Siedem grzechów głównych - Eugene Sue

Kup ebooka

12.50 zł
9.10 zł (9,10 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Siedem grzechów głównych: pycha, chciwość, nieczystość, zazdrość, obżarstwo i pijaństwo, gniew, lenistwo.

 

TOM PIERWSZY

 

I.

 

Komendant Bernard, rodowity Paryżanin, służąc w czasie cesarstwa w gwardji marynarki, a w czasie restauracji jako porucznik okrętowy, wkrótce po wypadkach roku 1830 służbę opuścił ze Stopniem kapitana fregaty.

Okryty ranami, częstokroć wspominany chlubnie w rozkazach dziennych z tytułu niezwykłej waleczności w czasie wojny indyjskiej, a później uważany za jednego z najdzielniejszych wojowników podczas kampanji rosyjskiej, pan Bernard żył skromnie ze szczupłej pensji zaledwie wystarczającej na jego potrzeby, w małem mieszkaniu na jednej z najodludniejszych ulic nowego przedmieścia Batignolles w Paryżu.

Stara gospodyni, którą nazywano panią Barbancon, od lat dziesięciu pozostawała w służbie komendanta Bernarda; a chociaż była bardzo wierna i przywiązana do niego, przecież nieraz zatruwała spokój jego życia.

Poczciwa ta kobieta była despotycznego i burzliwego charakteru; było bowiem dla niej pewną przyjemnością, często przypominać swojemu panu, że dla służby u niego, wyrzekła się pewnego stanowiska w świecie.

Powiedziawszy prawdę, pani Barbancon była przez dłuższy czas pomocnicą, a raczej uczennicą pewnej słynnej w swoim zawodzie akuszerki.

Wspomnienie tego dawnego zatrudnienia było dla pani Barbancon niewyczerpanem źródłem rozmaitych tajemniczych opowieści; bardzo chętnie rozwodziła się nad przypadkiem jakiejś młodej zamaskowanej osoby, która przy pomocy akuszerki tajemnie wydała na świat śliczną dziewczynkę, którą potem pani Barbancon około dwóch lat pielęgnowała; później przybył jakiś nieznajomy, po odbiór dzecięcia.

W cztery czy pięć lat po tem pamiętnem zdarzeniu, pan: Barbancon opuściła akuszerkę i podejmowała się obowiązków gospodyni lub pielęgniarki chorych.

Właśnie w tym czasie komendant Bernard, któremu dawne rany otworzyły się i sprawiały dotkliwe boleści, potrzebował takiej osoby. Troskliwość pani Barbancon ujęła go tak dalece, że pierwszy uczynił jej propozycję, ażeby przyjęła służbę u niego.

- Będzie to dla ciebie prawdziwy dom inwalidów, mamo Barbancon - rzekł do niej weteran - nie jestem ja bardzo zły, i będziemy spokojnie i zgadnie żyli z sobą.

Pani Barbancon przystała jak najchętniej na tę propozycję, pozyskała zaufanie pana komendanta i powoli ze sługi zamieniła się w samowładną panią.

Rzeczywiście, widząc, z jaką anielską cierpliwością znosił on tyranję swojej gospodyni, możnaby uważać starego marynarza raczej za jakiego spokojnego kapitalistę, nie za jednego z najodważniejszych żołnierzy cesarstwa. Komendant Bernard namiętnie lubił ogrodnictwo; główne swoje staranie obracał na pielęgnowanie małej altany, którą własnoręcznie urządził, i otoczył dzikiem winem, chmielem i powojem. W niej to najmilej przesiadywał po swoim skromnym obiadku, paląc fajkę, rozmyślając o odbytych kampanjach i dawnych towarzyszach broni. Altana ta stanowiła zarazem granicę posiadłości komendanta: gdyż pomimo szczupłości ogrodu, był on jednak podzielony na dwie części.

Jedna część była poruczona staranności pani Barbancon, i celem jej był: pożytek; druga, której zarząd, weteran samemu sobie zostawił, poświęcona była przyjemności.

Ścisłe odgraniczenie tych dwóch cząstek ziemi, było jak dawniej tak i teraz przyczyną cichej, ale zaciętej walki pomiędzy komendantem a jego gospodynią.

Nigdy dwa ościenne kraje, które wszystkich sposobów próbują, ażeby rozszerzyć swoje granice kosztem sąsiada, nie użyły większej przebiegłości, zręczności i wytrwania w zniweczeniu lub wykonaniu swoich wzajemnych usiłowań, celem opanowania przyległego gruntu.

Lecz wypada oddać sprawiedliwość komendantowi, gdyż tylko występował w obronie swoich praw. Nie pragnął on zdobyczy, chciał jedynie utrzymać pierwotne granice swej posiadłości, które zuchwała i nienasycona gospodyni częstokroć naruszała, wkradając się do nich z pietruszką, biedrzeńcem, cebulką, tymianem, tragankiem, malwą, rumiankiem i innemi ziołami, oraz starając się wszelkiemi sposobami rośliny te rozkrzewić kosztem róż, tulipanów i piwonij swego pana.

Drugą przyczyną, która nieraz wywoływała żywe lecz śmieszne spory pomiędzy kapitanem i panią Barbancon, była nieubłagana nienawiść, jaką ta ostatnia okazywała Napoleonowi; nie mogła mu bowiem przebaczyć śmierci pewnego młodego gwardzisty, którego w młodości swej szalenie kochała.

Ta zawzięta nienawiść ku cesarzowi, którego nazywała dumnym despotą, "wilkiem z Korsyki" i któremu zaledwie raczyła przyznawać pewne zdolności wojskowe, pobudzała oburzenie lub wesołość starego wojownika do najwyższego stopnia.

Pomimo takiej rozbieżności przekonań politycznych, pomimo ciągłego i żywego sporu granicznego dwóch ogrodów, pani Barbancon była jednak zawsze przejęta troskliwością i uszanowaniem dla swego pana, i weteran dotkliwie byłby uczuł stratę swojej nieoszacowanej gospodyni, gdyby mu się z nią przyszło rozstać.

Wiosna roku 1844 zbliżała się do końca, maj pokrył już wszystkie rośliny świetlną zielonością, była trzecia godzina po południu. Chociaż dzień był nadzwyczajnie ciepły i słońce paliło, jednak lekka woń zwilżonej trawy oraz bliskich krzaków bzu i czeremchy, świadczyły z jaką pieczołowitością komendant pielęgnował swój mały ogródek.

Za pomocą konewek, które często napełniał w wielkiem naczyniu, Zakopanem w ziemię, skraplał spragnioną ziemię orzeźwiającą wodą i w bezstronnej wspaniałomyślności swojej nie żałował nawet kuchennym i lekarskim roślinom swojej gospodyni, dobrodziejstw swojej sztucznej rosy.

W ogrodniczem ubraniu, składającem się z krótkiego, szarego, drelichowego kaftana i szerokiego słomianego kapelusza, spoczywał właśnie po dotychczasowem znużeniu, i siedząc w swojej altanie, która się już zaczynała pokrywać silnemi latoroślami chmielu i dzikiego wina, ocierał pot, który strumieniem spływał mu z łysego czoła; jego ogorzałe od słońca lica przedstawiały wyraz otwartości! i dobroci, lecz miały w sobie zarazem pewien charakter wojenny, z powodu gęstych wąsów, które również jak i krótko przycięte włosy, były już niemal zupełnie białe.

Schowawszy do kieszeni niebieską kraciastą chustkę od nosa, weteran wziął ze stołu piankową fajkę, nałożył ją, zapalił i, usadowiwszy się wygodnie w obszernem krześle z trzciny, pogrążył się w spokajnem dumaniu, zachwycając się pogodą dnia wiosennego.

Dokoła była cisza zupełna, tylko kiedy niekiedy odezwał się głos kosa lub urywany śpiew pani Barbancon, zbierającej w tej chwili pietruszkę i biedrzeniec, któremi zamierzała przyprawić sałatę do wieczerzy.

Gdyby stary wojownik nie był obdarzony przez naturę żelaznemi nerwami, ten miły spokój jego wypoczynku były już nieraz boleśnie przerwany przez wiecznie powtarzającą się i jednotonną zwrotkę jego gospodyni, która, przypominając sobie odległą młodość swoją (wiążącą się zawsze ze wspomnieniem młodego żołnierza) miała upodobanie do jednej naiwnej piosnki ubiegłych czasów, pod tytułem: Pauvre Jacques.

Na nieszczęście, gospodyni proste słowa tej piosnki, które tak słodki opiewały smutek, trawestowała w sposób najdziwniejszy; albowiem dwa ostatnie jej wiersze przemieniła na następujące, i te ciągle powtarzała:

 

Mais a présent que suis loin de toi,

Je manque de tout sur la terre.

 

Ale, co głównie było odrażającem w tej piosnce śpiewanej fałszywym i jakby zakatarzonym głosem, to ów narzekający i smutny wyraz, z jakim pani Barbancon, melancholijnie potrząsając głową, powtarzała ten ostatni wierszyk:

 

Je mange de tout sur lia terre.

 

Już od lat dziesięciu blisko, komendant Bernard z bohaterską odwagą znosił tę wiecznie powtarzaną zwrotkę; nigdy bowiem czcigodny marynarz nie zważał na prawdziwe znaczenie, jakie pani Barbancon temu śpiewowi nadawała.

Tego dnia atoli, weteran zwrócił przypadkiem uwagę, na myśl piosnki i zdawało mu się, że jedzenie wszystkiego na ziemi, nie jest koniecznem następstwem boleści i smutku z czyjegoś oddalenia; przysłuchawszy się tedy jeszcze raz z uwagą śpiewowi swej gospodyni, zawołał kładąc fajkę na stole:

- Do djabła! pani Barbancon, co ty tam za głupstwa wyśpiewujesz?

Pani Barbancon podniosła się z ziemi i urażona odpowiedziała:

- Śpiewam bardzo ładny romans... pod tytułem: Pauvre Jacques... mój panie... każdy ma swój gust... wolno panu uważać go za głupstwo jakieś... chociaż nie pierwszy raz słyszałeś pan to moje śpiewanie.

- O! nie, zapewne, nie pierwszy raz! - odpowiedział komendant z westchnieniem niezasłużonego zarzutu.

- Nauczyłam się tego pięknego romansu - rzekła gospodyni z serdecznem westchnieniem - w czasie... w czasie... ale, to już przeszło - dodała, ukrywając w głębi serca swojego niewygasłą boleść po stracie młodego żołnierza. - Śpiewałam jeszcze ten romans owej młodej zamaskowanej damie, która przybyła do nas w celu odbycia tajemnej słabości i która...

- Dobrze, już dobrze, wolę raczej tego romansu posłuchać - zawołał weteran, przerywając pani Barbancon, gdyż lękał się opowiadania tej wiecznie powtarzanej historji - tak jest, wolę posłuchać romansu niż tej historji... nie będzie on pewnie tak długi, ale niech mnie djabli wezmą, jeżeli rozumiem co to ma znaczyć:

 

Mais a présent que je suis loin de toi,

Je mange de tout sur la terre.

 

- Jakto, panie, pan tego nie rozumie?

- Nie!

- A przecież to rzecz tak prosta... ale wojskowi mają serce twarde.

- Słuchaj, mamo Barbancon, pogadajmy rozsądnie. Więc to jakaś smutna ciocia w swojej zgryzocie, że ów pauvre Jacques (biedny Jakób) się oddalił, zaczyna wszystko zjadać na ziemi?

- A nieinaczej, proszę pana, wszakże to każde dziecię może zrozumieć.

- Prawda! prócz mnie jednego.

- Co? pan tego nie rozumiesz... to nieszczęśliwe dziewczę jest tak zmartwione odjazdem biednego Jakóba, że je wszystko... wszystko na ziemi... wszystko... na nic nie zważając... biedna dziewczyna... onaby nawet truciznę, połknęła... tak jej się życie przykrzy... bo jest jakby odurzona... biedaczka... już nie wie, co robi... je wszystko, co jej wpadnie w ręce... i to pana nawet do łez nie pobudza... mój panie?

Weteran wysłuchał z największą uwagą objaśnienia pani Barbancon, i wyznać musimy, że to tłumaczenie nie zdawało mu się zupełnie niedorzecznem, kiwnął tylko głową i powiedział:

- Dobrze, rozumiem już teraz, ale powiedziawszy prawdę, to wszystkie romanse są strasznie naciągane.

- Biedny Jakób! on naciągany! O! jakże można powiedzieć coś podobnego! - zawołała pani Barbancon z największą niechęcią z powodu tak śmiałego wyroku swego pana.

- Każdy ma swój gust - odpowiedział weteran - ja przekładam nasze dawne piosnki okrętowe, wszakże one także są zrozumiałe, a nie tak wymuszone.

I stary marynarz zaczął równie silnym jak fałszywym głosem śpiewać:

 

Pour aller a l'Orient p?cher des sardines...

Pour aller a l'Orient p?cher des harengs...

 

- Mój panie! - zawołała pani Barbancon, przerywając swemu panu z pewnem zawstydzeniem i gniewem, gdyż znany jej był koniec tej śpiewki - pan zapominasz, że stoi przed panem kobieta.

- Jakto! gdzie? - zapytał weteran ciekawie, wyciągając szyję dla wyjrzenia z altanki.

- Zdaje mi się - odpowiedziała gospodyni z godnością - że pan nie potrzebujesz tak daleko wyglądać, wszakże stoi tu przed panem.

- Patrzaj... wszakże to prawda, oh! moja pani Barbancon, ja zawsze zapominam, że to i pani należysz do płci pięknej, ale to nic nie szkodzi, ja zawsze wolę mój śpiew jak pani. Ten śpiew był zawsze w ustach wszystkich majaków na fregacie Armidzie, na którą ja, mając dopiero lat czternaście, wstąpiłem; później śpiewaliśmy go i na lądzie, kiedym był w gwardji cesarskiej marynarki... Ah! to to były piękne czasy! byłem wówczas młody.

- Tak, i wtedy: Bu... o... naparte (musimy koniecznie w ten sposób pisać to nazwisko, ażeby jak można najdokładniej pokazać wzgardę i oburzenie z jakiem pani Barbancon wymawiała nazwisko tego wielkiego człowieka, który spowodował śmierć jej młodego żołnierza) tak, Bonaparte stał wtedy na waszem czele.

- Dobrze mamo Barbancon, już ja wiem, co dalej będzie - rzekł stary marynarz z uśmiechem - wilk korsykański już niedaleko od nas. O, biedny cesarzu, jakże się z tobą obchodzą!

- Tak panie, wasz cesarz był prawdziwym wilkiem... a gdyby jeszcze na tem był poprzestał!...

- Jakto! więc on jeszcze był czemś gorszem, jak wilkiem?

- Tak, tak, śmiej się pan, doprawdy, to aż zgroza człowieka bierze.

- Cóż takiego?

- Dobrze, ja panu powiem; Otóż kiedy wilk korsykański miał w Fontainebleau pewnego księcia w swojej mocy, wiesz pan, że on był tak niegodziwy, że skłonił tego księcia, wiesz pan do czego? ten wasz Bounaparte...

- Nie, mamo Barbancon, daję ci słowo honoru, że nie wiem.

- O! pan nie powiesz, że to nieprawda, bo słyszałam to od jednego żołnierza z młodej gwardji.

- Który już teraż koniecznie do starej policzyć się musi; więc cóż tedy, słucham owej historji.

- Otóż panie, wasz Buonaparte był tak niegodziwy, że dla upokorzenia owego księcia kazał go w paradnym ubiorze zaprząc do małego wózka króla Rzymskiego, potem sam wsiadł do niego i tak kazał się temu księciu ciągnąć przez cały park w Fontainebleau, ażeby w takim ekwipażu, cesarzowej Józefinie, która była taką dobrą i pobożną panią, zapowiedzieć rozwód.

- Doprawdy, mamo Barbancon - rzekł stary marynarz, dusząc się niemal ze śmiechu - ten niegodziwy cesarz kazał się w wózku króla Rzymskiego ciągnąć księciu, ażeby w takim ekwipażu oznajmić królowej Józefinie o rozwodzie?

- Tak panie, ażeby ją dręczyć, prześladować tę ukochaną księżnę. Albo i to... może pan o tem nie wiesz, że on zawsze w wielki piątek zmuszał ją do jedzenia szynki w obecności owego szkaradnego mameluka Rustana; tego dnia zwykle księża usługiwali jej do stołu dlatego tylko, ażeby przez to upokorzyć duchowieństwo, ten bezecny Rustan chełpliwie opowiadał o swojem muzułmańskiem życiu, o swoim seraju, i o swoich bezwstydnych bajaderach, tak, że ci biedni księża czerwienili się ze wstydu jak raki. Doprawdy, panie, ja w tem wszystkiem nie widzę nic śmiesznego; przecież to wówczas każdy o tem wiedział, tak dalece, że nawet...

Na - nieszczęście, gospodyni nie mogła już dalej opowiadać; jej okropne antibuonapartystowskie obwinienia zostały przerwane mocnym brzękiem dzwonka, który ją śpiesznie powołał do drzwi.

Zanim nową osobę, to jest Oliwiera Raimond, siostrzeńca komendanta Bernarda wprowadzimy na scenę, zdaje nam się rzeczą niezbędną podać pierwej niektóre objaśnienia.

Siostra naszego weterana zaślubiła pewnego pisarza z ministerjum spraw wewnętrznych; w kilka lat potem mąż jej umarł, pozostawiwszy wdowę i ośmioletniego syna. Przyjaciele zmarłego wyjednali synowi przez swoje wpływy stypendjum w jednem z kolegjów paryskich. Wdowa, która nie miała ani majątku, ani też prawa do pensji, pracą rąk własnych zarabiała na swe utrzymanie. Po kilku latach smutnego i ubogiego życia, syn jej pozostał zupełną sierotą, nie mając żadnych krewnych prócz wuja Bernarda, który wtedy był porucznikiem i na jednej ze stacyj morza południowego dowodził goelettą francuską.

Kiedy Stary żeglarz powrócił do kraju, ażeby opuścić służbę, siostrzeniec jego był właśnie na ostatnim kursie filozofji... Lubo Oliwier nie odznaczał się nadzwyczajnym genjuszem w uniwersytecie, korzystał przecież, z bezpłatnej edukaaji, która na nieszczęście, nie zabezpieczywszy mu środków praktycznego wychowania, jak to powszechnie się dzieje, przy wyjściu ze szkoły nie zapewniała mu żadnej rękojmi dalszych widoków w przyszłości.

Komendant Bernard, zastanawiając się długo nad przykrem położeniem siostrzeńca, którego szczerze kochał i widząc się w niemożności przyniesienia mu skutecznej pomocy, gdyż pensja jego była zbyt szczupła, nareszcie powiedział do Oliwiera:

- Mój biedny chłopcze... tylko jeden pozostaje nam środek. Jesteś silny, odważny, przezorny, odebrałeś wychowanie, którem wyższy jesteś od niejednego z tych młodych ludzi, których los prowadzi do wojska; zaciąg czeka cię w roku przyszłym, przybliż sobie termin i zostań żołnierzem; w takim razie będzie ci przynajmniej służył wybór broni... biją się teraz w Afryce; za pięć lub sześć lat możesz zastać oficerem... a to zapewni ci już jakąś pozycję... Jeżeli jednak, moje kochane dziecię, czujesz wstręt do wojskowości, to pomyślimy o czem innem. Będziemy żyli z mojego tysiąca franków pensji, dopóki się gdzie nie zaczepisz... Nie proponuję ci służby w marynarce, bo to już za późno; trzeba się za młodu przyzwyczaić do tego zupełnie odrębnego i ciężkiego życia, inaczej bowiem człowiek nigdy nie będzie dobrym marynarzem... Teraz wybieraj.

Wybór Oliwiera trwał niedługo. W trzy miesiące zaciągnął się do wojska, z warunkiem wpisania się do strzelców afrykańskich. Po upływie jednego roku był furjerem: w dwa lata potem odznaczył się i został ozdobiony krzyżem, w następnym roku został już starszym wachmistrzem.

Na nieszczęście Oliwier dostał jedną z tych uporczywych chorób febrycznych, które tylko klimat europejski może uleczyć i dla tego musiał opuścić Afrykę, gdzie spodziewał się pozyskać szlify oficerskie; ciężko chory, odesłany do Francji, gdzie po wyzdrowieniu, wcielony został do pułku huzarów. Wysłużywszy osiemnaście miesięcy w tym pułku, następnie przybył do Paryża za urlopem, dla przepędzenia wolnego czasu ze swoim wujem.

Mieszkanie starego marynarza składało się z małej kuchenki, do której przytykał pokoik pani Barbancon, przedpokoju, który zarazem był izbą jadalną i jednego pokoju, w którym sypiali komendant i jego siostrzeniec. Że zaś ostatni znał szczupłość środków weterana, przeto powodowany delikatnością, nie chciał pozostać bezczynnym; pisał on bardzo pięknie, a jako furjer nabył znacznej wprawy w rachunkach, dlatego też kilku kupców z przedmieścia Batignolles powierzyło mu prowadzenie swych ksiąg rachunkowych. Nie chcąc być ciężarem dla weterana, młody podoficer (porozumiawszy się tajemnie z podskarbim swego wuja, panią Barbancon) dokładał co miesiąc 80 franków do pensji pana Bernarda, swój szczupły zarobek, i obok tego częste jeszcze sprawiał mu niespodzianki, które cieszyły ale i smuciły zarazem poczciwego weterana, który wiedział jak troskliwie Oliwier pracował, ażeby choć niewielki znaleźć sobie zarobek.

Oliwier był wykształcony i wesoły; przyzwyczajony od dzieciństwa, najprzód jako sierota, potem jako stypendysta, a nareszcie jako żołnierz afrykański do wszelkiego niedostatku, był odważnym, wytrwałym, szczerym i łagodnym; lecz przy tem wszystkiem jednę posiadał wadę, jeżeli to wadą nazwać można, to jest nadzwyczajnie był drażliwy we wszystkich sprawach pieniężnych, choćby one były nawet najdrobniejsze; będąc jeszcze prostym i ubogim żołnierzem, posuwał skrupulatność swoją tak daleko, że nawet najskromniejsze zaproszenie swoich towarzyszy odrzucał, jeżeli nie był w stanie zrewanżować się. Ponieważ z początku szydzono z tej jego skrupulatności, i uważano ją za pewną przesadę, przeto wynikły stąd dwa pojedynki, w których Oliwier odniósł zwycięstwo. Odtąd też więcej już ceniono tę niezwykłą cechę charakteru młodego żołnierza.

Zresztą Oliwier na wszystkiem przestawał, gotowym będąc do wszystkiego, a wesołością swoją i humorem ożywiał nadzwyczajnie domowe życie swego wuja.

W chwilach wolniejszych od zatrudnień kształcił podoficer gust swój i umysł czytaniem znakomitszych pisarzy, albo też kopał, skraplał i pomagał swemu wujowi w ogrodzie; potem obaj palili fajkę, rozmawiając o wojnie i podróżach; niekiedy także Oliwier, przywołując sobie na pamięć wszystkie wiadomości kucharskie nabyte w afrykańskich biwakach, uczył panią Barbancon smażenia kotletów baranich lub pieczenia placków jęczmiennych, którym to lekcjom gastronomicznym towarzyszyły zwykle rozmaite figle i żarciki o Buonapartym, drażniące umysł obraźliwej gospodyni. Wprawdzie odpłacała ona Oliwierowi podobnąż monetą, ale kochała go za to bardzo. Słowem, obecność młodego podoficera wywierała tak szczęśliwy wpływ na jednostajne życie weterana i jego gospodyni, że myśl o kończącym się dwumiesięcznym urlopie Oliwiera, napełniała oboje prawdziwym żalem.

A więc pani Barbancon pośpieszyła do drzwi, przy których dzwoniono i otworzyła je przybywającemu siostrzeńcowi weterana.

 

II.

 

Oliwier Raimond, mniej więcej dwudziestoczteroletni młodzian, miał rysy ujmujące i pełne wyrazu; krótka kurtka huzarska z białego sukna (od której pięknie odbijała, się czerwona wstążka orderowa), obszyta żółtym sznurkiem wełnianym, tudzież jasnoszafirowe spodnie, okrywały ciało i uwydatniały jego wysmukłą i piękną postać; nadto, mały, także jasno szafirowy kaszkiet huzarski, wsadzony nieco na bakier, okrywał włosy ciemne równie jak wąsy faworyty; a wszystko to nadawało jego osobie jakąś cechę wojskowej zalotności; tego dnia atoli Oliwier za miast pałasza trzymał pod lewą pachą duży zwój papierów a w prawej ręce sporą paczkę piór do pisania.

Młody podoficer porzucił te narzędzia spokojnych swoich zatrudnień i zawołał wesoło:

- Dzień dobry, mamo Barbancon.

I odważył się uściskać kościstą kibić gospodyni w swoich dziesięciu palcach.

- Dajże mi już pan spokój, swawolniku jakiś.

- Jakto, przecież ja dopiero zaczynam, ej, mamo Barbancon, koniecznie muszę cię uwieść.

- Mnie uwieść... mnie?

- Koniecznie, musi to nastąpić, zniewolony jestem do tego.

- A to dlaczego?

- Ażebyś mi wyświadczyła jednę grzeczność, łaskę.

- No, słucham pana. cóż takiego?

- Najprzód, gdizie jest wuj?

- W altanie, fajkę pali.

- Dobrze. Poczekaj tu na mnie, mamo Barbancon przygotuj się usłyszeć coś nadzwyczajnego.

- Coś nadzwyczajnego? mówże pan... słucham, panie Oliwier.

- Tak jest... coś nadzwyczajnego... coś niesłychanego.

- Nadzwyczajnego, niesłychanego - powtórzyła Barbancon ze zdumieniem, patrząc za młodym wojskowym, odchodzącym do altany.

- Dzień dobry, mój synu, nie spodziewałem się zobaczyć cię tak wcześnie - zawołał marynarz z radością, podając siostrzeńcowi rękę - tak rychło wracasz... tem lepiej... tem lepiej...

- Tem lepiej, tem lepiej - powtórzył Oliwier wesoło. - Przeciwnie, bo nie wiesz, mój wuju, co ci zagraża?

- Co takiego?

- Oto mój wuju kochany, odwagi!

- Ah! skończże już, szaleńcze jakiś.

- Zamknij oczy, i marsz naprzód!

- Naprzód? gdzie? przeciw komu? Przeciw mamie Barbancon, mój kochany wujaszku

- Poco?

- Ażeby jej oznajmić... żem zaprosił kogoś na obiad Ach! do djabla! - zawołał weteran. I cofnął s:ę parę kroków do swojej altany, z której już był wyszedł na próg.

- Dzisiaj... na obiad - mówił dalej podoficer.

- Ah! do stu piorunów! - powtórzył marynarz. I tym razem jeszcze dalej się cofnął.

- A przy tem wszystkiem - dodał Oliwier, moim gościem... jest jeden książę!

- Książę! zginęliśmy! - zawołał weteran. I zrejterował do najodleglejszego kąta altany, w którym, jak w twierdzy jakiej, bronić się zamierzał. - Niech mnie djabeł weźmie, jeżeli się podejmę oznajmić twoje zaprosiny mamie Barbancon.

- Cóż to, mój wuju? marynarka się cofa?

- Jest to napaść, bitwa przedniej straży, to należy do lekkiej jazdy. Nie darmo jesteś huzarem, mój chłopcze. Naprzód! marsz! pierwsza zdobycz twojem powinna być dziełem, tyś furażer. Oto właśnie idzie pani Barbancon, jest tam na dole, widzisz ją?

- Widzę, tam koło wody, która należy do twoich żywiołów, do przedsięwzięć morskich. Dalej mój wuju, dalej naprzód!

- Ah! mój Boże! ona tu idzie, patrz, już jest - wołał weteran, Widząc zbliżającą się gospodynię, którą kilka słów Oliwiera pobudziło do ciekawości i która rzeczywiście zbliżała się do nich w nadziei, że się czegoś więcej dowie.

- Mój wuju - rzekł młody żołnierz stanowczo, kiedy pani Barbancon zbliżała się do drzwi altany - odwrót jest zupełnie niemożliwy, gość mój przyjdzie najpóźniej za godzinę, musimy zwyciężyć lub umrzeć, z głodu... my i nasz gość, którego nazwisko muszę ci przynajmniej powiedzieć; jest to książę de Senneterre.

- Nie mnie powiadaj, nieszczęsny chłopcze! - zawołał komendant - ale mamie Barbancon, wszakże stoi oto przed tobą...

Kiedy gospodyni zbliżyła się zupełnie, rzekł Oliwier:

- Mamo Barbancon, mój wuj ma pani coś powiedzieć.

- Ja? niech mnie djabli wezmą, jeżeli to prawdą - zawołał weteran, obcierając kraciastą chustką pot z czoła - ty masz się z nią rozmówić!

- Śmiało, mój wuju, mama Barbancon nie jest tak straszna jak się wydaje; przyznaj się dobrowolnie.

- To twoja rzecz, mój chłopcze, sam sobie powinieneś radzić.

Gospodyni spoglądała niespokojnie to na wuja, to na jego siostrzeńca; nareszcie rzekła do swego pana:

- O cóż to idzie, mój panie?

- Zapytaj się pani Oliwiera. Co do mnie, mnie to nic nie obchodzi, jam temu wcale nie winien.

- Dobrze więc! oto moja pani Barbancon - rzekł młody żołnierz odważnie - zamiast dwóch nakryć do naszego obiadu, musisz pani trzy położyć! To cała historja!

- Jakto! trzy nakrycia! panie Oliwier, dlaczego trzy?

- Ponieważ zaprosiłem na obiad mojego dawnego towarzysza broni.

- Jezu Chryste! dobry Boże! - zawołała gospodyni z większym przestrachem jak gniewem, i wzniosła oczy ku niebu - gość dzisiaj, a przecież to nie jest dzień, w którym miewamy świeże potrawy, dziś mamy tylko zupę cebulaną, resztki wołowiny od wczoraj z kwaśnym sosem i sałatę.

- A więc! czegóż chcesz więcej, mamo Barbancon? - rzekł Oliwier wesoło i radośnie, gdyż zdawało mu się, że znajdzie gospodynię daleko uporczywszą. - Zupa z cebuli, zrobiona przez panią, to uczta niebiańska, a mój towarzysz Gerald będzie zajadał jak jaki król. Uważaj pan, mamo Barbancon, ja nie powiedziałem wcale, jak cesarz!

Ta lekka przymówka do antibonapartystowskich mniemań pani Barbancon nie zwróciła jej uwagi na siebie W tej chwili nieubłagana kochanka młodego żołnierza z gwardji cesarskiej znikła przed powagą gospodyni domu. Przeto pani Barbancon rzekła głosem bolesnego wyrzutu:

- Czemużeś pan innego dnia nie wybrał, panie Oliwierze! wszakże to rzecz tak łatwa! nie lepiej, żeby było kiedy mamy wszystko świeże na stole?

- Nie ja wybrałem dzień dzisiejszy, mamo Barbancon, ale mój towarzysz.

- Ale, panie Oliwierze, przecież to w towarzystwie mówi się bez ceremonij. Nie przychodź pan dzisiaj, ale jutro, będziemy mieli świeży obiad. Toć to sprawa nie z książętami ani z panami.

Oliwier miał już ochotę posunąć trwogę gospodyni aż do najwyższego stopnia i powiedzieć jej, że to właśnie książę pewien przyjdzie skosztować jej kwaśnego sosu; ale ponieważ nie chciał wystawiać miłości własnej pan. Barbancon na tak ciężką próbę, przeto powiedział tylko:

- Nieszczęście już się stało, mamo Barbancon, proszę panią, ażebyś na mnie przed moim dawnym towarzyszem z Afryki nie wymyślała zbytecznie.

- Ah! mój Boże! jakże możesz się pan tego obawiać, panie Oliwierze? Ja miałabym na pana wymyślać, ja? przeciwnie, życzyłabym sobie tylko, ażeby...

- Już jest późno - rzekł Oliwier, przerywając dalsze narzekania - mój przyjaciel przybędzie głodny jak prawdziwy żołnierz, a więc, mamo Barbamcom, zmiłuj się nad nami!

- Ah! to prawda - dodała gospodyni - nie mam ani chwili czasu do stracenia. - I poczciwa kobieta oddaliła się spiesznie, powtarzając jeszcze swoje użalenie: Że też to nie wybrał dnia, w którym mamy świeże jedzenie!

- Ah! - zawołał weteran, kiedy gospodyni już odeszła - oddycham nareszcie. Dzięki Bogu! lepiej przyjęła, aniżelim się spodziewał. Tyś ją oczarował. Ale teraz na mnie kolej, mój chłopcze! Nie mógłżeś mnie wcześniej uwiadomić, ażeby twój przyjaciel przynajmniej trochę lepszy mógł znaleźć obiad? Zapraszasz go niespodzianie, ni stąd ni z owąd, i to jeszcze książę jakiś. Ale powiedzże mi, skąd u djabła pomiędzy strzelcami w Afryce znalazłeś sobie księcia za towarzysza?

- Oto cała historja w kilku zawierająca się sławach, mój wuju; skoro ci ją tylko opowiem przekonany jestem, że zaraz polubisz mojego przyjaciela Geralda, gdyż mało jest ludzi podobnych do niego, ręczę za to wujowi. On i ja byliśmy kolegami szkolnymi w kolegjum Ludwika Wielkiego.Ja oddalam się do Afryki, w sześć miesięcy potem, kogoż widzę przybywającego do kwatery głównej? (byliśmy wtedy w Oranie) mojego przyjaciela Geralda w kurtce i rajtuzach.

- Prostego żołnierza?

- Prostego żołnierza.

- Co u djabła! tak znakomity i zapewne bogaty pan? i nie wstąpił do St. Cyr?

- Nie, mój wuju.

- Więc to był tylko kaprys? nic więcej jak wybryk?

- Nie, mój wuju - rzeki Oliwier głosem uroczystym - przeciwnie, postępek Geralda był obmyślony z całą rozwagą; rzeczywiście, jest on bardzo znakomitym panem z urodzenia, ponieważ, jakem to już powiedział, jest księciem de Senneterre.

- Tak, nazwisko to często napotykamy w dziejach Francji - odpowiedział stary marynarz.

- Szlachetność rodziny Senneterre nietylko jest dawna, ale nawet i wsławiona, mój wuju; lecz familja Geralda utraciła większą część ogromnego majątku jaki dawniej posiadała; pozostało tylko, jak mi się zdaje, około czterdziestu tysięcy renty. Jest to wiele dla każdego innego, ale mało dla osób, jak to mówią, wyższego urodzenia, a oprócz tego Gerald ma dwie siostry na wydaniu.

- Ale, powiedzże mi, jak i dlaczego twój młody książę został żołnierzem?

- Najprzód, musi wuj o tem wiedzieć, że ten dzielny chłopak jest bardzo oryginalny i nieraz rozmaite przychodzą mu myśli. Tak, kiedy Gerald po wyjściu swojem z kolegjum zbliżał się do wieku popisowego, ojciec jego (który żył jeszcze wtedy), oznajmił mu, że zamierza złożyć za niego opłatę, ażeby go w każdym razie uwolnić od wojska. Czy wuj się domyśli, co ten dziwny chłopiec na to powiedział?

- Słucham, cóż takiego?

- Mój ojcze kochany, rzekł Gerald, jest pewien dług, który każdy człowiek z sercem swojemu krajowi uiścić powinien, jest to dług krwi, zwłaszcza, jeżeli kraj rodzinny prowadzi jaką wojnę. Uważam zatem za nieszlachetność, jeśli kto zapomocą pieniędzy pragnie uniknąć niebezpieczeństw wojny i kupuje za siebie innego jakiego biedaka i odrywa go od jego roli lub zatrudnień, ażeby się za niego narażał na niebezpieczeństwo, lub za niego zginął. Kupować za siebie innego człowieka, Znaczy toż samo, przebacz mi, mój ojcze, to wyrażenie, co kupić sobie patent nikczemnika. A ponieważ niebardzo wzdycham za takim patentem, preeto zostanę żołnierzem, jeżeli wyciągnę zły numer.

- Ah! doprawdy! wiesz, podoba mi się już twój młody książę! - zawołał weteran.

- A co? mój wuju, to mi się nazywa być dzielnym - dodał Oliwier z wyrazem przyjacielskiej dumy. - Lubo takie postanowienie wydawało się dziwacznem ojcu Gerallda, nie darmo przecież był szlachcicem, ażeby mu się opierać. Los trafił na Geralda, i tak, przybył jako prosty żołnierz do strzelców afrykańskich; oprzątał swego konia, pełnił swoją służbę i w polu i w kuchni jak każdy inny i bezspornie szedł do kozy, jeżeli się kiedy spóźnił; słowem, nie było lepszego żołnierza w jego plutonie.

- A przytem waleczny jak mało? nieprawdaż? - zapytał weteran, którego zajęcie coraz bardziej wyrastało.

- Odważny jak lew, a tak żywy, tak wesół, tak pociągający w natarciu, że waleczność jego w całym szwadronie męstwo podniecała.

- Ale przy swojem nazwisku, przy swoich protekcjach musiał zapewne wkrótce zostać oficerem?

- Byłby nim zapewne został, chociaż niebardzo dbał o to, gdyż skoroby tylko wysłużył lata, skoroby tylko dług swój uiścił, jak zwykle mawiał, zamierzał wrócić do Paryża, który namiętnie lubił, ażeby w nim spędzić resztę życia.

- Twój młody książę jest dzielny, ale dziwaczny chłopak.

- Po trzech latach służby - mówił dalej Oliwier - Gerald został, jak ja, wachmistrzem; zuchwale uderzył na orszak czerwonej jazdy, i kula zgruchotała mu ramię; na szczęście, zdołałem go wyratować, i prawie umierającego przywieźć na moim koniu do obozu. Lecz rana Geralda tak była szkodliwa, że mu dano dymisję; wtedy wyszedł ze służby i powrócił do Paryża, ażeby już w nim pozostać. Znając się jeszcze w szkole, zaprzyjaźniliśmy się szczerze w pułku. Zawsze pisywaliśmy do siebie; spodziewałem się zobaczyć go zaraz za mojem przybyciem, lecz dowiedziałem się, że właśnie popłynął do Anglji. Dziś rano, idąc bulwarkiem de Monceaux, usłyszałem niespodzianie, że ktoś z całego gardła woła za mną; obracam się, i widzę Geralda wyskakującego z pięknego kabrjoletu, i spieszącego do mnie; uścisnęliśmy się serdecznie - dodał Oliwier z lekkiem wzruszeniem - na honor uścisnęliśmy się, jak dwaj przyjaciele w wojnie, po niebezpiecznej bitwie ściskać się zwykli... wuj to zna bardzo dobrze... nieprawdaż?

- Ty mnie o to pytasz?

- Musimy dzisiaj obiad zjeść razem i cały wieczór z sobą przepędzić - rzekł do mnie Gerald, gdzie mieszkasz? U mojego wuja. (Nieraz opowiadałem mu o tobie, i kocha cię, mój wuju, tak niemal jak ja, rzekł Oliwier, podając rękę weteranowi). Dobrze! więc przyjdę do was na obiad, odpowiedział Gerald, czy zgoda? Przedstawisz mnie twojemu wujowi, mam ci tysiąc rzeczy opowiedzieć. Ponieważ wiem jak prostym i poczciwym chłopcem jest mój Gerald, przyjąłem jego propozycję, ale zapowiedziałem mu zgóry, że moje zatrudnienie zniewala mnie opuścić go o godzinie siódmej, właśnie, jak gdybym był jakim pismakiem sądowym - rzekł Oliwier wesoło - albo jak gdybym miał służbę.

- Dzielny z ciebie chłopiec! - rzekł komendant do Oliwiera.

- Cieszę się bardzo, mój wuju, że ci będę mógł przedstawić Geralda, gdyż jestem przekonany, że się z nim prędko zaznajomisz, a zresztą - dodał młody żołnierz rumieniąc się nieco - Gerald jest bogaty, ja biedny; on zna mają skrupulatność i ponieważ wie, że nie mógłbym u jakiego dobrego restauratora obiadów zamawiać, przeto wolał do nas się zaprosić.

- Rozumiem to - rzekł weteran - i twój młody książę dowodzi przez to, że ma tkliwe i dobre serce. Byle mu tylko kwaśny sos mamy Barbancon żołądka nie zepsuł - dodał komendant wesoło.

Zaledwie domówił te słowa, odezwał się znowu dzwonek przed drzwiami.

Jakoż wkrótce wuj i siostrzeniec jego ujrzeli Geralda księcia de Senneterre, wchodzącego w aleję ich szczupłego ogrodu.

Pani Barbancon z postawą zakłopotaną i fartuchem kuchennym u pasa, postępowała przed niespodziewanym gościem.

 

III.

Książę de Senneterre, młody człowiek, prawie w tymże samym wieku co Oliwier Raimond, miał uderzającą powierzchowność, rysy bardzo przyjemne, włosy i wąsy czarne, piękne, łagodne, niebieskie oczy; ubrany był starannie, lecz z prostotą.

- Mój wuju - rzekł Oliwier do starego marynarza - przedstawiając mu księcia de Senneterre - oto jest Gerald, mój najlepszy przyjaciel, o którym ci mówiłem.

- Cieszy mnie to serdecznie, widzieć pana w moim domu - rzekł weteran prostodusznie lecz szczerze, i podał rękę przyjacielowi swego siostrzeńca.

- A ja, mój komendancie - odpowiedział Gerald z pewnem hierarchicznem uszanowaniem, do którego w życiu wojskowem się przyzwyczaił - ja szczęśliwy jestem, że mogę rękę pańską uścisnąć; znam pana ojcowską dobroć dla Oliwiera, a ponieważ poczęści jestem jego bratem, przeto łatwo pan pojmiesz, jak wysoko pańską dobroć dla niego cenić potrafię.

- Moi panowie, gdzie wolicie jeść obiad, w domu, czy też tutaj w altanie, jak zwykle, kiedy jest piękna pogoda? - zapytała pani Barbancon.

- Będziemy jedli w altanie, kochania pani Barbancon, jeżeli komendant pozwoli - rzekł Gerald, - pogoda cudna, na świeżem powietrzu będzie nam bardzo przyjemnie.

- To pan mnie znasz? - zawołała gospodyni, spoglądając ze zdziwieniem to na Oliwiera, to na księcia de Senneterre.

- Czy cię znam, pani Barbancon - odpowiedział Gerald wesoło - ileż to razy opowiadał mi Oliwier o pani; nawet nieraz pokłóciliśmy się o panią. Czy pani uwierzysz temu?

- O mnie?

- Nieinaczej, ten szatan Oliwier jest zapamiętałym Bonapartystą, i nigdy nie mógł tego darować pani, jeżeliśmy powstawali na tego bezecnego tyrana, ja stawałem z pani strony, bo i ja nienawidzę tego tyrana - dodał Gerald głosem tragicznym - tego zbrodniarza, tego wilka korsykańskiego!

- Wilk korsykański! O! więc pan jesteś naszym przyjacielem, dobrze, podaj mi pan rękę. Tak! my stworzeni jesteśmy dlatego, ażeby się wzajemnie rozumieć - zawołała gospodyni z postawą triumfującą. I podała Geraldowi swą kościstą rękę; ten odpowiedział spiesznie na jej uściśnienie i rzekł z uśmiechem do starego marynarza:

- Na honor, mój komendancie, miej się na ostrożności, i ty także, Oliwierze, strzeż się. Macie teraz silnych przeciwników.

Pani Barbancon była sama jedna przeciw wam obu, ale teraz znalazła we mnie potężnego sprzymierzeńca.

- Ale, tymczasem, mamo Barbancon! - rzekł Oliwier, spiesząc na pomoc swemu przyjacielowi, gdyż gospodyni zamierzała go już wyłącznie dla siebie zagarnąć. - Gerald umiera z głodu; pani o tem wcale nie myślisz. Dalej, dalej, ja przyniosę stół i pomogę nawet nakryć.

- To prawda, zapomniałam o obiedzie - i odchodząc spiesznie do kuchni, rzekła do siostrzeńca swego pana: - Czy mi pan pomożesz, panie Oliwierze?

- Idę zaraz - odpwiedział młody podoficer.

- O! mój kochany - zawołał Gerald - czy myślisz, że ja ci pozwolę kręcić się samemu? - Potem zwrócił się do starego żeglarza: - Czy komendant pozwali? Ja nie robię żadnych ceremonij; kiedyśmy byli podoficerami, nieraz nakrywaliśmy stoły dla naszych kolegów; zobaczysz pan teraz, że niebardzo jestem niezgrabny.

Z trudnością przyszłoby opisać, jak wesoło, a przytem jak naturalnie i przyzwoicie Gerald pomagał swojemu dawnemu towarzyszowi broni nakrywać do stołu w altanie, wszystko to odbyło się tak prosto, tak wesoło, że możnaby mniemać, iż młody książę dłużej jeszcze, jak jego przyjaciel, żył w mierności graniczącej niemal z ubóstwem.

Rozumie się samo z siebie, że podczas tej wesołej uczty, stary marynarz, delikatnie wezwany przez Geralda, zaczął opowiadać swoje kampanje; następnie gdy już uiszczono dług szacunku, należnego wiekowi weterana, obaj młodzieńcy zaczęli wywoływać rozmaite wspomnienia ze swego szkolnego i żołnierskiego życia.

Zanim przystąpimy do dalszego opowiadania, opiszemy najprzód położenie altany; opierała się ona o mur otaczający ogródek i przez otwór znajdujący się w tymże munrze, opatrzony kratą, można było z niej widzieć, co się działo na przyległej, mało uczęszczanej ulicy.

Weteran zapalił swą fajkę, Gerald i Oliwier cygara; młodzieńcy rozmawiali już od pewnego czasu o dawnych szkolnych i wojskowych towarzyszach, a nareszcie Oliwier rzekł do swego przyjaciela:

- Ale, ale, co się też stało z owym łotrem Macreuse, który nas jeszcze w kolegjum szpiegował? Przypominasz go sobie? gruby, jasnowłosy, odrażający chłopak, któremuśmy czasem we dwóch skórę łatali, ponieważ był dwa razy grubszy i mocniejszy od każdego z nas pojedynczo.

Gdy usłyszał nazwisko Macreuse, twarz Geralda przybrała szczególny wyraz niechęci i wzgardy, i odpowiedział:

- Do djabła! Zbyt lekko mówisz o panu Celestynie de Macreuse.

- Co, de Macreuse? - zapytał Oliwier - on dodał do swego nazwiska de, on? nie wiedzieliśmy przecież nigdy, ani skąd przybył, ani kto był jego ojcem lub matką. On był taki biedny, że za jeden grosz połykał po sześć chrabąszczy. Nie lubiłem go nigdy, ponieważ wszystko czynił, ażeby ubóstwo pogardą otoczyć.

- A potem, on z natury był okrutny - dodał Gerald - przypominasz sobie owe młode ptaszki, którym oczy szpilką powykłuwał, ażeby zobaczyć, jak też potem będą latały?

- Niegodziwiec! - zawołał weteran z obrzydzeniem, buchnąwszy kilka razy wielkiemi kłębami dymu. - Taki człowiek powinien w psiej skórze być pochowanym, jeżeli go pierwej nie powieszą.

- Zdaje mi się, że pańska przepowiednia, mój komendancie, zostanie spełniona - rzekł Gerald z uśmiechem, poczem odwrócił się do Oliwiera. - Bardzo się zdziwisz skoro ci opowiem, co się przytrafiło panu Celestynowi de Macreuse. Kiedym wyszedł ze służby, rozpocząłem moje dawne życie paryskie. Zdaje mi się, żem ci już mówił, jak to w naszym świecie, wiesz, że my się tak na przedmieściu St. German wzajemnie nazywamy, ludzie trudni są w wyborze towarzystwa; wyobraź sobie moje zdumienie, kiedym pewnego razu, w salonie mojej matki usłyszał głos lokaja meldującego pana de Macreuse. Był to nasz dawny kolega. Zachowałem tak przykre wrażenie o tym niegodziwym człowieku, że zbliżyłem się do mej matki i powiedziałem: Dlaczego, moja mamo, przyjmujesz u siebie tego pana, który ci dopiero co złożył swoje uszanowanie, tego ogromnego blondyna albo raczej żółtaka? - Przecież to jest pan de Macreuse, odpowiedziała, moja matka z pewnem poszanowaniem. - A cóż tak zaszczytnie przemawia za tym panem de Macreuse, moja mamo kochana? Jeszcze go nigdy u ciebie nie widziałem? - Nie, bo właśnie powrócił z długiej podróży, odpowiedziała mi. Jest to młody człowiek, bardzo wykształcony, odznaczający się przykładają pobożnością, i obok tego założyciel towarzystwa świętego Polikarpa. - Do djabła! a jakież to jest, to towarzystwo, moja mamo? - Jest to pobożne towarzystwo, którego celem jest zachęcać ubogich, ażeby z uległością znosili swą nędzę; towarzystwo przekonywając ich, że im więcej cierpią na ziemi, tem szczęśliwsi będą w przyszłem życiu. - Jeżeli to nie jest prawda, to przynajmniej dobry pomysł, rzekłem do mej matki z uśmiechem. Ale zdaje mi się, że ten człowiek ma zanadto rumiane lica i zbyt czerwone uszy, ażeby mógł rozprawiać o korzyściach niedostatku i cierpienia w życiu doczesnem. - Mój synu, rzekła moja matka uroczyście; w tych sprawach nie żartuję nigdy. Najczcigodniejsze osoby przystąpiły do dzieła pana de Macreuse, który dla dopięcia zamierzonego celu okazuje prawdziwie apostolską gorliwość. Ale otóż i on nadchodzi, przedstawię cę jemu. - Moja matko, zawołałem z pośpiechem, proszę cię nie czyń tego, byłbym zmuszony okazać się niegrzecznym. Jegomość ten nie podoba mi się, a to, co ja wiem o nim, czyni mój wstręt do niego niezwyciężonym. Byliśmy razem w szkołach, i... Nie mogłem więcej mówić, gdyż Macreuse zbliżył się do mej matki, a ja pozostałem przy niej. - Kochany panie de Macreuse, rzekła głosem jak najsłodszym do swego protegowanego, rzucając na mnie surowem spojrzeniem, przedstawiam panu mojego syna, dawniej pańskiego towarzysza szkolnego, który pragnie odnowić znajomość z panem. Macreuse ukłonił mi się bardzo nisko i rzekł: Przez pewien przeciąg czasu byłem nieobecny w Paryżu i nie wiedziałem wcale o powrocie pana do Francji; nie spodziewałem się zatem, ażebym dzisiaj mógł mieć zaszczyt spotkać pana u jego mamy; rzeczywiście byliśmy razem w szkołach... i... O! tak, prawda, mój panie, powiedziałem, przerywając dalszą jego mowę, i, jeżeli sobie dobrze przypominam, szpiegowałeś nas pan zawsze ze strony profesorów, za grosz zjadałeś pan po sześć chrabąszczy, i szpilką wykluwałeś oczy młodym ptaszętom; a robiłeś to pan zapewne w tej błogiej nadziei, że ich cierpienia zostaną im w przyszłem życiu policzone?

- Wybornie - zawołał komendant, śmiejąc się głośno.

- I cóż Macreuse odpowiedział na to? - zapytał Oliwier.

- Szeroka i wypasła twarz niegodziwca oblała się szkarłatem, chciał się uśmiechnąć, i coś wyjąkać, lecz moja matka, która groźnie na mnie spojrzała, powstała nagle i rzekła do niego, ażeby go wyprowadzić z kłopotu: Panie de Macreuse, czy pan podasz mi rękę, pójdziemy na herbatę?

- Ale - zagadnął Oliwier - jakimże sposobem podobny człowiek znalazł przystęp do waszego towarzystwa?

- Niewiadomo - odpowiedział Gerald. - Skoro tylko pierwsze drzwi w świecie otworzą się komu, to już wszystkie inne otwierają mu się łatwo; lecz kto te pierwsze tak trudne do przebycia drzwi temu człowiekowi otworzył, tego nie wiemy. Niektórzy jednak sądzą, że został wprowadzony do towarzystwa przez niejakiego księdza Ledoux, który znakomity wpływ wywiera w naszej części miasta. Nie jest to wcale nieprawdopodobnem, i dlatego też mam równy wstręt do tego księdza, jak i do naszego Macreuse. Zresztą gdyby moja wzgarda dla tego niegodziwca potrzebowała jakiego usprawiedliwienia, to wyrok, jaki pewien szczególny człowiek, który się przecież nigdy w spostrzeżeniach swoich nie myli, na niego wydał, zupełnie mnie zdoła uniewinnić.

- A cóż to za nieomylny człowiek? - zapytał Oliwier z uśmiechem.

- Mały garbusek, ot tak może wielki - rzekł Gerald, podnosząc rękę nie wyżej pad pół pięty stóp wysokości.

- Garbusek? - dodał Oliwier nadzwyczajnie zdziwiony.

- Tak, człowiek ułomny, dowcipny i uszczypliwy jak szatan, nieugięty, jak sztaba żelazna, dla tych, którymi pogardza, lub których przynajmniej nie poważa, ale pełen uprzejmości i poświęcenia dla ludzi, których szanuje, a takich jest mała liczba. Zresztą nie tai on przed nikim niechęci lub współczucia, jakie niektóre osoby w nim wzbudzają.

- Szczęście to jest dla niego, że jego ułomność upoważnia go do tak otwartego postępowania - wtrącił komendant - bo inaczej garbus pański nie raz w djablą mógłby się wplątać sprawę.

- Jego ułomność? - rzekł Gerald z uśmiechem - lubo margrabia de Maillefort jest okropnie garbaty, jest on przecież...

- Więc to jest margrabia? - przerwał Oliwier.

- Margrabia najczystszej rasy, i bardzo starożytnego rodu; jest to drugi syn książęcego domu do Hautmartel, którego głowa od roku 1830 do Niemiec się przeniosła; ale chociaż pan de Maillefort jest okropnie garbaty, mimo tego jest rześki i silny jak najdorodniejszy młodzieniec, pomimo czterdziestu pięciu lat wieku, a nadto, ty i ja, nie chwaląc się wcale, jesteśmy dzielnymi rębaczami, czy tak?

- Nie inaczej.

- Otóż, margrabia na dwanaście uderzeń raniłby nas w ośmiu przynajmniej. Każde jego cięcie godne jest niezrównanego Bertranda, lekki jak ptaszek, szybki jak piorun.

- Już i ja tego dzielnego garbuska szczerze polubiłem - zawołał weteran z wielkiem zajęciem - jeżeli odprawiał jakie pojedynki, to wyobrażam sobie komiczną postawę jego przeciwników.

- Rzeczywiście, nie mało on już odbył pojedynków, w których odznaczył się zawsze swojem wesołem szyderstwem, zimną krwią i odwagą - odpowiedział Gerald - często mówił mi o tem mój ojciec, który był jego przyjacielem.

- I on, pomimo swojego garbu - zapytał Oliwier - pokazuje się w towarzystwie?

- Czasami bywa codziennie, a czasami nie widzimy go i przez kilka miesięcy; charakter ma niesłychanie oryginalny.Mój ojciec wspominał mi, że margrabia był długo nadzwyczajnie smutny; co do mnie, widziałem go zlawsze bardzo wesołym, zawsze żartobliwym i zajmującym.

- Ale muszą go się lękać jak ognia - rzekł Oliwier - przy jego odwadze, zręczności w szermierce i wyższości umysłu.

- Doprawdy, nie zdołasz sobie wyobrazić, jak on przez samą swoją obecność niektóre osoby pozbawia przytomności, trwoży je, przywodzi do nicości, osoby, którym nasze towarzystwo, co jest tak drażliwem w drobnostkach, dozwala wstępu do swoich salonów, pomimo, że zna ich nikczemność. Lecz wracając do naszego Macreuse, ten, skoro tylko zobaczy margrabiego, wchodzącego jednemi drzwiami, natychmiast ucieka drugiemi.

Rozmowa ta przerwana została zdarzeniem, które w innej części miasta byłoby zupełnie nieznaczącem, lecz na przedmieściu Batignolles było nadzwyczajnem.

Wspaniała kareta zaprzężona w dwa, piękne konie, zatrzymała się przed samym zakratowanym otworem altany, w której się znajdowali nasi biesiadnicy. Kareta ta była próżna.

Lokaj, siedzący obok stangreta w bogatej liberji, zsiadł z kozła, wydobył z kieszeni list, którego adres zdawał się czytać, obejrzał się na wszystkie strony, jakgdyby szukał numeru, a wreszcie oddalił się, dając stangretowi do zrozumienia, ażeby za nim pojechał.

- Od dziesięciu lat - rzekł stary marynarz - jest to pierwsza kareta tego rodzaju, którą widzę w Batignolles, jest to nadzwyczajnie pochlebne dla naszego przedmieścia zjawisko.

- Rzeczywiście! rzadko napotyka się piękniejsze konie - dodał Oliwier głosem znawcy - czy to nie twój pojazd, Geraldzie?

- O! ty mnie uważasz za jakiego miljonera? - wesoło odpowiedział młody książę - mam tylko jednego wierzchowca, i zwykle każę zaprzęgać do kabrjoletu jednego z dwóch koni mej matki, jeżeli sama nigdzie nie wyjeżdża. Oto cała moja stajnia... Jednakże nie przeszkadza mi to być równie wielkim miłośnikiem koni jak namiętnym myśliwym. Ale, ponieważ właśnie o koniach mówimy, czy też przypominasz sobie owego nieokrzesanego Mormand'a, który także był naszym towarzyszem szkolnym?

- Mormand? pamiętam, także jeden niezbyt lubiany przez nas, gdzie on się obraca?

- I to także - człowiek znakomity!

- On... żartujesz!

- Znakomity człowiek, powtarzam ci, dziedziczny par Francji, ma swoje krzesło w Izbie, często miewa polityczne mowy, posłuchaj go tylko, to kandydat do godności ministra.

- Mormand!

- Rzeczywiście, tak jest, mój drogi Oliwierze, ma on swoje znaczenie; jest niesłychanie nudny, ciężki i niemal głupj, w nic innego nie wierzy, tylko w swoje zasługi, a przytem wszystkiem owładnięty został jakąś nieugaszoną żądzą wyniesienia się; należy on do tego rodzaju ludzi, którzy są zazdrośni i nieprzyjaźni, dlatego, że są mierni, albo mierni dlatego, że nieprzyjaźni; takie istoty dźwigają się w górę z nadzwyczajną zręcznością; Mormand ma szerokie plecy, gdyż gibki, celu swego dopnie, bo go sama natura do tego usposobiła.

W tej chwili lokaj, który oddalił się z karetą, powrócił tąż samą drogą; przez otwór w murze spostrzegł zebrane w altanie osoby, zbliżył się do kraty i przyłożywszy rękę do kapelusza, zapytał:

- Proszę panów, czybyście byli łaskawi powiedzieć mi, czy ten ogród nie należy do domu pod numerem siódmym?

- Tak jest, mój chłopcze - odpowiedział komendant.

- Więc ten ogród należy pewnie do lokatorów dolnego pomieszkania? - zapytał służący.

- Tak, dlaczegóż to?

- Proszę mi wybaczyć, ale już trzy razy dzwoniłem i nikt mi nie odpowiedział.

- To ja sam mieszkam na dole, czegóż potrzebujesz?

- Mam tu bardzo pilny list do niejakiej pani Barbancon, która tu ma mieszkać.

- Tak jest, tak, ona tu mieszka - odpowiedział weteran z coraz większem zdziwieniem. Wtem ujrzał w końcu ogrodu swą gospodynię i zawołał:

- Hej! Mamo Barbancon, podczas kiedy tam knujesz jakieś szkodliwe spisek przeciw moim robotom, już trzy razy u drzwi dzwoniono, a pani nic nie słyszysz, pódźno pani do nas, jest tu list do ciebie.

 

IV.

 

Na wezwanie komendanta Bernarda, pani Batancon przybiegła jak mogła najspieszniej i rzekła do czekającego służącego:

- Masz list do mnie, mój przyjacielu, od kogoż to?

- Od pani hrabiny de Beaumesnil - odpowiedział lokaj i przez kratę podał jej pismo.

- Od pani hrabiny de Beaumesnil? - powtórzyła ze zdziwieniem - ja jej nie znam. - I spiesznie rozpieczętowała list, powtarzając ciągle: Ja jej nie znam, wcale, wcale a wcale jej nie znam!

- Hrabina de Beaumesnil? - powtórzył Gerald z zaciekawieniem.

- Czy ją znasz? kto ona jest? - zapytał Oliwier.

- Widywałem ją przed dwoma czy trzema laty w towarzystwie - odpowiedział Gerald - była to wtedy idealna piękność; ale biedna kobieta już od roku przeszło nie wstaje z łóżka. Mówią, że stan jej jest beznadziejny. Na domiar nieszczęścia, musiał jeszcze pan de Beaumesnil, odwożąc do Włoch jedyną jej córkę, której lekarze przepisali południowy klimat, umrzeć w Neapolu wskutek niebezpiecznego upadku z konia.

