Skorupa - Michał Dąbrowski

Kup ebooka

7.10 zł
5.89 zł (6,04 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

29 sierpnia 2007 r., środa

Siedziałem z mamą na ławeczce przed naszym domem. Mieszkałem w około tysięcznej dziurze Smutowo, tzn. wydawało mi się to wtedy dziurą, ale od tego czasu moja wieś doczekała się rozbudowy dróg, nowych połączeń autobusowych, marketów i nowych osiedleńców. W tej wsi chodziłem do przedszkola, potem do podstawówki, a następnie do gimnazjum.

- To już ostatnie dni twoich wakacji - rzekła.

- Zapomniałaś, że twoich też, chemiczko.

- To już druga klasa gimnazjum. Ale ten czas leci. Niedawno szedłeś do pierwszej klasy podstawówki. Pamiętasz, jak płakałeś pierwszego dnia? Tak samo zresztą jak pierwszego dnia w przedszkolu - powiedziała rozbawiona.

- Oj, mamo, przestań - zachmurzyłem się.

- Zawsze byłeś taki. Jak miałeś kilka lat i na chwilę traciłeś mnie z oczu, to od razu wpadałeś w ryk. Żałuję, że twój tata nawet nie dowiedział się, że się urodzisz... Zginął w wypadku samochodowym, nawet nie zdążyliśmy się pobrać.

- Mamo, już mi o tym mówiłaś.

- Wiem, wiem - westchnęła - oby ciebie ominęły takie nieszczęścia jak mnie.

- Przecież jestem szczęśliwy.

- To dobrze, ale życie nie zawsze układa się tak, jak byśmy tego chcieli.

- W każdym razie mam nadzieję, że jak najdłużej będę szczęśliwy i nikt mi tego szczęścia nie odbierze.

Rzeczywiście, "szczęście" to słowo, którym najlepiej można było oddać stan mojej duszy. Nie byłem typowym chłopakiem. Nigdy z nikim się nie biłem, unikałem agresywnych ludzi. Cechowała mnie wrażliwość na piękno świata, zainteresowanie nim, jak również pogodne usposobienie wobec innych. Nie miałem problemów z publicznymi wystąpieniami. Byłem raczej typem samotnika, chociaż nie można było o mnie powiedzieć, że chorobliwie chroniłem się przed innymi. Moja relacja z mamą zawsze miała zbyt silny charakter, być może ze względu na brak ojca.

Od roku ukrywałem przed mamą pewną wstydliwą tajemnicę. Jej powód spadł na mnie jakiś rok wcześniej jak grom z jasnego nieba. Kiedy rozpocząłem naukę w gimnazjum, nie wiedziałem, co się ze mną dzieje. Czułem się dziwnie w towarzystwie dwóch kolegów z klasy. Ich śmiechy, ruchy, sylwetki, głosy nabrały dla mnie symbolicznego wymiaru. Nie mogłem odwrócić od nich swej uwagi, a w domu, leżąc na łóżku, snułem marzenia erotyczne, w których moje kontakty z nimi nabierały innego charakteru. Kiedy jednak otrząsałem się z fantazji, uświadamiałem sobie ze smutkiem, że to wszystko dzieje się tylko w mojej głowie. Musiałem liczyć tylko na siebie, bo nie byłem pewien, jak mama zniosłaby tę wiadomość.

5 grudnia 2007 r., środa

Już od września moja kiepska sprawność fizyczna uczyniła ze mnie idealnego kozła ofiarnego dla Jacka. Nigdy nie rozumiałem, jak ktoś, kto jest głupi i silny, może liczyć na szacunek, a słabego człowieka można gnoić i wykorzystywać. Przeklinałem swój los i nie widziałem przed sobą żadnej drogi ucieczki, chociaż jeszcze w sierpniu wszystko było takie wspaniałe, a moje życie takie spokojne. Teraz zaczepki tego imbecyla stawały się codziennością.

- Dzisiaj macie piłkę nożną - oznajmił nam wuefista i podał piłkę najbliższemu uczniowi.

Minęło dwadzieścia minut. Chłopcy biegali za piłką, a ja snułem się z boku, starając się nie przyciągać niczyjej uwagi.

