Sierociniec - Jakub Rutka

Reflow text when sidebars are open.
- Po co tam idziemy? - zapytała Alicja przyciszonym głosem, stawiając niepewnie kroki na miękkim dywanie.
- Przecież ci mówiłem - wytknął dziewczynce jej brat Michał.
To prawda, mówił. Ale nie bardzo rozumiała, o co mu chodziło. Wspominał coś o jakiejś siostrze? Aniele z ogrodu i zbawieniu? Chyba tak.
- Jest już noc, prawda? - upewniła się, chociaż wszystkie znaki na niebie i ziemi na to wskazywały.
Ośrodek Wsparcia Dziecka i Rodziny spowijały kompletne cisza i mrok. Wszyscy podopieczni spali, nie mając bladego pojęcia, że Ala i Michał Pastuszakowie wymknęli się ze swoich pokoi, by zrealizować ważny plan jedenastoletniego chłopca.
- A jak kogoś obudzimy? - kontynuowała Ala, gdy zaczęli pokonywać schody na piętro. - Albo ktoś nas przyłapie i dostaniemy karę?
- Wolę karę od wychowawczyni niż od Siostry Ciszy.
- Kim jest ta Siostra Ciszy?
- Ala, przecież ci mówiłem!
Dziewczynka tylko nieznacznie westchnęła, jakby bała się przyznać, że nic już nie pamięta z tej opowieści.
- Anioł z ogrodu ma skrzydła z liści, co roku w nocy dwoje oczyści. Jedno za grzechy, drugie z miłości, zabiera w ciszy, w pełni radości. Z dwojga grzech się zrodzi, z dwojga ofiara pochodzi - wyrecytował Michał szeptem, przyprawiając Alicję o gęsią skórkę.
- Ale tu nie ma nic o Siostrze Ciszy - zauważyła dziewczynka.
- Tu nie, ale w innej rymowance już tak.
- My przecież mamy... - zaczęła Alicja zbyt głośno.
Michał momentalnie się obrócił i błyskawicznie przycisnął dłoń do jej ust, obrzucając ją gniewnym spojrzeniem.
- Aua, to bolało - powiedziała, gdy po chwili zabrał rękę i ponownie ruszył schodami na górę.
- Było się nie wydzierać. Zaraz byś kogoś obudziła.
- Chciałam ci powiedzieć, że my mamy przecież anioła w ogrodzie, tę figurkę.
- To jest posąg - poprawił ją brat. - I właśnie o tym aniele jest rymowanka. Anioł z ogrodu, który nas oczyści.
Alicja przez kilkanaście sekund szła w milczeniu. Zastanawiała się, z czego ten anioł ma ich niby oczyścić. Pani pomogła jej dziś z kąpielą, więc anioł nie będzie miał zbyt wiele do zrobienia. Poza tym jak ten cały posąg ma coś niby zrobić? To tylko wielka nieruchoma rzeźba.
Michał zatrzymał się nagle i wyciągnął rękę w tył. Dziewczynka wystraszyła się, że znów zrobiła coś złego i brat chce ją uciszyć. Zastygła w bezruchu, przyglądając mu się uważnie. Ten chyba nasłuchiwał przez moment, a potem odetchnął z wyraźną ulgą.
- Co się stało? - zapytała szeptem Ala.
- Wydawało mi się, że słyszę kroki.
- Gdzie my idziemy?
- Ala, proszę, robimy tylko to, o co nas prosiła siostra.
- Mnie nikt o nic nie prosił. To ty tylko coś mruczysz i powtarzasz. Nie możemy wrócić do spania? A to, co chcesz, zrobimy jutro w dzień?
- Nie możemy. To nam zajmie chwilę.
Alicja westchnęła. Wiedziała, że nic już nie wskóra. Michał był starszy, więc musiała się go słuchać. Poza tym był jej jedyną rodziną. Panie - może i fajne, opiekuńcze i troskliwe - to tylko panie. Jakiś straszny wypadek zabrał im mamusię i tatusia. Podobno czekają na nich w niebie - tak przynajmniej twierdził Michał. Mówił jej, że rodzice są aniołami. Oby tylko nie takimi jak ten z ogrodu, bo nie wygląda na zbyt szczęśliwego. Stoi tak w jednym miejscu przez cały rok. Czy to upalne lato, czy chłodna jesień, nie mówiąc już o zimie.
- Dobra, jesteśmy.
Alicja rozejrzała się po ciemnym korytarzu.
- Ale gdzie?
- Tutaj.
Po tych słowach Michał odsunął grubą kotarę. Blada poświata księżyca rozjaśniła skąpany w mroku korytarz. Stali przy drzwiach prowadzących na niewielki balkon.
- Michaś - zaczęła niepewnie Ala - co ty chcesz zrobić?
- Zaraz zobaczysz - powiedział, po czym chwycił za klamkę.
Chłopiec rozejrzał się, by raz jeszcze się upewnić, że nikt ich nie nakryje. Następnie bardzo delikatnie otworzył drzwi. Chłodne powietrze momentalnie wdarło się do środka.
Alicja objęła się ramionami i cofnęła o krok.
- Zimno! - syknęła przez zęby.
- Nie marudź. Chodź - rozkazał jej brat, stając w otwartych na oścież drzwiach.
- Gdzie?
- No na balkon.
- Jest zimno! Nie chcę.
- Ala, błagam cię, im szybciej mnie posłuchasz i zrobisz to, co mówię, tym szybciej... - urwał.
Dziewczynka przyglądała mu się podejrzliwie.
- Tym szybciej co? - zapytała.
- Tym szybciej będzie po wszystkim.
- Będziemy uciekać?
Michał znów się rozejrzał.
- Mniej więcej.
- Czyli?
- Czyli trochę tak.
- Ale tu jest fajnie. Panie będą się o nas martwić.
