Mój przyjacielu! Zarzucasz mi, że mam słabość do opisywania
kłopotów ludzi uczciwych i radości hultajów; mówisz przytem, że
widzę świat w ciemnych barwach. Ale robię to tylko dla
oryginalności. W gruncie rzeczy sam nie wierzę w to, co piszę.
Świat jest oceanem szczęścia - to wiadomo. Wszyscy, którzy pływają
po nim, są bardzo zadowoleni, i - mają słuszność. Że się ten i ów
zachłysnął, a ktoś inny utonął - to nie argument. Z tej wychodząc zasady, postanowiłem zrobić się optymistą.
Rzecz nader łatwa: potrzeba tylko, oglądając fakty, przechodzić na
drugą stronę. Ot i w tej chwili: alboż nie jesteśmy szczęśliwi? Zimno
wprawdzie na dworze, ale tylko na naszej półkuli. Gdzie indziej
klimat jest umiarkowany, a nawet tak gorący, że na wolnem powietrzu
mogą piec chleb, naturalnie ci, którzy mają mąkę. Zresztą i zimno
nie psuje ludziom humoru. Cieszy się składnik węgli, że będzie
robił interesa; cieszy się pająk, że ostatnią w tym roku muchę
złapał, a i mucha brzęczy tak, jakby była zupełnie kontenta. Śmierć, naprzykład, uważają ludzie za najgorszy wypadek.
Jest to przesąd, o czem najlepiej przekonał się pan Wincenty. Był
on małym urzędnikiem, pobierał kilkaset rubli pensji, a śmierci bał
się jak ognia. Jednak w chwili stanowczej, nie znać było na nim
wielkiego wzruszenia. Machnął ręką, jakby chcąc powiedzieć: "Głupi
świat!..." - i umarł. Umarł tak dobrze, jak najznakomitszy aktor,
ba!... nawet lepiej, bo nie wstał, choć go wywoływali. Coprawda, nie wywoływała go publiczność, tylko własna żona
i trochę syn, Jaś. Ale jego można nie liczyć, bo miał dopiero trzy
lata. Przy tej sposobności, pani Wincentowa poznała całą dobroć
ludzkiej natury. Prawie wszyscy koledzy nieboszczyka zeszli się na
pogrzeb. Zmarły wprawdzie za każdego odrabiał zaległości, dłużej
przesiadywał w biurze, brał papiery do domu. Ale i tego liczyć nie
warto. Zato żadnemu z nich nie oddał ostatniej chrześcijańskiej
posługi, a oni mu ją przecie oddali!... W ciągu reszty życia pozostało dla pani Wincentowej
tajemnicą, jakim sposobem wróciła z cmentarza do domu? Okoliczność
ta była dowodem litości pewnego pana Karola. - Słowo honoru daję! - mówił do swoich znajomych pan Karol
- sam ją odwiozłem i jeszcze cztery złote za dorożkę zapłaciłem.
Ale ja się nie lubię chwalić!... Wróciwszy do domu, pani Wincentowa załamała ręce i
szepnęła z rozpaczą: - Co ja tu pocznę nieszczęśliwa, ja - i... ten biedny
sierota! Mówiąc to, patrzyła na Jasia, który zmęczony, spłakany
(choć płakał, sam nie wiedząc z jakiego powodu), upadł na kanapkę w
żałobnej sukience i twardo zasnął. Tymczasem, można się było smucić, ale nie wypadało
rozpaczać. Rozpacz zdradza małe zaufanie do miłosierdzia ludzkiego,
no! a ludzie są przecie miłosierni. Zaraz w kilka dni po nieszczęściu, zjechali do Warszawy
krewni zmarłego: pan Piotr i pani Piotrowa. Pan Piotr, jako mężczyzna i człowiek praktyczny, wziął się
do taksowania i sprzedawania ruchomości. Pani Piotrowa zaś, aby nie
przeszkadzać mężowi i pofolgować własnym uczuciom, usiadła przy
wdowie i poczęła płakać z nią - na współkę. Popłakawszy, ugotowała
kawy na maszynce, napiła się sama, nakarmiła wdowę, sierotę i swego
męża pana Piotra, a potem - popłókawszy szklanki i łyżeczki, wzięła
się znowu do płaczu. Taki podział zajęć i boleści zbawiennie oddziałał na
wdowę, o czem przekonywamy się ze słów samego pana Piotra. - Uspokoiła się biedna Zuzia!... - rzekł raz do swej
małżonki. - A tak!... A wszystko to zawdzięcza twojej przytomności
umysłu - odpowiedziała pani Piotrowa. - Ale gdzie tam!... Uspokoiła się, widząc twoje
współczucie - twierdził pan Piotr. - Powiadam ci, mężuniu, że to twoja praktyczność... - Dosyć tego! - oburzył się pan Piotr. - Powiedziałem, że
tyś ją pocieszyła i basta!... Ponieważ małżonka winna być współmałżonkowi uległą, pani
Piotrowa zatem głośno przyznała słuszność twórcy swojej rodziny. W
duszy jej jednak pozostały pewne wątpliwości, dla usunięcia
których, (gdy mąż wyszedł), spytała pani Wincentowej, ucałowawszy
ją poprzednio: - Powiedz mi też, kochana Zuziu, które z nas dwojga więcej
cię uspakaja?... Prawda, że Piotruś?... Wdowa w odpowiedzi zalała się łzami. Stan jej coraz głębsze współczucie począł budzić w
krewnych. Przyjechali tu bez żadnego ściśle określonego zamiaru,
lecz zbadawszy rzecz na miejscu, przekonali się, że wypada coś
zrobić. - Biedactwo!... - rzekł pan Piotr. - Te kilkaset rubli, ze
sprzedaży ruchomości, wystarczą jej najwyżej na pół roku. - Nawet i na tyle nie wystarczą!... - odpowiedziała pani
Piotrowa. - Trzebaby ją wziąć do nas... - I dać jakieś zajęcie. - Tak!... Poprostu dla rozerwania myśli - zakończył pan
Piotr. Skutkiem tego, pani Wincentowa, wraz z Jasiem, wyjechała
na wieś. Państwo Piotrowie mieli troje dzieci i przy nich
guwernantkę. Po przyjeździe jednak z Warszawy odprawili
guwernantkę, którą zastąpiła wdowa: poprostu dla rozerwania myśli.
Ponieważ jednak pani Wincentowa tylko dnie przepędzała na nauce
dzieci, a ranki i wieczory na łzach - krewni więc, dla ostatecznego
uwolnienia jej od smutku, odprawili klucznicę. Istotnie, przy pełnieniu tych podwójnych obowiązków i
czuwaniu nad własnem dzieckiem, wdowa nietylko o smutku, ale nawet
o samej sobie zapomniała. Zresztą, było jej tam dobrze, jak w raju. Dla siebie i
syna miała jedzenia po uszy. Do gości wychodziła, o ile czas
pozwalał i ile razy chciała. Jako krewna, pensji nie brała żadnej;
państwo Piotrowie nigdyby jej w taki sposób nie uchybili. Ale zato,
ile razy potrzebowała czy to dla siebie, czy dla Jasia, na
sukienkę, koszulę, albo trzewiki, dość jej było powiedzieć tylko
słówko: - Kochany wuju!... Możeby wuj był łaskaw dać mi dziesięć
rubli... - Naco to, kochana Zuziu?... - pytał pan Piotr. - Chciałabym... - mówiła cicho, ze spuszczonemi oczyma -
chciałabym kupić Jasiowi płótna i korciku na ubranie... - Owszem, kochana Zuziu!... Przecieżeś ty nasza krewna,
choć daleka, a on sierota... Ja wprawdzie nie wymawiam, zawsze
jednak radziłbym oszczędność. Dlatego zamiast korciku, kup mu
barchanu, a i płócienko może być trochę grubsze. Widzisz, ledwie
półtora roku upłynęło od śmierci męża, a już wydałaś te kilkaset
rubli, którem ci wydreptał... To ile chcesz, ile?... - Dziesięć rubli... - szepnęła, tłumiąc westchnienie. - Naco tyle?... Dosyć będzie siedem rubli!... Ja wprawdzie
nie żałuję, ale żebyś, moje dziecko, wiedziała, jak teraz o grosz
trudno! - mówił pan Piotr, wydobywając powoli najbardziej
zatłuszczone papierki. Serce człowieka składa się, jak wiadomo, z dwu części: w
jednej mieszkają uczucia dla siebie, w drugiej dla bliźnich. Otóż
pan Piotr, pomimo wrodzoną dobroć i praktyczność, ową drugą połowę
serca miał nieco skostniałą. Z tego powodu kochał własne cnoty a
nienawidził wad cudzych; czuł głęboko własne przykrości, lecz o
tych, które innym wyrządzał, miał wyobrażenie dosyć słabe. Pani Wincentowa, poznawszy psychiczną organizacją
krewnego, straciła śmiałość i przywiązanie do swego opiekuna. Coraz
rzadziej odwoływała się do niego z prośbą o pieniądze, a coraz
częściej łatała ubranie swoje i syna. Tymczasem Jaś rósł i, jak mówił pan Piotr, hartował się i
odzwyczajał od zbytków. Miał już lat pięć, chodził w lecie boso,
tudzież w barchanowych majtkach, które wraz z kaftanikiem, z tyłu
zapinanym, stanowiły jedną całość. Zato w dni świąteczne nosił
przykrótkie nieco, ale porządne ubranie po młodszym od siebie synu
pana Piotra. Jaś był dzieckiem potulnem, uczył się i słuchał. Ludzie
obcy, jak naprzykład goście i folwarczna służba, mniemali, że
chłopczyk ten był nierównie lepszy od dzieci pana Piotra i jego
małżonki. Na nieszczęście, pan Piotr, odznaczający się, jak
wiadomo, trzeźwym umysłem, dopatrywał w nim wiele wad. Według jego
opinji, Jaś był dziki, bo uciekał przed gośćmi, był skryty - bo
niewiele mówił, a choć robił, co mu kazano, musiał to zapewne robić
niechętnie. Najbardziej potępiał go pan Piotr za zaciętość. - Jeżeli mego chłopca wezmę za ucho - mówił - to on zaraz
krzyczy. Tego nieraz porządnie oćwiczę, a on ani piśnie. Najwięksi
zbrodniarze odznaczali się w dzieciństwie takim uporem!... Najgorszem było to, że Jaś - kłamał. Pewnego razu, synek państwa Piotrów przyleciał pędem z
obory, wołając: - Tatku!... tatku!... ja nie byłem w oborze, ja cieląt nie
wypuściłem! - To pewnie Jaś wypuścił! - rzekł surowo pan Piotr. -
Prawda, synku, że Jaś? Zdziwiony synek milczał. - No, przyznaj się, synku - mówił dalej ojciec - prawda,
że Jaś wypuścił? - A Jaś, proszę tatki, Jaś! - odparł chłopiec, który przed
oczyma duszy ujrzał w tej chwili widmo pięciopalczastej dyscypliny
na sarniej nóżce. Oburzony pan Piotr pobiegł szukać sprawcy złego i znalazł
go w ogrodzie pod drzewem, gdzie Jaś spał, albo przynajmniej
udawał, że śpi. Ale przenikliwy opiekun zrozumiał podstęp; porwał
więc chytrego chłopca za ramię i krzyknął: - Ty wypuściłeś cielęta? Zbudzony Jaś szeroko otworzył oczy, wybornie udając
zadziwienie i przestrach. Taka wielka bezczelność w tak małym
chłopcu zrewoltowała cnotliwą duszę pana Piotra. - O, sprawięż ja tobie łaźnię, hultaju! - mówił opiekun,
ciągnąc go do swego pokoju. - Ja nie wypuściłem cieląt!... Ja spałem w ogrodzie!... -
wołał Jaś, zanosząc się od płaczu. Ponieważ pani Wincentowej w tym czasie w domu nie było, a
pani Piotrowa nie miała odwagi wstawiać się za przewrotnym
chłopcem, Jaś więc dostał porządne cięgi. W kilka dni potem okazało
się, że nie Jaś, lecz synek pana Piotra cielęta wypuścił, ale - już
było za późno. Małe to, jak mówił pan Piotr, nieporozumienie doreszty
zniechęciło biedną wdowę. Stała się ona smutniejszą, niż
kiedykolwiek, zżółkła, podupadła na zdrowiu i po całych dniach
myślała o tem tylko, ażeby jak najrychlej wydobyć się z objęć
poczciwych krewnych. Między nią a opiekunem długi czas toczyła się
głucha walka, której widocznemi objawami były wybuchy gniewu ze
strony pana Piotra i łzy wdowy.