- Jakież to smutne przeznaczenie! - rzekł Oliwier.

- Tak dalece, że jeżeli pani de Beaumesnil umrze, czego się właśnie obawiają - mówił dalej Gerald - jej córka, będąca w piętnastym czy szesnastym roku, pozostanie sierotą.

- To okropne - powiedział komendant. - Biedne dziecię!

- Szczęściem - dodał Gerald - przynajmniej panna de Beaumesnil ma piękną przyszłość przed sobą; gdyż ma to być jednia z najbogatszych dziedziczek we Francji. Majątek rodziny Beaumesnil szacują na przeszło trzy miljony renty w gotowiźnie.

- Trzy miljony renty - powtórzył Oliwier z uśmiechem - więc to prawda? są ludzie, którzy posiadają po trzy miljony renty, tacy ludzie istnieją, chodzą, żyją, mówią, jak my. Geraldzie! musisz mi kiedy pokazać jedno z takich zjawisk.

- Kiedy tylko zechcesz. Powiadam ci jednak naprzód, że te osoby zwykle wyglądają bardzo brzydko, nie mówię tu o pannie de Beaumesnil, bo nie wiem, czy jest równie piękną jak jej matka.

- Byłbym jednak ciekaw wiedzieć, co można począć z trzema miljonami renty - rzekł komendant z całą szczerością, wytrząsając na stół popiół ze swej fajki.

- Ah! mój Boże! ah! wielki Boże! - wołała pani Barbancon, która podczas tej rozmowy odczytała list, przyniesiony jej przez służącego - czy to być może, ja w karecie, i to jeszcze w karecie hrabiowskiej?

- Co ci jest, mamo Barbancon? - zapytał weteran.

- Co mi jest? ah, panie! Idzie tu o to, ażebyś mi pan pozwolił wyjść natychmiast.

- Jak najchętniej, ale gdzież to pani pójdzie, jeżeli się zapytać wolno?

- Do pani hrabiny de Beaumesnil, pojadę w jej karecie - rzekła gospodyni, pusząc się - idzie tu o objaśnienia, których, jak się zdaje, ja sama tylko mogę jej udzielić; bodajbym została bonapartystką, jeżeli wiem, co to ma znaczyć! Ale, wszystko mi jedno, pojadę. - Tu zamilkła na chwilę, następnie krzyknęła lekko, jakgdyby jaka niespodziana myśl przyszła jej do głowy, i rzekła do swego pana: Panie...

- Co takiego?

- Czybyś pan nie raczył wyjść na chwilkę ze mną do ogrodu; chciałabym pomówić z panem bez świadków, w zupełnej samotności.

- Ho! ho! - zawołał weteran, wychodząc z altany i udając się za swoją gospodynią - to coś ważnego, no idę z panią, mamo Barbancon.

Gospodyni odprowadziła swego pana o kilkanaście kroków od altany i powiedziała do niego głosem cichym i tajemniczym:

- Panie, wszakże pan znasz panią Herbaut, mieszkającą na drugiem piętrze, dawną kupcową, i mającą dwie córki, którym przed dwoma tygodniami przedstawiłam pana Oliwiera?

- Nie znam jej; tylko pani wspominałaś mi o niej dosyć często, a więc?

- Przypominam sobie teraz, że jej zaufana przyjaciółka, pani Lainé, jest we Włoszech guwernantką przy córce jakiejś hrabiny, której nazwisko zakrawa zdaje mi się na Beaumesmil; może to jest taż sama hrabina?

- To być może, mamo Barbancon, a więc?

- Może chcą odemnie zasięgnąć wiadomości co do pani Lainé, którą widziałam u pani Herbaut.

- To być może, mamo Barbancon, zapewne dowiesz się o tem niedługo, skoro jedziesz do pani de Beaumesnil.

- Ah, mój Boże! wiesz pan, inna myśl mi przychodzi!

- Dobrze, słuchajmy tej nowej myśli! - rzekł weterani z anielską cierpliwością.

- Opowiadałam panu o tej młodej zamaskowanej damie, która...

- Co, zaczynasz pani znowu rozpowiadać tę historję - zawołał weteran, cofając się śpiesznie ku altanie.

- Nie, mój panie; ale gdyby to wszystko odnosiło się do tej młodej damy?

- Mamo Barbancon, jest doskonały środek dowiedzenia się o tem: należy, jak tylko możesz najprędzej, pojechać na miejsce; wtedy oboje dobrze na tem wyjdziemy.

- Doprawdy, masz pan słuszność, już jadę.

Gospodyni wróciła za swym panem do altanki i rzekł do służącego, który stał za kratą: - Zaraz, mój chłopcze, tylko włożę czepek z pąsowemi wstążkami i mój szal pomarańczowy, zaraz przybędę na twoje usługi.

Kiedy w chwilę potem pani Barbancon triumfalnie przejeżdżała w karecie, zdawało jej się, że powinna była powstać z uszanowaniem, to też ukłoniła się ceremonjalnie swojemu panu i dwom jego gościom.

W tym właśnie czasie usłyszano zdala zegar, bijący godzinę siódmą.

- O! do djabła! - zawołał Oliwier gniewnie - siódma godzina, muszę cię opuścić, mój kochamy Geraldzie.

- Już? a to dlaczego?

- Przyrzekłem pewnemu poczciwemu mularzowi w Batignolles przyjść do niego o godzinie siódmej, ułożyć i zsumować jego rachunki. Ty nie wiesz, co to jest sumować rachunki.

- Prawda, powiedziałeś mi, że tylko do godziny siódmej będziesz wolny - powiedział Gerald z twarzą zasmuconą - zapomniałem o tem, mnie tak przyjemnie był przy naszej gawędzie!

- Oliwierze - powiedział weteran, który zdawał się być zamyślony, od czasu jak jego siostrzeniec zaczął mówić o zatrudnieniu, którem się tego wieczoru miał zająć - kiedy nie mamy w domu pani Barbancon, to nam sam przynieś ostatnią butelkę tego starego wina cypryjskiego, które z mojej ostatniej podróży wschodniej ze sobą przywiozłem. Pan Gerald wypije choć jednę szklaneczkę, zanim się rozłączymy. A chociaż się też spóźnisz jakie pół godziny, toć przecież rachunki twojego mularza nie spalą się tymczasem.

- Doskonała myśl, mój wuju, przecież ja nie potrzebuję się tak ściśle trzymać każdej minuty, jak w koszarach, kiedy jestem na służbie, spieszę do piwnicy. Gerald musi skosztować twojego nektaru, mój wuju. - I Oliwier oddalił się z pośpiechem.

- Panie Geraldzie - rzekł komendant do młodego księcia - nie dlatego tylko wysłałem Oliwiera, ażebyś pan skosztował mojego cypryjskiego wina, ale ażebym panu, jego najlepszemu przyjacielowi, mógł otwarcie powiedzieć, jak on jest dobry, delikatny, szlachetny.

- Wiem o tem, mój komendancie, ale miło mi jest słyszeć to powtórzone z ust pana, który Oliwiera. tak dobrze ocenić potrafiłeś.

- Nie, panie Geraldzie, nie, pan nie wiesz wszystkiego; nie zdołasz pan sobie wyobrazić, jak uciążliwą, jak suchą jest ta praca, której się ten biedny chłopiec podjął, ażeby mi w czasie swego urlopu nie był ciężarem, ale nawet ażeby mi mógł robić niektóre małe podarunki, których odrzucić nie śmiem z obawy ażeby mu nie sprawić przykrości; tę piękną fajkę to on mi darował. Lubię nadzwyczajnie róże; otóż niedawno przyniósł mi dwa prześliczne gatunki. Cóż mam panu więcej powiedzieć? Oddawna już wzdychałem do wygodnego fotela, bo jak tylko otworzą się moje dwie wielkie rany, co na nieszczęście dosyć często się przytrafia, zmuszony wtedy jestem po kilka nocy przepędzać siedzący; ale dobry fotel był zbyt drogi; tymczasem, tydzień temu, widzę, że wnoszą do mego pokoju ów sprzęt tak upragniony. Mogłem się był wprawdzie tego domyślić, gdyż Oliwier nie wiem już ile nocy przepędził na pisaniu. Wybacz pan tym poufnym zwierzeniom dobrych i biednych ludzi, panie Geraldzie - rzekł stary marynarz głosem rozczulonym i cicha łza stoczyła się na siwe wąsy - ale serce moje wezbrało, muszę mu ulżyć, a opowiadać to wszystko panu, jest podwójną dla mnie rozkoszą. - A gdy Gerald chciał coś odpowiedzieć, komendant przerwał mu jeszcze - pozwól, panie Geraldzie, poczytasz pan mnie za strasznego gadułę; lecz Oliwier powróci niedługo, a ja chciałem prosić pana o jednę łaskę Skutkiem swojego położenia w świecie, musisz pan mieć znakomite i ważne znajomości. Mój biedny Oliwier nie ma żadnego protektora; a jednak, przez swoję służbę, przez swoje wychowanie, przez swój sposób życia, ma już niezaprzeczone prawo do rangi oficerskiej. Ale on nigdy nie chciał i nie śmiał najmniejszego kroku zrobić u swoich przełożonych. Ja to pojmuję, bo gdybym był pochlebcą, byłbym już od wielu lat kapitanem okrętu; lecz, co pan chcesz, zda je się to już być wrodzonem w naszej familji. Oliwier jest jak ja, bijemy się ze wszystkich sił, pełnimy służbę niewolniczo, a potem, jeżeli idzie o kłanianie się i prośby, każdy, z nas głupieje i wstydzi się, jak dzieciuch jaki. Ale cicho, Oliwier wraca z piwnicy - rzekł z pośpiechem marynarz, uchwyciwszy znowu fajkę i puszczając gęste kłęby dymu - na miłość boską, panie Geraldzie, zachowuj się pan tak, jakgdybym panu ani słowa nie wspomniał, inaczej Oliwier mógłby się domyślić.

- Mój komendancie, Oliwier musi przed upływem swego urlopu zostać podporucznikiem, i będzie nim niezawodnie - powiedział Gerald, wzruszony zaufaniem weterana - co do mojej osoby, bardzo mało mam wpływu, ale wspominałem panu o margrabi de Maillefort, jego wszędzie cenią tak wysoko, że nominacja Oliwiera, która mu się z prawa należy, wkrótce nastąpi, jeżeli on silnie go poleci; będzie to mojem największem staraniem, spuść się pan na mnie.

- Ah! panie Geraldzie, ja pana odrazu sprawiedliwie oceniłem - zawołał komendant z zapałem - pan jesteś bratem dla mego biednego dziecka, ale oto i on już idzie, niechajże się niczego nie domyśli.

I zacny człowiek, zaczął znowu palić swą fajkę, przycisnąwszy jednak pierwej palcem jednę natrętną łzę, która koniecznie chciała spłynąć na jego lica.

Gerard zwrócił się do swego dawnego towarzysza, ażeby tem pewniej usunąć wszelkie podejrzenie co do rozmowy, którąśmy dopiero co przytoczyli:

- A wracajże, leniuchu! Doprawdy! możnaby myśleć, żeś tam siedział w piwnicy z jaką ładną szynkareczką, naprzykład z ową ładną żydówką z Oranu, przypominasz sobie jeszcze tę biedną Dinę? Oj, ty Don Żuanie.

- Rzeczywiście, ładna to była, dziewczyna - odpowiedział młody żołnierz, uśmiechnąwszy się z zadowoleniem na to romansowe wspomnienie - ale brzydka jeszcze była w porównaniu z miodem dziewczęciem, które dopiero co spotkałem w podwórzu - rzekł Oliwier, stawiając ostrożnie opleśniałą butelkę na stole.

- Ah! teraz rozumiem, dlaczego tak długo bawiłeś.

- No proszę, to mi ptaszek - dodał weteran, który po doznanem wzruszeniu przyszedł już napowrót do siebie - i cóż to za piękność tam spotkałeś, mój chłopcze?

- Opowiedzże, zapoznaj nas przynajmniej z twoją zdobyczą - dodał Gerald.

- Doprawdy! mości książę - odpowiedział Oliwier, śmiejąc się - spotkanie prześliczne, jest to księżniczka.

- Co! księżniczka? - zapytał Gerald.

- Księżniczka na przedmieściu Baltignolles - zawołał komendant - to jakaś nowa roślina i bardzo zaszczytna dla naszej części miasta.

- Niestety, mój wuju kochany, muszę teraz twoje przedmieściową pychę upokorzyć nieco. Moja zdobycz, jak ją swawolny Gerald nazywa, nie jest najprzód moją zdobyczą, a patem nie jest ona także i księżniczką, tylko ją tak przezwano.

- A skądże to nadano jej tak świetny tytuł? - zapytał Gerald.

- Talk ją nazywają - odparł Oliwier - ponieważ, jak powszechnie mówią, jest piękna i dumna jak księżniczka jaka.

- Zapomniałeś jeszcze, cnotliwa - dodał Geraild z uśmiechem.

- Doprawdy - zagadnął Oliwier - albo to księżniczki?...

- Będziesz ty milczał, oszczerco - wtrącił Gerald, przerywając młodemu żołnierzowi.

- Ja, na honor, utrzymuję, że księżniczki są cnotliwe! Bardzo dobrze! w takim razie i ona jest piękna, dumna i cnotliwa jak księżniczka; oto jest powód przezwiska danego tej panience.

- A któż ona jest, ta piękna księżniczka? - zapytał Gerald - ze względu na moją książęcą godność, powinieneś zaspokoić moją ciekawość.

- Jest nauczycielką muzyki - odpowiedział Oliwier - widzisz teraz, jak ona spada w swoich tytułach.

- Albo raczej fortepian staje się bardzo arystokratyczny pod jej piękną ręką, bo też i ręce musi mieć jak księżniczka. Słuchaj, opowiedz nam o niej. Cóż u licha! tyś chyba zakochany; kogoż więc myślisz zrobić swoim powiernikiem, jeżeli nie wuja i przyjaciela?

- Chętnie chciałbym mieć prawo uczynienia was mymi powiernikami - odpowiedział Oliwier ze śmiechem - bobym wam nic nie powierzył; ale rzeczywiście, pierwszy raz widziałem tę dziewczynę.

- Skądże więc masz tak dokładne wiadomości?

- Mieszka tu w naszym domu, niejaka pani Herbaut, na drugiem piętrze - mówił dalej Oliwier - w niedzielę zbiera ona u siebie rozmaite młode panienki, przyjaciółki swych córek; jedne są buchalterkami lub sklepowemi, drugie nauczycielkami rysunków, albo, jak księżniczka, nauczycielką muzyki. Upewniam cię, że pomiędzy niemi znajdują się ładne dziewczątka; wszystkie te panienki pracują cały tydzień jak mrówki, uczciwie zarabiają na swe utrzymanie, a w niedzielę bawią się rześko i wesoło u pani Herbaut; bawią się w gry, tańczą przy odgłosie fortepianu, że to aż miło patrzeć; przed dwoma tygodniami mama Barbancon przedstawiła mnie tej pani, i dalibóg...

- Chcę być przedstawiony pani Herbaut - zawołał młody książę, przerywając swemu przyjacielowi.

- A, ty chcesz... Myślisz, że to jest dosyć tylko zażądać - odpowiedział Oliwier wesoło. - Wiedz o tem, mój kochany, że Batiignolles jest równie nieprzystępne, jak twoje przedmieście św. Germaina.

- Dobrze, jesteś widzę zazdrosny, to niesłychane: najprzód, ponieważ księżniczki, czy one są prawdziwe czy nie, nie nęcą mnie już wcale, mianowicie jeżeli są cnotliwe; a potem, że człowiek nie po to przychodzi do Batignolles, ażeby się w jakiej księżniczce rozkochać. Uspokój się zatem, a zresztą, jeżeli ty mi odmawiasz, to dosyć mam łask: u mamy Barbancan; poproszę ją, ażeby mnie przedstawiła pani Herbaut.

- Zobaczymy, czy cię będzie można przyjąć - rzekł Oliwier z komiczną powagą - ale wracając do naszej księżniczki, pani Herbaut, która jest w wielkiej ze mną przyjaźni, widząc mnie ostatniej niedzieli zachwyconego tem gronem młodych, powabnych dziewcząt, oświadczyła mi: Cobyś to pan dopiero powiedział, gdybyś księżniczkę zobaczył! i tu poczciwa kobieta opowiedziała mi wszystko, com ci dopiero o pochodzeniu jej przezwiska oznajmił, na nieszczęście, już drugą niedzielę nie przychodzi do nas, i nieobecność jej bardzo nam się czuć daje; bo chociaż ona księżniczka, wszyscy ją tu ubóstwiamy, lecz od kilkunastu dni wezwana została do jakiejś bardzo bogatej, niebezpiecznie chorej damy, której cierpienia tak są wielkie i uporczywe, że lekarze wyczerpawszy już wszystkie swoje wiadomości, powzięli myśl spróbowania, czy łagodna i przyjemna muzyka nie zdołałaby cierpień tej biednej damy uspokoić.

- To rzecz szczególna - rzekł Gerald.

- Co takiego? - zapytał Oliwier.

- Ta biedna kobieta, która jest tak chorą, której cierpienia wszelkiemi środkami uśmierzyć próbują, i do której twoją księżniczkę wezwano, jest to hrabina de Beaumesnil.

- Ta sama, która przysłała po mamę Barbancon? - zapytał weteran.

- Tak jest, mój komendancie, zresztą... słyszałem już także o tej kuracji muzykalnej, jakiej do uśmierzenia gwałtownych cierpień hrabiny używają.

- W każdym razie, ten zbieg okoliczności jest szczególny - rzekł Oliwier - zdaje się przecież, że próba doktorów nie była bezskuteczną, gdyż księżniczka, która, jak się zdaje, jest prawdziwą artystką, udaje się co wieczór do hrabiny de Beaumesnil. I dlatego to nie widziałem jej już na dwóch wieczorach u pani Herbaut, którą teraz zapewne przyszła odwiedzić. Zdziwiony jej postawą, jej rzeczywiście nadzwyczajną pięknością, zapytałem odźwiernego, czy jej nie zna. A jakże, panie, odpowiedział mi na to: przecież to księżniczka.

- Znajduję to powabnem, zajmującam, ale zbyt melancholijnem dla mnie - rzekł Gerald - wolę ja dobre i wesołe dziewczęta, które nie robią ceremonij, a sądzę, że przecież i takie muszą się znajdować w towarzystwie pani Herbaut, której jeżeli mnie nie przedstawisz, to się okażesz niewdzięcznym. Przypomnij sobie owę ładną przekupeczkę w Algierze, która to miała równie ładną siostrę...

- Co? - zawołał weteran - a ta żydówka, owa ładna szynkarka w Oranie?

- Do licha! mój wuju, kiedy człowiek jest w Oranie, to kocha w Oranie, a kiedy jest w Algierze, to kocha w Algierze.

- Ha, ladaco! to z ciebie prawdziwy Jucundus! - zawołał znowu weteran, któremu nadzwyczajnie pochlebiało, że Oliwier miał takie szczęście do kobiet. - Jesteś niepoczciwy zwodziciel!

- Co pan chcesz, mój komendancie - odezwał się Gerald - nie jest to żadna niestałość, człowiek idzie tylko za ruchem dywizji, nic więcej; dlatego też Oliwier i ja byliśmy zmuszeni, on swoją Żydóweczkę, ja moją murzynkę w Oranie porzucić i zająć się naszemi ładnemi przekupkami w Algierze.

- Prawdę powiedziawszy - rzekł stary marynarz, podochocony winem cypryjskiem, którego butelka podczas tej rozmowy ciągle pomiędzy biesiadnikami krążyła - prawdę powiedziawszy, toć i my też, ze zmianą stacyj, mulatki z wyspy Martyniki, na rybaczki z St. Pierre Miquelon w Neufundland zamieniali.

- To była zbyt gwałtowna zmiana stref, mój komendancie - odpowiedział Gerald, trącając weterana łokciem - to się nazywa ogień na lód zamieniać.

- Nie, doprawdy, nie! - mówił dalej weteran - nie wiem jak się to działo, ale te rybaczki, białe jak Albinosy, miały chyba szatana w swem ciele. Była tam mianowicie jedna mała okrągła z białemi brwiami, którą nazywano łowczynią wielorybów.

- Ba! temperatura Senegalu, mój wuju!

- Ah! - westchnął weteran. I postawiwszy szklankę na stole, klasnął językiem, tak, że trudno było odgadnąć, czy to pełne znaczenia klaśnięcie było wspomnieniem za ową rybaczką z białemi brwiami, czy też odnosiło się do smacznego winka cypryjskiego. Nareszcie odezwał się zacny marynarz - Oj! co ja też to plotę? Widziano kiedy podobnych bałamutów. Czego to zły przykład nie zrobi, nawet takie ciele morskie jak ja, zaczyna rozprawiać o miłostkach z takimi oto młokosami. No, opowiadajcie o waszych Żydóweczkach, o waszych murzynkach, o waszych księżniczkach, moje dzieci, przystoi to przynajmniej waszemu wiekowi.

- Dobrze tedy! imieniem wdzięczności wzywam Oliwiera, ażeby mnie przedstawił pani Herbaut - rzekł uporczywie Gerald.

- Otóż to, okazuje się, co to jest przesycenie! Widujesz codziennie piękny, wielki świat - odezwał się Oliwier - a zazdrościsz nam, naszego biednego małego przedmieściowego towarzystwa.

- Myślisz może, że ten wielki świat jest bardzo zabawny - rzekł Gerald. - Mimo chęci bywam w nim dlatego tylko, ażeby nie gniewać matki mej. Jutro, naprzykład, jest dla mnie dzień nieznośny, gdyż moja matka daje tańcujący poranek. Ale, ale... przyjdź i ty, Oliwierze.

- Gdzie?

- Na tańcujący poranek, który moja matka daje.

- Ja... Oliwier Raimond, starszy wachmistrz od huzarów... przyjść na przedmieście św. Germana?

- Do pioruna! toby było godnem podziwu, gdybym mojego najlepszego przyjaciela nie mógł do mej matki przyprowadzić, dlatego, że ma zaszczyt być jednym z najwaleczniejszych żołnierzy w armji. Oliwierze, ty przyjdziesz, ty musisz przyjść, ja chcę tego.

- W kurtce i kaszkiecie huzarskim? nieprawdaż? - rzekł Oliwier z uśmiechem, jakgdyby chciał przypomnieć swoje ubóstwo, które wzbraniało mu zbytku posiadania cywilnego ubioru.

Ponieważ Gerald wiedział, na co szlachetny jego przyjaciel obracał tak ciężko zarobione pieniądze, i ponieważ obok tego znał jego nadzwyczajną skrupulatność, przeto odpowiedział:

- Prawda, nie pomyślałem o tem, szkoda, bylibyśmy ten dzień razem tak pięknie spędzili, byłbym ci pokazał nasze najsławniejsze piękności, i przekonany jestem, że co się tyczy pięknych i świeżych twarzyczek, pewnobyś żałował towarzystwa pani Herbaut.

- Posłuchaj, mój wuju, jaki on zręczny zwrot wykonał. Jak on znowu swoje zaczyna.

Wtem oddalony zegar wybił ósmą godzinę.

- Ósma godzina! - zawołał nagle Oliwier - do djabła! i mój mularz: już od godziny czeka na mnie! Muszę cię koniecznie opuścić, Geraldzie. Obiecałem być punktualnym. Spóźnić się o godzinę, to wiele. O, punktualność jest grzecznością królów, i tych, którzy prowadzą cudze rachunki - dodał Oliwier wesoło, i podając rękę swemu wujowi, powiedział: Dobranoc, mój wuju!

- Więc ty jeszcze w nocy myślisz pracować - rzekł weteran z ledwie ukrytem wzruszeniem, rzucając na Geralda spojrzenie znaczące - nie mam tedy czekać na ciebie?

- Nie, mój wuju, niech się wuj spać położy, proszę tylko powiedzieć pani Barbancon, ażeby mi zostawiła klucz u odźwiernego i w kuchni kilka zapałek, przyjdę pocichu i nie obudzę nikogo.

- Bądź pan zdrów, panie Gerald - rzekł weteran, podawszy rękę młodemu księciu, i uścisnąwszy jego dłoń znacząco, ażeby mu zapewne przypomnieć obietnicę, jaką mu uczynił co do awansu Oliwiera.

- Żegnam pana, mój komendancie - odpowiedział Gerald z podobnym uściskiem ręki, dając mu swojem spojrzeniem do zrozumienia, że pamięta o wszystkiem - spodziewam się, że mi pan pozwolisz odwiedzić się czasem?

- Będzie to dla mnie wielką przyjemnością, prawdziwą, panie Geraldzie - powiedział weteran - proszę mi wierzyć.

- Na honor, wierzę, mój komendancie, gdyż sądzę pana podług siebie. Teraz, Oliwierze, pójdźmy, odprowadzę cię aż do drzwi twojego mularza.

- Dobrze, zyskam na tem kwadrans czasu - rzekł Oliwier. - Dobranoc, kochany wuju.

- Dobranoc, mój synu.

Oliwier zabrał z pokoju swą pakę papierów i pęk piór, i oddalił się z Geraldem; prowadząc się pod rękę, doszli aż do drzwi mularza, gdzie rozłączyli się ostatecznie, obiecując sobie zobaczyć się wkrótce.

Może w godzinę po odejściu Oliwiera, powróciła także do Batignolles i pani Barbancon w powozie hrabiny de Beaumesnil.

Zdziwiony milczeniem i ponurą twarzą swej gospodyni, weteran zagadnął ją kilka razy, ale zawsze napróżno. Nareszcie polecił jej schować resztę wina. Pani Barbancon wzięła butelkę, wolno postąpiła kilka kroków, lecz zatrzymała się i w zamyśleniu założywszy na krzyż ręce, upuściła butelkę na ziemię.

- A niechże panią licho weźmie - krzyknął weteran - patrz imość, cóżeś zrobiła z winem.

- Prawda, stłukłam butelkę - odpowiedziała gospodyni, jakgdyby dopiero ze snu zbudzona - tak, nie dziwi mnie to wcale, od czasu jakem widziała i słyszała parną hrabinę de Beaumesnil, gdyż ja się z nią widziałam. A w jakim stanie, mój Boże! biedna kobieta! Głowę sobie łamię, ażeby coś wynaleźć, a nic wynaleźć nie mogę; doprawdy, ja długo do niczego nie będę zdatna, wierzaj mi pan, musisz się pan na to przygotować.

- Tak, zawsze ja to muszę przygotować się do czegoś złego - odpowiedział weteran ze zwykłą sobie słodyczą, widząc panią Barbancon pogrążoną na nowo w swojem tajemniczem zamyśleniu.

 

V.

 

Nazajutrz po spotkaniu się Oliwiera Raimond z Geraldem, matka tego ostatniego, dawała, jakeśmy to już wyżej powiedzieli, poranek tańcujący.

Księżna de Senneterre, przez swoją rodzinę i związki familijne, należała do najdawniejszej i najznakomitszej szlachty francuskiej; lubo pani de Senneterre mierny tylko posiadała majątek i nie prowadziła wcale wielkiego domu, jednakżeż co wiosnę dawała cztery czy pięć balów, na które niezbyt lidczne, ale za to najświetniejsze i wyborowe zapraszała towarzystwo, które przy pomocy dwóch swoich córek z największym przyjmowała wdziękiem. Książę de Senneterre, zmarły przed dwoma laty, zajmował w czasach Restauracji bardzo wysokie stanowisko.

Trzy okna sali, w której tańczono, wychodziły na piękny ogród; pogoda była prześliczna; podczas niedługiej pauzy, kilkanaście osób płci obojej przechadzało się w alejach otoczonych kwitnącemi krzewy, lub poufną bawiło się rozmową.

Czterech do pięciu mężczyzn gawędziło właśnie w cieniu rozkwitającego krzaka bzowego, o owych tysiącznych drobnostkach, które prawie zwykle stanowią wątek rozmowy modnego świata.

W gronie tem dwie osoby na szczególną zasługiwały uwagę. Pierwszą z nich, mężczyzna około lat trzydziestu, otyły już, z zarozumiałą ale ociężałą, pogardzającą i sobą tylko zajętą miną, z pochmurnem i prawie przygasłem okiem, był hrabia de Mormand. Jego nazwisko było wspomniane jeszcze przeszłego wieczoru, kiedy Oliwier i Gerald przypominali sobie swoje szkolne życie.

Pan de Mormand, jakeśmy już powiedzieli, miał dziedziczne krzesło w Izbie parów.

Dragą osobą, zaufanym przyjacielem hrabiego, był mężczyzna lat trzydziestu, wzrostu wysokiego, chudy, kościsty, postawy nieco pochylonej, i prawie zupełnie łysy; jego mała, płaska głowa, wypukłe oczy prawie zawsze zaognione, nadawały jego twarzy wyraz złośliwej gadziny. Był to baron de Ravil. Lubo jego środki utrzymania były bardzo wątpliwe, zwłaszcza przy rozrzutności, jaką pod każdym względem okazywał, miał jednakże przystęp do wszystkich wyższych towarzystw, do których przez urodzenie swoje należał; nigdy intrygant (zostawiamy temu wyrazowi zupełne jego znaczenie, poczynając od kroków najnikczemniejszych, aż do najzuchwalszych), nigdy intrygant, nie okazał większego bezwstydu w swojej śmiałości i zepsuciu.

- Widziałeś pan lwa dzisiejszego balu? - zapytała jedna z osób wspomnianej grupy - pana de Mormand.

- Właśnie dopiero co przybyłem - odpowiedział tenże - nie wiem, o kim pan mówisz.

- Cóż u licha! o kimżeby, o margrabi de Mailefort.

- Ten przeklęty garbus! - zawołał pan de Ravil.

- To dobrze, że on tu jest; dzisiejszy poranek taki jest usypiający, tak okropnie nudny, margrabia wszystko to swoją śmieszną obecnością rozweseli nieco.

- Czego u djabła można w towarzystwie szukać, kiedy kto tak jest zbudowany, jak on? - rzekł pan de Mormand - biedny margrabia powinienby przecież pamiętać o swoim garbie.

