I
Teraz nade mną zbiera się sąd - jaki to sąd - sądzić w nim będą śmiertelnicy.
Którzy nic nie wiedzą o moich cierpieniach, bólach, rozdrapanym sercu.
Boże, ty jeden wiesz, co w nim jest. Ile bólu ono znosi, cierpienia.
Ale skoro taką drogę dla mnie wybrałeś, niech będzie wola Twoja.
Zniosę ją z godnością.
Dorota Mrugała
- Najwyraźniejsze wspomnienie z ojcem? Jak mnie bije, bo nie chcę go pocałować. Mam dziesięć lat i nie mam najmniejszej ochoty, aby spełnić jego życzenie. Z zaciętą miną siecze mnie pasem, raz za razem. W końcu odciąga go mama. Chowam się w swoim pokoju. Czerwone pręgi na udach płoną, ale wiem, że następnym razem znów nie ustąpię. Taka już jestem. Uparta. Podobna do niego.
A mama? Z dzieciństwa zostały mi tylko migawki. Młodziutka, w różowej sukience, stoi w drzwiach naszego dawnego domu. Ojciec w pasiastej koszuli siedzi z nożem przy stole i grozi, że podetnie sobie żyły. Mama płacze, a ja zastanawiam się, czemu stamtąd po prostu nie wyjdzie. A później? Ciepła, zaradna, opiekuńcza. Gdy się przeziębiłam, potrafiła przejechać trzysta kilometrów, żeby przywieźć mi świeże jedzenie i posprzątać, choć byłam już przecież dorosła.
Przez to, jak ojciec traktował mamę, jego śmierć nie była dla mnie tragedią. Za to jej odejście było wichurą, która wyrwała mnie niczym drzewo z życia. Z korzeniami. Krzywda, którą noszę w sercu, jest ogromna. Dlatego nie odpuszczę, aż sprawiedliwości stanie się zadość.
***
Strzałów nikt nie słyszał. A jednak policjanci, którzy tego listopadowego ranka przyjechali na miejsce zbrodni, nie mieli wątpliwości, że padły. Krzysztof Mrugała, w skórzanej kurtce, koszuli i dżinsach, w których dobę wcześniej wyjechał do pracy w kantorze, leżał twarzą do ziemi w sadzie ogrodzonym metalową siatką. Pierwsza kula o kalibrze 9 milimetrów przebiła płuco, a druga serce i tętnicę główną. Do sadu ciało Krzysztofa przeciągnięto przez dziurę w ogrodzeniu. Być może zabójcy chcieli wywieźć zwłoki w inne miejsce, ale się rozmyślili. A może próbowali opóźnić ich znalezienie.
Widać było, że Krzysztof walczył o życie. Miał uszkodzoną czaszkę, a na twarzy otarcia. Chociaż tyle razy zdołał się wydostać z tarapatów, wobec strzałów z pistoletu był bezradny. A wydawało się, że przeżyje wszystkich w rodzinie.
Dlatego policja nie od razu rzuciła się, by go szukać. Wiedziano powszechnie, że lubi balety. Ale prawdą było też, że przy Barbarze, brunetce o lekko skośnych oczach, złagodniał. Codziennie po zamknięciu kantoru ładował się do mazdy i jechał na kolację. Zawsze na czas.
Szukali go w kantorze, u znajomych, na dyskotekach i parkingach, ale po Krzysztofie i jego samochodzie nie było śladu. Dopiero następnego dnia Barbara zajrzała na tyły domu. Na chodniku leżały dwie łuski od nabojów, pilot od garażu i potłuczone okulary Krzyśka. Wciśnięciem guzika podniosła bramę. W środku stała mazda.
Krzysztofa Mrugałę w Busku-Zdroju znali wszyscy. I wielu mu zazdrościło. Bo jako jeden z nielicznych zbudował majątek z niczego. Ale tak samo wszyscy wiedzieli, że współautorką tego sukcesu była jego żona Dorota. To ona na początku lat dziewięćdziesiątych namówiła męża na wyjazd za granicę. Miała dość mieszkania w przybudówce na posesji jego rodziców, z klepiskiem zamiast podłogi.