- Marcin, w kolejnym roku szkolnym jak zwykle chodzisz po boisku - zawołał z wyrzutem nauczyciel.

Piłka prędko potoczyła się wprost pod moje nogi. Biegli za nią Jacek z mojej drużyny oraz jeden z rywali.

- Podaj tę piłkę! - krzyknął Jacek.

Słabym kopnięciem nadałem piłce zły kierunek i w rezultacie przechwycił ją rywal.

- Co ty, do cholery, wyprawiasz!? - Jacek wydarł się na cały głos.

- Jacek, tylko bez przekleństw - zwrócił mu uwagę wuefista, po czym odezwał się do mnie - skoro tak słabo się ruszasz, to może idź na bramkę?

- Nieee - rozległy się jęki drużyny Jacka.

Wiedziałem, że zapadł na mnie wyrok.

- Ja muszę na chwilę wyjść, ale wy nie wychodźcie, tylko grajcie dalej - polecił nauczyciel.

Stałem na bramce, czekając na najgorsze. Zbliżał się do niej przeciwnik z piłką.

- Nie stój w bramce, rusz się! - niecierpliwili się członkowie mojej drużyny.

Zasłoniłem się przed pędzącą piłką jak ofiara przed katem. Padł gol. Jacek poszedł do mnie i ryknął:

- Co ty, kurwa, odpierdalasz!? - szybkim ruchem uderzył mnie z otwartej dłoni w twarz. Rozpłakałem się mimowolnie, wieńcząc dzieło swego upokorzenia.

7 grudnia 2007 r., piątek

- Obserwuję cię od jakiegoś czasu i widzę, że dzieje się z tobą coś niedobrego - powiedziała do mnie troskliwie mama.

- Wydaje ci się - zdenerwowałem się, odwracając głowę.

- Wcale nie wydaje. Co się dzieje? W środę wróciłeś w kiepskim nastroju, a już wcześniej ci się to zdarzało.

- Po prostu mam dużo nauki.

- Przestań kłamać. Chcę ci pomóc.

- Mamo, to ty przestań. Już nie jestem małym dzieckiem.

Zamilkła, nie wiedząc, co począć.

- Nie chcesz powiedzieć, a ja cię zmusić nie mogę. W każdym razie zawsze możesz mi powiedzieć.

"On mnie zabije, na pewno to zrobi. Pierwszego dnia kopnął mnie w brzuch. Co zrobi niedługo? Powiedzieć? Gdyby jeszcze mieszkał gdzie indziej, to może. Nie mogę pozwolić sobie na mijanie się z jego gniewem na ulicy".

30 stycznia 2008 r., środa

Przestałem od jakiegoś czasu zgłaszać się na lekcjach. Miałem kiepskie samopoczucie. Uczyłem się dobrze, jednak nauka nie sprawiała mi już przyjemności. Męczyłem się w swym piekle, na które nie zasłużyłem, a moją duszą rządził tłumiony strach i gniew. Ile jeszcze czasu miałem wytrzymać? Czy miałem w sobie tyle siły, by dotrwać do końca gimnazjum?

15 marca 2008 r., sobota

- A teraz zamknij oczy i pomyśl życzenie! - radośnie rzekła do mnie mama, stawiając na stole tort z piętnastoma świeczkami.

Od kilku miesięcy miałem tylko jedno życzenie - by ruda przybłęda o nazwisku Jacek Piechowiak jak najszybciej znikła z mojego życia, a jeszcze lepiej, żeby się w nim nigdy nie pojawiła. Z bezsilności płakałem po nocach i miałem koszmary. Byłem najsłabszy w klasie, a do tego wrażliwy. Wcześniej nawet nie myślałem, że coś takiego jak przemoc może mnie dotknąć, lecz uświadomiłem sobie ze strachem, że prędzej czy później trafiłbym na kogoś, kto bezwzględnie wykorzystałby moje słabości. Jak na nieszczęście, przy moim zamknięciu w sobie i zastraszeniu powiedzenie mamie o czymkolwiek nie wchodziło w rachubę.

- Już pomyślałem - oznajmiłem po chwili.