W poprzedniej części...
Ostatni z demonów
Konrad
Spoglądałem na zdjęcie kamienia, który znaleziono na miejscu zdarzenia, i nic z tego nie rozumiałem. Skoro mieliśmy sprawczynię, która przyznała się do popełnienia przestępstwa, a także wszelkie dowody świadczące przeciwko niej, to jakim cudem to dalej trwało? Kiedy Lena skontaktowała się ze mną, aby opowiedzieć o nowych anonimach, nie mogłem w to uwierzyć. Nic mi się nie zgadzało, a mój mózg nie lubi niespodzianek. Zawsze byłem kilka kroków przed wszystkimi, umiałem wejść w rolę sprawcy, myśleć jak on, zachowywać się jak on, co zazwyczaj ułatwiało rozwiązanie sprawy. Ale w tym przypadku zrobił się bałagan, którego nie sposób było ogarnąć.
Moją analizę przerwało pukanie do drzwi.
- Wejść! - krzyknąłem.
Do pomieszczenia weszła Jowita, jedna z pracownic policyjnego laboratorium, gdzie odbywała praktyki. Dość nieśmiała dziewczyna w okularach, które, jak na mój gust, miały za duże oprawki. Podeszła do biurka.
- Mamy wyniki analizy próbek, które kazał pan sprawdzić - powiedziała, kładąc przede mną dokumenty drżącymi rękami.
Spojrzałem na nią, a ona nerwowo zaczęła skubać końce swoich upiętych w długi warkocz blond włosów.
- Coś istotnego? - zapytałem, siląc się na możliwie najmilszy ton, aby jeszcze bardziej jej nie stresować. Jednak miałem w sobie jakieś resztki empatii, czym aż sam siebie zaskoczyłem.
- Tak jak pan myślał, nie ma tam odcisków palców Katarzyny Rzepeckiej. Podobnie zresztą na papierze. Nie ma też żadnych innych śladów linii papilarnych.
- W takim razie w czym ma mi to pomóc? - Wskazałem na wyniki, jakbym odganiał natrętnego komara.
- Tak jak powiedziałam - poprawiła okulary na nosie - nie ma tam odcisków palców, ale na kartce przymocowanej sznurkiem do kamienia znaleziono rudy włos wraz z cebulką. - Wskazała na tę konkretną informację w dokumentach. - A raczej jego fragment. Co prawda w bazie danych nie mamy próbki DNA tej osoby, więc nie wiemy, do kogo należy. Jedno jest pewne, ta sama osoba przygotowała anonim.
Odłożyłem długopis. Zdałem sobie sprawę, że przez cały ten czas nieświadomie stukałem nim o biurko.
- Dziękuję. Możesz już iść.
Rudy włos. Sięgnąłem do segregatora, w którym znajdowały się akta sprawy Leny Lasoty. Kartkowałem zeznania świadków i informacje z przesłuchań, aż w końcu dotarłem do wycinka artykułu, który był dopięty do dokumentów dotyczących Natana Zawadzkiego. Na zdjęciu widniała ruda dziewczyna, z którą się obściskiwał. I wtedy wszystko nabrało sensu.
Wyciągnąłem telefon z kieszeni i wybrałem numer do Leny. Nie odebrała. Spróbowałem kolejny raz - znowu cisza. Nie chciałem być złym prorokiem, ale w tym momencie się przeraziłem. Skontaktowałem się z policjantami, którzy mieli obserwować dom Lasoty.
- Tak, panie Konradzie? - odezwał się męski głos. Funkcjonariusz odebrał telefon z ewidentnie pełnymi ustami.
- Czy widzicie auto Leny na podjeździe? - zapytałem, wstając od biurka. Usłyszałem głośne przełknięcie śliny, a później ciszę.
- Stało tam od dwóch godzin, nic podejrzanego się nie działo - zaczął na spokojnie - więc stwierdziliśmy, że pojedziemy coś zjeść i...
- Czy ty mi właśnie próbujesz powiedzieć, że opuściliście posterunek, żeby coś zjeść?!
- Tak, ale już jesteśmy. Wracamy. To znaczy, zaraz tam będziemy.
- I nie przyszło wam do głowy, tumany, że jeden może jechać po jedzenie, a drugi zostać na warcie?! - wrzasnąłem do słuchawki.
- O kurwa! - rozległo się po drugiej stronie.
- Jest czy nie ma? - zapytałem, choć wiedziałem już, co to oznacza.
- Nie ma. Ale była jeszcze chwilę temu, zaraz...
Nie słuchałem dłużej, rozłączyłem się.
Pieprzeni amatorzy! Wiedziałem, że odkąd Lasota została odnaleziona, miała problem z przepracowaniem tego, co ją spotkało, i że cały czas czuje się śledzona. Kiedy do mnie przyszła, zrozumiałem, że to nie przelewki i że potrzebna jej będzie ochrona. Już raz ktoś omal jej nie zabił, nie mogłem pozwolić, by sytuacja się powtórzyła. Wysłałem dwóch ludzi, żeby dyskretnie monitorowali sytuację do czasu rozwiązania tej łamigłówki, ale nie przypuszczałem, że pracuję z bandą idiotów!
- Kurwa jego mać! - Chwyciłem płaszcz, pośpiesznie wciągnąłem go na siebie i wybiegłem z gabinetu. - Kamiński! - rzuciłem w kierunku postawnego kolegi.
- Tak? - Zdezorientowany odwrócił się w moją stronę, z butelką wody przy ustach.
- Jedziesz ze mną.
O mało się nie zakrztusił.
- Dokąd?
- Nie ma czasu na wyjaśnienia, kiedy w grę wchodzi ludzkie życie.
Kamiński zrozumiał przekaz i chwycił za kurtkę i czapkę. Ja w tym czasie wybierałem drugi numer, do siostry Leny.
- Tu Kamila - odezwała się w słuchawce. Ucieszyłem się na dźwięk jej głosu, jednak po chwili zrozumiałem, że to automatyczna sekretarka. Dlaczego żadna z nich nie odbierała? Zdecydowanie coś było nie tak. Czułem narastające napięcie i zdenerwowanie. Bez zastanowienia wybrałem numer osoby, której Lena ufała bardziej niż przyjaciołom czy siostrze. To była ostatnia szansa.
- Gdzie jest Lena? - zapytałem wprost.
- A dlaczego ja miałbym to wiedzieć? - odezwał się Rucki, jak zwykle z nonszalancją w głosie. - Nie rozmawiam z nią.
Tego się nie spodziewałem, wszystko zaczęło się robić coraz bardziej zagmatwane.
- Od kiedy? Jak długo nie masz z nią kontaktu? - zapytałem, podchodząc do auta.
- Od jakichś dwóch godzin. Ale dlaczego pytasz? - Wyczułem, że zaczął się denerwować.
- Nie wiemy, gdzie jest, a mamy podejrzenie, że grozi jej niebezpieczeństwo. - Postanowiłem nie owijać w bawełnę.
- Na ile ją znam, powinna być teraz u Natana. Jedźcie do szpitala - rzucił, a w jego głosie wyczułem narastające przerażenie. - Zaraz tam będę.
Lena
Istny obłęd! Zupełnie jak w zagmatwanym scenariuszu thrillera psychologicznego. To nie Kasia odpowiadała za to, co się wydarzyło, choć sprawiała wrażenie szalonej. Za wszystkim stała Amelia! Gdyby nie ona, Kasi by nie odbiło, a pani Basia by żyła.
- Myślałam, że jeśli podrzucę jej pomysł z porwaniem, to raz na zawsze się ciebie pozbędę - wysyczała Amelia, obracając w dłoni nóż. - Wszystko było zaplanowane. Załatwiłam jej cały karton amoniaku, a nawet tę krew. Tata zawsze pasjonował się myślistwem, więc nie miałam z tym najmniejszego problemu. To był plan tak idealny, że musiał się powieść. Ale ty... - Zrobiła krok w moją stronę, ale ja się nie cofnęłam.
Miałam dość. Miałam stanowczo dość ludzi, którzy myśleli, że mogą mnie zastraszać, aby osiągnąć swoje cele. Dość osób, które groziły mnie i moim bliskim. Jeśli mam zginąć, to niech tak będzie, ale na pewno nie powtórzę tych samych błędów i nie poddam się bez walki. Co to, to nie!
- Odważna jesteś. To muszę ci przyznać. Choć to trochę szalone.
- Wolę być szalona w ten sposób niż szurnięta jak ty.
Mina jej zrzedła.
- Naprawdę mnie denerwujesz. Chciałam cię oszczędzić, ale chyba nie dajesz mi wyboru. - Uśmiechnęła się złowieszczo i zamachnęła się na mnie nożem.
Nie trafiła - zdążyłam się odchylić.
- Ty suko! - krzyknęła i jeszcze raz się zamachnęła, ale jej ruchy były teraz bardziej chaotyczne, co spowodowało, że ponownie nie trafiła i wpadła na ścianę.
W ciągu tych kilku sekund, gdy wzrok Amelii mnie nie dosięgał, zdążyłam użyć cichego alarmu znajdującego się pod rękawem mojego płaszcza. Modliłam się, żeby zadziałał i żeby Chaber odebrał sygnał.
- Musisz popracować nad celem - rzuciłam z ironią.
Grałam na zwłokę. Wiedziałam, że drażnienie psychopatki było proszeniem się o kłopoty, ale zdawałam sobie sprawę z tego, że im bardziej się denerwowała, tym mniej płynne i precyzyjne stawały się jej ruchy, dzięki czemu miałam większą szansę, żeby uniknąć ciosu. Zamierzałam więc kontynuować tę niebezpieczną grę, nie zważając na konsekwencje. Chciałam w końcu odzyskać kontrolę nad moim życiem i czułam, że to był odpowiedni moment.
Amelia odbiła się od ściany i z impetem na mnie naparła. Tak jak myślałam, w ataku złości nie była w stanie celnie uderzyć. Nóż przeciął powietrze kilka centymetrów nad moją głową i wbił się w ścianę. I to była moja szansa. Rzuciłam się na nią i przewróciłam z hukiem na posadzkę.
- Natan! - krzyknęła nagle, patrząc w kierunku łóżka.
Zdezorientowana spojrzałam na niego, a wtedy Amelia wykorzystała okazję - zrzuciła mnie z siebie i kopnęła. Nie mogłam uwierzyć, że dałam się na to nabrać! Uderzyłam plecami o nogę łóżka. Rudowłosa podniosła się z kolan i ruszyła w kierunku ściany, w której wciąż tkwiło ostre narzędzie. Ale ja nie zamierzałam jej tego ułatwiać. Wciąż obolała, rzuciłam się ślizgiem po podłodze i chwyciłam ją za but, a wtedy moja przeciwniczka poleciała prosto w stronę jednego z rogów pomieszczenia.
- Nie ma możliwości, żebyś przeżyła, ty szmato - wycedziła, podnosząc się z kolan. - Zniszczyłaś mi karierę, zabrałaś mi faceta, nie daruję ci tego!
- Sama zniszczyłaś sobie karierę. A Natan nigdy cię nie chciał - odparłam lodowato, również wstając, i rzuciłam jej spojrzenie mówiące jedno: tym razem nie pójdzie ci ze mną tak łatwo!
- Zajebię cię! - krzyknęła i ruszyła w moją stronę.
Nie zdążyłam odskoczyć i tym razem to ja leżałam przyszpilona do ziemi, a Amelia siedziała na mnie okrakiem. Zamachnęła się i uderzyła mnie pięścią w policzek, aż mnie odrzuciło. Poczułam metaliczny posmak krwi zbierającej się w ustach.
- Gdybym wcześniej tak urządziła ci tę twarzyczkę, to on nawet by na ciebie nie spojrzał. - W jej oczach widać było tylko obłęd. - Ale nic straconego, jeszcze mogę to naprawić.
Kiedy ponownie się zamachnęła, udało mi się przekręcić głowę tak, żeby uniknąć ciosu, a wtedy Amelia, zaciskając dłoń na nożu, uderzyła nim z całej siły o posadzkę. Coś gruchnęło.
- Auu! - zawyła żałośnie, chwytając zranioną dłoń drugą ręką. Postanowiłam wykorzystać okazję i zepchnęłam ją z siebie.
Upadła do tyłu, ale szybko się otrząsnęła. Wstała, opierając się na jednej ręce, i pobiegła w kierunku miejsca, gdzie leżał nóż. Chwyciła go i zaśmiała się obłąkańczo.
- Wiesz co, skoro ja nie mogę go mieć... - powiedziała, kiedy stanęłam naprzeciwko niej - to ty też nie będziesz go miała.
Miałam wrażenie, jakby wszystko działo się w zwolnionym tempie. Wiedziałam, że mam tylko jedno wyjście, kiedy wycelowała ostrzem w kierunku Natana. Przed oczami miałam obrazy ostatnich wydarzeń; gdy przed pralnią ten obleśny typ próbował mnie zgwałcić, a Natan mnie uratował.
Kolejny krok.
Zobaczyłam zmierzającego w moim kierunku opla, a chwilę później twarz Adriana, który pochylał się nade mną i ciężko oddychał po tym, jak w porę mnie odepchnął, bo ja znowu stałam bezradnie w miejscu.
Następny krok.
Ponownie byłam w piwnicy, a Kasia okładała mnie po zadanych wcześniej ranach.
Krok.
Widziałam, jak ciągnęła mnie po schodach za włosy, wlokąc mnie do tego przeklętego więzienia.
Krok.
Zobaczyłam Natana wykrwawiającego się na moich rękach po tym, jak osłonił mnie własnym ciałem przed ciosem.
Skok!
Skoczyłam prosto na nią, w ostatniej chwili odciągając jej rękę znad jego ciała. Ostrze zahaczyło o przewody aparatury, która w tym momencie zaczęła pikać. Wpadłam prosto na Amelię i obie uderzyłyśmy w ścianę. Do pomieszczenia wbiegł Adrian w towarzystwie Konrada, a zaraz za nimi stanęli pielęgniarka i lekarz. Już chciałam coś powiedzieć, ale poczułam, że coś ściska mi gardło. Amelia chwyciła mnie jedną dłonią za szyję, a w drugiej trzymała nóż. Szarpnęła mnie, zmuszając do wstania. Dźwięki wydawane przez maszyny były coraz głośniejsze, a zdezorientowana pielęgniarka patrzyła z przerażeniem to na nas, to na Natana.
- Puść ją, jeśli nie chcesz skończyć w więzieniu - powiedział Chaber, zachowując pokerową twarz.
- Oboje wiemy, że i tak tam trafię - zaśmiała się gorzko. - Przynajmniej będę mieć za co.
Spojrzałam na Konrada, który starał się zachować spokój, ale jednocześnie zdawał sobie sprawę, w jak patowej sytuacji się znaleźli.
Przymknęłam oczy i poczułam chłód ostrza na skórze, kiedy nagle rozległ się nieznajomy głos.
- Jeśli mnie nie przepuścicie, on umrze!
Ostrze się zatrzymało, a mój wzrok powędrował w kierunku siwego mężczyzny w niebieskim kitlu wyłaniającego się zza pleców policjantów i przesuwającego się w kierunku Natana.
Poczułam, że Amelia zwalnia ucisk, a wzrok przenosi na aparaturę monitorującą puls Natana. Sygnał wyraźnie zanikał. Wtedy poczułam nagły impuls, jakby coś pchnęło mnie do działania. Z całej siły nadepnęłam kozakiem na jej nogę. Dziewczyna krzyknęła i puściła moją szyję, a wtedy najzwyczajniej w świecie ugryzłam ją w rękę. Wypuściła nóż, a ja kopnęłam go w kierunku Konrada. W tym samym momencie Amelia odepchnęła mnie od siebie tak, że poleciałam do przodu i uderzyłam głową o kant łóżka. Zaczęło mi szumieć w głowie, obraz zaczął się zamazywać.
Docierały do mnie odgłosy zamieszania, jakieś krzyki, ale nie byłam w stanie zidentyfikować, kto i co wykrzykiwał. Zmrużywszy oczy, dostrzegłam, jak drugi z policjantów obezwładnia Amelię i przyciska jej twarz do ziemi. Do sali wbiegły dwie pielęgniarki, jedna z nich podeszła do mnie i coś mówiła, ale ja nic nie rozumiałam. Obok stał Konrad i też coś mówił, ale nie byłam w stanie zrozumieć nawet jednego słowa, wszystkie głosy na sali zlewały się w jeden bełkot. Ktoś zaczął mnie podnosić. Blond włosy. To Chaber. Zerknęłam ostatni raz w stronę łóżka, wokół którego uwijała się grupa ludzi w kitlach.
Podszedł do mnie Adrian i przytulił mocno. Wtedy usłyszałam śmiech. Ten przerażający śmiech.
- Naprawdę myślicie, że to koniec?
Spojrzałam z przerażeniem w stronę rudowłosej dziewczyny.
- Natanowi zależało nie na jednej, ale na dwóch Lasotach. Ciekawe, co stało się z drugą? Tik tak, panie detektywie.