Rozdział 1
Królowa jest tylko jedna
Moja cela wyglądała jak nora, kryjówka z czasów drugiej wojny światowej.
Stały w niej dwa paskudne metalowe łóżka z takimi materacami, że lepiej
nie mówić. Ściany brudne, okna malutkie, na podłodze wytarte linoleum,
łazienka mikroskopijna, bez kotary, w kranie wyłącznie zimna woda. Chłód
przeszywający do szpiku kości, żadnego światła, powietrza. Zimą wiatr
hulał po wszystkich kątach, a szaliki, którymi zatykałyśmy dziury,
przymarzały do szyb. Spędziłam tam pięć miesięcy, a każdą noc w dresach
i grubych skarpetach. Pewnego dnia do aresztu przyjechała reprezentacja
z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. Jedna z pań biorących udział w inspekcji na widok naszych cel miała odruch wymiotny. Wszechobecna
wilgoć zaowocowała grzybami na ścianach i smrodem, który zawłaszczał
koce, pościel i nasze ubrania. Do dziś nie mogę pojąć, jak to możliwe,
żeby w XXI wieku przetrzymywać kobiety w takich warunkach.
Nie wiem, kim była skazana, która jako pierwsza wyczuła moją słabość i niczym wampir wysysała ze mnie soki życiowe. Wyrzuciłam z pamięci
wspomnienia o niej, jednak wypowiadane przez nią słowa jeszcze długo po
opuszczeniu więzienia wracały do mnie po nocach. Świetnie za to pamiętam
dziewczynę, która mnie wtedy obroniła, a potem była w areszcie moją
tarczą. Bez niej przepadłabym z kretesem.
- Taka stara krowa, a naiwna jak dziecko z downem. Niby prawniczka, a zwykła kryminalistka - drwiła kobieta-wampir, a ja kuliłam się w sobie,
nie mając sił, aby odpyskować.
To był mój najgorszy czas. Nie mogłam się pozbierać, pogodzić z wyrokiem
i utratą wolności. Żal mi było życia na zewnątrz. Całymi dniami leżałam
na łóżku odwrócona twarzą do ściany, tak żeby nikt nie widział, co
przeżywam. Tamta kobieta próbowała mnie zdołować, zdominować i była
bliska osiągnięcia celu.
Pewnego dnia w celi zagrzmiało.
- Jeszcze raz, kurwo, odezwiesz się do niej w ten sposób, to tak ci
jebnę w ryj, że się nie podniesiesz!
Czy to możliwe, żeby któraś z dziewczyn stanęła w mojej obronie? Do tej
pory wszystkie milcząco przyzwalały, aby tamta robiła ze mną, co
chciała. Odwróciłam głowę z niedowierzaniem. Zobaczyłam, że najwyższa i najładniejsza z osadzonych aż się trzęsła, taka była wkurzona. Stała w rozkroku, z pięściami przygotowanymi do walki i spoglądała z góry na
moją prześladowczynię. Kobieta-wampir, zawsze taka mocna w gębie, wtedy
skurczyła się do rozmiarów robaka. Burknęła coś pod nosem i już jej nie
było. Nigdy więcej mnie nie prześladowała.
- Ogarnij się, kobieto - powiedziała do mnie moja wybawicielka. -
Przestań się w końcu nad sobą rozczulać. W przeciwnym razie staniesz się
przekąską dla więziennej szarańczy.
- Dziękuję - wydukałam z trudem, bo z wrażenia głos mi odjęło.
- Hej, głowa do góry! Udźwigniesz to, dziewczyno. Damy radę! -
Roześmiała się, a we mnie jakby nowe życie wstąpiło.
Wiedziałam o niej jedynie, że ma na imię Magda, jest po trzydziestce i grała kiedyś w pierwszoligowym klubie siatkarskim. Właśnie ona
uświadomiła mi reguły obowiązujące w więzieniu i to, że chcąc tam
przeżyć, nie można opowiadać o swoich lękach i problemach, nie można
płakać.
Tamtego dnia przyrzekłam sobie, że za parasol ochronny i wsparcie
odwdzięczę się jej kiedyś po stokroć.
Po raz pierwszy zobaczyłam ją jakieś pół roku wcześniej w areszcie
śledczym w Kamieniu Pomorskim. Schodziła o kulach po schodach. Miała
nogę w gipsie i w takim stanie trafiła za kraty.
- Jak się tu znalazłaś? - spytałam, gdy zaczęłyśmy się bliżej poznawać.
- Normalnie, sama się zgłosiłam do odsiadki - odpowiedziała ze śmiechem.
- Jak to "sama"?
- Przyszłam pod bramę i powiedziałam, że chcę odbyć karę, ale mnie nie
przyjęli, więc wróciłam do domu niepocieszona.
Myślałam, że moja nowa koleżanka - mówiąc kolokwialnie - robi sobie ze
mnie jaja, ona jednak mówiła poważnie. Kiedy zapadł wyrok w jej sprawie,
poprosiła sąd o odroczenie kary do czasu, aż zapewni opiekę swojemu
jedenastoletniemu synowi. Plan był taki, aby babcia chłopca (od strony
ojca) zakończyła pracę w urzędzie skarbowym i poszła na wcześniejszą
emeryturę. Procedury były już w toku, więc sąd przychylił się do jej
prośby.
Magda opłaciła czynsz za dwa lata z góry, przekazała babci chłopca
pieniądze na jego utrzymanie, obozy i kolonie, a następnie zadzwoniła do
Kamienia Pomorskiego z pytaniem, jakie rzeczy wolno wnieść do aresztu.
Chodziło o kosmetyki, ciuchy i jedzenie - żeby potem jej niczego nie
wyrzucili. Spakowała walizkę według listy, zamknęła drzwi na klucz i pożegnała tonącego we łzach narzeczonego - miłego chłopaka o kilkanaście
lat od niej młodszego. Miała z nim stanąć na ślubnym kobiercu, ale w ostatniej chwili się rozmyśliła.
W terminie wyznaczonym przez sąd, nastawiona psychicznie na odbycie
kary, stanęła przed więzienną bramą.
- Dzisiaj już nie przyjmujemy, zapraszamy w godzinach pracy
administracji - oznajmił funkcjonariusz Służby Więziennej, odprawiając
ją z kwitkiem.
A ona stała przed tamtą koszmarną bramą jak słup soli, bo uparła się, że
wejdzie teraz albo nigdy. Strażnik nie miał ochoty na dalszą wymianę
uprzejmości, więc zamknął jej przed nosem okienko, przez które
rozmawiali.
- Jak wy ze mną tak, to ja was pierdolę! - wykrzyczała Magda, patrząc w oko kamery. - Sami będziecie mnie szukać. Ja już z własnej woli się tu
nie stawię. Jak zechcecie mnie posadzić, to najpierw będziecie musieli
mnie złapać. A tymczasem BYE!
Pokazała środkowy palec i wróciła z walizką na dworzec. Złapali ją
dopiero po pół roku, chociaż określenie "złapali" nie jest
najszczęśliwsze. Policja nie musiała specjalnie się gimnastykować -
Magda przez cały czas przebywała w miejscu zameldowania. Stróże prawa
mieli nakaz doprowadzenia jej do aresztu, lecz najwyraźniej się do tego
nie palili. Policjanci rzadko sami inicjują procedury poszukiwawcze.
Działają dopiero wtedy, gdy sąd na nich naciska. Liczą na szczęśliwy
traf, że osoba poszukiwana sama się znajdzie, na przykład podczas
kontroli drogowej, sprawdzania dokumentów, ewentualnie w związku z wezwaniem do awantury domowej lub zakłócania porządku publicznego. Wtedy
funkcjonariusze mają sprawę z głowy.
Po Magdę przyszli do jej domu.
- Jestem zatrzymana? - spytała, a oni przytaknęli. - Dobrze, dajcie mi
tylko chwilę, panowie.
Wyciągnęła z szafy od dawna spakowaną walizkę, chwyciła kule i stanęła w przedpokoju gotowa do wyjścia.
- Skąd pani wiedziała, że po nią przyjdziemy? - nie mogli się nadziwić
policjanci.
- Kochani, ja od pół roku jestem gotowa, żeby pójść do więzienia, tylko
wam się nie spieszyło - odpowiedziała zgodnie z prawdą.
W walizce miała wszystko, co potrzebne, by przetrwać pierwsze tygodnie
za kratami: środki higieny osobistej, coś do pisania, do czytania. Tylko
jedzenia nie zapakowała, bo przez tyle czasu w szafie by się zepsuło.
Narzeczonemu powiedziała, że nie wymaga od niego wierności po grobową
deskę.
- Jesteś młody, a młodość musi się wyszumieć - stwierdziła, ocierając mu
łzy. - Oczekuję od ciebie, że będziesz odwiedzał mnie w więzieniu i przywoził mi syna. I że będziesz wpłacał pieniądze na moje wypiski
[zakupy w więzieniu - przyp. aut.]. Nie przysyłaj Bóg wie jakich
paczek. Odbędę karę i wrócę do domu, to będę sobie żyła jak wielka pani.
Za kratami potrzebuję wyłącznie tego, co jest mi niezbędne: papierosów,
kawy i zupek chińskich. Reszta mnie nie interesuje.
Narzeczony odwiedzał ją co dwa tygodnie, ale po kilku miesiącach sam
trafił do aresztu. Wdał się w jakąś bójkę w tramwaju i Magda została bez
wsparcia.
Nie od razu znalazłyśmy się w jednej celi - ja byłam jeszcze przed
prawomocnym wyrokiem, a jej sprawa w sądzie już się zakończyła, zatem
przebywałyśmy na innych oddziałach.
- Proszę mnie nie sadzać z żadnymi lesbijkami i dzieciobójczyniami, bo
nie ręczę za siebie i którejś wpierdolę - wymusiła na administracji.
W tych sprawach nie przewidywała kompromisów. Miała przez to sporo
problemów, lecz nigdy nie ustąpiła.
Warto było czekać pół roku, żeby wreszcie ją spotkać.
Ucho od śledzia
Magda miała naturalną urodę. Nie musiała się malować, żeby olśniewać -
fantastycznie zbudowana, strzelista, z ciemnymi oczami i kasztanowymi
włosami. Myślałam, że jest Cyganką, ze względu na śniadą karnację, ale
widać czystej krwi Polki też bywają egzotyczne.
- Byłabyś królową Cyganów - żartowałam, nie wiedząc jeszcze, że jej fach
też może się kojarzyć z Romami.
- Jestem złodziejką z krwi i kości - mówiła o sobie. - Nic innego poza
grą w siatkę i złodziejstwem nie potrafię w życiu robić.
- Madzia, przecież ty w ogóle nie wyglądasz na złodziejkę - mówiłam
naiwnie.
- I dlatego byłam taka dobra. Nie ma pod słońcem takiego faceta, któremu
nie ukradłabym portfela. Nie ma na świecie takiego sklepu jubilerskiego,
którego nie ogołociłabym z kosztowności. Potrafiłabym to zrobić nawet w samym Nowym Jorku. Byłam najlepsza.
- To dlaczego wpadłaś?
- Dobra passa w życiu też się kiedyś kończy.
Podobno wyszkolił ją najlepszy specjalista w złodziejskim fachu.
Drugiego takiego w Polsce nie było i długo nie będzie - przekonywała z dumą. Tajemniczy mistrz był w jej opowieściach jakby żywcem wzięty z filmu Vabank Juliusza Machulskiego. Nigdy nikomu nie powiedziała - ani
podczas przesłuchania, ani w luźnej rozmowie - jak się nazywał. Śledczy
wiele jej obiecywali w zamian za ujawnienie jego tożsamości, lecz ona
nie poszła na żaden układ. Nie wydała też swojej wspólniczki, z którą
przez lata pracowała. Policja deptała im po piętach, ale wciąż brakowało
twardych dowodów. Tymczasem one kursowały między Śląskiem i Pomorzem,
często wyjeżdżały za granicę, głównie "na roboty" do Niemiec.
Magda zaczynała jako kieszonkowiec. Była specjalistką od portfeli. Z czasem rozszerzyła zawodowy repertuar i miała swoich paserów, którzy od
ręki pozbywali się gorącego jeszcze towaru. Kierowała się zasadą, żeby
ciuchów i butów nie kraść w celach handlowych, za to fatałaszki dla
siebie i adidasy dla syna wynosiła ze sklepów w ilościach hurtowych.
Żaden, nawet renomowany dom handlowy nie wymyślił takich zabezpieczeń,
które by ją powstrzymały. Bez trudu pozbywała się kodów kreskowych oraz
innych pikających pułapek na złodziei. Mówiła, że dla fachowca (a za
takiego się uważała) nie stanowią one najmniejszego problemu. Nie bawiła
się w kradzieże detaliczne. Ciuchy dla siebie i syna wynosiła ze sklepów
w torbach podróżnych.
Nie miała telefonu stacjonarnego, komórki z abonamentem, konta w banku
ani znajomych na Facebooku. Złodziejskie pieniądze wkładała do słoików i zakopywała w ogródku. Wystrzegała się podpisywania jakichkolwiek umów, w których musiałaby podać swój PESEL, adres i nazwisko. Uważała, że jest
całkowicie anonimowa, a jej dane znał tylko klub sportowy, w którym
grała, i... policja.
Nie mam pojęcia, w jaki sposób wpadła. Ona sama nigdy o tym nie
opowiadała, a informacje z innych źródeł kompletnie mnie nie
interesowały. Wiem jedynie, że całą winę wzięła na siebie i że dostała
ponad cztery lata więzienia.
- Ta kobieta nie może być złodziejką, to niemożliwe - przekonywał przed
sądem taksówkarz, który przez trzy lata woził Magdę i jej wspólniczkę do
pracy. - Dałbym głowę, że to świetnie sytuowane bizneswomen, takie były
eleganckie i pachnące. Dawały wysokie napiwki, jadały w najlepszych
restauracjach, zatrzymywały się przy najlepszych sklepach i posługiwały
się najpoprawniejszą polszczyzną. Ktoś taki miałby okradać sklepy
jubilerskie? Wykluczone!
Złodziejskie patenty
- Skąd ty jesteś, Beata? - zapytała mnie na spacerniaku, gdy nasza
znajomość jeszcze raczkowała.
- Ze Świnoujścia, a co?
- Lubię to miasto, ludzie tam bogaci. Na ulicy [tu nazwa] był taki
jubiler. Piękną miał biżuterię.
- To sklep przyjaciół moich rodziców. Pamiętam, że kilka lat temu mieli
włamanie. Bardzo to przeżyli, podupadli na zdrowiu.
- To nasza robota, to znaczy moja i wspólniczki. - Westchnęła. - Szkoda,
że nie znałyśmy się wcześniej. Nie kradłabym w twoim mieście.
W Świnoujściu zawsze były pieniądze - kiedyś amerykańskie dolary,
szwedzkie korony i niemieckie marki, dzisiaj głównie euro. Rzeczywiście
mieszkają tam bogaci ludzie i coraz liczniejsza grupa krezusów, do
których należą hotele, pensjonaty i gastronomia. Miasto jest położone na
44 wyspach, więc żyje się tam inaczej niż w głębi kraju. Połączenia
promowe z Danią, Szwecją i Norwegią sprawiły, że ten kawałek Polski
zawsze był oknem na świat. W Świnoujściu nawet za komuny było dobrze.
Port dawał pracę, ludzie pływali na statkach dalekomorskich i promach,
zarabiali w dewizach. Kiedy w Polsce było szaro i siermiężnie - u nas
kwitło życie, szczególnie nocne. Dzisiaj więcej tam kuracjuszy niż
cinkciarzy i prostytutek, jak dawniej.
- Beata, jak wy możecie tam żyć, skoro zamiast jechać do miasta, musicie
pływać promami? - dziwiła się Magda.
- Jesteśmy wyspiarzami, lubimy mieć dystans do lądu. - Śmiałam się. -
Nie dusimy się we własnym sosie, bo tuż obok jest granica. Handel z Niemcami kwitnie od lat, więc nudy nie ma. U nas zawsze było inaczej niż
w głębi kraju, chociaż drożej. Mieliśmy więcej nowości ze świata i fajnych ciuchów.
- Wiadomo, portowe życie - powiedziała z nostalgią.
- Madzia, powiedz mi, jak to robiłyście - zmieniłam temat.
- Co? - udawała, że nie wie, o co pytam.
- Jak kradłyście biżuterię?
- Szczegółów nie mogę ujawniać. Wiesz, tajemnice zawodowe.
- Ale ja znam ten sklep w Świnoujściu, wiem, jaki jest rozkład
pomieszczeń. Ekspedientka nigdy nie wychodzi na zaplecze, jeśli na
miejscu nie ma zmiennika. Przecież jakoś musiałaś odwrócić ich uwagę.
Potem wyjąć towar spod lady, te wszystkie łańcuszki, pierścionki i bransoletki. Jak to możliwe?
- To było naprawdę proste. Trzeba było mieć patent, wspólnika i być
bardzo zgranym.
- Mów konkretnie - ponaglałam.
- OK, no więc było tak...
Magda i jej wspólniczka wchodziły do jubilera, eleganckie i wypachnione,
jak to miały w zwyczaju. Zawsze oddzielnie, jakby się nie znały. Magda
wpatrywała się w gabloty i po chwili zastanowienia prosiła o pokazanie
jakiejś błyskotki. W tym momencie wspólniczka skutecznie odwracała uwagę
ekspedientki, na przykład udawała, że wypadł jej portfel albo że coś
zgubiła i trzeba tego poszukać. Mogła też udawać, że zobaczyła przez
szybę, jak ktoś z przechodniów staje się ofiarą kradzieży. "Co za
bezczelność! W biały dzień, i to na deptaku, wyrwał starszej kobiecie
torebkę!" W tym momencie wzrok ekspedientki wędrował za szybę, a ręce
Magdy pod ladę. Wystarczyła chwila nieuwagi sprzedawczyni, aby wyszły ze
sklepu z łupem za kilkadziesiąt tysięcy.
- Najskuteczniejszy był patent na omdlenie lub zasłabnięcie w ciąży -
opowiadała Magda. - Czasami wystarczyło nadepnąć klientowi na nogę i już
robiło się zamieszanie. Ludzie mają naturalny odruch niesienia pomocy i złodzieje na tym bazują. To czysta psychologia. Wszyscy biegną, żeby
pomóc kobiecie w ciąży lub dziecku, a ty spokojnie robisz swoje. W takich chwilach mogę nawet wejść za ladę i wszystko zgarnąć.
- I nikt tego nie widzi?
- Najwyżej kamera, ale od czego jest charakteryzacja? W ciągu kilku
sekund już mnie nie było.
- A wspólniczka?
- Zostawała w środku, żeby nikt nie nabrał podejrzeń.
Nie znałam wcześniej osoby tak silnej psychicznie jak Magda. Przysięgam,
że nie chciałabym być jej wrogiem. Kroczyła własną drogą, a za błędy
odpowiadała bez użalania się nad sobą. "Damy radę" to jej powiedzenie,
które na zawsze sobie przyswoiłam. Ani wcześniej, ani później nie miałam
w życiu tak życzliwej koleżanki. Widać musiałam pójść do więzienia, żeby
kogoś takiego spotkać.
Kipisz przez ćpunkę
W naszej ośmioosobowej celi zakwaterowano ćpunkę, na którą mówiłyśmy
Szyjka. Przeniesiono ją z innego miejsca po tym, jak w balsamie do ciała
próbowała przemycić środki psychotropowe. Paskudne dziewuszysko,
sprzedajne i niedomyte. Odstawienie narkotyków spowodowało u niej wilczy
apetyt. Nic innego by nie robiła, tylko jadła. Oddawałyśmy jej swoje
porcje, bo wciąż było jej mało. Od pierwszej chwili Magda miała ją na
oku. Przez Szyjkę miałyśmy każdego dnia kipisz w celi. Skoro raz
przemycała tabletki, to było pewne, że znów spróbuje ukryć je na
przykład w sandałach lub we włosach.
Kipisz polega na tym, że Służba Więzienna przeszukuje wszystko, co
nadawałoby się na skrytkę: szafki, reklamówki, pościel i materace.
Sprawdzają wszędzie, aż coś znajdą lub niczego nie znajdą. Po kipiszu
trzeba sprzątać, bo wszystko jest wywrócone do góry nogami. Sporo z tym
zachodu - szczególnie wtedy, gdy na małej powierzchni mieszka osiem
kobiet i rzeczy z założenia jest za dużo.
Tamtego dnia nasza cela wyglądała jak po trzęsieniu ziemi. Wróciłyśmy z godzinnego spaceru i przecierałyśmy oczy ze zdziwienia, że
funkcjonariuszki włożyły w swoją pracę tyle serca. Na podłodze kawa i cukier wysypane ze słoików, jedzenie zmieszane z tytoniem i odzieżą, z trudem zdobyte kosmetyki w totalnym chaosie: wylany tonik, płyn do
demakijażu, moje maseczki od mamy powyciągane z opakowań i rzucone na
linoleum. Do tego wszystkiego środki higieny osobistej, podpaski,
wysypany z pudełka proszek do prania. Materace pozrzucane z łóżek,
pościel i koce skotłowane.
W więzieniu jeszcze wielokrotnie widywałam cele po przeszukaniu.
Mieszkałam później z pewną zabójczynią, która notorycznie paliła trawkę.
Nie miałam pojęcia, jak załatwiała sobie te skręty. Znacie zapach
marihuany? Jest specyficzny, nie można go pomylić z żadnym innym. Kiedy
strażniczki zlokalizowały jego źródło, robiły nam kipisz. Takie są
procedury i istnieje ryzyko, że siedząc z narkomanką lub alkoholiczką,
trzeba będzie przez to przechodzić. Ale czegoś takiego jak wtedy nie
zobaczyłam już nigdy. Służba Więzienna przeszła samą siebie, pozbawiając
nas wszystkiego, co zgromadziłyśmy.
Nie wiedziałyśmy, od czego zacząć sprzątanie. Tymczasem Szyjka sprawiała
wrażenie, jakby jej to w ogóle nie dotyczyło.
- Gady zasrane - burknęła tylko pod nosem, po czym beztrosko wskoczyła
na swoje łóżko.
Ogarnęła mnie niemoc i żal, szczególnie z powodu tych maseczek do twarzy
od mamy. W ogóle wszystkiego było mi żal, bo do zakupów w więziennej
kantynie pozostało jeszcze kilka dni. Zostałam bez kawy, a to już był
koniec świata, więc usiadłam w kucki i się rozpłakałam.
- Czego one szukały w kawie, cukrze? - nie mogłam zrozumieć.
- Jak to "czego"? Wiadomo, że tabletek tej ćpunki - skwitowała Magda.
- Skoro tak, to powinny grzebać w jej rzeczach, nie w naszych.
- Beatka, nie płacz - Magda na to. - Ja ci pomogę wszystko pozbierać.
- Co tu zbierać? To wszystko trzeba pozamiatać i wyrzucić!
Szyjka głupio się zaśmiała i skomentowała we właściwym sobie stylu:
- Jebać to.
W Magdę jakby grom z jasnego nieba strzelił.
- Słuchaj, ty zawszona wywłoko - wycedziła przez zęby. - Jak jeszcze raz
wrócimy ze spacerniaka i będzie taki kipisz przez ciebie, to cię
zajebię. Tak ci przypierdolę, że będą cię zeskrobywać ze ścian. A teraz
idź pod furtę [metalowe, okratowane drzwi przed dyżurką oddziałowych -
przyp. aut.] i na kolanach błagaj wychowawcę, dyrektora albo samego
Pana Boga o przeniesienie, bo cię, kurwo, zabiję jedną ręką.
Uniosła dłoń, czym wprawiła Szyjkę w dygot. Ćpunka podkurczyła nogi,
bojąc się zejść z łóżka. Tymczasem w Magdę naprawdę wstąpił diabeł.
- Wypierdalaj z celi, bo cię złamię jak zapałkę! - ryknęła.
- Nie dotykaj mnie, ja jestem w ciąży - zapiszczała Szyjka.
- No to tak cię pierdolnę, że prędzej poronisz, niż ginekologa
zobaczysz! - Magda aż zacisnęła szczęki. W tej furii wydawała się
jeszcze większa niż w rzeczywistości. - Nie zniosę dłużej tej gnidy w naszym otoczeniu - powiedziała nieswoim głosem. - To wszystko przez nią.
Żebym już nigdy więcej nie widziała, że pani Beatka płacze przez ciebie!
- krzyknęła do Szyjki.
- Daj spokój, Madzia - poprosiłam, chwytając ją za rękę. Ale ona miała
pięści zaciśnięte jak bokser gotów do wyprowadzenia lewego sierpowego.
- Beata, ty nie widzisz, że to ją dowartościowuje, że przez nią
ryczysz?! Nie dawaj tej gnidzie satysfakcji! Nie pozwolę, żebyś przez
sukę płakała!
Ćpunka zeskoczyła z łóżka, podbiegła do drzwi celi i wcisnęła domofon
przywołujący strażniczkę. Wyglądała jak siedem nieszczęść. Była
przerażona.
- Pani oddziałowa! Pani oddziałowa! - krzyczała.
Tymczasem Magda zbliżała się do niej jak kot do wróbla. Blady strach
padł na nas wszystkie.
- Gadaj sobie, kurwo, gadaj do tego domofonu - rzuciła złowrogo.
Zamarłyśmy. Dziewczyny nie odezwały się słowem. Jedno uderzenie pięścią
i Szyjka nie żyje, przemknęło mi przez myśl. Magda chwyciła ćpunkę za
fraki i rzuciła nią w powietrze. Raptem czterdzieści kilogramów
uzależnionego od psychotropów ciała szybko pozbierało się z podłogi i znowu przykleiło do domofonu.
W tym momencie oddziałowa otworzyła drzwi.
- Co jest? - zapytała.
- A bo ja chciałabym zmienić celę - wydukała ćpunka.
- No jasne! - ryknęła kpiąco funkcjonariuszka. - Może jeszcze zakład
karny zmienimy, co? Czego jeszcze sobie pani życzy? - ironizowała.
Niemożliwe, żeby strażniczka nie słyszała, co się wcześniej działo. Na
naszym oddziale było tylko sześć cel, a drzwi nieszczelne, więc dźwięki
się niosły. Oddziałowa nie musiała nawet podsłuchiwać, aby słyszeć każde
nasze słowo. Nie interweniowała, ponieważ słusznie założyła, że to my
same, a nie Służba Więzienna, musimy zrobić z Szyjką porządek. Spojrzała
porozumiewawczo na Magdę, potem z niechęcią na ćpunkę i powiedziała:
- Jak przyjdzie wychowawca, to mu przekażę.
Służba Więzienna nie ma obowiązku spełniania wszystkich próśb
osadzonych. Czasami musi minąć kilka dni, zanim wychowawca zainteresuje
się sprawą. Znacznie szybciej interweniuje psycholog, który potrafił
przyjechać po godzinach, gdy z dziewczynami działo się coś złego. Wtedy
jednak nie wydarzyło się nic szczególnego. To była lekcja wychowawcza,
albo raczej przysposobienie do życia w celi. Jakkolwiek by to zajście
nazwać, afery po nim nie było.
Szyjkę wywieziono do więzienia dla kobiet w Grudziądzu - największego i najsłynniejszego w Polsce. Po roku też tam trafiłam. Spotkałyśmy się,
ale na jej widok odwróciłam głowę z niechęcią. Matka trójki dzieci
pozbawiona władzy rodzicielskiej, zupełne zero, patologia. W więzieniu
znalazła sposób na przetrwanie - narkotyki zastąpiła romansami z podobnymi do niej kobietami. Chodziła wiecznie zakochana, czyli też na
haju.
Magda okazała się nie tylko silną, ale też honorową i dumną kobietą.
Właściwie nie miała żadnych słabości, poza bezgraniczną tęsknotą za
synem, który robi dziś karierę sportową jako młody piłkarz. Ona też
została wywieziona do Grudziądza. Wiem, że ubiegała się o warunkowe
zwolnienie, ale nie darowano jej ani dnia kary. Nie płakała z tego
powodu jak większość dziewczyn, tylko waliła pięścią w ścianę,
pozbywając się złej energii. Ogólnie nie miała w sobie agresji, lecz
jakąś królewską godność, której nie pozwalała nikomu zdeptać.
Gdyby kilka lat temu ktoś mi powiedział, że złodziejka będzie dla mnie
autorytetem i przyjaciółką, pewnie umarłabym ze śmiechu. Nigdy w życiu!
Takie rzeczy się nie zdarzają - powiedziałabym lekceważąco. A jednak
życie płata figle, więc "nigdy nie mów nigdy".
Dzisiaj Magda jest innym człowiekiem. W więzieniu wydarzyło się coś, co
na zawsze odmieniło jej życie. Teraz to ja jestem silna, a ona słaba i zdana na innych. Pora, abym jej wynagrodziła wszystko z nawiązką,
podziękowała za wsparcie i pomoc w więzieniu. Nie przypuszczałam tylko,
że ten czas nadejdzie tak szybko i że będą to smutne okoliczności.
Ale o tym jeszcze nie teraz.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki