Wstęp
Wstęp
Zawsze fascynowały mnie relacje
międzyludzkie. Dorastałam w Wielkiej Brytanii, gdzie mój tata prowadził
pub, a ja spędzałam mnóstwo czasu, przyglądając się, jak ludzie
spotykają się, rozmawiają, piją, kłócą się, tańczą, flirtują. Centralnym
punktem mojej młodości było jednak małżeństwo moich rodziców. Patrzyłam
bezradnie, jak niszczyli swój związek i samych siebie. Wiedziałam
jednak, że głęboko się kochali. W ostatnich dniach przed śmiercią ojciec
płakał za moją matką, chociaż rozstali się ponad 20 lat wcześniej.
W reakcji na ból rodziców poprzysięgłam sobie, że nigdy nie wyjdę za
mąż. Uznałam, że miłość romantyczna jest pułapką i iluzją. Sądziłam, że
lepiej poradzę sobie sama, nieskrępowana i wolna. Mimo to oczywiście
zakochałam się i wzięłam ślub. Miłość przyciągała mnie do siebie, choć
próbowałam ją odepchnąć.
Czym była ta tajemnicza, silna emocja, która pokonała moich rodziców,
skomplikowała moje życie i wydawała się dla tak wielu z nas głównym
źródłem radości i cierpienia? Czy da się odnaleźć drogę w labiryncie,
prowadzącą ku wiecznej miłości?
Moja fascynacja miłością i związkami zaprowadziła mnie do doradztwa i psychologii. W ramach swojego kształcenia uczyłam się, jak miłosne
dramaty opisują poeci i naukowcy. Pracowałam z dorosłymi, którzy zmagali
się z utratą miłości, a także z rodzinami, których członkowie kochali
się nawzajem, ale nie potrafili żyć ani razem, ani osobno. Miłość
pozostawała tajemnicą.
Wreszcie, w ostatniej fazie pracy nad doktoratem z poradnictwa
psychologicznego na University of British Columbia w Vancouver, zaczęłam
pracować z parami. Natychmiast zahipnotyzowała mnie intensywność ich
wysiłków i sposób, w jaki mówili o swoich związkach -?w kategoriach
życia i śmierci.
Odnosiłam znaczące sukcesy w pracy z indywidualnymi klientami i rodzinami, jednak doradzanie wojującym partnerom mnie pokonało. Nie
pomagały żadne książki z biblioteki ani stare techniki, których mnie
uczono. Pary nie miały ochoty zagłębiać się w swoje relacje z okresu
dzieciństwa. Nie zamierzały zachowywać się rozsądnie i uczyć się
negocjacji. A już na pewno nie chciały poznawać zasad efektywnych
kłótni.
Wyglądało na to, że w miłości chodzi o to, co nienegocjowalne. Nie można
targować się o współczucie, o bliskość. Nie są to reakcje intelektualne,
lecz emocjonalne. Zaczęłam więc po prostu skupiać się na doświadczeniach
par i pozwalałam, by uczyły mnie emocjonalnych rytmów i wzorów w tańcu,
jakim jest miłość romantyczna. Zaczęłam nagrywać sesje i wielokrotnie
ich słuchałam.
Kiedy przyglądałam się parom krzyczącym i szlochającym, sprzeczającym
się i zamykającym się w sobie, zrozumiałam, że istnieją pewne kluczowe
momenty emocjonalne -?pozytywne i negatywne -?które definiują związek. Z pomocą mojego promotora Lesa Greenberga zaczęłam tworzyć nową terapię
par, którą oparłam na tych właśnie momentach. Nazwaliśmy ją terapią
skoncentrowaną na emocjach (Emotionally Focused Therapy, w skrócie
EFT).
Uruchomiliśmy projekt badawczy; z częścią par prowadziliśmy terapię
metodą rozwijającego się EFT, z innymi -?terapię behawioralną uczącą
partnerów komunikacji i negocjacji, trzecia grupa natomiast nie została
poddana żadnej terapii. Wyniki EFT były zaskakująco pozytywne, lepsze
niż w przypadku braku terapii czy terapii behawioralnej. Pary mniej się
kłóciły, czuły się bliższe sobie, a ich satysfakcja ze związku rosła.
Dzięki sukcesowi tego badania zyskałam stanowisko na University of
Ottawa, gdzie przez wiele lat prowadziłam kolejne projekty badawcze z parami w gabinetach doradców, centrach szkoleniowych i klinikach
przyszpitalnych. Wyniki pozostawały zaskakująco dobre.
Mimo tego sukcesu zdałam sobie sprawę, że wciąż nie rozumiem
emocjonalnych dramatów, w które wikłają się "moje" pary. Nawigowałam po
labiryncie miłości, ale nie dotarłam jeszcze do jego centrum. Miałam
tysiące pytań. Dlaczego emocje podczas moich sesji aż tak buzują? Czemu
ludziom tak trudno zmusić ukochaną osobę do reakcji? Z jakiego powodu
EFT działało tak dobrze i co mogliśmy zrobić, żeby działało jeszcze
lepiej?
Wtedy, podczas dyskusji z kolegą w pubie -?miejscu, w którym zaczęłam
uczyć się ludzi -?przeżyłam nagłe objawienie, o jakich zazwyczaj czyta
się w książkach. Rozmawialiśmy o tym, że wielu terapeutów uważa zdrowe
związki miłosne za racjonalne wymiany. Według tego sposobu myślenia
wszyscy chcemy otrzymać maksymalne korzyści minimalnym kosztem.
Powiedziałam, że według mnie na moich sesjach dzieje się znacznie
więcej. "No dobra -?ciągnął kolega -?skoro związki miłosne nie są
wymianami, to czym są?". Usłyszałam swój głos: "Och, to więzi
emocjonalne. Chodzi w nich o wrodzoną potrzebę bezpiecznych relacji
emocjonalnych. Brytyjski psychiatra John Bowlby mówi o tym w swojej
teorii przywiązania dotyczącej matek i ich dzieci. Z dorosłymi dzieje
się to samo".
Wyszłam z tego spotkania podekscytowana. Dostrzegłam nagle niezwykłą
logikę kryjącą się za wiecznym narzekaniem i rozpaczliwie obronną
postawą. Wiedziałam, czego potrzebują związki, i zrozumiałam, jak EFT je
przeobraża. Miłość romantyczna polega na bliskości i przywiązaniu. Jej
sens opiera się na naszej wrodzonej potrzebie polegania na kimś
ukochanym, kto zapewni nam emocjonalne ukojenie i uczuciową więź.
Wydało mi się, że odkryłam -?lub odkryłam na nowo -?o co chodzi w miłości, jak ją naprawić i uczynić trwałą. Kiedy zaczęłam myśleć w kategoriach przywiązania i budowania więzi, znacznie lepiej zrozumiałam
dramat udręczonych par. Lepiej zrozumiałam także swoje małżeństwo.
Zdałam sobie sprawę, że w naszych dramatach jesteśmy uwikłani w emocje,
które stanowią część programu przetrwania zdeterminowanego przez miliony
lat ewolucji. Nie sposób ominąć tych emocji i potrzeb, bez zmieniania
naszej istoty. Dostrzegłam, że terapii par i edukacji brakowało właśnie
jasnej, naukowej teorii miłości.
