Skandale Watykanu. Władza, sekrety i upadek papieskiego dworu - Artur Nowak, Stanisław Obirek


Reflow text when sidebars are open.
Jaki jest klucz karier watykańskich? To ciekawe, że niekoniecznie na sam szczyt hierarchii trafiają ludzie krystalicznie czyści. System toruje drogę awansu osobom butnym, bezwzględnym, odpornym na wstyd i znakomicie wytrenowanym w milczeniu. Władzy w Kościele bowiem nie można przekazać ludziom miękkim, nazbyt uduchowionym, zbyt przejętym Ewangelią, skłonnym do rachunku sumienia, gdyż byliby dla tej instytucji niebezpieczni. Mogliby pewnego dnia powiedzieć prawdę. System jest do bólu spójny. Będzie zawsze promował siłę i lojalność. Nie świętość, lecz dyscyplinę. Nie współczucie, lecz posłuszeństwo. Nie sumienie, tylko zdolność do zachowania twarzy nawet wtedy, gdy pod sutanną gnije już cały mechanizm.
Jak pokazujemy w tej książce, w Watykanie na pozór wszyscy się kochają. Wszyscy mówią o braterstwie, modlitwie, komunii, jedności Kościoła i "umiłowanym ojcu świętym". Uściski dłoni, białe koloratki, dyskretne uśmiechy, listy gratulacyjne, homilie o przebaczeniu, wspólne fotografie pod freskami, procesje, nominacje, audiencje, pogrzeby odprawiane z należnym splendorem. Ale Watykan od dekad jest poligonem wojennym, na którym walczy się o dostęp do papieskiego ucha, o nominacje, o archiwa, o pieniądze, o ambasady, o diecezje, o wpływ na wybór biskupów, o kontrolę nad skandalem, zanim skandal zacznie kontrolować instytucję.
Czego broni system? Nie Boga. Bóg w tej opowieści jest raczej zakładnikiem. Nie Ewangelii, bo Ewangelia czytana serio byłaby dla tego świata aktem oskarżenia. Nie ofiar, bo ofiary przez dziesięciolecia traktowano jak problem wizerunkowy, a nie jak ludzi, którym odebrano życie, dzieciństwo, godność i głos. System broni samego siebie. Broni własnej ciągłości, nietykalności, przywileju opowiadania światu, czym jest dobro i zło, nawet wtedy, gdy dawno utracił moralne prawo do wygłaszania kazań.
W tej książce pojawiają się nazwiska, które nie są przypadkowym katalogiem upadków. Poczynając od antysemity Ledóchowskiego, a na drapieżcy seksualnym Rupniku kończąc - każdy z tych szesnastu skandalistów odsłania inny fragment tej samej układanki, w której osoby upominające się o odnowę i nawrócenie same tego nawrócenia potrzebują.
To nie jest książka o kilku złych ludziach, którzy przypadkiem znaleźli się zbyt blisko ołtarza. To książka o instytucji, która zbyt długo zamieniała winę w sekret, sekret w procedurę, procedurę w tradycję, a tradycję w świętość. O świecie, w którym skandal nie niszczył kariery, lecz często stawał się jej paliwem - pod warunkiem że winny zapukał do właściwych drzwi, użył właściwego języka i miał właściwych protektorów.
Bo Watykan nie jest tylko miejscem modlitwy. Jest także archiwum strachu. Pałacem pamięci selektywnej. Laboratorium bezkarności. I jeśli chcemy zrozumieć kariery watykańskich skandalistów, musimy przestać pytać, jak to możliwe, że tacy ludzie zaszli tak wysoko. Trzeba zapytać inaczej: jaki system potrzebował właśnie takich ludzi, by przetrwać?
Może to nie był przypadek, że Jan Paweł II dopytywał jezuitów, kiedy przygotują dokumenty do beatyfikacji i kanonizacji ich "wielkiego polskiego generała", którego otaczała atmosfera infamii jako czarnego papieża. Chodziło oczywiście o Włodzimierza Ledóchowskiego, jednego z bohaterów naszej książki. Widocznie Jan Paweł II odczuwał duchowe i ideowe powinowactwo z tym polskim arystokratą, którego dwie siostry wyniósł na ołtarze (Urszula i Maria). Nie potrafił zrozumieć, że dla jezuitów to było kłopotliwe dziedzictwo, do którego wracali niechętnie. I może dlatego tak ochoczo beatyfikował i kanonizował Escrivę, założyciela Opus Dei, organizacji, która miała zastąpić jezuitów, bo lepiej odpowiadała papieskiej wizji katolicyzmu. I Ledóchowski, i Escrivá mieszczą się w schemacie zawrotnych watykańskich karier znaczonych cierpieniem tych, którzy stawali na ich drodze.