- Rzecz szczególna - dodał inny - margrabia od czasu do czasu ciągle po kilka tygodni pokazuje się we wszystkich salonach, a potem znowu znika, zupełnie. Ja mam wielkie podejrzenie, że to musi być fałszerz, który dlatego tak perjodycznie pokazuje się w świecie, ażeby płody swojego zręcznego przemysłu w obieg puścić - rzekł pan de Ravil - to przynajmniej jest rzeczą pewną, że pewnego dnia, co jest trudnem do uwierzenia, niesłychanem w grze pożyczył mi tysiącfrankowy bilet bankowy, którego mu nigdy nie zwrócę, a który musiał chyba być fałszywy, gdyż dając mi go, ów zuchwały garbus powiedział do mnie: Baronie, będzie to dla mnie wielką uciechą, często domagać się od pana zwrotu tych tysiąca franków! Może być spokojnym. Będzie on długo miał tę uciechę.

- Żart na stronę, margrabia jest szczególniejszym człowiekiem - powiedział znowu inny - stara margrabina de Maillefort, jego matka, zostawiła mu piękny majątek, nie wiadomo przecież co on z nim robi, ponieważ żyje bardzo skromnie.

- Dawniej widywałem go dosyć często u biednej pani de Beaumesnil.

- Jakże? - zagadnął ktoś trzeci - wiecie panowie, że ona już podobno dogorywa?

- Pani de Beaumesnil? rzecz niezawodna; dzisiaj miała już przyjąć ostatnie namaszczenie; mówiła mi przynajmniej o tem pani de Mirecourt, która jadąc tutaj zatrzymała się przed pałacem hrabiny, ażeby się dowiedzieć o jej zdrowie.

- Biedna kobieta! umrzeć tak młodo.

- A jaki ogromny majątek odziedziczy jej córka! - zawołał pan de Mormand; - będzie to najbogatsza partja we Francji, a do tego jeszcze sierot, to mi to kąsek!

Przy tych słowach, spojrzenie pana de Mormand spotkało ?się ze wzrokiem jego przyjaciela. Nieznaczne wzruszenie odbiło się w ich twarzach, jakgdyby nagła myśl zabłysła każdemu z nich; jednem tylko spojrzeniem zrozumieli się doskonale.

- Najbogatsza partja w całej Francji!

- I do tego sierota!

- Majątek złożony z obszernych dóbr! - powtórzyli trzej inni głosem jawnej ciekawości.

Poczem jeden z nich, nie zważając na znaczące spojrzenia zamienione pomiędzy panem de Mormand i jego przyjacielem, zapytał:

- A w jakim wieku jest panna de Beaumesnil?...

- Ma zaledwie lat Szesnaście - odpowiedział pan Ravil - a przytem tak brzydka, tak wycieńczona - dodał umyślnie.

- Do djabła! wycieńczona, to wcale nieźle - wtrącił jeden z rozmawiających z twarzą zadowoloną, lecz zamyśloną.

- A! jest bardzo brzydką - powtórzył inny, zwracając się do pana de Ravil - więc pan ją widziałeś?

- Nie ja; ale jedna z moich ciotek widziała ją u Sakramentek, zanim jeszcze Beaumesnil wywiózł ją do Włoch, jak to lekarze zalecili.

- I ów biedny Beaumesnil musiał umrzeć w Neapolu z powodu ciężkiego upadku z konia.

- Pan tedy mówisz - odezwał się jeden z grona, podczas kiedy pan de Mormand zdawał się coraz więcej być zamyślonym - pan tedy mówisz, że panna Beaumesnil jest bardzo brzydka?

- Prawdziwy potwór, nie wiem, nawet czy ona czasami nie miewa wielkiej choroby - dodał pan de Ravil, usiłując widocznie oczernić panienkę jak najwięcej - a obok tego cierpi jeszcze na piersi, bo nawet lekarz, który jej do Włoch towarzyszył, oświadczył po śmierci jej ojca, że za nic nie ręczy, jeżeliby panna de Beaumesnil wróciła do Francji. Jest to w ostatnim stopniu suchotnica, powtarzam wam, w ostatnim stopniu! - Dziedziczka cierpiąca na suchoty - powiedział inny z chciwością - to nie masz na świecie nic milszego, nic pożądańszego.

- Rzeczywiście, ja rozumiem pana, to jest rzecz widoczna - odpowiedział de Ravil - ale musi przynajmniej tak długo pożyć, dopóki jej ktoś nie zaślubi, kiedy tymczasem panna de Beaumesnil nawet i tak długo nie pociągnie; jej wyrok już zapadł; słyszałem o tem od pana de la Rochaigne, jaj najbliższego krewnego; on to wszystko musi najlepiej wiedzieć, ponieważ jest jej spadkobiercą.

- Może on też dlatego widzi wszystko w tak pięknem świetle?

- Jakież to widoki dla pani de la Rochaigne, która tak lubi wystawność i zabawy!

- Tak! u obcych, nie w domu.

- To rzecz szczególna - odezwał się znowu jeden z rozmawiających - zdaje mi się, żem słyszał od kogoś, że panna de Beaumesnil ma być podobną do swej matki, która przecież była jedną z najpiękniejszych kobiet w Paryżu.

- Jej córka jest odrażająco brzydka - odpowiedział pan de Ravil - daję panom na to moje słowo honoru, a jak mi się zdaje, podobno jeszcze jest i kaleką.

- Co do mnie - rzekł pan de Mormand, biorąc znowu udział w rozmowie - inne osoby opowiadały mi o pannie de Beaumesnil toż samo, cośmy dopiero od mojego przyjaciela słyszeli.

- Ale powiedz nam pan, dlaczego to jej matka nie pojechała z nią do Włoch?

- Ponieważ biedna doświadczała już tej nieszczęśliwej choroby, której teraz zapewne ulegnie. Mówią nawet, że to ją nadzwyczajnie smuciło, iż nie mogła swej córce do Neapolu towarzyszyć: może też smutek ten przyczynił się nie mało do jej dzisiejszego stanu.

- Zdawałoby się zatem - dodał inny - że owa muzykalna kuracja doktora Dupont pozostanie bez skutku?

- Jaka kuracja muzykalna?

- Ponieważ doktór wiedział o nadzwyczajnem zamiłowaniu pani de Beaumesnil do muzyki, przeto radził jej kazać sobie grać lub śpiewać rozmaite kawałki z najpiękniejszej i najdźwięczniejiszej muzyki, ażeby przez to łagodzić cierpienia swej smutnej pacjentki, i ażeby ją nieco rozerwać.

- Niezła to myśl, chociaż jeszcze od Dawida i Saula się datuje - rzekł de Ravil.

- Dobrze! ale jakiż był skutek?

- Jak mówią, z początku miała pani de Beaumesnil doznawać pewnego roztargnienia, pewnej ulgi nawet; ale w końcu znowu choroba przemogła.

- Mówią także, iż straszna śmierć jej biednego męża była dla niej okropnym ciosem.

- Cóż panowie myślicie - zawołał de Mormand głosem szyderskim i wzruszając ramionami - alboż to ta kobieta kochała kiedy pana, de Beaumesnil! Ona wyszła za niego tylko dla jego miljonów. Prócz tego, będąc jeszcze młodą panienką, miała już Bóg wie ile romansów. Jednam słowem - dodał pan de Mormand, nadymając swoje policzki dla nadania sobie pewnej powagi, która miała objawiać wzgardę - pani de Beaumesnil jest kobietą zgubioną, i pomimo majątku jaki pozostawi, człowiek z honorem nigdy nie zniży się tak dalece, ażeby córkę takiej matki, istoty tak zniesławionej, poślubił!

- Nikczemnik! - zawołał głos jakiś z poza krzaku bzowego, który zdawał się być odpowiedzią na ostatnie słowa pana de Mbrmand.

Z początku nastąpiło głuche milczenie, połączone z powszechnem zdumieniem, wkrótce atoli pan de Mormand, który z gniewu rumieńcem się oblał, pobiegł na drugą stronę klombu. Nie znalazł jednak nikogo; ponieważ aleja w tem miejscu nagle w drugą zaginała się stronę; przeto z łatwością przyszło schronić się owej niewidzialnej osobie, która zawołała wyraz nikczemnik.

- Ci tylko są nikczemni - powtórzył głośno pan de Mormand, wracając na swoje dawne miejsce - ci tylko są nikczemni, którzy śmią miotać obelgi, nie mając odwagi pokarać się jawnie.

Zaledwie zdarzył się ten szczególny wypadek, kiedy dźwięki odzywającej się na nowo orkiestry, sprowadziły przechadzających się, na powrót do salonu.

Pan de Mormand pozostał ze swoim przyjacielem w ogrodzie.

- Nazwano cię nikczemnikiem; ale nie miano odwagi stawiać się przed tobą; mniejsza o to, nie mówmy już o tem. Jakże, czyś ty minie zrozumiał?

- Zupełnie. Ta myśl przyszła mi do głowy równie jak i tobie, wcale niespodzianie! Szczególna rzecz! przez chwilę byłem jakby olśniony, jakby oczarowany tą myślą.

- Przeszło trzy miljony renty? cóż myślisz? jakimi to bezinteresownym mógłbyś być ministrem?

- Milcz; doprawdy możnaby z tego oszaleć.

Ta poufna rozmowa została przerwana zbliżeniem się trzeciej, zbytecznej na teraz osoby, która z najwyszukańszą grzecznością odezwała się do pana de Mormand:

- Czy pan nie raczyłbyś wyświadczyć mi jedną łaskę, to jest, być moim vis-a-vis w kontredansie.

Na tę prośbę pan de Mormand cofnął się o parę kroków, nie mogąc ani jednego słowa odpowiedzieć, tak wielkie było jego zdziwienie, które łatwo da się pojąć, pomyślawszy, że osobą która pana de Mormand o podobną prosiła usługę, był margrabia de Maillefort, ów ułomny dziwak, o którym jużeśmy kilkakrotnie wspominali.

Inne jeszcze uczucie, prócz samego zdziwienia, wstrzymywało z początku pana de Mormand od dnia odpowiedzi na tę szczególną propozycję margrabiego, to jest, że w męskim, dźwięcznym głosie tego ostatniego, zdawało mu się na chwilę poznać głos owej niewidzialnej osoby, która go niedawno nazwała nikczemnikiem, w chwili kiedy się tak zuchwale wyrażał o pani, de Beaumesnil.

Margrabia de Maillefort zdawał się wcale nie zważać na milczenie i wyraz zdziwienia z jakim pan de Mormand przyjął jego wniosek, i dlatego jeszcze raz powtórzył z jak najskrupulatniejszą grzecznością:

- Czybyś pan nie raczył być moim vis-a-vis w najbiiższym kontredansie?

Na tę powtórną prośbę, która rzeczywiście była zadziwiającą, z uwagi na wzrost takiego tancerza, pan de Mormand zaledwie będąc w stanie ukryć gwałtowną chęć śmiechu, odpowiedział:

- Panu służyć jako vis-a-vis? panu?

- Tak jest, panie - odpowiedział margrabia z największą w świecie szczerością.

- Ależ mój panie, to czego pan ode mnie żądasz - odpowiedział pan de Mormand - jest, pozwól pan sobie powiedzieć, rzeczą bardzo delikatną...

- I bardzo niebezpieczną, kochany margrabio - dodał baron de Ravit ze zwykłym sobie szyderskim uśmiecham.

- Co się pana dotyczy, baronie - odpowiedział Maillefort, uśmiechając się także - mógłbym panu nie mniej delikatnie, a może jeszcze niebezpieczniejsze uczynić zapytanie: kiedy mi pan oddasz te tysiąc franków, które byłem tak szczęśliwy do gry panu pożyczyć?

- Jesteś pan bardzo ciekawy, margrabio.

- Proszę cię, panie baronie - odpowiedział garbaty - ażebyś się przecie ze świętej pamięci dowcipami Talleyranda, nie obchodził w ten sam sposób, w jaki się obchodzisz z biletami tysiąc-frankowemi.

- Co pan chcesz przez to powiedzieć, panie margrabio.

- Chcę przez to powiedzieć, że pan tak jedne jako i drugie zarówno w obieg puszczasz...

Pan de Ravil przygryzł tylko usta i odpowiedział:

Takie objaśnienie niezupełnie mnie zaspokaja, panie margrabio.

- Panu służy prawo być wymagającym w objaśnieniach, jest to prawda, baronie - odpowiedział garbaty głosem śmiałym i szyderskim - ale nie masz pan prawa być nie delikatnym, a właśnie w tej chwili jesteś pan takim i to w wysokim stopniu. Miałem bowiem zaszczyt rozmawiać z panem de Mormand, pan nam przerwałeś rozmowę, co jest bardzo nieprzyjemnie. - Następnie zwrócił się do pana de Mormand i powiedział. Byłeś pan więc łaskaw, na moją prośbę, z jaką się do niego udałem, ażebyś mi raczył służyć jako vis-a-vis odpowiedzieć, że to jest rzzczą bardzo delikatną, jak mi się zdaje?

- Tak, panie - odpowiedział de Mormand, tym razem już na serjo, gdyż miał przeczucie, że szczególna, propozycja garbatego była tylko jakimś pozorem, i im dłużej przysłuchiwał się jego mowie, tem więcej zdawało mu się w nim poznawać ów głos, który go nazwał nikczemnikiem. Tak, panie - dodał z dumą; powiedziałem, że to jest rzeczą delikatną służyć panu jako vis-a-vis.

- A mogę się pana zapytać, bez okazania się zbyt natrętnym, dlaczego?

- Dlatego, mój panie - odpowiedział de Mormand wahając się - ponieważ... ponieważ... uważam za dziwne, ażeby....

Że zaś pan de Mormand nie dokończył, przeto margrabia powiedział.

- Panie, ja mam jeden wyborny zwyczaj.

- Jakiż to, mój panie?

- Ponieważ już raz mam tę wadę, jestem garbatym i dlatego bardzo śmiesznym, więc postanowiłem, wyłącznie samemu sobie zachować prawo żartowania z własnego garbu; że zaś wyobrażam sobie, iż czynię to z powszechnem zadowoleniem (przebacz pan podobnemu głupstwu) zatem nie pozwalam wcale, ażeby ktobądź inny wykonywał źle toż samo, co ja bardzo dobrze wykonywam.

- Panie - rzekł pan de Mormand z uniesieniem - ja...

- Pozwól mi pan przytoczyć jeden przykład - rzekł margrabia z coraz większą wesołością - prosiłem pana o zaszczyt zostania moim vis-a-vis w kontredansie. Otóż zamiast mi odpowiedzieć grzecznie: dobrze, panie, albo nie, mój panie, odpowiadasz mi pan dusząc się niemal ze śmiechu: jest to rzeczą bardzo delikatną, służyć panu jako vis-a-vis. I gdy pana usilnie proszę ażebyś swego żartu, który zapewne wywołał mój garb, dokończył, wtedy jąkasz się pan, i nic wynaleźć nie możesz; doprawdy, aż mnie żal bierze...

- Ale panie - zawołał de Mormand - ja chcę...

- Ależ panie - odezwał się garbaty, przerywając powtórnie panu de Mormand - jeżeli pan zamiast grzecznym, obciąłeś być dowcipnym, toć do djabła! trzeba mini było być aż do końca, trzeba mi było coś komicznie obrażającego powiedzieć; naprzykład to: panie de Maillefort, ja się brzydzę torturami, i nie miałbym odwagi być świadkiem tortur pańskiej tanecznicy. Albo też: panie de Maillefort, mam bardzo dużo miłości własnej, i nie chcę narażać się na niebezpieczeństwo okazania się zbyt nie korzystnie stojąc dos-a-dos naprzeciwko pana. Przekonywasz się pan zatem - dodał margrabia z coraz większą wesołością - że ponieważ lepiej aniżeli ktokolwiek z samego siebie żartuję, mam prawo nie ścierpieć tego, kiedy kto po grubiańsku i niezręcznie wykonywa to, co ja z przyzwoitością wykonać potrafię.

- Mówisz pan - Odpowiedział pan de Mormand z gniewem - że pan nie ścierpisz...

- Dajże pokój, Mormand, przecież to żart tylko - zawołał de Ravil. - I pan także, margrabio, unosisz się zbytecznie, ażeby...

- Nie o tem mowa - odpowiedział pan de Mormand - ten pan powiedział, że nie ścierpi...

- Ażeby ze mnie szydzono, - dodał margrabia - nie, rzeczywiście, nie ścierpię tego, powtarzam głośno.

- Ale, jeszcze raz, margrabio - rzekł de Ravil - Mormand nie mógł mieć zamiaru, nie miał zamiaru, szydzić z pana...

- Doprawdy? baronie...

- Ma się rozumieć!

- Czy to prawda, baronie, czy to prawda?

- Ah! niezawodnie!

- W takim razie - odparł margrabia - ten pan powinien być tyle łaskaw, wytłumaczyć mi co przez to rozumiał, kiedy na mą prośbę odpowiedział: Jest to rzeczą delikatną...

- Przecież to jest bardzo naturalne; ja panu...

- Mój kochany de Ravil - rzeki pan de Morman. I przerywając swemu przyjacielowi głosem stanowczym - zbyt daleko się posuwasz - ponieważ pan de Maillefort z obrażającem szyderstwem i groźbami przystępuje do rzeczy, zatem uważam za stosowne odmówić mu wszelkiego tłumaczenia. Pan de Maillefort może słowa moje tłumaczyć jak mu się podoba.

- O! pańskie słowa tłumaczyć sobie? - powtórzył garbaty ze śmiechem, nie zadaję sobie takiej pracy; jest to rzeczą twoich czcigodnych kolegów w izbie parów, kiedy się do nich odzywasz jedną z tych wspaniałych mów, które oni sami tylko rozumieją.

- Skończmy już, mój panie - rzekł pan de Mormand, przywiedziony do gniewu - uważaj pan moje słowa za tak ubliżające, jak ci się tylko podoba.

- Mój kochany, ty szalony jesteś - zawołał de Ravil - to wszystko jest nadzwyczajnie śmieszne, albo przynajmniej może w śmieszność się zamienić.

- Masz pan słuszność, mój biedny baronie - rzekł margrabia naiwnie i obojętnie - może to być nadzwyczaj śmiesznem, okropnie śmiesznem... dla tego pana; lecz przekonaj się jak jestem łaskawy dla niego... poprzestanę na następującem usprawiedliwieniu, które mi pan de Mormand przed trzema lub czterema osobami mojego wyboru, uczyni: Panie margrabio de Maillefort, proszę pana z największą pokorą i wstydem o przebaczenie, że śmiałem...

- Dosyć tego, mój panie! - krzyknął pan de Mormand - więc pan uważasz mnie za tak lękliwego, albo tak głupiego?

- Doprawdy? odmawiasz mi pan tego zadosyć uczynienia - rzekł margrabia, westchnąwszy głęboko i z szyderstwem - pan mi tego odmawiasz, ostatecznie?

- Tak jest, ostatecznie - powtórzył de Mormand - ostatecznie!

- W takim razie - rzekł margrabia z największą obojętnością i grzecznością najwyszukańszą - w takim razie widzę się zniewolonym, zakończyć tę rozmowę, w sposób, w jaki ją rozpocząłem, to jest, że będę miał powtórnie zaszczyt powiedzieć panu: czy pan nie będziesz raczył być moim vis-a-vis?

- Jakto? mój panie, pańskiem vis-a-vis? - zapytał de Mormand zdziwiony.

- Moim vis-a-vis, w tańcu we dwóch - dodał garbaty bardzo znaczącym wyrazem - pan mnie rozumiesz?

- Pojedynek... z panem? - zawołał pan de Mormand, który w pierwszym zapale gniewu, zapomniał o wyjątkówem położeniu garbatego; i który dopiero teraz pomyślał o całej śmieszności, jaka z podobnego zajścia wyniknąć dla niego mogła, dla tego też powtórzył jeszcze - pojedynek....z panem? Ależ...

- Czy pan i teraz odpowiesz mi tak jak poprzednio - dodał margrabia wesoło, przerywając jego mowę - że i to drugie vis-a-vis jest rzeczą zbyt delikatną albo zbyt niebezpieczną, jak pański przyjaciel de Ravil powiedział.

- Nie, mój panie, nie uważam tego wcale za niebezpieczne - zawołał pan de Mormand - ale byłoby to rzeczą niesłychanie śmieszną.

- O, mój Boże! Wszak, że ja to sam właśnie powiedziałem temu zacnemu panu de Ravil, że to będzie rzeczą nadzwyczajnie śmieszną, okropnie śmieszną, dla pana, mój biedny panie. Ale cóż pan chcesz?

- Rzeczywiście, moi panowie - zawołał de Ravil - nigdy tego nie zniosę, ażeby... Tu spostrzegłszy Geralda de Senneterre, który przechodził przez ogród dodał: Oto właśnie idzie książę de Senneterre, syn gospodyni domu, on się ze mną zjednoczy, ażeby zakończyć tę dziwną sprzeczkę.

- To prawda, moi panowie - odpowiedział garbaty, książę przybywa w samą porę. I zwrócił się do młodzieńca, mówiąc: Geraldzie, mój kochany przyjacielu, przyjdźże nam w pomoc.

- O cóż to idzie, margrabio - odpowiedział Gerald z szacunkiem, w którym malowało się i przywiązanie.

- Czy masz cygara.

- Wyborne, margrabio.

- Dobrze, kochany Gerardzie, ci dwaj panowie i ja, umieramy niemal wskutek braku cygara, otóż udamy się do twego pokoju dla zaspokojenia naszych chęci.

- Doskonale - odpowiedział Gerald wesoło - nic tańczę w tym kontredansie, zatem mam kwadrans czasu do waszego rozporządzenia.

- Nie potrzeba nam też więcej - odpowiedział garbaty, rzuciwszy pierwej znaczące spojrzenie na panów de Mormand i de Ravil, którzy przecież nie domyślili się jeszcze, co margrabia rzeczywiście zamierzał.

- Pójdźcie, panowie - rzekł do nich, biorąc Gerald i pod rękę i postępując przed kandydatem do ministerstwa oraz jego przyjacielem.

W kilka sekund przybyli wszyscy czterej do mieszkania Geralda, które znajdowało się na drugiem piętrze domu jego matki i składało się z trzech pokoi, z których jeden był bardzo obszerny.

Ponieważ młody książę przez grzeczność prosił panów de Mormand i de Ravil, ażeby pierwsi weszli, przeto margrabia zamknąwszy drzwi na klucz, schował go do kieszeni, mówiąc:

- Wszakże pozwalasz, mój przyjacielu?

- Dlaczego to, panie margrabio zamykasz drzwi na klucz? - zapytał Gerald ze zdziwieniem.

- Ażeby nam nie przeszkadzano - odpowiedział garbaty głosem tajemniczym - i ażebyśmy sobie spokojnie palić mogli.

- Co u djabła! Jesteś panie margrabio, nadzwyczajnie przezorny - zawołał Gerald z uśmiechem.

I wprowadził swych gości do dalszego pokoju, który będąc daleko większym od dwóch innych, służył młodemu księciu za salę i gabinet.

Na jednej ścianie tego pokoju znajdował się pewien rodzaj ogromnej tarczy, pokrytej czerwonym aksamitem, na której zawieszony był zupełny zbiór rozmaitej zbroi wojskowej i myśliwskiej.

 

VI.

 

Pan de Mprmand, widząc margrabiego zamykającego drzwi na klucz!, domyślił się wreszcie jego zamiaru a(zresztą i sam margrabia wkrótce żadnej już w tej mierze nie zostawił wątpliwości; bowiem odwiązał chustkę z szyi, i zdjął frak, ku coraz większemu zdziwieniu Geralda, który dobrodusznie zabierał się do podania gościom swoich żądanych cygar. Potem margrabia wskazał dwie szpady wiszące obok innej zbroi, i rzekł do młodego księcia:

- Mój kochany Geraldzie, bądź łaskaw zmierzyć zpanem de Ravil te dwie szpady, i dłuższą z nich ofiarować mojemu przeciwnikowi; jeżeli są nierówne, ja i z krótszą dam sobie radę. Ha! ha! znane jest przecie przysłowie: garbaci mają długie ręce.

- Co - zawołał Gerald - te szpady?

- Najniezawodniej mój kochany przyjacielu. Wysłuchaj teraz całej historji w dwóch słowach. Ten pan (i wskazał Mormanda) obszedł się ze mną głupio, nikczemnie, i wzbraniał się prosić mnie o przebaczenie, co gdyby teraz jeszcze chciał wykonać, odrzuciłbym. Będziemy się więc bili; ty będziesz moim świadkiem, pan de Ravil świadkiem swego przyjaciela; mamy śliczne miejsce, będzie nam tu wygodnie. Następnie margrabia zwrócił się do pana de Mormand, i dodał: Teraz, mój panie, rozbieraj się pan; Gerald ma tylko kwadrans wolnego czasu, bądźmy więc grzeczniejsi.

- Jaka to szkoda, że Oliwier nie jest świadkiem tej sceny - pomyślał Gerald, który wyszedłszy z podziwienia znajdował to zajście tem ciekawszem, że sam był żywym i walecznym, oraz że nie czuł najmniejszego pociągu do panów de Mormand i Ravil, a przeciwnie szczerze kochał margrabiego.

Skoro garbaty skończył swoją przemowę, pan de Ravil rzekł do Geralda z najszczerszem przekonaniem:

- Chyba pan rozumie, mości książę, iż podobny pojedynek nie może mieć miejsca.

- Nie może mieć miejsca? Dlaczegóż to, mój panie? - zapytał sucho były starszy wachmistrz strzelców afrykańskich.

- Dziękuję ci, Geraldzie - rzekł margrabia. Szpady! mój przyjacielu! prędko, szpady!

- Ależ, posłuchajcie, podobny pojedynek w domu pańskiej matki? To rzecz niepodobna, mości książę - mówił de Ravil, widząc że Gerald postąpił ku zbrojowni, i że zdjął ze ściany dwie szpady, które troskliwie obejrzał.

- Zastanów się książę - dodał jeszcze Ravil nalegając powtórnie na Geralda - pojedynek... w pokoju... u pana... i to o taką drobnostkę.

- Mnie tylko, panie, służy prawo decydowania co jest stosownem w mojem mieszkaniu - odpowiedział Gerald obojętnie - mamy tysiące przykładów podobnych pojedynków; zresztą niemasz nic lepszego i wygodniejszego jak podobne miejsce, nieprawdaż panie de Mormand?

Ten, zagadnięty w podobny sposób, odpowiedział:

- Każde miejsce jest stosowane, ażeby wziąć odwet za doznaną obelgę.

- Brawo. Sam Cyd lepiejby nie odpowiedział - zawołał garbaty - a więc, kochany panie de Mormand, rozbieraj się pan prędko. Otóż widzisz pan, czyż koniecznie ja pierwszy muszę zdejmować frak, ja, który wcale nie jestem zbudowany jak Belwederski Apollo.

Pan de Mormand, doprowadzony do ostateczności, rozebrał się.

- Oznajmiam, że nie będę świadkiem takiego pojedynku - zawołał de Ravil.

- Jak się panu podoba - odpowiedział garbaty - klucz jest u mnie w kieszeni. Wyglądaj pan oknem i bębnij tymczasem na szybach jaki marsz zwycięski; kto wie, może to zrobi niezłe wrażenie na panu de Mormand.

- De Ravil - zawołał przeciwnik margabiego - proszę cię, zmierz szpady.

- Więc ty chcesz koniecznie?

- Tak jest, żądam tego.

- Dobrze... ale jesteś szalony. - Poczem obrócił się do Geralda. - Przyjmujesz pan na siebie zbyt ciężką odpowiedzialność.

- Wiem o tem, mój panie, - odpowiedział Gerald, mierząc z Ravilem szpadę, kiedy tymczasem pan de Mormand zdejmował z siebie ubiór.

Margrabia prawdę powiedział, przytaczając to przysłowie: garbaci mają długie ręce; gdyż zawinąwszy rękawy od koszuli, aż po za łokcie, odkrył długie, zarosłe włosami, nerwiste ręce, tymczasem ręce jego przeciwnika były tłuste i niekształtne.

Wnosząc z samego sposobu, w jaki obaj walczący przystąpili do bitwy, w jaki złożyli wstępne pchnięcia, kiedy Gerald dał pierwszy znak do walki, niepodobieństwem było już wątpić o wyniku tego pojedynku.

Widziano dostatecznie, że pan de Mormand był odważnym, jeśli tak można powiedzieć, to jest: że posiadał tę odwagę, jaką każdy człowiek wykształcony okazywać mus, ale widocznie był niespokojny; jego nadzwyczajnie ostrożne poruszenia, objawiły pewną znajomość szermierki; ustawicznie tylko zasłaniał się przeciwko margrabiemu, bronił się dosyć dobrze; ale nigdy nie nacierał.

Na chwilę, tak de Ravil jako i Gerald strwożeni byli wyrazem nienawiści i dzikości, jaki wesołe dotąd i szyderskie, ale bynajmniej nie złośliwe rysy margrabiego ożywiał, gdyż nagle twarz jego okryła się piętnem ponurej wściekłości, utkwił w panu de Mormand spojrzenie tak groźne i uderzył na swego przeciwnika tak silnie, że sam Gerald zadrżał o niego.

Ale nagle, jakgdyby wskutek jakiejś decyzji, garbaty znowu stał się takim, jakim był z początku tej dziwnej sceny, to jest wesołym i szyderskim, a im więcej rysy jego się rozjaśniały, tem mniej nastawał na swego przeciwnika; potem chcąc zapewne zakończyć tę nierówną walkę, jakgdyby od niechcenia i niespodzianie przebił rękę panu de Mormand.

Na widok krwi, przystąpili natychmiast obaj świadkowie i zawołali:

- Dosyć już, panowie, dosyć!

Obaj szermierze na wezwanie swych świadków spuścili bezzwłocznie szpady, a margrabia powiedział głośno:

- Oświadczam, iż otrzymałem satysfakcję, co więcej nawet, panie Mormand, proszę pana jak najpokorniej o przebaczenie mi, że jestem garbaty. Jest to moje jedyne rozsądne usprawiedliwienie, jakie panu mogę podać.

- Poprzestaję na niem, mój panie - rzekł pan de Mormand z gorzkiem uśmiechem, gdy tymczasem Gerald i de Ravil obwiązywali chustką jego mało znaczącą ranę.

Po tem pierwszem opatrzeniu rannego obaj przeciwnicy ubrali się, i pan de Maiilefort rzekł do Mormanda.

- Łaskawy panie, czybyś pan nie raczył przystać na króciuchną rozmowę ze mną w przyległym pokoju.

- Gotów jestem na pańskie rozkazy - odpowiedział pan de Mormand.

- Pozwolisz, panie Geraldzie? - zapytał baron młodego księcia.

- Oczywiście - odpowiedział tenże.

Skoro margrabia i pan de Mormand weszli do sypialnego pokoju Geralda, garbaty odezwał się wesoło:

- Lubo, kochany panie, nie wielką okazuje ten delikatność, kto sam rozprawia o swojej szlachetności, zmuszony jestem wyznać panu, że przez chwilę miałem ogromną chętkę zabić pana, i że nic nie było dla mnie łatwiejszem jak zamiar ten wykonać.

- Wypadało tedy panu z mniemanej swojej przewagi zrobić stosowny użytek.

- Tak, ale zastanowiłem się... i...

- Cóż dalej?

- Pozwoli mi pan, że niezupełnie otworzę serce moje przed panem; proszę pana tylko ażebyś raczył uważać to niewinne pchnięcie szpady jako za jeden z tych znaków przypomnienia, któremi to człowiek, w pewnych okolicznościach w pomoc przychodzi swojej pamięci.

- Nie rozumiem pana wcale.

- Wszakże to pan potwierdzisz, że często kładziemy do tabakierki mały kawałek papieru, lub jeżeli kto tabaki nie zażywa, że na chustce od nosa robi sobie węzełek, żeby sobie przypomnieć umówione spotkanie, datę, albo wreszcie jaką obietnicę.

- Rozumiem panie, cóż tedy?

- Otóż ja spodziewam się niewątpliwie, że przy pomocy tego małego pchnięcia, które panu jako znak przypomnienia w ręku zadałem, dzień dzisiejszy nigdy z pamięci pańskiej nie wyjdzie.

- A cóż to pana obchodzi, ażebym dnia dzisiejszego nigdy nie zapomniał?

- O! mój Boże! to rzecz bardzo prosta. Życzyłbym sobie dzisiejszy dzień wyryć w sposób niezatarty w pamięci pana, gdyż być może, później będę musiał przypomnieć to wszystko, coś pan dzisiejszego poranku powiedział.

- Przypomnieć mi to wszystko, co ja dzisiaj powiedziałem?

- Tak panie, wszystko, coś pan powiedział wobec wiarogodnych świadków, którychbym w razie potrzeby musiał wezwać.

- Słowa pana stają się dla mnie coraz ciemniejszemu.

- W obecnej chwili nie widzę żadnej potrzeby, ażebyś mnie pan miał dokładniej rozumieć; proszę mi zatem pozwolić, ażebym pana opuścił i poszedł pożegnać się z Geraldem.

Nie tnudnem było do odgadnięcia, że prawdziwą przyczyną, dla której margrabia wyzwał pana de Mormand, był obelżywy sposób, w jaki ten ostatni odezwał się o pani de Beaumesnil, gdyż domysły jego nie zawiodły go bynajmniej, rzeczywiście to garbaty, nie będąc przez niego widzianym, podsłuchał obrażającą mowę pana de Mormand i nazwał go nikczemnikiem.

Dlaczegóż pan de Maillefort, który zwykle tak jawne okazywał męstwo, używał teraz podobnych wybiegów i z tak błahego korzystał pozoru, ażeby pomścić wyrządzoną pani de Beaumesnil obelgę? w jakim zamiarze pragnął przypomnieć później panu de Mormand ów dzień, i pociągnąć go może do odpowiedzialności za słowa, które wygłaszał wobec wiarogodnyoh świadków.

Wszystko to wyjaśni się w dalszym ciągu naszego opowiadania.

Ledwie margrabia pożegnał się z Geraldem, gdy służący jego matki doręczył mu następujący list, który Oliwier tegoż samego poranku był napisał:

"Mój dobry Geraldzde, człowiek strzela, a Pan Bóg kule nosi (przebacz mi podobne wyrażenie), wczoraj los w postaci mojego poczciwego mularza rozporządził, że dwa a może i trzy tygodnie będę musiał zabawić o sześć mil od Paryża; bardzo mi to jest przykro, gdyż zabawa nasza, którąśmy sobie planowali nie może przyjść do skutku.

"Posłuchaj co zaszło: mój mularz, który nie bardzo jest biegłym rachmistrzem, w obrachunkach swoich z robót wykonanych w pewnym zamku około Luzarches, takie porobił zamieszanie, że, pomimo posiadanych notatek, niepodobieństwem mu będzie wydobyć się z labiryntu, i udzielić mi stosownych objaśnień; musimy więc odbyć mnóstwo pomiarów, które ja sam wykonam, ażeby uniknąć nowych zawikłań; praca ta zniewala mnie do tego tak długiego oddalenia. Mój malarz, były podoficer korpusu inżynierów, jest zacnym i uczciwym człowiekiem, przytem prosty i naturalny, a wiesz, że dobrze jest żyć z takimi ludźmi; zresztą nakłoniła mnie do udzielenia mu pomocy ta okoliczność, że o ile mi się to zdaje, myli się na swoją szkodę; rzadko się zdarza na świecie, a ja się nie gniewam, że mogę uczciwemu człowiekowi dopomóc.

"Opuszczam mojego dobrego wuja (nieprawdaż? złote serce), z wielką obawą. Pani Barbancon, którą odwieziono do domu w tejże samej pięknej karecie hrabiny de Beaumesnil, znajduje się w stanie niepokojącym... mianowicie pod względem skromnego jedzenia mojego wuja; nie wymówiła jeszcze ani razu nazwiska Bounapartego, i jest nadzwyczajnie tajemniczą; często staje zamyślona w ogrodzie, albo w kuchni... dziś rano podała nam zwarzone mleko i przegotowane jajka.

"Pamiętaj o tem, mój kochany Geraldzie, jeżeliby cię kiedy napadła chętka na gospodarski obiadek starego marynarza. Zresztą, pani Barbancon pragnie z całej duszy, ażeby ją kto zapytał o powody jej wczorajszej przejażdżki i ażeby została skuszoną do odkrycia swej tajemnicy. Ale możesz się łatwo domyślić, jak mój wuj i ja jesteśmy pod tym względem skrupulatni, choćby tylko dla tego samego, że w zdarzeniu tem jest coś szczególnego, a nawet zadziwiającego.

"Jeżeli w czasie mojej niebytności będziesz mógł rozporządzić chwilką czasu, odwiedź mojego wuja; sprawisz mu tom największą przyjemność, bo on biedak będzie tęsknił za mną. Nie umiem ci nawet powiedzieć, jak on ciebie już lubi, ten biedny i poczciwy żołnierz! Jaka to nieopisana dobroć! jak szczere i szlachetne serce bije w tych prostych piersiach! Ah! mój kochany Geraldzie, nigdy nie byłem chciwym majątku, ale drżę na samą myśl, że mój wuj przy swoim wieku i osłabionem zdrowiu z prawdziwem męstwem odmawia sobie wielu rzeczy, z trudnością utrzymuje się z tak szczupłej pensyjki. A gdyby też ciężko zachorował, jego dwie rany otwierają się tak często, choroba dla biednych jest tak kosztowna! O! Geraldzie, ta myśl jest dla mnie bardzo bolesną.

"Przebacz, mój przyjacielu, mój bracie, rozpocząłem ten list wesoło, a kończę go tak smutno.

"Bądź zdrów, Geraldzie, do prędkiego zobaczenia. Napisz do mnie do Luzarches, poste restante. 

Twój na zawsze Olivier Raimond".

 

VII.

 

Wieczorem tegoż samego dnia, w którym odbył się pojedynek pana de Maillefort, o wpół do ósmej, właśnie kiedy słońce poczynało zachodzić pośród ciemnych i gęstych chmur, które zapowiadały wieczór dżdżysty, bo już nawet gdzie niegdzie kilka dużych kropli deszczu upadło, przechodziło jakieś młode dziewczę przez plac Zgody ku przedmieściu św. Honorjusza.

Panienka ta miała pod lewą ręką dwa kajety muzyczne, których wypłowiała oprawa wskazywała długie użycie; w prawej ręce trzymała mały parasol, którym zasłaniała się od deszczu; jej nader skromne ubranie składało się z czarnej jedwabnej sukni, mantyli z tejże samej materji i szarego kastorowego kapelusza, który pod brodą utrzymywała szeroka wstążka; kilka lekkich i pięknych pukli jasnych włosów wydobywało się z pod małego kapelusika i, igrając z wiatrem otaczało młodą i świeżą twarzyczkę osiemnastoletniej panienki i w obliczu jej malował się głęboki smutek pełen wdzięku, skromności, powagi i godności; ta, że, tak pawiem, wrodzona godność, objawiła się także w melancholijnym i dumnym wyrazie jej wielkich błękitnych oczu; chód jej był zgrabny, lekki, i, chociaż obszerna mantyla zasłaniała jej kibić, zdawała się przecież ona być równie doskonałą, jak zgrabną i powabną. Lubo ubiór jej pewnem przypłaszczeniem fałdów i nieco matowym połyskiem (jeżeli godzi się tu zamieścić takie przeciwieństwo) zdradzał swoją dawność, był on przecież tak nadzwyczajnie czysty i tak pięknie okrywał tę postać, że zapominało się o jego ubóstwie.

W chwili kiedy ta młoda dziewczyna przechodziła przez mały rynsztok, i kiedy cokolwiek uniosła suknię, widać było jej maleńkie i zgrabne nóżki obute w połyskujące półbuciki, opatrzone dosyć grubą podeszewką, i białe jak śnieg bawełniane pończochy; przy tem poruszeniu, pokazał się również brzeg czyściutkiej białej spódniczki, obszytej wąską koronką.

Uboga kobieta z dziecięciem na ręku zwróciła się do przechodzącej panienki i błagającym głosem zcicha kilka słów do niej przemówiła; piękna dziewica, która właśnie na rogu Pól Elizejskich zatrzymała się, i po chwili namysłu, gdyż obie ręce miała zajęte, w jednej bowiem niosła parasol a w drugiej nuty, i dlatego nie mogła sięgnąć do kieszeni, oddała na chwilę ubogiej swoje kajety i parasol. Zasłoniwszy tym sposobem i siebie i żebraczkę od deszczu, wyciągnęła z sukni jedwabną sakiewkę, zdjęła rękawiczkę, wydobyła z woreczka, zawierającego w sobie najwięcej cztery franki monetą, jedną sztukę dwusoldową, i prawie ze wstydem, powiedziała słodkim głosem do ubogiej:

- Weźcie, moja matko, przebaczcie mi, że wam więcej ofiarować nie mogę. Przyczem spojrzawszy tkliwym wzrokiem na wynędzniałą twarzyczkę dziecięcia, które uboga trzymała ma ręku, dodała: Biedne, kochane dziecię; oby wam je Bóg uchował.

I litościwa panienka białą i delikatną ręką wsunęła tę skromną jałmużnę w wychudłą dłoń, którą żebraczka ku niej wyciągnęła; potem wdziała napowrót swą starą maleńką rękawiczkę, która już nieraz była naprawianą, odebrała swój parasol i nuty, spojrzała ostatniem, pełnem delikatnej litości spojrzeniem na biedną i poszła dalej ulicą Pól Elizejskich.

Jeżeliśmy szczegóły tej jałmużny, szczegóły, które napozór mogą się wydawać dziecinnemi, tak drobiazgowo opisali, uczyniliśmy to dlatego, że w naszych oczach mają one swoje znaczenie: ten, chociaż tak mały dar nie został ofiarowany z dumą lub roztargnieniem, dziewica nie poprzestała na samem obojętnem podaniu jałmużny kobiecie, która ją o nią błagała. A potem, czy też zastanowiła kogo ta delikatność, na jaką może niejeden czytelnik nie zważał? Dając swą jałmużnę, panienka zdjęła rękawiczkę, jak gdyby miała uścisnąć rękę jakiej przyjaciółki.

Przypadek zrządził, że pan de Ravil, odprowadziwszy swego rannego przyjaciela do domu, (pan de Mormaud mieszkał w cyrkule świętej Magdaleny); przypadek zrządził, mówię, że pan de Ravil spotkał na trotuarze Pól Elizejskich naszą nieznajomą; uderzony jej pięknością, będącą w szczególnej sprzeczności z jej skromnem ubraniem, zatrzymał się przed nią chwilkę i obejrzał ją pożądliwym wzrokiem; potem kiedy się już oddalił o kilka kroków, wrócił się i poszedł za nią, mówiąc do siebie na widok nut, które niosła w ręku:

- Musi to być jakaś cnotka z konserwatorjum, która się tutaj zabłąkała.

Nieznajoma zwróciła się na ulicę Arkady. Pan de Ravil podwoił kroku, i zbliżywszy się do niej, powiedział bezczelnie.

- Zapewne panna uczysz muzyki? Czy nie chciałabyś pójść ze mną do mego mieszkania i dać mi jedną lekcję. I uścisnął łokieć dziewicy.

Ta, przestraszona, krzyknęła lekko i nagle zwróciła się do napastnika, a chociaż jej lica żywym pokryte były rumieńcem z powodu mocnego wzruszenia, rzuciła jednak na niego wzrokiem tak pogardliwym, że człowiek ten, pomimo swej bezczelności, spuścił oczy, i ukłoniwszy się z szyderskiem poszanowaniem, odpowiedział nieznajomej:

- Proszę mi przebaczyć, mościa księżno, omyliłem się.

Panienka poszła dalej udając pomimo żywej obawy chłód spokojny, zwłaszcza że też i dom, do którego zmierzała, bardzo blisko się już znajdował.

- Nic nie szkodzi, pójdę za nią - rzeki de Ravil, - ona w swojej czarnej, wytartej sukni, z nutami, pod pachą i parasolem w ręku, chciałaby księżnę jaką udawać!

Człowiek ten bezwiednie bardzo stosowne zrobił porównanie, gdyż Herminja (takie było imię dziewicy, nazwiska bowiem nie miała żadnego, ponieważ była dzieckiem miłości), gdyż Herminja była rzeczywistą księżniczką, jeżeli ten wyraz będzie oznaczał ów wdzięk, ową wrodzoną godność, którą nieugięta duma, tak właściwa każdemu tkliwemu, delikatnemu i silnemu zarazem charakterowi, jeszcze świetniej podnosi.

Mówiono już nieraz, że wiele księżniczek, przez swoje skłonności, przez swoją powierzchowność są urodzonemi kobietami niskiego stanu, gdy tymczasem wiele istot biednych najniższego rzędu przez swoją naturalną szlachetność stają się urodzonemi księżniczkami.

Herminja jest nowym i żywym dowodem tej prawdy: jej przyjaciółki, jakie sobie w skromnym stanie nauczycielki muzyki i śpiewu zjednała, nazywają ją w zaufaniu księżną lub księżniczką, jedne (a liczba ich nie była wielka), z obmowy tab zazdrości, gdyż i stan najskromniejszy i serce najszlachetniejsze mają swoich oszczerców, drugie zaś dlatego, że nie znajdowały innego wyrazu, któryby lepiej malował to wrażenie, jakie postępowanie i charakter Herminji na nie wywierały. Otóż Herminja, czytelnik domyśla się tego zapewne, była tąż samą panienką, o której Oliwier mówił z Geraldem na obiedzie u komendanta Bernarda.

Herminja, za którą de Raviil ciągle jeszcze gonił, przeszła już ulicę Arkady, zboczyła w ulicę Anjou, zapukała do bramy obszernego pałacu i weszła do niego, unikając tym sposobem dalszego uporczywego ścigania tego bezwstydnego człowieka.

- To szczególne - rzeki tenże, zatrzymawszy się w odległości kilku kroków - co u djabła taka dziewczyna może ze swojemi nutami robić w pałacu Beaumesnil? Przecież ona tu pewnie nlie mieszka. - Namyśliwszy się chwilkę, dodał jeszcze: - Ah! zgaduję, będzie to zapewne ów żeński Dawid, który urokiem swej muzyki, stara się łagodzić cierpienia pani de Beaumesnil; chociaż tej ostatniej nie można porównywać z dobrym królem Saulem, chybaby z tytułu tego ogromnego majątku, jaki odziedziczyła jej młoda córka, którą mój przyjaciel Mormand tak żywo się zajmuje. Nic to nie szkodzi, ta młoda artystka, która weszła do tego pałacu, cięży mi bardzo na sercu. Zaczekam póki nie wyjdzie, muszę się przecież dowiedzieć, gdzie mieszka.

Wyraz smutku, malujący się w powabnych rysach Herminji, zdawał się jeszcze powiększać, kiedy przestąpili próg pałacu; przeszła obok loży odźwiernego, nie zadawszy mu żadnego pytania, co każda inna osoba, należąca do tego domu, byłaby uczyniła, i udała się pod kolumny tego wspaniałego mieszkania.

Jeszcze był dzień zupełny, a jednak widać było w oknach, że całe pierwsze piętro było rzęsisto oświetlone woskowemi świecami. Na ten widok zdumienie Herminji zamieniło się w niewypowiedzianą trwogę; z pośpiechem weszła do przedpokoju. Nie spotkała żadnego ze służących, którzy się tu zwykle znajdowali.

Najgłębsza cisza panowała w całym domu, który wprawdzie i innych dni nie był zbyt wesoły, ale przynajmniej ożywiony liczną służbą.

Dziewica, której serce coraz bardziej się ściskało, wbiegła na główne schody, a gdy przybyła do obszernej sieni i znalazła podwoje pokojów naozścież otwarte, wtedy jednem spojrzeniem przebiegła cały szereg obszernych i wspaniałych pokojów. Wszystkie były rzęsisto oświetlone, ale puste.

Blady odblask jarzącego światła, który walczył z czerwonemi promieniami zachodzącego słońca, wydawał jakiś fałszywy, szczególnie smutny połysk.

Herminja nie umiała sobie zdać sprawy ze swego bolesnego wzruszenia; z trwogą poszła dalej, ?przebiegła kilka sal i zatrzymała się nagle. Zdawało jej się, że słyszy w oddałi stłumione łkanie. Nareszcie zbliżyła się do wejścia długiej galerji obrazów, która z pokojami dotąd przez nią przebytemi, tworzyła kąt prosty.

Na drugim końcu tej galerji dostrzegła Herminja wszystkich służących pałacu, klęczących u progu szeroko otwartych podwoi. Okropne przeczucie opanowało młodą dziewicę. Poprzedniego wieczoru, o tejże samej godzinie, kiedy opuszczała panią Beaumesnil, znajdowała się ona w bardzo zatrważającym, ale jednak nie niebezpiecznym jeszcze stanie. Nie było więc żadnej wątpliwości, że te światła, ten uroczysty przybór, ta smutna, tylko tłumionem łkaniem przerywana cisza, zwiastowały, że pani de Beaumesnil przyjmowała ostatnie sakramenta, a przekonamy się wkrótce, jakie tajemne węzły łączyły hrabinę z Herminją.

Młoda panienka, nie posiadając się z bólu i przerażenia, czuła, że siły ją opuszczały. Zniewolona była oprzeć się o stolik znajdujący się w galerji; nareszcie, starając się ukryć swoje wzruszenie, postąpiła chwiejnym krokiem ku służbie hrabiny i uklękła blisko otwartych drzwi, prowadzących do sypialni pani de Beaumesnil.

 

VIII.

 

W głębi pokoju, w którym Herminja obok służby pałacu uklękła, przy słabem świetle alabastrowej lampy wikłać było panią de Beaumesnil, kobietę około lat trzydziestu ośmiu, nadzwyczajnie bladą i wynędzniałą.

Hrabina siedziała na łóżku ze złożonemi rękami, opierając się na kilku poduszkach.

Jej rysy, ongiś rzadkiej piękności, wyrażały głęboką pobożność, jej wielkie oczy, niegdyś połyskujące żywym i czystym błękitem, były teraz przygasłe; utkwiła je z pewnym rodzajem wdzięczności, która przecież nie była bez obawy, w księdzu Ledoux, proboszczu jej parafji, który jej udzielał ostatnie namaszczenia.

Na chwilę przed przybyciem Herminji, hrabina stłumiła jeszcze bardziej swój głos, który i tak już był osłabiony cierpieniem.

- Ah! mój ojcze - rzekła do księdza - przebacz mi, ale w tej uroczystej chwili nie mogę się wstrzymać od bolesnej myśli o tem biednem dziecięciu, które także jest moją córką i nieszczęśliwem owocem błędu, który ciągle budził we mnie gorzki żal i zatruwał moje życie.

- Ciszej, pani hrabino - odpowiedział duchowny, spojrzawszy na grono służących i zobaczywszy pomiędzy nimi Herminję. - Ciszej, pani hrabino - powtórzył jeszcze - ona tu jest.

- Ona?

- Tak, dopiero co przyszła, klęczy pomiędzy służącymi.

To powiedziawszy, ksiądz odszedł od chorej i zamknął podwoje sypialni, dając znakiem do zrozumienia służbie, że obrządek już się ukończył.

- Rzeczywiście, przypominam sobie, wczoraj, kiedy Herminja wychodziła ode mnie - mówiła pani de Beaumesnil - prosiłam ją, ażeby o tym czasie wróciła; mój lekarz miał słuszność, anielski głos tej istoty, jej słodki śpiew nieraz łagodził moje boleści.

- Strzeż się pani bardzo - rzeki duchowny, powróciwszy i zostawszy sam na sam ze swoją penitentką - bądź pani ostrożną.

- Alboż nią nie jestem - odpowiedziała pani de Beaumesnil z gorzkim uśmiechem - moja córka nie domyśla się niczego.

- Zdaje się - mówił dalej ksiądz - gdyż przypadek, albo raczej nieodgadniona Wola Opatrzności sprowadziła tę młodą dziewczynę od kilku dni do pani domu. Zdaje się, że Bóg chce panią doświadczyć ciężką próbą.

- Prawda, bardzo ciężką, mój ojcze, gdyż muszę porzucić to życie, nigdy nie nazwawszy tej nieszczęśliwej moją córką. Ah! ja tę smutną tajemnicę do grobu z sobą zabiorę.

- Przysięga wkłada na panią taką ofiarę, jest to święty obowiązek! - rzekł ksiądz surowo. - Popełnić krzywoprzysięstwo, byłoby ciężkiem bluźnierstwem przeciw Bogu.

- Nigdy, mój ojcze, nigdy nie myślałam dopuścić się krzywoprzysięstwa - odpowiedziała pani de Beaumesnil z uległością - ale Bóg surowo mnie karze. Umieram, będąc zmuszona obchodzić się z mojem dziecięciem, które się tu znajduję, jak z osobą obcą, z mojem dziecięciem, które tu, o kilka kroków klęczy pomiędzy moimi służącymi i które nigdy nie ma się dowiedzieć, że jestem jego matką.

- Błąd pani był wielki, i pokuta musi być wielką!

- Ta ciężka pokuta trwa już dla mnie od tak dawna, mój ojcze. Wierna mojej przysiędze, nie miałam nigdy odwagi dowiadywać się, co się stało z tą nieszczęśliwą. Ah? gdyby nie przypadek, który ją przed kilku dniami do mnie sprowadził, byłabym umarła, nie ujrzawszy jej ani razu od lat siedemnastu.

- Myśli te szkodzą pani hrabinie - odezwał się duchowny pobożnie - wczoraj doprowadziły one panią do bardzo nierozsądnego kroku.

- Uspokój się, mój ojcze, kobieta, którą wczoraj jawnie, bez żadnej tajemnicy, dla uniknienia wszelkiego podejrzenia, kazałam sprowadzić, nie może domyślać się powodów, dla jakich żądałam od niej niektórych objaśnień, których tylko ona jedna mogła mi udzielić.

- Jakież są te objaśnienia?

- Przekonały mnie one najnieomylniej, jakem się tego spodziewała, o czem zresztą już wiedziałam, że Herminja jest moją córką.

- Ale jakże można liczyć na milczenie tej kobiety?

- Ona nie wie, co się z moją córką stało od szesnastu lat, kiedy się z nią rozstała.

- A nie mogłaż cię poznać?

- Oznajmiłam ci już, mój ojcze, że miałam maskę na twarzy, kiedy Herminja przy jej pomocy przyszła na świat. Wczoraj zaś, w rozmowie, jaką z nią miałam, z łatwością przyszło mi przekonać tę kobietę, że matka dziecięcia, o którem z nią mówiłam, oddawna już umarła.

- I za to kłamstwo muszę ci udzielić rozgrzeszenia, moja siostro - odpowiedział ksiądz Ledoux z surowością - widzisz teraz fatalne skutki twojej występnej miłości dla istoty, która stosownie do twojej przysięgi, na zawsze obcą pozostać ci powinna.

- Ah! ta przysięga! nieraz przeklinałam ją, ale pomimo tego dochowałam jej wiernie, mój ojcze!

- A jednak, moja siostro, wszystkie twoje myśli, nawet w tej chwili są zajęte tą dziewczyną.

- Wszystkie, nie, mój ojcze, ponieważ mam jeszcze drugie dziecię; ale ah! mogęż sercu mojemu nakazać, ażeby nie biło głośniej, kiedy zbliża się do mnie Herminja, która przecież także jest moją córką? Mogęż sercu mojemu nakazać, ażeby się nie wyrywało naprzeciw jej serca? Tylko rzeczy możebnych powinnibyście wymagać ode mnie, bo jeżeli mi się udaje przy zebraniu całej mojej odwagi, powściągnąć moje usta, moje spojrzenie, zadać sobie największy przymus, ukryć wszystko, co czuję, kiedy widzę pozy sobie Hermiinję, nie mogę przecież zabronić sobie być matką!

- Wtedy powinnaś pani mnie słuchać - odpowiedział duchowny surowo. - Musisz jej pani zabronić wstępu do swego domu, masz bowiem po temu jasne powody; zatem wierzaj mi, pani, podziękuj jej za dotychczasowe usługi, i...

- Nigdy - odpowiedziała hrabina z pospiechem - nie, nigdy nie będę miała do tego odwagi. Nie jestem już dosyć nieszczęśliwa, mój Boże! że moja druga córka, której miłość w tej chwili byłaby dla mnie tak pocieszającą, w obcych znajduje się krajach, i opłakuje swego ojca, którego wyrwał jej tak okropny przypadek, a kto wie... może Ernestyna umiera podobnie jak i ja! Biedne dziecię. wyjechała stąd tak słaba, tak cierpiąca. O! niemasz godniejszej litości matki ode mnie! - I dwie gorzkie łzy spłynęły po licach pani de Beaumesnil.

- Odwagi, uspokój się, moja siostro - rzekł ksiądz Ledoux głosem pocieszającym i słodkim - nie trać odwagi, złóż całą nadzieję w Bogu; jego łaska jest wielka, On ci wynagrodzi to, żeś się temu świętemu obowiązkowi, który, jakem ci już powiedział, był tylko ostrożnością, tak po chrześcijańsku poddała. Bogu dzięki, chociaż twój stan jest niebezpieczny, nie jest on jeszcze beznadziejny.

Pani de Beaumesnil wstrząsnęła smutnie głową i odpowiedziała:

- Czuję się zawsze bardzo słabą, mój ojcze, ale jestem teraz spokojniejsza, ponieważ dopełniał ostatniej powinności. Ah! gdybym nie musiała myśleć o dzieciach swoich, umierałabym przynajmniej spokojnie.

- Rozumiem cię, moja siostro, przyszłość twojej prawej córki (mogę, powinienem tylko o tej mówić) przyszłość jej, powtarzam, niepokoi cię, i masz słuszność. Sierota i tak młoda... biedne dziecię!

- Ah! tak, matki nikt nie zastąpi.

- Dlaczegóż tedy, moja siostro - odpowiedział zwolna ksiądz Ledoux, spoglądając bystrymi wzrokiem na chorą - dlaczegóż wahasz się ciągle zapewnić przyszłość tej drogiej córki? otyle przynajmniej, o ile to jest w twej mocy, czemuż nie dozwoliłaś mi, pomimo, że cię już od tak dawna o tę łaskę proszę, przedstawić tego pobożnego, tego dobrego młodzieńca, tego wzoru mądrości i cnoty, o którym ci już tak często mówiłem... Twoje macierzyńskie serce byłoby już oddawna ten skarb cnót chrześcijańskich według jego prawdziwej wartości oceniło i, będąc naprzód pewną, że córka twoja spełni twą ostatnią wolę, byłabyś jej w kilku wierszach własną napisanych ręką, a którebym ja doręczył temu kochanemu dziecięciu, byłabyś jej, mówię, poleciła na męża pana Celestyna de Macreuse, i córki twoja miałaby małżonka według woli i serca bożego, gdyż...

- Mój ojcze - rzekła pani de Beaumesnid, przerywając księdzu Ledoux, nie mogąc ukryć przykrego wrażenia, jakie czyniła na niej podobna rozmowa - powiedziałam ci już, że nie wątpię o przymiotach osoby, o której dopiero co mi wspomniałeś, ale córka moja, Ernestyna, nie ma jeszcze lat szesnastu; nie chcę wiązać jej przyszłości, wskazując jej na męża zupełnie nieznaną osobę. To kochane dziecię okazuje mi tyle miłości, tyle szacunku, że zdolnemby nawet było poświęcić się tym sposobem mej woli.

- Nie mówmy już o tem więcej, pani hrabino - rzeki ksiądz Ledoux spiesznie i z postawą skruszoną. - Kiedym mówił o Celestynie de Macreuse, miałem tylko jednę myśl, to jest, uwolnić panią od wszelkiego niepokoju o los naszej ukochanej Ernestyny; tylko pozwól pani powiedzieć sobie, zwłaszcza, żeś pani wspomniała o poświęceniu, ah! lękaj się pani, ażeby twoje biedne dziecię nie stało się kiedyś ofiarą jakiego niegodnego męża, jakiego bezbożnego, rozpustnego i rozrzutnego człowieka! Mówisz pani, że nie chcesz przedwcześnie wywierać wpływu na wybór twej córki. Ale, niestety! któż pokieruje jej wyborem, jeżeli będzie tak nieszczęśliwą, że panią utraci? Mająż to uczynić krewni, którzy są zawsze samolubni lub niedbali; albo ma się to biedne łatwowierne dziecię na ślepo oddać pierwszemu popędowi serca? A wtedy, drżę na samą myśl o tem, moja siostro, na jakiż to zawód, na jaki nieuleczony żal i zgryzotę będzie ona wystawiona! Pomyśl pani o tem mnóstwie zalotników, których nęcić musi jej ogromny majątek! Ah! wierzaj mi, siostro moja, wierzaj mi, zaradź wcześniej nieszczęściu, jakie córce twej zagraża, zaradź mu mądrym i przekornym wyborem.

- Przebacz mi, mój ojcze - rzekła pani de Beaumesnil, boleśnie dotknięta tą rozmową, której koniec położyć już chciała - czuję się bardzo strudzoną; zresztą umiem ja cenić współczucie, jakie okazujesz dla losu mej córki, lecz spełnię obowiązki matki o tyle, o ile to będzie w mojej mocy; słowa twoje, mój księże, nie będą stracone, ręczę za to. Oby mi tylko niebo użyczyło siły i czasu do działania.

Zbyt zręczny i przebiegły, ażeby dłużej nalegać, rzeki ksiądz Ledoux łagodnie:

- Proś Boga, ażeby cię oświecił, moja siostro; nie wątpię, że da ci poznać obowiązki macierzyńskie; tylko nie trać odwagi i nadziei. Do jutra tedy, najmilsza siostro.

- Jutro... do Boga należy - odpowiedziała smutno hrabina.

- Będę się przynajmniej modlił do Niego, ażeby dni twoje przedłużył, moja siostro - odpowiedział duchowny z ukłonem i wyszedł z pokoju.

Zaledwie się oddalił, hrabina zadzwoniła natychmiast i zapytała jednę ze swoich pokojówek:

- Czy panna Herminja jest tu?

- Jest, pani.

- Poproś ją, ażeby przyszła do mnie. - Dobrze, pani - odpowiedziała pokojówka i wyszła dla spełnienia tego rozkazu.

Henmlinja weszła blada i bardzo zasmucona, ale pozornie spokojna, do sypialni pani de Beaumesnil; w ręku trzymała kajet z nutami.

- Pani hrabina kazała mnie przywołać? - zapytała z uszanowaniem.

- Tak, pani, chciałam cię prosić o jednę łaskę - odpowiedziała pani de Beaumesnil, starając się wynaleźć jaki środek, ażeby się mogła do swej córki, materjalnie, że tak powiem, zbliżyć - na teraz nie mam zamiaru uciekać się do pani miłego i tak znakomitego talentu, dla sprawienia mi tej niespodziewanej ulgi, jaką mu jestem winna. Idzie mi o co innego.

- Gotowa jestem na rozkazy pani hrabiny - odpowiedziała Herminja ze spuszczonym wzrokiem.

- Dobrze tedy, Oto mam napisać list, kilka wierszy tylko, lecz nie wiem, czy będę miała dosyć siły. Nie mam nikogo, coby był w stanie uczynić to na mojem miejscu; czybyś więc pani nie mogła dzisiejszego wieczoru być w razie potrzeby moim sekretarzem?

- Z jak największą chęcią - odpowiedziała Herminja żywo.

- Dziękuję pani za jej grzeczność.

- Czy pani hrabina życzy sobie, ażebym dała przybory do pisania? - zapytała Herminja nieśmiało.

- Dziękuję pani serdecznie - odpowiedziała biedna matka, która jednak czuła największą chęć przyjęcia ofiary swej córki, ażeby dłużej pozostać z nią sam na sam; zadzwonię, ażeby tu kto przyszedł, nie chciałabym zadawać pani tyle pracy.

- Nie jest to dla mnie trudne, pani hrabino; racz pani tylko powiedzieć mi gdzie znajdę wszystko, czego pani potrzebuje...

- Tam ma stole, przy fortepianie; ale musisz pani także być tak łaskawą i zapalić jednę świecę woskową, ta lampa jest zbyt ciemna. Ale, doprawdy, ja nadużywam pani dobroci - dodała pani de Beaumesnil, gdy tymczasem jej córka skwapliwie zapaliła świecę i przyniosła do łóżka przybory piśmienne.

Hrabina wzdęła arkusz papieru listowego, położyła go na małym pulpiciku, spoczywającym na jej kolanach, i odebrała pióro z jednej ręki Herminji, która trzymała w drugiej zapaloną świecę.

Pani de Beaumesnil chciała nakreślić kilka wyrazów, lecz osłabione oczy i wycieńczone siły nie dozwoliły jej dalej pisać, pióro wypadło z jej wątłych palców. Wtedy, upadłszy na poduszki, hrabina rzekła z westchnieniem i gorzkim uśmiechem:

- Zbyt ufałam moim siłom, muszę przyjąć pomoc, którą mi pani raczyłaś łaskawie ofiarować.

- Pani hrabina już tak dawno przykuta jest do łóżka, że mała słabość nie powinna pani bynajmniej dziwić - odpowiedziała Henminja, która czuła rzeczywistą potrzebę uspokojenia i siebie i pani de Beaumesnil.

- Ma pani słuszność, szaleństwem było z mojej strony chcieć dzisiaj coś pisać. Jeżeli więc pani pozwoli, będę dyktowała.

Ponieważ Herminja ze skromności pozostała w kapeluszu, przeto hrabina, której ten kapelusz poczęści zasłaniał twarz jej córki, rzekła z pewną nieśmiałością:

- Czybyś pani nie zdjęła kapelusza? zdaje mi się, że byłoby pani wygodniej pisać.

Herminja uczyniła zadość temu "wezwaniu, a hrabina, która oka z niej nie spuściła, mogła teraz z macierzyńską dumą uwielbiać to zachwycające oblicze, otoczone długiemi puklami włosów.

- Czekam rozkazów pani hrabiny - odezwała się Herminja, siadając do stołu.

- Otóż tak pani napiszesz - odpowiedziała pani de Beaumesnil i podyktowała następujące wyrazy:

"Pani de Beaumesnil byłaby bardzo wdzięczna panu de Maillefort, gdyby raczył do niej przybyć jak można najspieszniej, choćby późnym wieczorem.

"Ponieważ pani de Beaumesnil czuje się bardzo cierpiącą, przeto zmuszona jest udać się do obcej ręki, ażeby napisać do pana de Malillefort, któremu ponawia zapewnienie swoich przyjaznych uczuć".

Podczas kiedy pani de Beaumesnil dyktowała ten bilet, serce jej było zarazem dręczone jedną z tych dziecinnych i bolesnych obaw, jakie tylko matka uczuć może.

Przyjemnie zdziwiona wykwintnością mowy i poruszeń, jakie spostrzegła w swej córce, w której poznała także artystkę pierwszego rzędu, zapytała hrabina z tym dręczącym i troskliwym niepokojem matki, czy też wychowanie Herminji jest zupełnem, czy to wychowanie nie jest zaniedbanem w niektórych częściach na korzyść jedynie jej znakomitego talentu? Cóż mam powiedzieć więcej?... najmniejsze drobnostki są ważnemi dla dumy macierzyńskiej. W tej chwili pani de Beaumesnil, pomimo innych poważnych bolesnych myśli, zajęta była jedną okolicznością.

Czy jej córka pisała ortograficznie? czy jej córka pisała pięknie?

Dlatego też hrabina wahała się chwilę, zanim odważyła się prosić Herminję, ażeby jej przyniosła list, który napisała; gdy jednak nie mogła oprzeć się tej pokusie, zatem powiedziała:

- Napisałaś już, pani?

- Napisałam, pani hrabino.

- Nie pokazałabyś mi pani tego biletu? chciałabym zobaczyć czy... czy nazwisko pana de Maillefort jest właściwie napisane, gdyż zapomniałam powiedzieć pani jego ortografję - dodała hrabina, nie znajdując innego pozoru dla usprawiedliwienia swej ciekawości.

Herminja oddała hrabinie bilet. Jakże wielką była radosna duma tej ostatniej, gdy nietylko te kilka wierszy zupełnie poprawnie, ale nawet bardzo pięknie znalazła napisane.

- Zupełnie dobrze... doprawdy, nie widziałam piękniejszego pisma - rzekła pani de Beaumesnil żywo; lecz obawiając się, ażeby nie zdradziła swego wzruszenia, dodała spokojnie - chciej teraz adres napisać: Do Pana Margrabiego de Maillefort. Ulica des Martyrs, Nr. 45.

Pani de Beaumesnil zadzwoniła na swą zaufaną pokojówkę. Skoro nadeszła, hrabina powiedziała:

- Pani Dupont, weź pani powóz i zawieź ten list podług adresu; jeżeliby pan de Maillefort miał wkrótce powrócić do domu, to naczekaj pani na niego...

- Ale - zagadnęła służąca, zdziwiona tym rozkazem, któryby mogło wykonać tyle innych osób w pałacu - gdyby pani hrabina w mojej nieobecności czego potrzebowała, tylko ja jedna obeznana jestem ze służbą około pani... i...

- Proszę zająć się najprzód tem zleceniem - odpowiedziała pani de Beaumesnil - ta pani będzie już tak łaskawą, że mi nie odmówi swej pomocy, jeżeli mi czego będzie potrzeba.

Herminija ukłoniła się tylko.

Podczas kiedy hrabina wydawała swej służącej powyższy rozkaz, Herminja, nie obawiając się już spotkania ze wzrokiem chorej damy, utkwiła spojrzenie pełne czułości i obawy w lica pani de Beaumesnil, mówiąc z rozdzierającą serce rezygnacją do siebie samej:

- Nie śmiem inaczej na nią spoglądać jak tylko potajemnie, a jednak to moja matka! Ah! oby się ona nigdy nie dowiedziała, że znam smutną tajemnicę mojego urodzenia!

 

IX.

 

Niepodobna opisać tego wyrazu triumfującego szczęścia, jatki się objawił w rysach pani de Beaumesnil, kiedy jej służąca oddaliła się.

Biedna matka była teraz pewna, że przynajmniej godzinę czasu zostanie sama ze swą córką.

Dzięki ożywieniu tą nadzieją, lekki rumieniec okrasił lica pani de Beanimesnil; jej przygasłe pierwej oczy zajaśniały gorączkowym ogniem; sztuczne, na nieszczęście szybko przemijające rozdrażnienie nastąpiło po jej poprzedniem osłabieniu, gdyż hrabina czyniła prawie nadludzkie usiłowania, ażeby się wyrwać ze zwykłego stanu wycieńczenia, dla korzystania z tej ostatniej może sposobności rozmówienia się ze swą córką.

Kiedy jej służąca opuściła pokój, hrabina rzekła do Herminji, która natychmiast spuściła łzami zalane oczy i nie miała odwagi spojrzeć na nią.

- Może pani będzie łaskawa podać mi w kubku pięć lub sześć łyżek tego wzmacniającego napoju, który stoi tam na kominie?

- Ale - zawołała Herminja z obawą - pani hrabina zapomina zapewne, że lekarz polecił tego napoju używać bardzo mało naraz. Wczoraj przynajmniej, zdawało mi się słyszeć, że to pani zalecił.

- Tak jest, ale czuję się daleko mocniejszą, i napój ten, jak sądzę, będzie dla mnie bardzo skuteczny, pokrzepi moje siły.

- Pani hrabina czuje się lepiej? - zapytała Hermin - ja, wahając się pomiędzy chęcią uwierzenia pani de Beaumesnil a obawą, czy się też nie myli co do swego stanu.

- Może pani wątpi o mojem polepszeniu?

- Pani hrabino...

- Smutny obrządek, któryś pani przed chwilą widziała, zatrwożył cię, nieprawdaż? ale uspokój się pani, odprawiłam go tylko dla ostrożności, a przekonanie, żem spełniła moją religijną powinność, i że każdej chwili będę mogła stanąć przed Bogiem, dodaje mi tak wielkiej mocy duszy, że jemu tylko przypisuje moje teraźniejsze polepszenie. A nadto, jestem przekonana, że ten pokrzepiający napój, o który panią proszę, i którego mi pani odmawia, - dodała pani de Beaumesnil z uśmiechem - zupełnie mnie wzmocni i pozwoli mi posłuchać jeszcze jednego z tych pani śpiewów, które tak często łagodziły moje cierpienia.

- Ponieważ pani hrabina sobie życzy - rzekła Herminja - więc podam pani żądany napój.

I dziewica, która myślała, że trochę więcej lub mniej napoju nie wywoła żadnych szkodliwych skutków, nalała z niego cztery łyżki do kubka, który następnie podała pani de Beaumesnil.

W chwili kiedy hrabina odbierała ów kubek starała się, jakby przypadkiem, dotknąć ręki Herminji; następnie, zupełnie uszczęśliwiona, czując swą córkę po raz pierwszy tak blisko siebie, gdyż ta pochyliła się nad poduszką swej matki, ażeby jej przytrzymać spodek od kubka, pani de Beaumesnil długiego potrzebowała czasu, bardzo długiego czasu, ażeby podany sobie napój jak najwolniej wypić; poczem uczyniła poruszenie, jakgdyby była strudzoną, tak, że prawie zniewoliła Herminję do zapytania:

- Czy pani hrabina bardzo zmęczona?

- Trochę, zdaje mi się że będzie mi dobrze, skoro chwilkę posiedzę; ale jestem tak słaba, że z trudnością mogłabym się sama utrzymać.

- Jeżeliby pani chciała oprzeć się nieco na mnie - rzekła panienka nieśmiało - możeby pani wypoczęła sobie.

- Przyjęłabym to, gdybym się nie obawiała nadużywać pani dobroci - odpowiedziała pani de Beaumesnil, ukrywając z macierzyńską przebiegłością radość z powodu tak szczęśliwego spełnienia jej nadziei.

Serce Herminji było tak przejęte tkliwością i bólem, że nie była w stanie odpowiedzieć; pochyliła się tylko nad łóżkiem chorej, która mogła nareszcie wesprzeć głowę na piersiach swej córki.

W takiem zbliżeniu, które po raz pierwszy w ich życiu łączyło je z sobą; matka i córka zadrżały jednocześnie; położenie ich nie dozwalało im spojrzeć na siebie, inaczej bowiem byłoby może pani de Beaumesnil, mimo przysięgi, zabrakło siły do dalszego ukrywania tajemnicy; może też byłaby wyczytała w oczach Herminji, że ta znała tajemnicę swojego urodzenia.

W czasie krótkiego trwania tej niemej i uroczystej sceny pomiędzy matką i córką, pani de Beaumesnil, starając się stłumić swoje uczucia, które tylko co miały wybuchnąć, myślała w duszy:

- Nie, nie, precz z tą występną słabością; ta nieszczęśliwa dziewczyna nie powinna się nigdy dowiedzieć o smutnej tajemnicy swego urodzenia, przysięgłam na to. Nie jestże to dla mnie niespodziewanem szczęściem, że mogę od niej doznać tej słodkiej troskliwości, jaką mi z dobroci serca, lub instynktem może powodowana, udziela!

- O! raczej umrzeć - myślała ze swej strony Herminja - raczej umrzeć aniżeli dać się domyślić mej matce, że wiem, iż jestem jej córką, kiedy ona uważa, że ta tajemnica aż dotąd być powinna ukrytą przede mną. Zresztą może nawet ona sama o tem nie wie! może to tylko przypadek, czysty przypadek sprowadził mnie od pewnego czasu do domu pani de Beaumesnil, może w jej oczach jestem tylko osobą obcą.

Podczas tych dwustronnych myśli, tłumiły tak matka jako i córka łzy swoje, i nową czerpały odwagę: jedna w świętości przysięgi, druga w poddaniu się okolicznościom, do czego ją jeszcze duma i delikatność podniecały.

- Dziękuję pani - rzekła pani de Beaumesnil, nie śmiejąc jednak spojrzeć na Herminję - nie czuję się już tak znużoną.

- Może pani hrabina pozwoli, ażebym poprawiła poduszki, zanim się pani napowrót położy.

- Dobrze, jeżeli pani jesteś na tyle łaskawą, odpowiedziała pani de Beaumesnil, gdyż ta mała przysługa mogła jeszcze jej córkę chwilę przy niej zatrzymać.

Pani... Pani hrabina... Niepodobieństwem byłoby opisać głos, jakim matka i córka wymawiały te zimne i ceremonjalne tytuły, które nigdy nie wydawały im się nieznośniej szemi.

- Jeszcze raz pani dziękuję - rzekła hrabina, kładąc się napowrót - czuję się coraz lepiej, i winna to jestem najprzód pani troskliwości, a potem zapewne temu wzmacniającemu napojowi; powiedziałabym prawie, że teraz czuję się zupełnie mocną, zwłaszcza żem była przed chwilą tak osłabiona, spodziewam się jak najlepiej noc przepędzić.

Herminja smutnie spojrzała na swą mantylę i kapelusz. Obawiała się bowiem, że może jeszcze przed powrotem służącej zostanie oddaloną, jeżeliby pani de Beaumesnil nie miała chęci tego wieczoru słuchać muzyki. Lecz ponieważ dziewica nie chciała pozbawić się zupełnie nadziei, przeto rzekła z obawą do swej matki:

- Pani hrabina życzyła sobie wczoraj, ażebym dzisiaj przyniosła kilka arji z Oberona; czyby ich pani chciała dzisiaj posłuchać?

- O, nie inaczej - odpowiedziała pani de Beaumesnil z pośpiechem, - wie pani przecież jak często twój śpiew koił moje boleści. A dzisiejszego wieczoru czuję się tak rześka, doprawdy tak rześka, że słyszeć panią, będzie dla mnie nie środkiem uśmierzającym, ale prawdziwą przyjemnością.

Herminja spojrzała znowu na panią de Beaumesnil i zdziwiła się nadzwyczajnie tą zmianą, jaką na jej niedawno jeszcze tak bladej twarzy spostrzegła. Rzeczywiście, oblicze hrabiny było teraz spokojne i lekko zarumienione. Skutkiem takiej zmiany uspokoiły się smutne przeczucia dziewicy, nadzieja zabłysła znowu w jej sercu, zdawało jej się, że matka jej została ocalona jednem z tych przesileń, które w podobnych chorobach tak często się przytrafiają. Więc, uradowana w najwyższym stopniu, wzięła nuty i poszła do fortepianu.

Nad nim wisiał portret małej pięcio lub sześcio-letniej panienki, bawiącej się z prześlicznym chartem: nie była ona piękna, ale jej dziecinna twarzyczka miała w sobie pociągający wyraz słodyczy i szczerości. Portret był malowany przed dziesięciu laty i wyobrażał Ernestynę de Beaumesnil, prawą córkę hrabiny.

Herminja odgadła łatwo kogo przedstawiało malowidło, nie potrzebując się nawet o to pytać nikogo. Ah! jakże często zwracała skryte, nieśmiałe i miłosne spojrzenia na małą siostrzyczkę, która jej była nieznana i której może nigdy nie miała poznać!

Pozostając jeszcze pod wpływem zupełnie świeżego wzruszenia, Herminja czuła na widok tego portretu głębsze wrażenie jak zwykle; przez kilka chwil nie mogła oderwać oczu od obrazu, podczas kiedy zupełnie machinalnie otwierała fortepian.

Pani de Beaumesnil przypatrywała się tkliwym wzrokiem wszystkim poruszeniom dziewicy i zauważyła to ze szczerą radością, jak ta oglądała portret Ernestyny.

- Biedna Herminja - myślała hrabina - ma matkę, siostrę, a przecież nigdy nie ma wymówić tych słodkich słów: moja matko; moja siostro. - Nareszcie otarłszy ukradkiem łzę, która zrosiła jej lica, rzekła głośno do Herminji, ciągle jeszcze stojącej w zamyśleniu przed portretem. - To moja córka; jak przyjemne są rysy tego dziecięcia! nieprawdaż?

Herminja zadrżała, jakgdyby ją schwytano na jakim występku; zarumieniła się i odpowiedziała nieśmiało:

- Przebacz mi pani... gdyż... ja...

- O! przypatrz się jej pani - dodała pani de Beaumesnil z zapałem - przypatrz jej się; chociaż teraz jest już ona dorastającą panienką i bardzo się zmieniła, jenak to słodkie, otwarte spojrzenie, pozostało w niej na zawsze. Nie jest ona wcale tak piękna, jak pani - mówiła dalej biedna matka, prawie mimowolnie, z tajemną dumą i uradowana, że tem porównaniem mogła zjednoczyć obie swoje córki - lecz rysy Ernestyny mają równie jak pani rysy, tenże sam nieopisany wdzięk. - Następnie pani de Beaumesnil, obawiając się, ażeby powabem tego porównania nie została zbyt daleko uniesioną, dodała ze smutkiem - Biedne dziecię, oby tylko mogła być zdrowsza!

- Czy stan jej zdrowia rzeczywiście budzi jaki niepokój w pani?

- Ah! podczas kiedy zbyt szybko rosła, zdrowie jej zostało nadzwyczajnie osłabione, rosła ona tak nagle, że nas to bardzo martwiło; lekarze wysłali ją do Włoch, dokąd towarzyszyć jej nie mogłam, ponieważ i ja sama ciężką złożona byłam chorobą. Szczęściem, ostatnie jej listy są uspokajające. Biedne, ukochane dziecię, codziennie pisze dla mnie pewien rodzaj dziennika. Trudno znaleźć coś delikatniejszego, coś tkliwszego, jak jej naiwne zwierzenia; muszę pani odczytać niektóre z jej listów. Z nich tak pani polubi Ernestynę, jakgdybyś ją osobiście znała.

- O! pani hrabino, nie wątpię, o tem bynajmniej i po tysiąc razy dziękuję pani za tę obietnicę - rzekła Herminja, nie ukrywając swojej radości - lecz ponieważ ostatnie wiadomości od córki pani są tak zadawalniające, przeto nie powinnaś pani poddawać się żadnej obawie; młodość sama tyle zawiera w sobie siły, tyle środków! a zresztą czegóż to młodość nie dokaże pod wpływem pięknego włoskiego słońca, które podobno jest tak cudowne, tak zbawienne.

Tu gorzka myśl nasunęła się pani de Beaumesnil.

Wspomniawszy bowiem tę kosztowną podróż, tę nadzwyczajną troskliwość i ogromne wydatki, jakie wywołało słabowite zdrowie Ernestyny, zapytała samej siebie z pewnym rodzajem przerażenia, coby Herminja, ta biedna, opuszczona istota poczęła, gdyby znajdowała się w położeniu Ernestyny, i gdyby, jak ona zagrożona temże samem niebezpieczeństwem, musiała odbywać tak kosztowne podróże, na jakie tylko osoby bogate zdobyć się mogą.

Z tego powodu pani de Beaumesnil uczuła żywiej niż kiedykolwiek chęć dowiedzenia się jakim sposobem Herminja zwalczyła wszystkie trudności swego przykrego położenia, od czasu, w którym hrabina żadnej nie miała o niej wiadomości, aż do chwili, w której skutkiem niespodziewanego zdarzenia zbliżyła się do niej.

Ale jakimże sposobem mogła pani de Beaumesnil, nie zdradziwszy swojej tajemnicy, zażądać i wysłuchać podobnych zwierzeń? Na jaką trwogę mogłaby być wystawiona, słuchając opowiadania swej córki.

Te to były powody, które aż dotąd wstrzymywały panią de Beaumesnil od proszenia Herminji o udzielenie jej niektórych wiadomości z jej przeszłego życia.

Lecz czy to hrabina przeczuwała, że przemijające polepszenie jej stanu zwiastowało tem niebezpieczniejszy powrót nieszczęsnej słabości, czy też nie była w stanie oprzeć się niezwalczonemu uczuciu miłości macierzyńskiej, które tem żywiej rozniecone zostało poprzedzającą sceną; pani de Beaumesnil powzięła zamiar wybadania swej córki.

 

X.

 

W czasie chwilowego milczenia pani de Beaumesnil, namyślając się w jaki sposób mogłaby najzręczniej zagadnąć Herminję o udzielenie jej niektórych wiadomości o jej dawniejszem życiu, młoda panienka przewracała swoje nuty, czekając rychło ją hrabina wezwie, ażeby zasiadła do fortepianu.

- Poczytasz mnie pani za bardzo kapryśną - rzekła hrabina - gdyż jeżeliby to pani nie zrobiło różnicy, wołałabym słyszeć jej muzykę dopiero około godziny dziesiątej, jest to zwykle moja godzina krytyczna, może uniknę jej dzisiaj, jeżeli stan mój się nie pogorszy. W przeciwnym bowiem razie, przykroby mi było, żem środka, który moje boleści tak często uśmierzał, zbyt wcześnie użyła. Lecz to jeszcze nie wszystko, kiedy już mam uchodzić za tak kapryśną, jednakże obawiam się, ażeby mnie pani nie posądziła o ciekawość, a może nawet o niedelikatność.

- Dlaczego, pani hrabno?

- Usiądź pani tu, przy mnie - odpowiedziała hrabina słodkim głosem - i powiedz mi, jak się to dzieje, że tak jeszcze młoda, gdyż nie możesz pani mieć więcej jak lat siedemnaście lub osiemnaście?

- Mam siedemnaście i pół.

- Otóż, jak się to dzieje, że w twoim wieku jesteś już pani tak znakomitą artystką.

- Pani hrabina zbyt łaskawie o mnie sądzi, miałam zawsze wielkie zamiłowanie do muzyki, a to niewiele, czegom się nauczyła, z wielką przyszło mi łatwością.

- A któż był nauczycielem pani, gdzie się uczyłaś?

- Na pensji, na kórej zostawałam, pani hrabino.

- W Paryżu?

- Nieciągle, pani, w Paryżu byłam na pensji.

- A gdzie pani była pierwej?

- W Beauvais, gdzie zostawałam aż do dziesiątego roku.

- A potem?

- Potem przybyłam do Paryża na pensję.

- I długo tam pani była?

- Do roku szesnastego i pół, życia mojego.

- A następnie?

- Następnie opuściłam pensję i zaczęłam dawać lekcje śpiewu i muzyki...

- I tym sposobem... Lecz nie dokończywszy co zaczęła mówić, pani de Beaumesnil dodała tylko z pewnym pomieszaniem. - Ale doprawdy, wstydzę się z mojej niedel katności, której nic innego usprawiedliwić nie zdoła, tylko to zajęcie, które pani we mnie budzi.

- Pytania, które mi pani hrabina raczyła zadać, są tak życzliwe, tak łaskawe, że czuję się szczęśliwą odpowiadać na nie z zupełną szczerością.

- Cieszy mnie to niewypowiedzianie; więc kiedy pani opuściła pensję, do kogóż udałaś się wtedy?

- Nie znałam nikogo, do kogobym mogła się udać.

- Nikogo! - zawołała pani de Beaumesnil z heroiczną odwagą i spokojem. - Ale - dodała jeszcze - pani rodzice?... pani... familja...

- Nie mam rodziców, pani hrabino - odpowiedziała Herminja, z taką samą odwagą, jaką jej matka okazała - nie mam familji. - I pomyślała w duszy: Teraz nie mogę już wątpić, ona nie wie, że jestem jej córką. W przeciwnym bowiem razie, miałażby odwagę i siły zadawać mi podobne pytanie.

- Teraz zaś - pytała dalej pani de Beaumesnil - u kogóż pani mieszka?

- Mieszkam... sama, pani hrabino.

- Zupełnie sama?

- Tak jest, pani.

- I przebacz mi pani jeszcze to zapytanie, gdyż w takim wieku wydaje mi się podobne położenie nadzwyczaj nie zajmującem, i pani zawsze sama dawałaś lekcje?

- Tak, pani hrabino - odpowiedziała biedna Herminja odważnie.

- Jeszcze raz wracam do tego; więc pani, tak młoda, żyjesz zupełnie sama!

- Cóż mam począć, pani hrabino, człowiek nie może kierować swoim losem, musi mu się tylko poddać, i odwagą, niezmordowaną pracą, jeżeli nie świetne, to przynajmniej szczęśliwe życie sobie zapewnić.

- Szczęśliwe życie! - zawołała pani de Beaumesnil z uczuciem żywej radości - więc pani jesteś szczęśliwą!...

Gdy wymawiała te słowa, wyraz jej twarzy i dźwięk jej głosu tak wielką zwiastowały radość, że nowa wątpliwość powstała w duszy Herminji i pomyślała sobie:

- Może ona wie, że jestem jej córką; bo dlaczegóżby jej tak na tem zależało, czy jestem szczęśliwa czy nie! Zresztą, dla mnie wszystko to jedno! jeżeli wie, że jest moją matką, powinnam ją uspokoić, ażeby jej oszczędzić zgryzoty, wyrzutów sumienia. Jeżeli zaś jestem dla niej obcą, to również należy ją uspokoić, bo mogłaby myśleć, że pragnę obudzić jej litość dla siebie... a na taką myśl oburza się moja duma.

Ponieważ pani de Beaumesnil, dla jej macierzyńskiego serca zapewnienie to tak drogie jeszcze raz chciała słyszeć, przeto powtórzyła:

- Więc pani jesteś szczęśliwa? prawdziwie szczęśliwa?

- Jestem, pani - odpowiedziała Herminja głosem niemal radosnym - jestem bardzo szczęśliwa.

Hrabina widząc piękne oblicze swej córki promieniejące młodością i szczęściem, używała wszystkich, jakie tylko w jej mocy były, środków, ażeby się nie zdradzić i rzekła, starając się naśladować wesołość Herminji:

- Nie śmiej się pani, z mojego pytania, ale dla nas, którzy jesteśmy przyzwyczajeni do wszystkich zbytków bogactwa, są rzeczy, których pojąć wcale nie możemy. Tak naprzykład, kiedyś pani wyszła z pensji, jakżeś sobie poradziła, ażeby sobie urządzić, chociaż tylko małe, gospodarstwo?

- O! pani hrabino - rzekła Herminja z uśmiechem - wtedy byłam bogata.

- Jakto?

- W dwa lata po oddaniu mnie na pensję w Paryżu, przestano płacić za mnie; miałam wtedy lat dwanaście, nasza przełożona polubiła mnie bardzo. "Moje dziecię, powiedziała ona do mnie, nie płacą już za ciebie, ale to nic nie szkodzi, pozostaniesz tutaj, ja ciebie nie opuszczę".

- Zacna kobieta!

- Ah! najlepsza w świecie, pani hrabino; na nieszczęście już dzisiaj nie żyje - dodała Herminja smutno. Lecz ponieważ nie chciała zostawić hrabiny pod wpływem smutnego uczucia, dodała z uśmiechem. - Ta zacna kobieta uważała tylko na własną godność, a nie pomyślała o mojej najgłówniejszej wadzie. Gdyż, jeżeli pani hrabina życzy sobie, ażebym wszystko szczerze powiedziała, to muszę wyznać, że mam jednę bardzo wielką, bardzo brzydką wadę.

- Co za urojenie! I jakaż ta jest ta wada?

- Ah! pani hrabino!... Jest to duma.

- Duma?

- Niestety! tak jest. Otóż, kiedy nasza przełożona uczyniła mi propozycję, zatrzymania mnie z litości na pensji, oburzyła się na to moja duma, i oznajmiłam przełożonej, że pod tym jedynie warunkiem przyjmę jej ofiarę, jeżeli wszystko, co mi dawać chciała za darmo, pracą moją odrabiać jej będę.

- W dwunastym roku życia? Widziałże kto tak dumne dziecię! I jakże pani sobie poczęłaś, ażeby wynagrodzić swą przełożoną?

- Odbywałam repetycje z innemi dziećmi, które grały mniej wprawnie ode mnie: gdyż na mój wiek, grałam już dosyć biegle, zwłaszcza, że zawsze miałam wielkie upodobanie w muzyce...

- I przełożona przyjęła podobny warunek?

- Z radością, pani hrabino. Moje postanowienie wzruszyło ją.

- Wierzę temu chętnie.

- Od tej chwili miałam z jej łaski dosyć znaczną liczbę uczennic, z których kilka było daleko starszych ode mnie. (Zawsze to jest duma, pani hrabino). Cóż mam pani więcej powiedzieć: co z początku, że tak powiem, było dziecinną igraszką, stało się później mojem powołaniem i źródłem znacznego zysku. W czternastym roku byłam drugą nauczycielką muzyki pensjonatu, z pensją tysiąca dwustu franków; wystawi pani sobie teraz sumy, jaką sobie tym sposobem do szesnastego roku zarobiłam, gdyż na pensji nie miałam żadnych innych wydatków, prócz mego utrzymania.

- Biedne dziecię... tak młode... tak pracowite... tak szlachetnie dumne, i już zdolne zarobić na swoje utrzymanie - zawołała hrabina, nie będąc w stanie powściągnąć łez. Poczem dodała. - Czemuż pani porzuciła pensję?

- Kiedyśmy utraciły naszą czcigodną ochmistrzynię, nastąpiła po niej inna przełożona, ale niestety! nie była ona pod żadnym względem podobna do mojej protektorki. Pomimo tego jednak, uczyniła mi propozycję pozostania pod temż samemi warunkami na pensji. Przyjęłam ją, lecz w dwa miesiące moja nieszczęśliwa wada i upór, doprowadziły mnie do rozpaczliwego kroku.

- Z jakiegoż to powodu?

- O ile obchodziła się ze miną łagodnie i łaskawie poprzednia nasza przełożona, o tyle jej następczyni była dla mnie surowa i przykra. Pewnego dnia... - I twarz Herminji na to wspomnienie oblała się żywym rumieńcem - pewnego dnia - mówiła dalej - uczyniła mi ta kobieta jeden z takich zarzutów, po których rana nigdy w sercu się nie zagoi, powiedziała mi bowiem...

- Cóż powiedziała pani ta niegodziwa kobieta? - zapytała spiesznie pani de Beaumesnil, gdyż Herminja nagle przerwała swą mowę, ażeby nie zasmucić hrabiny; tym więcej, że nawet nie śmiała powtórzyć tych przykrych i upokarzających wyrazów, jakich względem niej użyto:

"Jesteś panna zbyt dumną na podrzutka, który z litości został wychowany w tym domu".

- Co pani odpowiedziała? - zapytała powtórnie pani de Beaumesnil.

- Niech mnie pani hrabina uwolni - odpowiedziała Herminja - od powtarzania tych oburzających słów; jeżelim o nich nie zapomniała, to przynajmniej przebaczyłam je już. Nazajutrz jednak opuściłam pensję z moim małym skarbem, owocem moich lekcyj i oszczędności - dodała dziewica z uśmiechem - przy pomocy tego skarbu, pokryłam koszta mojego gospodarstwa, jak je pani raczyła nazwać, i odtąd żyję sama jedna w mojem mieszkaniu.

Herminja wymówiła ten wyraz, w mojem mieszkaniu, z twarzą tak dumną, wesołą i zadowoloną, że pani de Beaumesnil, ujęta wdziękiem takiej otwartości, ze łzami w oczach i uśmiechem schwyciła rękę siedzącej przy niej panienki.

- Jestem przekonana - rzekła - dumne dziecię, że mieszkanie twoje musi być prześliczne.

- O! pod tym względem, pani hrabino, niemasz w niem nic coby było dla mnie zbyt wyszukanem, zbyt świetnem.

- Doprawdy? i z iluż pokoi składa się pani mieszkanie?

- Z jednego tylko, z przedpokoikiem, ale jest na dole i z widokiem na ogród; jest ono maleńkie, dlatego też pozwoliłam sobie na kupienie dywanu, obicia, i bawełnianych firanek, mam tylko jeden fotel, ale aksamitny, który sama wyhaftowałam; słowem, niewiele posiadam, ale i to, jak mi się zdaje, jest gustowne. Lecz to nie wszystko, miałam jeszcze jedno dumne życzenie, które niedługo będzie spełnione.

- A tem dumnem życzeniem jest?

- Ażeby mieć małą dziewczynkę do usług, dziewczynkę trzynasto lub czternastoletnią, którąbym wydobyła z przykrego położenia i któraby szczęśliwie żyła ze mną. Właśnie znalazłam stworzenie zupełnie odpowiednie dla mnie. Przedstawiono mi małą dwunastoletnią sierotę, która, jak mówią, ma mieć najlepsze serce. Niech pani teraz pomyśli, jak będę zadowolona przyjąwszy ją do siebie, tem więcej, że to przecież nie jest zbyt wielki wydatek. Tym sposobem nie będę potrzebowała wychodzić sama na lekcje, co właśnie jest dla mnie rzeczą najprzykrzejszą, bo pani hrabina to pojmuje, kobieta sama jedna...

Herminja nie skończyła swoich słów, a nawet dwie łzy stoczyły się po jej licach, kiedy pomyślała o bezczelnej napaści pana de Ravil. Niestety! biedna dziewica była już kilka razy wystawiona na podobne bolesne zajścia, pomimo swojego zawsze skromnego i pełnego godności postępowania.

- Rozumiem cię, biedne dziecię, i usprawiedliwiam takie postępowanie - rzekła pani de Beaumesnil, której wzruszenie wzrastało z każdą chwilą - ale któż się stara o lekcje dla pani? i czy je też zawsze miewasz?

- Prawie zawsze, pani hrabino, a jeżeli niektóre z moich uczenie wyjeżdżają latem na wieś, wtedy chwytam się innych środków: haftuję, komponuję, a przy tem pozostałam także w stosunkach przyjaźni z kilku mojemi towarzyszkami z pensji. Jednej z nich winna jestem, że zostałam polecona żonie doktora pani hrabiny, właśnie kiedy szukał jakiej młodej osoby nieźle grającej na fortepianie, któraby mogła być gotową do usług pani.

Herminja, która z początku swego opowiadania siedziała w fotelu przy głowach łóżka hrabiny, teraz znajdowała się już na jej łóżku i niemal w objęciach swej matki.

Obie nieznacznie, prawie mimo swej wiedzy, uległy niezwalczonemu pociągowi dziecinnej i macierzyńskiej miłości, albowiem kiedy pani de Beaumesnil wezwała Herminję, ażeby przy niej usiadła, nieuważna matka odważyła się w ciągu tego prostego i rozczulającego opowiadania jednę jej rękę zatrzymać w swych dłoniach.

Potem nastąpiło to, co zwykle się dzieje, kiedy nierozważny śmiałek, zbliży się do niebezpiecznej maszyny, będącej w zupełnym biegu, która go w swe koła pochwyci niczem niepokonaną siłą; podobnież i tu: podczas kiedy Herminja opowiadała matce swe przeszłe życie, czuła ona, jak pani de Beaumesnil naprzód ściskała jej rękę, potem, jak nieznacznie przyciągała ją do siebie, tak, że nareszcie znalazła ?się na łóżku matki, która zawiesiła swe osłabione ręce na jej szyi.

Wtedy to pani de Beaumesnil uległa, że tak powiem, pod wpływem jakiegoś szału macierzyńskiego przywiązania; zamiast dalszej rozmowy, ujęła piękną głowę Herminji obu rękoma, i nie mówiąc ani słowa, okryła ją łzami i gorącemi pocałunkami.

Matka i córka w milczeniu ściskały się serdecznie.

Tym razem byłyby niewątpliwie zdradziły swą tajemnicę, którą aż dotąd z taką trudnością ukrywały, i którą już lada chwila miały sobie objawić, kiedy niespodzianie obie przywrócone zostały do przytomności, usłyszawszy nagle, że ktoś zapukał do drzwi sypialni.

Przerażona krzywoprzysięstwem, które już miała popełnić, pani de Beaumesnil na szczęście odzyskała znowu rozsądek; zmieszana, zawstydzona, nie wiedząc jak usprawiedliwić przed swą córką ten wybuch szalonej tkliwości, rzekła głosem przerywanym, usuwając zwolna swe ręce od Herminji:

- Przebacz mi pani, przebacz. Ale jestem matką, moja córka jest tak daleko, jej to oddalenie jest powodem mojej boleści; biedna moja głowa jest bardzo osłabiona, i w szaleństwie myślałam przez chwilę, doprawdy, nie wiem, jak się to stało, lecz zdawało mi się, że to mą córkę przyciskam do zbolałych piersi. Przebacz pani temu macierzyńskiemu obłąkaniu, widzi pani, trzeba mieć litość nad biedną matką, która się czuje bliską śmierci, a nie może swego dziecięcia po raz ostatni uścisnąć.

- Pani - umrzeć! - zawołała dziewica, podnosząc łzami zalane oblicze, i przypatrując się z trwogą swej matce. Lecz kiedy powtórnie zapukano, śpiesznie otarła łzy, i tyle odzyskała mocy nad sobą, że się mogła wydawać prawie spokojną. - Już drugi raz ktoś puka - rzekła do hrabiny.

- Niech wejdzie - odpowiedziała pani de Beaumesnil, zmieszana jeszcze i zasmucona tą sceną.

Jakoż weszła zaufana służąca hrabiny mówiąc:

- Czekałam na pana de Maillefort, jak pani rozkazała.

- I cóż? - zapytała pani de Beaumesnil z pośpiechem - czy przyjdzie?

- Pan margrabia znajduje się w sali, i czeka, rychło go pani hrabina przyjmie.

- Ah! dzięki Bogu - powiedziała pani de Beaumesnil zcicha, przypatrując się swej córce - niebo wynagradza mnie za to, żem miała siłę dochować mej przysięgi. Poczem odwróciła się do służącej: Wprowadź pana de Maillefort.

Herminja, znękana wpływem tylu uczuć, czując, że jej obecność byłaby zbyteczną, wzięła swą mantylę i kapelusz, zamierzając się oddalić.

Hrabina ciągle śledziła ją wzrokiem.

Stało się...

Może ona już po raz ostatni widziała swą córkę; gdyż nieszczęśliwa matka czuła, że siły, jakie czerpała w sztucznem podsycaniu, gasły coraz bardziej.

Lecz miała jeszcze tyle odwagi, że niemal silnym głosem powiedziała córce:

- Zostawmy tedy na jutro naszą muzykę z Oberona, ale pani będzie łaskawa przyjść wcześniej, nieprawdaż?

- Dobrze, pani hrabino - odpowiedziała Herminja.

- Pani Dupont, wyprowadź pannę Herminję - rzekła hrabina do swej pokojowej - a potem wprowadzisz pana de Maillefort.

Pani de Beaumesnil, patrząc jeszcze ciągle za oddalającą się córką, nie mogła się powstrzymać od powiedzenia do niej jeszcze raz:

- Bądź pani zdrowa.

- Żegnam panią hrabinę - odpowiedziała Herminja. I w tych, przez zimną ceremonjalność dyktowanych, słowach wyraziły te dwie biedne, boleścią znękane istoty swoją rozpacz, w owej ważnej chwili, kiedy się ostatni raz widziały ze sobą.

Pani Dupont wyprowadziła Herminję, ale jednak nie przez salę, w której pan de Maillefort czekał.

W chwili kiedy dziewica wychodziła z pałacu, pani Dupont rzekła do niej z pewnem współczuciem:

- Zapomina pani swego parasola, a może się przydać, bo czas jest okropny; deszcz leje jak z cebra.

- Dziękuję pani - rzekła Herminja, biegnąc szybko po parasol, który zostawiła w pierwszej sali.

Rzeczywiście, deszcz padał ulewny, ale Herminja, dotknięta okropnym bólem, nie zważała prawie, że noc była ciemna i burzliwa, a wyszedłszy z hotelu nie wahała się sama jedna w tej odległej części miasta wracać do swego mieszkania.

 

XI.

 

Pan de Maillefort czekał w sali na powrót pani Dupont, która go miała wprowadzić do hrabiny.

Rysy garbatego nie miały już w sobie tego wyrazu szyderstwa, jak zwykle; w obliczu jego malował się głęboki żal, połączony z obawą i zdziwieniem.

Stojąc oparty o komin, z głową opartą na ręku, margrabia zdawał się być zupełnie pogrążonym w swojem dumaniu, właśnie jakgdyby rozmyślał nad rozwiązaniem jakiej trudnej zagadki; potem, budząc się nagle ze swego marzenia, spojrzał smutno i uważnie dokoła, łzy błyszczały w jego czarnych oczach; nareszcie przetarł ręką czoło, jakgdyby chciał odpędzić bolesne wspomnienia i szybko zaczął się po sali przechadzać

W chwilę potem powróciła pani Dupont- i rzekła do margrabiego:

- Czy pan margrabia raczy pójść za mną, pani hrabina może już przyjąć pana.

Pani Dupont poprzedziła margrabiego, otworzyła drzwi prowadzące do sypialni pani de Beaumesnil i zameldowała:

- Pan margrabia de Maillefort!

Hrabina ubrała się na prędce jak osoba chora ubrać się może; jej jasne włosy, które chwilę przedtem smutkiem tkliwych pieszczot, jakiemi obsypywała swą córkę, znajdowały się w pewnym nieładzie, były znowu gładko przyczesane; świeży koronkowy czepeczek otaczał jej bladą twarz, z której prawie zupełnie już zeszedł ów gorączkowy rumieniec; jej oczy, niedawno jeszcze jaśniejące macierzyńską miłością zdawały się gasnąć, a ręce, które przed chwilą, kiedy Herminję ściskały, tak były gorące, teraz zaczynały już stygnąć.

Na widok śmiertelnie zmienionych rysów hrabiny, które dawniej widział jaśniejące młodością i urodą, margrabia zadrżał, i mimowolnie zatrzymał się chwilkę.

Twarz garbatego zdradziła jego bolesne zdumienie, gdyż pani Beaumesnil, pozostawszy z nim sama w pokoju, starała się uśmiechnąć nieco, i rzekła:

- Znajdujesz mnie pan bardzo zmienioną, nieprawdaż, panie de Maillefort?

Garbaty nic nie odpowiedział, tylko pochylił głowę; a kiedy ją po chwili milczenia podniósł, był bardzo blady.

Pani de Beaumesnil wskazała mu stojące w bliskości swego łóżka krzesło i rzekła miłym, lecz uroczystym głosem:

- Boję się, panie margrabio, czy chwile mego życia nie są już ostatecznie policzone, dlatego starać się będę nie być rozwlekłą w naszej rozmowie.

Margrabia usiadł w milczeniu przy łóżku hrabiny, która dodała.

- Mój list zadziwił pana zapewne?

- Prawda, pani.

- Lecz pan, zawsze dobry, zawsze szlachetny, pośpieszyłeś do mnie natychmiast.

Margrabia ukłonił się.

Pani de Beaumesnil mówiła dalej wzruszonym głosem.

- Panie de Maillefort, pan kochałeś mnie szczerze...

Garbaty uczynił nagłe poruszenie i spojrzał na hrabinę wzrokiem zmieszanym i zdziwionym.

- Niechaj to pana nie dziwi, że wiem o tajemnicy, którą ja sama odkryłam - rzekła hrabina - gdyż prawdziwa, szczera miłość zdradzi się zawsze, kiedy się człowiek znajdzie przy osobach, które kocha.

- A więc, pani - rzekł nieśmiało garbaty, nie mogąc wyjść z podziwienia, - pani to powiedziała...

- Wiedziałam o wszystkiem - rzekła hrabina, podając panu de Maillefort swoją prawie już ostygłą rękę.

Margrabia uścisnął rękę pani de Beaumesnil ze czcią i gorzkie łzy, których powściągnąć nie był w stanie, zrosiły jego lica.

- Odgadłam wszystko - mówiła dalej hrabina - pana wzniosłą i tajemną rezygnację, pana cierpienia, które znosiłeś z bohaterskiem męstwem.

- Pani to wszystko wiedziała - rzekł pan de Maillefort zcicha i wahając się - pani to wszystko wiedziała? a jednak w tych rzadkich chwilach, które mnie sprowadzały do boku pani, byłem zawsze przyjmowany tak słodko, - tak łaskawie... Pani wiedziała o wszystkiem, a ja nigdy na twoich ustach nie dostrzegłem uśmiechu szyderstwa, ani w twoich oczach spojrzenia urągającego politowania!

- Panie de Maillefort - odpowiedziała hrabina z wzruszającą godnością - w imię miłości, którą dla mnie czułeś, w imię tego słodkiego szacunku, jaki charakter pana we mnie budził, powierzę panu w tej chwili, może ostatniej w życiu mojem, to, co posiadam najdroższego.

- Przebacz, przebacz pani, że nawet jednę chwilę byłem w mniemaniu, ażeby takie jak pani serce mogło szydzić lub pogardzać uczuciem skrytem, ale pełnem czci i poszanowania. Mów, pani, zdaje mi się, że jestem godzien twego zaufania.

- Panie de Maillefort, dzisiejszej nocy wybije dla mnie ostatnia godzina.

- Pani...

- O! ja się nie mylę. Tylko z największym wysiłkiem i przy użyciu sztucznych środków walczę od kilku godzin z ostatniemi ciosami mojej choroby, posłuchaj mnie pan zatem, gdyż powtarzam, moje chwile są policzone...

Garbaty otarł łzy i słuchał.

- Zna pan okropny wypadek, którego ofiarą został pan de Beaumesnil. Skutkiem śmierci jego i mojej, pozostanie moja córka, moja córka Ernestyna, sierotą, w obcym kraju, powierzona troskliwości obcej guwernantki. To jeszcze nie wszystko, Ernestyna jest aniołem niewinności i dobroci; jej nieśmiałość jest nadzwyczajna. Wychowana w pieszczotach miłości ojca i mojej, nigdy nas nie opuszczała, nie zna więc świata i życia; zresztą cóż mogłoby o nich wiedzieć szesnastoletnie dziecię, które oddawna z upodobania przekładało samotność i prostotę nad zgiełk i zabawy? Wprawdzie powinnabym umierać spokojna o jej przyszłość, gdyż jest najbogatszą dziedziczką we Francji. Lecz inie mogę się wstrzymać od pewnej obawy, skoro pomyślę o osobach, które z konieczności będą mnie zastępować przy mojej córce; gdyż zostanie zapewne powierzoną państwu de la Rochaigue, jej najbliższym krewnym. Oddawna już zerwałam wszelkie stosunki z tą rodziną i pan znasz ją dostatecznie, ażeby zrozumieć mą obawę...

- Rzeczywiście, byłoby zbawiennem, gdyby córka pani mogła być poruczoną troskliwości lepiej wybranych opiekunów; ale panna de Beaumesnil ma lat szesnaście, więc opieka nad nią nie będzie trwać długo; zresztą osoby, o których pani hrabina wspomniałaś, są więcej śmieszne, niż złe; nie należałoby się zatem niczego z ich strony obawiać.

- Wiem o tem; lecz ręka Ernestyny będzie poszukiwaną przez osoby łaknące jej majątku, (już ja sama miałam sposobność przekonać się o tem) - dodała pani de Beaumesnil, przypominając sobie nalegania swego spowiednika na korzyść pana de Macreuse - biedne dziecię, będzie miało tylu natrętnych kandydatów do swej ręki, że wtedybym tylko mogła być spokojną, gdybym wiedziała, że jej pozostawię jakiego wiernego przyjaciela, któryby przewagą swego rozumu i wzniosłością charakteru, mógł pokierować jej wyborem. Bądź pan dla Ernestyny takim ojcowskim przyjacielem; proszę pana gorąco o to, panie de Maillefort, a wtedy spokojnie umrę z tem nieomylnem przekonaniem, że los mej córki będzie równie szczęśliwy jak świetny.

- Starać się będę zostać przyjacielem córki pani. Co tylko ode mnie zależy, spełnionem będzie jak najświęciej.

- Ah, oddycham nareszcie, teraz niczego się już nie lękam dla Ernestyny. Wiem, co znaczy przyrzeczenie przez pana uczynione, panie de Maillefort - zawołała hrabina, której lica zabłysły na chwilę radością i nadzieją.

Lecz wkrótce zwiększyła się jej słabość, i pojawiły się takie symptomaty, że się już sądziła bliską śmierci; jej rysy, które się rozjaśniły skutkiem obietnicy danej przez pana de Maillefort, przybrały na nowo wyraz obawy i dodała głosem błagającym:

- To jeszcze nie koniec, panie de Maillefort, zamierzam udać się do wspaniałomyślności twojej z prośbą o jeszcze większą może usługę.

Margrabia spojrzał ze zdumieniem na panią de Beaumesnil.

- Oświecona i wsparta radą pana - rzekła dalej hrabina - córka moja, Ernestyna, będzie równie szczęśliwą jak bogatą. Nie widzę zatem piękniejszej, pewniejszej przyszłości, jak ta, która ją oczekuje, ale nie taka jest przyszłość pewnej biednej, szlachetnej istoty... a... ja... pragnęłabym... ażebyś pan...

Pani de Beaumesnil nie śmiała dalej mówić, nie mogła.

Z początku powzięła ona zamiar powierzenia panu de Maillefort tajemnicy urodzenia Herminji, aby jej na zawsze zapewnić opiekę tego szlachetnego człowieka, lecz wstyd podobnego wyznania, któreby także zgwałciło złożoną przysięgę, wstrzymał ją od tego.

Gdy margrabia widział, że pani de Beaumesnil wahała się, zawołał:

- Co pani jest? Błagam panią usilnie, oznajmij mi, jaką drugą usługę mogę pani wyświadczyć. Czyliż pani nie wie, że może mną rozporządzać, jak jednym ze swoich najlepszych przyjaciół.

- Wiem o tem, o! wiem - odpowiedziała pani de Beaumesnil z trwogą - a jednak nie śmiem, obawiam się... I dalsze słowa skonały powtórnie na ustach pani de Beaumesnil.

Wzruszony tą obawą, margrabia chciał jej przyjść w pomoc i powiedział:

- Zdaje mi się, żeś pani mówiła o przyszłości jakiejś biednej, szlachetnej istoty... Któż ona jest? jakim sposobem mogę jej być pomocnym?

Owładnięta bólem i wzmagającą się słabością, pani de Beaumesnil zakryła twarz rękoma i zalała się łzami; lecz po niejakiem milczeniu, utkwiła łzami błyszczące spojrzenie w obliczu margrabiego, i rzekła głosem przerywanym, starając się zarazem okazać spokojniejszą.

- Tak, mógłbyś pan być bardzo użytecznym... pewnej... biednej, młodej panience, która ze wszech miar godną jest szacunku i współczucia... bo trzeba panu wiedzieć... ona jest bardzo nieszczęśliwa... jest sierota... bez żadnej podpory... bez najmniejszego majątku... ale ma serce dumne i szlachetne; przysięgam panu... niemasz doskonalszej... pracowitszej istoty na świecie.. słowem, to prawdziwy anioł - dodała hrabina z ujmującą żarliwością.

- Tak jest - dodała pani de Beaumesnil ze łzami w oczach - jest to anioł odwagi, - cnoty; i dla tego to anioła błagam pana ze złożonemi rękoma o ojcowskie współczucie, równie jakem pana o to prosiła dla mej córki. O, panie de Maillefort, zaklinam pana, błagam jak najgoręcej, nie odmawiaj mi pan tej łaski.

Wzruszenie, z jakiem pani de Beaumesnil o tej sierocie mówiła, jej widoczne pomieszanie, jej prośba, ażeby swe przywiązanie pomiędzy jej córką, a tą obcą panienką podzielał, wszystko to powiększało coraz więcej zdumienie margrabiego.

Przez chwilę pozostał mimowolnie w milczeniu, następnie atoli zadrżał nagle; bolesna myśl powstała w jego głowie, przypomniał sobie bowiem owe krzywdzące i fałszywe wieści (przynajmniej dotąd uważał je za takie), których przedmiotem była niegdyś pani Beaumesnil, i dla których właśnie tegoż samego jeszcze poranku wyzwał pana de Mormand pod pozorem błahego uchybienia.

Czy wieści te miały zasadę? Czy ta sierota, dla której pani de Beaumesnil tak wiele okazywała zajęcia, była dla niej drogą z tytułu jakiego tajemniczego przywiązania? Czy nie była owocem jej błędu?

Wkrótce atoli, pełen ufności w cnotę pani de Beaumesnil, margrabia odepchnął tę obrażającą ją myśl i czynił sobie nawet wyrzuty, że na chwilę pozwolił jej się owładnąć.

Przerażona milczeniem garbatego, pani de Beaumesnil rzekła niepewnym głosem:

- Proszę mi przebaczyć, panie de Maillefort, widzę, żem nadużywała pana szlachetności; niedosyć mi było uzyskać od pana zapewnienie jego ojcowskiej opieki dla mojej córki Ernestyny, chciałam jeszcze wyjednać pana współczucie... dla biednej... obcej dla niego osoby... O! przebacz mi pan... proszę... proszę pana o to.

Głos, jakim pani de Beaumesnil wymówiła te słowa, miał w sobie coś tak bolesnego, tak rozpaczającego, że w umyśle pana de Maillefort nowa powstała wątpliwość, która boleśnie dotknęła jego; widział on jednę ze swoich najszlachetniejszych, najdroższych illuzyj niknącą; pani de Beaumesnil nie była już dla niego tą idealną istotą, którą oddawna poważał z religijną czcią.

Ale pan de Maillefort ulitował się nad nieszczęśliwą matką; zrozumiał, ile ona musiała wycierpieć, ile łez wylać, dlatego odpowiedział głosem wzruszonym:

- Uspokój się, pani, dotrzymam mojej obietnicy. Sierota, którą mi pani polecasz, będzie dla mnie równie drogą, jak panna de Beaumesnil; zamiast jednej, będę miał dwie córki.

I z uprzejmością podał rękę hrabinie, jak gdyby chciał przez to uświęcić swoją obietnicę.

- Teraz mogę umierać spokojnie - zawołała hrabina.

I zanim margrabia oprzeć jej się zdołał, przycisnęła podaną sobie rękę do ust już zlodowaciałych.

Na taki dowód niewypowiedzianej wdzięczności, nie wątpił już pan de Maillefort, że hrabina miała córkę naturalną.

Czy to, że tyle wzruszeń wyczerpało siły hrabiny, czy też, że postęp choroby, która się na chwilę ukryła poi zwodniczem polepszeniem, teraz dosięgnął najwyższego stopnia, pani de Beaumesnil uczyniła gwałtowne poruszenie, i boleśnie krzyknęła.

- Wielki Boże! - zawołał margrabia przerażony nagłą zmianą rysów hrabiny - co pani jest?

- Nic to - odpowiedziała z męstwem - nic... lekka boleść... ale weź pan ten klucz... proszę pana... I hrabina podała panu de Maillefort kluczyk, który wyjęła z poduszki. - Otwórz pan to... biórko...

Margrabia wykonał polecenie.

- W środkowej szufladzie... jest... pugilares... masz go pan?

- Oto jest.

- Zatrzymaj go pan u siebie, proszę pana, znajduje się w nim suma, którą mogę rozporządzić, albo raczej, którą miałam w schowaniu, mówiła hrabina - suma ta zasłoni panienkę, którą panu poleciłam, na zawsze od niedostatku... Tylko, - dodała biedna matka głosem słabnącym coraz więcej - przyrzeknij mi pan... sierocie tej... nigdy... mojego nazwiska nie wymienić... nie odkryć jej nigdy... kto był osobą... która panu zleciła... oddać jej ten mały mająteczek... Ale powiedz pan... o! powiedz pan... temu nieszczęśliwemu dziecięciu... że było ciągle kochanem... do samego końca... i że...

Margrabia nie mógł zrozumieć ostatnich słów hrabiny, której siły zupełnie już znikły.

- Ale, pani hrabino, komuż mam ten pugilares doręczyć? gdzież ja znajdę tę dziewczynę? jak się ona nazywa? - wołał pan de Maillefort, którego nagle zmienione rysy pani de Beaumesnil i jej ciężki oddech do najwyższego stopnia niepokoiły.

Zamiast odpowiedzieć na pytanie margrabiego, pani de Beaumesnil upadła nawznak, wydała przerażający krzyk i złożyła ręce na piersi.

- Pani hrabino, powiedz mi pani - wołał margrabia, pochylając się do pani de Beaumesnil, oraz zdjęty żalem i trwogą - powiedz mi pani, gdzie znajdę tę panienkę, i jak się nazywa?

- Ah! umieram - mówiła z trudnością pani de Beaumesnil, wznosząc oczy do nieba. A przy ostatecznem wysileniu zdołała jeszcze wyjąkać następujące słowa: Nie zapomnij pan... przysięga... moja córka... ta sierota...

W kilka chwil potem, hrabina już nie żyła.

Głębokim i gorzkim żalem przejęty, nie wątpił już bynajmniej pan de Maillefort, że sierota, której nazwiska nie wiedział, ani mógł się domyślić, gdzie jej należało szukać, była naturalną córką hrabiny.

 

 * * *

 

Pogrzeb pani de Beaumesni'l był wspaniały. Baron de La Rochaigue, jako najbliższy krewny rodziny, znajdował się na czele żałobnego orszaku. Pan de Maillefort, zaproszony piśmiennie na pogrzeb, równie jak i inni znajomi zostający w stosunkach z hrabiną, przyłączył się do orszaku odprowadzającego jej ciało.

W ciemnym zakątku kościoła, klęczała na kamiennej posadzce młoda dziewica, jakby przytłoczona ciężarem swojej rozpaczy, nie zauważona przez nikogo i modląca się z gwałtownem łkaniem.

Była to Herminja.

 

XII.

 

W kilka dni po pogrzebie pani de Beaumesnil, margrabia otrząsnął się nareszcie z tego bolesnego odurzenia, w jakiem go śmierć hrabiny pogrążyła, i zaczął myśleć o spełnieniu ostatniej woli tej nieszczęśliwej kobiety co do zaleconej mu sieroty; ale pojął natychmiast całą trudność zlecenia, którego się podjął.

Rzeczywiście, jakimże sposobem mógł wynaleźć panienkę, którą pani de Beaumesnil tak usilnie mu poleciła? Do kogo miał się udać, ażeby zasięgnąć potrzebnych wiadomości, ażeby się dowiedzieć choć czegokolwiek, coby go mogło wprowadzić na jaki ślad? A zresztą jakim sposobem zbierać wiadomości, dotyczące przedmiotu tak delikatnego bez ubliżenia pamięci pani de Beaumesnil, i bez zdradzenia tajemnicy jaką wykonanie ostatniej woli pod względem tej światu nieznanej sieroty, a swej naturalnej córki, chciała otoczyć?

Garbaty przypomniał sobie nareszcie, że hrabina w dzień śmierci przysłała do niego swą zaufaną służącą z biletem wzywającym go o jak najrychlejsze przybycie do niej.

- Ta kobieta zostaje już bardzo dawno w usługach pani Beaumesnil - pomyślał margrabia - może od niej dowiem się czego.

Jakoż polecił swojemu zaufanemu i wiernemu kamerdynerowi wyszukać panią Dupont i przyprowadzić ją do siebie.

- Wiem, kochana pani Dupont - rzekł do niej - jak przywiązaną byłaś do swej pani.

- Ah! panie margrabio, pani hrabina była tak dobra - odpowiedziała pani Dupont zalewając się łzami, - jakżeby można było nie być dla niej przywiązaną!

- Ponieważ znam przywiązanie i szacunek, jaki zachowałaś dla pamięci swojej niezrównanej pani; dlatego prosiłem panią, ażebyś była łaskawą przybyć do mnie, kochana pani Dupont; idzie tu o rzecz bardzo delikatnej natury.

- Słucham pana margrabiego.

- Dowód zaufania, jaki mi dała pani de Beaumesnil, wzywając mnie w godzinę śmierci do siebie, powinien panią najprzód przekonać, że pytania, które ci uczynię, niemal ze świętym dla nas łączą się interesem; dlatego też liczę na pani szczerość, a potem milczenie.

- O! może pan liczyć na nie, panie margrabio.

- Wiem o tem. Teraz posłuchaj pani o co idzie. Pani de Beaumesnil, miała od dawna zleconem od jednej ze swoich przyjaciółek zajmowanie się losem pewnej młodej sieroty, która teraz przez śmierć swej opiekunki, może znajdzie się bez żadnej pomocy. Nie wiem ani nazwiska, ani mieszkania tej panienki, a zachodzi potrzeba, ażebym się o tem dowiedział. Czy nie mogłabyś mnie w tej mierze objaśnić?

- Młoda sierota? - odpowiedziała pani Dupont z namysłem.

- Tak.

- W ciągu tych dziesięciu lat, które spędziłam w służbie pani hrabiny, - dodała pani Dupont po chwili milczenia, nie widziałam nigdy żadnej panienki do niej przychodzącej, którąby obdarzała swoją opieką.

- Jesteś pani tego pewną?

- O! najpewniejszą, panie margrabio.

- I pani de Beaumesnil nie dała pani nigdy żadnego zlecenia, któreby się mogło tyczyć takiej panienki, o jakiej pani mówię?

- Nigdy, panie margrabio; często udawano się do pani hrabiny w celu uzyskania od niej wsparcia, gdyż bardzo wiele świadczyła dla ubogich, ale nie zauważyłam wcale, ażeby dla której bądź z takich osób była względniejszą, lub żeby się nią więcej zajmowała od innych; zdaje mi się nawet, że gdyby pani hrabina chciała była dawać komu jakie zaufańsze zlecenia w podobnym rodzaju, to byłaby się tylko do mnie udała.

- Właśnie i ja to myślałem, dlatego też spodziewałem się, że się od pani czegoś bliższego dowiem; ale zastanów się pani, czy pani sobie nic nie przypominasz, coby mogło mieć styczność jaką z młodą panienką, którą pani Beaumesnil opiekowała się wyłącznie, i to od dawnego już czasu?

- Nic sobie nie przypominam - odpowiedziała pani Dupont po powtórnem namyśleniu się - nie, nic nie pamiętam - dodała.

Wprawdzie, na chwilkę przypomniała się jej Herminja, ale nie zatrzymała się nad nią dłużej jak nad innemi osobami.

Rzeczywiście, w postępowaniu hrabiny względem Herminji, którą na kilka dni przed śmiercią po raz pierwszy przyjęła u siebie, pani Dupont nie mogła dostrzec nic takiego, coby ją naprowadziło na domysł, że to była taż sama panienka, która już oddawna miała doznawać tej szczególnej opieki, o której wspominał margrabia.

- A więc - rzekł tenże, wzdychając - będę musiał gdzieindziej szukać potrzebnych mi wiadomości.

- Ale, pozwól pan, panie margrabio odpowiedziała pani Dupont - nie zdaje się to wprawdzie mieć żadnego związku z osobą, o której pan mówisz, lecz wszakże to nie zawadzi, opowiem panu co wiem.

- Cóż takiego?

- Na dzień przed śmiercią, pani hrabina kazała mi przyjść do siebie i powiedziała: Weź pani dorożkę, i zawieź ten list kobiecie, mieszkającej w Batignolles, nie powiadając jej wcale od kogo przychodzisz; przywieziesz ją pani z sobą i natychmiast do mnie wprowadzisz.

- Jakże się nazywa ta kobieta?

- O! szczególne to jest nazwisko, panie margrabio, nie zapomniałam go wcale, nazywa się ona pani Barbancon.

- A czy ją pani często widywała u pani de Beaumesnil?

- Tylko ten jeden raz, panie margrabio.

- I pani ją przywiozła do pani de Beaumesnil?

- Nie ja, panie margrabio.

- Jakto?

- Po daniu mi pierwszego rozkazu, o którym panu margrabiemu wspomniałam, moja pani namyśliła się inaczej i powiedziała (przypominam to sobie bardzo dobrze): Zastanowiwszy się dobrze, moja pani Dupont, lepiej będzie, że nie przywieziesz tej kobiety w dorożce, zakrawałoby to na jakąś tajemnicę, każ pani zaprząc do mego powozu, oddaj list jednemu z lokajów, niechaj on odda go osobie do której adresowany, i niech jej oznajmi, że przybył z polecenia pani de Beaumesnil.

- I takim sposobem przywieziono tę kobietę?

- Tak, panie margrabio.

- A pani de Beaumesnil rozmawiała z nią?

- Rozmawiała ze dwie godziny.

- W jakimże wieku mogła być ta kobieta?

- Najmniej lat pięćdziesiąt, panie margrabio, i zdawała się należeć do pospólstwa.

- Następnie zaś po rozmowie z hrabiną?

- Pani kazała ją we własnej karecie odwieść napowrót do Batignolles.

- Od tego zaś czasu, jużeś jej pani wcale nie widziała w pałacu?

- Nie, panie margrabio.

Garbaty, namyśliwszy się czas jakiś, zwrócił się jeszcze do pani Dupont:

- Jak się nazywa kobieta, o której mi pani mówiłaś?

- Pani Barbancon.

Margrabia zapisał sobie to nazwisko w pugilaresie, poczem zapytał znowu:

- Gdzie mieszka?

- W Batignolles.

- Na jakiej ulicy? pod którym numerem?

- Nie wiem tego, panie margrabio. Przypominam sobie tylko, iż lokaj mówił, że dom, w którym ona mieszka, znajduje się w ulicy samotnej, że przy nim znajduje się ogród, z którego przez małą drewnianą kratę, jest widok na ulicę.

Zanotowawszy to wszystko w pugilaresie, garbaty rzekł do pani Dupont:

- Dziękuję pani za wiadomości, jakich mi byłaś w stanie udzielić. Na nieszczęście wiadomości te będą mi może zupełnie bezużyteczne przy poszukiwaniach, jakie odbywam. Lecz, jeżelibyś sobie pani później mogła cośkolwiek przypomnieć, coby ci się zdawało stosownem do potrzebnych mi objaśnień, to proszę panią uwiadomić mnie o tem natychmiast.

- Nie zaniedbam, panie margrabio.

Hojnie obdarowawszy dawną służącą, pan de Maillefort wsiadł ido dorożki, i kazał się zawieść do Batignolles.

Po dwugodzinnem szukaniu, margrabia wynalazł nareszcie dom komendanta Bernarda, w którym zastał samą tylko panią Barbancon, ponieważ Oliwier od kilku dni wyjechał ze swoim mularzem, a weteran niedawno wyszedł dla odbycia swojej zwykłej przechadzki na równinach pod Monceau.

Gospodyni, otworzywszy drzwi garbatemu, nieprzyjemnie zdziwiła się brzydotą i ułomnością margrabiego, dlatego też daleką była od chęci wprowadzenia go do mieszkania, gdyż zatrzymała się tylko na progu, jakgdyby mu chciała zagrodzić drogę.

Pan de Maillefort dostrzegł nieprzyjemne wrażenie, jakie uczynił na gospodyni domu; lecz powitał ją uprzejmie i powiedział:

- Czy mam honor mówić z panią Barbancon?

- Tak, mój panie. Czego pan chce?

- Pragnąłbym - odpowiedział garbaty - ażeby mi pani mogła poświęcić chwilkę czasu.

- A to poco, mój panie? - zapytała gospodyni, przypatrując mu się nieufnie od stóp do głowy.

- Mam rozmówić się z panią w bardzo ważnej sprawie.

- Ja... ja pana nie znam.

- Ja zaś, jestem na tyle szczęśliwy, że znam panią, wprawdzie tylko z nazwiska!

- Wielka historja! To i ja też znam sułtana tureckiego, ale tylko z nazwiska.

- Pozwól mi, kochana pani Barbancon, uczynić sobie uwagę, że w pokoju daleko wygodniej moglibyśmy rozmawiać, aniżeli na tych schodach.

- Mój panie! - odpowiedziała gospodyni niechętnie, - ja z takiemi tylko osobami lubię szukać wygody, z któremi mi się podoba.

- Pojmuję zupełnie pani nieufność - rzekł margrabia, ukrywając swoją niecierpliwość - dlatego też polecę się pani nazwiskiem, które nie jest dla pani obcem.

- Jakiem nazwiskiem?

- Nazwiskiem pani hrabiny de Beaumesnil.

- Czy pan od miej przybywasz? - zapytała gospodyni z pośpiechem.

- Od niej? nie, pani - odpowiedział garbaty smutno i potrząsając głową - pani de Beaumesnil umarła.

- Ah! mój Boże! umarła... kiedyż umarła? ta biedna, kochana pani.

- Proszę pani, wejdźmy do pokoju, a odpowiem pani na wszystko - rzekł margrabia głosem prawie nakazującym, który obudził pewne poszanowanie w pani Barbancon; zresztą była ona już nadzwyczajnie ciekawą, skoro tylko usłyszała nazwisko pani de Beaumesnil.

Nareszcie gospodyni wprowadziła garbatego do skromnego mieszkania komendanta Bernarda.

- Mój panie - rzekła gospodyni - więc pan mówił, że pani hrabina de Beaumesnil umarła?

- Już od kilku dni, moja pani, i to właśnie nazajutrz po rozmowie z panią.

- Jakto! panie, wiesz pan o tem?

- Wiem, że pani de Beaumesnil długo z panią rozmawiała, a przychodzę tu dla spełnienia jednego z jej ostatnich życzeń, przynosząc pani w jej imieniu te dwadzieścia pięć napoleonów. I garbaty podał pani Barbancon małą sakiewkę z zielonego jedwabiu, przez której oczka błyszczało złoto.

Te słowa: dwadzieścia pięć napoleonów zabrzmiały bardzo niemile w uszach gospodyni; gdyby margrabia był powiedział: dwadzieścia pięć luidorów, byłoby to uczyniło zupełnie inne wrażenie na zawziętym wrogu wilka korsykańskiego.

Zamiast przyjęcia złota, które jej garbaty ofiarował, celem zyskania sobie jej ufności, pani Barbancon, w której dawne przesądy na nowo się ocknęły, odpychając z pewną pogardą podaną sobie sakiewkę, odpowiedziała:

- Ja tak nie przyjmuję napoleonów (i z goryczą wymówiła ów nienawistny wyraz). Nie, ja nie przyjmuję żadnych napoleonów, tak od pierwszego lepszego... nie wiedząc... Czy pan to rozumie, mój panie?

- Nie wiedząc... czego nie wiedząc, kochana pani?

- Nie wiedząc, kto są ci ludzie, co mówią: napoleony, jakgdyby lękali się skaleczyć sobie usta wymówieniem wyrazu: luidory. Ale przysłowie mówi - dodała głosem szyderczym: - Powiedz mi z kim przystajesz, a ja i powiem, kto jesteś. Dosyć na tem, jużem pana osądziła.

- Jużeś mnie pani osądziła?

- Osądziła i zmierzyła... Teraz powiedz mi pan, czego chcesz ode mnie, bo mi się śpieszy do kuchni.

- Powiedziałem już pani, że przyszedłem złożyć jej dowód wdzięczności pani de Beaumesnil, za tę przezorność i milczenie jakieś pani zachowała od czasu owego pamiętnego wypadku...

- Jakiego wypadku?

- Pani wiesz dobrze.

- Przeciwnie, nic nie wiem.

- O! kochana pani Barbancon, miejże pani do mnie zaufanie, byłem jednym z najlepszych przyjaciół pani de Beaumesnil, i wiem dobrze, że ta sierota, wiesz pani... ta sierota...

- Sierota?

- Tak, młoda dziewczyna, przecież nie potrzebuję więcej pani mówić. Widzisz więc pani, że jestem o wszystkiem uwiadomiony.

- A więc, czegóż pan chcesz ode mnie, kiedy już wiesz o wszystkiem?

- Przychodzę w interesie tej młodej panienki, którą pani znasz, i z prośbą, ażebyś mi pani jej adres wskazała, mam bowiem dla niej bardzo ważne wiadomości...

- Doprawdy!

- Bez wątpienia.

- Patrzaj pan - rzekła gospodyni głosem szyderczym i złośliwym.

- Ale, kochana pani Barbancon, cóż jest nadzwyczajnego w tem wszystikiem, co pani mówię?

- Nic... prócz, że pan jesteś starym niegodziwcem! - zawołała gospodyni z gniewem.

- Ja?

- Złoczyńca, który mnie złotem chciał przekupić, ażebym się przed nim wygadała.

- Moja pani kochana, zapewniam panią...

- Chociażby garb pana był napełniony napoleonami, chociażby brzęczał złotem, i chociażbyś mi pan dał pozwolenie kopania w nim złota, tobym panu nie powiedziała ani słowa z tego, czego powiedzieć nie chcę. O, tak! widzisz mój panie! ja tak jestem strwożoną, a to jest trochę prostsze jak pan. Co?... to pana gniewa pewnie...

- Ale proszę bardzo, posłuchajże mnie pani Barbancon; jesteś pani zacną i poczciwą kobietą.

- I chlubię się tem.

- Bardzo słusznie. I dlatego też jako rozsądna i godna kobieta, wysłuchasz mnie pani i opowiesz mi, gdyż...

- Ani jedno ani drugie. Ah! waćpan sobie myślałeś, stary garbusie, że to, ze mną taka łatwa sprawa, że to tak łatwo wyprowadzić w pole i wybadać panią Barbancon. O zaczekaj, jegomość, wykryło się całe szelmostwo, teraz, proszę mi dać pokój.

- Tylko słówko, proszę pani, jedno słówko, kochana przyjaciółko - rzekł margrabia ujmującym głosem, chcąc wziąść za rękę gospodynię.

Lecz ta odskoczyła nagle i zawołała ze zgrozą i głosem rozgniewanym:

- Pan mnie dotykasz! Wielki Boże! Teraz rozumiem wszystko, pojmuję ofiarę tych pieniędzy! Nie zbliżaj się do mnie, bezczelny rozpustniku. Otóż to! do czego on zmierzał. Ha! wężu kusicielu! Z początku, mówiłeś mi pani, potem moja kochana pani, teraz moja kochana przyjaciółko, a skończysz pewnie wyrazem moje serce, nieprawdaż?

- Pani Barbancon, przysięgam pani, że...

- Nieraz mi mówiono: garbaci gorsi są od szatanów! - mówiła gospodyni cofając się coraz dalej. - Mój panie, jeżeli sobie nie odejdziesz., zawołam o pomoc... i...

- Cóż u licha! chybaś pani oszalała! - zawołał margrabia zniechęcony wszystkiemi swojemi zabiegami około pani Barbancon, która według jego zdania, przynajmniej w części musiała znać tajemnicę pani de Beaumesnil. - Co u djabła mogło w pani obudzić podobną trwogę? Jesteś równie brzydka jak ja, i oboje nie jesteśmy wcale stworzeni, ażeby się kusić o sobie. Powtarzam pani po raz ostatni, i zastanów się nad memi słowy, że przyszedłem tu w zamiarze przyniesienia pomocy pewnej biednej i zajmującej panience, którą pani musi znać... a jeżeli ona pani rzeczywiście jest znaną, to jej czynisz wielką krzywdę, rozumiesz mnie pani, jeżeli ukrywasz przede mną gdzie ona jest, lub jeżeli mi nie dopomożesz w jej wynalezieniu. Zastanów się pani zatem. Los, przyszłość tej sieroty są w pani ręku, a jestem przekonany, że zbyt dobre masz serce, ażebyś mogła chcieć szkodzić zacnej panience, która pani nigdy żadnej nie wyrządziła krzywdy.

Pan de Maillefort mówił z tak wielkiem wzruszeniem, głos jego był tak pewny, i zarazem tak przenikający, że Barbancon złagodziła się nieco w swoich względem niego przesądach.

- A więc - rzekła - przypuśćmy, mój panie, żem się omyliła, myśląc, jakobyś mi pan chciał wyjawiać swoje miłosne uczucia...

- Rzeczywiście, nie myślałem nawet o tem.

- Ale powiedzieć panu choćby jedno słówko z tego, czego powiedzieć nie mogę, o panie, to ci się nie uda; rób pan co mu się podoba! Jesteś pan uczciwym człowiekiem a masz dobre zamiary, to być może; ale i ja jestem kobietą uczciwą, wiem, com powinna czynić, wiem, czego mi mówić nie należy. Chociażbyś mnie pan zatem rozćwiertował, nie wydobędziesz ze mnie ani jednego zdradzieckiego słowa, od tego nie odstąpię; już to jest w moim charakterze.

- Co u djabła! gdzie się też ta małomówność nie znajduje? - powiedział pan de Maillefort, opuściwszy panią Barbancon. Jakoż, zwątpił zupełnie o dowiedzeniu się czegośkolwiek od upartej gospodyni, i z prawdziwą boleścią przekonał się, jak bezużyteczne były jego pierwsze kroki celem wynalezienia naturalnej córki pani de Beaumesnil.

 wiedzieć pana, dowieść, że to ani nieporządny sposób życia, ani też lenistwo, doprowadziły mnie do tego bolesnego położenia, w jakiem się po raz pierwszy w życiu mojem znajduję! Byłam przez dwa miesiące chora i nie mogłam dawać lekcyj; dopiero od kilku dni rozpoczęłam je na nowo i zniewolona byłam zużyć resztę moich szczupłych oszczędności. Oto jest szczera prawda; jeżelim więc zabrnęła nieco w długi, nastąpiło to jedynie wskutek mojej choroby.

- Rzecz szczególna - pomyślał margrabia, porównywując w duchu datę śmierci hrabiny, z czasem, w którym choroba Herminji mniej więcej rozpocząć się mogła - ta biedna istota musiała zachorować wkrótce po śmierci pani de Beaumesnil. Byłożby to ze zgryzoty? - I tonem tkliwego współczucia margrabia dodał głośno:

- I ta choroba, moje kochane dziecię, była bardzo ciężka? Może byłaś zbytecznie obciążona lekcjami?...

Herminija zarumieniła się; jej pomieszanie było widoczne; musiała uciec się aż do kłamstwa, ażeby zataić prawdziwą, i świętą przyczynę swojej choroby; odpowiedziała wreszcie z jawnem wahaniem:

- Rzeczywiście, panie, byłam trochę przeciążona; wskutek tego nastąpiła pewna niemoc, ociężałość; ale, dzięki Bogu, dzisiaj jestem już zupełnie zdrowa.

To pomieszanie, ta niewinność dziewicy zastanowiły margrabiego, który już mimo tego zdziwiony był niemało głębokim smutkiem, jaki się malował na twarzy Hermimji.

- Niema najmniejszej wątpliwości - pomyślał sobie - że ona z żalu chorowała po śmierci pani de Beaumesnil. Zatem ona wie, że hrabina jest jej matką? Ale w takim razie, jakim się to dzieje sposobem, że ta, bez względu: iż jej córka tak często przy niej się znajdowała, nie doręczyła jej sama tego pugilaresu, ale mnie zleciła, ażebym go jej oddał? Dręczony tą niepewnością, garbaty, po chwili milczenia, rzekł do Herminji - moje lube dziecię, przybyłem tutaj z postanowieniem, że będę nadzwyczajnie ostrożny w mowie; ponieważ samemu sobie nie ufam, ponieważ sam nie wiedziałem, jak sobie postąpić, obciąłem tylko z największą przezornością dotknąć przedmiotu, który mnie tu sprowadził, gdyż przychodzę do ciebie w bardzo delikatnem, w świętem niemal poselstwie.

- Jakto, co pan przez to rozumiesz?

- Wysłuchaj mnie cierpliwie, moje kochane dziecię, to, com o tobie wiedział, co ma własne oczy widziałem lub odgadłem, słowem, zaufanie, jakie we mnie budzisz, wszystko to zmienia moje postanowienie. Pragnę zatem szczerze i otwarcie z tobą mówić, ponieważ jestem przekonany, że mam do czynienia z uczciwą i szlachetną dziewicą... Wszakże znałaś panią de Beaumesnil, kochałaś ją?

Usłyszawszy te słowa, Herman ja nie była w stanie stłumić swego zdziwienia i niepokoju.

Garbaty rzekł dalej:

- O! ja wiem o tem, szczerze kochałaś panią de Beaumesnil; żal z powodu jej utraty, był jedyną przyczyną choroby pani...

- Panie! - zawołała Herminja przerażona, widząc swą tajemnicę, a mianowicie tajemnicę swej matki odkrytą, - nie wiem, co pan chcesz przez to powiedzieć; w ciągu krótkiego czasu, który spędziłam przy boku pani hrabiny de Beaumesnil, czułam dla niej przywiązanie pełne szacunku, na które tak zasługiwała. Żałowałam jej szczerze, jak ci wszyscy, którzy mieli szczęście znać ją zbliska; lecz...

- Takeś mi powinna odpowiadać, moje lube dziecię - rzeki margrabia, przerywając Herminji - nie możesz mieć do mnie żadnego zaufania, bo nawet nie wiesz, kto jestem, jak się nazywam. Jestem pan de Maillefort.

- Pan de Maillefort! - powtórzyła dziewica ze zdziwieniem, przypominając sobie, że wyręczając swą matkę, pisała list do margrabiego.

- Czy pani znasz moje nazwisko?

- Tak, panie, kiedy hrabina de Beaumesnil czuła się zbyt słabą, ażeby sama mogła pisać, prosiła mnie, ażebym ją wyręczyła, i list, który pan odebrałeś...

- To pani go pisała?

- Ja, panie.

- Więc teraz przekonywasz się, moje dziecię, że możesz mieć do mnie zupełne zaufanie. Pani de Beaumesnil nie miała zaufańszego, wierniejszego przyjaciela ode mnie, i sądziła, że mogła nieomylnie rachować na naszą dwudziestoletnią przyjaźń, dając mi tak święte dla mnie zlecenie.

- Co on mówi? - myślała w duchu Herminja - czy by mu moja matka powierzyć miała tajemnicę mego urodzenia?

Margrabia, widząc zwiększające się z każdą chwilą pomieszanie Herminji, i będąc przekonanym, że w niej odkrył naturalną córkę hrabiny, rzekł dalej:

- List, któryś pani w imieniu hrabiny do mnie napisała, wzywał mnie do niej, pomimo, że już było dosyć późno; nieprawdaż, wszakże to pani sobie przypominasz?

- Tak jest, panie.

- Otóż pospieszyłem natychmiast zadośćuczynić temu wezwaniu; hrabina czuła się już bliską zgonu - mówił dalej garbaty niepewnym głosem - poruczywszy swą córkę, Ernestynę, mojej opiece i troskliwości, prosiła mnie usilnie, ażebym jej jeszcze jednę wyświadczył usługę; zaklinała mnie, ażebym mą opieką, moje całe współczucie podzielał pomiędzy jej córką, a drugą młodą panienką, która dla niej niemniej drogą była, jak jej własne dziecię.

- On wie wszystko! - pomyślała Herminja z bolesnem zasmuceniem - błąd mojej matki nie jest dla niego tajemnicą.

- Tą drugą osobą - rzekł garbaty z coraz większem wzruszeniem - jest, jak mi hrabina mówiła, anioł; to są jej własne słowa, anioł cnoty i męstwa, szlachetna i zacna dziewica - dodał margrabia ze łzami w oczach - biedna, opuszczona sierota, która bez podpory, bez pomocy, z największą wytrwałością, odwagą i pilnością, z niepewnym, a częstokroć najprzykrzejszym walczy losem. O! gdybyś ją pani była słyszała, z jaką ona rozdzierającą serce tkliwością o tej istocie mówiła! Nieszczęśliwa kobieta! nieszczęśliwa matka! gdyż od tej chwili byłem przekonany, chociaż mi tego ze wstydu zapewne nie wyjawiła, że mnie prosiła za drugą swoją córką; tylko matka może tak mówić, tylko matka może doznawać takiego bólu, myśląc o losie swej córki. Nie, nie, nie obcą osobę hrabina tak usilnie polecała mi na swojem śmiertelnem posłaniu.

Margrabia, którego wzruszenie dosięgło najwyższego stopnia, zamilkł na chwilę i obtarł łzami zroszone powieki.

- O! moja matko! - mówiła do siebie Herminja; ukrywając wszelkiemi siłami swój niepokój - więc to twoje ostatnie myśli miały twą córkę na celu!

- Przysiągłem umierającej pani de Beaumesnil, że ostatnią jej wolę święcie wypełnię; że troskliwość mą i opiekę podzielać będę między Ernestyną de Beaumesnil i tą dziewicą, za którą mnie hrabina tak tkliwie błagała. Potem oddała mi ten pugilares - i garbaty wydobył go z kieszeni - który, jak mi powiedziała, zawiera w sobie mały mająteczek, polecając mi doręczyć go owej panience, której przyszłość tym sposobem na zawsze zostanie zabezpieczoną. Na nieszczęście pani de Beaumesnil oddała ducha, nie będąc już w stanie wymienić mi nazwiska sieroty.

- Bogu dzięki! on się tylko domyśla - pomyślała Herminja, z niewypowiedzianą radością - nie będę więc miała tego zmartwienia, ażeby obcy człowiek miał wiedzieć o jej błędzie; pamięć jej pozostanie nieskażoną.

- Moje lube dziecię, wyobraź sobie mą obawę, moje zmartwienie. Jakimże sposobem miałem wypełnić ostatnią wolę hrabiny, nie znając nazwiska poleconej mi osoby? - mówił dalej garbaty, wpatrując się ze wzruszeniem w oczy Herminji. - Śledziłem długo, nareszcie po wielu daremnych usiłowaniach wykryłem tę sierotę, piękną, odważną, szlachetną, słowem taką, jaką mi jej własna matka opisała, nie wymieniając jej nazwiska. - A tą sierotą, ty jesteś, moje dziecię, moje kochane dziecię! - zawołał garbaty, ściskając obie ręce Herminji. I z nieopisaną radością i uczuciem dodał - ah! widzisz teraz, pani, że miałem prawo nazywać cię mojem dziecięciem. O! nie, nigdy żaden ojciec nie był dumniejszym ze swojej córki!

- Panie - odpowiedziała Herminja głosem, który starała się uczynić pewnym i spokojnym - lubo przykro mi jest bardzo zniweczyć pana przywidzenie, jednak nakazuje mi to mój obowiązek.

- Co pani mówi? - zawołał garbaty.

- Nie jestem, panie, osobą, której pan szukasz...

Margrabia cofnął się o kilka kroków zmieszany, nie mogąc słowa przemówić ze zdziwienia.

Ażeby oprzeć się tak ujmującym zwierzeniom pana de Maillefort, Herminja potrzebowała bohaterskiego męstwa, którego źródło leżało w najświętszem uczuciu, w jej dumie dziecięcej. Jakoż duma jej oburzyła się na samą myśl wyznania obcemu człowiekowi błędu swej matki, gdyby mu się miała dać(poznać, jako córka pani de Beaumesnil.

Jakimże prawem Herminja mogłaby utwierdzić domysły obcego sobie człowieka, wyznaniem tajemnicy, której sama hrabina powierzyć mu nie chciała, jemu, panu de Maillefort, jej najzaufańszemu przyjacielowi? tajemnicy, do której wyjawienia jej samej hrabina nie miała dosyć siły, kiedy ją przyciskała do swego łona, kiedy ich serca były obok siebie?

Podczas kiedy te szlachetne myśli zajmowały umysł Herminji, margrabia zdziwiony zaprzeczeniem dziewicy, która jak był przekonany, musiała być córką pani de Beaumesnil, daremnie szukał powodów takiego jej postanowienia. Nareszcie powiedział do Herminji:

- Przyczyna, której żadną miarą domyślić się nie mogę, wstrzymuje panią od wyznania mi prawdy; przyczyna ta, jakąkolwiek ona jest, musi być szlachetną i wspaniałomyślną; lecz dlaczegóż ją pani przede mną ukrywasz? przede mną, przyjacielem, najlepszym przyjacielem twej matki, przede mną, który pragnę spełnić jej ostatnią wolę!

- Rozmowa ta jest równie bolesną dla mnie, jak i dla pana samego, panie margrabio - odpowiedziała Herminja smutnie - gdyż przypomina mi ona żałośnie osobę, która okazała mi tyle życzliwości, i do której tylko jako artystka nie zaś z jakiejkolwiek innej przyczyny znalazłam przystęp. Spodziewam się, panie margrabio, że takie moje tłumaczenie będzie dla pana dostatecznem, i że będziesz chciał oszczędzić mi wszelkich dalszych w tej mierze nalegań. Gdyż, powtarzam panu, ja nie jestem osobą, której pan szukasz.

Po tych słowach Herminji nowa wątpliwość powstała w umyśle margrabiego. Lecz, ponieważ nie tracił jeszcze zupełnie nadziei, odpowiedział:

Projekt okładki: Juliusz Susak

 

Tekst wg edycji:

Eugenjusz Sue

Siedem grzechów głównych

Powieść

Wyd. Bibljoteka Rodzinna

Warszawa 1929

Zachowano oryginalną pisownię.

 

? Wydawnictwo Armoryka

 

Wydawnictwo Armoryka

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

http://www.armoryka.pl/

 

ISBN 978-83-7950-999-7