Kiedy jednak zaczęłam starać się o publikację swoich odkryć, większość
moich kolegów zupełnie się z nimi nie zgodziła. Najpierw twierdzili, że
dorośli ludzie powinni kontrolować emocje. Że nadmiar emocji jest
problemem większości małżeństw. Powinno się z nimi walczyć, a nie
wsłuchiwać się w nie i podążać za nimi. Co najważniejsze jednak -
twierdzili -?dorośli ludzie są samowystarczalni. Tylko osoby
dysfunkcyjne muszą polegać na innych. Mieliśmy na takie osoby różne
określenia: wplątane, współuzależnione, chwiejne, zależne. Innymi
słowy: z problemami. Małżeństwa niszczyła zbytnia zależność partnerów od
siebie nawzajem!
Moi koledzy uważali, że terapeuci powinni zachęcać ludzi do "stania na
własnych nogach". Przypominało to porady doktora Spocka o podejściu
rodziców do niemowląt: ostrzegał on, że noszenie płaczącego dziecka to
droga do wychowania słabeusza. Problem polega na tym, że co do dzieci
doktor Spock mylił się całkowicie. A moi koledzy mylili się co do
dorosłych.
Przekaz EFT jest prosty: zapomnij o uczeniu się, jak się kłócić, o analizowaniu wczesnego dzieciństwa, o wielkich, romantycznych gestach
czy eksperymentach seksualnych. W zamian dostrzeż i przyznaj, że jesteś
zależny emocjonalnie od swojego partnera, tak jak dziecko zależne jest
od rodzica, który pielęgnuje je, uspokaja i chroni. Przywiązanie u ludzi
dorosłych jest bardziej wzajemne i mniej skupione na kontakcie
fizycznym, ale natura emocjonalnej więzi pozostaje taka sama. EFT skupia
się na tworzeniu i wzmacnianiu tej emocjonalnej więzi między partnerami
poprzez rozpoznawanie i przeobrażanie kluczowych aspektów, które
wspierają związek miłosny pary dorosłych ludzi: otwartości, dostrojenia
i responsywności.
Dzisiaj EFT rewolucjonizuje terapię par. Ścisłe badania prowadzone przez
ostatnich 15 lat wykazały, że 70-75 procent par, które odbyły terapię
EFT, radzi sobie z problemami i jest szczęśliwa w swoich związkach.
Wyniki wydają się trwałe, nawet kiedy ryzyko rozwodu jest wysokie.
Amerykańskie Towarzystwo Psychologiczne uznało EFT za empirycznie
udowodnioną metodę terapii par.
W Ameryce Północnej są tysiące terapeutów po kursach EFT, w Europie,
Australii i Nowej Zelandii -?kolejne setki. Metody tej uczy się również
w Chinach, na Tajwanie i w Korei. W ostatnim czasie duże organizacje,
takie jak wojsko amerykańskie i kanadyjskie oraz nowojorska straż
pożarna, prosiły mnie o zaprezentowanie terapii EFT swoim członkom i ich
partnerom.
Coraz powszechniejsza akceptacja i zastosowanie EFT zwiększyły też
świadomość istnienia tej metody. Często proszono mnie o prostą,
popularną wersję EFT, którą mogliby przeczytać i zastosować zwykli
ludzie. Oto ona.
Książka Przytul mnie mocno powstała dla wszystkich par: młodych,
starych, małżeńskich, zaręczonych, mieszkających ze sobą, szczęśliwych,
udręczonych, hetero- i homoseksualnych -?mówiąc w skrócie, dla
wszystkich osób pragnących miłości na całe życie. Dla mężczyzn i dla
kobiet. Dla ludzi wszystkich kultur i zawodów -?wszyscy ludzie na
planecie mają tę samą podstawową potrzebę więzi. Nie jest to natomiast
książka dla osób w związkach przemocowych ani dla silnie uzależnionych
lub mających wieloletnie romanse; w takich sytuacjach trudno jest
nawiązać z partnerem pozytywną więź. Wtedy najlepszym rozwiązaniem jest
wizyta u terapeuty.
Podzieliłam książkę na trzy części. Część pierwsza odpowiada na
odwieczne pytanie, czym jest miłość. Wyjaśnia, jak to się dzieje, że
często, mimo najlepszych intencji i głębokiej wiedzy, tracimy więź i miłość. Dokumentuje również i syntetyzuje ogromną eksplozję badań
prowadzonych w ostatnim czasie nad relacjami intymnymi. Jak mówi Howard
Markman z Center for Marital and Family Studies (Centrum Badań nad
Małżeństwem i Rodziną) na University of Denver: "To kluczowy czas dla
edukacji i terapii par".
Wreszcie budujemy naukę o związkach intymnych. Odkrywamy, jak nasze
rozmowy i działania odzwierciedlają najgłębsze potrzeby i lęki oraz
tworzą lub niszczą najcenniejsze więzi. W niniejszej książce pokazuję
kochankom nowy świat, nowe rozumienie tego, jak kochać. Jak kochać
dobrze.
Część druga to skrócona wersja EFT. Znajdziemy w niej siedem rozmów, w których uchwycone zostają definiujące chwile miłosnego związku. Uczy ona
czytelnika, jak kształtować te momenty, by stworzyć pewną i trwałą więź.
Historie przypadków oraz sekcje Zabawa i praktyka zamieszczone przy
każdej z rozmów pozwolą lekcjom EFT ożyć w rzeczywistości waszych
związków.
Część trzecia mówi o sile miłości. Miłość ma niezwykłą zdolność
uzdrawiania okrutnych ran, jakie czasem zadaje nam życie. Miłość
wzmacnia też naszą bliskość ze światem zewnętrznym. Miłosna
responsywność to podstawa prawdziwie współczującego, cywilizowanego
społeczeństwa.
By pomóc wam w lekturze, na końcu książki zamieściłam słowniczek ważnych
terminów.
Rozwój EFT zawdzięczam wszystkim parom, z którymi pracowałam na
przestrzeni lat. Wykorzystuję w książce ich historie, zmieniając imiona
i inne szczegóły, by chronić ich prywatność. Wszystkie te opowieści
składają się z wielu przypadków i zostały uproszczone, by odzwierciedlać
ogólne prawdy, które poznałam dzięki tysiącom par. Nauczą was one tego,
czego nauczyły mnie. Książka ta jest próbą przekazania tej wiedzy dalej.
Zaczęłam pracować z parami na początku lat 80. Dwadzieścia pięć lat
później wciąż zaskakuje mnie ekscytacja, która towarzyszy mi, kiedy
zasiadam w pokoju, żeby rozpocząć pracę z nową parą. Wciąż czuję radość,
kiedy partnerzy nagle zaczynają rozumieć nawzajem swoje szczere
komunikaty i podejmują ryzyko otwarcia się na siebie. Ich codzienny trud
i determinacja inspirują mnie, by utrzymywać przy życiu także swoje
cenne relacje z innymi.
Wszyscy przeżywamy dramat poczucia emocjonalnego podłączenia i odłączenia (rozłączenia). Teraz możemy przeżywać go ze zrozumieniem. Mam
nadzieję, że książka ta pomoże wam zmienić wasze związki we wspaniałe
przygody. Właśnie tym była dla mnie podróż nakreślona na tych stronach.
"Miłość jest tym wszystkim, co się o niej mówi... -?napisała Eica Jong. -
Naprawdę warto walczyć o nią, być dla niej dzielnym, ryzykować dla niej
wszystko. Problem polega na tym, że kiedy nie ryzykujesz nic, ryzykujesz
jeszcze więcej". W pełni się z tym zgadzam.
