27 GRUDNIA
Ferie świąteczne to świetna sprawa. Zazwyczaj. Dni wolne zaczynają się przed Bożym Narodzeniem, a do szkoły trzeba wrócić dopiero po Nowym Roku. Całkiem sporo laby, trochę mniej lub trochę więcej w zależności od tego, jak to się ułoży w kalendarzu.
Niby super, ale...
Tomek Kulicki sięgnął pamięcią do zeszłorocznych ferii. Czy wtedy też się tak nudził? Nie. Mieszkali w Gdyni i byli szczęśliwsi. On, bo miał mnóstwo przyjaciół, rodzice, bo nie musieli tkwić na tym zadupiu. Może nie do końca musieli - mama, gdy miała gorszy dzień, a to ostatnio zdarzało się coraz częściej, kłóciła się o to z tatą; chciała wracać lub choćby wyjechać gdzieś indziej. Sprzeczki zmieniały się w awantury, krótkie, ale gorące. Krótkotrwałe gejzery złości. Czasami tak żarli się ze sobą, że Tomka nachodziła obawa, że mogliby zdecydować się rozstać. W Gdyni miał kolegów, których rodzice się rozwiedli - nie było czego zazdrościć.
Nie myśl o tym, złajał się. Po co się martwić na zapas, są ferie.
Właśnie, rok temu mógł przynajmniej bez przeszkód wyjść na dwór.
Zerknął przez okno, chyba po raz setny, choć dobiegała dopiero dwunasta. Śnieg, śnieg, śnieg. Wokół tylko śnieg. Podwórka, trawniki, a nawet jezdnię z chodnikiem pokrywały pokłady zbitej lodowatej substancji, która nie miała nic wspólnego ze wspominanym przez poetów białym puchem. Tomkowi ten zimny twór przypominał raczej twaróg. Grubą warstwę białego sera, z wydrążonym labiryntem przejść, w których dorośli brnęli po pas, a dwunastoletni chłopcy, tacy jak on, po pierś.
Nie byłoby tak źle - wąskie przejścia stanowiły dogodne okopy do prowadzenia Pierwszej Wojny Śnieżkowej, transzeje ciągnęły się przez całą miejscowość, a amunicji też było w bród - gdyby nie ta temperatura. Minus piętnaście. W południe!
Nie pozwolą mu wyjść. Tak jak wczoraj i przedwczoraj.
Odwrócił się od okna i sięgnął po leżący na biurku bogato ilustrowany album o Gwiezdnych wojnach. Prezent od mikołaja, czy może raczej od starych, osobiście skłaniał się ku tej drugiej wersji. Na świecie nie było potworów, więc nie powinno być także cudaków w rodzaju Świętego Mikołaja, Zębowej Wróżki, elfów i tak dalej. Za nich wszystkich - w razie potrzeby - całą robotę odwalali dorośli. Jeszcze kilka lat temu nie wydawało mu się to oczywiste, ale teraz wyzbył się złudzeń. Był sam, opuszczony przez przyjaciół, w obcej miejscowości - starał się jak mógł nawet w myślach nie używać słowa wieś. Magia świąt gdzieś uleciała. Ulotniła się jak powietrze z przebitego balonika.
Wziął książkę do ręki i niedbale przewrócił kilka kartek. Gwiezdne wojny, średni film. Owszem, mieli parę niezłych gadżetów, choćby te swoje miecze, ale tak ogólnie nie było się czym zachwycać. Starzy pewnie kupili ten album pod siebie, nieraz słyszał, jakim miłośnikiem Lukasa był jego ojciec, gdy miał dwanaście lat. Szkoda, że nie zauważyli, że ich syn wolał inne filmy. No cóż, po prostu dorośli, ślepi i głusi. Jak zawsze z klapkami na oczach.
Jego myśli przerwał dzwonek do drzwi. Odłożył książkę i wyjrzał zaciekawiony z pokoju.
Ku swemu zaskoczeniu usłyszał głosy kolegów z klasy, Bartka Wójcika i Wiktora Smolarczyka. Może nie mógł ich jeszcze nazwać przyjaciółmi - podświadomie czuł, że po czterech miesiącach znajomości jest na to za wcześnie - ale byli to jego najlepsi kumple. Najlepsi tutaj, w Dębiej Górze.
- Jest Tomek?
- Czy może wyjść?
Oba pytania zabrzmiały prawie jednocześnie.
- Was rodzice puścili?
Ten głos należał do matki. Tomek westchnął. Nic z tego, nie wyjdzie, nawet jeśli po dworze chodzili jego rówieśnicy. Może inni nie byli więźniami jak on, może na innych tyle się nie dmucha i nie chucha?
- To sytuacja awaryjna - powiedział poważnym głosem Bartek.
Był wysoki, czarnowłosy i zawsze sprawiał wrażenie niezwykle skupionego. Zupełnie jakby był już dorosły, a w każdym razie znacznie starszy niż w rzeczywistości.
- A co się stało?
Tomek podszedł bliżej, żeby lepiej słyszeć. Nie chciał się pokazywać. Wolał, by matka nie odprawiła kumpli w jego obecności. To byłoby zbyt upokarzające. Mały dzidziuś nie może wyjść, mamusia nie pozwala.
- Anecie rano uciekł pies - odparł Bartek. Najwyraźniej wziął na siebie próbę przekonania matki Tomka. - Musimy go odnaleźć, zanim... No, wie pani, jest bardzo zimno...
Teraz zacznie się przesłuchanie, przemknęło Tomkowi przez głowę. Kim jest Aneta? Co to za pies? Po co wychodziła z nim w taki mróz? I dlaczego szukają go dzieci, a nie dorośli?
Żadne z tych pytań nie padło.
- To ładnie, że chcecie pomóc koleżance - zaczęła ostrożnie kobieta - lecz pogoda raczej nie sprzyja...
- To bardzo mały psiak - Bartek nie pozwolił jej dokończyć. - Jeszcze szczeniak. Wskoczył na zaspę i pobiegł po zmarzniętym śniegu. Aneta próbowała iść za nim, ale się zapadła. Felek, to znaczy jej pies, tymczasem czmychnął i tyle go widziała.
- I gdzie zamierzacie go szukać?
Tomek nie mógł uwierzyć własnym uszom. Głos matki zmiękł, stał się wyraźnie mniej zdecydowany.
- Gdzie się da. To znaczy tam, gdzie jest odśnieżone. Liczymy na to, że przyjdzie na wołanie. To straszny pieszczoch, im więcej osób będzie go szukać, tym szybciej się znajdzie.
- I na pewno nie poniesie was do lasu?
Chłopcy musieli odpowiedzieć ruchem głowy, gdyż żaden się nie odezwał. Matka Tomka zastanawiała się przez chwilę.
Tomek stał na korytarzu, wciąż niepewny, czy powinien się pokazać. Przedłużająca się cisza niepokoiła go. A może nikogo tam nie ma? Nikt nie przyszedł. Może wszystko to sobie wymyślił. Podejdzie do drzwi, a te okażą się zamknięte.
- Prosimy.
Głos Bartka przywołał go do rzeczywistości. Jasne, że mu się to nie przywidziało. Nie był przecież jakimś szurniętym szajbusem.
- No dobrze, zawołam go. Będzie mógł z wami pójść, ale tylko na godzinkę. Nawet jeśli nie znajdziecie w tym czasie psa, ma wrócić do domu. Obiecujecie, że nie będziecie go namawiać, żeby został dłużej?
__________
- Nie wiedziałem, że Aneta ma małego psa - powiedział Tomek Kulicki, gdy znalazł się przed domem.
- Bo nie ma. Nie chodzi o Anetę Trzcińską z naszej klasy, ale o moją ciotkę - wyjaśnił Wiktor Smolarczyk. - Stwierdziliśmy jednak, że lepiej tego nie mówić twojej mamie.
Tomek parsknął śmiechem. Para buchnęła mu z ust i skropliła się na szaliku zasłaniającym dolną część twarzy.
- Mieliście rację - przyznał.
Wyszli przed posesję. Słoneczna - jedna z głównych ulic w Dębiej Górze - była nieco dalej zasypana i nieprzejezdna. Rodzice Tomka należeli jednak do tych szczęśliwców, którzy mieszkali przy jej odśnieżonym fragmencie. Tam, gdzie pługi nie dotarły, przy chodniku przekopano przejście. Korytarz wydrążony w śniegu był tak szeroki, że mogło nim iść obok siebie dwóch chłopców. Zaczynał się przy kościele, a kończył w pobliżu lasu, tuż za ostatnimi domami. Nie był to jedyny taki korytarz w Dębiej Górze, ale z pewnością najczęściej używany.
- Więc dokąd teraz? - spytał chłopiec.
- Na Leśną, moja ciotka tam mieszka, zaraz przy Morskiej - odparł Wiktor. - Nie wiem, po co wychodziła z Felkiem z podwórka, w każdym razie głupi szczeniak wyrwał się jej i uciekł w stronę drzew.
- Do lasu? - upewnił się Tomek.
Jasne że tak, natychmiast odpowiedział sobie w myślach. Gdyby psiak pognał w kierunku tych kilku marnych topól, które rosły przy szkole, nie byłoby problemów ze złapaniem go.
- Mieliśmy nie zbliżać się do lasu - wyraził wątpliwość.
- Ty. Ty miałeś tam nie wchodzić - uściślił Bartek Wójcik. - Zresztą to ostateczność. Wcale mi się nie uśmiecha brnąć przez zaspy. Mam nadzieję, że Felek przyjdzie na wołanie.
Tomek wahał się tylko sekundę. Na razie nie łamał zakazu. A nawet gdyby koledzy postanowili dotrzeć aż do linii drzew, to przecież jego matka i tak raczej się o tym nie dowie. Inaczej czekał go powrót do domu i kolejne godziny nudy wypełnione wpatrywaniem się w ozdobioną szronem szybę.
Ulica Morska zaczynała się przy szkole - gdzie łączyła się ze Słoneczną, przy której Tomek mieszkał - i prowadziła w siną dal. Dosłownie. Jej przedłużenie, wzdłuż lasu, a miejscami przez las, ciągnęło się do następnej wsi oddalonej o kilka kilometrów. Latem droga była uroczym szlakiem turystycznym, teraz, zimą, niemal cała ginęła pod śniegiem. Wąski korytarz przekopany przez zaspy nie biegł dalej niż dwieście, może dwieście pięćdziesiąt metrów od Słonecznej i kończył się przy starej, na wpół rozwalonej chałupie. Tomek nie miał zielonego pojęcia, do kogo ruina należała, ale sądząc z wyglądu tego najbardziej wysuniętego na wschód domu w Dębiej Górze, jej właściciel nie był ani zamożny, ani nawet zbyt pracowity. Jeśli w ogóle próbował naprawiać rozliczne szkody, jakie budynkowi wyrządzała kapryśna pogoda, to jego wysiłki pozostawały bezowocne.
Chłopcy dotarli na Morską w kilka minut. Dom, w którym mieszkała ciotka Wiktora, znajdował się niedaleko szkoły (w tak małej miejscowości właściwie wszystko znajdowało się niedaleko czegoś). Stał przy piaszczystej dróżce prowadzącej do lasu (zapewne z tego powodu szumnie ochrzczonej mianem ulicy Leśnej) i dalej - choć już jako wąska ścieżka - aż nad brzeg morza.
- Felek! - zawołał Wiktor.
Odpowiedziała mu cisza. Jedynym dźwiękiem docierającym do ich uszu był na wpół słyszalny odgłos przejeżdżającego w oddali samochodu. Pojazd zapewne sunął Jeziorną lub Turystyczną, jedną z dwóch w całości odśnieżonych ulic w Dębiej Górze.
- Nie słyszy nas - stwierdził Bartek. - Musimy podejść bliżej.
Przekopane w śniegu przejście urywało się przy trzecim i zarazem ostatnim domu na Leśnej. Dalej ciągnęły się zaspy. Jeśli nawet ktoś niedawno próbował tedy przebrnąć do oddalonego o mniej niż sto pięćdziesiąt metrów lasu, to padający niemal codziennie śnieg dawno zatarł wszelkie ślady.
- I co teraz? - spytał Tomek. - Będziemy tu sterczeć jak kołki i drzeć japę?
Chłopiec uważnie obserwował linię drzew, ale nie dostrzegał niczego, co mógłby wziąć za zbiegłego psiaka. Prawdę mówiąc podejrzewał, że Felek zniknął na zawsze, a przynajmniej do roztopów.
- Pomóż mi. - Wiktor wyciągnął rękę.
- Co chcesz zrobić?
Tomek podał mu dłoń. Wiktor złapał ją i wykorzystując jako swoiste rusztowanie, a jednocześnie zabezpieczenie, wgramolił się na zaspę. Zapadł się, ale na zaledwie dwadzieścia centymetrów. Pod cienką warstwą śniegu leżała zmarznięta lodowa skorupa.
- Wytrzyma - oznajmił tryumfalnie.
- Ciekawe jak długo? - mruknął Tomek, idąc w ślady kumpla.
Bartek spojrzał na kolegów i uśmiechnął się krzywo. Był z nich największy i najcięższy. Ryzykował najbardziej. Wiedział, że gdyby utknął na środku pola zagrzebany po pierś, w domu czekałoby go solidne lanie. Stary by mu nie darował. Co prawda rzadko obrywał od ojca, ale gdy się to już zdarzyło, siniaki na tyłku nie pozwalały mu siedzieć przez kilka dni.
- Idziesz? - spytał Wiktor.
Zastanawiał się jedynie ułamek sekundy.
- Pewnie.
Tomek i Wiktor pomogli mu wdrapać się na zaspę. Na górze Bartek trochę się od nich odsunął i tupnął. Lodowa skorupa wytrzymała. Podskoczył. Skostniała pokrywa śnieżna zatrzeszczała, ale nie puściła. Kiwnął głową z satysfakcją. Czuł, że przy następnej próbie mogłoby się to skończyć już nieco gorzej. Ale przecież nie zamierzał tutaj biegać ani skakać.
- Znajdźmy tego pieprzonego psiaka i zmywajmy się stąd - rzekł.
Wiktor popatrzył na Bartka z podziwem, ale na Tomku zakazany wyraz nie zrobił wrażenia. Gdy mieszkał w Gdyni, część jego rówieśników na co dzień używała słów, od których jego obecni towarzysze zaczerwieniliby się po czubki uszu.
- Chodźmy - powiedział tylko.
Uczestniczył w prawdziwej ekspedycji. Niebezpiecznej, bo w każdej chwili któryś z nich mógł zapaść się w śnieg co najmniej po pas i - co ważniejsze - zakazanej. Tomek z zadowoleniem pomyślał o nieświadomych niczego rodzicach. Matka nie pozwoliłaby mu chodzić po lodowej skorupie nawet pod jej czujnym okiem. Tym większą czuł frajdę, robiąc to teraz wraz z kolegami.
- Felek - zawołał Wiktor.
Psiaka nie było widać ani słychać.
Chłopcy powoli zbliżali się do lasu, który ogołocony z liści i obsypany śniegiem wydawał się miejscem martwym. Choć mieszające się z drzewami liściastymi sosny sprawiły, że nie wyzbył się całej zieleni, to jednak sprawiał posępne wrażenie. Najbardziej przerażała cisza. Prócz chrzęstu śniegu pod nogami nie słyszeli nic. Nie było żadnych ptaków. Długotrwałe mrozy spowodowały, że nawet wrony gdzieś zniknęły. Większość z nich pewnie zamarzła, a reszta przeniosła się w okolice, w których łatwiej o pożywienie.
- Myślisz, że on tu w ogóle gdzieś jest? - spytał Bartek.
- Nie, poszedł popływać w morzu. - Wiktor spojrzał na kolegę z ukosa. - Ale zaraz powinien wracać...
- Chciałem tylko...
- Felek może być wszędzie. - Wiktor nie pozwolił mu dokończyć. Gdy rozmawiali z dorosłymi, to Bartek przejmował inicjatywę, ale w grupie rówieśników Wiktor stawał się znacznie śmielszy. - Nie zamierzam do wieczora biegać po całym lesie za głupim psem. Rozejrzymy się i wracamy. Jak się nie znajdzie, to trudno.
Słysząc te zapewnienia, Bartek nieco się uspokoił. Nie był tchórzem, ale łażenie po zmarzniętym śniegu wcale mu się nie podobało. I nie chodziło o lańsko, które mógł sprawić mu ojciec. Raczej...
Nie potrafiłby tego wyjaśnić. Po prostu czuł, że to nie najlepszy pomysł. Nie dzisiaj. Każdego innego dnia owszem, ale teraz, dokładnie w tej chwili, powinni trzymać się z daleka od ośnieżonych pól i (zwłaszcza!) od lasu.
- Felek - Wiktor chyba po raz dwudziesty spróbował przywołać psa.
- Chwileczkę. - Tomek się zatrzymał. - W którym miejscu on uciekł twojej ciotce?
Wiktor najpierw wzruszył ramionami, a dopiero później się zastanowił.
- Mniej więcej tam, gdzie weszliśmy na śnieg - bąknął w końcu. - No może ciut bliżej jej domu. A bo co?
- Tam powinniśmy zacząć. Znaleźć ślady i iść za nimi.
Przyjaciele jak na komendę pokręcili głowami. Dlaczego żaden z nich wcześniej o tym nie pomyślał? Przecież wydawało się to oczywiste.
- Skręćmy w prawo, może je znajdziemy. - Bartek machnął ręką trochę na oślep.
Rzeczywiście, po chwili natknęli się na wyraźne odciski czterech łap. Ślady biegły prawie równolegle do trasy, jaką wcześniej podążali, i kierowały się wprost do lasu.
- Idziemy za nim? - Bartka ponownie ogarnął niepokój. Coś mu mówiło, że powinni zawrócić, ba, rzucić się do ucieczki.
Wiktor potwierdził skinieniem. Teraz wiedzieli przynajmniej, gdzie szczeniak był jakiś czas temu. Prawdopodobnie zdążył się już oddalić, ale i tak zawężało to obszar poszukiwań.
- Mam wrażenie, że coś nas obserwuje, może... - zaczął niepewnie Bartek.
- Jasne, śledzą nas - przerwał mu Wiktor szeptem. - Głodne i gotowe na wszystko... - zamilkł na moment, po czym prawie krzyknął: - wściekłe, krwiożercze zające!
Wiktor zaczął się śmiać. Bartek poczerwieniał. Tomek zdawał się nie słyszeć żartu. Wpatrywał się w linię drzew. Od pewnego czasu i on odczuwał jakiś wewnętrzny niepokój, lecz nie potrafił określić jego przyczyny. Najchętniej wróciłby między zabudowania, ale za każdym razem, gdy zamierzał już wypowiedzieć tę myśl na głos, w jego wyobraźni pojawiał się obraz zagubionego i przemarzniętego psiaka. Przy tej temperaturze szczeniak nie miał żadnych szans. Jeśli szybko go nie znajdą, będzie po nim.
- Chodźmy do lasu - powiedział poważnie. - Po śladach. Pokręcimy się tam chwilę, ale jeśli Felek nie przyjdzie na wołanie, spadamy stąd.
- Niech tak będzie - zgodził się Wiktor, widząc, że Bartek odruchowo przytakuje.
On jeden nie miał ochoty wracać do wsi. Poszukiwania były ekstra. Dzięki nim na moment mógł poczuć się policjantem, takim jak na filmach, rozpracowującym groźny gang lub przeczesującym teren w poszukiwaniu zaginionego dziecka. Dzięki zadaniu stał się ważniejszy i jakby bardziej dorosły. Jego zdaniem, mogli szukać Felka nawet i do zmroku. Z drugiej strony nie zamierzał naciskać na kolegów. Zabawa zabawą, ale tak naprawdę nie lubił tego psiaka. Głupi spaniel. Z jego oczu wyzierało coś odpychającego. Kalosz - zwykły, pospolity mieszaniec, którego Wiktor dostał na urodziny dwa lata temu - to był prawdziwy pies. Inteligentny i posłuszny. I co z tego, że prezencją ustępował Felkowi? Nie wygląd jest najważniejszy.
- A swoją drogą, co za głupi pies, żeby tak daleko odbiec od właściciela - rzucił Tomek.
Wiktor posłał mu uśmiech, który i tak był niewidoczny zza przesłaniającego usta szalika. Właśnie o tym samym myślał. Telepatia, jak nic.
Pierwsze zarośla były już na wyciągnięcie ręki. Latem prawie nie do przebrnięcia, teraz zamieniły się w sterczące, nagie badyle niezbyt trudne do pokonania. Dopiero za nimi rosły drzewa i zaczynał się prawdziwy las.
Tomek rozejrzał się wokoło. Gdzieś tu schowana pod grubą warstwą śniegu biegła dróżka, którą można było dojść nad samo morze. Nie potrafił jej odnaleźć. Sprowadził się z rodzicami do Dębiej Góry na początku września. Szkoła i paskudna, mokra jesień spowodowały, że nie poznał jeszcze dobrze okolicy. Jego kompani z pewnością orientowali się w terenie znacznie lepiej.
- Felek! - Wiktor ponownie zawołał psiaka.
Ślady prowadziły prosto, jakby szczeniak wybrał się na małą kąpiel w Bałtyku.
- Idziemy dalej? - spytał Tomek. Pomysł, by zagłębić się w las, wcale mu się nie podobał.
- Tam coś leży. - Bartek pokazał coś między drzewami, na prawo.
- Pies? - Wiktor zmrużył oczy, starając się dostrzec, co takiego zwróciło uwagę przyjaciela.
- Nie, coś czerwonego.
Z wahaniem ruszyli w kierunku porzuconego przedmiotu. Żaden nie miał ochoty podążać śladami Felka. Teraz i Wiktor poczuł się nieswojo i tylko honor dwunastolatka nie pozwoliłby mu się do tego przyznać.
Podeszli bliżej. Na śniegu, zaplątana w ośnieżone zarośla, leżała czapka, podarta, nieco przysypana, bez białego pomponu, który kiedyś zdobił jej zakończenie. Bez wątpienia była to jednak czapka - czapka Świętego Mikołaja.
Bartek przyklęknął i uniósł znalezisko. Rozdarcia były długie, wykonane czymś ostrym. Zupełnie jakby poszarpało je pazurami dzikie zwierzę. To skojarzenie nasunęło się całej trójce, ale nikt go nie wypowiedział.
- Ktoś wyrzucił - mruknął Bartek z powątpiewaniem.
- Nie leży tu dłużej niż kilka dni. - Głos Wiktora był słaby. Chłopiec odchrząknął i dopiero po chwili kontynuował: - W przeciwnym wypadku przykryłby ją śnieg.
- Jest upaprana śniegiem... - Bartek spojrzał błagalnie na Tomka, jakby czekał na pocieszenie, a przynajmniej na potwierdzenie własnych słów.
- Tylko trochę, a pada codziennie. Faktycznie, leży tu najwyżej parę dni.
To nie były słowa, na które Bartek liczył.
- Ale to, co ją tak urządziło, odeszło...? - szepnął.
Tomek popatrzył na towarzyszy. Ich twarze stały się blade, niemal białe.
- O co chodzi? Co się stało? - spytał.
- Nie słyszałeś? - Wiktor pochylił się w jego stronę. Wydawał się zdumiony faktem, że kolega o niczym nie wie.
Tomek zaprzeczył ruchem głowy. Z powodu mrozów od tygodnia - dokładnie od rozpoczęcia ferii - był właściwie odcięty od rówieśników. Jeśli w tym czasie zdarzyło się coś interesującego, nie mógł o tym słyszeć. Bo niby skąd? W jego przypadku rodzice, a zwłaszcza matka, stanowili najlepszy urząd cenzury na świecie. Na pewno nie przekazaliby mu żadnej strasznej wiadomości. Traktowali go jak trzylatka.
- Co się stało? - powtórzył.
- Ojciec Łukasza Chrzanowskiego zniknął - wyjaśnił Wiktor.
- Mój stary twierdzi, że pewnie się narąbał i usnął w rowie - dorzucił Bartek. - To pijaczyna, nie byłby to pierwszy raz. Ale, biorąc pod uwagę pogodę, z pewnością ostatni.
- Wciąż nic nie rozumiem - powiedział Tomek.
- Facet zaginął w wigilię. Poszedł do szopy przebrać się za mikołaja i nikt go więcej nie widział. Ani jego, ani stroju. - Wiktor wymownie wskazał na podartą czapkę.
Tomek cofnął się dwa kroki.
- Myślicie, że..?
Wszystkim nagle przyszło do głowy to samo.
...że gdzieś tu leży?
Bartek ze wstrętem odrzucił znalezisko. Czapka przeleciała metr i zahaczyła o jedną z gałęzi.
Myśl, że obok mogą znajdować się zwłoki, przyprawiała o ciarki.
Wiktor nerwowo rozejrzał się dokoła. Oczami wyobraźni widział już wystającą spod śniegu, kurczowo zaciśniętą, martwą dłoń, blisko, zaledwie kilka kroków od siebie. Co z tego, że w rzeczywistości jej nie dostrzegał? Mogła tu być!
- Mówiłeś, że coś nas obserwuje - rzucił cicho do Bartka.
Jego przyjaciel westchnął.
- Mówiłem tylko, że mam takie wrażenie. - Najchętniej by zaprzeczył, ale nie mógł. To uczucie wcale nie minęło. Wprost przeciwnie, przybrało na sile.
Tomek poczuł spływające wzdłuż kręgosłupa gorące krople potu. To nie było przyjemne doświadczenie. Wydawało mu się, że ktoś na niego patrzy, a wyobraźnia podsuwała naprzemiennie dwa obrazy. Jeden, że obserwuje ich nieżyjący od trzech dni ojciec Chrzanowskiego, lodowy zombie, który błąka się po lesie szukając zemsty; Bóg wie za co i na kim. Drugi, że przygląda się im stwór, który tak starego Chrzanowskiego urządził. Bo facet nie zamarzł tak po prostu po pijaku, prawda? Coś go rozerwało na strzępy, jego i jego czapkę, przecież znaleźli dowód.
- Wiecie, co ja o tym myślę? - szepnął. - Sądzę, że powinniśmy stąd wiać.
Dostrzegł zrozumienie w oczach kumpli. W pełni się z nim zgadzali. Pewnie w innych okolicznościach naraziłby się na drwiny. Ale nie tu i nie teraz. Porzucona na odludziu rozszarpana czapka nieboszczyka studziła wszelką wesołość.
Gdzieś z lewej strony trzasnęła gałązka. Z drzewa poderwał się duży ciemnobrunatny ptak. Pierwsze ptaszysko, jakie dziś spotkali. Tomek zauważył jedynie silne żółte nogi zakończone pazurami, nim drapieżnik zniknął mu z pola widzenia, skryty za koronami drzew. Jednak nie odleciał - powietrze przeszył złowieszczy krzyk opierzonego myśliwego - lecz krążył gdzieś nad nimi.
- W nogi!
Krzyk Wiktora spowodował, że pobiegli w kierunku wsi.
Za drzewami rozległ się hałas, a po nim urwane szczeknięcie.
- To psiak twojej ciotki.
Bartek zatrzymał się pierwszy. Cały drżał i co chwila nerwowo zerkał w niebo. Na szczęście ptaszysko już się nie pojawiło.
- Felek, ale mnie wystraszyłeś. - Wiktor zaśmiał się sucho.
Gwizdnął cicho i spomiędzy drzew wybiegł szczeniak. Sprawiał wrażenie nieco spłoszonego i jednocześnie wielce uradowanego widokiem ludzi, a zwłaszcza znanego mu chłopca. Psiak zbliżył się do Wiktora i niestrudzenie machając ogonem, oparł przednie łapy na jego spodniach.
- Zmarzłeś, co? Chodź, wracamy do twojej pani. Masz szczęście, że nie stałeś się czyimś obiadem, taka jedna kupa piór już się na ciebie szykowała.
- Znaleźliśmy psa, więc spływajmy.
Tomek mimo wszystko chciał jak najszybciej wydostać się z lasu. Nawet jeśli rzeczywiście z krzaków śledziły ich jedynie ślepia Felka i ptaszyska czającego się na szczeniaka, to nie należało zapominać o czapce. Z miejsca, w którym stał, wciąż ją widział. Czerwony strzęp materiału zawieszony na kołyszącej się lekko gałęzi. Wolał nawet nie myśleć o jej właścicielu.
Bartek skinął głową. I on pragnął się stąd wynieść.
Szybkim krokiem ruszyli ku zabudowaniom. Maszerowali w milczeniu. Żaden nie przyznałby się do tego, ale lęk wcale ich nie opuścił. Zelżał, to prawda, ale nie odszedł. Wszyscy żałowali, że tego dnia w ogóle wyściubili nosy z domu. Tęgi mróz stanowił wystarczającą wymówkę, by spędzić kilka długich godzin przed komputerem lub telewizorem.
- Twoja ciotka wyznaczyła jakąś nagrodę? - spytał Tomek, chcąc przerwać ciszę.
Oprócz odgłosu kroków do uszu chłopców nie docierał najcichszy nawet dźwięk. Milczały nawet rozkrzyczane zazwyczaj ptaki. Gdzie one się, do licha, podziały?
- Tak, da ci się popieścić - mruknął Wiktor, ale żart przeszedł bez echa. Żadnemu z przyjaciół nie było do śmiechu.
- Brzmi interesująco... - orzekł Tomek.
Byle to ciągnąć, byle coś mówić. Boże, spraw, by świat przestał milczeć! Niech rozlegnie się wycie klaksonu, niech zaszczeka pies, niech się stanie cokolwiek. Chłopiec miał wrażenie, że nawet ich kroki brzmią nienaturalnie cicho.
I niech te cholerne zarośla się wreszcie skończą!
- Bo jej nigdy nie widziałeś - skwitował Bartek.
- Aż tak źle?
- Źle to nie jest właściwe słowo. Wyobraź sobie King Konga skrzyżowanego z wielorybem. Ona...
Przerwało mu szczeknięcie Felka. Drepczący obok nich psiak odwrócił się i zjeżył sierść. Wyglądał na przestraszonego.
- Tam ktoś jest - szepnął Wiktor, lustrując las.
Nikogo nie dostrzegł. Jeśli ktoś ukrywał się między drzewami, robił to naprawdę po mistrzowsku.
- Może to tylko ten ptak?
- Albo to coś, co załatwiło ojca Łukasza... - Tomek natychmiast pożałował, że powiedział to na głos.
Że też dał się wyciągnąć na tę eskapadę! Dlaczego matka się na nią zgodziła? Akurat wtedy, kiedy nie powinna, przestała udawać Matkę Teresę z Kalkuty gotową wziąć w ramiona swego schorowanego, bezbronnego i słabowitego synka, by dmuchać nań i chuchać, aż będzie się świecić - jak mawiał jeden z jego dawnych przyjaciół z Gdyni - jak psu jajca.
- Twoja ciotka pewnie siedzi teraz wygodnie w domu i ogląda telewizję - szepnął.
- Pewnie tak - zgodził się Wiktor.
Zamierzał dodać, że ostatnio jest to niemal jedyne jej zajęcie. Tyle że była usprawiedliwiona. Złamała nogę i gips ledwie pozwalał jej chodzić. Od czasu do czasu upierała się jednak, by pomóc, w wyniku czego zwykle przysparzała roboty innym. To podczas jednego z takich właśnie przypływów aktywności uciekł jej pies.
Pragnął powiedzieć to wszystko, ale głos uwiązł mu w gardle. Gdzieś nieopodal zachrzęścił śnieg.
- Chodu!
Tomek nie wiedział, czy krzyknął Bartek, czy Wiktor. Liczyło się tylko to, że w pełni popierał ten pomysł. Nie zamierzał sprawdzać, co tak zdenerwowało psa. Może skrzydlaty drapieżnik, a może zbłąkany zając lub dziwnym trafem zbudzona z zimowego snu wiewiórka. Może...
A może podążający ich śladem nieboszczyk lub głodny stwór pragnący wrzucić coś na ząb (zresztą jedno nie wykluczało drugiego).
Nieprawdopodobieństwem tych przypuszczeń zajmie się, stojąc obiema nogami na Morskiej. Wtedy może wydadzą mu się śmieszne. Teraz w głowie Tomka tłukła się tylko jedna myśl: uciekaj!
Na szczęście chłopcy byli na obrzeżach lasu i ściana drzew urwała się nagle i niespodziewanie. Wyminęli sterczące badyle gołych zarośli i znaleźli się na łące. Nie zatrzymali się. Biegli co sił, a za nimi, czasami na krótko wysuwając się naprzód, pędził Felek.
Tomek zwalczył w sobie chęć obejrzenia się. Kiedy gnali przez las, chrzęst śniegu pod ich nogami niemal zlewał się z ledwie słyszalnym chrzęstem śniegu pod nogami prześladowcy. Trudne, ale możliwe do wychwycenia odgłosy świadczyły o tym, że ktoś ich ściga. Na polu wystarczył jeden rzut oka, żeby to sprawdzić. Może ktoś wciąż podążał ich śladem, a może jednak nie.
Nim zdołał podjąć decyzję, biegnący tuż przed nim Bartek wydał z siebie krótki okrzyk i w jednej chwili znalazł się po pas w zaspie. Tomek prawie na niego nadepnął. W ostatnim momencie przeskoczył nad kumplem. Wylądował chwiejnie, czując, że nie uda mu się utrzymać równowagi. Zamachał w powietrzu rękoma i runął jak długi na plecy. Zerwał się i spojrzał za siebie. Pole było puste. Zostali sami. Kimkolwiek był ich prześladowca - jeżeli nie stanowił jedynie wytworu zbiorowej histerii - zniknął.
- Wiktor! - zawołał.
Wiktor zwolnił. Zerknął do tyłu i dopiero wtedy się zatrzymał.
- Pomóż mi, sam go nie wydobędę.
Chłopiec, ociągając się, wrócił do przyjaciół. Choć dzieliło ich od lasu już około pięćdziesięciu metrów, nawet na moment nie spuszczał wzroku z linii drzew. Ciężko dyszał.
- To... - wyjąkał - zostało...
Tomek otrzepał się ze śniegu.
- Już nas nie goni - potwierdził - ale lepiej szybko się stąd wynośmy.
Podeszli do Bartka i złapali go za ręce. Wyciągnięcie kolegi wcale nie było proste. On sam niewiele mógł zrobić. Utknął jak rodzynek w cieście.
- Może sprowadzę pomoc? - Wiktor wsparł się pod boki. Był zmęczony i pragnął jak najszybciej wrócić między zabudowania. Tam mógłby poczuć się bezpieczny.
W oczach Bartka pojawiły się łzy.
- Ojciec mnie zabije - powiedział.
- Damy radę sami. - Tomek skinął głową.
Zdawał sobie sprawę, że Bartek równie mocno boi się reakcji ojca, jak tego, że to coś z lasu może w każdej chwili wrócić. Zjawić się, zanim nadejdą dorośli gotowi wydostać go z zaspy.
- Spróbujmy jeszcze raz. A ty się nie szarp, leż spokojnie. Może się uda.
Chłopcy chwycili kolegę i zaparłszy się mocno, pociągnęli ku sobie. Przez sekundę lub dwie nic się nie działo, po czym Bartek, szorując brodą po śniegu, wjechał na zmarzniętą skorupę.
Już bez przeszkód dotarli na Leśną.
- Muszę odprowadzić go ciotce - Wiktor gestem wskazał Felka. - Niech się nie martwi.
- Poczekaj. - Tomek zatrzymał go w miejscu. - Co z naszym znaleziskiem?
Kumple spojrzeli na niego wyczekująco.
- Mówimy komuś o poszarpanej czapce i... - nie wiedział, jak ma to ująć - o tym, że ktoś nas gonił?
- Stary zleje mnie na kwaśne jabłko.
Słowa Bartka nie były zaprzeczeniem, stanowiły raczej stwierdzenie suchego faktu.
- Ja dostanę szlaban na co najmniej miesiąc. - Tomek uśmiechnął się wymuszenie.
- Więc bądźmy cicho - Wiktor wypowiedział to, o czym wszyscy myśleli. - Przecież znaleźliśmy tylko kawałek podartej szmaty. To wszystko. A coś między drzewami... kto wie, co to mogło być... Może dzik albo jeszcze jeden zbłąkany pies? Dlatego... Nigdy nie byliśmy w lesie. Zgoda?
Chłopcy przytaknęli. Gdyby się odwrócili, mogliby zauważyć, że nad drzewami wciąż krąży, z tej odległości śmiesznie mały, czarny punkt.
__________
Wiktor Smolarczyk energicznie zatupał, strząsając śnieg z butów. Dopiero gdy uznał, że je w miarę oczyścił, wszedł do domu. Matka nie cierpiała kałuż na podłodze. Po to jest wycieraczka, mówiła, żebym nie musiała po tobie sprzątać. Już nieraz oberwał burę za oblepione śniegiem podeszwy. No cóż, na świecie nie ma normalnych ludzi, a zwłaszcza normalnych dorosłych.
Zdjął buty i kurtkę. Marzył tylko o tym, żeby zaszyć się w swoim pokoju. To coś w lesie porządnie napędziło im stracha. Jeśli to nie był ptak, to może jakiś zbłąkany pies lub coś podobnego. Nie zamierzał teraz się nad tym zastanawiać. Pragnął o wszystkim zapomnieć. Nie było ich w lesie. Koniec, kropka.
- Wiktor, to ty? - usłyszał głos ojca. - Jak Felek, znalazł się?
Wiktor wszedł do salonu. Ojciec siedział w fotelu i czytał gazetę. Rzadki widok, mężczyzna zwykle całe dnie spędzał w sklepie, który prowadził.
- W porządku, w końcu go znaleźliśmy.
- Znaleźliście?
- Tak, wziąłem do pomocy kolegów. Ciocia nie dzwoniła?
Ojciec Wiktora się zaśmiał. Tak naprawdę właścicielka Felka nie była ich krewną, lecz jedynie bliską przyjaciółką matki chłopca, Jolki. Na tyle bliską, że Wiktor mówił do niej ciociu. Była u nich częstym gościem, a od kiedy złamała nogę, bez przerwy dzwoniła. Już wcześniej miała na tym punkcie fioła, ale teraz przechodziła samą siebie. Jolka na plotkowaniu z nią spędzała długie godziny. Od dawna po domu krążyło powiedzonko, że jeśli ciocia któregoś dnia nie zadzwoni, to znaczy, że umarła. Matka Wiktora krzywiła się na te słowa, ale nie próbowała z nimi walczyć. Jej dwaj mężczyźni mieli sporo racji.
- Dzwoniła tylko rano, gdy prosiła o pomoc, później już nie.
- Jeszcze zadzwoni.
- Nie założyłbym się z tobą o to.
- Jasne, bo byś przegrał.
- Nie będę się sprzeczał. - Ojciec odłożył gazetę i spojrzał na chłopca. Nagle spoważniał. - Z kim szukałeś Felka?
- Z Bartkiem i Tomkiem.
Mężczyzna zmarszczył brwi.
- To ten nowy? Kulicki, tak? - spytał.
Wiktor skinął głową.
- Chciałbym, żebyś się z nim nie spotykał.
- Chodzimy do jednej klasy.
- Wiem. Szkoła to szkoła, ale nie chcę, żebyś bawił się z nim po lekcjach.
Wiktor zerknął na ojca zdziwiony. Mężczyzna odrobinę poczerwieniał, wydawał się zdenerwowany. Z pewnością nie żartował.
- Jest w porządku.
- Nie interesuje mnie twoja opinia. Masz się po prostu z nim nie spotykać! Zrozumiano?
Wiktor odwrócił się, nie zamierzał o tym dyskutować. Czuł, że i tak nie dowiedziałby się, co ojciec ma przeciw Kulickim. Poszedł w stronę swojego pokoju.
Zatrzymał się dopiero przy schodach.
- Oni są stąd - powiedział, jakby tym argumentem mógł coś jeszcze wskórać. - Tata Tomka pochodzi z Dębiej Góry.
- Wiem.
__________
Darek Kulicki szedł wolno wzdłuż ogrodzenia szkoły. Nie musiał się spieszyć. Ferie świąteczne kończyły się dopiero za kilka dni i budynek za siatką nie był celem jego wędrówki. Po prostu spacerował. Nawet utrzymującej się od dłuższego czasu paskudnej pogodzie nie udało się zmusić go do rezygnacji ze zwyczajowej popołudniowej przechadzki.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.