Prolog
Jedynym, słabym źródłem światła w pokoju była mała biała świeczka stojąca na środku stołu. Wokół niego siedziały cztery osoby. Dwie wysokie, szczupłe kobiety, jedna niska i przysadzista oraz mężczyzna. W nikłej poświacie nie dało się odróżnić rysów ich twarzy. Wszyscy trzymali się za ręce; mężczyzna był lekko zgarbiony, jakby coś go martwiło.
– Teraz do niej przemówię – powiedziała jedna z wysokich kobiet. – Jeśli tu jesteś, daj nam jakiś znak.
Nagle w pokoju rozległ się trzask.
– Przyszła – stwierdziła druga. – Jakie chcesz zadać jej pytanie? – zwróciła się do mężczyzny.
Ten spojrzał na nią oczyma, które w słabym świetle wydawały się straszliwie smutne. Tak bardzo, że wydawało się, że jedynym ratunkiem dla tego człowieka jest śmierć.
– Gdzie teraz jesteś? – zapytał zmęczonym głosem, patrząc wciąż na kobietę, która wcześniej do niego przemówiła.
– Musisz tak zadawać pytania, aby mogła odpowiedzieć "tak" lub "nie" – przestrzegła go pierwsza z kobiet.
– Czy dobrze ci tam, gdzie teraz jesteś? – poprawił się mężczyzna.
Wysoka dama powtórzyła pytanie i dodała:
– Powtórz dźwięk jeden raz na "tak", dwa razy na "nie".
Po chwili nastąpiły po sobie dwa głośne trzaski.
Mężczyzna nagle zerwał się z miejsca i wrzasnął:
– Dlaczego mnie opuściłaś?!
Zaraz potem stolik zaczął się trząść, świeca spadła na podłogę i zgasła. Trzy kobiety wciąż siedziały na miejscach. Wśród całkowitej ciemności pierwsza z nich szepnęła:
– Odeszła.
Mężczyzna osunął się po ścianie, a niska kobieta przeszła przez pogrążony w ciemności pokój, wzięła z półki lampę naftową i zapaliła ją.
Blask ognia ukazał duży pokój zapełniony regałami, ciągnącymi się od podłogi do sufitu i zapełnionymi książkami. Na perskim dywanie w czarne i czerwone wzory leżał przewrócony mały stolik, a przy nim wciąż na krzesłach siedziały dwie wysokie kobiety.
– Przerwałeś kontakt – powiedziała pierwsza. – Dlatego odeszła.
Druga wstała. Miała na sobie długą, powłóczystą szatę brzoskwiniowego koloru. Ruchem dłoni przerzuciła warkocz sięgający do pasa na plecy i podeszła do mężczyzny. Uklęknęła koło niego i współczująco położyła mu dłoń na ramieniu.
– Powtórzymy to jutro – rzekła cicho i spojrzała na siostrę. – Wtedy z nią porozmawiamy.
Rozdział 1
Rodzina Bellów wprowadziła się do Winchester Manor niedaleko Londynu w tysiąc osiemset trzydziestym siódmym roku. William Bell, młody, bogaty przedsiębiorca, wybrał tę malowniczo położoną budowlę jako prezent ślubny dla swej osiemnastoletniej żony – Katie. Oboje wywodzili się z dobrze sytuowanych, burżuazyjnych rodzin i ich rodzice stwierdzili, że to małżeństwo będzie doskonałym kontraktem przy połączeniu ich firm. Tym samym dwie spółki zajmujące się produkcją bawełny zjednoczyły siły i stały się trudnym do pokonania na terenie Anglii monopolistą.
Katie spodobał się dworek z ciemnej cegły w stylu Tudorów. Rozkoszowała się jego atmosferą, przechadzając się wśród bogato umeblowanych pomieszczeń. Gdzieniegdzie próbowała przesunąć jakąś rzecz lub prosiła służbę o postawienie jej w wyznaczonym przez nią miejscu. William patrzył z uśmiechem na żonę, stojąc na uboczu i podziwiając jej zmysł artystyczny. Dowiedział się od teściów, że Katie od najmłodszych lat potrafiła dostrzec piękno w najdziwniejszych przedmiotach, czasem całkiem zwyczajnych. Kiedyś potłukły się talerze, a ona błagała, aby ich nie sprzątać, i wpatrywała się z zachwytem w kawałki rozsypane na podłodze.
Wrażliwa dziewczyna miewała czasem napady złego humoru, którego nie potrafiła wytłumaczyć. William przekonał się już kilkakrotnie, że potrafi to być uciążliwe, ale zawsze starał się wybaczyć jej niewytłumaczalne kłótnie i pretensje. Większość czasu spędzał w pogoni za pieniądzem, a znudzona żona zostawała sama. W przedłużających się chwilach samotności czytała wszystkie książki, jakie znalazła w domu. Chłonęła zatrważającą ich liczbę, a gdy William wracał, starała się z nim o nich porozmawiać. Jednak jej mąż rzadko miał okazję czytać ze względu na interesy, które zapełniały jego cały dzień. Nawet po powrocie do domu często zamykał się w gabinecie i przeglądał dokumenty.
Katie zaczęła więc zapraszać do domu damy z towarzystwa. Siedziały w salonie na rozległych sofach obitych beżowym miękkim materiałem i rozmawiały, popijając herbatę i jedząc ciasta przygotowywane codziennie przez kucharki. Po kilku miesiącach Katie zaszła w ciążę. Obnosiła się z pęczniejącym brzuchem. Dumna i wyniosła pani na Winchester Manor.
W tysiąc osiemset trzydziestym dziewiątym roku w styczniu urodziła się starsza z dwóch córek Bellów – Margaret. Dziewczynka stała się oczkiem w głowie matki. Katie ubierała ją w najmodniejsze dziecięce suknie, przystrajała jej loki kapelusikami i chwaliła się nią na każdym kroku. Przez cały rok widziało się Katie spacerującą z wózkiem i dwiema przyjaciółkami po parkach niedaleko Winchester Manor.
Matka nazywała córkę zdrobniale Margo i rozpieszczała dając różne prezenty. Gdy dziewczynka trochę podrosła, szybko nauczyła się stawiać na swoim. Potrafiła płaczem wymusić na matce spełnienie każdego żądania. Ojca widziała rzadko i nie odczuwała szczególnego przywiązania do niego. Od najmłodszych lat buntowała się przeciwko jego władzy. Wywoływało to często kłótnie między rodzicami, podczas których Margaret uciekała do swojego pokoju i chowała się w szafie. Pewnego dnia matka zrzuciła rzeźbę ze stojaka i z triumfalną miną odeszła, zostawiając męża samego w pokoju, pochylającego się nad odłamkami.
Katie poszła do sypialni córki. Usłyszała jak tamta, siedząc w szafie, rozmawia z kimś po cichu.
– Oni się cały czas kłócą – szepnęła – ale nie przejmuj się tym.
Matka otworzyła ciężkie drzwi szafy i spojrzała na siedzącą w środku córkę. Dziewczynka klęczała na jej dnie i trzymała wyciągnięte przed siebie dłonie, położone pionowo.
– Z kim rozmawiałaś? – zapytała zdziwiona Katie.
– Z przyjacielem – odparła Margo.
Rozmowa córki zaszokowała i przestraszyła Katie. Postanowiła znaleźć jej przyjaciółki, aby więcej już nigdy nie musiała chować się w szafie i udawać, że rozmawia z kimś innym. Rozpoczęły się więc wizyty dam z ich kilkuletnimi córkami. Przez całe dnie, od rana do wieczora, po domu biegała gromada dzieci, wśród których dominowała Margaret. To ona zawsze wymyślała zabawy, wciskała się w najbardziej niedostępne kąty i zawsze pierwsza nawiązywała znajomości. Katie patrzyła z dumą na córkę.
William również ukradkiem obserwował Margaret i cieszył się, mimo że tego nie okazywał. Wbrew pozorom dbał o córkę, ale nie uzewnętrzniał swojej miłości do niej. Nie potrafił okazywać swoich uczuć i zazwyczaj był milczącym człowiekiem. Tylko podczas prowadzenia interesów rozwijał skrzydła i znajdował się w centrum zainteresowania towarzystwa. Nie umiał, jak żona czy córka, zabawiać innych ludzi ciekawą rozmową. Z jego pozycji w hierarchii społecznej korzystała Katie.
Gdy Margaret miała pięć lat, urodziła się jej siostra, Luiza. Margo przyjęła nowego członka rodziny bardzo niechętnie. Jako rozpieszczone dziecko odbierała niemowlaka jako intruza. Biegała po domu i płakała, że nie będzie się z nią nigdy bawić. Jednak gdy Luiza trochę podrosła, Margo stwierdziła, że ładna z niej lalka, i tak jak wcześniej matka, tak samo ona próbowała ubierać siostrę w małe stroje i czesać jej krótkie włoski. Młodsza dziewczynka zrywała jednak z siebie wszystko i zadowolona wracała do własnych zabaw. Obrażona Margaret przestała zwracać na nią uwagę i zajęła się swoimi sprawami. Była już na tyle duża, że mogła sama się ubierać. Często urządzała pokazy mody, przebrana w szale i chusty wyciągnięte z szafy matki. Towarzyszyły jej inne dziewczynki pod okiem rodzicielek.
Mała Luiza najczęściej przebywała w towarzystwie ojca, malując po kartkach atramentem lub przeglądając niezrozumiałe dla niej książki. William odkrył w sobie gorącą ojcowską miłość i starał się spędzać z młodszą córką jak najwięcej czasu.
Katie zabierała obie dziewczynki na spacery po parku. Bawiły się tam razem z innymi dziećmi, a ona sama udawała, że ma pełną, szczęśliwą rodzinę, chociaż w głębi duszy rozpaczała nad swoim położeniem. Mimo iż miała piękny dom, dwie córki, dobrze zarabiającego męża, brakowało jej miłości mężczyzny.
Znalazła miłość latem, gdy Margo miała lat osiem, a Luiza trzy. Poznała Michaela podczas codziennych spacerów w parku. Pomógł jej podnieść przewrócony pusty wózek. Następnego dnia został jej kochankiem, z którym dzieliła się największym szczęściem i troskami. Przestała odtąd sypiać z mężem, który, mimo że podejrzewał żonę o zdradę, nie zrobił nic. Bał się opinii innych ludzi, którzy mogli się dowiedzieć, że żona nie była mu wierna. Nie należało wyciągać takich spraw na światło dzienne.
Katie już od kilku miesięcy dostrzegała zdolności muzyczne starszej córki. Słuchała czasem pod drzwiami, jak Margaret śpiewa młodszej siostrze kołysanki, i musiała przyznać, że ma bardzo ładny głos. Wymogła na mężu sprowadzenie do Winchester Manor wybitnych nauczycieli muzyki. William chciał, aby mała uczyła się śpiewu i gry na skrzypcach, jednak Margo wybrała wiolonczelę. Przez kilka dni ośmiolatka biegała po domu rozzłoszczona, gdyż ojciec uparcie trwał przy swoim. Dopiero Katie przekonała go do zmiany decyzji.
Nauczyciele chwalili zdolności głosowe i grę Margaret. Gdy miała trzynaście lat, jeden z nich powiedział, że mogłaby grać w teatrze. Odpowiedziała na to:
– A ile bym dostała pieniędzy?
Winchester Manor stało się miejscem cotygodniowych wieczorków muzycznych londyńskiej burżuazji. Zawsze błyszczała na nich Margo, która po zagraniu i zaśpiewaniu kilku utworów kluczyła pośród towarzystwa i mimo młodego wieku potrafiła rozbawić większość i przyciągnąć do siebie ich uwagę. Na te przyjęcia dziewczynka sama wybierała stroje, co jej matka często chwaliła. Podziwiała jej dobry gust, zamiłowanie do bufiastych rękawów, powłóczystych sukien i bogato zdobionych kapeluszy oraz pastelowych kolorów aksamitu. Często zabierała córkę do krawców, a tam dziewczyna z zamkniętymi oczyma dotykała długimi palcami jakiegoś materiału i decydowała się na niego.
Przejeżdżając obok domów biedoty, Margaret odwracała wzrok w inną stronę, byleby nie widzieć ludzi leżących na brudnej ziemi. Marszczyła nos, jakby nie chciała dopuścić do siebie zapachu wydobywającego się z ich domów. W Winchester Manor, w swojej sypialni i w każdym pomieszczeniu, w którym przebywała, starała się zachować porządek. Margo bała się podejść do konia ciągnącego pojazd. Te wielkie zwierzęta odstraszały ją swoją siłą, a także zapachem. Nowy wynalazek epoki – częste kąpiele – zachwycał Margaret, która poddawała się im kilkakrotnie w ciągu dnia. Uwielbiała siedzieć w wannie pełnej wody, myć włosy i patrzeć na swe mokre ciało.
W domu Bellów przebywał sztab prywatnych nauczycieli będących na usługach obu sióstr. Gdy Margo miała piętnaście lat, ustaliła z panem od muzyki warunki jej gry na wiolonczeli w teatrze. Określiła dokładnie sumę pieniędzy, jaką ma dostać za godzinę. W obliczu jej upartej natury mężczyzna zgodził się. Z ukrycia obserwował to ojciec i był z niej dumny – gdyby tylko była chłopcem, odziedziczyłaby rodzinną firmę.
Na jednym z występów poznała syna arystokraty, z którym spotykała się po kryjomu. Jego ojciec dowiedział się o tym i wysłał chłopaka jak najszybciej do Francji. Margo rozpaczała po nim kilka dni, gdyż mógł być jej drogą do spełnienia marzeń – od zawsze chciała opuścić krąg burżuazji, wybić się ponad poziom bytowania ojca i przenieść się do bogatych salonów. Szybko oprzytomniała i zdała sobie sprawę, że jeszcze zdąży spełnić marzenia.
Margaret wyrosła na ucieleśnienie piękna – jej wysoka sylwetka nie była zbyt chuda, natura obdarzyła ją dużymi piersiami, wąską talią i szerokimi biodrami. Twarz pełna, o długim nosie, dużych, czarnych oczach i grubych, czerwonych wargach przyciągała wzrok mężczyzn. Czarne, kręcone włosy wiązała w wymyślne fryzury. Podążając wciąż za modą, pojawiała się na przyjęciach i spotkaniach zawsze w najnowszych sukniach. W wieku dwudziestu jeden lat jej największym marzeniem było uzyskać samodzielność i przypływ własnych pieniędzy.
Luiza nie była do niej podobna. Jako szesnastolatka miała nieszablonową, chudą sylwetkę o wąskich ramionach. Jej kompleksem stały się mocno uwydatnione kości policzkowe. Najbardziej podobały jej się jej egzotyczne, kocie, zielone oczy. Reszta twarzy – małe usta oraz długi nos – nie obchodziły jej. Uwielbiała także swe długie kasztanowe włosy wiązane w warkocz sięgający do pasa. Nie miała dużych piersi jak siostra, raczej małe, a jej sylwetka była bardzo symetryczna – wąskie biodra i niewielkie wcięcie w talii.
Odkąd nauczyła się chodzić, podkradała matce z toaletki flakoniki z perfumami i wąchała je przez kilka godzin. Najczęściej jednak przebywała z ojcem w gabinecie, gdzie malowała po białych kartkach czarnym atramentem. Gabinet był także pełen książek, które kochała. Gdy podrosła i nauczyła się czytać, wymykała się w nocy do biblioteki i czytała w świetle księżyca. Lubiła pomagać ojcu w obliczeniach, co ten bardzo chwalił. Chociaż mocno kochała matkę jak i siostrę, to z nim miała najlepszy kontakt. Gdy Katie i Margaret błyszczały na przyjęciach, Luiza wolała przesiadywać w sypialni lub w bibliotece. Nigdy nie lubiła pokazywać się publicznie i rozmawiać z ludźmi o swoich problemach. Wolała raczej wysłuchiwać ich i im doradzać. Czasem jednak musiała bywać w towarzystwie, a wtedy to Margaret czesała ją i wybierała dla niej ubrania. Luiza poddawała się temu całkiem biernie i cierpliwie.
Tak jak większość kobiet jej czasów, marzyła, aby dobrze wyjść za mąż i założyć szczęśliwą rodzinę. Wśród książek w bibliotece najbardziej lubiła te o historii – zaczytywała się w opisach życia Marii Antoniny i Wersalu. Z niechęcią podchodziła do zmian, nie ufała elektryczności.
Mimo że Luiza nie lubiła się kłócić i wolała się podporządkować drugiej osobie, czasem potrafiła odpowiedzieć na zaczepki. Kiedy już naprawdę się zdenerwowała, samymi słowami doprowadzała ludzi do płaczu.
W głębi serca oprócz znalezienia szczęścia w rodzinie Luiza marzyła także o karierze naukowej. Paradoksalnie, mimo dystansu do wynalazków, sama chciała pracować nad czymś nowatorskim i zmienić świat.
Z entuzjazmem poddawała się wieczornym kąpielom i zawsze po nich oprócz koszuli nocnej miała na sobie parę kropel perfum. W słoneczne dni przesiadywała w ogrodzie wśród kwiatów, które zrywała i składała w bukiety, dopasowując je kolorami i zapachami. Jej chude ciało przerażało matkę, która widząc, że córka je bardzo dużo, nie mogła się nadziwić, że prawie w ogóle nie tyje. Luiza podczas posiłków z niecierpliwością oczekiwała podania czegoś słodkiego, a mięsa zjadała szybko, aby mieć je już za sobą.