Tym bardziej że dzieci dorastały. Starsza, Aneta, poszła właśnie do zerówki, a młodsza, Bożenka, skończyła dwa lata. Po jednej z nocnych rozmów Krzysztof sprzedał malucha i kupił bilet do Hiszpanii. Po głodnych początkach znalazł tam pracę jako majordomus u bogatej hiszpańskiej rodziny, a kilka miesięcy później ściągnął Dorotę na stanowisko kucharki. Córki zostały pod opieką krewnych.
Po kilkunastu miesiącach wyrzeczeń Mrugałowie przywieźli 50 tysięcy dolarów, które zainwestowali w kantor. Biznes szybko zaczął się kręcić. Szybko też zamiast przybudówki stanął nowy dom. Piętrowy, szary, z wieżyczką. Z tyłu Krzysztof - miłośnik siatkówki - kazał zbudować pełnowymiarowe boisko. W środku też było co podziwiać: salon z kominkiem, spora jadalnia, trzy sypialnie i dwie ogromne łazienki, w których zainstalowano niespotykane wówczas ogrzewanie podłogowe.
Dorota z myślą o przyszłości córek kupiła dwie działki budowlane i stary dworek w centrum Buska-Zdroju, a na parterze domu, gdzie mieszkali, otworzyła salon fryzjerski. Sama korzystała z niego niemal codziennie. Z tapirowaną fryzurą i w garsonce przypominała ówczesną gwiazdę telewizyjnych Wiadomości.
Krzysztof zamienił sweterki na marynarki. Na szyi zawiesił złoty łańcuch. Mrugałowie nie oszczędzali na wyjazdach, zakupach, rozrywkach. Cieszyli się pieniędzmi. Ale była i ciemna strona luksusu. Im większy gromadzili majątek, tym gorzej się między nimi układało. W którymś momencie Krzysztofowi przestało wystarczać to, co miał w domu. Zaczęły się zdrady, alkohol. Czasem narażał cały biznes, bo szedł na balangę prosto z kantoru z plecakiem pełnym pieniędzy. Po powrocie do domu zaś rzucał się na Dorotę i starszą córkę z pięściami. Obrywała nawet młodsza Bożenka, jego oczko w głowie. Wpadłszy w szał, Krzysiek nie oszczędzał nikogo.
***
Aneta Mrugała, wysoka, szczupła, w szarej bluzie z kapturem, siedzi naprzeciwko mnie z podkurczonymi nogami na skórzanym fotelu. Jest rok 2019. Choć od śmierci rodziców minęło kilkanaście lat, a dziennikarze napisali na ten temat książkę, setki artykułów i nakręcili dziesiątki programów, dla niej historia się nie skończyła.
Wcześniej widziałam ją w programach telewizyjnych. Spotkana twarzą w twarz wygląda na delikatniejszą. Długie cienkie palce przebierają ciemnoblond włosy opadające na ramiona. Szare oczy przypatrują mi się badawczo.
Przez ogromne drzwi balkonowe sięgające trzyipółmetrowego sufitu wpadają promienie wiosennego słońca. Za oknem zadbane podwórko, ławki, fontanna. W mieszkaniu, które z mężem Łukaszem kupili w centrum Łodzi, widać rękę profesjonalisty. Elegancka czerń i biel, cegła, parkiet, wykonana na zamówienie biblioteka.
Aneta prosi Łukasza, żeby wspiął się na drabinę i wyciągnął rodzinne pamiątki, będzie jej łatwiej opowiadać. Karton ze zdjęciami stoi wysoko, żeby nie rzucał się w oczy i nie kusił do rozdrapywania starych ran. Po kolei oglądamy kadry z życia Mrugałów. Komunie, urodziny, wakacje.
- Inni członkowie rodziny już nawet nie pytają o sprawę, ale ja nadal nie potrafię odpuścić - mówi Aneta. - Jakbyś zapytała ludzi na ulicy, czy to, co nas spotkało, było sprawiedliwe, każdy powiedziałby, że nie, ale państwo i sądy uznały inaczej. Zbyt wiele rzeczy mnie boli. Że prokurator, który wsadził mamę do aresztu, awansował; że w momencie śmierci mamy państwo uznało, że problem sam się rozwiązał; że nikt nie uznał naszej krzywdy, nie przeprosił, nie dostałyśmy odszkodowania.
Aneta szybko streszcza historię, którą znam z mediów: po śmierci Krzysztofa Dorotę oskarżono o zlecenie zabójstwa. Sądu matka nie doczekała, zmarła w areszcie. Skazani zostali natomiast Norbert S. i Rafał O., lokalni kryminaliści. Początkowo na ławie oskarżonych wylądował także Paweł Poborca, ochroniarz dyskoteki w Busku-Zdroju, ale w trakcie procesu został uniewinniony.
Zdaniem Anety uniewinnienie należało się wszystkim oskarżonym, bo na żadnego nie było twardych dowodów.
- Prosiłyśmy o to sąd na rozprawie, ale widać kogoś musiał skazać. Czuję, że pod żadnym względem nie doczekałyśmy się z siostrą sprawiedliwości, dlatego ta historia mnie nadal tak boli. I dlatego nie mogę jej zamknąć i iść dalej. Proszę, pomóż.
***
Akta zabójstwa leżą w archiwum Sądu Okręgowego w Kielcach. Majestatyczny gmach w kolorze écru stoi w centrum miasta przy Seminaryjskiej. Do niewielkiej czytelni w holu głównym pracownik sądu przywozi na wózku kilkadziesiąt zakurzonych tomów przewiązanych czarną taśmą. "Sprawa Norberta S. i innych" - napisano czarnym markerem na okładce.
Z dokumentów wynika, że Krzysztof został zastrzelony 4 listopada 2004 roku na tyłach posesji przy garażu, krótko po osiemnastej. Poza ciałem, łuskami, okularami i pilotem do bramy policja zabezpieczyła kilka włosów, niedopałków i zakrwawioną roboczą rękawicę, wetkniętą w kieszeń na drzwiach samochodu. Pobrano również ślady osmologiczne, a spod paznokci ofiary próbkę z mieszaniną śladów DNA.
Policja nie znalazła broni, z której zabito ofiarę, ani pieniędzy, choć zdaniem Barbary, konkubiny Krzysztofa, powinien był mieć przy sobie 300 tysięcy złotych w różnych walutach i biżuterię wartą kolejne dwieście. Przeprowadzona krótko potem ekspertyza DNA wykazała, że jeden z niedopałków miała w ustach konkubina Krzyśka. Pozostałe należały do dwóch nieznanych mężczyzn.
Jako pierwszy w kręgu podejrzanych znalazł się Kapsel, czyli Paweł Poborca, ochroniarz dyskoteki. Według Barbary podczas jednej z imprez w dyskotece poturbował Krzyśka i odgrażał się, że ma z nim "nieskończone rachunki". Ale policji nie udało się powiązać Poborcy ze zbrodnią. W krytycznym momencie był z kolegą w kafejce internetowej, a potem na stacji benzynowej, co zarejestrował monitoring. Ślady z miejsca zbrodni też do niego nie pasowały.
Na kolejnych kartach - zeznania krewnych, przyjaciół, dalszych i bliższych znajomych i żadnego tropu. Po siedmiu miesiącach od zabójstwa prokuratura w Busku-Zdroju zamknęła śledztwo z powodu niewykrycia sprawcy.
Stop.
A gdzie Norbert S. i Rafał O.?
Wertując kolejne strony, widzę, jak nagle stają się głównymi podejrzanymi w otwartym na nowo śledztwie. A razem z nimi ona, matka dwóch córek, która ledwo co zdołała wyrwać się z łap męża oprawcy i zaczęła ponownie układać życie. Dorota.
***
Krzysztof Ł. - czy jak na niego mówiono: Łyli - przed laty był brutalnym mafiosem z sądeckiego gangu "Ala Capone". Poszedł na współpracę z policją, gdy zaczął obawiać się wspólników, liczył też na nadzwyczajne złagodzenie kary. Wsypał więc kolegów gangsterów, a potem obiecał prokuraturze, że będzie informował ją o każdym przestępstwie, o jakim tylko usłyszy. Podróżując z więzienia do więzienia, miał ku temu warunki.
W lutym 2005 roku, kiedy przesłuchiwano go w prokuraturze w Nowym Sączu w zupełnie innej sprawie, Łyli nagle zaczął opowiadać o zabójstwie Krzysztofa Mrugały. Prokurator przesłał notatkę do buskiej komendy. Dwa miesiące później Łylego przywieziono do Buska-Zdroju, by wziął udział w czynnościach procesowych związanych z zabójstwem. Jakie to były czynności, nie wiadomo, ale zanim doszło do oficjalnego przesłuchania, minęły kolejne dwa miesiące. Wtedy też zostało wznowione śledztwo.
***
Policjant, wysoki, w okularach, doświadczony w walce z przestępczością zorganizowaną, siedział za biurkiem w gmachu Komendy Wojewódzkiej Policji w Kielcach i niecierpliwie czekał na świadka. Czytał akta dziesiątki razy i nic. Teraz liczył, że śledztwo w końcu ruszy.
Łyli był jedynym świadkiem, który mógł rzucić na sprawę nowe światło. Chwilę później opadł przed komisarzem na krzesło i wbił wzrok we własne dłonie.
- Na początku roku siedziałem w celi z Norbertem S. z Buska-Zdroju, który odsiadywał wyrok za napad na listonoszkę - zaczął. - Dałem mu do przeczytania akta mojej sprawy, żeby wzbudzić zaufanie. Był mną zafascynowany. Kiedyś, jak wyłączono światło i leżeliśmy głowa ku głowie, zapytał szeptem, czy mam kolegów na wolności. Wiedział, że zarzucono mi kierowanie grupą przestępczą z więzienia. Zaproponował porwanie syna biznesmena z Buska. Mówił, że możemy dostać za niego nawet milion dolarów okupu.
Łyli zapewnił śledczego, że nie zamierzał uczestniczyć w porwaniu, ale słuchał Norbiego z zainteresowaniem. I tak po dziesiątkach rozmów dowiedział się, że ten wraz z kumplami zamordował Krzysztofa Mrugałę na zlecenie jego byłej żony, ciotki Doroty. Norbi miał dodać, że ciotka odbierze okup za porwanego syna biznesmena, bo jest z nim związana sprawą zabójstwa męża. Opowiedział też o nieudanym małżeństwie Doroty i Krzysztofa, ich kłótniach o majątek, znęcaniu się, a nawet o tym, że przed zabójstwem Krzysztof zameldował w rodzinnym domu kochankę. Łyli przedstawił też przebieg całego zdarzenia, wymieniając pseudonimy sprawców.
Zdaniem gangstera Krzysztofa zabili Norbi, Gruby i Czarny, a Kapsel był ich kierowcą. Feralnego wieczoru czekali, aż wróci z kantoru, i wtedy zaatakowali. Wywiązała się szarpanina, podczas której Krzysztof zerwał jednemu z napastników kominiarkę. Wówczas Czarny strzelił, a potem zabrał pieniądze. Kapsel natomiast, który umawiał się z żoną ofiary na tę robotę, miał przewieźć zwłoki Krzysztofa w inne miejsce, ale tego nie zrobił. Dlaczego? Łyli nie wie. Natomiast broń Norbi schował w warsztacie tapicerskim na posesji swojej żony.
Komisarz przyglądał się Łylemu z uwagą. Może nie wszystkie szczegóły się zgadzały, ale historia się kleiła. Nie można mu też było odmówić wiedzy o życiu buskiej społeczności. Nie byłby w stanie tego wszystkiego wymyślić.
***
Policja zaczęła sprawdzać: Norbi, czyli Norbert S., to syn nauczycielki z Buska-Zdroju. Rzeczywiście znał Dorotę Mrugałę, była dobrą znajomą jego matki. Rzeczywiście siedział w jednej celi z Łylim i - jak wynika z listów do żony - był zafascynowany współlokatorem. "Skarbie, zgadnij co, jestem z powrotem na celi 228 z Łylim... jest zaje..." "Myślę, że czujesz mój zapach Hugo Bossa, dostałem go od Łylego [...]".
Również Gruby, czyli Rafał O., kumpel Norbiego, pasował do historii opowiedzianej przez Łylego. Natomiast Kapsla, czyli Poborcę, znali od dawna. Wprawdzie już raz go sprawdzali w związku z tą sprawą, ale skoro doświadczony świadek podsunął im go raz jeszcze, musi być coś na rzeczy. Kim jest Czarny czy też Szary (zeznając, Łyli nie mógł się zdecydować), nie było wiadomo.
Kapsel zdążył w międzyczasie wyjechać do Anglii, więc śledczy skupili się na Norbim, Grubym i Dorocie. Żadne ślady z miejsca zbrodni do nich nie pasowały, ale to jeszcze nic nie znaczyło. Postanowiono zbadać całą trójkę wariografem.
"Czy siedzi pani na krześle?", "Czy piła pani kawę?", "Czy zleciła pani zabójstwo Krzysztofa Mrugały?", "Czy wie pani, kto go zabił?" - pytali Dorotę podłączoną do aparatu. "Tak, tak, nie, nie". Wariograf przy każdej odpowiedzi odnotowywał wzmożoną reakcję, jednak przy pytaniach o męża silniejszą niż przy tych o krzesło.
Wniosek: nie da się jednoznacznie ocenić, czy Dorota mogła brać udział w zabójstwie, zwłaszcza że minęło już czternaście miesięcy. Ale może wiedzieć, kto zabił. A to pasuje do zeznań Ł.
***
Dorota już wcześniej czuła, że pętla się zaciska. Coraz częściej wzywano ją na przesłuchania. Wreszcie pewnego popołudnia w Domu Handlowym "Zenit", gdzie po rozwodzie założyła własny kantor, zjawili się policjanci. Wyprowadzili Dorotę pod rękę i wsadzili do nieoznakowanego radiowozu. Zawieźli do prokuratury okręgowej w Kielcach.
Tam prokurator Dariusz Dryjas odczytał Dorocie zarzut zlecenia zabójstwa, po czym długo ją przesłuchiwał.
- Jestem niewinna, nie mam z tym nic wspólnego - powtarzała Dorota, dusząc się z nerwów, ale prokurator wiedział swoje. Sąd zatwierdził areszt. Tydzień później aresztowani zostali Norbert S. i Rafał O.
- To były ferie zimowe, Aneta była z koleżanką na Teneryfie, a ja w Busku. Zadzwonił policjant. Powiedział, że mama została aresztowana - wspomina Bożena, z którą spotykam się w Krakowie.
Obcięta na boba, w dżinsowych spodenkach i koszulce z niedźwiedziem polarnym, na nadgarstkach ma plecione bransoletki. W mediach występuje rzadziej niż siostra. Po kilkuletniej terapii, na którą poszła ze względu na myśli samobójcze, uznała, że chce żyć. Dla siebie, nie dla "sprawy".
- Po telefonie z policji nie wiedziałam, co robić. Nie chciałam psuć Anecie wakacji, bo wydawało mi się, że to pomyłka i mama zaraz wyjdzie - kontynuuje. - Pojechałam do Kielc. Wzięłam dla mamy szczoteczkę do zębów, bieliznę, ciepłą bluzę, była w końcu zima, ale nie udało mi się dostać do aresztu. Gdy Aneta wróciła, zaczęłyśmy szukać adwokata. Stwierdziłyśmy: "Dobrze, że żyje. Mamy cel. Walczymy". Codziennie jeździłam do Kielc, na tak zwaną lipę, czyli po prostu stałam pod aresztem. Koleżanka z "trudnej rodziny" mnie tego nauczyła. Nie wiedziałam, w której celi i w którym oknie jest mama, więc po prostu krzyczałam: "Eeeej!". I zawsze się ktoś odezwał, czasem odkrzyknął, że zna mamę, ale nie dowiedziałam się niczego więcej.
Córki na pierwsze widzenie z matką pojechały trzy tygodnie później.
Bożena:
- Przy nas zgrywała twardzielkę. Mówiła, że wszystko dobrze, i ciągle powtarzała, jakie to biedne, niewinne kobiety siedzą z nią w celi. Ale my z Anetą widziałyśmy, że z mamą jest gorzej. Najbardziej było widać po zszarzałych zębach. Dopiero później dowiedziałyśmy się, że mama w celi cały czas leżała i płakała.
- Pamiętam ją spuchniętą, z czerwonymi plamami na szyi. - Aneta trzyma w dłoniach zdjęcie uśmiechniętej matki. - Widać było, że stres ją zjada, chociaż łudziłam się, że da radę. Nigdy się nie skarżyła, za to pocieszała innych. Ale doświadczenie aresztu ją przerosło. Strasznie żałuję, że nie potrafiła się wtedy przed nami otworzyć i powiedzieć, że jest na skraju.
***
W marcu, po wielokrotnych przesłuchaniach podejrzanych, prokurator Dryjas postanowił skonfrontować Norbiego z Łylim. Obserwował ich w swoim gabinecie, siedzących naprzeciwko siebie. Barczysty Łyli był spokojny i pewny siebie. S. wystraszony i zdenerwowany. Starał się unikać wzroku byłego kolegi z celi.
Według protokołu rozmowa przebiegała mniej więcej tak.
Łyli:
- Znam konfrontowanego ze mną mężczyznę. Przyznał się, że brał udział w zabójstwie mieszkańca Buska-Zdroju o nazwisku Krzysztof Mrugała. Nie mam powodu, żeby go oczerniać.
Norbi:
- Znam Krzysztofa Ł. i jego zeznania nie polegają na prawdzie. Mówiłem mu tylko, że zabili mi wujka.
Prokurator:
- Skąd zatem świadek zna tyle szczegółów?
Norbi:
- Częściowo ode mnie. Mówiłem, że wujek mieszka koło szkoły, że dobrze mu się żyło, mówiłem o Dorocie Mrugale, że wujek się nad nią znęcał, o rozwodzie i o tym, że rywalizowali w biznesie. Natomiast nie mówiłem, że Dorota chciała śmierci byłego męża. O Grubym i Kapslu też opowiadałem, ale nie o Czarnym. Nie znam tego pseudonimu. Nie mówiłem, że Kapsel, Gruby, Czarny i ja braliśmy udział w zabójstwie Mrugały, i o tym, że był on ciągnięty przez posesję. Mogłem tylko powiedzieć, że był zabity między domem a garażem, bo tyle słyszałem, i że został wyrzucony za siatkę. Na pewno nie mówiłem o przebiegu zabójstwa ani o żadnej broni, którą rzekomo schowałem.
Łyli:
- Słyszałem wypowiedzi Norberta S. Stwierdzam, że wszystkie szczegóły, które podałem, znam bezpośrednio od niego.
Norbi:
- Podtrzymuję to, co powiedziałem. Nie wiem, dlaczego świadek tak mówi. Być może chce coś uzyskać. Mam na myśli artykuł 60 kodeksu karnego [nadzwyczajne złagodzenie kary - red.].
***
- Po zatrzymaniu matki zostałam głową rodziny - mówi Aneta. - Do tamtej pory moim jedynym zmartwieniem były studia. Wobec dramatu takiego kalibru czułam się bezsilna. Zostało nam z Bożenką trzysta tysięcy, którymi mama obracała w kantorze. Ale pieniądze przestały zarabiać. Przejadałyśmy je, tak jakby właściciel sklepu przejadał swój towar.
Były u różnych adwokatów, ale nie miały do nich szczęścia. Jeden, zamiast pomagać, zaczął przystawiać się do Anety, innemu prawie się udało wyciągnąć Dorotę za kaucją, ale ostatecznie prokurator zmienił zdanie. Według córek wystraszył się mediów, które już wydały wyrok. "By zdobyć dom, kazała zamordować męża" - grzmiał "Super Express". Pod wielkim nagłówkiem zamieszczono wielkie zdjęcie Doroty i Krzysztofa.
- Po tym artykule zaczęłyśmy się martwić, czy mama nie popełni samobójstwa. A ona bała się o nas - kontynuuje Aneta. - Przyjechałam wtedy do Buska. Stałyśmy w sklepie z koszykiem i nagle wszyscy się odwrócili w naszą stronę, a sprzedawczyni powiedziała: "Tak, to są córki tej morderczyni". Po czymś takim w ogóle nie chciałam wychodzić z domu. Nawet biegać chodziłam w nocy.
Bożena po aresztowaniu matki przestała chodzić do szkoły.
- Zdałam maturę tylko dzięki wychowawczyni, która prosiła, żebym przychodziła - wspomina. - Więc chodziłam, żeby mama się nie martwiła, ale zamiast się uczyć, pisałam do niej listy. Każdego dnia po szkole szłam je wrzucić do skrzynki. Szły długo, czasem tydzień, dwa, bo musiały przejść przez cenzurę.
Aneta, która dobrze zapowiadała się w dyplomacji, przez areszt matki straciła szanse na karierę.
- W tej dziedzinie stawia się na ludzi opanowanych, a ja przez to, co przeszłam, jestem niepewna. Nie wiadomo, co mi strzeli, moją historię łatwo wykorzystać przeciwko mnie - streszcza słowa swojego opiekuna z MSZ, który na koniec mimo wszystko wystawił jej wzorową opinię. - A potem do tego wszystkiego doszła bulimia. Już jako nastolatka miałam skłonności do anoreksji, a po śmierci ojca zaczęłam się przejadać. Po aresztowaniu mamy całkiem przestałam panować nad ciałem. Były tygodnie, kiedy się nie przebierałam, nie kąpałam, nie myłam zębów, tylko leżałam i jadłam. Pizza, ryba, tort, lody, kanapki, słodycze... ładowałam wszystko po kolei. Wrzeszczałam na babcię, siostrę, żeby mi przynosiły kolejne reklamówki żarcia, a one, zamiast mnie olać, ulegały. W niczym nie różniło się to od alkoholizmu. Czułam, że jestem beznadziejna, bo nie potrafię pomóc mamie, i chciałam się zniszczyć.
Tracąc nadzieję na wsparcie adwokatów, Aneta i Bożena dotarły nawet do jasnowidza Krzysztofa Jackowskiego, który chętnie je przyjął, ale niewiele pomógł.
- Zamknął się w sypialni z koszulą i butami taty oraz zdjęciem mamy, a mnie kazał wrócić za cztery godziny - wspomina Bożena. - Kiedy wróciłam, dał mi kartkę z odręcznie spisaną wizją. Niewiele z niej wynikało, bo twierdził, że jacyś mężczyźni wywieźli ojca do lasu i tam go bili, ale powiedział, że mama jest niewinna.
***
Pod koniec maja, po trzech miesiącach w więzieniu, Dorocie przedłużono areszt. W aktach znajduję list, który wtedy napisała. Dziś to jedyna możliwość, żeby poznać jej wersję.
Ja, Dorota Mrugała, wyjaśniam, co następuje: jestem niewinna i nie mam nic wspólnego z zamordowaniem mojego byłego męża pod żadnym pozorem, a tym bardziej pod pozorem zdobycia majątku. Nie wnosiłam żadnego wniosku ani żadnej prośby odnośnie mojego pierwszego aresztowania, bo byłam pewna, że śledztwo wyjaśni szybko moją niewinność i będę wolna, ale biorąc pod uwagę przedłużenie mi aresztu, wnoszę sprzeciw.
Jestem zmuszona do napisania tego wszystkiego, [...] ponieważ śledztwo na temat zabójstwa jest prowadzone w jednym kierunku, mojej osoby, i jednostronnie. Mam pytanie, dlaczego miałabym to zrobić po upływie około dwóch lat po rozwodzie, kiedy ułożyłam sobie na ileś spokojne życie z córkami? Jestem osobą konsekwentną i zdawałabym sobie sprawę, co mogłoby mnie spotkać za taki czyn. Jak mogłabym skłamać i oszukać moje córki?
Niepokoi mnie również oskarżenie, że istnieje prawdopodobieństwo zabicia byłego męża celem mojego wzbogacenia się. Stawiam pytanie! Czy nie lepiej byłoby z mojej strony zrobić to, kiedy byłam jeszcze w związku małżeńskim i może w sposób bardziej spontaniczny, a nie w taki, jaki miało to miejsce? Gdyby chodziło o majątek i wysoką sumę pieniężną, starałabym się to zrobić w czasie, kiedy w grę wchodziła wysoka polisa ubezpieczeniowa.
Będąc w związku małżeńskim, miałam wydawany wyrok kilka razy dziennie (np. żyjesz jeszcze godzinę). Również na przesłuchaniu 16 II 2006 nikt nie chciał mnie wysłuchać, a wręcz odwrotnie, zmuszano mnie do przyznania się i do powiedzenia głośno tego, czego nie zrobiłam. Też byłam zastraszana pięcioma minutami (stwierdzono, że to moje ostatnie pięć minut, które mogą odmienić moje życie). Gdybym była autorem tej zbrodni, dawno byłabym za granicą. Miałam taką możliwość. Nie brałam takiej opcji do głowy swojej, że ktoś mnie pomówi i wrobi w zabójstwo mojego byłego męża, a polskie prawo i sprawiedliwość mnie oskarży i uwięzi.
***
Paweł z przerażeniem patrzył w lufę karabinu. Dopiero wrócił z Anglii na urlop.
- Ubierać się! - krzyczał mu do ucha człowiek w kominiarce.
Do dziś pamięta oczy matki, która półprzytomna ze strachu stała w piżamie w drzwiach jego pokoju.
- Czy to jakiś kawał? "Mamy cię"? - próbował żartować. Ale gościom nie było do śmiechu. Rzucili go na łóżko, skuli ręce. Dopiero na komendzie powiedziano mu, że chodzi o zabójstwo Mrugały. Przecież już raz go sprawdzili. Co jest grane?
Znowu odciski palców, próbka DNA i do aresztu. Na enkę, czyli do celi dla szczególnie niebezpiecznych, pod kamery. Może pęknie? Parę tygodni później pakują go do radiowozu. Ma jechać do prokuratury na zapoznanie się z aktami. W środku siedzi Dorota, a po chwili dołącza Norbert S. "Pewnie założyli podsłuch" - myśli Poborca.
Norbiego ignoruje. Nigdy się nie kumplowali, ale Dorotę lubił. Teraz ledwo ją poznał. Spocona, o ziemistej cerze, łzy w oczach. Gdzie fryzura? Uśmiech? Garsonka?
- Powinniśmy teraz siedzieć przy grillu, a nie tutaj - wyszeptała do Poborcy ledwo słyszalnym głosem.
- Tak będzie, zobaczysz - próbował ją pocieszać, ale sam był w rozsypce.