Skaza - Małgorzata Szczepańska

Kup ebooka

14.13 zł
11.73 zł (12,01 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Patrzyła na mnie dużymi, czarnymi oczami niczym zagubiony mały wilczek. Na moment spojrzałem na jej poranioną, załzawioną twarz, na której widniały szramy oraz zaschnięta krew. Odwróciłem wzrok, gdy poczułem na policzku krople deszczu spadające z nieba. Czułem, że tam na górze ktoś właśnie płacze, widząc niesprawiedliwość, jaką była nadchodząca śmierć tej młodej kobiety.

- Kim jestem dla ciebie, abyś zaryzykował dla mnie swoje życie? - spytała, spoglądając na moje ciemne szaty, które właśnie osłaniały jej coraz bardziej przemoknięte ciało. Po chwili ciszy dopowiedziała: - Jeśli to zrobisz, trudno mi będzie się odwrócić i odejść od ciebie.

Popatrzyłem przed siebie i zobaczyłem, że zbliża się do nas straż królewska. Wiedziałem, że król nie zmienił swojej decyzji i ta dziewczyna zostanie stracona. Nie mogłem dopuścić, aby jej życiu coś zagroziło, bo ona należała do mnie. Była moja od pierwszego dnia, gdy podniosła na mnie głos i była drugiego dnia, kiedy podała mi szaty. A potem piątego i dwunastego dnia, gdy przychodziła, aby służyć swojemu czwartemu księciu. Stała się moja, gdy ochroniłem ją przed upadkiem i uchwyciła moją dłoń, aby się na mnie wesprzeć. Ona już zawsze będzie należeć do mnie i ja zadecyduję, kiedy będzie mogła odejść lub umrzeć.

Straż podeszła do nas. Jeden z mężczyzn wyciągnął w jej kierunku dłoń, ale odepchnąłem go i wtedy strażnicy wyciągnęli miecze. Popatrzyłem i uśmiechnąłem się do nich ironicznie, a potem sięgnąłem po białą broń.

- Nie rób tego - szepnęła. - Nie rób nic, co może zagrozić twojemu życiu, książę.

- Jesteś moja - powiedziałem. - Nikt mi ciebie nie odbierze. Nigdy!

- Dość! - krzyknął Kiba. - Skaza, król prosi ciebie i Rukie do swoich komnat.

Popatrzyłem na nią, a ona z trudem podniosła się, aby po chwili opaść w moje ramiona. Wziąłem ją na ręce i zaniosłem do swojej komnaty. Położyłem jej drobne, obolałe ciało na łożu i spojrzałem na jej twarz. Opuszkami palców delikatnie dotknąłem policzka i nachyliłem się do jej buzi. Dłuższą chwilę wpatrywałem się w jej postać, a kiedy otworzyła oczy i zobaczyła, że znajduję się tak blisko niej, powiedziała:

- Dziękuję, książę

Rozdział 1

Wszedłem do komnaty mojej opiekunki Hoi. Usiadłem na drewnianym krześle, którego oparcie było doskonale wyrzeźbione i dopiero wtedy zwróciłem się w kierunku kobiety. Skinąłem głową, a ona odwzajemniła gest.

- Mamy gościa w Narmi. To Kiba.

Spojrzałem na nią, gdy wypowiedziała imię i dodała z czyjego rozkazu pojawił się w naszej krainie:

- Król kazał powiadomić cię, że za dwa dni odbędzie się spotkanie w Gonero.

- Rzadko tam bywam - burknąłem. - Nawet nie dostaję zaproszeń na mniejsze uroczystości, a nagle z niewiadomych przyczyn... - zamilkłem na chwilę, aby móc przyjrzeć się wyrazowi jej twarzy. - Nie znasz powodu, dla którego mój ojciec po mnie przysłał. - Patrzyłem na nią, ale nie czekałem na odpowiedź, a wypowiedziane przed chwilą słowa nie były pytaniem, a prostym stwierdzeniem. - Jeśli potrzebuje pomocy lub lojalnego syna, to niech pośle po innych, bo ja...

- Pewnie nie zamierzasz zjawić się w domu ojca - powiedział Kiba, przerywając moją wypowiedź.

- Skoro znasz moją odpowiedź, po co się tutaj zjawiłeś? - spytałem.

- Twój król wiedział, że nie będziesz chciał posłuchać matki.

- Ona nie jest moją matką - burknąłem. - Jest nią moja opiekunka, bo jeśli dobrze pamiętam ta, która mnie urodziła, opuściła mnie z powodu niedoskonałości na twarzy. - Popatrzyłem na twarz Hoi i dostrzegłem lekki niepokój. - Zawsze boisz się, że doprowadzę do awantury, ale nie obawiaj się, nie zaatakuję Kiby - powiedziałem do niej i spostrzegłem, że oboje zaczęli patrzeć na mnie z politowaniem. - Po co król mnie wzywa?

- Król wzywa wszystkie swoje dzieci - rzekł wysłannik.

- A kto ma się zająć miastami, kiedy my będziemy w stolicy? - spytałem.

Odwróciłem wzrok od Hoi i skierowałem swoją surową twarz w stronę Kiby. Patrzył na mnie, a ja dostrzegłem, że właśnie próbuje przełknąć ślinę.

Ludzie tak bardzo się ciebie boją, gdy zrobisz ponury wyraz twarzy, a twoje brwi zmarszczą się i usta pozostaną w linii prostej.

- Ojciec już wyznaczył następców. W Narmi twojej opiekunce pomoże doradca Kon Yong.

- Rozumiem. Kiedy powinienem opuścić swoją siedzibę? - spytałem.

- Najlepiej jutro. Twoje rodzeństwo pojawi się w Gonero późnym popołudniem.

- Rozumiem - rzekłem i wstałem z siedziska. - Teraz jadę na polowanie. Kiba, zostajesz na noc, czy musisz jeszcze dziś wracać do kraju?

- Zostanę, jeśli pozwolisz - odpowiedział i wykonał ukłon w moim kierunku.

- Hoi przygotuje ci jedno z pomieszczeń - powiedziałem. - A, i daruj sobie te ukłony. Dobrze wiemy, że nie jestem traktowany jak prawdziwy książę ani przyszły król.

- Tsume - burknęła Hoi.

Słyszałem w jej głosie lekkie skarcenie mojej osoby.

- Imię też sobie darujmy - rzekłem, patrząc w otwarte okno. - Wystarczy Skaza.

Chwilę stałem i patrzyłem kątem oka na wyraz twarzy mojej opiekunki i Skiby, a następnie ruszyłem do wyjścia.

- Proszę, pojaw się na wieczornym posiłku - powiedziała łagodnym głosem, gdy docierałem do brązowych drzwi.

Nie odwróciłem się w jej stronę. Wyszedłem.

Na zewnątrz czekał na mnie Pal Hoon, jeden z moich najlepszych żołnierzy. Wsiadłem na konia i ruszyliśmy w kierunku gęstych zarośli. Bez opamiętania ruszyłem w las, w jego głębię, by zagłuszyć zbyt mocno bijące serce, które czekało na ten dzień, aby jego król i ojciec zaprosił je bez powodu do swojego domu. Ale król musiał mieć powód, aby sprowadzić swoje dzikie dziecko do spokojnego królestwa Gonero. Przez chwilę zastanawiałem się, po co ojciec chce nas wszystkich widzieć. Na moment pojawiło się w mojej głowie ponuro brzmiące słowo - śmierć.

Zatrzymałem się tuż przed przepaścią. Zeskoczyłem z konia i usiadłem na największym kamieniu. Po chwili dołączył do mnie Pal. Stanął przy mnie i głaszcząc wierzchowca, zadał pytanie:

- Co się dzieje, Skaza?

- Król chce mnie widzieć - odparłem.

- Po co? - spytał.

- To przewidywalne pytania - rzekłem i spojrzałem na niego. - Król chce widzieć wszystkie swoje dzieci.

- Myślisz, że umiera i chce wybrać następcę?

- Jeśli tak jest, to nie wiem, po co jestem mu potrzebny. Ja i Minako nie jesteśmy godni jego tronu - powiedziałem i ponownie moje oczy spojrzały w kierunku błękitnego nieba.

- Minako jako kobieta nie może liczyć na władzę, ale ty...

- Ja? Nie rozśmieszaj mnie - burknąłem. - Dobrze wiemy, że królowa nie dopuści, aby nieidealny syn został królem.

Pal Hoon zbliżył się do mnie i poklepał po ramieniu.

- Nie możesz całe życie uważać, że przez znamię na twarzy będziesz nieidealnym władcą, bratem, kochankiem, mężem czy ojcem.

Popatrzyłem na niego.

- Jeśli ode mnie by to zależało, nie pojechałbym do Gonero, ale wiesz, że muszę to zrobić dla zachowania pozorów. Przecież oboje dobrze wiemy, a nawet Hoi czy mój lud wiedzą, że jestem nikim dla króla i królowej, a dla kraju Gonera jestem przeklętym dzieckiem. Myślisz, że powierzą mi cały kraj? A wyobrażasz sobie, jak zareagowałoby moje rodzeństwo, gdyby ogłoszono Skazę przyszłym królem? - Roześmiałem się.

- Jeśli twoje rodzeństwo nie byłoby w stanie rządzić, zostałbyś tylko ty - rzekł przyjaciel.

- I Minako - dodałem. - Dobrze wiesz, że jako córka służącej ma małe prawa do tronu.

- Ale gdybyście się połączyli, jak to robiono w przeszłości, tron należałby do was.

Spojrzałem na niego.

- Nie zamierzam przyjąć pod swój dach, do swojego domu, do swojego łoża przyrodniej siostry tylko po to, aby rządzić.

- A gdybyś tym sposobem zrobił królowej na złość? - spytał, ale pozostawiłem to pytanie bez odpowiedzi.

- Może się zdziwisz, ale nie chciałbym nigdy skrzywdzić siostry ani matki. - Wstałem z kamienia i ponownie dosiadłem swojego konia. - Jedźmy. Obiecałem Hoi, że będę na wieczornym posiłku.

Ściemniało się, kiedy pojawiliśmy się w komnacie jadalnej. Kiba i opiekunka siedzieli przy stole z moim doradcą Konem. Zajadali tutejsze specjalności, ale kiedy w towarzystwie przyjaciela wszedłem do pomieszczenia, przestali jeść. Przestali też rozmawiać.

Usiadłem przy stole. To samo zrobił Hoon, ale przedtem przeprosił za nasze spóźnienie. Hoi uśmiechnęła się do nas. Zawsze była miła. Raz tylko nas skarciła za spóźnienie. Było to, kiedy mieliśmy siedemnaście lat i dowiedziała się, że oboje poszliśmy na polowanie. Naszą ofiarą miał zostać szary wilk, który był największy ze wszystkich wilczysk. Bała się, że nie wracamy, bo zostaliśmy rozszarpani przez jego duże kły i ostre pazury. Wróciliśmy, a ona przytuliła mnie i powiedziała do mnie "synu". Wystarczyło moje spojrzenie i od tamtego dnia nazywała mnie "książę Tsume" lub "Skaza". Nigdy już nie nazwała mnie synem. Może czasem przez przypadek i niezdarność wymsknęło jej się to słowo.

- Mam nadzieję, że nikt ani nic nie ucierpiało podczas waszej wyprawy w głąb lasu? - spytała, a ja lekko uśmiechnąłem się pod nosem.

- Nie - powiedział Pal Hoon, a ja spostrzegłem, że poczuła się spokojniejsza, bo jej klatka piersiowa przestała tak mocno podnosić się do góry. - Jeszcze raz przepraszamy.

Potem wszyscy zaczęliśmy jeść.

Po skończonym posiłku wyszedłem na taras, który osłaniały czarne, lekkie niczym piórka, tkaniny. Usiadłem na drewnianej podłodze i oparłem się o drewniany bal podtrzymujący sufit.

- Hoi bardzo dba o ciebie. - Głos Kiby zabrzmiał blisko mnie.

- Wiem - rzekłem.

- To dobrze, że okazała ci tyle uczucia.

- Współczucia - powiedziałem, poprawiając go. - Hoi opiekuje się mną, bo moja matka porzuciła mnie z powodu szram widniejących na mojej twarzy.

Skierowałem wzrok w jego stronę. Dotknąłem czarno-srebrnej maski, która zakrywała część mojej twarzy. Kiedy położyłem dłoń w tym miejscu, zamknąłem na chwilę oczy, a wtedy moja wyobraźnia zadziała. Ujrzałem swoją piętnastoletnią twarz w odbiciu lustra. Prawa strona była nadal piękna, idealna, ale lewa już nie. Kilka długich cięć, które pojawiły się blisko oka, na czole i lekko drasnęły policzek, stały się moim przekleństwem.

Otworzyłem oczy i spojrzałem na smutną twarz Kiby.

- Nie powinieneś tego przechodzić, ale... - zaczął.

- Ale królowa nie chciała mieć pod swoim dachem szpetnego dziecka. Była zbyt piękna i wyniosła, by opiekować się kimś ze skazą. Niedoskonałe dziecko szkodziło wizerunkowi idealnej matki. Straszne, ale prawdziwe.

- Tsume, twoje życie...

- Nigdy nie było cenne dla mojej matki, ojca, braci i w końcu nawet ja nie traktuję go jako coś wartościowego - powiedziałem i odwracając od niego wzrok, spojrzałem na czarne niebo, na którym pojawiła się czerwona łuna.

Rozdział 2

- Możesz jechać, jeśli chcesz - powiedziałem do opiekunki, która spuściła wzrok.

- Król przyjmie ciebie, Hoi - rzekł Kiba.

Popatrzyła na moją postać. Podeszła, pocałowała mnie w policzek, a potem spojrzała na wiernego towarzysza króla.

- Powinnam tu zostać. Jeśli Tsume będzie mnie potrzebował, przyśle po mnie, prawda? - spytała, zwracając się do mnie.

Skinąłem głową.

Po drodze tylko raz odezwałem się do Kiby, gdy wydusił z siebie:

- Hoi mogła z nami jechać. Widziałem w jej oczach troskę o ciebie.

- Pojechałaby, ale wątpię, czy królowa byłaby przychylna jej osobie, gdyby król chciał ją widzieć w swoich komnatach. Ojciec ma słabość do mojej opiekunki, ale nie wiem dlaczego. Ty wiesz?

Nie odpowiedział, a więc dalsza rozmowa nie miała sensu. Od kłamstwa wolałem ciszę.

Drogę do Gonero pokonaliśmy bardzo szybko. W pałacu zjawiliśmy się w godzinach popołudniowych. Król nie przyjął nas, bo odbywał rozmowę z władcami sąsiednich miast, które stanowiły odłam Gonero. Od lat mniejsze miasta starały się przyłączyć do większego królestwa, jednak król niezmiennie im odmawiał.

- Pójdźmy do twojej komnaty - powiedział Kiba. - Song, doradca króla, potwierdził, że przygotowano już dla ciebie pomieszczenie, w którym będziesz mógł odpocząć.

- Chciałbym najpierw skorzystać z łaźni.

- Oczywiście, książę - rzekł, a ja z lekkim zniesmaczeniem popatrzyłem na niego.

- Nie jestem przyzwyczajony, aby ktoś mówił do mnie "książę". Zostańmy przy "Tsume" - zaproponowałem - a jeśli ci to odpowiada, możesz mówić do mnie "Skaza". Wszyscy z mojego otoczenia tak się do mnie zwracają.

- Zawsze wiedziałam, że wyrośniesz na prostaka - usłyszałem za sobą.

Odwróciłem się i zobaczyłem królową w towarzystwie służących, a zza niej wyłoniła się powoli postać mojego przyrodniego brata, Kim Yoo. Uśmiechnąłem się, mając w głowie jej słowa wypowiedziane przed chwilą i wtedy powróciło do mnie wspomnienie dnia, w którym moja twarz zmieniła się. Widok królowej zawsze przywoływał te bolesne sceny. Znów zobaczyłem, jak dwóch rosłych mężczyzn szarpie królową.

- Mamo! - krzyknąłem przeraźliwie.

Jeden z mężczyzn wyszarpnął zza pasa nóż, a jego ostrze zbliżyło się niebezpiecznie do twarzy mojej matki.

Ruszyłem na nich. Z całej siły odepchnąłem jednego z napastników. Drugiego ugryzłem w nadgarstek i kopałem jego nogi, ale on wtedy rozłościł się i zaczął wymachiwać nożem. Mama krzyczała, a kiedy spojrzałem na nią, właśnie zasłaniała dłońmi swoją alabastrową skórę. Podbiegłem i swoim ciałem odgrodziłem królową od napastników.

Do dziś na samo wspomnienie tamtej chwili czuję ból ogarniający moją twarz. Odczuwam krew przepływającą przez moje palce niczym strumień skażonej wody.

- Przecież chciałaś, abym wyrósł na człowieka ludu - powiedziałem do królowej.

Odpowiedziała mi chłodnym spojrzeniem, a brat uśmieszkiem. Potem ominęli mnie, a ja ruszyłem do łaźni. Gdy podszedłem pod drewniane drzwi, Kiba złapał mnie za nadgarstek.

- Po kąpieli zjaw się u ojca - rzekł, a ja zerknąłem na jego twarz, po czym przeniosłem wzrok na jego dłoń, którą trzymał mnie mocno.

- Postaram się - burknąłem i wszedłem do pomieszczenia.

Rozebrałem się. Nagi przeszedłem parę kroków, a kiedy zbliżyłem się do wody otoczonej kamieniami i posypanej płatkami róż, ujrzałem czarnowłosą kobietę stojącą do mnie tyłem. Sięgnąłem po leżącą niedaleko tkaninę i okryłem dolną część ciała. Zbliżyłem się do niej, położyłem dłoń na jej ramieniu i wtedy znieruchomiała. Jej ciało zesztywniało. Powoli zaczęła odwracać się w moją stronę. Kiedy już stanęła naprzeciw mnie, ujrzałem jej bladą skórę i różowe usta. Nadal nie widziałem jej spojrzenia, dlatego sięgnąłem ręką do jej brody, ale powstrzymała mnie. Lekko, ale stanowczo zatrzymała moją dłoń. Jej dotyk był niczym letni wietrzyk, muskające skórę płatki róż lub pierwszy płatek śniegu opadający na zniszczoną ziemię.

- Przepraszam - powiedziała dość cicho, dlatego nachyliłem się do jej twarzy.

Nadal na mnie nie patrzyła, więc mocno złapałem za jej brodę i zmusiłem, aby na mnie spojrzała. Miała duże, czarne oczy. Jej spojrzenie sparaliżowało mnie. Poczułem, że wpatruje się we mnie z taką uporczywością, jakby chciała dotrzeć do ciemnych zakamarków moich wnętrzności.

- Przestań! - krzyknąłem na nią.

- Przepraszam, ale to nie pan chciał, abym spojrzała na niego? Abym zwróciła na niego uwagę? - spytała i opuściła twarz, która nadal znajdowała się w mojej dłoni.

- Nie - burknąłem. - Chciałem, abyś wyjaśniła mi, dlaczego nadal przebywasz w męskiej łaźni, kiedy ma w niej odpoczywać książę.

- Jeszcze się nie pojawił, więc...

- Stoi przed tobą, a ty okazujesz mu brak szacunku - rzekłem, a ona ponownie na mnie spojrzała, tym razem łagodniej. - Zawsze jesteś taka opryskliwa dla członków rodziny królewskiej?

- Nie - odpowiedziała. - Ale to ty... To ty, książę, zacząłeś...

- Co zacząłem? - przerwałem jej.

- A teraz drażnisz się ze mną! - podniosła głos i wyszarpnęła swoją twarz z mojego uścisku.

Jej ciało zakołysało się. Straciła równowagę i lekko przechyliła się, a wtedy zwinnym ruchem objąłem ją w pasie. Uchroniłem jej drobne ciało przed upadkiem w gorącą wodę. Znaleźliśmy się bardzo blisko siebie.

Popatrzyła na mnie i zaczęła wpatrywać się w maskę, która zasłaniała część mojej twarzy.

- Chciałabyś zobaczyć, co pod nią jest? - spytałem.

- Nie - odparła pospiesznie.

- Jesteś tego pewna? Każdy pragnie poznać...

- Ja nie - powiedziała. - Możesz mnie, książę, puścić?

- To było pytanie - stwierdziłem z uśmiechem. - Kobiety zazwyczaj chcą, abym je wypuszczał ze swoich objęć, ale nigdy nie robią tego w taki sposób.

- Nie rozumiem - szepnęła.

- Nieważne - powiedziałem i puściłem ją tak, aby nie upadła.

Przesunąłem ją w bezpieczne miejsce. Przez chwilę jej się przyglądałem, gdy poprawiała pogniecione ubranie. Była niewysoką, drobną kobietą. Chyba mogłem powiedzieć, że była kobietą, choć miała wygląd dziewczynki. Piękne, długie, czarne włosy oplatały jej ciało. Blada, dość jasna karnacja sprawiała, że jej policzki i usta zaznaczone lekko różem wyróżniały się na jej tle. Do tego duże, ciemne oczy, które miały w sobie niewinność, dodawały jej jeszcze większego uroku. Nie bałem się stwierdzić, że jej uroda była idealna, doskonała i brakowało słów, aby opisać ją tak, jak na to zasługiwała.

- Powinnam już pójść - powiedziała, gdy skończyłem przyglądać się jej drżącym dłoniom.

- Jesteś tego pewna? - spytałem.

- Czego pewna? - odpowiedziała pytaniem na pytanie, co lekko mnie rozbawiło.

- Że powinnaś odejść od swojego księcia.

- Jesteś okropny! - znów podniosła na mnie głos.

Byłem zaskoczony jej otwartością w stosunku do mojej osoby.

- Mieszasz mi w głowie. - Tym razem odezwała się nieco ciszej. - Zatrzymujesz mnie, bo uważasz się za nie wiadomo kogo, a pewnie...

- Wystarczy - przerwałem jej. - Ty się mnie nie boisz? - Przysunąłem się do niej i moja twarz znalazła się ponownie blisko jej drobnej buzi.

- A czemu mam się bać?

- Czyli się mnie nie boisz? - powtórzyłem pytanie, a ona popatrzyła na moje ciało.

- Jesteś półnagi! - krzyknęła.

- Dopiero teraz to zauważyłaś?

- Tak, bo ciągle... - urwała i spuściła głowę.

Odsunąłem się od niej i zwróciłem się w stronę parującej wody. Zszedłem po schodkach i zanurzyłem się w niej. Nie zwracając uwagi na towarzystwo, powoli ściągnąłem maskę i ułożyłem ją na drewnianym podeście. Potem odwróciłem się w stronę dziewczyny, ale poranioną część twarzy zasłoniłem dłonią.

- Pozwalam ci odejść - rzekłem.

Spoglądając na mnie, ukłoniła się i pospiesznie opuściła pomieszczenie.

Zostałem sam.

Rozdział 5

- Wszyscy zbierają się w głównej komnacie - oznajmił Pal Hoon.

Spojrzałem na niego, a potem ponownie skierowałem twarz w stronę królewskiego ogrodu.

- Czemu tu przyjechałeś, skoro nie chcesz brać w tym udziału? - spytał mój towarzysz.

- Chciałem zobaczyć matkę.

- Rozumiem - powiedział.

Podniosłem się z ławki i odwróciłem się w jego stronę.

- Nie rozumiesz, jak to jest patrzeć na matkę i wiedzieć, że ona cię nienawidzi. Nawet nie może patrzeć na twoją twarz, bo uważa cię za swój największy błąd. Traktuje cię jak trędowatego. - Westchnąłem, a potem ominąłem go i ruszyłem do miejsca spotkania mojej rodziny.

Wszedłem do pomieszczenia. Wszyscy już wygodnie siedzieli i prowadzili jak zawsze spokojną rozmowę. Oni potrafili opanowywać emocje. Mnie czasem przychodziło to z trudem. Byłem impulsywny, jednak nigdy nie żałowałem swojego zachowania.

Zająłem miejsce na krześle, które stało niedaleko mojego brata. Siedzieliśmy bardziej na uboczu. Uśmiechnąłem się, kiedy Kiba spojrzał na mnie karcącym wzrokiem. Gdy król kontynuował rozmowę, ja rozejrzałem się po sali i zobaczyłem Rukie stojącą tuż za San Soo. Z resztą za każdym z siedzisk stała jedna ze służących. Miały pilnować, aby w miseczkach nie zabrakło jedzenia.

Odwróciłem się lekko i zobaczyłem, że za mną stoi Hollen. Już nie raz widziałem ją w towarzystwie Ruki, a więc byłem pewny, że są sobie najbliższe. Gdy spojrzałem na jej twarz, lekko uśmiechnęła się do mnie. Widziałem, że nadal obawia się mojej osoby. Odwzajemniłem gest i przeniosłem wzrok na króla.

- Jesteśmy tu, panie, aby ci pomagać i wspierać cię - powiedziała królowa. - Uważam jednak, że następcę powinieneś wybrać ze swoich dwóch najbliższych i najlepszych synów, jakim są San Soo i Kim Yoo.

Uśmiechnąłem się pod nosem.

- Co cię tak bawi, Tsume? - spytał Kiba.

Podniosłem głowę do góry i zobaczyłem, że wszyscy na mnie patrzą. Król też zwrócił na mnie uwagę.

- Nic - burknąłem. - Królowa ma rację. Po co zwołałeś pozostałe dzieci, skoro wiemy, że faworyzujesz Sana, a królowa pragnie zobaczyć na tronie, na którym ty obecnie zasiadasz, Kim Yoo? Nie rozumiem, jak możesz bawić się pozostałymi dziećmi - powiedziałem stanowczo.

Nastała cisza. Wstałem i postanowiłem opuścić pomieszczenie, ale król przemówił:

- Nigdy umyślnie nie krzywdziłem swoich dzieci...

- To robiła królowa - wtrąciłem i skierowałem się lekko w stronę matki, która patrzyła na Kim Yoo.

- Tsume! - krzyknął król.

Nic sobie z tego nie robiłem i opuściłem pomieszczenie.

- Tsume! - usłyszałem jeszcze raz swoje imię za zamkniętymi drzwiami.

Nie interesowało mnie, co król miał mi do powiedzenia.

Podążyłem do swojego pokoju, który znajdował się w części należącej do przyrodniego brata. Wszedłem do sypialni i zamknąłem się w niej.

Leżałem i wpatrywałem się w sufit, aż do chwili, gdy ktoś zapukał do moich drzwi.

- Proszę - rzekłem.

Do pokoju weszli moja siostra i brat.

- Powinieneś był zostać - powiedziała Minako, siadając na krześle.

Brat wygodnie ułożył się na łóżku obok mnie. Zerknąłem na niego, a on uśmiechnął się i zamknął oczy.

- Król był zły, że go nie posłuchałeś. Zwłaszcza, że była tam służba i strażnicy od Kimy.

- Czemu straż wszędzie za nim chodzi? - spytałem.

- Podobno ktoś próbował otruć Kim Yoo - wydusiła siostra.

Podniosłem się i spojrzałem na nią wymownie.

- To nie ja - powiedziała, gdy wpatrywałem się w nią z lekkim uśmieszkiem.