Michał pomyślał, że jeśli sam wyjdzie pierwszy i zostawi siostrę na korytarzu, to ta prędzej zdecyduje się do niego dołączyć. Tak też zrobił. Poczuł przebiegający po plecach dreszcz. Mógł włożyć kurtkę albo sweter. Dlaczego o tym nie pomyślał? W końcu był już maj, powinno być ciepło, a jednak nocami panował chłód, zdecydowanie zbyt wielki, by sterczeć na zewnątrz w piżamie z krótkim rękawem.
- Zimno!
Obejrzał się za siebie. Stało się tak, jak zakładał: Alicja od razu dołączyła do niego na balkonie, bez zbędnych pytań i marudzenia.
- Nigdy nie byłem tu w nocy - powiedział Michał, podchodząc do balustrady.
Rozciągał się stamtąd przyjemny widok. Po swojej lewej stronie mieli ogród z pięknymi kwiatami, drewnianymi huśtawkami i ławeczkami. Tam spędzali najwięcej czasu, kiedy tylko pozwalała na to pogoda.
Pod nimi znajdowało się główne wejście do budynku, który był naprawdę ładny. Przypominał trochę zabytkowy dom jednorodzinny, może jakiś dworek? Do wejścia prowadził szeroki podjazd ciągnący się od bramy wjazdowej.
Na środku podjazdu ustawiono posąg anioła o długich włosach i rozpostartych skrzydłach. Prawą dłoń miał wyciągniętą, jakby zapraszał do siebie. Lewa z kolei spoczywała mniej więcej na wysokości serca.
- Cicho, dziatki, już bez słowa, noc się w oknach cicho chowa. Gdy ktoś szelest nocą słyszy, wiedz, że idzie Siostra Ciszy. Palcem kładzie znak milczenia, głos zabiera dla zbawienia. Cicho, dziatki, śpijcie w zgodzie, Anioł z Siostrą są w ogrodzie. A gdy wezwą po imieniu, dwoje pójdzie ku zbawieniu.
- Dlaczego mówisz ten wierszyk?
Głos Alicji wyrwał Michała z zamyślenia. Obrócił się i spojrzał na nią, lekko się uśmiechając.
- Fajny, prawda?
- Fajny, ale nie rozumiem.
- Pamiętasz, co mówiłem o naszych rodzicach?
Dziewczynka wzdrygnęła się, bo poczuła chłodny powiew pod bluzką piżamy.
- Że są aniołami?
- Tak. Są już w niebie i tam na nas czekają.
- Takimi aniołami jak ten posąg? - dopytała, wskazując ruchem głowy.
Michał uśmiechnął się, tym razem szerzej.
- Nie są posągami, głuptasie. Są prawdziwymi aniołami.
- Widzą nas teraz?
- No pewnie! Patrzą na nas, bo chcą, żebyśmy już do nich dołączyli!
- Jak to chcą? I skąd to wiesz? - Alicja spojrzała na brata zdezorientowana. Zmarszczyła brwi i wydęła usta.
- Cały czas to słyszę, Aluś. Dwoje dla zbawienia, rozumiesz? Nasza dwójka jest tą wybraną. Musimy spotkać się z rodzicami.
- Kto ci to powiedział?
- Jak to kto? - Michał podszedł do Alicji i chwycił ją za ramiona. - Siostra Ciszy. Ona też nam się przygląda. Ona i anioł. Patrzą i czekają.
- A gdzie mamy się spotkać z rodzicami?
- Sami do nas przyjdą.
Oczy Alicji się zaiskrzyły, a na jej malutkiej twarzyczce zagościł promienny uśmiech. Nawet chłodny wiatr zdawał się jej już nie przeszkadzać.
- Co mamy zrobić? - zapytała, dosłownie podskakując.
- Chodź, pokażę ci.
Michał zebrał wszystkie swoje siły, złapał Alicję pod pachy i posadził na kamiennej balustradzie, przodem do siebie.
- Tu będziemy na nich czekać?
- Tak.
- A o której przyjdą?
- Za chwilę.
- Nie pamiętam, jak wyglądają rodzice.
- Wiem, Aluś, wiem.
Alicja obserwowała, jak Michał przestępuje z nogi na nogę. Był zdenerwowany. Pewnie stresował się spotkaniem z rodzicami. Czy rodzice pokażą im niebo? Dadzą skrzydła i pozwolą trochę polatać? Może uda im się przylecieć tutaj i pokazać to innym dzieciakom?
- Anioł z ogrodu ma skrzydła z liści, co roku w nocy dwoje oczyści. Jedno za grzechy, drugie z miłości, zabiera w ciszy, w pełni radości. - Michał wypowiadał kolejne słowa coraz szybciej, z trudem łapiąc oddech. Jakby przebiegł kilka okrążeń wokół domu. - Z dwojga grzech się zrodzi, z dwojga ofiara pochodzi.
Alicja przyglądała się bratu z zaciekawieniem.
- Kiedy w końcu przyjdą?
- Zamknij oczy - wymamrotał.
Alicja pokiwała głową i zamknęła powieki. Wyszczerzyła zęby w promiennym uśmiechu, jakby za chwilę miała ją spotkać największa niespodzianka w jej sześcioletnim życiu.
- Raz - wyszeptał chłopiec. - Dwa...
Alicja wyobrażała sobie rodziców. Widziała, jak uśmiechnięci przylatują na skrzydłach i zabierają ich do siebie. Ciekawe, czy...
- Trzy!
W tym momencie poczuła mocne szturchnięcie i straciła równowagę. Zanim jej ciało oderwało się na dobre od balustrady, otworzyła oczy i spojrzała na Michała w nadziei, że tylko ją straszy albo robi sobie głupi żart. W jego wzroku dostrzegła wyraz szoku i przerażenia. Nie żartował.
Michał z całych sił zacisnął powieki, gdy usłyszał głuche uderzenie, któremu towarzyszył dźwięk podobny do rozłupywania orzecha. Bał się, że Alicja zacznie płakać. Będzie się drzeć i wszystkich obudzi. Nic takiego się jednak nie stało. Byli tylko on i szum wiatru.
Nie miał pojęcia, ile tak stał. Pół minuty? Minutę? Pięć? Czuł, jak cały drży. Dosłownie jakby wyszedł z lodowatej wody. Zęby dzwoniły, uderzając o siebie. Wyjrzał delikatnie za balustradę i spojrzał w dół.
Alicja leżała w nienaturalnej pozycji w olbrzymiej kałuży krwi.
Nie ruszała się.
Nie płakała.
Odeszła... w ciszy.
Teraz jego kolej.
Chwycił się balustrady i zacisnął na niej palce. Serce omal nie wyskoczyło mu z piersi.
- Jedno za grzechy, drugie z miłości, zabiera w ciszy, w pełni radości - wyszeptał po raz kolejny, jakby miało mu to dodać odwagi.
Nie był w stanie zrobić nic. Stał tak, drżąc z zimna. Czuł jednocześnie, jak ciepła fala rozchodzi się po jego spodenkach. Strużki moczu zaczęły się rozlewać po posadzce. Pojedyncze łzy spłynęły po policzkach.
- Przepraszam...
Natalia Sadecka miała dzisiaj spać.
Długo. Nadrobić wszystkie nieprzespane godziny z całego tygodnia. Na ogół zrywała się koło siódmej, co w połączeniu z chodzeniem spać grubo po północy dawało niezbyt korzystny bilans. Zmęczenie i rozdrażnienie stały się jej najlepszymi towarzyszami. Dziś miało być inaczej. W końcu jest sobota - zero spotkań, zero obowiązków - ot, dzień śpiocha i leniucha. Natalia pomagała zawodowo wszystkim wokół, ale często zapominała o sobie.
Zadzwonił jednak telefon i tak mocno wibrował na szklanym stoliku obok łóżka, że obudziłby chyba umarłego. Zerwała się w panice, na wpół przytomna, w pośpiechu łapiąc za smartfon i na oślep wciskając boczny przycisk.
Leżący obok Marcel przekręcił się na bok i wymamrotał coś niezrozumiałego.
- Cholerny budzik... Zapomniałam - szepnęła i ze ściśniętym w dłoni telefonem opadła na poduszkę, przykrywając się kołdrą po same uszy.
Minęła dosłownie chwila, kiedy jej telefon rozdzwonił się ponownie. Tym razem jednak Natalia zorientowała się, że wydobywająca się z urządzenia melodia nie jest tą, którą przypisała do budzika.
Wyjęła rękę spod poduszki i spojrzała na wyświetlacz.
"Magdalena Bielawska OWDir" - głosił napis na ekranie.
Natalia spojrzała na zegarek.
7.03.
- Co jest? - szepnęła, a następnie odchrząknęła, przeciągnęła zieloną słuchawkę i przyłożyła aparat do ucha. - Halo?
- Dzień dobry, pani Natalio. - Głos rozmówczyni był roztrzęsiony i zdenerwowany. Zresztą dzień i godzina jasno wskazywały, że coś ewidentnie jest nie tak. - Przepraszam, że dzwonię o takiej porze, w dodatku w sobotę... - Kobieta zamilkła na chwilę, jakby oczekiwała reakcji.
- Coś się stało? - zapytała Natalia, wychodząc z sypialni i zamykając za sobą drzwi.
- Alicja... - Głos Magdaleny zadrżał.
Natalia miała już pewność, że wydarzyło się coś złego. Nie była jednak gotowa na taką wiadomość.
- Alicja nie żyje.
Zamurowało ją. Znała Alicję bardzo dobrze. Widziała się z nią w czwartek na sesji.
- Ale... - zaczęła Natalia. - Jak to... nie żyje? Co się stało?
Bielawska westchnęła. Sadecka była więcej niż pewna, że kobieta płacze.
- Nie mam bladego pojęcia, pani Natalio. To po prostu jakiś koszmar.
- Ale co się stało? Zasłabła? Zmarła we śnie?
- Nie, nie... doszło do makabrycznego wypadku...
Kobieta zrobiła kolejną pauzę. Natalia czuła, jak jej tętno przyspiesza. Miała ochotę krzyknąć: "No powiedz wreszcie, co się stało, do cholery!". Wiedziała jednak, że taka reakcja mogłaby przynieść skutek odwrotny do zamierzonego. Musiała dać jej czas.
- Ona spadła z balkonu - wydusiła w końcu dyrektorka.
- Jezu...
Przed oczami Natalii momentalnie pojawiły się przerażające obrazy. Najpierw uśmiechnięta twarz Alicji, potem plama krwi i jej maleńkie ciało leżące w nienaturalnej pozycji. Zamknęła oczy, próbując odgonić te nieprzyjemne wizje.
- Pani Natalio, ja wiem, że przychodzi pani do nas dopiero w poniedziałek, ale dzieci będą dziś pani potrzebować. Nie możemy czekać do poniedziałku. Ja oczywiście wszystko ureguluję, dodatkowe godziny i weekend...
- Oczywiście, pani dyrektor. W takiej sytuacji musimy działać szybko.
- Dziękuję. My wszystko uregu...
- Na spokojnie - przerwała jej Natalia. - Proszę się tym nie martwić. Najważniejsze są teraz dzieci. Tuż po ósmej powinnam być na miejscu.
- Dziękuję. Do zobaczenia.
Sadecka rozłączyła się i opadła na krzesło. Oparła głowę o dłonie i wpatrywała się przez chwilę w biały akrylowy blat stołu.
- Boże... - wymamrotała, nie będąc w stanie uwierzyć w to, co właśnie usłyszała.
- Co tam? Już nie śpisz?
Marcel Sadecki stał przy drzwiach sypialni, przeciągając się i ziewając.
- Nie.
- A nie miałaś robić jakiegoś dnia śpiocha?
Natalia nie odpowiedziała. Marcel zorientował się, że coś musiało pokrzyżować jej plany, a ona wyraźnie nie jest w nastroju do żartów.
- Dzwoniła Bielawska - rzuciła. - Jedna z podopiecznych nie żyje.
Sadecki wypuścił powietrze przez usta i podrapał się po rozczochranej głowie.
- Chujowo - skwitował po chwili.
- I to bardzo... dziewczynka, sześć lat.
- Jezu... - Ta informacja go poruszyła. - Co się stało?
- Nie wiem. Podobno jakiś wypadek. Bielawska poprosiła, żebym przyjechała dzisiaj i porozmawiała z pozostałymi dzieciakami.
- Jasne. W takiej sytuacji nie masz wyjścia.
Marcel popatrzył na nią z troską, a potem obrócił się na pięcie i zniknął w łazience.
Natalia siedziała jeszcze przez kilka minut, wpatrując się w telefon. Jakby miała nadzieję, że Magdalena Bielawska zadzwoni raz jeszcze i powie, że nastąpiła jakaś koszmarna pomyłka i Alicja jest cała i zdrowa.
Nic takiego się jednak nie wydarzyło.
Ledwo wcisnęła w siebie tost, jajecznicy nawet nie tknęła. Miała wrażenie, że żołądek po prostu zawiązał się jej w supeł. Nawet ulubione cappuccino nie smakowało tak jak zawsze.
Za dwadzieścia ósma Sadecka była już gotowa. Zdążyła wziąć prysznic i się umalować. Kasztanowe włosy upięła w kok. Okulary w dużych czarnych oprawkach umyła wodą z mydłem i osuszyła papierowym ręcznikiem.
- O której wrócisz? - zapytał Marcel, który siedział przy stole i w przeciwieństwie do niej pochłaniał jajecznicę ze smakiem.
- Nie mam zielonego pojęcia. Nie wiem, czego się spodziewać, z kim będę rozmawiać. Być może policja będzie chciała zadać mi kilka pytań.
- No tak - odparł jej mąż, wgryzając się w tost.
- Ty dzisiaj będziesz w domu? - spytała, wrzucając klucze do torby.
- No skąd. Mówiłem ci wczoraj, że mam ProMedicę.
- Ach, no tak - odparła zakłopotana, że nie zapamiętała. Dziś nie pamiętała niczego, nawet tego, że jej ukochany mąż jest radiologiem. Że pracuje w szpitalu w Ostrołęce i w prywatnej placówce Specjalistyczne Centrum Zdrowia ProMedica. Że... No naprawdę nie pamiętała nic.
- Na którą?
- Jadę na dziesiątą. Ale mam mało pacjentów, o dwunastej będę w domu. Mam nadzieję, że wieczorem już się zobaczymy.
Kiedy to powiedział, podeszła do niego i cmoknęła go w policzek. Następnie przeszła do garażu i wsiadła do swojego srebrnego Mercedesa AMG A45.
Po uruchomieniu silnika w głośnikach rozbrzmiał dalszy ciąg podcastu poświęconego zdrowiu psychicznemu, którego ostatnimi czasy słuchała. Marcel wielokrotnie mówił jej, by wybierała coś lżejszego, o zupełnie innej tematyce. Może jakieś wywiady z celebrytami? Coś satyrycznego? Z humorem? Twierdził, że nie powinna skupiać się wyłącznie na sferze zawodowej. Spróbowała raz. Włączyła jakiś wywiad z pseudogwiazdą. Wytrzymała dziesięć minut tego bełkotu i wyłączyła.
Dojazd z jej domu przy ulicy Bolesława Prusa w Ostrołęce do Ośrodka Wsparcia Dziecka i Rodziny prowadzonego przez fundację Serce Dziecka w Czerwinie zajmował mniej więcej dwadzieścia minut.
W OWDir-ze pracowała od roku. Jej poprzedniczka zrezygnowała ze względu na dużą liczbę godzin w poradni psychologiczno-pedagogicznej. Poleciła Natalię, która w tamtym czasie chętnie zgodziła się na dodatkowych dwanaście godzin. Oprócz tego przyjmowała prywatnie w ProMedice, głównie popołudniami. Miała też jeszcze dziesięć godzin w Zespole Szkół Zawodowych numer 2. Krótko mówiąc, pracowała praktycznie od rana do wieczora.
Dziesięć po ósmej podjechała pod główną bramę ośrodka. Na widok niebieskich lamp radiowozu przeszedł ją dreszcz. Na ogół nie było tu problemu ze znalezieniem wolnego miejsca parkingowego, jednak dziś wszystkie były zajęte, a do tego część aut ustawiła się w szeregu wzdłuż ogrodzenia. Nie chciała kombinować, dlatego zatrzymała się zaraz za czerwonym Audi.
Wysiadła i otuliła się szczelniej płaszczem. Chociaż był maj, panowała iście listopadowa pogoda. Natalia niepewnie ruszyła w kierunku głównego wejścia. Od razu zauważyła zebranych tam ludzi. Umundurowani policjanci, osoby w cywilnych ubraniach i niebieskich rękawiczkach ochronnych, z notatnikami w dłoniach. Zapewne prokurator, być może biegły i technicy? Nie znała się na tym.
Dopiero po chwili dostrzegła ogromną ciemnobordową plamę rozlaną na powierzchni kostki brukowej. Zmroziło ją, a zjedzony godzinę temu tost podszedł jej niemal do samego gardła.
Sadecka wzięła głęboki wdech i przymknęła powieki, chcąc jak najszybciej wymazać te obrazy z głowy.
Gabinet dyrektor Bielawskiej był przestronny. Znajdował się na samym końcu korytarza, skąd rozpościerał się widok na ogród. Pod oknami stało biurko z laptopem, pojemnikiem na długopisy i plastikowym organizerem na dokumenty. Po drugiej stronie mieściły się stół i zestaw czterech skórzanych, całkiem wygodnych foteli. Właśnie jeden z nich dyrektorka wskazała Natalii.
- Napije się pani czegoś? - zapytała Bielawska, wypuszczając powietrze z płuc, jakby wypowiadanie słów sprawiało jej fizyczny ból.
- Może wody - odparła Natalia.
- Proszę. - Bielawska wskazała stojące na stole butelki z wodą mineralną.
Przez blisko minutę siedziały w milczeniu. Natalia nie chciała rozpoczynać tej rozmowy od pytania: "Co się stało?". Bielawska potrzebowała chwili, by się pozbierać i wprowadzić ją w wydarzenia tego poranka.
- Nie mam pojęcia, jak do tego doszło - zaczęła dyrektorka, nie patrząc na Sadecką. Wzrok wbiła gdzieś pomiędzy opakowanie chusteczek a miskę z cukierkami. - To coś nieprawdopodobnego. Gdy Wiktoria do mnie zadzwoniła, myślałam, że śnię. Że to jakiś koszmar.
Natalia wzięła głęboki wdech i pociągnęła niewielki łyk. Czuła, że się stresuje. Zasychało jej w gardle.
- Pamiętam, że po pracy zajrzałam do Alicji. Miała dokończyć rysunek i mi go pokazać. Przytuliła się do mnie... - Głos jej zadrżał. Dyrektorka zrobiła przerwę i sięgnęła po chusteczkę. - Przed szóstą telefon od Wiktorii. Była po prostu rozhisteryzowana, na początku nie potrafiłam zrozumieć, co mówi. Rzucała tylko jakieś hasła. Dopiero po chwili powiedziała, że musiał się zdarzyć jakiś wypadek i że Ala chyba nie żyje. Leży na chodniku, wokół pełno krwi, a Alusia jest sina i zimna. Boże...
Natalia przymknęła powieki. Była więcej niż pewna, że rozmowy będą potrzebne nie tylko dzieciom, ale również dorosłym. Nie chciała sobie nawet wyobrażać widoku, który zastała Wiktoria Sobczuk.
- Przyjechałam natychmiast. Kazałam jej oczywiście w między-czasie zawiadomić pogotowie i policję. Pół godziny później wszyscy już tu byli. Policja, karetka, rozstawili parawan, żeby zasłonić ciałko Alusi. Gdy tylko przyjechałam, myślałam, że zwymiotuję. Jak zobaczyłam ją na tym podjeździe... Boże święty...
Kiedy Sadecka przyjechała do ośrodka, ciała już nie było. Zapewne zostało zabrane do zakładu patomorfologii ostrołęckiego szpitala.
- Wiadomo już, co się stało? - spytała w końcu Natalia.
- Wszystko wskazuje na to, że spadła z balkonu. Nie wiem tylko, co tam robiła. Ze wstępnych oględzin lekarza wynika, że do wypadku musiało dojść między pierwszą a drugą w nocy. - Bielawska pociągnęła nosem i ścisnęła chusteczkę w dłoni.
- Wyszła na balkon w środku nocy? - Natalia nie kryła zdumienia.
- Też mnie to dziwi.
Sadecka nie zamierzała pytać, dlaczego nikt tego nie zauważył. Doskonale znała realia takiej pracy. Wychowawca na nocnej zmianie robi obchód około dwudziestej trzeciej oraz północy. Później albo sam ucina sobie drzemkę, albo po prostu czyta książkę, ogląda jakiś serial w telewizji czy na tablecie. Monitoring jest, jednak nikt nie wpatruje się w niego bez przerwy. To nie biuro ochrony w galerii handlowej.
- Policja zabezpieczyła nagrania. Może uda im się coś ustalić.
- A jej brat?
- I to jest kolejna dziwna sprawa - powiedziała smutno Bielawska, wzdychając z zatroskaniem. - Nie ma go.
Sadecka uniosła brwi. Takiej odpowiedzi się nie spodziewała.
- Jak to... nie ma?
- Zniknął. Od rana nie możemy go znaleźć.
- Sądzi pani, że... - nie dokończyła. Myśl, że Michał mógłby w jakikolwiek sposób przyczynić się do śmierci młodszej siostry, była naprawdę niedorzeczna.
- Sama nie wiem, co myśleć - odparła dyrektorka. - W każdym razie policja na pewno będzie chciała porozmawiać też z panią.
Natalia skinęła głową.
- Czy pozostali podopieczni już wiedzą?
Bielawska ponownie westchnęła.
- Nie do końca. To znaczy wiedzą, że doszło do jakiegoś wypadku, ale nikt nie zdradził im szczegółów. Uznaliśmy, że chyba najlepiej będzie, jeśli... - urwała, nie wiedząc, jak ubrać to w słowa.
- Jeśli ja to zrobię - dokończyła za nią.
Pani dyrektor tylko skinęła głową.
Gabinet psychologa - małe, ale przytulne pomieszczenie - znajdował się na pierwszym piętrze. Natalia włączyła komputer, a następnie wstawiła wodę na herbatę. Z szafki wyjęła kubek, który dostała od Marcela na trzydzieste piąte urodziny. Nadrukowane na porcelanie słowa - "Ludzie czytają książki - Ty czytasz ludzi. Dla najlepszego mindhuntera" - dziś wyjątkowo nie przywołały na jej usta nawet cienia uśmiechu. Z przygotowanym naparem usiadła na fotelu i uruchomiła dziennik w przeglądarce.
Ośrodek Wsparcia Dziecka i Rodziny miał pod stałą opieką czternaścioro wychowanków: ośmiu chłopców i sześć dziewczynek w wieku od sześciu do siedemnastu lat.
Alicja Pastuszak była najmłodsza. Miała dwie bliskie koleżanki, Agatę Galus i Justynę Popowicz - obie starsze od Ali o dwa lata. Oprócz Pastuszaków było tu jeszcze dwóch braci - Piotr i Marcin Pakułowie, odpowiednio trzynaście i jedenaście lat. W tej samej grupie wiekowej był jeszcze trzynastoletni Wojtek Dobosz. Wojtek był jednak typowym odludkiem, samotną wyspą, osobą, która żyła we własnym świecie.
Druga grupa liczyła siedmioro dzieci w wieku od piętnastu do siedemnastu lat. Wszyscy byli uczniami Zespołu Szkół Powiatowych w Czerwinie.
Mimo różnicy wieku starsi nie izolowali się od młodszych - wręcz przeciwnie. Wszyscy traktowali się jak rodzeństwo: grali w planszówki, starsze dziewczyny czytały młodszym książki na dobranoc, chłopcy bawili się z maluchami samochodami albo grali w piłkę. Teoretycznie wszyscy dobrze się tutaj czuli i nikt nie był "gorszy".
Teoretycznie.
Natalia spotykała się na sesjach z każdym podopiecznym. Wszyscy wychowankowie OWDir-u mieli swój bagaż doświadczeń, własne problemy, które na ogół tłumili w sobie. To właśnie jej gabinet był miejscem, gdzie chociaż na chwilę mogli je z siebie wyrzucić.
Nie miała bladego pojęcia, od czego zacząć. Od rozmowy z najmłodszymi dzieciakami, które trzymały się z Pastuszakami? A może od tych starszych, które mogą być bardziej dociekliwe? Była jeszcze Wiktoria Sobczuk, która jako pierwsza natknęła się na zwłoki Alicji.
Natalia przez chwilę przyglądała się liście wychowanków. Zastanawiała się też, jakie działania podjęli policjanci. Na pewno będą rozmawiać z wychowankami placówki, wypytywać ich o relacje, kłótnie i tego typu sprawy. Na podobne pytania Natalia też pewnie będzie musiała odpowiedzieć. Jednego była pewna - zapowiadają się bardzo trudne dni. Dla wszystkich.
W momencie gdy chwyciła słuchawkę służbowego telefonu, aby połączyć się z pokojem wychowawców, drzwi do jej gabinetu się otworzyły, a do środka zajrzała wychowawczyni Barbara Wilczek.
- Dzień dobry, pani Natalio - powiedziała nieśmiało. - Państwo z policji chcieliby z panią porozmawiać.
- Oczywiście, proszę. - Sadecka poderwała się z fotela.
Po jej słowach Wilczek otworzyła drzwi na oścież, by wpuścić do środka dwójkę funkcjonariuszy. Ubrani zwyczajnie, w dżinsy, T-shirty i lekkie kurtki, od razu przywiedli Natalii na myśl policjantów z serialu W-11 - Wydział śledczy.
- Dzień dobry - odezwał się mężczyzna, a następnie wyjął z kieszeni etui i okazał legitymację służbową. - Aspirant Grzegorz Rekowski i aspirant Izabela Lisiak, komenda miejska policji w Ostrołęce. Możemy zająć chwilę?
- Tak, oczywiście, proszę usiąść - odpowiedziała Sadecka, starając się trzymać nerwy na wodzy.
Wskazała im miejsca, po czym zajęła fotel za biurkiem. Policjanci rozglądali się przez chwilę po gabinecie, jakby szukali wskazówek na ścianach, regale z dokumentami czy biurku.
- Zapewne dotarło już do pani, co takiego się wydarzyło, prawda? - zaczęła Izabela, zachowując pełną powagę.
- Właściwie to nie wiem za wiele. Tylko że nie żyje jedna z podopiecznych i że doszło do koszmarnego wypadku. Co się jednak dokładnie stało, nie mam pojęcia.
- Na tym etapie sami nie jesteśmy w stanie tego wyjaśnić - powiedział Rekowski, wyjmując z drugiej kieszeni notatnik. - Wiemy od pani Bielawskiej, że wczoraj nie było pani w pracy. Czy to prawda?
- Tak. Jestem tutaj tylko w poniedziałki, wtorki i czwartki.
- Czy spotykała się pani z Alicją?
- Tak. Rozmawiam ze wszystkimi dziećmi.
- Czy Alicja miała jakieś problemy?
Natalia nie była w stanie powstrzymać uśmiechu. Pytanie wydało się jej wyjątkowo nietrafione i źle sformułowane.
- Poza tym, że wychowywała się bez rodziców, tylko z bratem, w domu dziecka? - odpowiedziała pytaniem, ale błyskawicznie pożałowała tych słów, uznając je za mało profesjonalne.
- Tak... poza tym - odpowiedział Rekowski, któremu również nie do końca spodobała się jej odpowiedź.
- Jeśli pytają państwo, czy Alicja była zamknięta w sobie, płakała w poduszkę albo czy była przez innych gnębiona, to odpowiem krótko: nie. Ala była w domu najmłodsza. Miała tylko sześć lat, była naszym oczkiem w głowie.
- Co ma pani dokładnie na myśli? - dopytała Lisiak.
- Była bardzo, że tak to określę, pocieszna i bezpośrednia. Nikt jej nie dokuczał, a starsze dziewczynki dbały o nią i zajmowały się nią jak młodszą siostrą. Dzieliły się słodyczami, grały z nią w gry. Z mojej perspektywy, zawodowej oczywiście, Ala doświadczała tu czystej przyjaźni i miłości.
W pokoju zapanowała cisza. Po minach funkcjonariuszy Natalia domyśliła się, że ten temat jest dla nich wyjątkowo trudny - nie tylko dlatego, że zginęło dziecko, lecz także z powodu całego kontekstu: braku rodziny, domu dziecka i tej marnej namiastki miłości.
- A co może pani powiedzieć o jej bracie Michale?
Natalia powoli wzięła głęboki wdech, a następnie równie wolno wypuściła powietrze nosem.
- Michał był inny.
- To znaczy? - zapytał Rekowski, a w jego oku dostrzegła błysk ekscytacji, jakby spodziewał się, że lada moment Sadecka zacznie snuć litanię mrocznych opowieści.
- Wydaje mi się, że bardziej rozumiał to, co ich spotkało. To jedenastolatek, dla niego świat nie jest już tak kolorowy jak dla sześciolatki. Ona dostrzegała zalety każdej sytuacji. On już nie.
- Stwarzał jakieś problemy?
- Michał? - Natalia uniosła brwi. - Absolutnie nie. To, że był inny, nie znaczy, że był łobuzem. To naprawdę grzeczny i inteligentny chłopiec. Trochę zamknięty w sobie, ale inteligentny.
Policjanci wymienili spojrzenia, po czym ponownie przenieśli wzrok na Sadecką. Kolejne pytanie zadała Lisiak:
- Czy pani zdaniem Michał byłby zdolny zamordować własną siostrę?
Natalia poczuła, jak po jej plecach przechodzi lodowaty dreszcz. Tego się kompletnie nie spodziewała. Michał? Michał miałby zamordować Alę? Jak? Po co?!
Myśli zbyt długo kotłowały się w jej głowie. Dopiero głos Rekowskiego przywołał ją z powrotem na ziemię.
- Pani Natalio?
- Tak? - zapytała, wciąż lekko oszołomiona. - Ja przepraszam... po prostu... nie spodziewałam się takiego pytania.
- Rozumiemy. Proszę nam wybaczyć, ale naszym zadaniem jest zbadać wszystkie okoliczności, a wiele wskazuje na to, że Michał może być w to zamieszany.
- To znaczy? Co macie państwo na myśli?
- Proszę odpowiedzieć najpierw na nasze pytanie.
Sadecka wbiła wzrok w szarą wykładzinę. Pytanie? Jakie pytanie? Ze stresu wyleciało jej z głowy. Musiała bardzo się skupić, żeby przywołać przed chwilą skierowane do niej słowa.
- Czy Michał byłby zdolny... - nie dokończyła. Słowo "zabić" nie chciało przejść jej przez gardło. - Nie - odparła szorstko. - Na pewno nie. To znaczy... swoją opinię przedstawiam tylko na podstawie tego, co widzę tutaj, podczas rozmów i własnych obserwacji.
- Jak zatem określiłaby pani ich relację? - spytała łagodnie Lisiak.
- Michał bardzo ją kochał - odparła pełnym powagi tonem. - Ala była dla niego całym światem. Zrobiłby dla niej wszystko. Może to brzmi dziwnie, na wyrost, ale taka była prawda. Bronił jej, opiekował się nią, przedkładał jej komfort i dobro nad własne. Dużo o niej mówił. Troszczył się o nią. Wiedzą państwo, czego obawiał się najbardziej?
Policjanci pokręcili głowami.
- Że jemu się coś stanie i nie będzie dłużej mógł się nią opiekować. Bardzo często opowiadał mi, że gdy tylko będzie dorosły, adoptuje Alę i zapewni jej prawdziwy dom. Dlatego jeśli pytają mnie państwo, czy Michał byłby w stanie zrobić jej krzywdę, odpowiadam, że nie.
- Oczywiście - odparła Lisiak, jednak w jej głosie nie było słychać przekonania. - Nie będziemy teraz zabierać pani więcej czasu. Pozostali podopieczni na pewno pani potrzebują. - Policjantka poderwała się z fotela, to samo zrobił Rekowski. - Gdybyśmy jednak potrzebowali jeszcze jakichś informacji, na pewno będziemy się z panią kontaktować. Dziękujemy za poświęcony czas.
Policjantka chwyciła za klamkę. W tej samej chwili zatrzymał ją głos Natalii.
- Przepraszam... wspomnieli państwo, że wiele wskazuje na to, że Michał mógł być w to zamieszany.
Policjanci wymienili spojrzenia.
- Zgadza się - odparł Rekowski.
- Czy mogłabym wiedzieć, co na to wskazuje?
- Zostali nagrani przez kamery.
Natalię po raz kolejny przeszedł dreszcz.
- Widać ich w nocy na klatce schodowej, jak wchodzą na piętro. Później na tym samym nagraniu widać tylko uciekającego Michała.
Noc była naprawdę chłodna, ale jemu to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie, miał wrażenie, że jest koszmarnie gorąco. Krew pulsowała mu w skroniach, a serce łomotało jak szalone.
Był przerażony. Bał się, że wszyscy dowiedzieli się już, co zrobił. Zapewne teraz dzwonią po policję, może obudzili starszych wychowanków, którzy rozdzielili się i ruszyli w ślad za nim? Czy nagrały ich jakieś kamery? Chyba nie. To znaczy wiedział, że są na korytarzu i w wielu innych miejscach w domu, ale w nocy nie mogły przecież działać. Nie zapalał światła, szli praktycznie po omacku, zdani jedynie na poblask księżyca, który wpadał przez okno, oraz na własny instynkt i pamięć. Nawet jeśli kamery działają, to obraz musi być ciemny.
Nagle usłyszał cichy szum. Poczuł, jak serce podchodzi mu do gardła. Dobrze wiedział, co to za odgłos. Wiedział też, że nie ma się gdzie ukryć. Musi przebiec na drugą stronę ulicy.
Bez chwili zastanowienia puścił się pędem w poprzek Mazowieckiej, prosto w gęsty i przerażający las. Szum stawał się coraz głośniejszy. Chłopiec był już po drugiej stronie i kątem oka dostrzegł mocny błysk świateł drogowych.
Nie zważając na nic, rzucił się jak długi na ziemię i przeczołgał za jedno z pobliskich drzew. Leżał i nasłuchiwał. Auto było coraz bliżej. Na szczęście go minęło.
Michał nie podnosił się jeszcze przez kilkanaście sekund. Próbował ustabilizować oddech i uspokoić emocje. Gdy nabrał pewności, że oprócz niego nie ma w pobliżu nikogo i nikt z ośrodka nie ruszył za nim w pogoń, podniósł się i rozejrzał.
Co ja mam teraz zrobić? - zapytał sam siebie w myślach.
Stchórzył. Nie zrobił tego, co powinien. Siostra Miriam mówiła przecież bardzo dokładnie. Z dwojga grzech się zrodzi, z dwojga ofiara pochodzi. Z dwojga! To nie tak miało wyglądać. Dlaczego nie był na tyle odważny, by wypełnić słowa tego proroctwa?
Ciepłe łzy spłynęły mu po policzkach. Emocje powoli opadały, a chłodne majowe powietrze coraz bardziej dawało się we znaki. Michał szedł poboczem, trzymając się blisko głównej drogi. W głowie cały czas brzęczały mu słowa powtarzane przez siostrę Miriam.
"Anioł z ogrodu ma skrzydła z liści, co roku w nocy dwoje oczyści. Jedno za grzechy, drugie z miłości, zabiera w ciszy, w pełni radości. Z dwojga grzech się zrodzi, z dwojga ofiara pochodzi".
Zawiódł.
Zawiódł nie tylko siostrę Miriam, ale również własną. Alicja nie miała szansy stchórzyć tak jak on. Nie miała szansy na nic. Była zdana tylko na niego. A on?
Zawiódł.
Z tą myślą niczym mantrą zapętloną we własnej głowie zmienił kierunek, znikając w gęstym i ogarniętym wszechobecną ciemnością lesie.
- Dzień dobry.
Natalia powiodła wzrokiem po zebranych w gabinecie nastolatkach. Postanowiła zaprosić do siebie siódemkę najstarszych podopiecznych ośrodka, czterech chłopców i trzy dziewczyny. Miny mieli nietęgie, ale trudno było się temu dziwić.
- Zapewne domyślacie się, czemu się spotykamy, prawda? - zaczęła łagodnie, usiłując wybadać ich nastroje i nastawienie do rozmowy. - Być może dotarło już do was, że...
- Że Ala nie żyje, tak, dotarło.
Patrycja Malczewska nie utrzymała nerwów na wodzy. Jej twarz - na ogół blada i okraszona drobnymi piegami - emanowała gniewem. Oczy, na które opadała czarna grzywka, zaszkliły się, co tylko utwierdziło Natalię w przekonaniu, że szesnastolatka miała z Alicją świetny kontakt. Była dla niej jak starsza siostra.
Sadecka wzięła głęboki wdech i policzyła w myślach do pięciu.
- Nie będę ukrywać, że jest to trudne, również dla mnie - powiedziała tak łagodnie, jak tylko była w stanie. Następnie raz jeszcze popatrzyła po zebranych, jakby chciała nabrać pewności, że jej wierzą. - Byłam z nią związana tak samo mocno jak wy.
- Ta, jasne - prychnął Filip Mrozek. Miał siedemnaście lat i był najstarszy w ośrodku. Wysoki, szczupły z głową ostrzyżoną na jeża. - Sorka się nie gniewa, ale ciężko wierzyć w te bzdety.
"Sorka".
Mimo że Natalia nie była w ośrodku ani nauczycielką, ani wychowawczynią, to i tak przypięli jej to określenie.
- Dlaczego uważasz, że to, co mówię, to są "bzdety"?
Filip się uśmiechnął, lecz był to raczej uśmiech z rodzaju tych pogardliwych.
- Bo sorka przyjeżdża tutaj sobie tylko trzy razy w tygodniu na kilka godzin. Pogada pani z tym, z tamtym, zapyta, jak się czujemy, czy dobrze spaliśmy, czy coś nas dręczy. A potem się pakuje i wraca do swojego domu. Do swojej rodziny i swoich problemów. - Kolejne słowa chłopak wypowiadał coraz szybciej, a na jego czole zaczęła pulsować żyłka, która układała się w kształt litery Y. Twarz mu poczerwieniała, podobnie zresztą jak Sadeckiej.
Takiego ataku się nie spodziewała. Co więcej, miała świadomość, że wszystko, co powiedział, po prostu było prawdą.
Przez chwilę w gabinecie panowała głucha cisza. Filip nie kontynuował monologu, a nikt z pozostałych nie zdecydował się odezwać.
- Rozumiem, dlaczego tak myślisz. Ale nie masz racji. Nikt z was nie wie, co mam w głowie, gdy od was wracam. Myślicie, łatwo jest odciąć się od tego, co dzieje się w ośrodku?
Sadecka przerzucała wzrok z jednej osoby na drugą. Uznała, że taki ton dotrze do nich lepiej. Są źli, wściekli wręcz. Wiedziała, że wychowankowie mają poczucie niesprawiedliwości i czują rozczarowanie, dlatego regułki z podręczników nie mają tu żadnego zastosowania. Zdawała sobie też jednak sprawę, że sama musi uwolnić swoją złość.
Nikt się nie odezwał. Nikt też na nią nie patrzył.
- Dlaczego? - spytała po chwili piętnastoletnia, zawsze dociekliwa Klara Weber, a z jej oczu popłynęły łzy. - Dlaczego to się stało?
Sadecka wzięła głęboki wdech. To było pytanie, na które nie potrafiła odpowiedzieć.
- Nie wiem - powiedziała zgodnie z prawdą. - Po prostu czasami dzieją się rzeczy, których nie umiemy ani wytłumaczyć, ani zrozumieć.
- A Michał?
Natalia spojrzała na Adama Rykałę. Piętnastolatek był średniego wzrostu i wyróżniała go dość atletyczna sylwetka. Był spokojny, dużo czytał i nieźle się uczył.
- Tak? - dopytała, chociaż doskonale wiedziała, o co mu chodzi.
- Gdzie on jest? Czy to możliwe, że on za tym stoi?
- Niestety nic więcej nie wiem. Wyjaśnieniami zajmie się policja. Poza tym wydaje mi się, że jeszcze za wcześnie, by cokolwiek powiedzieć.
- Co robili we dwójkę w środku nocy na piętrze? - Tym razem głos zabrał zwykle wycofany Miłosz Abramczyk, rówieśnik Klary i Adama. - Dlaczego wyszli na balkon? Zepchnął ją i uciekł?
- Przecież go znaliśmy - oburzyła się Patrycja. - Naprawdę wierzysz, że zrobił coś takiego?
- Nie mam pojęcia, co o tym myśleć...
- Posłuchajcie - przerwała im Natalia, dając wszystkim kilka sekund na opanowanie emocji. - W tej chwili nikt nie wie, co się wydarzyło. Wiemy tylko, że Ala nie żyje, a Michał zniknął. Nie mamy pojęcia, co się stało i czy nie grozi mu jakieś niebezpieczeństwo. To ogromny szok. Zatrzymajmy się na chwilę.
Dalsza część w wersji pełnej