To oczywiście nasz skromny subiektywny wybór z przepastnych zbiorów mrocznych osobowości, ale każda z tych postaci może służyć za swoisty model, wzorzec do wskazania kolejnych. I o to właśnie chodzi - by rozpocząć pracę nad alternatywną narracją wobec tej, która zdominowała zbiorową wyobraźnię religijną Polaków w ostatnich dziesięcioleciach. W tym starym paradygmacie nie ma miejsca na pytania i wątpliwości. Są tylko zachwyt i poczucie wdzięczności. Naszym zdaniem to błąd. Cierpi na tym - symbolicznie - nie tylko prawda o Watykanie, jako instytucji opartej na władzy i przemocy. Cierpią - konkretnie - ci, którzy jego działań doświadczyli na własnej skórze.
Zacznijmy od anegdoty, która pozornie nie ma związku z bohaterem tego rozdziału. Chodzi o wybitnego uczonego rumuńskiego, który w latach młodości był zażartym antysemitą i zwolennikiem faszyzmu. Kompromitacja obu tych postaw w czasie triumfu eliminacyjnego faszyzmu sprawiła, że po II wojnie światowej, robiąc karierę jako autorytet w sprawach studiów religioznawczych, zadbał, aby ten fragment biografii został kompletnie zapomniany.
W 1991 roku w toalecie na kampusie Uniwersytetu w Chicago został zamordowany strzałem w tył głowy czterdziestojednoletni naukowiec i dysydent rumuński Ioan Petru Culianu. Był on nie tylko następcą w katedrze historii religii innego rumuńskiego wybitnego badacza religii, Mircei Eliadego (1907-1986), ale i spadkobiercą jego ogromnej literackiej spuścizny. Część jej - pisane przed wojną po rumuńsku płomienne teksty wychwalające faszyzm i nacjonalizm - była ściśle strzeżoną tajemnicą. Tragiczną śmierć Culianu (sprawców nigdy nie wykryto) łączono z rumuńskimi tajnymi służbami lub z nacjonalistami rumuńskimi. I jednych, i drugich Culianu zdecydowanie krytykował w swoich publikacjach. Co więcej, wcześniej dostawał groźby telefoniczne i obawiając się śmierci, przekazał pewne dokumenty zaprzyjaźnionemu naukowcowi. Jak się okazało, były nimi tłumaczone na język angielski teksty Eliadego z lat międzywojennych, w których ten jawnie popierał faszyzm i głosił hasła antysemickie. Wdowa po Eliadem była przeciwna ich publikacji, obawiając się o reputację sławnego męża. O tym wszystkim dowiadujemy się z książki opublikowanej w 2023 roku przez ucznia Eliadego i również jego następcy w katedrze historii religii Bruce'a Lincolna, zatytułowanej Secrets, Lies, and Consequences: A Great Scholar's Hidden Past and his Protégé's Unsolved Murder (Sekrety, kłamstwa i konsekwencje. Ukryta przeszłość wielkiego uczonego i nierozwiązana sprawa morderstwa jego protegowanego). O książce tej Lincoln napisał, że jest wynikiem ponad ćwierćwiecza tego, co można eufemistycznie nazwać inkubacją, a co dokładniej można określić jako unikanie, tłumienie i "pewną mieszankę półwiedzy, niepokoju i smutku". Inny dysydent rumuński, Vladimir Tismăneanu, podobnie jak Culianu pracujący w Stanach Zjednoczonych, to morderstwo skomentował następująco: "Jego zainteresowania naukowe były niemal lustrzanym odbiciem organizacji, która planowała go zabić". Secrets, Lies, and Consequences Lincolna są wzorcową wręcz opowieścią o tym, jak dochodzi do zacierania niewygodnej przeszłości, i dostarczają interesujących wskazówek na temat działania mechanizmów wypierania wstydliwych fragmentów biografii wielkiego uczonego.
Z podobnymi mechanizmami mamy do czynienia w życiorysie interesującego nas jezuickiego bohatera, którego sympatie profaszystowskie i legendarny wprost antysemityzm były powszechnie znane jego współczesnym. W świetle historii Eliadego łatwiej zrozumieć, dlaczego Włodzimierz Ledóchowski, bo o nim tu mowa, jeden z najbardziej wpływowych jezuitów na świecie (a zwłaszcza w Watykanie) pierwszej połowy XX wieku, jest postacią prawie zapomnianą. W naszej książce Antysemickie chrześcijaństwo przypomnieliśmy wstrząsające tezy Edmonda Parisa, który w Histoire secr?te des Jésuites napisał, że generał zakonu Włodzimierz Ledóchowski miał znaczący wpływ na powstanie Mein Kampf, że Hitler jedynie tę książkę podpisał. Zastanawialiśmy się, czy nie jest to teza zbyt śmiała, choć materiał dowodowy zebrany przez autora budził nasz podziw. I nawet jeśli to za daleko idące stwierdzenie, to sam fakt jego sformułowania dużo mówi o Ledóchowskim. Co ciekawe, wydawca angielskiej wersji książki dołączył przedmowę autorstwa byłego jezuity Alberta Rivery, który napisał: "Prace Edmonda Parisa dotyczące katolicyzmu spowodowały, że jezuici zobowiązali się: 1) zniszczyć go, 2) zniszczyć jego reputację, w tym jego rodzinę, oraz 3) zniszczyć jego dzieło". Edmond Paris zmarł wprawdzie w sposób naturalny w 1970 roku, ale jego książki zostały rzeczywiście skutecznie wyeliminowane z czytelniczego obiegu.
Stąd nasz pomysł, by się Ledóchowskiemu nieco bliżej przyjrzeć. Być może właśnie jego antysemityzm i faszystowskie sympatie sprawiły, że jezuici postanowili go schować, a w każdym razie na pewno się nim nie chwalą. Jest to tym bardziej zastanawiające, że zgromadzenie to słynie z tego, że potrafi zadbać o promocję swoich dokonań. Zresztą założyciel tego zakonu Ignacy Loyola znany był z umiejętności dotarcia do ludzi wpływowych i dbania o interesy swojej organizacji. Temu miały służyć upublicznianie list misjonarzy jezuickich, beatyfikacje i kanonizacje szczególnie zasłużonych członków zakonu, z Loyolą i Franciszkiem Ksawerym na czele (już w 1622 roku), a w Polsce - Stanisława Kostki (w 1726 roku). Do tego trzeba dodać architekturę, malarstwo i teatr, a także literaturę dewocyjną i teologiczną, które zostały wprzęgnięte w propagowanie wielkości dokonań synów Loyoli. A Ledóchowski miałby naprawdę czym się pochwalić.
Podobno Jan Paweł II wielokrotnie zagadywał polskich jezuitów, kiedy zajmą się sprawą beatyfikacji jednego z najbardziej prominentnych reprezentantów ich zakonu. Jest to zrozumiałe, bo Wojtyła był wyraźnie zafascynowany polską arystokracją, a pierwszą inicjację kapłańską przeżył dzięki biskupowi Adamowi Sapiesze, który był niemal rówieśnikiem Ledóchowskiego. Zresztą dwie starsze siostry jezuity przetarły mu szlaki - święta Urszula Ledóchowska, beatyfikowana w 1983 roku i kanonizowana dwadzieścia lat później przez samego Jana Pawła II, oraz błogosławiona Maria Ledóchowska, beatyfikowana przez Pawła VI już w 1975 roku. Ale przejdźmy do właściwej historii.
O generale jezuitów Ledóchowskim zwykło się mówić "czarny papież", gdyż było tajemnicą poliszynela, że jeśli coś się chciało załatwić u papieża Piusa XI, to wcześniej należało złożyć wizytę właśnie jemu. W Encyklopedii wiedzy o jezuitach na ziemiach Polski i Litwy 1564-1995 znajdujemy obszerne hasło poświęcone Ledóchowskiemu, które w pełni uzasadnia niecierpliwość Jana Pawła II. Przedstawione tu dokonania generała są imponujące. Można powiedzieć, że za rządów Włodzimierza Ledóchowskiego (1915--1942) jezuici nie tylko zwiększyli liczbę członków o blisko dziesięć tysięcy (w 1915 roku było ich 16 946, a w 1941 ta liczba wzrosła do 26 588), ale w samym Rzymie wyraźniej zaznaczyli swoją obecność takimi imponującymi budynkami, jak siedziba generała i głównych instytucji zakonu, czyli kurii generalnej, tuż przy Watykanie, na ulicy Borgo Santo Spirito 4, oraz najsłynniejszy uniwersytet jezuicki Gregorianum, zamykający Piazza della Pilotta.
Ale to tylko początek listy dokonań Ledóchowskiego. Ważniejsze od działalności budowlanej było stworzenie prawdziwej sieci ściśle współpracujących instytucji naukowych, na czele z Instytutem Historycznym Towarzystwa Jezusowego. Ich jedynym celem była praca na rzecz większej chwały Bożej (słynne jezuickie ad maiorem Dei gloriam, czyli "wszystko robić na większą chwałę Boga"). W praktyce oznaczało to precyzyjne realizowanie ideologicznego projektu generała, który potrafił do niego przekonać nie tylko podległych mu zakonników, ale również rządzących w tym czasie Kościołem papieży, zwłaszcza Piusa XI i Piusa XII. Można więc bez przesady powiedzieć, że katolicyzm pierwszej połowy XX wieku w poważnym stopniu został ukształtowany właśnie przez tego "czarnego papieża". Tymczasem o tych dokonaniach sami jezuici piszą niewiele.
Nieco światła na tę tajemniczą sprawę rzuca opublikowany w 2018 roku, a oparty na jezuickich archiwach artykuł szwajcarskiego historyka i biografa katolickich duchownych i intelektualistów Philippe'a Chenaux, w którym zwrócił uwagę na ciemne strony biografii tego prominentnego zakonnika. Ten ciekawy tekst, zatytułowany Father Włodzimierz Ledóchowski (1866-1942). Driving Force behind Papal Anti-Communism during the Interwar Period (Ojciec Włodzimierz Ledóchowski (1866-1942). Siła napędowa papieskiego antykomunizmu w okresie międzywojennym, "Journal of Jesuit Studies" 2018, 5, s. 54-70), skupia się głównie na jego antykomunizmie, ale pojawiają się też wzmianki o antysemityzmie. Jak się wydaje, Chenaux wyjaśnia, dlaczego Ledóchowski nie został beatyfikowany jak jego dwie starsze siostry. Zakończenie artykułu jest znamienne: "Jeśli obsesyjny antykomunizm Ledóchowskiego, silnie zabarwiony antysemityzmem, znalazł szerokie poparcie w Watykanie za pontyfikatu Piusa XI i początkowo Piusa XII, to spotkał się z wewnętrznym oporem zwłaszcza w prowincjach francuskojęzycznych (Belgia i Francja), gdzie starano się przedstawić bardziej pozytywną odpowiedź na zagrożenie komunistyczne". Co ciekawe, Chenaux nie przywołuje w tekście opublikowanej w 2014 roku prawdziwej antologii antysemickich zachowań (świadectw zachowało się całkiem sporo) i słów (tych zachowało się znacznie mniej) Ledóchowskiego, czyli Papieża i Mussoliniego Davida I. Kertzera, znanego badacza antysemityzmu papieży. Uważny czytelnik bez trudu dostrzeże, że postać polskiego generała jezuitów jest prawdziwym złym duchem dla Żydów i prawdziwym błogosławieństwem nie tylko dla Mussoliniego. Kertzer odwołuje się do bogatego zasobu włoskich archiwów, z których wyłuskuje prawdziwe perełki, często ukryte w przypisach, do których warto sięgnąć.
Otóż już po dojściu Hitlera do władzy w 1933 roku i na dwa lata przed Kristallnacht włoscy faszyści znajdowali w Ledóchowskim sprzymierzeńca w walce z "żydowskimi wpływami". Jak pisze Kertzer: "Do najbardziej wpływowych tropicieli żydowskiego spisku należał Włodzimierz Ledóchowski, generał zakonu jezuitów. W odręcznym liście z 1936 roku Ledóchowski wzywał papieża, by ten przestrzegł świat przed "straszliwym niebezpieczeństwem" ateistycznej propagandy radzieckich komunistów, będącej według jezuity żydowskim dziełem. "Prasa zagraniczna, która wszak znajduje się w rękach Żydów, milczy na ten temat. [...] Encyklika zagrzałaby do ostrzejszej i skuteczniejszej walki nie tylko katolików"". Takich ostrzeżeń Ledóchowski nie szczędził również włoskim dyplomatom. Szczególnie bogatym źródłem dla Kertzera są zapiski faszysty i antysemity ambasadora Włoch przy Watykanie Bonifacia Pignattiego, zaprzyjaźnionego z generałem jezuitów, który wychwalał Ledóchowskiego i po jednym ze spotkań zapisał: "Ojciec Ledóchowski postrzega judaizm sprzymierzony z bolszewizmem jako źródło wszelkiego współczesnego zła i wielkie zagrożenie dla naszej cywilizacji".
Warto przypomnieć, że Mussolini doszedł do władzy już w 1922 roku, a Ledóchowski został generałem siedem lat wcześniej i potrafił wykorzystać swoją władzę do wyeliminowania przede wszystkim w samym zakonie wszelkich wątpliwości co do "opatrznościowego charakteru" władzy faszystów, którzy stanowili jego zdaniem skuteczną przeciwwagę dla komunistycznego i tym samym żydowskiego spisku. Ma więc Kertzer rację, gdy pisze, że odkąd Mussolini przejął władzę, Ledóchowski nie ustawał w staraniach, by stłumić wszelki wewnątrzkościelny opór przeciwko niemu. Było to zupełnie zrozumiałe, jeśli uprzytomnimy sobie, że Ledóchowski, podobnie jak autorzy fałszywki Protokoły mędrców Syjonu, był przekonany, że to właśnie Żydzi chcą zniszczyć nie tylko Kościół katolicki, ale i całą kulturę Zachodu. Przywołajmy jeszcze raz ocenę autora Papieża i Mussoliniego: "Generał Towarzystwa Jezusowego uważał Żydów za wrogów Kościoła i cywilizacji europejskiej; był gotów zrobić wszystko, byle nie pozwolić papieżowi zatrzymać antysemickiej fali przetaczającej się po Starym Kontynencie". Faktem jest, że antysemici mogli zawsze liczyć na wsparcie szefa jezuitów w walce ze "spiskiem żydowskim" i na jego wpływ na politykę papieża. Kertzer przywołuje interesujący pod tym względem komentarz wspomnianego Pignattiego, który był zaniepokojony próbami Piusa XI krytyki antysemickiej nagonki. Jedyną nadzieję widział właśnie w generale jezuitów: "Chciałem odwiedzić generała Towarzystwa Jezusowego, gdyż w przeszłości [...] nie krył on przede mną swej nieprzejednanej nienawiści do Żydów, których uważa za źródło wszelkiego zła". To tylko skromny wybór ze znacznie liczniejszych wypowiedzi i działań wpływowego jezuity, które czekają ciągle na wnikliwego historyka. Zapewne nie zrobi tego historyk zakonu, który - jak na to wskazuje dotychczasowe doświadczenie - skupi się głównie na dokonaniach zwiększających wpływy zgromadzenia i analizie dyscyplinarnych zarządzeń. Jak łatwo się domyślić, nie sposób dostrzec w nich jakiejkolwiek wzmianki o ideologicznych sympatiach generała.
Od zakonnych historyków dowiadujemy się przede wszystkim o zwołaniu dwu kongregacji generalnych, czyli najważniejszych instytucji określających prawodawstwo zakonu i dostosowujących je do nowych okoliczności społecznych, politycznych i religijnych. Tak więc dwudziesta siódma kongregacja odbyła się w roku 1917, a jej celem było dostosowanie prawa zakonnego do nowego prawa kanonicznego, ogłoszonego w tym samym roku. Dwudziesta ósma kongregacja, zwołana na rok 1938, skupiła uwagę zgromadzonych w Rzymie delegatów z całego świata na omówieniu metod zwalczania komunizmu i wyborze wikariusza generalnego, który wspierałby Ledóchowskiego, w tym czasie zapadającego coraz częściej na zdrowiu, w rządach.