Miłość -?nowe, rewolucyjne spojrzenie
Miłość -?nowe, rewolucyjne spojrzenie
Żyjemy w schronieniu z siebie nawzajem.
Przysłowie celtyckie
Love -?miłość -?to prawdopodobnie
najpotężniejsze słowo w języku angielskim. Piszemy o niej grube tomy i wiersze. Śpiewamy o niej i modlimy się o nią. Toczymy o nią wojny
(patrz: Helena Trojańska) i budujemy w jej imię pałace (patrz: Taj
Mahal). Wzbijamy się w powietrze, kiedy słyszymy: "Kocham cię!" i rozpaczamy na słowa: "Już cię nie kocham!". Myślimy i mówimy o niej w nieskończoność.
Ale czym ona jest?
Badacze i praktycy przez całe wieki zastanawiali się nad jej definicją i rozumieniem. Dla niektórych chłodnych obserwatorów miłość jest wzajemnie
korzystnym sojuszem opartym na wymianie przysług, interesem. Inni,
spoglądający na sprawę od strony historycznej, uważają ją za
sentymentalny zwyczaj stworzony przez trzynastowiecznych francuskich
minstreli. Biolodzy i antropolodzy twierdzą, że to strategia, która
pozwala na przekazywanie genów i wychowanie potomstwa.
Dla większości ludzi miłość wciąż jest tajemniczą, nieuchwytną emocją,
otwartą na interpretacje, ale wymykającą się definicjom. W XVIII wieku
tak biegły w innych obszarach Benjamin Franklin potrafił powiedzieć
jedynie, że miłość jest "zmienna, przelotna i przypadkowa". Bardziej nam
współczesna Marilyn Yalom w swojej książce naukowej o historii żony
przyznała się do porażki i nazwała miłość "upajającą mieszanką seksu i uczucia, której nikt nie potrafi zdefiniować". Opis miłości autorstwa
mojej matki, z zawodu barmanki, brzmiał: "pięć przyjemnych minut" i był
równie trafny, choć nieco bardziej cyniczny.
Dziś nie możemy już jednak pozwolić sobie na definiowanie miłości jako
tajemniczej siły, która pozostaje poza naszym zasięgiem. Jest zbyt
ważna. Związek miłosny -?na dobre i na złe -?stał się główną relacją
emocjonalną w życiu większości ludzi.
Jednym z powodów jest coraz wyraźniejsza społeczna izolacja. Robert
Putnam w książce Bowling Alone (Samotna gra w kręgle) zauważył, że
cierpimy na postępującą utratę "kapitału społecznego" (termin ten ukuł w 1916 roku pewien wychowawca z Wirginii, zauważywszy pomoc, współczucie i wspólnotowość wśród sąsiadów). Większość z nas nie mieszka już we
wspierających społecznościach, obok rodziny i przyjaciół z dzieciństwa.
Pracujemy coraz dłużej, jeździmy do pracy coraz dalej i mamy coraz mniej
szans na rozwijanie bliskich relacji.
Pary, z którymi spotykam się w swojej praktyce, żyją najczęściej we
wspólnocie dwuosobowej. W przeprowadzonym przez National Science
Foundation (Narodową Fundację Nauki) w 2006 roku badaniu większość
respondentów zadeklarowała, że liczba osób w ich najbliższym kręgu
spada, a coraz więcej ludzi twierdzi, że nie ma się komu zwierzyć. Jak
pisze irlandzki poeta John O'Donohue: "Ogromna, ołowiana samotność
niczym mroźna zima otacza tak wielu ludzi".
W związku z tym wymagamy teraz od naszych kochanków emocjonalnej więzi i poczucia bezpieczeństwa, jakie moja babcia otrzymywała od całej wioski.
Dodatkowym czynnikiem jest obecna w naszej kulturze celebracja miłości
romantycznej. Filmy, telewizyjne opery mydlane i melodramaty wypełniają
nas obrazami miłości romantycznej jako pełnego i doskonałego związku,
podczas gdy gazety, czasopisma i programy telewizyjne dostarczają
kolejnych informacji o niekończących się poszukiwaniach miłości i romansów wśród aktorów i gwiazd. Nie powinno nas więc dziwić, że
przebadani niedawno mieszkańcy Stanów Zjednoczonych i Kanady uważają
satysfakcjonujący związek miłosny za swój najważniejszy cel -?ważniejszy
niż sukces finansowy czy satysfakcjonująca kariera.
Kluczowe jest więc zrozumienie, czym jest miłość, jak ją uprawiać i jak
sprawić, by trwała. Na szczęście na przestrzeni dwóch ostatnich dekad
pojawiło się nowe, ekscytujące i rewolucyjne rozumienie miłości.
Wiemy już teraz, że tak naprawdę miłość jest szczytem ewolucji,
najważniejszym mechanizmem przetrwania gatunku ludzkiego. Nie dlatego,
że skłania nas do seksu i reprodukcji -?seks uprawiamy też bez miłości!
-?ale dlatego, że miłość wiąże nas emocjonalnie z cennymi osobami, które
są dla nas bezpieczną przystanią pośród życiowych sztormów. Miłość jest
naszym bastionem, stworzonym, by zapewnić nam emocjonalne schronienie,
dzięki któremu możemy radzić sobie ze wzlotami i upadkami.
Ten pęd do emocjonalnego przywiązania -?znalezienia kogoś, do kogo
możemy zwrócić się i powiedzieć: "Przytul mnie mocno" -?jest zapisany w naszych genach i w naszych ciałach. Jest równie podstawowy dla życia,
zdrowia i szczęścia, jak potrzeba jedzenia, schronienia i seksu.
Potrzebujemy emocjonalnego przywiązania do kilku niezastąpionych osób,
by zachować szczęście fizyczne i mentalne -?by przetrwać.
NOWA TEORIA PRZYWIĄZANIA
Wskazówki co do właściwego celu miłości krążyły od dawna. W 1760 roku w liście do swoich przełożonych w Rzymie hiszpański biskup zauważył, że
choć dzieci w sierocińcach mają jedzenie i dach nad głową, "umierają ze
smutku". W latach 30. i 40. XX wieku pozbawione ludzkiego dotyku sieroty
masowo umierały na korytarzach amerykańskich szpitali. Psychiatrzy
zaczęli również diagnozować dzieci, które były fizycznie zdrowe, ale
wydawały się obojętne, nieczułe i niezdolne do nawiązywania więzi.
Opisując swoje obserwacje w artykule opublikowanym w 1937 roku w "American Journal of Psychiatry", David Levy przypisał to zachowanie
młodych ludzi "emocjonalnemu głodowi". W latach 40. XX wieku amerykański
psychoanalityk René Spitz ukuł termin "niezdolność do prawidłowego
rozwoju" (failure to thrive), by opisać dzieci oddzielone od rodziców
i pogrążone w destrukcyjnej żałobie.
Jednak to brytyjski psychiatra John Bowlby jako pierwszy zrozumiał
dokładnie, o co chodzi. Powiem wam coś szczerze: gdybym, jako
psycholożka i jako człowiek, miała wręczyć nagrodę za zestaw najlepszych
pomysłów w historii świata, dałabym ją prędzej Johnowi Bowlby'emu niż
Freudowi czy komukolwiek innemu, kto zajmował się próbą rozumienia
ludzi. Uchwycił on nitki obserwacji i badań oraz splótł je w spójną,
mistrzowską teorię przywiązania.
Bowlby, urodzony w 1907 roku syn baroneta, został wychowany głównie
przez nianie i guwernantki -?jak to w klasie wyższej. Jego rodzice
pozwolili mu dołączyć do siebie przy stole, kiedy skończył 12 lat, ale
jedynie na deser. Został wysłany do szkoły z internatem, a następnie do
Trinity College w Cambridge. Życie Bowlby'ego odbiegło od tradycji,
kiedy zgłosił się do pracy w innowacyjnych szkołach z internatem dla
dzieci nieprzystosowanych emocjonalnie, zakładanych przez takich
wizjonerów jak A.S. Neill. Szkoły te skupiały się na zapewnianiu
emocjonalnego wsparcia zamiast zwyczajowej dyscypliny.
Zaintrygowany tym doświadczeniem Bowlby poszedł na studia medyczne, a następnie odbył szkolenie psychiatryczne, które obejmowało siedem lat
poddawania się psychoanalizie. Jego analityk ponoć uważał go za trudnego
pacjenta. Pozostając pod wpływem swoich mentorów takich jak Ronald
Fairbairn, który twierdził, że Freud nie docenił potrzeby relacji z innymi ludźmi, Bowlby buntował się przeciwko powszechnej opinii, że
większość problemów pacjentów tkwi w ich wewnętrznych konfliktach i nieświadomych fantazjach. Bowlby twierdził, że problemy te są głównie
zewnętrzne, a wynikają z rzeczywistych relacji z rzeczywistymi osobami.
Kiedy pracował z zaburzonymi młodymi ludźmi w londyńskich klinikach
Child Guidance, zaczął podejrzewać, że to zepsute relacje z rodzicami
sprawiły, iż potrafili oni radzić sobie ze swoimi podstawowymi
potrzebami i uczuciami tylko na nieliczne, negatywne sposoby. Później, w 1938 roku, jako początkującemu psychologowi klinicznemu pod superwizją
znanej analityczki Melanie Klein, Bowlby'emu przydzielono młodego,
hiperaktywnego chłopca, którego matka była osobą głęboko lękową.
Terapeucie nie wolno było jednak z nią rozmawiać, ponieważ za istotne
uważano jedynie projekcje i fantazje dziecka. Bowlby był wściekły. Jego
doświadczenie nakłoniło go do sformułowania własnego poglądu, że jakość
relacji z bliskimi i wczesna deprywacja emocjonalna są kluczowe dla
rozwoju osobowości i sposobu, w jaki jednostka nawiązuje kontakt z innymi.
W 1944 roku Bowlby opublikował pierwszy artykuł o terapii rodzinnej pod
tytułem Forty-four Juvenile Thieves (Czterdziestu czterech
młodocianych złodziei), w którym zauważył, że "za maską obojętności
kryje się cierpienie bez dna, a za pozorną bezdusznością -?rozpacz".
Sparaliżowani smutkiem i gniewem młodzi przestępcy Bowlby'ego utkwili w podejściu opartym na stwierdzeniu: "Nie dam się więcej skrzywdzić".
Po drugiej wojnie światowej Światowa Organizacja Zdrowia poprosiła
Bowlby'ego o przeprowadzenie badań wśród europejskich dzieci
osieroconych i pozbawionych domu w czasie konfliktu. Jego odkrycia
potwierdziły przekonanie, że emocjonalny głód istnieje, a miłość jest
równie istotna, jak dostarczanie pożywienia. W swoich studiach i obserwacjach Bowlby był pod wrażeniem idei Karola Darwina dotyczących
tego, w jaki sposób selekcja naturalna sprzyja reakcjom wspomagającym
przetrwanie. Bowlby doszedł do wniosku, że bliskość z najważniejszymi
dla nas osobami to znakomita strategia przetrwania, w którą wyposażyła
nas ewolucja.
Teoria Bowlby'ego była radykalna i głośno oprotestowywana. Omal nie
został wyrzucony z Brytyjskiego Towarzystwa Psychoanalitycznego. Wedle
powszechnie przyjętych poglądów przytulanie przez matkę i innych
członków rodziny miało tworzyć "przylepne", uzależnione dzieci, z których wyrastają niekompetentni dorośli. Właściwym sposobem
wychowywania dzieci było zachowywanie racjonalnego dystansu. Ten
obiektywny pogląd utrzymywał się, nawet kiedy dzieci były udręczone i chore. W czasach Bowlby'ego rodzicom nie wolno było zostawać w szpitalu
z chorymi synami i córkami; musieli zostawiać dzieci na progu.
W 1951 roku Bowlby i młody pracownik opieki społecznej James Robertson
nakręcili film pod tytułem A Two-Year-Old Goes to Hospital (Dwulatka
idzie do szpitala), w którym wyraźnie pokazali wściekłe protesty, lęk i rozpacz dziewczynki pozostawionej w szpitalu. Robertson pokazał film w Królewskim Towarzystwie Medycznym w Londynie w nadziei, że lekarze
dostrzegą stres dziecka odłączonego od najbliższych oraz jego potrzebę
bliskości i pocieszenia. A jednak został on uznany za oszustwo i niemal
zakazany. Jeszcze w latach 60. w Wielkiej Brytanii i USA rodzicom
zazwyczaj pozwalano odwiedzać dzieci w szpitalu przez zaledwie godzinę
tygodniowo.
Bowlby musiał znaleźć inny sposób, by dowieść światu prawdziwości tego,
co czuł w sercu. Jak to zrobić, pokazała mu kanadyjska badaczka Mary
Ainsworth, która została jego asystentką. Zaprojektowała prosty
eksperyment, by przyjrzeć się czterem zachowaniom, które uważali z Bowlbym za podstawę przywiązania: kontrolowanie i utrzymywanie
emocjonalnej i fizycznej bliskości z ukochaną osobą; zwracanie się do
niej, kiedy czujemy się niepewni czy zmartwieni; tęsknota za nią, kiedy
jesteśmy osobno; liczenie na nią, kiedy ruszamy poznawać świat.
Eksperyment, który został nazwany "Nieznaną sytuacją" (Strange
Situation), stał się źródłem dla tysięcy badań i zrewolucjonizował
psychologię rozwoju. Badacz zaprasza matkę i dziecko do nieznanego im
pokoju. Po kilku minutach matka zostawia dziecko samo z badaczem, który
w razie potrzeby oferuje pocieszenie. Trzy minuty później matka wraca.
Rozstanie i ponowne spotkanie zostają powtórzone raz jeszcze.
Większość dzieci jest smutna, kiedy matka wychodzi: kołyszą się, płaczą,
rzucają zabawkami. Inne okazują się bardziej odporne emocjonalnie.
Szybko i skutecznie się uspokajają, z łatwością na nowo nawiązują
kontakt z matką po jej powrocie i wracają do zabawy, sprawdzając, czy ta
wciąż jest obok. Wydają się pewne, że kiedy mama będzie potrzebna, nie
zabraknie jej. Mniej wytrzymałe dzieci są niespokojne i agresywne albo
też po powrocie matki wydają się zdystansowane i niepewne. Dzieci, które
potrafią się same uspokoić, mają zazwyczaj ciepłe, bardziej responsywne
matki, podczas gdy matki zdenerwowanych dzieci zachowują się
nieprzewidywalnie, a dzieci tych zdystansowanych są chłodne i lekceważące. W tych prostych badaniach rozłączenia i ponownego
połączenia Bowlby zobaczył miłość w działaniu i zaczął rozpoznawać jej
wzorce.
Teoria Bowlby'ego stała się jeszcze bardziej powszechna kilka lat
później, kiedy napisał słynną trylogię o przywiązaniu, separacji i stracie. Jego kolega, psycholog z University of Wisconsin Harry Harlow,
również zwrócił uwagę na znaczenie tak zwanego ukojenia przez kontakt,
opisując swoje dramatyczne badania na młodych małpkach oddzielonych od
matek po urodzeniu. Odkrył, że odizolowane młode były tak głodne
kontaktu, że kiedy dano im do wyboru "matkę" z drutu, która rozdawała
jedzenie, i matkę z miękkiej tkaniny bez jedzenia, prawie zawsze
wybierały tę drugą. Zasadniczo eksperymenty Harlowa dowodziły
toksyczności wczesnej izolacji: fizycznie zdrowe młode naczelne, które
odizolowano od matek w pierwszym roku życia, wyrastały na społecznie
kalekich dorosłych. Małpy nie rozwijały w sobie zdolności rozwiązywania
problemów czy rozumienia sygnałów wysyłanych przez inne osobniki.
Wpadały w depresję, miały tendencje autodestrukcyjne i nie potrafiły
znaleźć pary.
Z początku wyśmiewana i nielubiana teoria przywiązania w końcu
zrewolucjonizowała metody wychowywania dzieci w Ameryce Północnej.
(Kiedy dzisiaj kładę się spać przy łóżku mojego dziecka, które dochodzi
do siebie po operacji wyrostka, dziękuję Johnowi Bowlby'emu). Obecnie
powszechnie przyjmuje się, że dzieci bezwzględnie potrzebują
bezpiecznej, trwałej bliskości fizycznej i psychicznej i że ignorowanie
tej potrzeby kosztuje bardzo wiele.
MIŁOŚĆ I DOROŚLI
Bowlby zmarł w 1990 roku. Nie dożył drugiej rewolucji rozpętanej przez
jego pracę: zastosowania teorii przywiązania do badania miłości
dorosłych. Sam Bowlby utrzymywał, że dorośli mają tę samą potrzebę
przywiązania -?po drugiej wojnie światowej badał wdowy i odkrył, że
zachowywały się one podobnie do bezdomnych nastolatków -?i że kształtuje
ona relacje dorosłych. Znów jednak jego koncepcje zostały odrzucone.
Nikt nie spodziewał się, że zdystansowany, konserwatywny Brytyjczyk z klasy wyższej rozwiąże zagadkę miłości romantycznej! A poza tym
sądziliśmy, że wiemy już o niej wszystko, co należy wiedzieć. Miłość to
po prostu krótkotrwałe seksualne zauroczenie, freudowski popęd w przebraniu. Albo niedojrzała potrzeba polegania na innych. Albo miłość
jest postawą moralną -?bezinteresownym poświęceniem, w którym chodzi o to, by dawać, nie brać.
Co jednak najważniejsze, spojrzenie na miłość przez soczewkę
przywiązania było -?a, być może, wciąż jest -?radykalnie odmienne od
społecznych i psychologicznych wyobrażeń dorosłości w kulturze, według
których dojrzałość oznacza niezależność i samowystarczalność.
Wyobrażenie odpornego na wszystko wojownika, który samotnie mierzy się z życiem i jego niebezpieczeństwami, jest zapisane w naszej kulturze.
Pomyślcie o Jamesie Bondzie, ikonicznym i niezniszczalnym, którego od
czterech dekad nic nie rusza. Psychologowie używają słów takich jak
"niezróżnicowany", "współuzależniony", "symbiotyczny" czy nawet "zlany",
by opisać ludzi, którzy wydają się niezdolni do samodzielności lub
autorytetu stanowczej asertywności wobec innych. Bowlby odwrotnie -
mówił o "efektywnej zależności" i o tym, że zdolność do zwracania się do
innych po emocjonalne wsparcie "od kołyski aż po grób" jest oznaką i źródłem siły.
Badania dokumentujące przywiązanie u dorosłych zaczęły się tuż przed
śmiercią Bowlby'ego. Psychologowie społeczni Phil Shaver i Cindy Hazan,
pracujący w tamtym czasie na University of Denver, postanowili zadać
mężczyznom i kobietom pytania o ich relacje miłosne, by sprawdzić, czy
ich reakcje i wzorce zachowań będą podobne do tych u matek i dzieci.
Stworzyli miłosny quiz, który został opublikowany w lokalnej gazecie
"Rocky Mountain News". Dorośli w swoich odpowiedziach mówili o potrzebie
emocjonalnej bliskości ze strony ukochanej osoby i pewności, że
zareaguje ona na ich smutek, o stresie spowodowanym oddaleniem od
najdroższego człowieka i większej pewności siebie, kiedy czuli jego
wsparcie. Wskazywali również różne sposoby nawiązywania kontaktu z partnerami. Kiedy czuli się ze swoimi ukochanymi bezpiecznie, umieli bez
trudu otwierać się i nawiązywać kontakt; kiedy czuli się niepewnie,
stawali się albo niespokojni, rozzłoszczeni i zaborczy, albo unikali
kontaktu i zachowywali dystans. Działo się więc to samo, co w przypadku
matek i dzieci przebadanych przez Bowlby'ego i Ainsworth.
Hazan i Shaver przeprowadzili następnie poważne badania, które upewniły
ich co do słuszności wyników quizu i teorii Bowlby'ego. Ich praca
zapoczątkowała lawinę następnych badań. Dziś setki badań potwierdzają
przewidywania Bowlby'ego na temat przywiązania u dorosłych, a wiele z nich cytuję w tej książce. Zasadniczy wniosek jest taki: poczucie
przebywania w bezpiecznej relacji z partnerem jest kluczowe dla
pozytywnych związków miłosnych i stanowi ważne źródło siły dla jednostek
w tychże związkach. Najważniejsze odkrycia są następujące:
Kiedy generalnie czujemy się bezpiecznie, to znaczy: kiedy dobrze nam z bliskością i mamy pewność, że możemy polegać na bliskich, lepiej
wychodzi nam szukanie wsparcia -?i dawanie go innym. Podczas badania
przeprowadzonego przez psychologa Jeffa Simpsona z University of
Minnesota każda z 83 par wypełniła kwestionariusze o swoich związkach, a następnie usiadła razem w pokoju. Partnerkę ostrzegano, że weźmie udział
w czynności, która u wielu osób budzi lęk (nie zdradzano jednak, co to
będzie). Kobiety, które w kwestionariuszach opisywały siebie jako mające
poczucie bezpieczeństwa w swoich miłosnych związkach, potrafiły otwarcie
powiedzieć partnerowi, że martwią się nadchodzącym zadaniem, i poprosić
go o wsparcie. Kobiety, które generalnie nie przyznawały się do potrzeb
związanych z więzią i unikały bliskości, jeszcze bardziej się
wycofywały. Mężczyźni reagowali na zachowanie swoich partnerek na dwa
sposoby: ci, którzy opisywali się jako mających poczucie bezpieczeństwa
w związku, stawali się jeszcze bardziej pomocni niż zazwyczaj, dotykali
swoje partnerek i pocieszali je; ci, którzy opisywali swoją niezręczność
w obliczu potrzeby więziowej, stawali się wyraźnie mniej współczujący,
kiedy partnerki wyrażały swoje potrzeby, bagatelizowali ich niepokój,
okazywali mniej ciepła i mniej je dotykali.
Kiedy czujemy się bezpiecznie związani z naszymi partnerami, łatwiej nam
poradzić sobie z krzywdami, które nam wyrządzają, i rzadziej bywamy
agresywni, kiedy się na nich złościmy. Mario Mikulincer z Bar-Ilan
University w Izraelu przeprowadził wiele badań, w ramach których zapytał
uczestników, na ile związani czują się ze swoim partnerem i jak radzą
sobie z gniewem w razie konfliktu. Monitorowano ich bicie serca, kiedy
reagowali na scenariusze skonfliktowanych par. Ci, którzy czuli bliskość
z partnerami i mogli na nich polegać, okazywali się mniej gniewni i rzadziej przypisywali partnerom złe intencje. Opisywali siebie jako
wyrażających gniew w sposób bardziej kontrolowany i mających bardziej
pozytywne cele, takie jak rozwiązywanie problemów i odnajdowanie
porozumienia ze swoimi partnerami.
Bezpieczna relacja z ukochaną osobą dodaje sił. W licznych badaniach
Mikulincer wykazał, że kiedy czujemy się pewni w związku z drugą osobą,
lepiej rozumiemy samych siebie i bardziej się lubimy. Z listy
przymiotników, którymi miały się opisać, co pewniejsze osoby wybierały
bardziej pozytywne cechy. A kiedy zapytano je o ich słabe punkty,
mówiły, że chociaż wiele brakuje im do ideału, wciąż mają o sobie dobre
zdanie.
Mikulincer odkrył również -?jak przewidywał Bowlby -?że dorośli w bezpiecznych związkach są bardziej ciekawi świata i otwarci na nowe
informacje. Nie przeszkadza im dwuznaczność, lubią pytania, na które da
się odpowiedzieć na wiele różnych sposobów. Podczas jednego z zadań
opisywano im zachowanie jakiejś osoby i proszono, by ocenili jej
pozytywne i negatywne cechy. Uczestnicy pozostający w relacjach
przyjmowali nowe informacje na temat tej osoby z większą łatwością i potrafili zmienić zdanie na jej temat. Otwartość na nowe doświadczenia i elastyczność przekonań wydają się łatwiejsze, kiedy czujemy się
bezpieczni i związani z innymi. Ciekawość rodzi się z poczucia
bezpieczeństwa; sztywność -?z czujności wobec zagrożeń.
Im łatwiej nam zwracać się do naszych partnerów, tym bardziej potrafimy
być niezależni i osobni. Chociaż wydaje się to sprzeczne z kulturowym
umiłowaniem samowystarczalności, takie właśnie były wyniki obserwacji
280 par przez psycholożkę Brooke Feeney z Carnegie Mellon University w Pittsburghu. Ci, którzy mieli poczucie, że ich potrzeby są akceptowane
przez ich partnerów, rozwiązywali własne problemy z większą pewnością
siebie i mieli większe szanse na powodzenie w osiąganiu celów.
BOGACTWO DOWODÓW
Najróżniejsze dziedziny nauki mówią nam bardzo jasno, że nie tylko
jesteśmy zwierzętami społecznymi, ale że potrzebujemy także szczególnej
bliskiej relacji z innymi i że kiedy tej potrzebie zaprzeczamy, działamy
na własną szkodę. Rzeczywiście, dawno temu historycy zaobserwowali, że w obozach śmierci podczas drugiej wojny światowej jednostką przetrwania
była para, nie pojedyncza osoba. Od dawna wiadomo również, że zamężni
mężczyźni i kobiety generalnie żyją dłużej od osób samotnych.
Bliskie związki z innymi ludźmi są kluczowe dla naszego zdrowia w każdym
aspekcie -?mentalnym, emocjonalnym i fizycznym. Louise Hawkley z Center
for Cognitive and Social Neuroscience (Centrum Kognitywnych i Społecznych Neuronauk) na University of Chicago wylicza, że samotność
podwyższa ciśnienie krwi do punktu, w którym podwaja się ryzyko zawału
serca i udaru. Socjolog James House z University of Michigan twierdzi,
że emocjonalna izolacja jest większym ryzykiem zdrowotnym niż palenie
czy wysokie ciśnienie krwi, a przed nimi ciągle ostrzegamy! Być może,
odkrycia te odzwierciedlają dawne powiedzenie: "Cierpienie jest
nieuniknione, lecz samotne cierpienie jest nieznośne".
Nie chodzi jednak tylko o to, czy mamy w życiu bliskie relacje -?ich
jakość także jest ważna. Negatywne związki stanowią ryzyko dla naszego
zdrowia. Badacze z Case Western Reserve University w Cleveland zapytali
mężczyzn, którzy chorowali wcześniej na anginę i nadciśnienie: "Czy
twoja żona okazuje miłość?". Ci, którzy odpowiedzieli: "Nie", w kolejnych pięciu latach chorowali na anginę niemal dwa razy częściej od
tych, których odpowiedź brzmiała: "Tak". Serca kobiet również nie
pozostawały obojętne. Kobiety, które uważają swoje małżeństwa za trudne
i regularnie wchodzą we wrogie interakcje ze swoimi partnerami, częściej
mają znacząco podwyższone ciśnienie krwi i wyższy poziom hormonów stresu
w porównaniu z kobietami będącymi w szczęśliwych związkach. Jeszcze inne
badanie wykazało, że u kobiet, które przebyły atak serca, było ryzyko
nastąpienia kolejnego w sytuacji, gdy w ich małżeństwie pojawi się
konflikt.
W przypadku kobiet i mężczyzn cierpiących na zastoinową niewydolność
serca kondycja ich małżeństw jest -?jak twierdzi psycholog z University
of Pennsylvania Jim Coyne -?równie dobrym prognostykiem przeżycia
kolejnych czterech lat, jak powaga ich objawów i poziom upośledzenia.
Poeci, którzy uczynili serce symbolem miłości, z pewnością uśmiechnęliby
się, słysząc wnioski naukowców, twierdzących, że siły ludzkich serc nie
sposób oddzielić od siły ich miłosnych relacji.
Trudności w związku niekorzystnie wpływają na nasz układ immunologiczny
i hormonalny, a nawet zdolność do zdrowienia. Psycholożka Janice
Kiecolt-Glaser z Ohio State University przeprowadziła fascynujący
eksperyment: nakłoniła nowożeńców do kłótni, a następnie w kolejnych
godzinach pobrała od nich próbki krwi. Odkryła, że im bardziej
wojowniczy i pogardliwi byli, tym wyższy był ich poziom hormonów stresu
i tym gorzej funkcjonował ich układ immunologiczny. Efekt utrzymywał się
do 24 godzin. W ramach jeszcze bardziej zaskakującego eksperymentu
Kiecolt-Glaser użyła pomp próżniowych, żeby zrobić małe pęcherze na
dłoniach badanych kobiet, po czym obserwowała ich kłótnie z mężami. Im
gorsza była kłótnia, tym dłużej goiła się skóra.
Jakość naszych relacji miłosnych jest również ważnym czynnikiem dla
naszego zdrowia umysłowego i emocjonalnego. W najbogatszych
społeczeństwach panuje epidemia zaburzeń lękowych i depresji. Konflikty
i wrogie reakcje ze strony naszych bliskich zwiększają poziom niepokoju
i powodują bezradność -?a to typowe wyzwalacze dla depresji.
Potrzebujemy potwierdzenia naszej wartości ze strony naszych bliskich.
Badacze twierdzą, że małżeńskie nieszczęście dziesięciokrotnie zwiększa
ryzyko depresji!
To zła wiadomość. Ale jest też dobra.
Setki badań wykazały już, że pozytywne relacje miłosne z innymi ludźmi
chronią nas od stresu i pomagają lepiej radzić sobie z życiowymi
wyzwaniami i traumami. Izraelscy naukowcy dowiedli, że pary żyjące w bezpiecznych związkach emocjonalnych znacznie lepiej radzą sobie z zagrożeniami takimi jak ataki rakietowe niż inne, mniej przywiązane do
siebie nawzajem pary. Są mniej lękliwe i po atakach mają mniej problemów
zdrowotnych.
Samo trzymanie ukochanego partnera za rękę może mieć na nas głęboki
wpływ, dosłownie uspokajając roztrzęsione neurony w naszych mózgach.
Psycholog Jim Coan z University of Virginia powiedział swoim pacjentkom
podczas rezonansu magnetycznego, że kiedy zapali się czerwone światełko,
ich stopy mogą -?choć nie muszą -?zostać delikatnie porażone prądem.
Informacja ta uruchamiała ośrodek stresu w mózgach pacjentek. Kiedy
jednak partner trzymał je za rękę, doświadczały mniej bólu. Efekt ten
był wyraźnie silniejszy w najszczęśliwszych związkach, tych, w których
partnerzy wysoko oceniali swój poziom satysfakcji i które badacze
nazwali superparami. Kontakt z ukochanym partnerem stanowi bufor
chroniący przed szokiem, stresem i bólem.
Coan ocenia, że ludzie, których kochamy, są ukrytymi regulatorami
procesów zachodzących w naszym ciele i naszego życia emocjonalnego.
Kiedy miłość się nie udaje, czujemy ból. Według psycholożki Naomi
Eisenberger z University of California określenie "zranione uczucia"
jest bardzo precyzyjne. Jej badania z zakresu neuroobrazowania wykazują,
że odrzucenie i wykluczenie uruchamiają te same obwody w tych samych
obszarach mózgu co fizyczny ból -?to znaczy przednią korę zakrętu
obręczy. Ta część mózgu włącza się zawsze, kiedy jesteśmy emocjonalnie
oddaleni od tych, którzy są nam bliscy. Czytając wyniki tego badania,
przypomniałam sobie, jak bardzo zszokowało mnie moje samotne, fizyczne
doświadczenie żałoby. Kiedy dowiedziałam się, że zmarła moja matka,
poczułam się tak, jakby uderzył we mnie samochód. A kiedy jesteśmy
blisko naszych partnerów, przytulamy ich czy uprawiamy z nimi seks,
zalewają nas "hormony bliskości", oksytocyna i wazopresyna. Hormony te
włączają w mózgu "ośrodki nagrody", wypełniając nas substancjami
dającymi spokój i szczęście, takimi jak dopamina, i blokując wydzielanie
hormonów stresu takich jak kortyzol.
Pokonaliśmy długą drogę w naszym rozumieniu miłości i jej znaczenia. W 1939 roku kobiety umieściły ją na piątym miejscu na liście czynników
wpływających na wybór partnera. W latach 90. była już na pierwszym
miejscu, zarówno u kobiet, jak i u mężczyzn. Studenci mówią dzisiaj, że
najważniejszym, czego oczekują dziś od małżeństwa, jest "bezpieczeństwo
emocjonalne".
Miłość nie jest wisienką na torcie życia. Jest podstawową potrzebą, jak
woda czy tlen. Kiedy to zrozumiemy i zaakceptujemy, łatwiej będzie nam
dotrzeć do serca problemów w związkach.
Gdzie się podziała nasza miłość? Utrata łączności
Gdzie się podziała nasza miłość? Utrata łączności
Najbardziej narażeni na cierpienie jesteśmy, gdy kochamy.
Zygmunt Freud
"Podstawowy problem polega na tym, że Sally
nic nie wie o pieniądzach -?twierdzi Jay. -?Jest bardzo emocjonalna, nie
potrafi mi zaufać i po prostu pozwolić mi się nimi zająć". "Jasne -
wybucha Sally. -?Jak zwykle to ja stanowię problem. Jakbyś ty się znał
na pieniądzach! Dopiero co kupiliśmy ten absurdalny samochód, który
sobie wymyśliłeś. Samochód, którego nie potrzebujemy i na który nas nie
stać. Robisz, co ci się podoba. Moje zdanie się dla ciebie nie liczy. W ogóle się dla ciebie nie liczę".
Chris jest "okrutnym, zimnym, surowym rodzicem" -?oskarża Jane. "Dzieci
potrzebują opieki. Potrzebują uwagi, nie tylko zasad!". Chris odwraca
głowę. Spokojnie mówi o potrzebie dyscypliny i oskarża Jane o niezdolność do ustanawiania granic. Ciągle kłócą się o to samo. Wreszcie
Jane ukrywa twarz w dłoniach i szlocha: "Po prostu nie wiem już, kim w ogóle jesteś. Jesteś mi obcy". Chris znów odwraca głowę.
Nat i Carrie uparcie milczą, aż wreszcie Carrie łamie się i zaczyna
płakać, mówiąc, jak bardzo czuje się zszokowana i zdradzona romansem
Nata. Ten, sfrustrowany, zaczyna wyliczać powody swojego romansu. "Wiele
razy mówiłem ci, co się stało. Byłem z tobą szczery. Poza tym to było
dwa lata temu! To wszystko przeszłość! Nie powinno ci już przejść? Nie
możesz mi wreszcie wybaczyć?". "Nie wiesz nawet, co znaczy szczerość -
piszczy Carrie, po czym jej głos zniża się do szeptu. -?Nic cię nie
obchodzę, nie obchodzi cię mój ból. Chcesz po prostu, żeby wszystko było
tak jak dawniej". Zaczyna łkać, wbijając wzrok w podłogę.
Pytam każdą z par, jaki jest, ich zdaniem, główny problem w ich związku,
i jakie może być jego rozwiązanie. Zastanawiają się chwilę i przedstawiają swoje pomysły. Sally mówi, że Jay jest zbyt kontrolujący;
trzeba go nauczyć, jak bardziej sprawiedliwie dzielić się władzą. Chris
sugeruje, że tak bardzo różnią się osobowościowo z Jane, że osiągnięcie
porozumienia co do stylu rodzicielskiego jest niemożliwe. Mogliby
dogadać się, gdyby zdecydowali się na kurs rodzicielski u "eksperta".
Nat jest przekonany, że Carrie ma zahamowania seksualne. Być może,
powinni spotkać się z seksuologiem, żeby przywrócić radość w swojej
sypialni.
Pary te bardzo się starają zrozumieć swoje problemy, jednak pomysły na
ich rozwiązanie są błędne. Wielu terapeutów zgodziłoby się, że ich
wyjaśnienia stanowią zaledwie czubek góry lodowej, powierzchowny,
namacalny czubek wielkiej góry problemów. Jaki "prawdziwy problem" kryje
się więc pod powierzchnią?
Gdybym spytała terapeutów, wielu z nich powiedziałoby, że pary te toczą
destrukcyjne walki o władzę albo że są uwięzione w cyklu
niszczycielskich walk, a więc że powinny nauczyć się, jak negocjować i naprawić swoje umiejętności komunikacyjne. Doradcy jednak również nie
trafiają w sedno. Po prostu zeszli ze szczytu góry lodowej na linię
brzegową.
Aby odkryć podstawowy problem, musimy sięgnąć głębiej: pary te odłączyły
się emocjonalnie od siebie; partnerzy nie czują się już ze sobą
bezpiecznie. Pary i terapeuci często nie dostrzegają, że większość
kłótni to właśnie bunt przeciwko emocjonalnemu rozłączeniu. Cały ten
niepokój kryje w sobie pytanie: czy mogę na ciebie liczyć? Czy mogę ci
zaufać? Czy odpowiesz na moje wezwanie, kiedy będziesz mi potrzebny? Czy
jestem dla ciebie ważny? Czy mnie akceptujesz i cenisz? Wściekłość,
krytyka, wymagania to wołanie do kochanków, krzyk mający poruszyć ich
serca, na nowo związać emocjonalnie i ustanowić nową bezpieczną relację.
PIERWOTNA PANIKA
Teoria przywiązania uczy nas, że ukochana osoba jest naszym
schronieniem. Kiedy jest ona emocjonalnie niedostępna czy
nieresponsywna, mierzymy się z chłodem, samotnością i bezradnością.
Atakują nas emocje: złość, smutek, ból, a nade wszystko -?strach. Nic w tym zaskakującego, jeśli przypomnimy sobie, że strach jest naszym
wbudowanym układem alarmowym; włącza się, kiedy zagrożone jest nasze
przetrwanie. Utrata łączności z ukochaną osobą sprawia, że tracimy
poczucie bezpieczeństwa. Alarm włącza się w ciele migdałowatym -?centrum
strachu -?jak nazwał je neurobiolog Joseph LeDoux z Center for Neural
Science (Centrum Neuronauk) na New York University. Ten obszar w kształcie migdała uruchamia automatyczną reakcję. Nie myślimy -?czujemy,
działamy.
Kiedy kłócimy z naszymi partnerami, wszyscy doświadczamy strachu. Jednak
ci z nas, którzy mają w życiu bezpieczne relacje, boją się tylko przez
chwilę. Strach zostaje szybko stłumiony i pokonany, kiedy zdajemy sobie
sprawę, że nic nam nie grozi albo że nasz partner doda nam otuchy, gdy
go o to poprosimy. Jednak tych z nas, których relacje są słabsze lub
zniszczone, strach potrafi obezwładnić. Ogarnia nas to, co neurobiolog
Jaak Panksepp z Washington State University nazywa "pierwotną paniką".
Następnie robimy zazwyczaj jedną z dwóch rzeczy: albo stajemy się
wymagający i niesamodzielni, starając się uzyskać od partnera ukojenie i poczucie bezpieczeństwa, albo wycofujemy się i oddalamy, chcąc chronić i ukoić samych siebie.
Niezależnie od tego, co konkretnie mówimy, przekazujemy wtedy: "Zauważ
mnie. Bądź ze mną. Potrzebuję cię". Albo: "Nie pozwolę, byś mnie
skrzywdził. Uspokoję się i spróbuję zachować kontrolę".
Te strategie radzenia sobie z utratą bliskości są nieświadome i -
przynajmniej na początku -?skuteczne. Kiedy jednak nieszczęśni partnerzy
uciekają się do nich zbyt często, wpadają w błędną spiralę niepewności,
która tylko ich od siebie oddala. Odbywają coraz więcej interakcji, w których nie czują się pewnie, przechodzą do defensywy, a każdy z partnerów ma jak najgorsze przypuszczenia na temat związku i siebie
nawzajem.
Jeśli kochamy naszych partnerów, dlaczego po prostu nie wysłuchamy
wzajemnego wołania o uwagę oraz więź i nie odpowiemy troską? Ponieważ
przez większość czasu nie jesteśmy wsłuchani w naszych partnerów.
Jesteśmy rozkojarzeni i zajęci własnymi sprawami. Nie wiemy, jak
rozmawiać w języku przywiązania, nie potrafimy jasno wyrażać naszych
potrzeb ani tego, jak bardzo nam zależy. Często mówimy bez przekonania,
bo nie jesteśmy pewni, czego właściwie nam trzeba. Albo nasze wołanie o więź pełne jest wściekłości i frustracji, bo nie czujemy się w naszych
związkach bezpiecznie i pewnie. Zaczynamy się domagać, zamiast prosić,
co często prowadzi nie do czułości, lecz do walki o władzę. Niektórzy z nas starają się zminimalizować nasze naturalne pragnienie emocjonalnej
bliskości i skupić na działaniach, które pozwalają nam wyrazić nasze
potrzeby jedynie częściowo. Najczęściej -?skupiamy się na seksie.
Zakamuflowane i zniekształcone wiadomości nie pozwalają nam ukazać całej
naszej tęsknoty, ale jednocześnie utrudniają naszym ukochanym reakcję.
SZATAŃSKIE DIALOGI
Im dłużej partnerzy czują się emocjonalnie odłączeni, tym bardziej
negatywne stają się ich interakcje. Badacze zidentyfikowali kilka
szkodliwych wzorców i nadali im wiele różnych nazw. Trzy, które uważam
za najbardziej podstawowe, nazwałam "szatańskimi dialogami". Są to:
"Znaleźć winnego", "Polka protestacyjna" i "Zastygnąć i uciekać".
Dowiesz się o nich wszystkiego z opisu Rozmowy 1.
Z tego tercetu najczęstsza jest "Polka protestacyjna". W tym dialogu
jeden z partnerów staje się krytyczny i agresywny, drugi zaś dystansuje
się i ucieka do defensywy. Psycholog John Gottman z University of
Washington w Seattle uważa, że pary, które w ciągu pierwszych kilku lat
małżeństwa zostają uwięzione w tym dialogu, mają ponad 80-procentową
szansę na rozwód w ciągu czterech czy pięciu lat.
Przyjrzyjmy się pewnej parze. Carol i Jim od dawna kłócą się o jego
chroniczne spóźnialstwo. Podczas sesji w moim gabinecie Carol narzeka na
ostatnie z uchybień Jima: nie przyszedł na czas na ich umówioną randkę.
"Czemu wiecznie się spóźniasz? -?pyta. -?Czy nic cię nie obchodzi, że
jesteśmy umówieni, że na ciebie czekam? Czemu wiecznie mnie zawodzisz?".
Jim reaguje chłodno: "Coś mnie zatrzymało. Ale jeśli zamierzasz znów
zacząć marudzić, może powinniśmy wrócić do domu i darować sobie randkę".
W odpowiedzi Carol wygłasza litanię dotyczącą wszystkich pozostałych
spóźnień. Jim zaczyna się sprzeciwiać, po czym wycofuje się i milknie.
Jim i Carol są uwięzieni w tej niekończącej się dyskusji. Kiedy Jim po
raz ostatni się spóźnił? Minął tydzień czy kilka miesięcy? Szukają
odpowiedzi na pytanie: "Jak było naprawdę" -?czyja historia jest
"prawdziwsza" i kto bardziej "zawinił". Są przekonani, że problemem musi
być albo jego nieodpowiedzialność, albo jej narzekania.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki