedynym sposobem, aby okazjonalnie korzystać z zasilania. Na wystawie natomiast kilka kamieni ledwie się tliło lub migało, a pozostałe wyglądały jak zwykłe skały.

Sieć nadal tu była, otaczała ich, ale była... pusta.

To nie świat w rozkwicie, a u schyłku swojej świetności.

- Nie mają tu łatwo, co? - Nick przystanął obok zamyślonej Rudej.

- Aż trudno w to uwierzyć... Wyobraź sobie, że z naszego świata nagle znika elektryczność. - Przytłoczył ją ogrom problemów, z jakimi zmaga się Dexteram. - Ludzkość z dnia na dzień wróciłaby do czasów średniowiecza, tak jak to się stało tutaj.

To, co zobaczyli, w żaden sposób nie przypominało miejsca, które wyobrażali sobie, gdy myśleli o społeczeństwie dysponującym technologią opartą na mocy płynącej z Sieci.

Gia ściągnęła na siebie wzrok Blase'a.

- Co z alternatywnymi źródłami energii? - spytała. - Energia słoneczna, wiatrowa, wodna albo chociaż paliwa kopalne?

- Tego rodzaju technologie są w powijakach. - Wzruszył ramionami. - Sieć od zawsze była jedynym i wystarczającym źródłem energii. Bezemisyjnym, czystym dla środowiska i łatwo dostępnym. Nie było powodu szukać alternatywy. Poza tym... - Rozejrzał się. - Kościołowi taki obrót sprawy pasuje. Kapłani od zawsze straszą, że postęp jest wrogiem wiary. Wykorzystują aktualną sytuację, głosząc, że wahania Sieci to kara za nasze grzechy.

Gia zamilkła. No tak, Kościół Nowej Ery w takim przypadku zrobiłby dokładnie to samo. Pewne rzeczy się jednak nie zmieniają.

- Nie rozumiem cię - podjęła po chwili i rozłożyła ręce w niedowierzaniu. - Ciebie i zwolenników Połączenia. Skoro Sieć jest dla was tak ważnym elementem rozwoju, to dlaczego sądzisz, że jej zniesienie to dobry pomysł? Powinno ci chyba zależeć na zakończeniu kryzysu. Gdyby, tak jak chcą tego zwolennicy Dawnego Porządku, światy pozostały rozdzielone, Sieć się umocniła, a wahania ustały, wszystko byłoby jak dawniej. - Spojrzała prosto w jego bursztynowe oczy. - Nie chcesz tego?

- Jeśli nic się nie zmieni, ludzkość będzie znów popełniać te same błędy i pozostawi wszystko w rękach Sieci. Ludzie mają krótką pamięć, zapomną, jeśli problem po prostu zniknie. Nasz świat nie może być zależny od jednego źródła energii. - Mówił coraz głośniej. - Połączenie pozwoliłoby poznać nam technologie z Sinistram, powiązać z tą z Dexteram i zapewnić stabilizację i bezpieczeństwo energetyczne!

Jeszcze nie widzieli go w takim stanie. Blase był roztrzęsiony, a oni chyba wcześniej nie zdawali sobie sprawy, jak ważna jest dla niego przynależność do Wyznawców Połączenia.

Spomiędzy straganów wyłoniła się trójka mężczyzn w uniformach Armii i czerwonych szarfach. Blase zamilkł, pobladł i szybko przestał patrzeć w ich stronę.

- Nie mogą was wylegitymować. Chodźcie za mną. - Odbili w boczną uliczkę, wymijając patrol Armii Dawnego Porządku.

?

- Daleko jeszcze do tego twojego brata? - Nick stracił orientację w terenie. Trudno było mu się skupić przez narastający ból głowy.

- To jeszcze kawałek. - Wskazał ręką kierunek i odgonił natrętnego sprzedawcę przypraw. - Lecznica została przeniesiona do jednego z niewielu miejsc w mieście, gdzie można jeszcze korzystać z energii Sieci.

- Ej, a tak mnie natchnęło, skoro tu wszyscy wiedzą o Sieci, o równoległym świecie, to o Utalentowanych też? - Nick musiał przystanąć, bo wdepnął w coś, co ewidentnie nie powinno znaleźć się na podeszwie. Zaczął wycierać but o najbliższy trawnik.

Blase się zaśmiał, nie wiedzieli, czy z powodu miny Nicka, czy pytania, które zadał.

- Tutaj wszyscy są Utalentowani - powiedział tak szybko i bez zająknięcia, że Nick aż musiał chwilę analizować, co właściwie usłyszał.

- ...Jak to?

Blase pokierował ich w stronę mniej ruchliwej uliczki i tam kontynuował.

- Talent pochodzi z Dexteram. To, że występuje w waszym świecie, jest czymś niezwykłym. - Spoglądał na zaskoczone miny Rudej i Nicka.

- Skoro gen Utalentowanych pochodzi z Dexteram, skąd w ogóle Talenty wzięły się u nas? - dopytała Gia.

W dzielnicy, w której się znaleźli, było zdecydowanie ciszej i spokojniej. Oddalili się od części handlowej miasta i trafili do tej, gdzie żyła większość miejscowych. Na ulicach widzieli bawiące się dzieci, psy i starsze panie plotkujące na ławce dawnego przystanku. Gia patrzyła teraz na ludzi zupełnie inaczej. Czy to możliwe, że każdy posiada nadnaturalne umiejętności?

- Przypuszcza się, że lata temu, podczas poprzednich wahań Sieci, ludzie przemieszczali się przez pojawiające się w niej osłabienia - odpowiedział Blase i odkopał piłkę wprost pod nogi piegowatego chłopca, a on skupił w sobie Talent i uniósł ją siłą umysłu. I nikt nie widział w tym niczego niezwykłego. - Najpierw tworzą się Przetarcia, ale gdy Sieć znajduje się na granicy wytrzymałości, zaczynają powstawać Dziury, przez które można przejść na Drugą Stronę, tak jak przez twoje portale, choć pewnie było to mniej bezpieczne - wyjaśnił spokojnie.

- Emigracja? - Gia nie odrywała wzroku od ulicznego meczu w wykonaniu Utalentowanych dzieciaków.

- Poszukiwaczy przygód nigdy nie brakowało. - Podobało mu się, że Ruda i Nick są zainteresowani historią jego świata. - Jeśli ktoś nie wrócił i osiedlił się w Sinistram, siłą rzeczy pociągnęło to za sobą przeniesienie Talentu.

- Dlatego gen Utalentowanych pojawia się u nas tak rzadko. - Ruda pokiwała głową. - Jesteśmy potomkami tych, którzy przekroczyli Sieć. - Szturchnęła Nicka z bladym uśmiechem na twarzy.

- Może naoglądałem się zbyt wielu filmów, ale jakoś mi się wydawało, że w świecie, gdzie wszyscy mają magiczne moce, będzie bardziej... - Nick szukał odpowiedniego słowa. - Magicznie?

- Trudno jest oprzeć gospodarkę na "magicznych mocach" w momencie, gdy każdy Talent jest indywidualny i niepowtarzalny - wyjaśnił Blase. Czuł się jak prawdziwy przewodnik, odpowiadając na te wszystkie pytania. - Obywatele wykorzystują swoje zdolności raczej do prowadzenia niewielkich rodzinnych interesów, a nie na skalę przemysłową. Poza tym nie wszystkie umiejętności są tak użyteczne, jak wam się wydaje. Nie każdy potrafi otwierać portale. - Mrugnął do Rudej. - Zdecydowana większość Talentów to drobnostki, które nie mają specjalnego zastosowania w codziennym życiu, a ci z najbardziej spektakularnymi często są werbowani do Armii.

- Bez sensu, każdy Talent na pewno da się jakoś wykorzystać. - Nick nie czuł się przekonany.

- Tu akurat zgodzę się z Blase'em - wtrąciła Gia. Znalazła w kieszeni pożyczonych spodni kilka monet i zaczęła przetaczać jedną z nich między palcami. - Nawet w naszym świecie zdarzały się Talenty o małej wartości dla Agencji. Gdy Talent nie był specjalnie imponujący, a potencjalny adept nie rokował, to jedynie go rejestrowano i obserwowano. Wiesz, wyszkolenie rekrutów to masa pracy i duże koszty.

- A myślałem, że brali wszystkich jak leci...

- Właściwie to nawet twoje umiejętności były bagatelizowane. - Zatrzymała bilon, na którym widniała podobizna kobiety ubranej w długie szaty.

Nick wysoko uniósł brwi na te słowa. Nie miał o tym pojęcia.

- Gdyby nie to, że zasugerowałam przełożonym, że zrobię z ciebie najlepszego snajpera na świecie, nie pozwoliliby mi cię trenować.

- Teraz pewnie żałują, że się zgodzili. - Niespodziewanie spochmurniał, gdy zdał sobie z tego sprawę.

- A ja nie. Agencja nie znała twojej prawdziwej wartoś­ci. - Zacisnęła monetę w dłoni, jakby trzymała najcenniejszy skarb. - Gdyby nie ty, to już bym nie żyła albo siedziała w najcięższym więzieniu Agencji. Zwerbowanie cię to była najlepsza decyzja, przy której się upierałam. - Uśmiechnęła się do niego ciepło, a jego te słowa rozczuliły. Choć Rudą męczyła myśl, że bez niej Nickowi żyłoby się lepiej, to była mu nieskończenie wdzięczna, że stanął u jej boku, gdy najbardziej go potrzebowała.

Blase nie potrafił powstrzymać uśmiechu, kiedy patrzył na tę dwójkę. Gdyby sytuacja, w której się znaleźli, była inna, zostawiłby ich teraz samych i dał szansę na powiedzenie ważnych słów. Widział, że w ten sposób Gia próbuje ­powiedzieć Nickowi "dziękuję", a on nieporadnie te podziękowania ­przyjmuje.

Po dłuższej chwili Blase odchrząknął i dyskretnie wskazał na krążący nieopodal patrol Armii Dawnego Porządku. Musieli ruszać.

?

Nick zaczął już otwarcie przeklinać burmistrza Drugiego Kręgu za wprowadzenie niedorzecznego zakazu jazdy konnej po ulicach miasta. Bez działającego transportu publicznego odległości do pokonania były niedorzecznie duże. Tęsknił za jazdą klimatyzowanym samochodem, choć w tej ­chwili ucieszyłby się nawet z dusznego i zatłoczonego autobusu w godzinach szczytu.

Jego marudzenie przerwała Ruda. Jej myśli najwyraźniej ciągle krążyły wokół stanu, w jakim była Sieć, i tego, do czego doprowadziła w tym świecie.

- Co z tymi Dziurami w Sieci... Cała jej struktura może się rozlecieć? Co się wtedy stanie?

- Nie wiem, czy w Sinistram również posługujecie się tym pojęciem, ale jeśli Trójca nie odbuduje lub nie zniesie Sieci, to nasze pisma święte mówią o końcu światów.

Nie musiał nic więcej tłumaczyć. Wizje Apokalipsy zazwyczaj opisuje się podobnie, więc wiadomym było, że Kapłanka i jej doradcy nie mogą do tego dopuścić. W ich świecie natomiast non stop ktoś straszył Armagedonem, przede wszystkim lubowała się w tym Nowa Era.

Nick tylko parsknął śmiechem, czego szybko pożałował, bo pogorszył dudnienie w głowie. - A jak Najwyższa Kapłanka zamierza naprawić Sieć? - kontynuowała Ruda.

- Tego nie wiem, to Tajemnica Wiary. Tylko Trójca jest godna, by posiąść tę wiedzę.

Gia nie powstrzymała się przed przewróceniem oczami.

- Zagmatwane i niejasne jak każda religia. - Odpuściła temat. - Ale jestem przekonana, że Agencja zrobiłaby wszystko, żeby to wiedzieć.

Dotarli do okrągłego placu, na którego środku znajdowała się wyschnięta fontanna. Wzrok wszystkich przykuli mężczyzna i kobieta nawołujący do zabawy. Na twarzach mieli materiałowe maski, których usta były szeroko uśmiechnięte. Obcisłe stroje z wszytymi długimi, kolorowymi wstęgami pięknie prezentowały się przy pełnych gracji ruchach. Zebrał się już przed nimi mały tłumek zachwyconych gapiów.

- Cyrk przyjechał do miasta? - Nick zawiesił wzrok na niesamowicie sprężystym i wyćwiczonym ciele akrobatki i na chwilę aż zapomniał o bólu.

- To tylko zapowiedź ich występu i zachęta do wzięcia udziału w festiwalu. - Blase wskazał na afisz widniejący za fontanną. - Ludzie potrzebują prostego oderwania od codzienności po tym, jak cały przemysł rozrywkowy padł. W dniu letniego przesilenia odbędzie się siedmiodniowy festiwal strachów na wróble. To tradycyjne wiejskie święto, które odżyło kilka lat temu i teraz jest obchodzone na całym kontynencie. Wielu fantastycznych artystów zjedzie do mias­ta. Ulice będą pełne takich pokazów, dobrego jedzenia i samogonu. - Popatrzył na nich z nieukrywaną nadzieją. - Jeśli zostaniecie na dłużej, to będziecie mieli okazję to zobaczyć.

- Nie zamierzamy spędzić tu aż tyle czasu. - Gia dość szybko ugasiła jego entuzjazm.

- Poznałem wasz świat twoimi oczami. Daj też szansę mojemu. Wszyscy jesteśmy tacy sami, a Sieć nie powinna nas dzielić.

Gia uśmiechnęła się smutno. Nareszcie to do niej dotarło. Dobroć Blase'a, jego zaangażowanie i pozornie bezinteresowna pomoc.

- To dlatego nas potrzebujesz. - Pokiwała głową. - Chcesz pokazać nas swojemu światu. Mamy być twoim dowodem w oczach Trójcy.

Blase poczuł się zmieszany, ale nie mógł tego przemilczeć.

- Pomyślcie, ile razem moglibyśmy osiągnąć. - W jego oczach widzieli ogromną potrzebę zrozumienia. - Jesteście żywym przykładem na to, że Połączenie światów jest możliwe. Stanowicie dowód, że jako przybysze z drugiej strony Sieci nie jesteście niebezpieczni.

- Tak się składa, że akurat jesteśmy. - Zmrużyła lekko oczy. - Ale to nie nas powinien się obawiać twój świat.

- Przecież wasz świat nawet o nas nie wie, nie możesz mówić w imieniu wszystkich.

- Ludzie może i są nieświadomi, ale nie wiemy, ile wie Agencja. - Brutalnie sprowadziła go na ziemię. - Pomyślcie chwilę... Jeśli każdy tu jest Utalentowany, to ci wszyscy ludzie są jak paliwo dla Agencji. Będą próbowali was wykorzystać. - Te słowa skierowała do Blase'a. - Ciebie, twoją siostrę, rodzinę i przyjaciół. Tak samo jak robili to z nami. Agencja pracuje nad bronią opartą na działaniu Sieci mimo jej wahań i zagraża wszystkim Utalentowanym. Może Kapłanka nie do końca się myli i dobrze robi, że próbuje chronić swoich wyznawców.

Zarysowana perspektywa zszokowała Blase'a, zwłaszcza że poprzez sny Rudej zdążył nieco przecież poznać Agencję od środka.

- Nasz świat nie jest tak kolorowy, jak ci się wydaje... A raczej jak chciałbyś, by był. - Nickowi aż zrobiło się żal mężczyzny. Poklepał go po ramieniu. - Nie bez powodu z niego uciekliśmy.

?

W ciszy przeszli resztę drogi. Blase wskazał niepozorny budynek na końcu uliczki. Gdy Nick zobaczył tabliczkę wiszącą nad drzwiami, odetchnął z ulgą. Dotarli do lekarza.

Ich wejście ogłosił brzdęk dzwonka. Ściągnął na nich wzrok wszystkich ludzi siedzących w zatłoczonej poczekalni. Jedni chorzy, inni ranni lub poturbowani, ­obandażowani przesiąkniętymi krwią opatrunkami. Między pacjentami biegały dwie pielęgniarki próbujące ocenić, kto najpilniej potrzebuje pomocy.

Szereg wyzwań i komplikacji, jakie narodziły się wraz z ograniczeniem dostawy energii dla szpitali, klinik i innych instytucji medycznych, był ogromny. Problemy z wytwarzaniem leków, ich magazynowaniem, ograniczone działanie urządzeń medycznych oraz braki personelu należycie przygotowanego do stale zmieniających się warunków sprawiły, że dostęp do odpowiedniej opieki zdrowotnej stał się utrudniony. Istniało niewiele punktów pomocy, w których wciąż można było czerpać z energii Sieci, a to był jeden z nich. Stara kamienica została przebudowana i przystosowana do przyjmowania jak największej liczby pacjentów.

Nim Gia, Nick i Blase stanęli w długiej kolejce, z tłumu wyłonił się lekarz w zabrudzonym kitlu. Niski mężczyzna o pucołowatej twarzy i bardzo jasnej karnacji. Jedynym owłosieniem na jego okrągłej głowie były pokaźne wąsy, które uniosły się w ślad za ustami.

- Blase! - Mężczyzna rozłożył ręce w powitalnym geście. Kiwnął porozumiewawczo głową i zaprowadził ich do innej części lecznicy. - Braciszku, dobrze cię widzieć. Pokaż no się. Jak się czujesz? - dodał, gdy znaleźli się z dala od poczekalni.

- Rana na ramieniu świetnie się goi - odparł zapytany.

- Jest w tym jakaś moja zasługa. - Uśmiechnął się ciepło i mrugnął do niego. - A to pewnie towarzysze, o których wspominałeś.

Gia i Nick przywitali się zdawkowo. Mężczyzna przedstawił się jako Doktor Mako Arcus, a poza nazwiskiem różniło go od Blase'a niemal wszystko. Wzrost, postura, kolor oczu, a nawet akcent. Nie umknęło im również to, że lekarz był dobrze po sześćdziesiątce. Nie mogli być biologicznym rodzeństwem.

Na korytarzu działało oświetlenie, blask emitowały podłużne lampy zawieszone pod sufitem. Klosze wypełnione były tymi samymi kamieniami, które wcześniej widzieli w sklepach w dzielnicy handlowej. Mijali prowizorycznie montowane, pracujące generatory, których szklane tuby promieniowały niebieskim światłem, a wskaźniki poziomu energii plasowały się w połowie skali.

Z racji tłumów czekających na pomoc brat Blase'a nie miał możliwości poświęcić im wiele czasu, więc od razu wziął się do pracy. Wprowadził ich do prywatnej części zakładu. Natychmiast rozpoznał grymas bólu na twarzy Nicka. Sięgnął do szafki i po chwili podał mu kieliszek wielkości literatki, wypełniony gęstą breją. Gestem zachęcił, by Nick wypił zawartość. Mówi się, że lekarstwo musi być wstrętne i gorzkie, ale to już była przesada. Dlaczego coś o smaku poziomek albo pszenicznego piwa nie może mieć właściwości leczniczych? Gdy tylko Nick poczuł smak lekarstwa na języku, aż ciarki go przeszły. Nim zdążył się skrzywić z obrzydzenia, zorientował się, że ból stopniowo ustępuje. Poprosił o porcję na wynos, a najlepiej całą butelkę.

Gabinet diagnostyczny, do którego został zaprowadzony Nick, nie przypominał tego, co znał ze szpitali Agencji czy nawet podmiejskiej przychodni. Z przyzwyczajenia przetarł oczy i przyjrzał się otoczeniu. Całe pomieszczenie przypominało tymczasową śluzę, którą pokrywał biały osad, a powietrze w niej pachniało solą. Nierówne powierzchnie ścian były lekko wilgotne, a okna całkowicie zasłonięte. W rogu stała nieduża konsola z masą przełączników, natomiast pośrodku znajdowało się niewielkie podwyższenie, podest, na którym Nick miał stanąć. W samej bieliźnie.

Rozebrał się i nieco zmieszany czekał na dalsze instrukcje. Lekarz podszedł do pulpitu, coś na nim poprzestawiał i obserwował pacjenta z nieodgadnioną miną. Gdy Nick zaczął się czuć już naprawdę skrępowany, usłyszał nad swoją głową cichy szum. Pomieszczenie wypełniła ciepła para rozpylana z dysz zamontowanych pod sufitem. Przymrużył oczy. Czuł, jak kropelki osadzają się na jego skórze.

- Oddychaj głęboko. - Zza mgły dobiegł do niego spokojny głos doktora. - Im więcej środka dostanie się do organiz­mu, tym dokładniejsze będzie badanie.

Nick wykonał polecenie. Zamknął oczy, opuścił ręce wzdłuż ciała i rozluźnił mięśnie. Obawiał się diagnozy nie dlatego, że coś może mu dolegać, ale głównie z powodu reakcji Gii. Wiedział, że jeśli wyniki badania będą złe, Ruda nigdy sobie tego nie wybaczy. Wszystko zaczęło się w momencie, gdy podjął decyzję, że opowie się po jej stronie, jednocześnie przeciwstawiając się Agencji. To było samobójstwo, wiedział o tym, ale jeśli dziś stanąłby przed podobnym wyborem, niczego by nie zmienił. Chciał ją zapewnić o swojej lojalności, ale czasami Gia zwyczajnie go nie słuchała i wciąż traktowała jak adepta, za którego musi nadstawiać karku.

Głęboko odetchnął słoną parą. Było to nawet przyjemne i relaksujące. Nie wiedział tylko, jak niby wizyta w saunie miała pomóc w jego diagnozie. Odpowiedź sprawiła, że aż rozdziawił usta z wrażenia.

Uchylił powieki, gdy syczenie i wydobywanie się pary ustało. Nim mgła opadła, doktor zgasił lampy. Źrenice ­Nicka się rozszerzyły.

Zamiast zupełnej ciemności, śluza wypełniła się błękitem. Wokół siebie widział płynny ruch przeplatających się smug światła. Nick zamarł, obserwując zjawisko przypominające zorzę. Pulsujące, świetliste nici krążyły po całym jego ciele. Widział, jak każdy jego płytki oddech porusza drobnymi smugami w klatce piersiowej. Miał wrażenie, że widzi bicie swojego serca. Widział życie.

- Czy... to jest Sieć? - wyszeptał.

- Nawet jeśli Sieć jest niestabilna, przepływa przez nas wszystkich. Jest wszędzie - odpowiedział doktor, skupiony na obserwacji błękitnych nici. - Tylko nie zawsze da się ją dostrzec. Dzięki tym oparom możemy ją podziwiać i czytać.

- Czytać? - spytał i przypomniał sobie, jak dawno temu Gia opowiadała mu o dniu, w którym po raz pierwszy zobaczyła Przetarcie. Mimo że widział już portale, to przyjrzenie się z bliska cząstce Sieci, dowodowi na to, że ta jest częścią jego organizmu, sprawiło, że chciałby podziwiać ją na okrągło.

- Zdrowy organizm ma określony, harmonijny przepływ pasm Sieci. - Doktor powoli obchodził pacjenta w poszukiwaniu najdrobniejszych odchyleń światła. - Gdy w ciało wstąpi choroba, ich ruch jest zakłócony. Na tej podstawie mogę postawić diagnozę.

- Naprawdę można coś z tego wyczytać? - Napiął mięśnie, by sprawdzić, jak to wpłynie na przepływ energii.

- Po dziesięciu latach studiów na uniwersytecie w Khane, owszem. Nie wierć się. - Pacnął go w tył głowy.

W milczeniu szukał, mrużył oczy, kręcił się w tę i z powrotem. Raz po praz mruczał coś pod nosem. Z czasem mgła stawała się rzadsza, a smugi coraz bardziej blakły, aż zniknęły.

- Możesz się ubrać - oświadczył krótko doktor.

Nick złapał za ubrania, wciągnął spodnie i w podskokach ruszył za nim.

- To co mi jest? - Dogonił go, zaniepokojony jego milczeniem.

Lekarz popatrzył na niego, strapiony, i chwilę zwlekał z odpowiedzią.

- Absolutnie nic. - Uśmiechnął się i podrapał po czole, co w przypadku jego łysiny było dość szerokim pojęciem. - Mógłbyś tylko mniej palić.

?

Gia nerwowo stukała palcami w podłokietnik kanapy w prywatnej poczekalni. Wizyta Nicka w gabinecie trwała niemiłosiernie długo, a w jej myślach pojawiały się najgorsze scenariusze. Żeby zabić czas, wypytała Blase'a już chyba o wszystko, co w tej chwili ją interesowało. Opowiedział jej o badaniu, które przechodzi Nick, o zmianach, jakie zostały wprowadzone na uniwersytetach medycznych, i o problemach, jakie miało miasto z zatrudnieniem ludzi do przetransportowania i podłączenia sprzętu w lecznicy. Nie wszystko działało tak jak dawniej.

Okazało się, że w czasach sprzed kryzysu używano specjalnych zwierciadeł, które skupiały energię Sieci. Uzyskana w ten sposób silna wiązka przypominała Rudej laser. Blase mówił, że wykorzystywano je w budowlance czy do celów przemysłowych: do cięcia, spawania, znakowania, obróbki materiałów i hartowania stali. W pierwszej kolejności jednak z użytku zostały wyłączone mniejsze wersje zwierciadeł, stosowane właśnie w medycynie. Podczas operacji wykonywana jest nimi robota zbyt precyzyjna, aby można było zaufać nierównomiernym przepływom energii. Podobno w Khane naukowcy pracowali już nad stworzeniem stabilizatorów przepływu Sieci, które mogłyby je wyrównać w najbardziej specjalistycznych dziedzinach, ale jak na razie to były tylko eksperymenty.

Gia nie mogła dłużej wytrzymać bezczynnego siedzenia w miejscu.

- Skłamałeś, mówiąc, że to twój brat - przerwała irytującą ją ciszę.

Blase zwrócił się ku niej i zmarszczył brwi.

- Mam lepszą fryzurę, wiem. - Zignorował jej zimny ton i obdarował ją uśmiechem. - Ale to nie znaczy, że nie jesteśmy braćmi.

- Braćmi w dążeniu do celu. Braćmi po tej stronie Sieci. - Próbowała go rozgryźć. - Braćmi jako synonim przyjaciół, ale nie wmawiaj mi, że jesteście braćmi krwi.

W tym momencie drzwi się otworzyły. Gia zerwała się na równe nogi i od razu próbowała wyczytać coś ze wzroku Nicka.

- Nie potrafię wam pomóc - oznajmił doktor, gdy pojawił się za chłopakiem w drzwiach. - Nie znalazłem niczego, co mogłoby powodować tak silne bóle głowy.

Blase zamrugał, zaskoczony. Jeszcze nie zdarzyło mu się, żeby jego brat nie miał żadnej teorii na temat chorego. Gia zacisnęła pięści ze złości, to była tylko strata czasu.

- Niepotrzebnie ci zaufałam - zwróciła się do Blase'a. - Od początku powinniśmy opuścić to miejsce i znaleźć prawdziwego lekarza.

- Licz się ze słowami. - Blase stracił cierpliwość i stanął naprzeciw niej.

Niewzruszony słowami Rudej doktor spokojnie zatrzymał się między nimi.

- Pod względem medycznym nic mu nie dolega. Zapewniam was - próbował załagodzić sytuację. - Nie chcę tu rozlewu krwi, więc nie zachowujcie się jak dzieci.

Gia wyszła z gabinetu, ani słowem nie żegnając się z doktorem. Była wściekła, od początku czuła wyrzuty sumienia, że naraża Nicka na niebezpieczeństwo. To ją oskarżono o śmierć Hollowaya, to ucieczka przed Agencją doprowadziła ich aż tutaj. Gdyby była bardziej stanowcza, rozdzieliliby się, jeszcze zanim zaczęło się całe piekło. Mogła temu zapobiec, mogła w porę to przerwać i nie wciągać Nicka w to wszystko. Mogła, ale zbyt mocno bała się zostać sama...

A teraz coś się z nim działo i nikt nie wiedział, jak mu pomóc.

- Wyluzuj, już czuję się lepiej. - Nick złapał ją za ramię i zatrzymał.

- Tylko na jak długo... - Zmarkotniała, nie patrzyła mu w oczy.

- Nie możesz czuć się za mnie odpowiedzialna. Cokolwiek się stanie, to nie jest twoja wina - zapewnił ją. Był znacznie spokojniejszy i bardziej opanowany niż ona, a to w końcu jego męczył niemal ciągły ból. - Jestem z tobą, cokolwiek zdecydujesz.

Blase dołączył do nich, ale się nie odzywał.

Powoli zaczęło zmierzchać, a dzień targowy się kończył. Większość straganów była już pozamykana, a sprzedawcy i kupcy liczyli zyski i szacowali towary, by jutro zacząć wszystko od nowa. Pośród miejscowych łatwej było zauważyć teraz tych, którzy pilnują bezpieczeństwa. Chodzili parami lub kilkuosobowymi grupami, z czerwonymi szarfami przewieszonymi przez ramię. Żołnierze Armii Dawnego Porządku, przekonani, że świat, w jakim teraz żyją, jest jedynym słusznym.

Blase podprowadził klacz za lejce i poklepał ją po głowie. Nim Gia weszła do wozu, podał jej małe zawiniątko z rozdrobnionymi liśćmi. Podniosła na niego pytający wzrok.

- Mako prosił, żebym ci to przekazał. Wystarczy, że kilka razy zaciągniesz się ich zapachem. - Spojrzał na nią porozumiewawczo. - Pomogą spokojnie spać.

W ciszy wsiedli do wozu, by opuścić Drugi Krąg Stolicy. Gia ściągnęła na siebie wzrok Blase'a. Czuła względem niego lekkie wyrzuty sumienia; pomagał im, ale oni nie będą mogli mu się odwdzięczyć. Była mu winna wyjaśnienia.

- Przykro mi, Blase, ale to nie jest nasza historia - zaczęła dużo łagodniejszym głosem. Przemyślała to, co dziś ­zobaczyli i czego się dowiedzieli. Już podjęła decyzję. - Trójca zajmie się ustabilizowaniem Sieci, zażegnają wasz kryzys, zrobią to, co jest najlepsze dla obywateli. Nie będziemy w to ingerować, musimy wrócić do naszego świata, zająć się zdrowiem Nicka i powstrzymaniem Agencji.

- Żyłem nadzieją, że jesteś inna... - Trudno było mu ukryć rozczarowanie, a jej poczucie winy.

- Wybacz, ale nie pomożemy ci w twojej misji Połączenia światów.

Blase zapewnił Rudą i Nicka, że mogą mieszkać pod jego dachem tak długo, jak będzie to konieczne. Gia jednak nie chciała nadużywać gościnności i przy pierwszej okazji postanowiła spróbować otworzyć portal. Taki sam jak ten, który przeniósł ich aż tutaj.

- Na pewno nie dotrzymać ci towarzystwa? - Nick przyłapał ją, jak wymyka się zaraz po wschodzie słońca. Stanął w drzwiach i oparł się o framugę.

- Potrzebuję spokoju. Muszę się skupić. - Uśmiechnęła się blado. Widziała, że Nick cierpi, tylko stara się to ukryć. Czuła, że im dłużej będą zwlekać z powrotem, tym gorzej może się to skończyć. - Obiecuję, że zrobię wszystko, żebyśmy wrócili do domu.

Kiwnął głową, nie zatrzymywał jej. Cierpliwość ostatnio nie była mocną stroną Rudej.

Wrócił do salonu, a tam czekało na niego spragnione pieszczot psisko.

- Nie przyzwyczajaj się do mnie zbytnio, futrzaku. Jeśli ona się zaweźmie, to do wieczora już nas tu nie będzie.

Minął zawiedzionego psa. Nie chciał się przywiązywać. To tylko kolejny postój przed dalszą drogą. Wiedział o tym.

Wziął ze stołu garść suszonych owoców i usiadł na kanapie przed kominkiem. Przejechał dłonią po drewnianych zdobieniach podłokietnika. Piękne wykonanie, wyglądało na ręczną robotę. Przegryzł przekąskę i usłyszał, jak ktoś zbiega po krętych schodach z górnego piętra.

- Dzień dobry! - Zaya z promiennym uśmiechem, w piżamie w koniki polne, przywitała zarówno Nicka, jak i psa.

Pod pachą trzymała kilka książek i kolorowych zwojów papieru. Rozłożyła je na stole, z szuflady w kuchni wyciąg­nęła pisak i usiadła tyłem do Nicka.

- A właśnie. - Chłopak próbował ignorować proszące o smakołyk psie spojrzenie. - Ty nie powinnaś być w szkole czy coś takiego?

Obróciła się do niego z uniesioną brwią. Dlaczego kobiety zawsze tak na niego patrzą?

- No przecież są wakacje - wyjaśniła grzecznie. - Ale mam zadane dużo pracy domowej, a Blase mówił, że muszę uczyć się sys... sysma... sysmematycznie.

- Systematycznie.

Zarumieniła się, a on nie mógł powstrzymać nikłego uśmiechu.

- Pomożesz mi? - spytała z nutką nadziei w głosie.

- Jasne - odparł z pełną buzią.

Chciał wstać, ale pies zażądał haraczu. Wielki łeb leżał na jego kolanach, a proszące ślepia wpatrywały się w niego jak w obrazek, podczas gdy z fafli ściekała gęsta ślina. Nick westchnął ciężko i rzucił mu ostatni kawałek suszonego jabłka. Złapana w locie przekąska zniknęła w mgnieniu oka. Nick otrzepał spodnie z kłaków, podszedł do stołu i dosiadł się do dziewczynki.

- Pod jednym warunkiem. - Uśmiechnął się zaczepnie. - Powiedz mi, co jest na górze.

- Piętro - odparła, niewzruszona.

- Wiesz, że nie o to mi chodzi. - Przysunął się bliżej i ściszył głos. - Zdradź mi, czego twój braciszek tak tam pilnuje.

- Przewidział, że będziesz mnie o to wypytywał. - Nie patrząc na niego, otworzyła książkę na stronie z zadaniem. - Kazał ci przekazać, że "na górze róże, na dole kuchnia, odczep się w końcu, bo dostaniesz łupnia".

Nick skrzywił się na dźwięk amatorskich rymów i przewrócił oczami. Teatralnie wystawił język i dał za wygraną. Na razie.

Zaya rozwinęła jeden z ładnie wykończonych zwojów i zaczęła w nim pisać. Nick aż pochylił się nad nią, gdy na pergaminie zaczęły wyświetlać się krzywo zapisane litery, które jakby do wyschnięcia tuszu odznaczały się niebieską poświatą, by po chwili zblednąć i na stałe pozostać na papierze. Notowała tak jakiś czas, a kiedy rozpoczęła kolejne zdanie, zapisane słowa zblakły i zniknęły. Dziewczynka jęknęła z niezadowoloną miną i teatralnie wzniosła ręce.

- No nieee, znów nie działa. - Jeszcze kilka razy spróbowała nabazgrać coś na marginesie i gdy na papierze nic się nie pojawiło, wzruszyła ramionami. - No nic, próbowałam. - Uśmiechnęła się zadziornie. - Czas na przerwę. - Odłożyła pisak i dziarskim krokiem ruszyła do kuchni po przekąskę dla siebie i wiecznie głodnego psa.

Nick nadal siedział w bezruchu, wpatrzony w rozwinięty kawał zwoju. Z podejrzliwą miną tyrknął końcówką palca pisak i w końcu zwrócił się do siostry Blase'a.

- Jak to działa? - Starał się przy tym nie brzmieć na tak ciekawego odpowiedzi, jak był w rzeczywistości.

- Eeee, no nie wiem - rzuciła przez ramię, nakładając sobie kromkę chleba na talerz. - Ty nie umiesz pisać?

- Nie znam się na dzieciach, ale takie teksty chyba podchodzą pod pyskowanie. - Karykaturalnie pogroził jej palcem.

- No normalnie działa. - Przewróciła oczami i wróciła do stołu. - Przykładasz pisadło do papieru i Sieć się na niej osadza. Ale odkąd pasma energii są słabe, to czasem nie mogę nawet normalnie lekcji odrobić. - Oderwała kawałek skórki od chleba i rzuciła ją pupilowi. Sama odgryzła kawałek kanapki i kontynuowała z pełną buzią. - Koleżanka, co nie mieszka z nami w internacie, cały zeszły rok miała taką wymówkę, że Sieć opuściła jej dom i nie miała jak odrabiać zadań. - Połknęła gryza. - Cwaniara.

Nick podparł brodę rękami, dzieci jednak wszędzie są takie same. Nieważne, po której stronie Sieci się urodziły, zawsze znajdą sposób, by się nie uczyć.

- No dobra, i tak pokaż, co tam masz. - Sięgnął po tomisko i zaczął czytać.

Nie znał odpowiedzi na żadne z postawionych przed siedmiolatką pytań. Inna sprawa, że zadania dotyczyły znajomości historii. Tutejszej historii.

?

Gia szukała miejsca, które pozwoli jej się skupić. Z dala od natrętnych myśli i nękającego ją poczucia winy. Chciała pozbyć się złości i niechęci, znów poczuć pewność siebie i odzyskać dawną zaradność. Tutaj czuła się mała, zagubiona i skołowana, ale mogła to zmienić. Wystarczy tylko jeden skok, na Drugą Stronę.

Nocny deszcz pozostawił po sobie błyszczące krople i świeży wiatr. Powietrze pachniało kwitnącą zielenią i źdźbłami ­trawy.

Nogi niosły ją przed siebie. Przystanęła pomiędzy dwoma potężnymi drzewami. Wyglądały naprawdę staro i choć były sporo od siebie oddalone, ich grube korzenie przeplatały się pod jej stopami, tworząc jakby stopnie prowadzące w górę. Zauważała zniszczone mury. Były ledwo widoczne spod warstwy porastającej je roślinności. Wkoło widziała obrośnięte kolumny, zniszczone łuki bram, powalone wieże, drobne stopnie, podwyższenia i pozostałości korytarzy. Widziała wyryte w skale litery w nieznanym jej języku i symbole wyglądające mniej lub bardziej znajomo. Zmrużyła oczy. Mech obrastający wiekowe mury miał kształt ludzkiej twarzy. Przejechała dłonią po mokrej podobiźnie i aż przeszył ją dreszcz. Spoglądały na nią wyryte w kamieniu oczy postaci o spokojnych rysach. Teraz rozumiała: stała pośrodku zapomnianego sanktuarium. Dawną świątynię pochłonął las, drzewa obrosły ruiny, tworząc zupełnie nowe dzieło sztuki.

W jej świecie takie miejsce zapewne byłoby chronione, zbadane i odwiedzane przez setki turystów, a tutaj żyło włas­nym życiem. Z dala od rygorów i zakazów, pozostawione samo sobie.

Najwyższą zachowaną częścią świątyni był lekko przekrzywiony monolit. Swoją stabilność zawdzięczał oplatającym go lianom, które stały się już jego częścią. Poranne świat­ło migotało między gałęziami, a zasnute słońce sprawiło, że wszystko spowite było dziwną, bladą łuną.

Znalazła właściwe miejsce.

Stanęła stabilnie na nogach, uspokoiła oddech i wyciąg­nęła dłonie przed siebie. Liczyła, że lata ćwiczeń dawnego Talentu dadzą efekty, nie miała czasu ani sił na błędy.

- Skup się. Zrób to dla Nicka - wyszeptała w stronę monolitu.

Przymknęła powieki. Czuła, jak przepływają przez nią wibracje. Nie paskudne uczucie prądu, ale czysta energia. Skupiła Talent, błękitne smugi spływały po jej dłoniach, powoli tworząc niewyraźny okrąg. Światło wypełniło serce pradawnej świątyni.

- No dalej... Nie możemy tu zostać, musimy wrócić.

Zmarszczyła brwi. Już wcześniej czuła, że to nie będzie takie proste, że coś uniemożliwia jej rozdarcie Sieci. Przebijała się przez jej kolejne warstwy, błądziła, próbując znaleźć drogę na Drugą Stronę. Przecież wie, że to potrafi. Skoro udało jej się to raz i drugi, to uda się i teraz. Uchyliła powieki, gdy poczuła, że jej moc traci równowagę.

- Mój świat mnie potrzebuje...

Zacisnęła zęby, widziała, jak blady okrąg zaczyna drżeć. Coś niezrozumiałego działo się z jej Talentem. W ślad za światłem zaczęły drżeć jej dłonie. Zacisnęła pięści, by je powstrzymać. Oblała ją fala wściekłości. Czuła gorąco na opuszkach, a równocześnie lodowaty powiew na twarzy.

Krąg wydał skrzący dźwięk, a bladobłękitne wyładowania zaczęły niekontrolowanie odrywać się od formowanego portalu. Stawał się jaśniejszy, coraz jaśniejszy, aż jego światło zaczęło ją razić. Odgłos rozszarpywanej Sieci przeszywał jej ciało, a ręce zaczęły płonąć bólem. Zakręciło jej się w głowie, świątynia zaczęła płynnie wirować wkoło niej. Nie podda się, uda jej się przedrzeć, wytrzyma.

Spływająca po liściu kropla deszczu zawisła na krawędzi blaszki. Niebezpiecznie zsuwała się wzdłuż granicy i dotarła na sam czubek. Delikatny powiew zatrząsł gałęzią. Kropla oderwała się od liścia i minęła wszystkie pozostałe. Niewzruszona potężnymi siłami Talentu, bezczelnie spadła wprost na Rudą.

Gia poczuła, jak zimna deszczówka kapnęła jej dokładnie za kołnierz. Nie wytrzymała. Puściła Talent i uderzyła kolanami o ziemię. Fala energii rozprysnęła się w mgnieniu oka.

Dziewczyna dyszała ciężko. Starła pot z czoła i spojrzała na zaczerwienione dłonie. Pod paznokciami pojawiła się krew, a palce zaczynały sinieć. Dokładnie tak samo ranił ją Talent, gdy jeszcze był blokowany przez chip Agencji. Skuliła się. Dlaczego to znów się dzieje? Dlaczego Talent jej nie słucha?

Niewzruszony jej porażką deszcz zaczął leniwie siąpić. Ciche uderzenia kropel wypełniły las.

Zacisnęła obolałe pięści i uderzyła nimi w ziemię. Raz, drugi, trzeci. Nawet burza nie zagłuszyłaby jej wściekłego krzyku.

?

Blase schodził po krętych schodach, balansując tacą tak, żeby nic z niej nie spadło, a gdy postawił krok na ostatnim ­stopniu, usłyszał wesoły śmiech Zayi. Zamrugał, zaskoczony, gdy zobaczył, kto wprawił ją w tak dobry nastrój.

- Braciszku, braciszku! - Dziewczynka zeskoczyła z siedzenia i podbiegła do niego z promiennym uśmiechem. - Odrobiłam całe zadanie, Nick mi pomógł.

- Czyżby...? - Blase spojrzał podejrzliwie na swojego goś­cia.

- A tak! - odparła z dumą. - I dużo się nauczyłam. Wiedziałeś, że podczas Wojny Północnej dowództwo objął władca Tom Hanks Pierwszy? To on wezwał na pomoc kosmicznych wojowników zakonu Jedi i był najsilniejszym hobbitem w Hogwarcie!

Blase podniósł wzrok znad Zayi i znów zerknął na ­Nicka z politowaniem. Ten z trudem powstrzymał parsknięcie śmiechem i dla niepoznaki niesamowicie zainteresował się końcówką od pisaka.

- Zaya, ja ci potem jeszcze sprawdzę to zadanie. - Pogłas­kał ją po głowie. Skierował kroki w stronę kuchni i przystanął przy stole. - Przestań ją uczyć głupot - warknął i wstawił brudne naczynia do zlewu.

Nick przeciągnął się i założył ręce za głowę, nie tracąc dobrego humoru. Zaya usiadła naprzeciwko. Została jeszcze praca domowa z geografii, a chłopak już miał pomysł na szczyt górski nazwany jego imieniem.

W tym momencie tuż za oknem uderzył piorun. Wszys­cy podskoczyli, a na moment całe pomieszczenie aż zrobiło się białe. Zanim jeszcze skończyło im dudnić w uszach, na zewnątrz lunął ulewny deszcz. Ale to nie był zwykły deszcz, a nawałnica. Na tyle silna, że cały dom aż zaczął skrzypieć pod naporem rozpędzonej wody. Burza pojawiła się bez ostrzeżenia, nic nie zapowiadało tak nagłego pogorszenia pogody. Leniwy zachód słońca zniknął za czarnymi jak noc chmurami tak szybko, że zrobiło się zupełnie ciemno.

Blase bez słowa zerwał się do stajni i obory, by zamknąć zwierzęta w boksach, a Zaya przyniosła z pomieszczenia gospodarczego wiadro i postawiła jej pod oknem w salonie. Na suficie było widać ślady zacieków, które kończyły się dokładnie w miejscu, gdzie je umieściła. Nick obserwował to, nieco zmieszany. Gdy Blase wrócił, usiedli przy stole.

Strugi deszczu spływały po okiennych szybach, silny wiatr uginał gałęzie wysokich drzew na tyle mocno, że obijały się o dach. Dudnienie niosło się po wielkim domu, a Nick wątpił w to, czy stary budynek nie runie im na głowy.

- Bez obaw. Wytrzyma. - Blase jakby odpowiedział na jego myśli. - Dom wymaga kilku napraw, ale przeżył już ­niejedną burzę. Budowali go moi bracia. Wytrzyma - powtórzył.

Nick kiwnął głową, choć wydawało mu się, że budynek ma co najmniej kilkadziesiąt lat, ale to niemożliwe, skoro bracia Blase'a byli odpowiedzialni za jego wzniesienie. Patrzył, jak krople cieknące po suficie zaczynają kapać do wiadra.

- Dzielna dziewczyna. - Nick uśmiechnął się do Zayi, która wydawała się nie zauważać szalejącego za oknem huraganu. - Nie boi się burzy.

- Ona ma tylko siedem lat, wychowała się w czasach anomalii. Nie zna innego świata.

Nick zamrugał, zaskoczony.

- Chcesz powiedzieć, że tutaj też nawiedzają was te wszystkie niebezpieczne zjawiska?

- Mówiłem ci przecież. Dexteram i Sinistram są ze sobą połączone, a równowaga Sieci wpływa na pogodę. - Podrapał się po bliźnie na policzku. - Tak długo jak Sieć będzie słabła, tak natura będzie zbierać swoje żniwa.

Nick wstał od stołu i szybkim ruchem zabrał z wieszaka płaszcz.

- Dokąd to? - Blase uniósł się na krześle.

- Znaleźć Rudą. - Ubrał się i ruszył w stronę drzwi. - Widziałem już, jakie spustoszenie potrafią nieść burze spowodowane wahaniami Sieci.

Gdy nacisnął na klamkę, nie poczuł oporu. Drzwi otworzyły się, a silny wiatr wtargnął do domu. Nick odetchnął z ulgą.

Gia stała przed nim zupełnie przemoczona i strasznie blada. Nie patrząc na niego, bez słowa weszła do środka.

- Nic ci nie jest? - spytał troskliwie i zatrzasnął za nią drzwi.

- Pada - wypowiedziała tylko to jedno słowo i przeszła do salonu.

Patrzył, jak siada na kanapie przed rozpalonym kominkiem i zawiesza smutne spojrzenie na płomieniach. Mokre pasma włosów opadły jej na twarz, a kropelki wody skapywały na przemoczone ubrania. Zadrżała z zimna.

Nick okrył ją ciepłym kocem i usiadł przy niej. Popatrzyła mu w oczy z wdzięcznością w momencie, gdy między ich ciałami przeskoczyła iskra.

- Nie udało się. - Wypowiedzenie tych słów wiele ją kosztowało.

- To nic - odpowiedział niemal natychmiast.

Zdobył się na blady uśmiech, ale to było za mało, by podnieść ją na duchu. Musiał ją przekonać, że naprawdę w nią wierzy, a nie tylko wypowiada nic nieznaczące frazesy. Bo wierzy, wierzył całym sobą. Tylko że ona nie potrzebowała litości. Nie zmotywują jej słowa otuchy ani poklepywanie po plecach. Ich los leżał w jej rękach, w jej umiejętnościach. Musiał ją wspierać. Znał ją. Całe życie służyła Agencji, a to odcisnęło na niej piętno. Wiedział, jak do niej dotrzeć. Potrzebowała słów, które będzie mogła potraktować jak rozkaz.

- Wzięłaś na siebie wiele - zaczął ostrożnie. - Ale źle się do tego zabrałaś. - Udało mu się ściągnąć na siebie jej zmęczone spojrzenie. - Twój Talent jest złożony, a ty skupiłaś się tylko na tym, by nas stąd wyciągnąć. Musisz go zrozumieć i ćwiczyć stopniowo, tak jak to robiłaś w Agencji z elektrycznością. Tak samo jak uczyłaś mnie i adeptów. Weź się w garść i skorzystaj z własnych nauk, a ja ci w tym pomogę.

Zapadła cisza, słychać było tylko strzelanie ognia na suchym drewnie w kominku. Nick przypomniał Gii, że ta potrafi czuć coś więcej poza złością, strachem i obojętnoś­cią. Płomień odbijający się w jej oczach zadrżał, a kąciki ust uniosły się nieznacznie. To wystarczyło za odpowiedź. Była mu wdzięczna.

?

Kichnęła. Albo to ją obudziło, albo dźwięk dochodzący z poziomu dachu. Gia usiadła na łóżku i przeciągnęła się leniwie. Wzrok zatrzymała na dłoniach, zabandażowanych i obolałych, przypominających o wczorajszej porażce. Odetchnęła i spróbowała powstrzymać narastającą w niej irytację.

Znowu kichnęła.

Tak, katar to dokładnie to, czego teraz potrzebowała. Wstała i zaścieliła łóżko. Niewielka sypialnia, którą na bliżej nieokreślony czas mogła nazywać swoją własną, była pomieszczeniem wydzielonym z dawnej części salonu. Dom był pełen różnych przeróbek świadczących o tym, że musiał pomieścić więcej ludzi, niż pierwotnie przewidywano. Nic dziwnego, skoro Blase na każdym kroku wspominał o swoich braciach i siostrach, a Gia miała wrażenie, że za każdym razem mówił o kimś innym. Tuż za ścianą pokój dostał Nick, a wyjście z obu prowadziło bezpośrednio do salonu. W tej chwili pustego. Gia rozejrzała się za resztą domowników, ale nawet pies gdzieś zniknął. Zatrzymała wzrok na schodach prowadzących na górę. Piętro było jedynym miejscem, do którego ani ona, ani Nick nie mieli wstępu. Nickowi ten fakt nie dawał spokoju, Rudej był raczej obojętny. Każdy ma prawo do swoich tajemnic, a ona obiecała sobie, że nie będzie się angażować w nic, co dotyczy Dexteram.

Kichnęła, a potem poszła się umyć. W pierwszej ­chwili pomyślała, że ma dziś szczęście, bo kapryśna Sieć była łaskawa i zasiliła pompy umożliwiające przepływ bieżącej wody. Niestety zdarzało się to na tyle rzadko, że rury zdążyły przerdzewieć i zarosnąć brudem. Zrezygnowała z prysznica na rzecz obmycia się w miednicy z deszczówką.

Jeszcze z wilgotnymi włosami wyszła przed dom zobaczyć, co jest źródłem hałasu na dachu. Po huraganie nie było śladu, przynajmniej na niebie. Ruda obeszła dom; wszędzie panował nieporządek po nocnej ulewie. Ogarnęła wzorkiem pobojowisko, minęła roztrzaskaną rynnę i kilka popękanych dachówek, a spod okna jej sypialni podniosła doniczkę i ustawiła ją na kamiennym parapecie. Kilka okien nie przetrwało nocy - nad ranem piorun uderzył w gałąź najbliższego drzewa, która wybiła kilka szyb. Po tym, co Gia widziała w swoim świecie, takie sceny nie robiły już na niej wrażenia.

Usłyszała uderzenie młotka i zadarła głowę, w ostatniej chwili, by zdążyć odsunąć się spod spadającej części gzymsu.

- Umm... uwaga na głowę - usłyszała skruszony głos.

Uśmiechnęła się krzywo do Nicka, który łapał równowagę na zrujnowanym dachu.

- Mało zniszczeń spowodowała burza? Chcesz koniecznie dorzucić jeszcze swoje trzy grosze? - Skrzyżowała ręce na piersiach i uważnie przyglądała się kolejnej niebezpiecznie obluzowanej dachówce.

- Co on tam robi? - rozległ się głos Blase'a.

Miał na sobie znoszone ubrania pełne dziur i plam, a na ramieniu kilka desek i narzędzia. Cały poranek spędził na naprawie szkód w stajni.

- Dach jest w opłakanym stanie, znalazłem też kilka miejsc, w których przecieka. Raz-dwa to naprawię. - Nick przykucnął i wziął się do roboty.

- Czekaj, pomogę ci. - Blase nie krył zdziwienia, ale i uśmiechnął się z uznaniem. Nie spodziewał się jakiegokolwiek zaangażowania ze strony chłopaka. A ten nawet nie pytał, czy Blase potrzebuje pomocy, tylko z własnej inicjatywy wziął się za naprawy. Mieszkanie na wsi pozwalało im zapewniać podstawowe potrzeby i spokojnie żyć z dala od zatłoczonego miasta, ale przy tak dużym domu, masie zwierząt i młodszej siostrze niełatwo było gospodarzowi wszystkiego dopilnować, więc szczerze cieszył się z pomocy. - Przyłączysz się do nas? - spytał Rudą z nutką nadziei w głosie.

- Nie - odparła zimno. - Mam zamiar dalej ćwiczyć Talent. Muszę spróbować otworzyć portal do domu.

Przez ostatnie dni Ruda unikała Blase'a, a każda jego próba nawiązania rozmowy kończyła się fiaskiem. Ukrywali to, ale oboje czuli się z tym okropnie. Ich sympatia została zdławiona. Mieli zbyt różne cele, by pozwolić sobie na przyjaźń. Tak przynajmniej sądziła Gia.

- Nie martw się, prędzej czy później na pewno ci się uda osiągnąć to, czego pragniesz. - Niespodziewanie zaczął ją pocieszać. - Słyszałem, że moce Utalentowanych pochodzących zza Sieci stają się silniejsze, gdy trafiają do Dexteram. Mój świat to takie naturalne środowisko waszych Talentów. Sieć wam tu sprzyja.

Gia rozważyła jego słowa. Nie czuła się wcale silniejsza niż w Sinistram, ale wzmianka o rosnącym potencjale Talentu coś jej przypomniała. Czy przypadkiem nie o tym powiedział jej Azaler, potężny Utalentowany z Egiptu, który potrafił przejmować ludzkie ciało? Ruda do dziś pamiętała, że nazywał Przetarcie Źródłem i twierdził, że dzięki przebywaniu blisko niego on sam staje się silniejszy. Może właśnie dlatego, że przez tak długi czas znajdował się bliżej Dexteram niż ktokolwiek inny?

Nie chciała o tym dłużej myśleć, tamta misja przywoływała zbyt wiele bolesnych emocji. Każde wspomnienie związane z Alexem było jak drzazga w sercu. Odwróciła się na pięcie i tylko rzuciła przez ramię:

- Uważajcie na siebie. Do wieczora.

Blase westchnął i pokręcił głową. Wiódł za nią wzrokiem do momentu, aż zniknęła między drzewami. Wtedy założył na biodra pas z narzędziami i sprawnie wspiął się na dach. Ocenił zniszczenia. Nawet z pomocą Nicka to robota na kilka dni. Wzięli się do wspólnej pracy.

?

Gia wróciła w to samo miejsce, w którym trenowała zeszłego dnia. Dawna świątynia pochłonięta przez naturę. Majestatyczna, przepełniona spokojem i mistyczną energią.

Odgłos kichnięcia równie majestatycznie niósł się po całym lesie. Gia przetarła nos i usiadła pod starym monolitem. Wyciągnęła z zaszewki przy pasie mały notatnik i pisak. W drodze ułożyła w głowie plan działania, który teraz chciała zanotować. Nick miał rację, musi potraktować siebie samą tak, jak traktowała swoich adeptów. Zrozumieć i poznać swój Talent, a naukę podzielić na etapy. To przecież tak oczywis­te, a przez pośpiech niemal zapomniała, co wpajała swoim uczniom na treningach. Odkąd obudziła swój prawdziwy Talent, musiała zapomnieć o starych przyzwyczajeniach i przyjąć rzeczywistość taką, jaka była. To, że wcześniej udało jej się otworzyć portal między światami, jeszcze o niczym nie świadczyło. W obu przypadkach towarzyszyły temu bardzo silne emocje, co pozwoliło jej dokonać niemal niemożliwego. Książkowy przypadek. To samo przydarzyło się Lili, gdy jej ojciec był na skraju śmierci. Udało jej się obudzić Talent i użyć go z taką mocą, że po dziś dzień nie zdołała tego powtórzyć. To nie napawało dużym optymizmem, ale Ruda miała spore doświadczenie w pracy z Talentami. Pomogła innym, to poradzi sobie i ze swoimi. Tym razem podejdzie do tego profesjonalnie, jak trener.

- Punkt pierwszy - udało jej się zapisać. - Sprawdzić umiejętności posługiwania się elektrycznością.

Prąd to skutek uboczny powstawania portali oraz jej poprzedni Talent. Być może wciąż potrafi go wyodrębnić, a w ślad za nim lepiej zrozumieć portale. Wiele jej technik walki opierało się na wykorzystaniu elektryczności, więc może nadal mogła ją kontrolować.

- Punkt drugi. Nauczyć się skutecznie tworzyć portale w obrębie Dexteram i wymyślić nowe techniki wykorzystywania ich w walce.

W Sinistram udało jej się swobodnie kreować portale łączące punkty po jednej stronie Sieci. Nie wiedziała jeszcze, jak jest tutaj. Jeśli opanuje je do perfekcji, od nich już niedaleka droga do stworzenia portalu łączącego oba światy. A kiedy już uda im się wrócić, nie będzie czasu na naukę. Wszystkie swoje możliwości musi poznać jeszcze tutaj, póki Agencja nie depcze im po piętach. Walka z wykorzystaniem portali ma ogromny potencjał i da jej znaczną przewagę nad przeciwnikami, ale nie uda jej się skutecznie ich zastosować, jeśli wcześniej sama nie zbada swoich granic.

- Punkt trzeci. - Ostatni. - Stworzenie portalu rozdzierającego Sieć i powrót do domu. - Zacisnęła dłoń na pisaku. - Powstrzymanie Agencji przed stworzeniem broni i zniewoleniem Utalentowanych.

Spojrzała na swoją listę krytycznym okiem. Pestka, przynajmniej na papierze...

?

Mijały dni i każdy z domowników był zajęty. Gia wychodziła wcześnie rano i wracała późnymi wieczorami. Całkowicie poświęciła się treningom, niemal nie widywała się z Nickiem ani Blase'em, a oni mieli wystarczająco dużo pracy przy naprawie zniszczeń po burzy.

Siedzieli na granicy dachu w upale, a gdy słońce zawisło w zenicie, wspólnie uznali, że chwila przerwy to więcej niż dobry pomysł. W takich warunkach trudno było im się skupić na fizycznej pracy. Nick wziął łyk wody z butelki, po czym oblał sobie głowę i twarz, dzięki czemu poczuł chwilową ulgę. Po raz ostatni doświadczył takich upałów podczas jednej z misji. W Kanadzie. W środku zimy. Ale to było, zanim jeszcze zaczął się ten cały cyrk z istnieniem równoległego świata. Wciąż jeszcze to do niego w pełni nie docierało, jednak siedzący obok koleżka był żywym dowodem na to, że albo Sieć naprawdę jest granicą między Dexteram a Sinistram, albo Nick dostał już udaru.

Resztę wody podał Blase'owi. Dobrze im się razem pracowało, gospodarz był ciekawym człowiekiem, a dla Nicka każda informacja o Dexteram była czymś nowym i interesującym. Sam nie wiedział, czy chciał mu pomóc w ramach wdzięczności za schronienie, czy zwyczajnie próbował zająć się czymkolwiek, byle nie myśleć o bólu głowy.

Wstał i zaczął przenosić materiały i część narzędzi na drugą stronę dachu. Tam naprawy wymagały dwa wykusze nad szerokimi oknami. Blase obserwował go uważnie i nim ten skończył dźwigać, parsknął śmiechem.

- Nie, tą częścią dachu zajmę się sam. - Wypił resztę wody i podciągnął opadające rękawy. - Stokrotne dzięki za pomoc. Doceniam to.

- Skąd ten nagły przypływ samodzielności? - Nick popatrzył na niego podejrzliwie.

- Żebyś nie zaglądał do okna pokoju, który tak cię interesuje. - Rozgryzł go w mgnieniu oka.

Nick zakręcił w ręce młotkiem i wzruszył ramionami.

- Wcale nie miałem takich niecnych zamiarów.

- Wcale. - Blase uśmiechnął się i przejął od niego młotek.

- W takim razie idę uczyć twoją siostrę historii - droczył się.

Zaczął zbierać z dachu niepotrzebne przedmioty. Zachwiał się nieznacznie i spojrzał w dół. Lekko spadzisty dach był zdradziecki, wystarczyła chwila nieuwagi, żeby zapomnieć się na nierównej powierzchni. Liczył, że po tylu spędzonych tu godzinach wreszcie pozbędzie się drętwienia w stopach i męczącego uczucia niepokoju. Niestety, lęk wysokości nadal nie odpuszczał.

Nick starł z czoła kropelki potu i wziął kilka głębokich wdechów. Poczuł mrowienie, ale tym razem na czubku głowy. Próbował się otrząsnąć, jednak oblała go fala lodowatych dreszczy. Zgubił myśli i zupełnie stracił orientację. W sekundę uderzył w niego ogromny ból głowy, a oczy zaszły mgłą. Upuścił narzędzia i poczuł, że traci grunt pod nogami.

Słyszał słowa, ale ich nie rozumiał. Chciał tylko spać, dlaczego ktoś go budził? Uporczywe nawoływanie nie ustępowało, więc postanowił zdobyć się na nadludzki wysiłek i uchylić powieki. Skrzywił się i wymamrotał coś, co najprawdopodobniej było przekleństwem. Cholerne słońce raziło go w oczy, a rozgrzane dachówki parzyły w plecy. Nie dał rady usiąść, po chwili pomógł mu właściciel nękającego go głosu.

- Co się drzesz...? - wymamrotał Nick i rozmasował obolałą głowę. Minęła dłuższa chwila, zanim znów widział wyraźnie.

- Chłopie, przez kilka minut próbowałem cię ocucić. - Blase siedział przy nim tuż przy granicy dachu. - Straciłeś przytomność, ledwo zdążyłem cię złapać.

Nick zamrugał z niedowierzaniem i spojrzał w dół. Narzędzia, które wcześniej trzymał, i zapasowe dachówki leżały roztrzaskane na ziemi. Starł ślinę z kącików ust, chyba faktycznie na chwilę odleciał.

- Naprawdę nie jest z tobą dobrze... Dasz radę wstać?

Blase pomógł mu ostrożnie zejść z dachu i zaprowadził go do budynku. Tu było ciemniej, dzięki czemu pulsujący ból głowy nieco złagodniał. Odpoczynek, Nick potrzebował teraz snu, żeby się zregenerować. To na pewno praca w pełnym słońcu tak go zamroczyła.

- Blase? - Zatrzymał gospodarza, nim ten wyszedł z pokoju. Spojrzeli na siebie porozumiewawczo. - Nie mów nic Rudej.

Blase skrzywił się, ale i pokiwał głową.

- Jasne. - Zamknął za sobą drzwi. - ...O ile nie zapyta.

?

- Jeszcze raz.

Przyłapała się na tym, że mówi sama do siebie. Ewentualnie do tej dziwnej małpki o ciemnobrązowym futrze, która od rana siedziała w koronach drzew i bacznie jej się przyglądała wielkimi, czerwonymi ślepiami.

Gia skupiła Talent. Czuła krążącą wkoło niej energię. Wyciągnęła przed siebie dłoń i wzburzyła Sieć, jakby dotykała tafli, a zamiast kropel na jej palcach pojawiły się błękitne iskry. Nic dziwnego, że Agencja obawiała się jej umiejętności. Jeśli każdy taki ruch zaburza pracę w laboratoriach, to miała szczerą nadzieję, że teraz szlag ich trafia.

Skradzione błyski przytrzymała w garści, ale czuła, jak zaczynają przeciekać między palcami. Pomogła sobie drugą dłonią, jednak błękitne wyładowania rozchodziły się coraz dalej i dalej, zupełnie ignorując jej chęci. Serce zabiło jej szybciej, zadrżała, gdy niestabilna kula energii zaczęła rosnąć i wymykać się spod kontroli.

Nie zatrzyma tego, nie potrafi. Prąd nie zachowywał się jak dawniej. Musiała pozbyć się nadmiaru mocy. Szybkim ruchem wbiła ściśnięte iskry w ziemię pod stopami. Skumulowany prąd rozszedł się błyskawicznie i pomknął w stronę monolitu. Uderzył w niego z hukiem, a ten roztrzaskał się pod naporem potężnej energii. Ruda zasłoniła twarz przed odłamkami, a gdy poczuła zapach spalenizny, uchyliła powieki.

Ciekawska małpa gdzieś uciekła, a po zabytkowym monolicie pozostała tylko zwęglona dziura w ziemi. Wokół trawa była wypalona, a wzór błyskawicy ciągnął się aż do granicy wzroku.

Gia odetchnęła głęboko i aż zgarbiła się ze zmęczenia. Tym razem przesadziła, nie chciała usmażyć tego miejsca.

To nie miało sensu.

Nietłumiony niczym prąd, trzymany w jej dłoniach, był zbyt niestabilny, by mogła go kontrolować. Dla wszystkich będzie bezpieczniej, jeśli Gia odrzuci dawne przyzwyczajenia i nie będzie dłużej korzystała z pierwotnego Talentu. Takie metody wysysały z niej siły i powodowały zbyt wiele zniszczeń.

Usiadła tam, gdzie stała, i rozmasowała skronie. Musiała wyciągnąć wnioski z ostatnich treningów, straciła na ten etap już wystarczająco dużo czasu. Znalazła w skórzanej torbie notatnik, dopisała kilka linijek i przeanalizowała to, czego udało jej się dokonać do tej pory. Poprzednie próby były równie nieudane, choć nie tak imponująco destrukcyjne. Prąd zdecydowanie nie był już naturą jej Talentu, musiała na dob­re pożegnać się z tym rodzajem walki. Zastukała parę razy o margines pisakiem, gdy ten znów przestał działać. Przekartkowała kilka stron i po chwili udało jej się wykreślić ze swojej listy punkt pierwszy.

Czas przejść do etapu, w którym pokładała największe nadzieje.

Niespodziewanie ogarnęło ją znajome uczucie. Bez powodu jej serce zaczęło bić szybciej, a panika i strach wypełniły każdą komórkę ciała. Przeklęła i zaczęła gorączkowo myśleć. Co by powiedział Lambert, gdyby dowiedział się o atakach Rudej? Po pierwsze kazałby się odciąć od stresujących sytuacji, ale to nie jest możliwe. Co jeszcze by doradził? Psychoterapia odpada. Leki... Olśniło ją. Upuściła notatnik i drżącymi dłońmi wygrzebała z saszetki zawiniątko, które dostała od brata ­Blase'a. Rozwinęła materiał i zaczęła wdychać ostry zapach ziół.

- Oddychaj wolniej - powtarzała sobie. - Jesteś bezpieczna. Nic złego się nie dzieje, Agencji tu nie ma. Ten świat nie jest niczym złym.

Lata spędzone w poczuciu zagrożenia sprawiły, że żyła w permanentnym stresie, choć nie przyznawała tego przed samą sobą. W tym stanie nie odróżniała realnego zagrożenia od tego, które było tylko w jej głowie.

Lęk powoli ustępował, oddychała coraz wolniej i spokojniej. Odsunęła od twarzy zawiniątko i starła z nosa resztki ziołowej mieszanki. To zielsko naprawdę pomogło, choć Gia była wcześniej sceptycznie nastawiona. Powinna podziękować Blase'owi.

Trening musiał poczekać na inny dzień, dziś była już zbyt zmęczona.

Wracała dobrze już znaną sobie drogą przez las. Starła pot z czoła i klasnęła sobie w kark, na którym przysiadł jakiś insekt. Oby to nie było nic jadowitego. W zasięgu wzroku miała stare, martwe drzewo, co oznaczało, że jest prawie u celu. Gdy się z nim zrównała, usłyszała szelest. Musiała spłoszyć coś, co znalazło schronienie w wydrążonym pniu. Przez ułamek sekundy widziała ruch uciekającej smugi wielkości puchatego lisa. I pewnie nie udałoby jej się dostrzec zwierzęcia, gdyby nie to, że jego futro było zupełnie białe. Pomyślała, że to mało kamuflujące barwy jak na istotę żyjącą w lesie.

Weszła do domu i zamknęła za sobą drzwi na mosiężny zamek. Jedyne, o czym teraz marzyła, to kąpiel.

- O, wróciłaś dziś wcześniej. - Nick przywitał ją z kanapy.

Przystanęła między nim a wygaszonym kominkiem i przeciągnęła się leniwie. Skierowała zmęczone spojrzenie na przyjaciela i zmarszczyła brwi.

- Źle wyglądasz - zauważyła. - Dobrze się czujesz?

- Ta, nie mają tu klimatyzatorów, więc złapałem lenia - odparł natychmiast i wysilił się na obojętny uśmiech. Musiał zachować swój popołudniowy atak bólu w tajemnicy przed Rudą. Większa presja w niczym jej nie pomoże.

- Yhm. - Na jego szczęście była zbyt zmęczona, by dalej drążyć.

- Jak poszło? - Odsunął od siebie temat.

- Jeden do zera dla mnie w meczu ze starożytną świątynią. Idę się umyć.

Przekręcił głowę. Tym razem to on nie drążył tematu.

Zniknęła za drzwiami, a on skulił się z bólu. Udawanie przed nią, że wszystko jest w porządku, było coraz trudniejsze. Chciałby znaleźć coś, na czym mógłby się skupić, by nie myśleć o tym, co mu dolega.

- Hej. - Z letargu wyrwał go głos Blase'a.

- Gia już wróciła, pamiętaj, że mieliśmy umowę. - Ściszył głos. - Nie wygadaj się.

- Twoja wola. - Wzruszył ramionami i oparł się o tył kanapy. - Ale przypomnij sobie, jak ty żeś się czuł, gdy się dowiedziałeś, że cię okłamywała.

- To naprawdę nie jest czas na twoje moralizujące przemowy. - Był zmęczony jego gadaniem o prawdzie i kłamstwie.

- Chodź ze mną, coś ci pokażę.

Z trudem wstał z kanapy i smętnym krokiem poszedł za gospodarzem aż do stajni. Uderzył go silny zapach koni i siana, przez co odruchowo się skrzywił. Zamknięte w boksach zwierzęta zareagowały niepokojem na widok Nicka. Najwyraźniej wyczuwały jego niepewność, a im bardziej one były spięte i hałaśliwe, tym gorzej czuł się przy nich Nick. Miał tylko cichą nadzieję, że nie zostanie w Dexteram na tyle długo, by kopnął go zaszczyt nauki jazdy.

Blase przeszedł na tył stajni i otworzył skrzypiące drzwi. Oczom Nicka ukazało się jeszcze jedno pomieszczenie. Tym razem poczuł przyjemny zapach świeżego drewna, który zupełnie zdominował smród koni. Pośrodku znajdował się podniszczony stół z narzędziami stolarskimi. Pod ścianami leżały kawałki drewna, niektóre nieruszone, surowe, inne żłobione i frezowane, a prócz tego wszędzie walały się wióry i trociny.

Przejechał dłonią po jednym z niewykończonych dzieł. Wyglądało jak szkatuła na biżuterię, choć brakowało jeszcze zawiasów i zamka. Precyzyjne rzeźbienia przedstawiały zwierzę przypominające dwugłowego lwa gotowego do ataku. Nick rozpoznał ten styl, podobne zdobienia widział na podłokietniku kanapy w salonie, na wezgłowiu łóżka w sypialni, na wielkiej skrzyni w korytarzu oraz na mnóstwie innych przedmiotów w domu. Teraz już wiedział, kto jest ich autorem.

- Czyli masz jakiś talent poza podglądaniem snów. - Skrył podziw za złośliwymi uwagami. - Ładne.

- Prawisz komplementy prawie tak samo dobrze, jak kłamiesz. - Blase, nie patrząc na niego, ściągnął z półki kawał materiału i strzepnął z niego trociny. - Rzeźbię w drewnie, odkąd skończyłem pięć lat. Wbrew pozorom to wielce praktyczne hobby. Ty masz jakieś?

- Cóż... kiedyś trochę się ścigałem, ale źle się to dla mnie skończyło. - W odruchu aż rozmasował starą bliznę po postrzale.

- Szkoda, bo liczyłem, że możesz mi pomóc. - W końcu znalazł to, czego szukał.

Podszedł do chłopaka i podał mu malutki, wyrzeźbiony w drewnie przedmiot. Nickowi aż zaświeciły się oczy. Tak go zamurowało, że zapomniał się uśmiechnąć. Trzymał w dłoni szachową figurę hetmana.

- Widziałem je w snach Rudej. - Blase odpowiedział na jego pytające spojrzenie i wskazał na własnoręcznie zrobioną szachownicę i pozostałe bierki. - Ale nie znam zasad. Myś­lałem, że może mnie nauczysz.

?

Gia przymrużyła oczy. Nie spodziewała się, że wytrzyma tak długo. Utrzymywała otwarty portal już dobry kwadrans. Choć równie dobrze mogła minąć godzina, bo każda kolejna sekunda wymagała od niej tak ogromnego skupienia, że kropelki potu zaczęły spływały jej po czole. Widziała, jak portal reaguje na jej zmęczenie. Jak jego krawędzie z gładkich i płynnych robią się poszarpane, nierówne. Czuła, jak Sieć napiera na błękity okrąg, by zamknąć przepływ energii.

Portal stracił okrągły kształt i się wygiął. Ruda była zbyt wykończona, by go utrzymać. Poczuła gęstą kroplę pod nosem i zawroty głowy. Zamroczyło ją.

Przed oczami nie widziała już świetlistego kręgu, tylko wielkie liście w koronach drzew. Poczuła łaskotanie na szyi, półprzytomnie machnęła ręką. Ciekawska małpka odskoczyła kilka kroków i przypatrywała się Rudej, aż ta usiadła. Zwierzę jeszcze nigdy nie podeszło tak blisko. Gia chwilę mu się przyglądała. Starła spod nosa zastygłą krew. Zrezygnowana, spojrzała na zegarek na szerokiej, skórzanej bransolecie. Nie wiedziała, jak długo leżała nieprzytomna, więc i czas, na jaki udało jej się utrzymać portal, był nieznany. Roztarła skronie. Będzie to musiała powtórzyć.

?

- Szach-mat. - Nick już zdążył zapomnieć, jaką te słowa sprawiały mu przyjemność.

- To niemożliwe - oburzył się Blase, nie odrywając wzroku od szachownicy. - Przecież wyglądało na to, że tę partię wygram. Na pewno oszukujesz.

- Nie muszę kantować. - Nick z błogim uśmiechem zakręcił pionkiem w ręce. - Od początku miałem cię w garści. Powinieneś w równym stopniu skupić się na obronie, co i na ataku. No i nie dawaj się tak podpuszczać.

- To naprawdę skomplikowana gra - przyznał i zaczął ustawiać figury tak, jak nauczył go Nick. - Gramy jeszcze raz?

- Jasne.

Jeden z pionków upadł na bok i zaczął toczyć się w stronę krawędzi stołu. Nick wyciągnął rękę, by chwycić go, nim spadnie. Zamrugał, zdziwiony. Pionek przeleciał mu koło dłoni, stuknął o podłogę i potoczył się pod blat. Nick natychmiast podniósł go, by nie zwracać na siebie uwagi. Przyjrzał się misternym zdobieniom. Wiedział, że tam są, bo przecież podziwiał je już wcześniej. Ale teraz... teraz były zamazane.

Musiał odpocząć; skupienie wzroku na planszy może i nie było nadwyrężaniem Talentu, ale wolałby, żeby objawy minęły, nim Gia wróci z treningu. Zrezygnował z rozgrywki, położył się na kanapie i schował twarz w dłoniach. Czekał, aż sen zadziała jak najlepszy lek i odetnie go od bólu. Usłyszał dźwięk szurania metalu po drewnie i zerknął spomiędzy palców.

Blase trzymał pistolet, który Nick zostawił na stole. Przyglądał mu się z zainteresowaniem, ważył w dłoni, obrócił i złapał prawidłowo za uchwyt. Wyglądał niedorzecznie z bronią. Albo raczej to broń wyglądała niedorzecznie w tym świecie. Dlatego była dla nich tak cenna, mimo że mieli tylko trzy naboje.

Nick ostrożnie uniósł się na kanapie.

- Odłóż to - wypowiedział te słowa beznamiętnie.

Blase się zmieszał. Wodził wzrokiem między Nickiem a pistoletem.

- Chciałbym kiedyś... spróbować. No wiesz, strzelać.

Nickowi nie podobała się ta rozmowa. Wstał i zabrał mu z dłoni broń, której obiecał pilnować jak oka w głowie.

- Obyś nigdy nie musiał.

?

Wieczorem, gdy pozostali już zasnęli, Nick leżał na wznak, pogrążony we własnych myślach. Do tej pory skrywanie bólu było jego jedynym zmartwieniem. Wmawiał sobie, że póki go znosi, nic złego nie może mu się stać, ale dziś zrozumiał, że jego silna wola jest nic niewarta. Już nawet zapominał o pilnowaniu pistoletu. Bagatelizował swój stan zbyt długo - dotąd dobrze mu to wychodziło, ale dziś czuł dziwny lęk. Przełknął ślinę przez wyschnięte gardło. Już nawet lecznicze zioła ­Blase'a były niewystarczające. Przerwy między kolejnymi dawkami naparów, gniecionych liści i innych świństw były coraz krótsze, a on przyłapał się na tym, że jedyne, o czym ostatnio myśli, to kolejna porcja przeciwbólówek. Gia nie bez powodu robiła wszystko, by ich stąd wyrwać. Naprawdę potrzebował pomocy.

Przewrócił się na bok i zakrył głowę poduszką. Znów to słyszał - skowyt z głębi lasu. Odległy lament cierpiącego stworzenia krążącego między drzewami. Wilcze wołanie wwiercało mu się w głowę tak nachalnie, że aż poczuł ciarki na plecach. Miał wrażenie, że koncert cierpienia był przeznaczony tylko dla jego uszu.

Niech to zwierzę w końcu się zamknie i da mu odpocząć. Niech przestanie przypominać mu o bólu. Niech w końcu zdechnie.

?

- Na pewno masz wszystko? - Blase wrzucił na powóz niedużą walizkę z kolorowymi naszywkami. - Nie będę jeździł w tę i nazad po jeden notes czy maskotkę.

- Nie bawię się już żadnymi maskotkami! - Zaya tupnęła nogą i bez pomocy starszego brata wgramoliła się na powóz przy miejscu woźnicy. - Jestem już prawie dorosła i niedługo obudzę Talent. A będzie tak niesamowity, że aż ci uszy zwiędną!

Blase pokręcił głową z wyrozumiałym uśmiechem. Jego siostrzyczka robiła się coraz bardziej samodzielna i musiał się z tym pogodzić. Poklepał po łbie swoją ulubioną klacz i usiadł na miejscu woźnicy obok naburmuszonej damy. Podniósł wzrok na wychodzącego z domu Nicka, ku jego rozczarowaniu - bez towarzyszki.

- Nic nie wskórałeś? - spytał retorycznie, bo mina Nicka była odpowiedzią sama w sobie.

Chłopak podszedł do nich i wskazał Zayi miejsce z tyłu wozu. Ta skrzyżowała ręce i ani myślała, żeby się przesiadać. Krzyk połączony ze śmiechem nic nie dał. Nick przerzucił ją sobie przez ramię i przeniósł na tył zaprzęgu, a sam usiadł koło woźnicy.

Wyruszyli w drogę do Drugiego Kręgu. Bez Rudej, która nie zamierzała robić sobie wolnego dnia od treningu. Nie chciała też za dużo rozmawiać, udzielać się ani angażować. W przeciwieństwie do Nicka. A powody, by odwiedzić miasto, były dwa. Po pierwsze, kończyły się zapasy, musieli odwiedzić targowisko. Kupić zioła lecznicze, mąkę na chleb, ­nieco owoców, zboża, kilka zgrzewek piwa korzennego i nową miotłę, a Gia obiecała spędzić z nimi choć jeden dzień, jeśli w zamian przywiozą kawę. Podjęli wyzwanie.

Po drugie, w szkołach właśnie kończyły się wakacje, co oznaczało, że Zaya od jutra będzie uczęszczała na drugi poziom jednej z tamtejszych szkół. Blase był o nią spokojny; jedna z ich sióstr była tam nauczycielką, wiedział więc, że mała znajdzie się pod dobrą opieką.

- Cieszysz się, że zaczyna się semestr? - Nick wypowiedział wyświechtane pytanie.

- Trochę nie bardzo. A ty byś się cieszył? - Punkt dla niej. - Ale cieszę się, że zobaczę koleżanki. Wy jesteście czasami nudni. - Zaya wyciągnęła kilka kartek papieru i zaczęła rysować, póki Sieć jej sprzyjała.

Nick spojrzał na leżącą na tyłach walizkę. Mała cały tydzień będzie żyła w szkole dla dziewczynek z internatem, przeznaczonym dla uczennic spoza Drugiego Kręgu, i tylko dni wolne przyjdzie jej spędzać w domu. Już za nią tęsknił, zdążył się przywiązać do obecności tej gadatliwej małolaty.

Początek roku szkolnego najwyraźniej dla wszystkich był nieco przygnębiający.

- Hej, Blase, szkolnictwo wygląda tu tak samo jak u nas? - Nick przerwał monotonię stukotu końskich kopyt. - Są lekcje, przerwy i starsze od węgla babsztyle uczące matematyki?

- Owszem, właściwie wygląda to podobnie. Przynajmniej do pewnego okresu nauki. - Pokiwał głową. - Początkowo nauczanie skupia się na podstawach takich jak język, historia, rachowanie czy nauki przyrodnicze. Ale duży nacisk kładzie się też na zajęcia, których celem jest przebudzenie Talentu. To bardzo ważne wydarzenie w życiu każdego młodego człowieka. Oznacza, że nie jest się już dzieckiem, tylko pełnoprawnym członkiem społeczeństwa. Z tej okazji urządza się przyjęcie. Zjeżdża się cała familia, wszyscy winszują wejścia w nowe życie. Wedle tradycji tego samego dnia nadaje się człowiekowi drugie imię. Moim jest Sominum, co można przetłumaczyć jako "śniący". To bardzo ładna uroczystość.

Nick uśmiechnął się smutno. Szkoda, że w ich świecie przebudzenie Talentu skutkowało jedynie wykluczeniem ze społeczeństwa i łatką świra. Odkrycie mocy to dla wielu powód do zamknięcia się w sobie i niebezpieczeństwo, a nie powód do dumy. Miło było wiedzieć, że tutaj to wspaniałe i wesołe wydarzenie, na które każdy dzieciak czeka jak na urodzinowy prezent.

- Po ujawnieniu Talentu sposób nauczania jest dopasowany do nowych umiejętności ucznia, a jeśli jest to konieczne, tworzone są indywidualne plany kształcenia.

- A co, jeśli ktoś nie chce żyć zgodnie ze swoim Talentem?

- Nic wbrew woli. To, że masz Talent fantastycznego wzroku, nie oznacza, że nie możesz zostać sławnym pisarzem. - Blase zmusił konia, by skręcił na rozstaju dróg na wschód. - Ale łatwiej jest na przykład dostać się do Armii tym, których Talent może się przysłużyć wojsku. Ludzie z umiejętnościami ofensywnymi i defensywnymi zawsze będą mieli tam pierwszeństwo, a w dzisiejszych czasach są do tego wręcz mocno zachęcani.

- Miałem wrażenie, że chciałeś powiedzieć przymuszani.

- Chodzą plotki, że powołaniu nie można się przeciwstawić, dlatego niektórzy ukrywają potencjał swojego Talentu, by wieść spokojne życie.

Nick pokiwał głową. W Dexteram Talent to nie tylko broń, ale i narzędzie. Dla niektórych stanowił sposób na życie i umożliwiał im rozwój. Każdy mógł być przydatny, nie musiał mierzyć się z odrzuceniem ani innością. Nie był zagrożeniem, nie ­musiał czuć się zagrożony. Pod tym względem dorastanie w tym świecie musiało być całkiem przyjemnym doświadczeniem.

- Wiem, co sobie myślisz, ale nie zawsze jest tak kolorowo, jak może się wydawać. W waszym świecie posiadanie Talentu jest powodem szykanowania, tutaj za to jego brak bywa powodem drwin - ciągnął Blase.

- A nie mówiłeś przypadkiem, że tu wszyscy mają moce? - dopytał Nick i rozsiadł się wygodniej.

- Teoretycznie tak, ale nie każdemu udaje się je odkryć. - Posmutniał. - Niektóre Talenty są tak niezwykłe, albo dotyczą tak rzadkich zjawisk, że ludziom do śmierci nie udaje się ich przebudzić. Takich pechowców określa się mianem uśpionych.

Siedząca na tyłach Zaya aż nadstawiła uszu. Ta perspektywa zawsze ją przerażała. Jak każdy w jej wieku marzyła, by poznać swój Talent jak najszybciej. Presja, którą czuła ze strony nauczycieli czy uczniów mających ten etap już za sobą, sprawiała, że nie przestawała o tym myśleć.

- Słyszałam kiedyś o panu, którego zdolności były powiązane z wodą morską, a on nigdy nie był nad morzem - wtrąciła na tyle głośno, by było ją słychać z przodu. - Talent odkrył jako stary dziadek, i to zupełnym przypadkiem. To strasznie nieuczciwe, że całe życie nie miał Talentu! - Nabur­muszyła się na myśl o takiej niesprawiedliwości losu.

- Nie martw się tak, siostrzyczko. Mówiłem ci setki razy, że masz jeszcze czas na odkrycie swoich umiejętności. Jeśli będziesz się pilnie uczyć, na pewno nie przegapisz swojego Talentu. - Wykorzystał moment na pouczającą przemowę.

Dziewczynka zrobiła minę, jakby faktycznie słyszała to już setki razy, i wróciła do rysowania.

- Historia tego starca to książkowy przykład, ale takie życiowe tragedie niestety się zdarzają. - Blase skierował ciche słowa wyłącznie do Nicka. - Widziałem, jak tacy ludzie cierpią, niektórzy poświęcają życie i zdrowie, byleby być jak inni i obudzić Talent. Jeden z moich braci przez to przechodził. Presja otoczenia, by poznał swoje umiejętności, była dla niego zbyt duża - wspominał ze zmartwieniem w głosie.

- I co z nim? - Nick był szczerze ciekaw.

- Jest pod dobrą opieką. Rząd zapoczątkował program wspierania uśpionych, gwarantuje im pomoc psychologiczną i ułatwia przystosowanie. Mój brat powoli dochodzi do siebie i godzi się z tym, że być może nigdy nie będzie taki jak inni.

Przed sobą widzieli już bramę strzegącą murów Drugiego Kręgu, a na jej szczycie posąg z rozpalonym w dłoniach płomieniem. Ogień wskazywał drogę podróżnym i zapraszał do otwartego miasta.

Na szkołę i internat składał się ładny kompleks niewysokich budynków z cegły otoczonych zielenią, o którą w ­ramach zajęć dbali sami uczniowie. Burmistrz, którego córka również uczęszczała do tej placówki, przyznawał duże dotacje na edukację i starał się zapewnić uczniom całego miasta bezpieczeństwo i poziom nauczania taki, jakim szczyciły się szkoły sprzed kryzysu.

Zaya wychyliła się z wozu i zamachała do stojących na schodkach dziewczynek. Gdy tylko Blase wstrzymał konia, z prędkością błyskawicy wyskoczyła, by przywitać koleżanki. Teraz już nie liczyło się nic innego, tylko entuzjastyczne rozmowy po wakacyjnej rozłące. Blase sięgnął po kolorową walizkę i powolnym krokiem podszedł do grupki przyjaciółek Zayi. Pamiętał, jak w zeszłym roku po raz pierwszy przywiózł ją do nowej szkoły. Tak bardzo się wtedy bała i płakała, nie chciała puścić jego dłoni ani poznawać nikogo nowego. A teraz proszę - dusza towarzystwa i zero strachu. Cieszył się, widząc ją szczęśliwą i pewną siebie, on w jej wieku był bardziej cichy i zamknięty w sobie.

- Do zobaczenia za kilka dni, siostrzyczko. - Postawił przy niej walizkę. Jej koleżanki natychmiast oblał rumieniec i jedyne, co potrafiły z siebie wydusić, to cichy chichot. - Bądź grzeczna i pamiętaj, gdyby coś się stało, idziesz prosto do nauczycieli, a ja już po ciebie przyjadę.

- Przecież wiem... Nie jestem już dzieckiem. - Zrobiła minę, jakby była starsza niż w rzeczywistości. - Obiecaj mi, że gdy mnie nie będzie, zajmiesz się moją małą psinką. Nie wystarczy, że będziesz go wypuszczał do ogrodu, on potrzebuje długich spacerów i żeby się z nim dużo bawić!

- Oczywiście, że będę go rozpieszczał. Słowo honoru. Bądź spokojna i niech Sieć ci sprzyja. - Mrugnął do niej, pogodzony z tym, że im bardziej się martwi, tym większy przynosi jej wstyd. - Do piątku, drogie panie. - Ukłonił się zawadiacko ku ogromnej uciesze wpatrzonych w niego dziewczynek.

Nick obserwował to z nieodgadnioną miną. Blase naprawdę świetnie sprawdzał się w roli starszego brata czy nawet ojca Zayi. Posiadanie rodzeństwa, kogoś, na kogo można ­liczyć bez względu na okoliczności, to wspaniały dar od losu.

Nim Blase wspiął się na wóz, został szarpnięty za płaszcz.

- Zapomniałabym. - Zaya wyciągnęła zza pleców dwie kartki.

Na lekko wymiętych stronach widniały dopracowane rysunki. Na jednym z nich Blase i Nick siedzą w salonie i grają w szachy, podczas gdy ona i pies im kibicują. W takich proporcjach psiak wyglądał na jeszcze większego, niż był, a narysowany kominek przypominał pożar ściany. Ale trzeba przyznać, że przedstawiona scena była bardzo udana. Zaya wręczyła bratu swoje dzieło z nieukrywaną dumą w oczach. Bez krępacji przytuliła go mocno, a oczy leciutko jej się zaszkliły.

- Będę tęsknić - przyznała cichutko.

Pogłaskał ją po głowie. Wciąż była jednak jego małą siostrzyczką. Pociągnęła nosem i zwróciła się do Nicka.

- A ten jest dla ciebie. - Rozpromieniona, podała mu drugi obrazek. - To ty, jak naprawiasz dach. Dzięki tobie w moim pokoju już nie cieknie woda, nawet jak bardzo pada! Jesteś super!

Chwilę nie wiedział, co powiedzieć, zrobiło mu się ciepło na sercu. Chyba nikt nigdy wcześniej nie sprawił mu tak irracjonalnej przyjemności. Podziękował wszystkimi słowami, jakie przyszły mu do głowy, aż zabrzmiało to idiotycznie.

Po pożegnaniu ruszyli w stronę dzielnicy handlowej, gdzie kupili wszystko, co planowali, a nawet jeszcze więcej, bo jak tu nie skorzystać z promocji na stojak na wino? Mieli jeszcze trochę czasu, nim słońce zajdzie zupełnie, co mogło oznaczać tylko jedno.

Blase wziął łyk korzennego piwa i wytarł usta z gęstej piany. Spojrzał na zegar wiszący nad drzwiami. Po tym, jak rozdzielił się z Nickiem, mieli się tu spotkać wpół do, więc jego spóźnienie wynosiło już ponad kwadrans.

Znajdujący się na rynku lokal Pod Liściem był jego ulubionym miejscem Drugiego Kręgu. Wciąż widywał tu te same twarze i zawsze mógł liczyć na przychylność licznej obsługi oraz darmowe piwo. Krzywił się tylko na widok coraz częś­ciej pojawiających się tu patroli Armii Dawnego Porządku. Zwłaszcza jeden z żołnierzy upodobał sobie miejsce tuż przy barze i przymilał się do właścicielki. Jego obecność trzeba było jednak tolerować, a najlepiej ignorować.

Cały przybytek mieścił się pod ogromnym i starym jak samo miasto drzewem. Znajdujący się na środku sali bar był wybudowany naokoło masywnego pnia. Nienaturalnie współgrający z wystrojem rozkład konarów musiał być wynikiem oddziaływania Talentu twórcy tego miejsca, bo trudno uwierzyć, że gałęzie z własnej woli tworzyły równe i stabilne schody prowadzące na antresolę. W czasach sprzed kryzysu lokal uchodził za jedno z bardziej ekskluzywnych miejsc w mieście i choć na szczęście gości gotowych wydać swoje ciężko zarobione pieniądze wciąż nie brakowało, to daleko było mu do czasów świetności. Gdyby nie determinacja i radykalne zmiany w zarządzaniu, jakie wprowadziła właścicielka, z powodu braku dostaw lokal padłby jak dziesiątki innych na przestrzeni ostatnich lat. Teraz, gdy konkurencja w baraży gastronomicznej była niewielka, udawało się prosperować bez groźby bankructwa.

Nick trzasnął kuflem o stolik i usiadł naprzeciwko Blase'a, gdy ten zdążył już wypić pierwsze piwo.

- Gdzieś się tak długo szlajał?

- Poznawałem asortyment tego obwoźnego straganu na kołach w ciemnej uliczce. - Nick wyciągnął z kieszeni małe zawiniątko. Rozplątał materiał i wyszczerzył zęby.

- Tytoń. - Blase'a zakręciło w nosie od samego zapachu.

Nickowi aż drżały dłonie z podekscytowania, gdy wprawnie zawinął niewielką ilość w bibułkę i odpalił od świecy. Zaciągnął się dymem, a uśmiech rozlał się na jego twarzy. Nic nie mogło zepsuć mu już dziś humoru. Delektował się, celebrował tę chwilę z zamkniętymi oczami. Ten od dawna wyczekiwany, paskudny smak w ustach, gryzący dym i przyjemne drapanie w gardle... Dawno nie czuł takiej ulgi. Teraz mógł wziąć pierwszy łyk piwa.

- To dlatego tak ochoczo się do mnie dziś przyłączyłeś. - Blase machnął ręką na barmana, by podał mu kolejny kufel.

- Palenie to moje ulubione uzależnienie, zaraz po Rudej. - Uśmiechnął się i wypuścił z ust porcję dymu. Odkąd usiadł, kątem oka widział drobną kobietę, która z wściekłą miną nie spuszczała Blase'a z oczu. Gdy wstała od swojego stolika i skierowała się w ich stronę, postanowił podzielić się z nim tym spostrzeżeniem. - A skoro o kobietach mowa. - Oparł łokieć o blat. - To tamta wygląda, jakbyś co najmniej ukradł jej błyszczyk do ust.

Wspomniana dziewczyna bez ostrzeżenia chwyciła piwo Nicka i płynnym ruchem wylała jego zawartość na głowę Blase'a.

Nick nie zareagował, zaciągnął się jedynie papierosem z wesołym uśmiechem.

Dziewczyna wykrzyczała soczystą wiązankę na tyle głoś­no, by nawet ludzie przed lokalem usłyszeli, gdzie Blase może sobie wsadzić nogę od stołu.

- Choć raz dostałem od ciebie coś od serca. - Blase starł z twarzy piwo.

Kobieta, czerwona ze złości, odstawiła kufel i odwróciła się na pięcie. W obstawie kilku koleżanek wyszła z lokalu, a miejsce po nich natychmiast zajęli nowi goście. Po krótkich śmiechach na sali już po chwili wszyscy zajęli się własnymi sprawami.

- A tak się ładnie uśmiechała, nim cię zobaczyła. - Nick, mimo pustego kufla, nie tracił dobrego samopoczucia.

- Każdy uśmiech skrywa zęby.

- Twoja była?

- Nie byliśmy sobie pisani. - Zaczął wyżymać koszulę z piwa, a Nick uniósł brew. - Kochała mnie i nienawidziła. Za moją prawdomówność.

- Co jej powiedziałeś?

- Spytała, czy uważam, że jej kuzynka jest ładniejsza... Powiedziałem tylko prawdę.

Nick wybuchnął śmiechem. Przy Blasie jego umiejętności radzenia sobie z kobietami to prawdziwy majstersztyk.

- Nie myślałeś czasem, że mogłoby iść ci lepiej z dziewczynami, gdybyś, bo ja wiem, nie był dupkiem?

- Jeśli człowiek nie mówi tego, co myśli, to po co w ogóle myśleć? - Blase sprowadził rozmowę na dobrze znany tor.

- Daj spokój, co odpowiesz dziewczynie na odwieczne pytanie, "czy wyglądam grubo w tej sukience"? Flirt to w połowie sztuka drobnych kłamstw.

- Oczywiście, kłamstwo jest wspaniałą podstawą do udanego pożycia. - Przetarł dłonie ostatnią suchą serwetką. - Lepiej powiedzieć "kocham", a w rzeczywistości mieć na myśli "podaj mi kubek".

- Wolisz, żeby kobieta na twój widok instynktownie szukała czegoś ciężkiego? - Machnął na niego ręką. Właściwie to nie był specjalnym autorytetem w sprawach damsko­-męskich, wiedział o tym. - Powiem to, co zawsze się mówi w takich momentach. Nie była ciebie warta.

- Nie wiem, jak u was, ale tu taki frazes działa jak plaster na urwaną nogę.

Barman podał im dwa pełne kufle piwa ze świeżo otwartej beczki. Jeden z pracowników lokalu przeszedł obok z pachnącym jedzeniem na tacy i zaniósł przysmak do stolika najbliżej nich. Obaj zgłodnieli na widok rolady nadziewanej leśnymi owocami, oblanej gęstym sosem, z porcją tłuczonych ziemniaków. Zamówili dwa te same dania i zalali żołądki piwem, by zagłuszyć burczenie.

- Nadal nie wiem, jak możesz być taki bezpośredni. - Nick zaczął skręcać kolejnego papierosa.

- To nie takie proste. Wszak musisz myśleć i wypowiadać słowa w tym samym czasie. Sam czasem spróbuj.

- Słuchaj, prawdomówny chłopcze. - Skierował papierosa w jego stronę, jakby celował do niego z lufy. - Możesz próbować ściemniać tak Rudej, ale mnie nie wciśniesz tego kitu. Wiem, że kłamiesz. Wszyscy czasem kłamią.

- Nie mierz mnie swoją miarą.

- Patrz mi na usta. - Wychylił się w jego stronę. - WSZYS­CY. A ja wcześniej czy później przyłapię cię na kłamstwie.

Blase parsknął śmiechem. Często miał do czynienia z takimi deklaracjami.

- Sprawdź mnie - zaproponował pewny siebie.

Nick podjął wyzwanie.

- Jakiego koloru mam na sobie koszulkę? - zaczął od czegoś prostego.

- Czarną.

- Ile to jest trzynaście milionów czterysta pięć tysięcy pomnożone przez pierwiastek z czterdziestu dwóch?

- Nie mam pojęcia, nie umiem rachować takich liczb w pamięci. - Wzruszył ramionami.

- Kto zeżarł wczoraj ostatnie ciastko?

- Ja. Było pyszne. - Poparł swoje słowa bezczelnym uśmiechem.

- Chciałbyś się przespać z Rudą?

- A kto by nie chciał?

- Co ukrywasz na piętrze?

- Słońce - odparł bez chwili zastanowienia.

- Jesteś beznadziejny... - Rozczarowany Nick oparł się o siedzenie i wypił piwo duszkiem.

Odstawił kufel i poszukał wzrokiem kogoś, kto mógłby go uzupełnić. Jego oczom nie umknęła jedna z barmanek, która co rusz rzucała bajeczne spojrzenia w ich stronę. Piękne, ciemnobrązowe oczy co chwila skrywały się za burzą mocno kręconych włosów, a oliwkowa cera cudownie podkreślała ładne zęby. Nick wskazał na swój pusty kufel i odwzajemnił uśmiech.

- Mógłbyś poćwiczyć rozmowę z kobietami, na przykład na niej. - Wskazał głową zabieganą barmankę, która już nalewała im kolejne dwa piwa. - Piękna dziewczyna, a do tego jakie ma śliczne...

Blase uniósł dłoń, nim ten skończył zdanie.

- Zanim powiesz o słowo za dużo i według wszelkich zasad będę ci musiał dać w mordę, uprzedzę i powiem, że to moja siostra.

Nick zastukał palcami o pusty kufel.

- Nie jestem zaskoczony - skwitował, lecz mimo wszystko trudno mu było oderwać od niej wzrok. Blase walnął go ostrzegawczo w ramię. - Aua, nie w szczepionkę. No co? Jestem prostym facetem, widzę ładną dziewczynę, to się głupio szczerzę. - Wzruszył obolałym ramieniem. - Wydaje się miła, mógłbym po przyjacielsku zaprosić ją na kolację.

- Kolacją nazywasz tę porcję orzeszków, którą dostajesz darmo do czwartego piwa?

- Proszę bardzo. - Nim Nick zdążył odpysknąć, obiekt rozmowy postawił przed nimi wyczekiwany trunek.

- Dzięki. - Blase wstał z krzesła i przywitał się z siostrą. - Milet, poznaj Nicka. Zatrzymał się z towarzyszką w naszym rodzinnym domu na jakiś czas - przedstawił go. - Nick, moja siostra Milet, właścicielka lokalu Pod Liściem.

Chłopak odruchowo wstał i podał dziewczynie dłoń. Być może to przez szum w głowie spowodowany piwem, ale jedyne, na co teraz potrafił patrzeć, to niewielki kawałek okrąg­łego metalu, który znajdował się na jej szyi. Początkowo wydawało mu się, że to rodzaj biżuterii, ale teraz widział wyraźnie, że niedoszły naszyjnik był wrośnięty w skórę na szyi i otoczony długą, głęboką blizną.

- Miło mi poznać. Mako wspominał o przyjaciołach mojego braciszka. Podać wam coś jeszcze? - spytała, ale jej usta się nie poruszały. Dźwięk wydobywał się właśnie z tego kawałka metalu na gardle.

Pomimo że Nick wiedział, że było to pytanie, jej słowa były pozbawione melodyjności i intonacji.

- Nie, na razie to wszystko - odparł Blase i uśmiechnął się do niej ciepło.

- Jedzenie podam za trzy minutki. - Ponownie odsłoniła białe zęby. Brak możliwości intonacji nadrabiała bardzo wyrazistą mimiką i przyjemną gestykulacją. - Tylko nie marnujcie więcej piwa. - Mrugnęła do nich i odwróciła się w stronę baru.

- Co to za dziwne...? - Nickowi zabrakło odpowiedniego słownictwa, więc wskazał na swoje gardło. - Ten teges?

Blase wziął łyk, a gdy odstawił kufel, spoważniał.

- Z początku Milet była właścicielką dwóch lokali. Jednego tutaj, a drugiego na terenach Trzeciego Kręgu - zaczął, choć Nick nie miał pewności, jak to się ma do jego pytania. - Oba świetnie prosperowały. Milet wciąż była w drodze między jednym a drugim Kręgiem, by wszystkiego doglądać. Myślała nawet, żeby otworzyć kolejny w Pierwszym Kręgu i może nawet jeden w Sercu Shirden. Ale wszystko się zmieniło przeszło trzy lata temu... - Zacisnął dłonie na kuflu. - W tamtym czasie oba lokale wyraźnie podkreślały przynależność właścicielki do zwolenników Połączenia. Wszędzie wisiały sztandary z niebieskiego materiału, pracownicy, z Milet na czele, nosili wyłącznie niebieskie uniformy i każdy mógł tam głośno wyrazić swoje zdanie i zjednoczyć się z ludźmi o podobnych poglądach - powiedział to z ciepłym uśmiechem, jakby wspominał ich najlepsze czasy. - Nie wszystkim się to niestety podobało. Tamtego dnia w wielu miastach doszło do zamieszek. W Trzecim Kręgu pierwszym celem był ­lokal Milet... Zwolennicy Dawnego Porządku chcieli ją przykładnie ukarać za obnoszenie się ze swoją wiarą. - Opuścił wzrok i ściszył głos na tyle, że Nick musiał wyczytać to z jego ruchów warg. - Podłożyli ogień pod cały budynek, wielu ludzi chwyciło za broń... Zginęło wtedy ponad trzysta osób z obu wyznań. Milet próbowała ratować, co się dało, i stanąć w obronie swoich przekonań. Zapłaciła z to wysoką cenę. Jeden z Wyznawców Dawnego Porządku poderżnął jej gardło. O mało nie przypłaciła tego życiem.

Nick wypatrzył ją w tłumie. Nigdy by nie przypuszczał, że tak wesoła i pełna życia dziewczyna jest osobą, która tyle przeszła.

- Jak widzisz, nie dała się złamać - kontynuował Blase - ale przysięgła, że w Trzecim Kręgu jej noga więcej nie postanie, i całą swoją energię wkłada w ten lokal. Aż dziwne, że po tym wszystkim zaczęła się umawiać z jednym z Czerwonych. Ona widzi we wszystkich dobro, nawet tam, gdzie go nie ma.

Blase czasami nazywał Zwolenników Dawnego Porządku "Czerwonymi", pewnie dlatego, że żołnierze Armii ­nosili na mundurach czerwone szarfy, a to właśnie oni stanowili największą siłę tego wyznania. Przewrotnie na Wyznawców Połączenia mówiono "Niebiescy" i to właśnie ten kolor był zakazany we wszystkich miejscach publicznych.

- Od tamtego czasu nie może mówić. - Blase wskazał palcem na miejsce, gdzie Milet miała głęboką bliznę. - Nie bardzo się na tym znam, ale ten implant, który widziałeś na jej szyi, jest scalony ze strunami głosowymi. Po tym, jak zostanie prawidłowo zsynchronizowany z energią Sieci, przekształca drgania na słowa. Niestety, odkąd Sieć jest niestabilna, to głos brzmi szaro i zimno, a w gorsze dni nie słychać go wcale. Dodatkowo samo urządzenie jest uszkodzone, a zamienniki są już praktycznie niedostępne i potwornie drogie, więc któregoś dnia Milet może stać się niemową.

- Po tym, co powiedziałeś, nie dziwię się, że tak nienawidzisz tych od Kapłanki... Zwolenników Dawnego Porządku. - Nick pokiwał głową.

- Po tym zdarzeniu rząd zakazał obnoszenia się ze swoją wiarą. - Puścił jego uwagę mimo uszu. - Nielegalne są sztandary, chorągwie czy nawet ubrania insynuujące przynależność do któregokolwiek wyznania. Ale to tylko zamiatanie problemu pod dywan. Choć, jak miałeś okazję widzieć na ulicy, czerwone szarfy wśród Wyznawców Dawnego Porządku mają się dobrze i im nikt gardeł nie podrzyna. - Wzniósł piwo z gorzkim uśmiechem i spojrzał Nickowi w oczy. - Za Połączenie. Niech Sieć nam sprzyja.

Nick chwilę wahał się, czy toast wskazujący na branie którejkolwiek ze stron konfliktu to dobry pomysł, ale to przecież tylko piwo, a on nie zagrzeje tu miejsca na tyle długo, by musieć przejmować się sprawami tego świata.

Stuknęli się kuflami.

?

Gia zakręciła krótkim nożem w dłoni; być może tego uda jej się nie zgubić. Musiała być ostrożna, dziś mocno wiało i nawet osłonięcie przez gęsty las jej nie chroniło. Liście w najwyższych partiach drzew były szarpane porywistym wiatrem, który bez trudu zrywał je i unosił w dal. Kilka mniejszych spadało wprost pod jej stopy, by zaraz znów się poderwać. Przez nieustanny ruch cały las zdawał się żywszy, niespokojny. Niestabilna pogoda oddawała stan Sieci.

Stanęła w gotowości, wzięła kilka głębokich wdechów i szybkim ruchem rzuciła nożem przed siebie. Z prędkością mrugnięcia oka pojawił się niewielki portal, a ostrze zniknęło jej z oczu. Drugi świetlisty krąg pojawił się tuż za nią, a nóż, nie tracąc pędu, leciał prosto w jej plecy. Nim zdołał ją drasnąć, kolejna błękitna wyrwa uchroniła ją przed zranieniem, a bliźniacza wyrzuciła ostrze wysoko ponad jej głowę. Niewiele brakowało, a wbiłoby się w lianę oplatającą zwaloną świątynną wieżę. Gia zdążyła otworzyć kolejne połączone portale, między którymi śmignęła rzucona broń. Pełne skupienie i precyzja. Nóż tańczył w ślad za jej myślami, dokładnie tam, gdzie sobie tego życzyła.

Ostatni krąg, a po nim głuche uderzenie w drewno. Gia wyprostowała się i odgarnęła z twarzy szarpane wiatrem kosmyki. Było coraz lepiej. Tak szybko, jak była wstanie śledzić ostrze i myślami uprzedzać jego tor lotu, tak długo mogła manipulować rzutem. Przeszła przez świątynny plac i obeszła drzewo, z którego dobiegł odgłos uderzenia. W wydrążoną w korze prowizoryczną tarczę było wbite jej ostrze.

W sam środek.

Na ustach Rudej pojawił się nikły uśmiech. Nawet jeśli cel był poza zasięgiem jej wzroku, potrafiła stworzyć portal, który załatwi sprawę. Wystarczyło, że choć raz zobaczyła to miejsce, i mogła odtworzyć je w wyobraźni.

Zmrużyła oczy i wyszarpała nóż z kory. Przyjrzała się ostrzu, które przeszyło ciało odpoczywającej tam ćmy. To dla Rudej cenna nauczka, którą owad przypłacił życiem. Jeśli nie widzi miejsca, w którym stworzy portal, musi liczyć się z tym, że nie wie, co tam zastanie.

?

Dni były upalne, ale nocami przychodził wiatr tak silny i tak głośny, że nie dawał spać. Miejscowi mówili, że to nieszczęś­liwe dusze niegdysiejszych Utalentowanych, którzy przed śmiercią nie odkryli swojego Talentu. W zazdrości wychodzą na łowy, aby niszczyć wszystko, co znajdą na swojej drodze, i porywać tych, którzy nie odnaleźli bezpiecznego schronienia. Upiorne wycie wichury tak właśnie brzmiało i zostawiało po sobie podobne zniszczenie.

Gia ledwo utrzymała drzwi, by te z całej siły nie trzasnęły od porywistego wiatru. Ściągnęła z siebie kamizelkę i powiesiła na wieszaku. Prócz jej okrycia były tam również płaszcze Blase'a i Nicka, co oznaczało, że zdążyli już wrócić z Drugiego Kręgu i odebrać Zayę ze szkoły. Śmiechy z salonu tylko potwierdziły jej przypuszczenia.

- Prawie wygrałeś, braciszku! - Zaya klasnęła w dłonie nad szachową planszą.

Blase intensywnie przyglądał się sytuacji na froncie, ale obawiał się, że kolejny ruch go pogrąży. Nick nie miał miny pokerzysty, raczej otwarcie śmiał się z tego, czego przeciwnik nie dostrzegał. Mimo że Zaya kibicowała bratu i praktycznie grał przeciwko dwóm głowom, wciąż mógłby ich pokonać choćby z zawiązanymi oczami. Nawet pies bacznie przyglądał się figurom, jakby były zrobione z bekonu.

Gia stanęła w drzwiach i oparła się o framugę. Ten sielski obrazek był nawet przyjemny. Nick podniósł na nią wzrok i uśmiechnął się nieśmiało.

- Nadciąga burza - skwitowała.

- Tak w przenośni? - spytał ostrożnie.

- Tak z północy.

- Kiepsko wyglądasz. - Nickowi najwyraźniej udzieliła się szczerość Blase'a.

- Za to mam świetny charakter. - Przeciągnęła się i ku ich radości, zamiast standardowo zniknąć w łazience, przysiadła się do nich, zajmując ostatnie wolne miejsce. Blase natychmiast podał jej butelkę korzennego piwa. Nie odmówiła.

- Jaki wynik? - Krytyczne oceniła szanse Blase'a na uniknięcie przegranej.

- No więc ja zajmuję zaszczytne drugie miejsce, a Nick jest przedostatni. - Blase przesunął pionek, by osłonić króla.

Gia parsknęła śmiechem i spojrzała na Nicka.

- Choć raz dałbyś mu wygrać. - Dziś jej pouczający ton był wesoły i łagodny.

- To by przecież było oszustwo. - Nick rozłożył ręce w geś­cie niewinności. - Blase przecież na pewno nie chciałby żyć w KŁAMSTWIE i przekonaniu, że jest lepszy niż w rzeczywistości.

Po tych słowach zakończył grę matem i w nagrodę otworzył sobie następne piwo.

Kolejną partię Nick rozegrał z Rudą - dawno już z nim nie przegrywała - a potem Gia zagrała z Blase'em, tu już udało jej się wygrać, choć naprawdę nie było to łatwe. Siedzieli do późna i spędzili ten czas zupełnie beztrosko. Bez rozmów o treningach, Kapłance, kryzysie energetycznym czy planach Agencji.

- Słuchajcie - zaczął Blase - za tydzień zaczyna się festiwal strachów na wróble. Może się wybierzemy? Wiecie, tak wszyscy razem.

Gia zerwała z nim kontakt wzrokowy, jakby miało to sprawić, że to pytanie przestanie jej dotyczyć.

- Chłopaki, nie mogę. Nie ma na to cza... - odparła, gdy zrozumiała, że to głównie od niej wszyscy oczekują odpowiedzi.

- Stop. - Nick powstrzymał ją od wypowiedzenia racjonalnych argumentów, które miała w zanadrzu. - W puli nagród za zdobytą dla ciebie kawę mamy oderwanie cię od treningów na cały jeden dzień. Chcemy to wykorzystać w dniu festiwalu.

- Tak! - Zaya mu zawtórowała. - Idziemy wszyscy! Nie możesz odmówić, takie są zasady!

Decyzja najwyraźniej została podjęta za nią. To był prawdziwy szach i mat.

- W porządku, przyda się mała przerwa. - Uśmiechnęła się z rezygnacją. - Wasze zdrowie. - Wzniosła toast, a mówiąc to, patrzyła na Nicka.

?

Jak to wolne dni miały w zwyczaju - szybko mijały. Blase wyruszył w drogę do Drugiego Kręgu, by odwieźć Zayę na kolejny tydzień nauki. Tym razem jednak nie udało mu się namówić na to Nicka. Wyjątkowo uporczywy ból głowy męczył go całą noc i gdy tylko pomyślał o kilkugodzinnym kołysaniu na konnym zaprzęgu, od razu robiło mu się niedobrze. Na tyle, że Rudej bez problemu sprzedał bajeczkę o kacu, a biorąc pod uwagę wesoły weekend, bez trudu w to uwierzyła. Niechętnie, ale po raz pierwszy został w domu sam.

Pies leżał na grzbiecie, wyciągnięty na pół kuchni. Nawet postawienie kroku milimetr od jego ogona nie zrobiło na nim wrażenia. Nick wyminął go ostrożnie i przedarł się do szafki koło zlewu. Wiedział już, gdzie i jakich ziół powinien szukać, by poczuć się choć trochę lepiej. Miał szczęście, że Blase znał się na tym i samodzielnie przygotowywał dla niego najskuteczniejsze mieszanki.

Napar śmierdział jak stare skarpetki, ale to niewielka cena za przytłumienie bólu. Zdążył się przyzwyczaić do paskudnego smaku, więc już nawet przestał się krzywić. Popijając, stał oparty o blat, zapatrzony na las za oknem, tak bardzo spokojny i pozbawiony wszelkich trosk. Czasami przechodziło mu przez myśl, że mógłby co ranek oglądać ten widok i być tu całkiem szczęśliwy. Pytał samego siebie, o czym marzy. Przypominał sobie, jak dawno temu Gia zadała mu to pytanie. I co wtedy odpowiedział? Że o rowerze, o byciu prezydentem, żeby jeździć w rajdach samochodowych, ale i czymś jeszcze. Marzył o domu, takim drewnianym, położonym gdzieś w lesie, koniecznie z kominkiem. Właściwie to o takim, w jakim żył od niemal czterech ­miesięcy.

Odstawił kubek na blat i usłyszał, jak roztrzaskuje się na podłodze. Pies podskoczył i z zaciekawieniem zaczął obwąchiwać potłuczone szkło. Nick natychmiast odgonił go, żeby nie skończyło się na poranionym nosie. Popatrzył na zbity kubek. Nie trafił w blat. Miał problem z ocenieniem odleg­łości... Znowu.

Ból przyszedł nagle i ściągnął go na kolana zaraz przy potłuczonym szkle. Nick kurczowo trzymał się blatu, by nie upaść. Musi wytrzymać, to minie już za chwilkę, za momencik.

Ale atak nie odpuszczał.

Nick z całych sił chwycił się za pulsujące skronie. Miał ochotę skręcić sobie kark, byle tylko ból ustąpił. Z gardła wyrwał się przeraźliwy krzyk.

Ktoś lizał go po twarzy. Skrzywił się, gdy poczuł psi oddech. Poklepał kundla po łbie i próbował zwlec się z podłogi. Ból zniknął, ale i zabrał ze sobą wszystkie jego siły. Poprzedni atak miał ledwie trzy dni temu. Nie stracił co prawda wtedy przytomności, ale za to zaczął wymiotować pod siebie. Dobrze, że Gia nie widziała go w takim stanie.

Zabrał się do sprzątania dowodów po tym, co się wydarzyło. Przygnębiony zgarnął z ziemi szkło. Gdy ponownie wyjrzał za okno, zobaczył nową wyrwę w płocie, a na podwórku ślady kurzych piór. Szlag to, Blase prosił, żeby Nick doglądał zwierząt, i ostrzegał, że w okolicy najprawdopodobniej zadomowił się lis, który ma apetyt na ich drób. Bezczelny futrzak musiał wykorzystać nieplanowaną drzemkę Nicka i znów przedrzeć się przez siatki.

W tym samym momencie chłopak usłyszał na piętrze dobrze znane mu stukanie o podłogę. Nie oderwał się od zamiatania, próbował ignorować natarczywy dźwięk. Obiecał Blase'owi, że uszanuje jego prywatność. Cokolwiek jest na górze, to nie jest jego sprawa. Do jego uszu dobiegł głośny trzask, a odgłosy uderzenia stały się znacznie bardziej chaotyczne.

Powstrzyma ciekawość, nie interesuje go to nic a nic, zupełnie mu to obojętne.

W połowie schodów na górę ponownie przemyślał, czy aby na pewno dobrze robi, ale hałas na górze nie ustępował. Był sam w domu jeszcze przez co najmniej kilka godzin. Musiał sprawdzić, co kryje się w pokoju na piętrze.

Podszedł do drzwi, zza których słyszał stukanie, i ­niepewnie położył rękę na klamce. Uchylił je i zamrugał z niedowierzaniem.

Na ziemi leżała dziewczyna. Wiła się i szarpała w białej pościeli. Podbiegł do niej natychmiast i próbował złapać z nią jakikolwiek kontakt, ale bezskutecznie. Dziewczyna kurczowo trzymała w dłoni laskę, którą próbowała stukać o podłogę. Była przerażona, a z jej ust wydobywały się tylko niezrozumiałe dźwięki. Wzrok był rozbiegany i jakby nieprzytomny, choć ona sama musiała zdawać sobie sprawę z obecności Nicka. Nie wiedział, co ma robić, kobieta wyraźnie się go bała.

- Spokojnie, nic ci nie zrobię. - Delikatnie złapał ją za ramiona i próbował uspokoić. - Nie skrzywdzę cię.

Trzęsąc się, nieprzytomnie wpatrywała się w podłogę. Oddech miała przyspieszony, a z ust ciekła strużka śliny.

- Jestem przyjacielem Blase'a. Nie bój się mnie - zapewnił ją, niemal tak samo przestraszony jak ona.

Delikatnie odebrał jej laskę i położył obok. Rozejrzał się po pokoju. Kobieta musiała spaść z łóżka. Ostrożnie uniósł ją i położył na posłaniu, a potem okrył pościelą. Leżała niespokojnie i wyraźnie czegoś potrzebowała. Nick próbował podążyć za jej spojrzeniem. Na stoliku obok małego wazoniku z uschniętą różyczką stała karafka z wodą. Nalał niepełną szklankę i podał kobiecie, pomagając jej, by się nie zadławiła. Nie potrafia sama utrzymać naczynia, ale wypiła łapczywie do ostatniej kropli. Uspokoiła oddech, a rozbiegany wzrok wbiła w sufit.

Nick przyglądał jej się z troską. Poprawił zgniecioną poduszkę pod głową i chwilę siedział, nie odrywając od niej wzroku. Niczego nie rozumiał. Ani kim była ta kobieta, co jej dolegało, ani dlaczego Blase tak długo ukrywał obecność dodatkowego domownika.

Nie wiedział, ile czasu siedział przy łóżku nieznajomej, ale zupełnie przestała zawracać na niego uwagę. Była nieobecna duchem, zamroczona, może śniąca. Wstał i przeniósł wzrok na komodę stojącą pod ścianą. Były na niej ustawione zdjęcia, mnóstwo zdjęć przedstawiających całe grupy uśmiechniętych ludzi w różnym wieku. Niektóre musiały być naprawdę stare, część czarno-biała, inne zupełnie zblakły i bardzo trudno było na nich kogokolwiek rozpoznać. Pośród nieznanych mu twarzy kilka wydawało się znajomych. Był pewien, że Milet, siostra Blase'a, to ta mała dziewczynka przedstawiona na zdjęciu w rogu. Wszędzie poznałby ten zjawiskowy uśmiech. Mimo że była tu z dobrych dwadzieścia lat młodsza, to prawie w ogóle się nie zmieniła. Tylko na szyi brakowało śladów tragicznej napaści.

Przestudiował kolejne fotografie. Czy to doktorek Mako był na kolejnym? Z taką bujną czupryną? Nick uśmiechnął się mimowolnie; co do kolejnych dwóch postaci nie miał wątpliwości - Blase i Zaya, i to na zdjęciu wykonanym przed domem. Musiało zostać zrobione stosunkowo niedawno, bo Zaya wyglądała na niewiele młodszą niż teraz. Przy tym zdjęciu stała również kartka urodzinowa.

Jesteś moim Słońcem. Zawsze będę cię kochał. Szczęśliwych urodzin.

~ Blase

Odłożył kartkę z poczuciem ogromnych wyrzutów sumienia. W lokalu parsknął śmiechem, gdy Blase odpowiedział mu, że na piętrze ukryte jest "słońce". Był wtedy pewien, że ten skłamał... a jednak znów mówił prawdę. Nick czuł się jak ostatni dupek, że tak naciskał na Blase'a, zamiast choć przez chwilę spróbować pomyśleć i zrozumieć uczucia człowieka, który przygarnął go pod swój dach.

Rzucił na kobietę ostatnie spojrzenie i po cichu zamknął za sobą drzwi. Schodząc po schodach, czuł się apatycznie i samolubnie. Jak miał teraz spojrzeć Blase'owi w oczy?

Pod wieczór, nim jeszcze Ruda wróciła z treningu, Blase pojawił się w domu w świetnym humorze. Ściągnął płaszcz i powiesił go na wieszaku.

- Widziałem się z Milet, mam ci przekazać od niej podarek! - Jeszcze z wiatrołapu krzyczał do Nicka. - Jej były oblubieniec, zwany potocznie Tymskończonymbłaznem, miał słabość do palenia tytoniu. Ostatnio pozbywa się z domu jego bambetli, bo zaczęła się spotykać z tym fagasem z Armii, i znalazła w nich jego największy skarb. - Stanął w salonie przed Nickiem i wyciągnął z kieszeni nieduży przedmiot. Starą fajkę. - Trzymaj. - Rzucił mu prezent, a Nick chwycił go w locie. - Według mnie będziesz z nią wyglądać jak pajac, ale to już sam zdecydujesz. Z pozdrowieniami od Milet. Rudej jeszcze nie ma? Padam z głodu.

Nick z umiarkowanym zainteresowaniem przyjrzał się fajce i odłożył ją na oparcie kanapy.

- Blase... - zaczął niepewnie, gdy ten skierował się w stronę kuchni.

- Hmm? - Już miał w ustach kawałek chleba.

- Słuchaj, tylko się na mnie nie wściekaj - uprzedził, jakby to mogło cokolwiek zmienić. - Gdy cię nie było, usłyszałem na piętrze stukanie, a potem głośny trzask. Chciałem tylko sprawdzić, co się dzieje...

Blase pobladł na twarzy i natychmiast ruszył w stronę schodów, a Nick w ślad za nim. Weszli do tajemniczego pokoju. Kobieta spokojnie spała, w dokładnie takiej samej ­pozycji, w jakiej Nick ją zostawił. Blase obejrzał nieprzytomną uważnie, usiadł na krawędzi łóżka i czule pogłaskał ją po twarzy. Dopiero ten gest zdołał go uspokoić. Odetchnął głęboko, nie odrywając od niej wzroku.

- Spadła z łóżka... - kontynuował Nick - i była spragniona. Dałem jej tylko trochę wody.

- W porządku. - W końcu się odezwał, a jego głos brzmiał zaskakująco łagodnie. - Jestem ci wdzięczny za pomoc. Nie sądziłem, że obudzi się przed moim powrotem.

- Kim ona jest? Twoją dziewczyną? Żoną?

- Nie. - Przyłożył dłoń do czoła śpiącej, by sprawdzić gorączkę. - To moja matka.

Nick szybko spojrzał na kobietę i na Blase'a, a potem z powrotem na kobietę. Była w jego wieku, może nawet trochę młodsza. To jakiś absurd.

- Matka...? - powtórzył powoli tak, aby to nie zabrzmiało drwiąco. - Je... Jesteś pewien? Dobrze się czujesz?

- Wiem, że to może wyglądać dziwnie, ale to prawda.

- Przecież ona jest w twoim wieku.

- Wcale nie. - Uśmiechnął się nieśmiało. - Ma dwieście czterdzieści dwa lata. Niedawno miała urodziny.

Te słowa wprawiły Nicka w osłupienie. Nie odezwał się. Usiadł na krześle i wpatrywał się w kobietę o rysach dwudziestoparolatki. Miała ładną cerę, acz nieco zbyt bladą, ale to nic dziwnego, skoro od miesięcy nie wychodziła z pokoju. Zapamiętał, że jej oczy, choć teraz zamknięte i podkrążone, mieniły się kolorem ciemnego brązu. Krótko ścięte włosy miała rzadkie, co tylko podkreślało wyraziste kości policzkowe. Spracowane dłonie świadczyły o tym, że nie bała się żadnych wyzwań i niejednemu musiała w życiu sprostać. Była szczupła, a gdy Nick wcześniej przenosił ją na łóżko, czuł, że i bardzo lekka. Nie potrafił uwierzyć w słowa Blase'a, ale przekonał się już, że nie warto wątpić w jego szczerość.

- To jej Talent. - Blase potwierdził jego przypuszczenia. - Starzała się tylko do dwudziestego roku życia, potem ten proces się zatrzymał.

- To naprawdę niesamowite.

- To ona jest niesamowita. - Poprawił jej kołdrę i chwycił za delikatną dłoń. - To najwspanialszy człowiek, jakiego w życiu poznałem. Gdy odkryła i zrozumiała swój Talent, otworzyło się przed nią multum możliwości. Nieograniczona czasem, mogła osiągnąć wszystko. Karierę, pieniądze, władzę... a ona poświęciła się temu, co najbardziej kochała. - Popatrzył Nickowi w oczy. - Przygarnęła nas wszystkich. - Wskazał dłonią na komodę ze zdjęciami. - Przez te lata wychowała dziesiątki porzuconych, zaniedbanych sierot. Dała nam dom, miłość i matczyne zrozumienie.

Nicka te słowa uderzyły ze zdwojoną siłą. Zszokowany, ponownie przyjrzał się zdjęciom i aż trudno było mu doliczyć się przedstawionych tam osób. Teraz patrzył na nich wszystkich zupełnie inaczej.

- Ten dom... to dom dziecka. - Nagle wszystko zaczęło się układać w logiczną całość. Ciągłe wspominanie Blase'a o rodzeństwie, o ludziach różniących się znacznie wiekiem i wyg­lądem. Nie kłamał, ani razu. - Co jej się stało?

- To, że się nie starzeje, nie znaczy, że jest nieśmiertelna. - Głos mu zadrżał. - Jej ciało spowiła choroba. Nieuleczalna. Po tylu latach... umiera. Zaya była ostatnią sierotą, którą przygarnęła, ale już nie da rady jej wychować. Więc staram się godnie ją zastąpić.

- Nie miałem pojęcia, że jesteś sierotą. - Nick raptem zrozumiał, że łączy ich znacznie więcej, niż mógłby przypuszczać.

- Bo nigdy się tak nie czułem. - Uśmiechnął się szczerze. - Dzięki niej miałem kochającą matkę i więcej krewnych niż w niejednej "normalnej" rodzinie. Nie czułem się samotny ani odrzucony. Nie mogłem wymarzyć sobie lepszego dzieciństwa. Nigdy nie uda mi się spłacić tego długu. - Ścisnął jej dłoń. - Całym sercem wierzyła w Połączenie Światów i zaszczepiła w nas miłość do tej filozofii. Zawsze mówiła, że wszyscy jesteśmy jedną wielką rodziną, bez względu na to, ile nas różni.

- Przepraszam, że byłem takim nieufnym dupkiem... ale dlaczego tak długo to ukrywałeś? Przecież taka rodzina to powód do dumy.

- Mama mówi, że nie chce, żeby ją taką widziano. Chce umrzeć w spokoju. W domu, w którym przeżyła tyle lat i w którym ma tyle ciepłych wspomnień.

- Mówi...? Myślałem, że w tym stanie już nie potrafi.

- Masz rację. - Pokiwał głową. - Nie może już mówić, chodzić ani kontrolować swojego ciała. Ale potrafię rozmawiać z nią poprzez sny. Tam wciąż jest sobą, wspaniałą i tros­kliwą matką. I nadal mnie poucza. - Zaśmiał się smutno. - To dlatego rodzeństwo wybrało mnie, bym się nią opiekował.

- To stąd masz taką wiedzę na temat ziół leczniczych? Uczyłeś się dla niej?

- Mako przygotowywał mnie do tej roli. Próbujemy ulżyć jej w bólu. Nie mogę patrzeć, jak cierpi. - Podniósł z ziemi laskę i oparł ją o łóżko tak, by mogła bez trudu po nią sięg­nąć. - Budzi się coraz rzadziej, czasem raz na kilka dni. Gdy mnie potrzebuje, stuka laską o podłogę. Wie, że zawsze do niej przyjdę.

Nick uśmiechnął się smutno. Miał bardzo wiele do przemyślenia. Spojrzał na laskę. Poznał te piękne zdobienia i precyzyjne rzeźbienia w drewnie. Dobrze wiedział, kto własnoręcznie wykonał ten prezent.

?

Rozpuszczone rude włosy wyróżniały się na tle pochłoniętej przez naturę świątyni. W obrazie tonącym w zieleni i szaroś­ciach była jak jasny, nieokiełznany płomień. Błękitne oczy nabrały blasku, który przez ostatnie miesiące został stłumiony przez zmartwienia i złość. Teraz czuła się wolna, czuła, że nic nie może stanąć na jej drodze. Rozwinęła skrzydła, mogła latać.

W pełnym pędzie wybiegła przez skrzący portal. Przeskoczyła nad wysokim korzeniem i znów zniknęła w błękicie, pojawiając się na powalonej wieży. Dobiegła do krawędzi i wybiła się w górę. Wiedziała, że nie doskoczy do granicy kamiennego gzymsu. Dzięki stworzonym portalom bezpiecznie doleciała do wybranego punktu i przeturlała się przez lewe ramię. Siłą impetu wróciła na równe nogi i w mgnieniu oka wskoczyła w kolejną błękitną bramę, stworzoną tuż pod jej stopami. Zupełnie nieoczekiwanie pojawiła się w koronach drzew i złapała równowagę na krzywej gałęzi, balansując biodrami. Wyżej, coraz wyżej. Pięła się w górę, aż mogła podziwiać całą świątynię z najwyższych konarów w lesie. Stanęła stabilnie przy samej krawędzi i poczuła, jak przepełnia ją Talent. Serce biło jej jak szalone. Z ekscytacji, z radości, przez buzującą w niej adrenalinę. Jej usta uniosły się w wyzywającym uśmiechu. Zamknęła oczy, rozłożyła ręce i opadła w przepaść.

Słyszała w uszach narastający świst powietrza, czuła zapierającą dech prędkość. Pozwoliła, by ciepły błękit ją otulił.

Podeszwy butów dotknęły dokładnie punktu, w którym zaczęła szaleńczy bieg. Przykucnęła, uspokoiła oddech i otworzyła oczy. Wyciągnęła z sakwy mocno wysłużony notatnik i przekartkowała kilka stron. Odhaczyła kolejny punkt ze swojej listy. Nigdy nie sądziła, że uda jej się dojść do takich wniosków - w końcu mogła w pełni ufać swojemu Talentowi.

Od powrotu do domu dzielił ją jeden portal.

?

Dla wielu nastał wyczekiwany moment ulicznej zabawy, muzyki i tańca. Festiwal strachów na wróble rozpoczynał cykl następujących po sobie świąt, podczas których ludzie zbierają się, by wspólnie celebrować nadejście astronomicznego lata. Wydarzenia, które kiedyś uchodziłyby za staroświeckie, w czasie kryzysu stały się jedynym sposobem społeczeństwa na odreagowanie trudnej codzienności. Dłuższe dni oznaczały więcej światła, a wyższe temperatury sprawiały, że życie było mniej uciążliwe niż w mroźne zimowe wieczory. Naprawdę było co świętować.

Miasto zmieniło się nie do poznania. Kolorowe proporce zdobiły główne ulice, wszędzie panował entuzjastyczny gwar i tłok, a ludzie byli ubrani odświętnie i z fantazją. W wydzielonych częściach miasta stały sceny, a na nich prezentowane były najróżniejsze pokazy, również te akrobatyczne, których próbkę mogli oglądać, gdy po raz pierwszy przybyli zobaczyć Drugi Krąg. Najbardziej zjawiskowe były jednak te, które otwarcie prezentowały Talenty artystów. Tu ograniczeniem była tylko ludzka wyobraźnia.

Z każdego zakątka rozbrzmiewała muzyka i wszędzie rozstawione były stragany z jedzeniem. Od małych słodkowodnych ośmiorniczek na patyku opalanych nad ogniem, przez zupy przygotowane na bazie jadalnych kwiatów, dyniowe racuchy, kluseczki w słodko-słonym sosie, wędzone mięs­ne kostki podawane w cieście z prasowanych glonów, ryżowe kanapki, po jagody z syropem i orzechami. Przysmaki cieszyły oko formą podania, ale i kusiły złożonymi zapachami. Chcieli spróbować wszystkiego, nawet smażonych chrząszczy czy domowych nalewek.

Ale najważniejszym elementem były zdecydowanie tytułowe strachy na wróble. Popołudniowa parada pozwoliła wszystkim zgromadzonym na podziwianie niesamowitych dzieł. Konkursowe kukły były prawdziwym pokazem ludzkiej kreatywności. Pracowały przy nich nieraz całe rodziny, a godziny włożone w dopracowywanie szczegółów były widoczne gołym okiem. Niektóre piękne i kolorowe, inne bardziej przypominały demony i naprawdę mogły wzbudzać strach, nie tylko we wróblach.

- Braciszku! Braciszku! - Zaya wbiegła w Blase'a, który o mało nie rozlał owocowego napoju. - Kupisz mi szaszłyk? Kup mi, chcę spróbować!

Blase uniósł wzrok ku miejscu, które wskazywała.

- Przecież nie znosisz smażonych ślimaków - skomentował jej wybór.

- Znoszę. No kuuuuuuup mi.

Wyciągnął z kieszeni kilka shirenów i dał jej tyle, by starczyło na szaszłyk, ale i plecioną bransoletkę, która tak jej się podobała.

- Nie wiem, co to za gatunek ryby... - zaczął zachwycony Nick z pełną buzią - ale dowiem się tego, kupię sobie wędkę i rozpocznę budowę mojego rybkowego imperium. Pycha!

Gia nie żałowała, że dała się namówić na wizytę w mieś­cie właśnie w trakcie trwania festiwalu. Wszystko to wyglądało zupełnie inaczej niż to, co zapamiętała, gdy była tu wiele tygodni temu. Ciężka atmosfera wyniszczanego przez Sieć świata na te kilka dni wyparowała. Ludzie wydawali się szczęśliwi i zaangażowani w zabawę. Po raz pierwszy od dawna czuła się rozluźniona i nawet przestała impulsywnie sprawdzać, czy ma w kieszeni zawiniątko z ziołami wyciszającymi ataki paniki. Dziś się nie bała.

Jeden ze sprzedawców usilnie próbował wcisnąć jej kożuch i pasek z wilczej skóry. Stanowczo odmówiła, kilkukrotnie. Jej wzrok przykuło jednak piękne białe futro wywieszone nieco z tyłu. Dotknęła kołnierza miękkiego damskiego płaszcza z wielkim kapturem i poszerzającymi się ku dołowi rękawami.

- Futro należy do zwierzęcia zwanego mortus, przypomina nieco przerośniętego lisa. - Blase ocenił wyrób wprawnym okiem.

Nick zerknął na ciuch.

- Mam nadzieję, że ten skubaniec, który zżera nam kury i co noc wyje do księżyca, został przerobiony na coś podobnego.

- Oby nie, bo takie białe ubarwienie jest bardzo rzadko spotykane i nie świadczy za dobrze o sprzedawcy.

- Co masz na myśli? - Nick wyrzucił patyczek po szaszłyku do przepełnionego kosza.

- Mortusy rodzą się ciemnobrązowe i z wiekiem siwieją. Mają ogon zakończony kolcem jadowym, ukrytym pod puszys­tym futrem. Gdy wyczuwają zagrożenie, unoszą ogon nad głowę, trochę jak skorpiony, i obnażają szpikulec. Praktycznie nie mają naturalnych wrogów, którzy by na nie polowali, bo ich jad jest bardzo niebezpieczny. To piękne, ale i groźne stworzenia. Barwnik odpowiadający za kolor ich futra jest częścią trucizny, więc gdy siwieją, tracą możliwość obrony i stają się łatwym celem dla drapieżników... i ludzi.

- To brzmi okrutnie. - Gia zmarszczyła brwi. - Z groźnych wojowników stają się bezbronne. Jakby straciły Talent.

- W rzeczy samej - przytaknął Blase. - Gdy ich futro staje się zupełnie białe, zaczynają nocami wyć do księżyca. Ich lament brzmi niezwykle przejmująco. To jak ich pieśń pożeg­nalna. Wiedzą, że niedługo zginą.

- Hm, to dlatego te ciuszki są tak dramatycznie drogie. - Nick rzucił okiem na cenę. - Ekskluzywny towar.

- Raczej nielegalny. - Blase rzucił sprzedawcy niemiłe spojrzenie. - Mortusy są pod ochroną, zwłaszcza w okresie bielactwa.

Sprzedawca schował na zapleczu wspomniany płaszcz i zajął się innymi klientami.

- Cóż... - Gia uśmiechnęła się smutno do Blase'a. - Najwyraźniej nasze światy faktycznie mają ze sobą sporo wspólnego.

Zaya podeszła do brata i pociągnęła go za rękaw.

- Jednak nie lubię... Chcesz? - Podała mu nietknięty szasz­łyk ze ślimakami posypanymi kolendrą.

Po zmroku nad miastem rozbłysły lampiony. Pod migoczącymi na niebie światłami Blase odprowadził zaspaną Zayę do Milet, gdzie miała spędzić noc. Po północy większość atrakcji skupiła się na rynku. Przygotowane tam stosy drewna zostały rozpalone i wszyscy mogli rozsiąść się przy ogniskach. Nie zabrakło również pokazów połykaczy ognia.

Usiedli na drewnianych ławach, wsłuchani w dźwięki piszczałki i instrumentu przypominającego lirę korbową. Siedzący obok młody chłopak podjął proponowaną melodię i zaczął wybijać rytm na potrójnym bębenku.

Gia przerwała rozmowę, gdy do jej uszu dotarła grana melodia.

- Znam ten utwór. - Uśmiechnęła się do Blase'a i zanuciła. - Inny tekst, ale melodia ta sama. Nie spodziewałam się tu znajomych kawałków.

Blase wsłuchał się i zaśmiał.

- To pieśń o trzech młodych żeglarzach, którzy wyruszają w daleką podróż do Nowego Świata.

- Co za zbieg okoliczności. - Upiła łyk korzennego piwa. - Tylko skąd ją tu znacie?

- Ta ballada jest bardzo stara, więc równie dobrze mogła powstać tu, jak i w waszym świecie.

- I jak się kończy przygoda bohaterów tej piosenki?

Próbował przypomnieć sobie ostatni wers tekstu. Spojrzał w jej oczy, w których odbijał się wysoki płomień ogniska.

- Tym, że ich pieśń nigdy się nie skończy, póki nie będzie znana wszystkim.

Rozpoczął się pokaz sztucznych ogni i wszystko rozjaś­nił ich blask. Gwieździste wzory rozpryskiwały się na niebie, a iskry zamiast zniknąć wysoko nad ziemią, spadały wprost na dachy i delikatnie spływały na ulicę. Błyszczące światła były podnoszone przez dzieci i wesoło podrzucane, dopóki nie zniknęły. Talent, który to umożliwiał, zapewne byłby w Agencji uznawany za bezużyteczny i efekciarski, ale tutaj miał swoje zastosowanie. I nie była nim walka.

Wszyscy zgromadzili się pod główną sceną i stali z zadartymi głowami, podziwiając pokaz. Gia czuła, jak niektórzy przeciskają się w tłumie. Spojrzała w dół na nieuważnego chłopca, a ten podniósł na nią wzrok. Oczy i skronie miał zamalowane niebieskim paskiem farby. Gdy ich spojrzenia się spotkały, opuścił głowę, naciągnął kaptur i szybko zniknął w tłumie. Nim Ruda zdążyła spytać Blase'a, co to za zwyczaj malowania twarzy, na środku sceny stanął burmistrz Drugiego Kręgu. Miał ogłosić wyniki konkursu na najładniejszego stracha na wróble i wręczyć zwycięzcom wyczekiwane nagrody.

Padła nazwa grupy, która wygrała rywalizację. W tłumie podniosły się wiwaty, okrzyki radości i oklaski, a na scenę wprowadzono zwycięską kukłę.

W jednej chwili cały gwar ucichł.

Strach na wróble szyderczo uśmiechał się do zgromadzonych, przyozdobiony elementem, którego na pewno nie miał podczas oficjalnej prezentacji. Błękitną szarfą.

Na podest wkroczyła grupa odpowiedzialna za projekt kontrowersyjnej kukły. Wszyscy mieli na wysokości oczu pasek niebieskiej farby i twarze zmarszczone w gniewie. W momencie w ślad za nimi na podwyższeniu pojawili się żołnierze Armii Dawnego Porządku z czerwonymi szarfami na ramionach i siłą zaczęli ściągać ich ze sceny. Burmistrz próbował załagodzić sytuację, ale agresywne zachowanie Czerwonych nie spodobało się części tłumu. Postawny mężczyzna, któremu jeszcze przed chwilą bito brawo i składano gratulacje, wyrwał się stróżom i stanął na środku podium.

- Zwolennicy Połączenia! - krzyknął z uniesioną pięścią. - Trójca musi wiedzieć o naszym istnieniu! Jesteśmy tu! Silni i zjednoczeni, będziemy walczyć o swoje idee i prawo do zjednoczenia Sinistram i Dexteram!

Część zgromadzonych ludzi zaczęła wiwatować, a liczba żołnierzy na placu niebezpiecznie wzrosła.

Mężczyzna na scenie został uderzony pięścią w brzuch, szarpano go, by zniknął z zasięgu oczu gapiów. Skulił się z bólu, ale nie przestał przemawiać.

- Nie pozwolimy, by zamknięto nam usta! Staniemy do walki! Niech Sieć nam sprzyja! - W tym momencie jego dłoń siłami Talentu przekształciła się w mocno zakrzywione ostrze, przypominające kształtem sierp. Zamachnął się, by nie dać się złapać i uciszyć.

Nie widzieli, co się dalej z nim działo. W ułamku sekundy wszystko wymknęło się spod kontroli. Zgromadzeni zaczęli wpadać w panikę i tratować się nawzajem. Zwolennicy Dawnego Porządku próbowali wyłapać tych, którzy wiwatowali. Podniosły się wrzaski. Blase natychmiast pokierował Rudą i Nicka z dala od Czerwonych. Jeśli w zamieszaniu zostaną aresztowani, a Armia odkryje ich pochodzenie, już nigdy się nie zobaczą, a on zostanie skazany na śmierć za ukrywanie obcych.

Widzieli ludzi z niebieskimi paskami farby na twarzy. Uciekających, chowających się, krzykiem powtarzających słowa mężczyzny ze sceny. Mijali ściany domów upstrzone niebieskimi symbolami. Podobne prowokacje odbyły się równocześnie w całym mieście, a podniesiony przez Czerwonych alarm postawił na nogi wszystkie siły Kapłanki. Żołnierze nie dyskutowali, nie pytali - atakowali.

Biegli ulicami, na których jeszcze kilka godzin temu cieszyli się zabawą i szczęśliwymi chwilami. Gia widziała, jak w opuszczonej bocznej uliczce jeden z mężczyzn z czerwoną szarfą na ramieniu szarpie zakapturzonego chłopca. Siłą ściągnął mu materiał z głowy i spojrzał na niebieski symbol buntowników. Chłopiec krzyczał, błagał, ale wiek to dla prawa nie powód do litości ani wyjątków. Mężczyzna zamachnął się pięścią na dziecko, ale zamiast satysfakcji musiał poczuć ogromny ból z tyłu głowy. Padł nieprzytomny przed trzęsącym się chłopcem.

Gia rozmasowała pięść i zamknęła za sobą błękitny portal. Dopiero w tym momencie dobiegli do nich Nick i Blase.

- Mały, nic ci nie jest? - Nick uklęknął przy chłopcu.

Dziecku trzęsły się dłonie, a drżące usta wyróżniały się na bladej, pyzatej buzi. Chłopak podniósł na nich oczy w zakazanym kolorze błękitu.

- Za Połączenie - wyszeptał i ruszył biegiem w zaułek.

- Nie wierzę w to, co się tu dzieje... - Gia patrzyła, jak chłopiec znika za zakrętem. - Dlaczego zwolennicy Połączenia tyle ryzykują?

- Trójca i zwolennicy Dawnego Porządku muszą wiedzieć, że istniejemy i że nie można nas ignorować. - Blase niemal powtórzył słowa mężczyzny ze sceny. - Jesteśmy silni i zjednoczeni, będziemy walczyć o swoje idee. Sieć nam sprzyja. - Wyraz jego twarzy był niepokojący, a słowa pełne przekonania.

- Silni? - warknęła wściekle. - Według ciebie to była równa walka?!

- Każdy człowiek wzmacnia nasze szeregi. - Uśmiechnął się, pełen nadziei i fascynacji. - A i ty opowiedziałaś się po naszej stronie. Stanęłaś przeciwko Wyznawcom Kapłanki i jej Armii.

- Nie jestem po niczyjej stronie - wycedziła przez zęby głośno i bardzo wyraźnie, tak jakby już nigdy więcej nie miała zamiaru tego powtarzać. - Ale nie pozwolę tłuc żadnego dzieciaka, nieważne jakiego koloru będzie miał sznurówki, jakiego będzie wyznania czy skąd będzie pochodził!

- Ty myślisz, że walczymy tylko dla idei, ale to nieprawda. - Pokręcił głową, niewzruszony jej złością. - Walczymy o zmiany, o prawdę i zjednoczenie. Wy akurat powinniście rozumieć takie wartości.

Miała dziką ochotę uderzyć go w twarz za te słowa. Poczuła się wykorzystana i zmanipulowana.

- Nie możecie pozostać bezstronni, bo ta wojna dotyczy również was, waszego świata. A wy macie umiejętności, aby wesprzeć nas w walce o to, co słuszne. - Spoglądał to na Nicka, to na Rudą. - Co odpowiesz, jeśli ci powiem, że nasz los może leżeć w twoich rękach?

- Odpowiem, że macie zdrowo przerąbane. - Skrzyżowała ręce na piersi na znak, że nie ma zamiaru już nawet palcem kiwnąć na rzecz Dexteram. - Nie wciągniesz mnie w to, choćbyś i próbował siłą.

- Liczy się tu i teraz. Jeśli się poddamy, nie będzie kolejnej szansy za naszego życia. - Stanął bardzo blisko i świdrował ją bursztynowymi oczami. - Nie możesz uciekać od odpowiedzialności. Co zrobisz, jak już uda ci się wrócić do tego piekła, z którego uciekliście? Zapomnisz o tym wszystkim, co tu widziałaś? Jesteś tu, gdzie ważą się losy światów, i udajesz, że ciebie to nie dotyczy, że możesz umywać ręce?!

Nick szarpnął ich oboje.

- Skończycie tę kłótnię później. - Wskazał palcem koniec uliczki, gdzie przyuważyła ich grupa Zwolenników Dawnego Porządku. Leżący pod ich stopami nieprzytomny mężczyzna był więcej niż wystarczającym powodem, by ich zatrzymać.

- Jeśli nie chcesz walczyć o życie moich współbraci - Blase rzucił Rudej ostre spojrzenie - to chociaż walcz o swoje.

Pędem ruszyli w stronę obrzeży Drugiego Kręgu, byle dalej od centrum zamieszek. Drogi niemal zupełnie opustoszały, wszyscy próbowali skryć się przed rozruchami.

Blase poprowadził ich do zamkniętej części miasta w nadziei, że zdołają zgubić patrol. Tam, gdzie ruch i handel zostały wstrzymane, natura przejęła władzę. Ulice były zarośnięte gęstą roślinnością, a cały obszar od lat był zupełnie wyludniony. Dzielnicę zniszczyło trzęsienie ziemi, które kilka lat temu nawiedziło Drugi Krąg. Wiele wysokich budynków groziło zawaleniem, ich wejścia były zagrodzone drutami kolczastymi i znakami ostrzegającymi przed zapuszczaniem się w dalsze rejony.

Przedarli się przez zniszczoną kutą bramę, a zdyszany Blase wskazał wejście do jednego z opuszczonych budynków starego browaru.

- Tędy - szepnął, przejęty.

Na ścianach widniały murale przedstawiające pracę za­k­ładu z czasów jego świetności, a także sceny z dnia jego powstania. Minęli zamknięte magazyny na słód, jęczmień i chmiel oraz strefę załadunku keg. Zerwali deski z zabitego okna i wtargnęli do wielkiej hali produkcyjnej z czerwonych cegieł. Znaleźli się w pomieszczeniu, w którym stały ogromne miedziane kadzie i kotły warzelne, jednak sądząc po ilości pajęczyn i liczbie uciekających im spod stóp szczurów, żadne piwo dawno tu nie powstało. W powietrzu czuli ciężki zapach pleśni i odchodów gryzoni. Przez chwilę słyszeli tylko odgłos własnych oddechów, zwłaszcza Nicka.

- Przez to siedzenie w domu... - Zmachany, oparł ręce o kolana. - Straciłem formę.

- Palenie jak opętany na pewno nie ma z tym nic wspólnego - wyszeptała Ruda.

- Bla, bla, bla, jestem Gia i zawsze muszę mieć rację. - Starł pot z czoła i pokazał jej język.

- Cicho - skarcił ich Blase. Dla niego ścigający ich żołnierze to nie chleb powszedni ani moment do przekomarzanek. Nie był przyzwyczajony do takich akcji i zupełnie nie było mu do śmiechu.

Gdy Czerwoni w ślad za nimi weszli do budynku, było słychać tylko ich ostrożne kroki. Rozejrzeli się i ruszyli śladami zerwanych pajęczyn. Zaczęli przeszukiwać zdewastowany budynek. Weszli do pomieszczenia z kadziami, gdzie w rzędach stały również regały.

Jeden z mężczyzn uniósł dłoń, nad jego palcami pojawiła się plama jasnego światła. Elementy wyposażenia i poniszczone sprzęty rzucały długie cienie, a zaniepokojone szczury czmychały przed nieproszonymi gośćmi. Jakimikolwiek Talentami dysponowali żołnierze, nawet szkodniki czuły, że nie należy wchodzić im w drogę.

- W imieniu Trójcy i Najwyższej Kapłanki mam rozkaz was zatrzymać. Zamknijcie w sobie Talent i poddajcie się - wyrecytował regułkę jeden z Czerwonych.

Gdy mężczyzna oświetlający drogę pozostałym dostrzegł szybko przemieszczający się cień, było już za późno. Blase z całych sił pchnął stary regał i ciężki mebel uderzył w żołnierza, pozbawiając go przytomności. Światło Talentu zgasło.

Ruda doskoczyła do mężczyzny o bujnym zaroście, ale ten wykazał się świetnym refleksem i bez problemu zablokował jej cios. Zwarli się w chaosie szybkich uderzeń i błyskawicznych kontr. Żołnierz musiał mieć wieloletnie doświadczenie w walce, z pewnością nie był jednym z nieszczęśników z łapanek. Jego siła i precyzja ataków sprawiły, że Gia zaczęła walczyć pasywniej i gdy zrozumiała, że nie da rady uniknąć kolejnego uderzenia, otworzyła portal tuż przed swoją twarzą. Potężny cios zwrócił się przeciwko atakującemu. Mężczyzna oberwał włas­ną pięścią w brzuch i aż upadł na schody prowadzące na podwyższenie. Rozzłoszczony, wypluł ślinę wymieszaną z krwią, a gdy się uniósł, pod jego dłonią pękły kafelki. Nim Gia zdążyła zareagować, wygląd jej przeciwnika zaczął się zmieniać. Ciało mężczyzny w mgnieniu oka pokryło się futrem, a dłonie zmieniły się w ciężkie łapy zakończone pazurami. Sylwetka rozrosła się i osiadła na czterech kończynach, kości twarzy zaczęły się wydłużać, a szczęka wypełniać ostrymi zębami.

Ruda aż zrobiła krok w tył. Jej wzrok spoczął na potężnym, rozwścieczonym niedźwiedziu.

W tym samym czasie Nick znalazł się przy mężczyźnie o dość lichej posturze i dziwnej niebieskawej skórze. Żołnierz zrobił kilka niepewnych kroków w tył z uniesionymi rękami. Gdy zrozumiał, że wpadł w zasadzkę, z przerażeniem na twarzy zaczął się cicho modlić do Trójcy i Sieci.

- Błagam, ja tylko wykonuję rozkazy, nie chcę nikogo skrzywdzić - zawył żałośnie i przejmująco zaszlochał.

Nick zawahał się przed atakiem. W tej samej ­chwili łzy na policzku mężczyzny poruszyły się nienaturalnie, a ­wykrzywione w grymasie usta uniosły się nieznacznie. W ułamku sekundy przejrzyste raptem ciało mężczyzny zamieniło się w wodę. Przeciwnik natychmiast zaatakował Nicka, zamykając jego głowę w płynnej pułapce.

Niedźwiedź ryknął, a Gia o włos uniknęła uderzenia wielkiej łapy. Widywała już zmiennokształtnych w swoim świecie, ale jeszcze nigdy nie była świadkiem pełnej transformacji. Jej adept, Robert, latami ćwiczył przemianę w panterę, jednak nawet pod okiem specjalistów z Agencji nie udało mu się uzyskać ostatecznej formy. Natomiast stojący przed nią zwierz niczym nie różnił się od niedźwiedzi występujących w naturze. Miał ze dwa i pół metra długości i w kłębie był wyższy od Rudej. Brunatna sierść, pół tony silnych mięśni i bystry wzrok sprawiły, że Gia słyszała w uszach tylko łomot własnego serca.

Blase otrząsnął się z szoku i powstrzymał instynktowną potrzebę ucieczki. Doskoczył do uszkodzonych silosów i kopnięciem oderwał jedną z oberwanych rurek instalacyjnych.

Ruda nie zdążyła użyć Talentu. Ogromne cielsko naskoczyło na nią i zwaliło z nóg. Bestia przyparła ją do ziemi i obnażyła wściekle kły. Dziewczyna ze wszystkich sił próbowała się bronić przed rozszarpaniem na strzępy. Gdy było już jasne, że zwierz zaraz zmiażdży jej paszczą kark, Blase zamachnął się i uderzył niedźwiedzia w głowę; miedziana rurka aż zgięła się wpół. Zmiennokształtny potrząsnął łbem i ta chwila wystarczyła, by Gia stworzyła pod swoimi plecami portal i umknęła spod silnych łap. Wylądowała za Blase'em i nie zdążyła mu podziękować za ratunek, bo bestia już szarżowała w ich stronę.

Nick miotał się, próbował uwolnić spod ataku, ale jego dłonie tylko zanurzały się w wodzie, nie robiąc Utalentowanemu żadnej krzywdy. Powoli zaczynało mu brakować powietrza, czuł, że utonie, jeśli czegoś nie wymyśli.

W ferworze walki wszyscy zapomnieli o mężczyźnie, którego przygniótł regał. Żołnierz odzyskał przytomność; nie mógł wyczołgać się z pułapki, więc głośno wrzasnął. Całe pomieszczenie wypełnił przeraźliwie jasny blask, a snop białego światła przebił się przez sufit. Wyzwolona energia doszczętnie zniszczyła dach, wysoka temperatura zostawiła czarne ślady wkoło mężczyzny. Potężny Talent zatrząsł ziemią, osmalając resztki otaczających ich maszyn, a dookoła tliły się fragmenty metalowych konstrukcji.

Wysłannik Armii był wolny, zwlókł się z podłogi i ponownie skupił w sobie Talent. Wyciągnął przed siebie dłonie zaciśnięte w pieści. Kolejny rozbłysk oślepił walczących, ale tym razem to błękit był górą. Portal otworzył się przed żołnierzem, a przekierowana, skumulowana wiązka gorącego światła trafiła w ogromny zbiornik po brzegi wypełniony sfermentowanym piwem. Hektolitry płynu rozlały się po całej hali. Nikt z walczących nie utrzymał się na nogach. Mężczyzna przemieniony w wodę stracił kontrolę nad Talentem, mieszając się z zepsutym alkoholem.

Nick poderwał się ponad taflę, łapiąc charczący wdech. Gia i Blase pomogli mu podnieść się na równe nogi. Zwarli szyki, stojąc w cieczy po kolana. Świetnie wyszkoleni żołnierze Armii byli dla nich zbyt wymagającymi przeciwnikami. Mężczyzna przemieniony w niedźwiedzia otrząsnął sierść z wstrętnego piwa i zaczął brodzić w brudniej brei, jakby polował na łososie w rzece. Nim jednak rzucił się na uciekinierów, przekręcił komicznie głowę, zupełnie jakby z nich kpił. W kolejnej sekundzie Gia poczuła, że coś chwyta ją za nogi i sprowadza do parteru. Chwilę później Blase także stracił równowagę i zniknął pod taflą, a Nick plasnął plecami w wodę, jakby ktoś podciął mu kolana. Mężczyzna potrafiący zmieniać stan skupienia miał ich w garści. Skryty pod powierzchnią, uniemożliwił im skuteczną walkę i wystawił kompanom z patrolu.

Gia wyrwała się z płynnego uścisku, z trudem udało jej się chwycić barierki i wspiąć na schody. Wciągnęła Nicka i Blase'a na stopnie, ale byli już tak zmęczeni szamotaniną, że nie mieli siły więcej walczyć.

Mężczyzna władający światłem roztarł obolały kark i skupił w sobie Talent. Wycelował go prosto w wyczerpaną trójkę zbiegów.

Niszczycielski promień pomknął w ich stronę, a Gia ostatkiem sił stworzyła przed swoimi towarzyszami portal. Błękitny krąg aż wygiął się pod naporem ogromnej energii wrogiego Talentu. Bliźniacza wyrwa przekierowała atak, ale nie dość dokładnie. Błysk uderzył w posadzkę, rozchlapując rozlane piwo i natychmiastowo podwyższając jego temperaturę. Wszyscy usłyszeli ogłuszający wrzask dochodzący jakby ze wszystkich kierunków. Płyn zawrzał, przez taflę przeszła rozdygotana fala, która zmiotła pozostałych żołnierzy. Uderzyli o stos drewnianych palet z poustawianymi kegami. Zbutwiałe drewno trzasnęło i beczki jedna po drugiej zwaliły się na członków Armii Dawnego Porządku.

Woda powoli się uspokajała, aż w końcu powierzchnia śmierdzącego piwa nawet nie drgnęła. Wyglądało na to, że żołnierz władający Talentem przemiany w ciecz zwyczajnie wyparował. Gia, Nick i Blase w zdumieniu patrzyli na ciała pozostałej dwójki, zmiażdżone setkami ciężkich keg.

Wystająca między beczkami niedźwiedzia łapa na ich oczach zmieniła się w ludzką siną dłoń.

Blase przysłonił usta i nos rękawem koszuli, by odgrodzić się od smrodu zagotowanego, spleśniałego trunku.

- Już nigdy nie tknę piwa... - podsumował i aż mu się odbiło.

Nie oglądając się za siebie, cała trójka skierowała się do wyjścia.

W tym momencie obok Nicka pojawiła się przezroczysta postać. Natychmiast go chwyciła i zablokowała mu możliwość ruchu. Płynne ciało przybrało ludzką formę. Mężczyzna był ciężko ranny, niemal na całej jego skórze kwitły poważne oparzenia i czerwone bąble.

Gia odruchowo wyszarpnęła zza paska ich jedyny pistolet. Wycelowała w napastnika, który trzymał w ręku krótki nóż, i położyła palec na spuście.

- Nie, czekaj. - Nick powstrzymał ją od strzału, choć miał ostrze przy nerkach i boleśnie wykręconą rękę. - Pamiętaj, że mamy mało naboi.

Gia przeklęła i obróciła pistolet w dłoni. Stworzyła przed sobą niewielki portal i wyprowadziła szybki cios. Jej dłoń pojawiła się tuż przy głowie żołnierza, który oberwał uchwytem w skroń. Ogłuszony, rozluźnił uścisk i to wystarczyło, by Nick już sobie z nimi poradził. Chłopak wrzucił go z powrotem do piwnej brei i upewnił się, że już z niej nie wróci. Starł krew z draśnięcia na boku i roztarł ją między palcami. Nie przyznałby tego głośno, ale nie zauważył, że jego przeciwnik trzymał broń. Inaczej nie byłby tak pewny siebie. Miał szczęś­cie, że Ruda w naprawdę krótkim czasie opanowała swoje nowe umiejętności i zdołała zachować zimną krew.

- Muszę na nowo nauczyć się twojego Talentu. - Nieznacznie się do niej uśmiechnął i oparł ciężko o barierkę. - Żeby lepiej nam się współpracowało w walce.

Poczuł silne zawroty głowy, a w ślad za nimi ostry ból.

Cholera, nie... tylko nie teraz - przemknęło mu przez myśl.

Ból rozlał się po jego ciele od głowy aż po same palce u stóp. Oczy zaszły mu mgłą i nie potrafił zaczerpnąć powietrza przez zaciśnięte gardło. Czuł, jak oblewa go zimny pot, a ciało niekontrolowanie drży. Słyszał skądś głos Rudej, ale nie odróżniał już poszczególnych słów. Wiedział, że była przy nim. Wiedział, że wciąż robi wszystko, żeby mu pomóc, ale teraz nikt nie mógł go uratować. Jego świat skryła ­ciemność.

?

Deptali zerwane proporce i resztki zniszczonych straganów. Nawet po zmroku na brukowanej drodze co rusz można było dostrzec ślady krwi. Minęli leżące na krawężniku zwłoki jasno­włosej kobiety. Nieważne, czy była zwolenniczką Połączenia, czy Dawnego Porządku. Nie żyła.

Zwycięski strach na wróble, który rozpoczął ten cały chaos, powoli dogasał, podpalony przez przedstawicieli Czerwonych. Teraz nie był już żadnym symbolem, tylko dymiącą stertą szmat.

W martwej ciszy zdołali dotrzeć pod mury. Blase ściągnął przerzuconego przez ramię Nicka i ułożył na powozie. Gia usiadła przy nim, okryła go kocem i położyła sobie jego głowę na kolanach. Blase za to usiadł na przedzie, szarpnął wodze, a na komendę klacz ruszyła. Udało im się opuścić miasto.

Podnieśli oczy na pozostawioną w tyle bramę strzegącą wejścia do Drugiego Kręgu. W złożonych dłoniach posągu wciąż płonął ogień. Jasny, błękitny ogień.

?

Ta noc była wyjątkowo zimna jak na pierwszy dzień lata. Blady księżyc spowiła jasna łuna, a niebo zalały rzadkie chmury. Panował niepokojący spokój. Cały las jakby wstrzymał oddech, a wiatr ucichł w zaroślach. Okolica wokół domu ­Blase'a od dawna nie była tak spokojna.

Gia skrywała wzrok za długimi włosami i delikatnie gładziła twarz Nicka. Pragnęła, by w końcu się obudził, by się do niej uśmiechnął i zakpił ze swojego stanu. Ale on wciąż nie odzyskiwał przytomności. Blase skończył przygotowywać maść, którą Gia ostrożnie wmasowała w skronie chorego. To powinno uśmierzyć ból i pomóc mu się wybudzić.

- Co z Zayą? - Szept Rudej przerwał przygnębiającą ciszę.

- Jest bezpieczna, już się z nią kontaktowałem. - Blase odpowiedział równie cicho. - Milet się nią zaopiekuje. Ma doświadczenie, wie, co robić w takich przypadkach. Udało im się uciec z miasta. Reszta mojego rodzeństwa im pomoże. - Spuścił wzrok. - W każdym razie ci, którzy nie zostali pojmani...

- Wiedziałeś, że to się wydarzy? - Po raz pierwszy od pow­rotu spojrzała na niego lodowatym wzrokiem. - Wiedziałeś, co planują zwolennicy Połączenia?

W takich chwilach nienawidził tego, że nie kłamał. Jedno słowo nieprawdy mogłoby ułatwić tyle spraw.

- To jeden z moich braci był wtedy na scenie... - przyznał w końcu. Nie wiedział nawet, kto z jego rodziny przeżył rozruchy ani czy ich poświęcenie nie pójdzie na marne. Musiał wierzyć, ale dzisiaj wiara przychodziła z trudem.

Z leciutko rozchylonych ust Nicka wydobył się cichy jęk. Poruszył się nieznacznie i powoli uchylił powieki. Gia zmusiła się do bladego uśmiechu i powstrzymała od drżenia. Spojrzała w jego zmęczone oczy, szukając w nich tego dobrze jej znanego ciepła.

Bezwiednie wodził wzrokiem po jej twarzy. Gdy wyciąg­nął w jej stronę dłoń, zrozumiała, że coś jest nie tak.

- Gia... - Nigdy wcześniej nie słyszała takiego przerażenia w jego głosie. - Ja nie widzę...

Nawet nie wiedziała, kiedy wstała od jego łóżka. Słowa Nicka jak echo odbijały się w jej głowie i były jedynym, co istniało. Nie czuła kompletnie nic. Nie czuła ciepła, nie czuła bicia własnego serca ani potrzeby oddychania.

- NIC NIE WIDZĘ - powtórzył bezradnie drżącym głosem, a z jego oczu pociekły łzy.

Wybiegła z domu i padła kolanami na mokrą rosę. Zasłoniła dłońmi usta, by powstrzymać szarpiący nią szloch i dobijający się do głosu atak paniki. Nie zdołała mu pomóc. Przysięgła, że sprowadzi go do domu i zadba o jego zdrowie. Chciała tylko opuścić ten cholerny świat i zapomnieć o wszystkim, co się tu wydarzyło.

Z lasu zaczęło dobiegać żałosne wycie lisa. Nie, to nie był lis, tylko lament mortusa. Wył, bo był bezbronny. Wył, bo stracił swoją jedyną broń przeciwko światu.

Tej nocy lisi lament ustał na dobre.