Rozdział 5
Zasnęłam dopiero o świcie, gdy kogut zaczął piać.
Kilka godzin później z trudem zwlekłam się z łóżka i zobaczyłam w lustrze bladą twarz. Po zimnym prysznicu w swojej pięknej łazience ożywiłam się i byłam w dużo lepszym nastroju.
Energicznie szczotkując długie, ciemne włosy, zastanawiałam się, czy ich nie obciąć i nie zdecydować się na bardziej praktyczną fryzurę.
Może taką, jaką nosiła Audrey Hepburn? Krótką, praktyczną i retro.
Prawie udało mi się przegonić depresyjne nocne myśli na temat Bagażnika. To były złe wiadomości. Tak złe, że z powodu rozczarowania konkurencją, której nie wzięłam pod uwagę, nawet nie miałam siły zadzwonić do Kattis.
Ale teraz musiałam wziąć się w garść. Czekała na mnie Ellen i jej dom rodzinny z pięćdziesiątego szóstego roku.
Motorower, stara, szara husqvarna, którą kupiłam razem z domem, zapalił bez problemu. Ruszyłam, ale pięćdziesiąt metrów dalej musiałam się zatrzymać.
Wysoka, chuda kobieta wracająca do domu z gazetą "Land" pod pachą odwróciła się i zamachała, dając mi znać, żebym się zatrzymała.
- Cześć! To ty musisz być ta Anna-Lisa, która otwiera sklepik ze starociami? Mam na imię Marianne i mieszkam w Söderberdze. Mamy koguta, który prawdopodobnie budzi cię co rano. - Skinęła głową w kierunku dużej, czerwonej stodoły i uśmiechnęła się przyjaźnie.
- Masz dziesięć sekund i jedno zdanie - poinstruowała mnie Kattis w ramach indywidualnego kursu "Wieś dla początkujących". - Pierwsze wrażenie, jakie wtedy zrobisz, będzie się za tobą ciągnęło przez kolejnych dziesięć lat. Może nawet pięćdziesiąt.
Uśmiechnęłam się szczerze do Marianne, licząc na pół wieku dobrych relacji.
- Nic nie szkodzi. Dzisiaj zasnęłam dopiero po jego pianiu - powiedziałam.
- Aha, jesteś nocnym markiem? My nie możemy sobie na to pozwolić. - Marianne znowu się uśmiechnęła, teraz trochę bardziej sztywno.
Spojrzała na mój strój vintage. Intensywnie czerwone spodnie elastanowe, niebieski, gruby sweter w białe zygzaki, robioną na szydełku, wiązaną pod szyją czapkę w stylu lat sześćdziesiątych z błękitnej angory oraz trzewiki z czerwonymi sznurówkami, które upolowałam zimą na pchlim targu.
Może pomyślała, że wyglądam jak hippiska z czasów jej dzieciństwa. Jak ci sztokholmczycy, którzy siedzieli w domkach letniskowych, palili trawę i słuchali muzyki do białego rana.
Znowu się uśmiechnęłam i stwierdziłam, że w najbliższym czasie sobie nie pośpię. Grzecznie spytałam Marianne, czy sprzedają jajka.
Owszem, sprzedawali. Marianne kazała mi po nie wpaść, ciągle mi się przyglądając z lekko zdziwioną miną.
Okej, ta czapka to może było dla niej za dużo.
Miałam nadzieję, że zasada dziesięciu sekund nie była tak definitywna, jak ją opisała Kattis.
Pół godziny później byłam w Svanberdze. Pizzeria po prawej stronie sprawiła, że się uśmiechnęłam. Ona również mieściła się w dawnym sklepie spożywczym. Pomyślałam, że może my, nowi właściciele tych lokali, moglibyśmy założyć jakieś małe stowarzyszenie.
Dom Ljungbergów miał się znajdować na końcu wsi. Minąwszy zajazd, zobaczyłam czerwony dom z cegły. Na podjeździe stały zaparkowane dwa samochody.
Wyprostowałam palce w cienkich rękawiczkach. Dziesięć kilometrów motorowerem w chłodny kwietniowy dzień wymagało cieplejszego stroju, lecz pomyślałam, że jeśli dopisze mi szczęście, to Ellen Ljungberg zaprosi mnie na kawę.
Dokładnie w chwili, gdy zwolniłam, by wjechać na podjazd, jedno z aut ruszyło. Ogromny czarny pikap zmierzał z warkotem w moim kierunku.
Zatrzymałam się i oparłam nogi o ziemię. Pomyślałam, że lepiej będzie, jeśli go przepuszczę.
Za kierownicą siedział mężczyzna. Wyglądał na trzydzieści pięć lat, miał rumieńce i miło się uśmiechał. Miejsce obok niego zajmowała ciemnowłosa kobieta z podniesionym kołnierzem płaszcza.
Ten kołnierz w połączeniu z jej profilem sprawiał, że przypominała królową lodu.
Kobieta odwróciła wzrok, ale mężczyzna uniósł rękę na powitanie. W odpowiedzi też podniosłam rękę, opierając się o swój motorower i przyglądając się ogromnemu pikapowi.
Samochód zniknął za zakrętem, wydając z siebie dziwne dźwięki.
Dochodziła dziesiąta. Przyjechałam trochę za wcześnie, ale liczyłam, że Ellen Ljungberg się o to nie pogniewa.
Niebawem miałam zobaczyć pierwszy w swojej karierze majątek po zmarłej osobie, w domu z pięćdziesiątego szóstego roku. Póki co podziwiałam czerwoną poręcz z kutego żelaza na ganku. Słońce wyjrzało zza sosen rosnących na zadbanej działce.
Życie jest piękne - pomyślałam.
Drzwi się otworzyły, gdy tylko weszłam na schody.
- Anna-Lisa? Naprawdę mi przykro, ale chyba podczas naszej rozmowy telefonicznej wspomniałam, że zadzwoniłam w kilka miejsc handlujących starociami. - Starsza pani stojąca w drzwiach wykręciła ręce, potem wisiorki na swojej złotej bransoletce, a na koniec cała się wykręciła z powodu wyrzutów sumienia.
Czekałam w milczeniu. Nagle zrozumiałam, kim byli ci ludzie w dużym, czarnym pikapie.
- Cóż, ci państwo, którzy tu przed chwilą byli, wzięli cały ten kram... Scheede'owie... Zazwyczaj nie są zainteresowani takim rzeczami, tylko prawdziwymi antykami... ale teraz najwyraźniej także zamierzają postawić na lata pięćdziesiąte. Przykro mi... I jeszcze jechałaś motorowerem w taką pogodę.
Za Ellen Ljungberg zamajaczyło wspaniałe, asymetryczne lustro w ramie z drewna tekowego z kinkietami w kształcie stożka.
Przełknęłam ślinę, nie wiedziałam, co powiedzieć.
Ellen jeszcze raz mnie przeprosiła i zaproponowała mi kawę. Nie przyjęłam zaproszenia, ponieważ nie chciałam oglądać tego, co przeszło mi koło nosa. Szybko się pożegnałam i rozczarowana ruszyłam w drogę powrotną.
Kilometr od Söderbergi husqvarna dostała czkawki i gwałtownie się zatrzymała. Kiedy zamierzałam się przełączyć na zapasowy zbiornik paliwa, okazało się, że właśnie na nim jechałam. Tydzień wcześniej przejechałam się na próbę motorowerem przy okazji wizyty w Söderberdze, lecz zapomniałam zatankować.
Nie pozostawało mi nic innego, jak zagryźć zęby i zaprowadzić husqvarnę do domu. Chociaż szłam ze wzrokiem wbitym przed siebie, to i tak widziałam powiewające firanki w oknach każdego mijanego przeze mnie budynku. W wyobraźni słyszałam chichoty mieszkańców wsi, zanim w końcu dotarłam do ciepłego domu i włożyłam dwa swetry oraz wełniane skarpety.