Jak się okazało, przyjazny stosunek generała do faszyzmu i Mussoliniego przyniósł zakonowi wymierne korzyści, gdyż na mocy konkordatu zawartego pomiędzy faszystowskimi Włochami a Watykanem w 1929 roku jezuici odzyskali posiadłości w Rzymie. Koncentracja na walce z komunizmem nie była przypadkowa. Można powiedzieć, że było to dzieło życia Ledóchowskiego, który na wiele lat przed objęciem najwyższego urzędu w zakonie już w Galicji dał się poznać jako nieprzejednany przeciwnik tej nowej ideologii. Wstąpił do jezuitów w 1889 roku i dość szybko zrobił w zgromadzeniu błyskotliwą karierę. Najpierw został przełożonym zakonu w Krakowie, w 1901 roku wiceprowincjałem, a w 1902 - zarządcą prowincji galicyjskiej. Od 1906 do lutego 1915 roku był asystentem generała obejmującej Niemcy, Austrię, Węgry, Galicję, Belgię i Holandię asystencji niemieckiej. Już wtedy dał się poznać jako nieprzejednany tropiciel wpływów żydowskich, które po wybuchu rewolucji październikowej w Rosji w 1917 roku połączył z groźbą komunizmu właśnie. Jest więc rzeczą zrozumiałą, że jeszcze przed 1915 rokiem Ledóchowski był doradcą Stolicy Apostolskiej do spraw Rosji. W 1922 roku Pius XI w liście do niego powierzył jezuitom funkcjonujący od 1917 roku Papieski Instytut Wschodni, a także powołane w 1929 Collegium Russicum, którego zadaniem było przygotowanie do konwersji Rosji po spodziewanym upadku rządu radzieckiego. Jak ustalił Kertzer, w okresie międzywojennym Ledóchowski był głównym inspiratorem antykomunistycznej polityki Watykanu i próbował w swoich listach przekonać Piusa XI, sekretarza stanu Pietra Gasparriego i innych kardynałów o zagrożeniu chrześcijaństwa ze strony ZSRS w ramach żydowskiego projektu przejęcia władzy nad światem. Trzeba powiedzieć, że sam papież miał wiele wątpliwości, czy teorie Ledóchowskiego są prawdziwe, i mimo nacisku generała w swojej encyklice Divini redemptoris, o bezbożnym komunizmie, nie wymienił Żydów jako inspiratorów tej ideologii, co było źródłem frustracji polskiego arystokraty.
W 1937 roku Pius XI wydał na prośbę biskupów niemieckich encyklikę Mit brennender Sorge, w której potępił kult rasy, narodu i państwa jako bałwochwalstwo. Ledóchowski należał obok Eugenia Pacellego (później Piusa XII) do przedstawicieli papieskiego otoczenia naciskających na zajęcie łagodniejszego stanowiska, argumentując to obawą przed wypowiedzeniem przez Hitlera konkordatu. W rezultacie z encykliki zniknęło odniesienie do narodowego socjalizmu oraz opracowany przez Święte Oficjum wykaz błędów zilustrowanych cytatami z Mein Kampf. Nie było w niej także żadnej wzmianki o prześladowaniu Żydów w Niemczech. Ledóchowski przekonywał papieża, by przygotowywany tekst "unikał zagłębiania się w bardzo trudne i subtelne kwestie". W 1938 roku Pius XI zlecił opracowanie projektu encykliki Johnowi LaFarge'owi, amerykańskiemu jezuicie, którego książka Interracial Justice z 1937 roku zrobiła na nim duże wrażenie. Uczynił to z pominięciem zwykłej procedury, nie angażując sekretarza stanu Pacellego ani Ledóchowskiego. Niestety plan papieża się nie powiódł.
David Kertzer dowodzi, że Ledóchowski nie tylko dopilnował stępienia wymowy tego dokumentu, ale także faktycznie udaremnił jego ogłoszenie. LaFarge, który nie był pewny własnych sił wobec powierzonego zadania, otrzymał propozycję pomocy od Ledóchowskiego, który przydzielił mu w tym celu dwóch jezuitów, Gustava Gundlacha i Gustave'a Desbuquois. Gundlach był autorem hasła o antysemityzmie w niemieckiej encyklopedii teologicznej, w którym rozróżnił antysemityzm sprzeczny z duchem chrześcijaństwa, motywowany dążeniem do czystości rasowej, i antysemityzm zgodny z nauką Kościoła, zwalczający duchowe wpływy żydowskie na społeczeństwo. LaFarge powrócił do Ledóchowskiego we wrześniu 1938 roku z opracowanym przez zespół gotowym tekstem, który potępiał rasizm, wyrażając przy tym nadzieję na konwersję Żydów i przyznając władzom świeckim prawo do podjęcia "sprawiedliwych i humanitarnych" działań w kwestii ochrony chrześcijan przed żydowskim zagrożeniem w sferze ducha. Ale tak opracowany tekst był niewystarczająco antysemicki w oczach generała, który - wykorzystując własną pozycję - zwyczajnie zablokował jego publikację.
Tak więc Ledóchowski nie przekazał tekstu papieżowi, natomiast przesłał skróconą wersję swojemu dawnemu współpracownikowi Enricowi Rosie, "zasłużonemu" autorowi artykułów antyżydowskich w "La Civilta Cattolica" i zdeklarowanemu przeciwnikowi równouprawnienia Żydów. Pismo chwaliło wówczas ustawy antyżydowskie Miklósa Horthyego na Węgrzech. W odniesieniu do Żydów pogląd o możliwości ich nawrócenia był wyrażany w opracowanej z udziałem Gustava Gundlacha wersji encykliki Humani generis unitas. Ledóchowski jednak przekazał tę wersję do dalszej redakcji. Pogląd taki pojawił się też w redagowanym zbiorowo przez jezuitów pod nadzorem ich generała piśmie "La Civilta Cattolica", które za kadencji Ledóchowskiego publikowało agresywne antysemickie artykuły w ramach zwalczania komunizmu i modernizmu. Po ogłoszeniu Mit brennender Sorge w 1937 roku pismo złagodziło ton na kilka miesięcy i nie rezygnując z potępienia Żydów jako propagatorów materialistycznego, bezbożnego i niemoralnego sposobu życia, zaapelowało do katolików o zaniechanie antysemickich zachowań, aby zachęcić Żydów do konwersji na katolicyzm.
Poświęciliśmy tyle uwagi niewątpliwemu entuzjazmowi Ledóchowskiego dla ideologii faszystowskiej i jego antysemityzmowi, gdyż właśnie te dwie cechy tego wpływowego jezuity nie tylko zdefiniowały katolicyzm pierwszej połowy XX wieku, ale z wielkim trudem są przezwyciężane do dzisiaj. Nawet jeśli uznamy faszyzm za ideologię dawno odrzuconą, a antysemityzm za powszechny wśród ówczesnych katolików sposób postrzegania judaizmu i Żydów, co również zostało potępione na soborze watykańskim II w ogłoszonej w 1965 roku deklaracji Nostra aetate, to poznanie tej historii uważamy za rzecz nieodzowną, by zrozumieć, dlaczego również dzisiaj faszystowskie sympatie się odradzają, a antysemityzm nie jest obcy wielu katolikom.
Już na koniec warto zauważyć, że w 1909 roku papież Pius X powołał przy Uniwersytecie Gregoriańskim Instytut Biblijny, którego celem było naukowe poznawanie nie tylko Nowego Testamentu, ale również Biblii hebrajskiej - i to właśnie dzięki tej instytucji Pius XI mógł wypowiedzieć w 1938 roku często powtarzane później słowa, że "pod względem duchowym wszyscy wszak jesteśmy Semitami". Paradoks jednak polega na tym, że właśnie te słowa były, jak pisze Kertzer, "spełnieniem czarnego snu Ledóchowskiego i jego bliskiego współpracownika Tacchiego Venturiego", zasłużonego w utrzymywaniu ścisłych kontaktów między Watykanem i Mussolinim, oraz wpływowych duchownych, działających na rzecz zawarcia konkordatów z faszystowskimi rządami we Włoszech (Francesco Borgongini-Duca) i w Niemczech (Eugenio Pacelli). Krótko mówiąc, gdyby nie władza tej bandy czterech faszystów i antysemitów, katolicyzm czasów Mussoliniego i Hitlera mógłby wyglądać inaczej. To, że w okresie międzywojennym i w czasie II wojny światowej, a nawet po jej zakończeniu, faszyzm i antysemityzm trzymały się tak mocno i tak długo, można wytłumaczyć ideologicznymi wyborami konkretnych ludzi, którzy mieli wpływ na strategiczne decyzje papiestwa. Innymi słowy, to właśnie zapiekły antysemita, jakim niewątpliwie był Włodzimierz Ledóchowski, popchnął katolicyzm w kierunku, który do dzisiaj jest powodem zakłopotania i wstydu nie tylko dla jezuitów.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI