Skradziony punkt - Grace Reilly

Kup ebooka

32.90 zł
27.31 zł (25,79 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

1

SEBA­STIAN

18 lutego

PRZY­SIĘ­GAM NA BOGA, Mia di Angelo nosi te dżinsy, żeby mnie, kurwa, tor­tu­ro­wać. Naj­lep­sza przy­ja­ciółka Pene­lope Ryder ma wiele cech, ale w tej chwili "lisica" jest jedy­nym okre­śle­niem, które przy­cho­dzi mi na myśl.

Tań­czy z Juliem, a jego ręce są wystar­cza­jąco nisko na jej bio­drach, by muskać jej tyłek. Jej dłu­gie, ciemne włosy opa­dają luźno na nagie ramiona. Nie mogę prze­stać się gapić na jej ciało mię­dzy jaskra­wo­zie­lo­nym wią­za­nym topem a czar­nymi dżin­sami, które leżą tak ide­al­nie, że rów­nie dobrze mogłyby być nama­lo­wane. Spo­sób, w jaki tań­czy, jest hip­no­ty­zu­jący - jedy­nym pro­ble­mem jest to, że robi to z moim kolegą z dru­żyny, a nie ze mną.

Wpa­truję się w jej umię­śniony brzuch, słu­cha­jąc jej śmie­chu, gdy ociera się o Julia. Zaci­skam moc­niej palce wokół szklanki.

Dwie noce temu zanu­rzy­łem język w jej pępku, aby ją roz­śmie­szyć, zanim osu­ną­łem się na kolana.

Dwa tygo­dnie temu zacią­gnęła mnie do sali na pią­tym pię­trze biblio­teki i cało­wała, aż tra­ci­łem oddech.

Dwa mie­siące temu uśmiech­nęła się do mnie po raz pierw­szy. Spoj­rzała na Penny i mojego brata, Coopera, a potem znów na mnie i uśmiech­nęła się, a ja przy­się­gam, że wszech­świat zatrzy­mał się na pół sekundy w obro­cie wokół wła­snej osi. Nie mogłem oddy­chać, nie mogłem się ruszyć, nie mogłem zro­bić nic innego, jak tylko patrzeć na ten uśmiech i się roz­pły­wać. Widzę tę twarz w mojej gło­wie w naj­drob­niej­szych szcze­gó­łach: mała prze­rwa mię­dzy jej dwoma przed­nimi zębami. Czarna szminka. Eyeli­ner i zie­mi­ste, brą­zowe oczy. Rzu­cała mi gniewne spoj­rze­nie za spoj­rze­niem, jak­bym był oso­bi­ście odpo­wie­dzialny za wszystko, co ją w tej chwili dener­wo­wało, a potem nagle obda­rzyła mnie uśmie­chem.

Uśmie­chem anioła.

Sły­szę odle­głe żarty kole­gów Coopera z dru­żyny. Jego przy­ja­ciel Evan Bell pyta, czy sądzą, że pora­dziłby sobie z Mią.

Nie.

Wiem dokład­nie, kto sobie z nią pora­dzi i to nie jest on. Julio też nie. Biorę łyk drinka i kle­pię Evana po ramie­niu.

- Kolego, z całym sza­cun­kiem, ale ona zja­dłaby cię żyw­cem i wypluła twoje majtki.

Mic­key, inny kolega Coopera z dru­żyny, gwiż­dże.

- Nie prze­szka­dza­łoby mi to.

Nie udaje mi się dobrze ukryć ponu­rego wyrazu mojej twa­rzy. Mic­key mógłby wywal­czyć sobie drogę do łóżka Mii, jasne, ale trudno byłoby mu utrzy­mać ten układ.

Byłem z nią już cztery razy. Za każ­dym razem mówi mi, że to ostatni.

Ale jeśli ma się z kimś pie­przyć dzi­siej­szej nocy, to ze mną. Wiem, że powi­nie­nem pozwo­lić jej zwró­cić uwagę na Julia, Mic­keya lub kogo­kol­wiek innego, kim jest zain­te­re­so­wana. Dała mi jasno do zro­zu­mie­nia, że nasz zwią­zek nie może wyjść poza sferę fizyczną. Nie wiem, czy jestem do tego zdolny, więc powi­nie­nem zosta­wić ją w spo­koju.

Łatwiej powie­dzieć, niż zro­bić.

Kiedy Cooper idzie do Penny - zdaje się, że cho­dzi o grę w beer ponga - odry­wam się od ściany i prze­cho­dzę przez par­kiet.

- Pozwo­lisz, że zatań­czymy? - Julio unosi brew, ale nie wydaje się być zbyt zmar­twiony. Nikomu z dru­żyny nie powie­dzia­łem o moich rela­cjach z Mią. Nikt o tym nie wie, poza mną i nią.

- Decy­zja należy do pani - mówi.

Mia robi nie­pewny krok w następny takt muzyki i gniew­nie na mnie spo­gląda. Ma maki­jaż, który spra­wia, że jej twarz się mieni. Bro­kat spływa nawet po jej szyi i pier­siach.

Jej głos zawiera pre­cy­zyjną dawkę jadu. Pozor­nie. Mam taką nadzieję.

- Poważ­nie?

- Jeden taniec.

Pio­senka milk­nie, a gdy zaczyna się następna, wycią­gam rękę.

- Dobrze. - Robi pokaz, cału­jąc Julia w poli­czek. - Wiesz, gdzie mnie zna­leźć.

Przy­cią­gam ją do sie­bie. Żeby­śmy mogli zatań­czyć, to oczy­wi­ste, ale też, by ją poczuć, doświad­czyć jej cie­pła.

- Nie mogłaś wybrać jed­nego z dwóch tuzi­nów hoke­istów w tym domu, żeby się ze mną dro­czyć?

Obraca się, przy­ci­ska­jąc do mnie swój pyszny tyłek. Gubię pół kroku, zanim kładę dłoń na jej brzu­chu, trzy­ma­jąc jej ciało bli­sko mojego.

- Dro­czyć? - mówi, odwra­ca­jąc się tak, że jej usta są przy moim uchu. Obej­muję ją moc­niej.

- Julio jest jed­nym z moich kole­gów.

- W takim razie Evan.

- Nie.

Obra­cam ją i nie­ocze­ki­wany, praw­dziwy ruch taneczny spra­wia, że się uśmie­cha. Zatrzy­muję to w pamięci. Ma wiele wyra­zów twa­rzy, ale jej uśmie­chy są naj­lep­sze. Rzad­kość.

- Ja.

- Kto powie­dział, że na­dal jestem zain­te­re­so­wana?

Pozwa­lam, by mój oddech owie­wał jej ucho. Mimo że jest tu gorąco, drży.

- To kurew­sko oczy­wi­ste, di Angelo.

Obraca się, patrząc mi w oczy; jej wyso­kie obcasy spra­wiają, że jeste­śmy prak­tycz­nie tego samego wzro­stu. Chcę zdjąć te szpilki, a potem cho­ler­nie wolno zdjąć jej dżinsy. Ma maślane oczy, pod­kre­ślone eyeli­ne­rem w cha­rak­te­ry­styczny spo­sób.

- Penny zamie­rza spę­dzić tu noc.

- Jakby Cooper spu­ścił ją z oczu.

- Możesz przyjść do pokoju. - Uśmie­cham się do niej. Może jest jakaś część niej, nawet jeśli jest ukryta, która lubi mój uśmiech. Nie powi­nie­nem mieć takiej nadziei, ale, Boże, mam.

Rozdział 2

2

MIA

6 maja

WPA­DAM DO BRAGG SCIENCE CEN­TER z minu­to­wym zapa­sem przed spo­tka­niem z pro­fe­sor San­toro. Jeśli jest jedna rzecz, któ­rej nie­na­wi­dzi, to spóź­nial­stwo, więc bie­giem poko­nuję schody na piąte pię­tro. Nie powin­nam była zeszłej nocy zga­dzać się na drinki z Erin, jedną z senio­rek na wydziale fizyki - bo to nie były tylko drinki. Oczy­wi­ście wylą­do­wa­ły­śmy u niej po kilku kolej­kach - ale byłam lek­ko­myślna i teraz za to płacę.

Pra­wie wymio­tuję, gdy na trze­cim pię­trze łapię oddech. Zde­cy­do­wa­nie za to płacę. Czuję się, jakby ktoś wie­lo­krot­nie ude­rzał mnie w głowę mło­tem. A noc z nią nawet nie była tego warta. O wiele za dużo śliny.

Zawsze mia­łam od groma złych pomy­słów. Wybu­chowe eks­pe­ry­menty w labo­ra­to­rium che­micz­nym w St. Cathe­rine Aca­demy. Imprezy przy ogni­sku w lesie na skraju mojego rodzin­nego mia­sta w South Jer­sey. Wszel­kiego rodzaju bzy­ka­nie w schow­kach, kla­sach i publicz­nych łazien­kach. Ostat­nio mia­łam mnó­stwo dodat­ko­wych złych pomy­słów.

Łatwiej jest rzu­cić się w wir pod­ry­wów i imprez niż myśleć o nim.

Seba­stian Mil­ler-Cal­la­han. Obrzy­dli­wie miły. Obrzy­dli­wie dobry w dopro­wa­dza­niu mnie do orga­zmu. Obrzy­dli­wie dobry rów­nież w base­ballu, a to coś, co powinno mnie ostrzec - ze spor­tow­cami ni­gdy nie jest łatwo.

Nie wspo­mi­na­jąc o tym, że jest bra­tem chło­paka mojej naj­lep­szej przy­ja­ciółki Penny. Nie.

Pan Złoty Bóg Base­balla jest w moim życiu na dłu­żej i żadna liczba pod­ry­wów nie zmieni tego faktu.

- - -

Nie powstrzy­mało mnie to przed pró­bo­wa­niem od ponad mie­siąca. Nie powstrzy­mało mnie to przed pra­gnie­niem bycia innym typem dziew­czyny. Gdy­bym była miłą dziew­czyną i zasłu­gi­wała na Seba­stiana, to może nie ucie­kła­bym w dniu, w któ­rym jego brat nakrył nas, gdy byli­śmy o krok od przej­ścia do sedna sprawy.

Cze­szę włosy, pędząc kory­ta­rzem. Mogę być na kacu i mieć bar­dziej zła­mane serce, niż kie­dy­kol­wiek bym przy­znała, ale nie ma mowy, żebym pozwo­liła sobie zepsuć to zada­nie. Udało mi się dostać do labo­ra­to­rium pro­fe­sor San­toro tego lata, mimo że jestem dopiero na pierw­szym roku, ale nie chcę tego brać za pew­nik. Wła­śnie po to ciężko pra­co­wa­łam w liceum, aby dostać się do McKee i na astro­no­mię, która jest jed­nym z pię­ciu czo­ło­wych wydzia­łów. Szansa na prze­pro­wa­dze­nie praw­dzi­wych badań, roz­po­czę­cie tego, co miejmy nadzieję będzie długą karierą spę­dzoną na wpa­try­wa­niu się w gwiazdy - i spo­wo­do­wa­nie, by moja apli­ka­cja do pro­gramu stu­diów astro­fi­zycz­nych za gra­nicą na Uni­wer­sy­te­cie Genew­skim była lep­sza.

Pamię­tam dokład­nie moment, w któ­rym zako­cha­łam się w kosmo­sie. Oczy­wi­ście zda­wa­łam sobie z tego sprawę już wcze­śniej, ale dopiero przy let­nim ogni­sku pod­czas rodzin­nych waka­cji spoj­rza­łam w górę i naprawdę to ujrza­łam. Mój nonno - marzy­ciel w rodzi­nie prak­tycz­nych ludzi - przy­niósł na plażę tele­skop, i pod­czas gdy wszy­scy pili wino z papie­ro­wych kub­ków i śmiali się przy ogni­sku, ja poszłam za nim w spo­kojne miej­sce przy wydmach.

- Znajdźmy pla­netę - powie­dział, usta­wia­jąc tele­skop. - Może uda nam się zoba­czyć Marsa lub Jowi­sza. Lato to dobry czas na polo­wa­nie na pla­nety.

To było jak magia, patrzeć w niebo przez tele­skop. Zna­leź­li­śmy je, a także Saturna. Moje oczy roz­sze­rzyły się, gdy przy­kle­iłam twarz do oku­laru.

- Pew­nego dnia - powie­dział dzia­dek, wkła­da­jąc ręce do kie­szeni swo­ich lnia­nych spodni i spo­glą­da­jąc w górę z taką samą czcią, jaką widzia­łam, gdy modlił się w kościele - może znajdą kolejną małą dziew­czynkę wpa­tru­jącą się w niebo przez tele­skop, zasta­na­wia­jącą się nad Zie­mią. Może to ty będziesz tą, która to zrobi, Mario.

Zawsze powta­rzał mi, że mogę zro­bić wszystko. Gdy dora­sta­łam i pochło­nęło mnie zain­te­re­so­wa­nie kosmo­sem, wysy­łał mi arty­kuły z NASA, które razem czy­ta­li­śmy. Zachę­cał mnie do zapi­sa­nia się na zaawan­so­wane zaję­cia z mate­ma­tyki i nauk ści­słych oraz dołą­cze­nia do klubu robo­tyki. W pora­nek, zanim zmarł na atak serca, ode­brał mnie ze szkoły - po raz kolejny mia­łam kło­poty z zakon­ni­cami - i powie­dział mi, że wie, że moim prze­zna­cze­niem jest coś wiel­kiego.

Kiedy docie­ram do biura pro­fe­sor San­toro, pukam do drzwi i przez pięć sekund, cze­ka­jąc na odpo­wiedź, prze­cze­suję swoje nie­chlujne włosy. Blee. Dla­czego znowu spik­nę­łam się z Erin? Seba­stian Mil­ler-Cal­la­han wciąż jest w mojej gło­wie, dla­tego.

Teraz to się skoń­czy. Muszę sku­pić się na pracy w labo­ra­to­rium. Stu­dia za gra­nicą, na które można się dostać. Przy­szłość do zapla­no­wa­nia - witaj, NASA - która jest daleko od New Jer­sey i rodziny di Angelo, dzię­kuję bar­dzo.

Nic z tego nie doty­czy pew­nego zie­lo­no­okiego base­bal­li­sty.

Tak czy ina­czej, to ja go ola­łam.

Założę się, że w ogóle o mnie nie pomy­ślał.

- Wejść - woła pro­fe­sor San­toro.

Deli­kat­nie otwie­ram drzwi. Pro­fe­sor Beatrice San­toro jest głów­nym powo­dem, dla któ­rego wybra­łam McKee Uni­ver­sity zamiast wszyst­kich innych ofert, mimo, że nie­które ofe­ro­wały lep­sze sty­pen­dia. Ona jest twardą, star­szą Włoszką, która po jed­nym spoj­rze­niu na mnie zro­zu­miała moje pocho­dze­nie, a także wyzwa­nia i miłość. A teraz, po dwóch latach spę­dzo­nych na pracy na tym wydziale aby zdo­być wia­ry­god­ność, w końcu jestem w jej labo­ra­to­rium. Rzadko wpusz­cza stu­den­tów na stu­diach licen­cjac­kich do swo­jego sank­tu­arium, chyba, że są starsi, ale ja zasłu­ży­łam na to miej­sce. Nie­na­ganna praca w labo­ra­to­rium i fre­kwen­cja. Bie­gła zna­jo­mość Pythona i C++. Wolon­ta­riat w pla­ne­ta­rium kam­pusu. Uczest­nic­two w każ­dym wykła­dzie i sym­po­zjum.

Do czasu spo­tka­nia z pro­fe­sor San­toro mój dzia­dek był jedyną osobą, która powie­działa mi, że we mnie wie­rzy. Masz przed sobą świe­tlaną przy­szłość, Mia. Przy­szłość w gwiaz­dach, jeśli tego wła­śnie chcesz. Jeśli jesteś gotowa na nią zapra­co­wać. Spę­dzi­łam dwa lata, pra­cu­jąc, by być godną tych słów, a teraz jestem gotowa to udo­wod­nić.

- Mia - mówi cie­płym gło­sem. - Jak się masz?

Biuro pro­fe­sor San­toro to mały zaką­tek pokoju. Wszę­dzie książki, opra­wione zdję­cia kosmosu i gwiazd w gale­rii na ścia­nie, jej stop­nie naukowe w rzę­dzie za biur­kiem. Robi notatki ręcz­nie, nie­za­leż­nie od pro­gramu kom­pu­te­ro­wego, któ­rego używa, a stosy małych notat­ni­ków są pousta­wiane na biurku jak straż­nicy.

Gdy sia­dam, popra­wia grube, czarne oku­lary, które nadają jej miłej, doj­rza­łej twa­rzy odro­binę dzi­wac­twa. Jej srebrne włosy zwi­sają luźno wokół ramion.

Udaje mi się uśmiech­nąć, cho­ciaż mam ochotę rzu­cić się na jej biurko.

- Świet­nie. A pani?

Pro­fe­sor San­toro odchyla się na krze­śle, łącząc opuszki pal­ców.

- W porządku. Bar­dzo się cie­szę, że mam cię jako bada­cza na stu­diach licen­cjac­kich pod­czas tego lata. Myślę, że to zada­nie będzie dla cie­bie dobrym wyzwa­niem, bio­rąc pod uwagę twoje zain­te­re­so­wa­nie odkry­wa­niem egzo­pla­net.

Pra­wie pod­ska­kuję z pod­eks­cy­to­wa­nia, ale udaje mi się opa­no­wać. Egzo­pla­nety to sto­sun­kowo nowe odkry­cie - ofi­cjal­nie ist­niały tylko w teo­rii, aż do lat dzie­więć­dzie­sią­tych ubie­głego wieku - a teraz naukowcy odkryli ich tysiące. Są to po pro­stu pla­nety krą­żące wokół gwiazdy innej niż nasza. Spo­śród miliar­dów z nich, jedna może być zdolna do pod­trzy­ma­nia obcego życia. Pro­fe­sor San­toro jest zaan­ga­żo­wana w te bada­nia od samego początku, a myśl o współ­pracy z nią, nawet na małą skalę, w celu odkry­cia i skla­sy­fi­ko­wa­nia tych pla­net, wystar­czy, aby wszystko inne znik­nęło.

- Alice prze­śle ci e-mailem har­mo­no­gram zajęć - mówi. - Będziesz mieć przy­pi­sane lek­tury na nasze coty­go­dniowe kon­wer­sa­to­ria, więc upew­nij się, że jesteś przy­go­to­wana. Chcę, żebyś pra­co­wała z nią nad prze­ro­bie­niem pro­gramu, któ­rego uży­wamy do pomiaru atmos­fer tych pla­net. Myślę, że twoje oko do kodu pomoże nam go uspraw­nić. Chcę, aby wer­sja próbna była gotowa do uru­cho­mie­nia, gdy opu­bli­kują nowe dane Jamesa Webba, aby mogła być czę­ścią ana­lizy mojego nowego arty­kułu.

Kiwam głową.

- Oczy­wi­ście.

Jej spoj­rze­nie staje się prze­ni­kliwe.

- Co sły­chać, Mia? Jak twoja rodzina?

- Dobrze.

- Czy na­dal myślą, że prak­ty­ku­jesz jako nauczy­ciel?

Moja twarz oblewa się rumień­cem. Wpa­truję się w swoje kolana. Wielką wizją mojej rodziny na temat kariery kobiety jest to, że powinna ona być tym­cza­sowa - naucza­nie innych, dopóki nie będę miała wła­snych dzieci. Moja bab­cia tak zro­biła. Moja matka i jej sio­stra. Moja star­sza sio­stra Giana będzie uczyć jesz­cze przez rok, zanim doczeka się dzieci ze swoim mężem, nie zwa­ża­jąc na to, że dora­sta­jąc chciała zostać praw­ni­kiem. Myślą, że to wła­śnie robię, a ja ich nie wypro­wa­dzam z błędu. Ale jeśli dostanę się do pro­gramu w Gene­wie, będę mogła wyko­rzy­stać to jako kon­kretny dowód na to, że ta dzie­dzina jest mi prze­zna­czona. I wyja­śnić im wszystko. W końcu nie chcę kła­mać o czymś tak wiel­kim.

- Tak jest łatwiej. Oni tego... oni tego nie zro­zu­mieją.

- Nie­mniej jed­nak - stwier­dza - to twoja rodzina. - Moi rodzice też nie rozu­mieli mojego pra­gnie­nia wpa­try­wa­nia się w niebo przez tele­skop, ale się prze­ko­nali.

- Pani ojciec był leka­rzem - mówię. - Mój tata insta­luje sys­temy kli­ma­ty­za­cji.

Zdej­muje oku­lary i ostroż­nie je składa.

- Pod koniec czerwca orga­ni­zuję sym­po­zjum. Przy­jadą kole­dzy z kilku uni­wer­sy­te­tów i chcia­ła­bym, abyś przed­sta­wiła pre­zen­ta­cję na temat naszych badań. Przy­trzy­muje moje spoj­rze­nie. - Rozu­miesz?

Oddech więź­nie mi w gar­dle.

- Tak.

- Spisz się dobrze, a nie będziesz potrze­bo­wała mojej reko­men­da­cji do pro­gramu w Gene­wie. Robert Meier sam cię wysłu­cha. Powie­dzia­łam mu już, że pod­czas sym­po­zjum będzie mógł zoba­czyć moją naj­bar­dziej obie­cu­jącą stu­dentkę. - Wstaje, sygna­li­zu­jąc, że mogę odejść.

Prze­rzu­cam torbę przez ramię.

- Mam nadzieję, że zapro­sisz na to sym­po­zjum rodzinę.

Mogę powie­dzieć, że to nie­zbyt tra­fiona suge­stia, ale nie poru­szam tego. Nie teraz, kiedy jedyna osoba, którą chcia­ła­bym zapro­sić, nie żyje. Kiwam głową.

- Do zoba­cze­nia w ponie­dzia­łek.

Odwró­ciła się już do półki z książ­kami, prze­glą­da­jąc tomisz­cza. Czas na następny pro­blem dnia. "Ponie­dzia­łek".

Rozdział 3

3

SEBA­STIAN

TEGO WCZE­SNEGO RANKA w domu panuje cisza.

Wstaję z "deski", oddy­cha­jąc przez nos i pod­no­szę zestaw pięt­na­sto­fun­to­wych han­tli na następną rundę ćwi­czeń. Cooper, obok mnie, robi to samo. Nie czu­jemy potrzeby roz­mowy pod­czas wspól­nych ruty­no­wych ćwi­czeń, dokład­nie w ten sam spo­sób, od lat. Cza­sami pusz­czamy muzykę, ale nie dzi­siaj. Nic mnie nie roz­pra­sza, poza tym, co mam w gło­wie.

Dzięki jego pozy­cji w dru­ży­nie hoke­jo­wej i mojej w dru­ży­nie base­bal­lo­wej mogli­by­śmy pójść na siłow­nię na kam­pu­sie, czynną 24/7, prze­zna­czoną dla spor­tow­ców, ale on, po skoń­czo­nym seme­strze, wyjeż­dża za kilka godzin na wycieczkę ze swoją dziew­czyną Penny i chciał spę­dzić dodat­kowy czas z kotem sie­dzą­cym teraz na scho­dach.

Mruga do nas swo­imi ogrom­nymi bursz­ty­no­wymi oczami, nie­po­ko­jąco inte­li­gent­nymi. Ja wolę psy, ale Tan­ge­rine bar­dzo mi się spodo­bała. Cooper i Penny ura­to­wali ją zeszłej jesieni, i od tego czasu stała się sta­łym ele­men­tem naszego domu. Wciąż jej do końca nie wyba­czy­łem, że zosta­wiła mar­twą mysz w moim bucie, ale jest uro­cza. Nie wiem, czy to, że będę jedy­nym opie­ku­nem kotki pod­czas nie­obec­no­ści Coopera i Penny i naszej młod­szej sio­stry Izzy, która jest na Man­hat­ta­nie na stażu, zbliży nas do sie­bie, czy skoń­czy się tym, że zaata­kuje mnie we śnie.

Macha ogo­nem, jakby się nad tym zasta­na­wiała, pod­czas gdy my wyko­nu­jemy ćwi­cze­nia. Po ostat­nim odkła­dam han­tle na pod­łogę i prze­cze­suję dło­nią kudłate włosy. Izzy zawsze mi doku­cza, że to włosy base­bal­lowe. Teraz są dłuż­sze niż u Coopera; po tym, jak jego dru­żyna dostała się do Fro­zen Four - i wygrała - jego dziew­czyna bła­gała go, aby przy­ciął brodę i odciął część kła­ków.

Teraz spo­gląda na mnie.

- Jesteś cich­szy niż zazwy­czaj.

- Nie śpię już od jakie­goś czasu. - Roz­cią­gam się; moje ramię zapro­te­sto­wało po ostat­niej serii powtó­rzeń. Pod­czas meczu kilka dni temu wpa­dłem na tor ostrze­gaw­czy, gdy goni­łem wysoko lecącą piłkę. Zła­pa­łem ją. I siniaka. A mimo to prze­gra­li­śmy. Cztery mecze z rzędu. Jeśli mamy zagrać w play offach, musimy szybko popra­wić naszą sytu­ację.

Wzdy­cha współ­czu­jąco.

- Myśla­łem, że jest coraz lepiej.

Wzru­szam ramio­nami, bio­rąc łyk wody.

- Raz lepiej, raz gorzej. Ostat­niej nocy nie udało mi się zasnąć. Poćwi­czy­łem jed­nak moje umie­jęt­no­ści posłu­gi­wa­nia się nożem. Obej­rza­łem też film doku­men­talny o wypieku chleba we Fran­cji.

Potrzą­snął głową.

- Zasta­na­wia­łem się nad posie­kaną cebulą w lodówce. Twoje hobby jest cza­sem dziwne, stary.

- Została pokro­jona w kostkę, a nie posie­kana. Nazwij to dzi­wac­twem, jak chcesz, ale jesz wszystko, co przy­rzą­dzę.

- Na szczę­ście. To kurew­sko pyszne. - Odkłada han­tle i roz­ciąga się. Tan­ge­rine pod­biega, ocie­ra­jąc się o jego gołe nogi. Pod­nosi ją i przy­tula do piersi. Ona mru­czy zado­wo­lona. - Ale to do bani. Chcesz o tym poroz­ma­wiać?

- Wszystko gotowe na podróż? Naj­pierw odwie­dzi­cie Jamesa i Bex, prawda?

- Seba­stian.

Inten­syw­nie nie­bie­skie oczy mojego przy­bra­nego brata są pełne tro­ski. Wyciąga rękę, by ści­snąć moje ramię.

- Czy to było...

Kosz­ma­rem? Jed­nym z upo­rczy­wych, obrzy­dli­wych kosz­ma­rów, któ­rych lata kosz­tow­nej tera­pii nie zdo­łały cał­ko­wi­cie stłu­mić? Nie­ważne, jak ciężko jego rodzice, a moi adop­cyjni rodzice, pró­bo­wali?

Prze­ły­kam. Nagle czuję ści­ska­nie w gar­dle.

- Nie. To nie kosz­mar.

Nie pasz­cza ze zmiaż­dżo­nego metalu i potłu­czo­nego szkła. Nie krew na skó­rza­nych sie­dze­niach. Nie krzyk, skró­cony przez prze­ciętą tcha­wicę. Mogę przy­wo­łać to wspo­mnie­nie tak łatwo, nawet po deka­dzie. Nie można spoj­rzeć w mar­twe oczy matki mając jede­na­ście lat i tego nie pamię­tać; to tak, jakby ktoś roz­ciął ci czaszkę i wyrył w niej ten obraz.

Cooper ści­ska mnie moc­niej. Powie­dział mi kie­dyś, że potrafi roz­po­znać, kiedy zatra­cam się we wspo­mnie­niach. Mie­li­śmy po czter­na­ście lat, sie­dzie­li­śmy pod try­bu­nami pod­czas jed­nego z wielu piąt­ko­wych meczów fut­bo­lo­wych naszego star­szego brata Jamesa, każdy z kra­dzio­nym piwem w ręku. Jedna z tych nie­czę­stych, jesien­nych nocy, kiedy Cooper nie spę­dzał czasu na lodo­wi­sku, a ja nie mia­łem sesji tre­nin­go­wej. Był paź­dzier­nik, powie­trze na Long Island po fali upa­łów pod koniec sezonu w końcu zro­biło się rześ­kie. Myślę, że coś w tym nagłym desz­czu to spo­wo­do­wało. Byli­śmy w suchym i bez­piecz­nym miej­scu, mecz wciąż trwał, ale zamar­łem, gdy wpa­try­wa­łem się w ulewę, aż Cooper musiał mną potrzą­snąć, bym wró­cił do rze­czy­wi­sto­ści.

Teraz wyswo­bo­dzi­łem się z jego uści­sku.

- Po pro­stu... nie mogłem spać.

Jego spoj­rze­nie stało się prze­ni­kliwe.

- Z jej powodu.

Ni­gdy nie powie­dział­bym tego Coope­rowi, z powodu jego napię­tych rela­cji z ojcem, które dopiero się popra­wiają - a nasze przez pewien czas na początku tego roku także były napięte, kiedy to jego gów­niany wujek wró­cił do Nowego Jorku i pró­bo­wał ogra­bić go z fun­du­szu powier­ni­czego - ale kiedy robi tę minę, wygląda jak Richard Cal­la­han, aż po zmarsz­czone brwi.

Wszy­scy Cal­la­ha­no­wie wyglą­dają podob­nie, mają ciemne włosy i inten­syw­nie nie­bie­skie oczy. Nikt ni­gdy nie miałby wąt­pli­wo­ści, że są rodziną. Richard Cal­la­han, legenda roz­gry­wa­ją­cych. Jego syn James, dwa lata star­szy ode mnie i Coopera, który skoń­czył swój pierw­szy rok w NFL. Cooper, mój naj­lep­szy przy­ja­ciel i pra­wie bliź­niak. Nasza młod­sza sio­stra Izzy, tęt­niąca życiem kula ener­gii z nie­sa­mo­wi­tym ser­wem w siat­kówce i wystar­cza­jącą swadą, która wpę­dza ją w cią­głe kło­poty.

Mam blond włosy po zmar­łej matce i zie­lone oczy po zmar­łym ojcu, a teraz noszę nazwi­sko Cal­la­han; mam to nazwi­sko na ple­cach mojej koszulki base­bal­lo­wej, odkąd skoń­czy­łem dwa­na­ście lat. Cooper i jego bli­scy są moją rodziną od dekady, dzięki pak­towi, który Richard i mój ojciec, Jacob Mil­ler, zawarli, gdy byli mło­dymi męż­czy­znami z nadzie­jami na przy­szłość w NFL i MLB. Po śmierci moich rodzi­ców, Richard i San­dra przy­jęli mnie do sie­bie z otwar­tymi ramio­nami i będę im za to zawsze wdzięczny.

Bio­rąc to wszystko pod uwagę, jeste­śmy braćmi na tyle długo, że Cooper wie, kiedy jestem wyco­fany. Głasz­czę Tan­ge­rine mię­dzy uszami. Cisza jest wystar­cza­ją­cym potwier­dze­niem: nie wyrzu­ci­łem Mii di Angelo z głowy.

Ciesz się, patrząc, jak odcho­dzę, Cal­la­han.

Jej słowa mnie drę­czą. Ponad mie­siąc póź­niej wciąż odbi­jają się echem w mojej gło­wie. W jed­nej chwili mia­łem ją w moim łóżku, w moich ramio­nach, tak bli­sko. W następ­nej ucie­kła - i kazała mi patrzeć, jak odcho­dzi, jak­bym ni­gdy wię­cej miał jej nie zoba­czyć. Widy­wa­łem ją od tam­tej pory, ponie­waż jest naj­lep­szą przy­ja­ciółką Penny i nie spo­sób igno­ro­wać kogoś, kto cho­dzi na ten sam uni­wer­sy­tet, ale zacho­wy­wała się jak zwy­kła pod­ry­waczka, żadna roz­mowa, żadna wspólna chwila nic nie zna­czyła.

- Czy kie­dy­kol­wiek powiesz mi, co się wła­ści­wie stało?

- Widzia­łeś, jak odcho­dzi.

Wzdy­cha.

- Nie rozu­miem jej. Wiem, że Penny ją kocha, ale potrafi być... trudna.

- Nic o mnie nie mówiła? - Nie­na­wi­dzę tej żało­snej nuty w moich sło­wach, ale nie mogę się powstrzy­mać przed zada­niem tego pyta­nia. Obra­cam mię­dzy pal­cami mój naszyj­nik, meda­lion, który kie­dyś nale­żał do mojego ojca.

Cooper tylko wzru­sza ramio­nami, bez wąt­pie­nia myśląc o momen­cie, w któ­rym przy­ła­pał nas razem. To nie było tak, że się pie­przy­li­śmy; po pro­stu się cało­wa­li­śmy. Jed­nak gdy tylko Mia go zoba­czyła, jaka­kol­wiek wraż­li­wość, którą mi poka­zała, znik­nęła. Zbroja, twarda jak stal, wró­ciła na swoje miej­sce.

- Jeśli tak, to pro­siła Penny, żeby mi nie mówiła. Pew­nie dla­tego, że wie, że ja bym ci to powtó­rzył.

- Fan­ta­stycz­nie.

- Nie powie­dzia­łeś mi zbyt wiele o tym, co się stało.

Wzdry­gną­łem się.

- Nie. I nie powiem.

- Oboje jeste­ście śmieszni - mówi Penny z góry scho­dów. Scho­dzi po nich, z gołymi sto­pami, ubrana w koszulkę ze smo­kiem, która na pewno należy do mojego brata. Ma wystar­cza­jąco dużo ner­dow­skiego sprzętu fan­tasy, by rywa­li­zo­wać z kon­wen­tem fanów. Jej rdzawe włosy, tak różne od kru­czo­czar­nych wło­sów Mii, są prak­tycz­nie jak pta­sie gniazdo. - Prawdę mówiąc, ona też nic mi nie powie­działa. Nie chce o tym roz­ma­wiać.

Łatwo usły­szeć nutę tro­ski w jej gło­sie. W końcu Mia jest jej naj­lep­szą przy­ja­ciółką. Obser­wo­wa­łem Mię i choć wiem, że to nie moja pie­przona sprawa, wyda­wało się, że bar­dzo cie­szyła się moim towa­rzy­stwem. To jej prawo i jasne, ja robię to samo, ale po tym, jak nam się razem ukła­dało?

Ile­kroć myślę o tej chwili w mojej sypialni, widzę jej roz­ma­zaną szminkę, jej jasno­brą­zowe oczy. W prze­rwie mię­dzy poca­łun­kami, po raz drugi zapro­si­łem ją na kola­cję - tylko na jedną kola­cję, jedną praw­dziwą randkę po mie­sią­cach pota­jem­nych spo­tkań - a ona się zgo­dziła. Mniej wię­cej minutę póź­niej wpadł na nas Cooper, a mniej wię­cej kolejną minutę póź­niej zarzu­ciła sobie na ramię torbę NASA niczym tar­czę i, kurwa, wyszła.

Ciesz się, patrząc jak odcho­dzę, Cal­la­han.

Od tam­tej pory zacho­wy­wała się tak, jakby udało jej się wyma­zać mnie ze swo­jego życia bez zasta­no­wie­nia. Nie byłem w sta­nie zmu­sić się do opo­wie­dze­nia Coope­rowi wszyst­kich szcze­gó­łów. Pomimo to poja­wi­łem się na zapla­no­wa­nej randce - cze­ka­łem ponad dwie godziny na wypa­dek, gdyby się poja­wiła - ale ona mnie olała. Nie chcę się do tego przy­znać wła­snemu bratu. Nie, kiedy jego dziew­czyna jest naj­lep­szą przy­ja­ciółką Mii.

- Jesteś pewien, że przez jakiś czas pora­dzisz sobie sam? - pyta. Spo­gląda na Penny. - Powin­ni­śmy zostać w pobliżu? Przyjść na mecz? Wiem, że Mia...

Potrzą­sną­łem głową.

- Nie, ciesz­cie się podróżą. Pozdrów Jamesa i Bex. Pora­dzę sobie.

Penny całuje Coopera w poli­czek. Przy­ciąga ją bli­żej, koły­sząc nie­świa­do­mym ruchem, gdy opiera pod­bró­dek na jej gło­wie. Prze­ły­kam nutę zazdro­ści. Kiedy James zna­lazł Bex, to miało sens - zawsze był stwo­rzony do wiel­kiej miło­ści. Brat­nia dusza, żona, dzieci, biały płot, pies. Kiedy Cooper zna­lazł Penny, było to zasko­cze­niem dla wszyst­kich, ale jemu wyraź­nie to odpo­wia­dało, że ma jedną osobę, na któ­rej może się sku­pić, jedną osobę do kocha­nia. Ni­gdy nie widzia­łem go szczę­śliw­szego, co spra­wia, że jest jesz­cze gorzej, gdyż tęsk­nię za wspól­nymi pod­ry­wami.

Obaj moi bra­cia zasłu­gują na miłość. Jed­nak do bani jest być samot­nym i tęsk­nić za dziew­czyną, która naj­wy­raź­niej chce mieć ze mną mniej wspól­nego niż z psim gów­nem na spo­dzie jej buta.

- Powie­dzie­li­śmy mojemu tacie, że zjemy z nim śnia­da­nie przed wyru­sze­niem w drogę - mówi Penny. Chrzą­kam.

- Jasne. I tak muszę iść na tre­ning.

- Jeśli dosta­niesz infor­ma­cje o draf­cie, gdy nas nie będzie, napisz do mnie - mówi Cooper z lek­kim uśmie­chem. Ponie­waż trwa prze­rwa, miał mnó­stwo czasu, aby sku­pić się na innych rze­czach, a mia­no­wi­cie na tym, gdzie jego zda­niem pod­pi­szę kon­trakt po lip­co­wym draf­cie MLB. Ile­kroć myślę o tym zbyt inten­syw­nie, mój żołą­dek zawią­zuje się w supeł. - Tata wspo­mi­nał coś o Mar­lins? Miami byłoby świetne. - Udaje mi się odwza­jem­nić uśmiech. Nie mia­łem serca powie­dzieć mu, a wła­ści­wie żad­nemu z nich, że zbli­ża­jący się draft wisi nade mną jak szybko nad­cią­ga­jąca burza. To nie­do­rzeczne, bo wła­śnie to powi­nie­nem robić. Mój ojciec chciał stwo­rzyć dzie­dzic­two, więc upew­nił się, że kocham ten sport od momentu, gdy po raz pierw­szy pod­nio­słem kij base­bal­lowy. Base­ball zawsze był moim życiem, a kiedy zostanę powo­łany, będzie moją przy­szło­ścią.

Ale ostat­nio mała część mnie, na tyle gło­śna, że nie mogę jej cał­ko­wi­cie zigno­ro­wać, zasta­na­wia się, czy to wła­ściwa przy­szłość.

Kiedy latem, po ukoń­cze­niu szkoły śred­niej, odrzu­ci­łem pierw­szą ofertę dra­ftu, zamiast tego wią­żąc się z McKee, ozna­czało to, że nie będę się do niego kwa­li­fi­ko­wał dopóki nie skoń­czę dwu­dzie­stu jeden lat. W ten spo­sób postę­puje wielu czo­ło­wych gra­czy base­ballu - zobacz, jaka byłaby oferta, a następ­nie zostań w col­lege'u i zapla­nuj kolejne kroki, gdy kilka sezo­nów póź­niej twoje umie­jęt­no­ści się popra­wią. Jeśli nie­mal codzienne arty­kuły, które wysyła mi Richard, są pre­cy­zyjne, przejdę w pierw­szej run­dzie, praw­do­po­dob­nie do Miami Mar­lins lub Texas Ran­gers. Mówi się już o tym, że Cin­cin­nati Reds mogliby mnie kupić, by mieć w dru­ży­nie Mil­lera. Tego chciał tata. Jeśli zamknę oczy i sku­pię się, wciąż sły­szę spo­sób, w jaki mówił o base­ballu, jego pięk­nie, histo­rii, syme­trii, która uczy­niła go tak trwa­łym w ame­ry­kań­skiej kul­tu­rze. Sły­nął z cier­pli­wo­ści, ale był też wul­ka­nem ener­gii w polu pał­ka­rza, goto­wym do ude­rze­nia. Rekord home run w Natio­nal League, usta­no­wiony przez niego w ostat­nim sezo­nie przed wypad­kiem, pozo­staje nie­po­bity.

Wiele osób, ocze­kuje, że to ja go pobiję.

To poetyc­kie, że po dzie­się­ciu latach od tra­gicz­nego wypadku, który zbyt wcze­śnie zabrał z gry jed­nego z naj­lep­szych gra­czy base­ballu, jego syn może zostać wybrany w draf­cie. Nie było więk­szej tra­ge­dii w base­ballu od czasu śmierci Thur­mana Mun­sona w kata­stro­fie lot­ni­czej. Pew­nego dnia zadzwo­nili z "The Spor­t­sman", naj­star­szego maga­zynu spor­to­wego w kraju, z prośbą o udzie­le­nie im wywiadu, ale ja jesz­cze nie byłem w sta­nie tego zro­bić.

Bez względu na to, jak bar­dzo zależy mi na base­ballu - bez względu na to, jak żywy się czuję, gdy gonię lecącą piłkę, gdy ude­rzam line drive'a, gdy wśli­zguję się na home plate - to nie jest tylko moje. Kiedy roz­pocz­nie się moja przy­szłość w MLB, porów­na­nia będą coraz bar­dziej inten­sywne. Syn wiel­kiego Jake'a Mil­lera.

Nie mogę zawieść taty, to nie wcho­dzi w grę. Chciał dla mnie jed­nego i to było to. Zgi­nął w strasz­nym, nie­spra­wie­dli­wym momen­cie, z ręką wycią­gniętą tak, jakby mogła uchro­nić sie­dzącą tuż obok niego moją matkę przed śmier­cią. Mogę teraz nosić nazwi­sko Cal­la­han na ple­cach koszulki, ale kiedy to będzie moja praca, ocze­ki­wa­nia będą inne. Więc po pro­stu trzy­mam ten pie­przony uśmiech przy­kle­jony do mojej twa­rzy.

- Jasne - mówię bratu. - Może to będzie Miami. Szczę­śli­wej podróży. Zasłu­ży­łeś na nią.

Rozdział 4

4

MIA

13 marca

WŁA­ŚNIE OTWIE­RAM SMS od Penny - chłopcy mają się dobrze, spę­dzają noc u Coopa - kiedy roz­lega się puka­nie do drzwi.

Zsu­wam się z łóżka, drżąc, gdy moje bose stopy doty­kają pod­łogi. W głowie dudni mi od alko­holu, który wla­łam w sie­bie w Red's, i jestem pewna, że nie pomo­gło mi wpa­try­wa­nie się w ciem­no­ści w lap­top, pozwa­la­jąc, by zalało mnie nie­bie­skie świa­tło. Działo się to mię­dzy gapie­niem się w sufit, a koń­cze­niem pracy na kurs astro­no­mii gwiezd­nej, a obi­ja­jąc się, nie dosta­jesz się do labo­ra­to­riów badaw­czych finan­so­wa­nych przez NASA.

A może chcia­łam odwró­cić od niego swoją uwagę.

Seba­stian Mil­ler-Cal­la­han.

Seba­stian, który uśmie­cha się do mnie od czasu wizyty w kinie zeszłej jesieni.

Seba­stian, który nazywa mnie słodką, kiedy docho­dzę.

Seba­stian, który dla mnie ude­rzył.

Kto do cho­lery robi takie rze­czy?

Naj­wy­raź­niej chłopcy Cal­la­han. Sły­sza­łam opo­wie­ści Penny o bra­cie Seba­stiana, Coope­rze, w któ­rym jest obrzy­dli­wie zako­chana. Nie­na­wi­dzi­ła­bym tego, gdyby nie to, że ją kocham, uwiel­biam widzieć ją szczę­śliwą. Jest typem dziew­czyny, którą chce się przed­sta­wić rodzi­com. Taką, która zasłu­guje na kocha­jący zwią­zek.

A potem jestem ja.

Nie powin­nam cią­gle wpusz­czać Seba­stiana. W ten czy inny spo­sób tylko go zra­nię. Pró­bo­wa­łam wcze­śniej, wło­ży­łam bluzę kolegi z dru­żyny Coopera na mecz hokeja, cho­ciaż Seb popro­sił mnie, żebym tego nie robiła, a on po pro­stu obrzu­cił mnie wzro­kiem i zigno­ro­wał. Cier­pliwy jak zawsze. A potem w barze jakiś dzi­wak pró­bo­wał nagrać mnie i Penny, a on ode­rwał mnie od niego, zanim dołą­czył do Coopera.

Pod­cho­dzę do drzwi i otwie­ram je.

- Hej - wzdy­cha. Jego głos jest zachryp­nięty; nie tylko od ude­rze­nia w gar­dło pod­czas walki, ale także od wcze­śniej­szej gry. Tylko, że jego głos był tak dono­śny jak głos Penny - roz­ma­wiałyśmy już o tym, że ni­gdy nie widzia­ły­śmy braci, któ­rzy są tak bli­sko. - Mogę wejść?

Jego oczy są przy­ćmione i wyczer­pane, a poli­czek spuch­nięty i pokryty sinia­kami. Ma też roz­cię­cie na czole, na wpół ukryte pod potar­ga­nymi włosami. Chwy­tam go za rękę i pro­wa­dzę do środka. Siada ostroż­nie na małej kana­pie we wspól­nej czę­ści miesz­ka­nia. Mamy mini lodówkę, więc biorę paczkę lodu z zamra­żarki i zawi­jam ją w koszulkę, zanim mu ją podam.

- Na pewno nie masz wstrząsu mózgu? - pytam, pozo­sta­jąc przy drzwiach.

Odwraca się do mnie powoli, jakby pró­bu­jąc zmi­ni­ma­li­zo­wać ból. Ruch spra­wia, że się krzywi. Odpy­cham ogar­nia­jący mnie lęk.

- Zba­dali mnie na pogo­to­wiu, jestem cały. Cooper potrze­bo­wał szwów. - Nie­po­kój pogłę­bia się. Gwał­tow­nie powięk­sza­jąca się czarna dziura, gro­żąca wcią­gnię­ciem mnie do środka.

Wdał się dla mnie w bójkę.

To nie ma zna­cze­nia.

Usi­łuję wykrzy­wić twarz. To bez­pieczne. To uśmie­chy wpę­dzają mnie w kło­poty, a nie gry­masy.

- Nie pro­si­łam cię o bycie moim ryce­rzem w lśnią­cej zbroi.

- Nie mia­łem zamiaru pozwo­lić, żeby ten dupek cię ude­rzył. Ani Penny. Ani Coopera, jeśli o to cho­dzi.

Jego głos jest ostry. To głos, w któ­rym nie ma miej­sca na dys­ku­sję. Wzdry­gam się, nawet jeśli część mnie - mała, ale iry­tu­jąco gło­śna część mnie - lubi ten ton i to, co może obie­cać.

Par­sk­nę­łam.

- Cooper miał ze trzy­dzie­ści fun­tów mię­śni wię­cej od tego gościa. Był nikim. Mogłam go zała­twić.

- Nie mia­łem zamiaru na to pozwo­lić.

- Potra­fię o sie­bie zadbać.

- Nie powie­dzia­łem, że nie potra­fisz. - Wstaje, pod­cho­dzi do mnie i przy­ci­ska mnie do drzwi. Prze­ły­kam, wpa­tru­jąc się w te cudowne zie­lone oczy, które poże­rają mnie za każ­dym razem, gdy jeste­śmy razem w pokoju. To co jest mię­dzy nami, to tajem­nica, a takie gówno jak bro­nie­nie mnie w widocz­nej dla wszyst­kich bójce grozi, że wszystko się wyda. Powin­nam mu powie­dzieć, żeby poszedł do domu i prze­stał do mnie pisać. - Tylko, że ni­gdy nie pozwo­lił­bym ci wal­czyć samej.

To nie może być czymś wię­cej, niż sypia­nie razem. Nie może być czymś wię­cej, niż te wspólne chwile nocą, jak­by­śmy byli jedy­nymi żyją­cymi oso­bami, moje ciało pło­nące dla niego. Sieć reak­cji che­micz­nych roz­wi­ja­jąca się mię­dzy nami. Się­gam do siniaka, a on syczy, przy­cią­ga­jąc mnie bli­żej.

Nasze usta są zale­d­wie cen­ty­me­try od sie­bie, pochy­lamy się ku sobie. Razem. Czy­sty magne­tyzm.

Przy­gry­zam jego wargę. Jęczy, spra­wia­jąc, że mój żołą­dek pod­ska­kuje. Uśmie­cha się, po czym, aby nie czuć się gor­szym, przy­gryza moją wargę. Jego dło­nie chwy­tają moje bio­dra tak łatwo jak kij base­bal­lowy, a moje paznok­cie dra­pią jego plecy przez zbyt cienki swe­ter, który ma na sobie. Kiedy oboje sapiemy, odry­wamy się od sie­bie tylko po to, by zbli­żyć się jesz­cze bar­dziej; jego noga mię­dzy moimi, moje ręce wpla­ta­jące się w jego włosy. Blond kosmyki, tak różne od wło­sów jego przy­bra­nej rodziny, są wciąż zimne od mar­co­wego powie­trza na zewnątrz.

Chcę go zacią­gnąć do mojej sypialni. Penny nie wróci dziś wie­czo­rem, nie kiedy ma chło­paka ze świeżo zało­żo­nymi szwami, któ­rym musi się opie­ko­wać. To, co robię z Seba­stia­nem, nie­bez­piecz­nie zbliża się ku temu samemu, ale ist­nieje wystar­cza­jąco dużo róż­nic, że mogę odrzu­cić tę myśl. Pra­wie. Cofam się, mimo że jestem uwię­ziona mię­dzy nim a drzwiami.

Moż­liwe, że zatrzy­mana jest lep­szym sło­wem niż uwię­ziona.

- Mia - zaczyna.

Nie daję mu szansy na dokoń­cze­nie myśli. Ma do wyboru mój pokój albo kory­tarz. Kory­tarz byłby bez­piecz­niej­szy, ale nie mogę wypchnąć go dziś na mróz. Nie, kiedy przeze mnie ma siniaka na twa­rzy. Nie wtedy, gdy chwy­cił mnie w talii i zabro­nił się ruszać, jak­bym była podatna na zła­ma­nia. Jak­bym była dziew­czyną, która potrze­buje ryce­rza w lśnią­cej zbroi, z mie­czem w ręku, jed­nego z boha­te­rów fan­ta­zji Penny, który stałby się realny. Ni­gdy tego nie potrze­bo­wa­łam, ale jakaś część mnie musi tego chcieć, bo zabie­ram go do sypialni, zamy­kam drzwi i mówię mu, żeby spra­wił, że zacznę krzy­czeć.

Rozdział 5

5

MIA

GDY NASTĘP­NEGO DNIA idę przez kam­pus z kawą w ręku, dzwoni Giana.

Zazwy­czaj jej tele­fony przy­bie­rają jedną z dwóch form: narze­ka­nie na naszą fami­lię lub prze­słu­chi­wa­nie mnie, aby mogła prze­ka­zać infor­ma­cje rodzi­nie. Ani jedno, ani dru­gie nie brzmi teraz zachę­ca­jąco, zwłasz­cza że wciąż jestem dumna po roz­mo­wie z pro­fe­sor San­toro. Mój umysł jest pełen pomy­słów na to, jak przy­czy­nić się do jej pro­jektu. Jej bada­nia są czę­ścią misji NASA, mają­cej na celu odkry­cie miliar­dów egzo­pla­net ukry­wa­ją­cych się w ciem­no­ściach kosmosu. Celem jest zna­le­zie­nie dru­giej Ziemi - ale każda egzo­pla­neta odkrywa coś nowego na temat wszech­świata.

Ponie­waż nie możemy zoba­czyć egzo­pla­net bez­po­śred­nio za pomocą naszej obec­nej tech­no­lo­gii, musimy polo­wać na nie w inny spo­sób. Pro­fe­sor San­toro pra­cuje nad nowym spo­so­bem pomiaru wła­ści­wo­ści atmos­fery w celu okre­śle­nia szcze­gó­łów doty­czą­cych egzo­pla­net i jeśli uda mi się prze­ro­bić kod pro­gramu któ­rego używa, mogli­by­śmy uzy­skać znacz­nie dokład­niej­sze dane na temat tych potwier­dzo­nych.

Myśl o tych wszyst­kich pla­ne­tach, pięk­nych w obcy spo­sób... wystar­czy, bym zatrzy­mała się i spoj­rzała w niebo, mimo że jest pora­nek. Przy­bie­ram neu­tralny wyraz twa­rzy, zanim odbie­ram połą­cze­nie wideo.

Przy­naj­mniej kam­pus w więk­szo­ści opu­sto­szał na lato, więc w pobliżu nie ma nikogo, kto mógłby pod­słu­chać moją roz­mowę. Niebo zasnute jest alto­cu­mu­lu­sami, z któ­rych każda jest tak puszy­sta jak kawa­łek waty cukro­wej. Kilka lat temu naukowcy odkryli WASP-121b, egzo­pla­netę pokrytą meta­lo­wymi chmu­rami, z któ­rych leją się płynne kamie­nie szla­chetne. Deszcz, tak jak na Ziemi, ale zupeł­nie obcy - i odda­lony o 855 lat świetl­nych. Kiedy powie­dzia­łam o tym Penny, zażar­to­wała, że to ja jestem tą pla­netą.

- Hej, Mi-Mi - wita się Giana. W szkole pod­sta­wo­wej w New Jer­sey wciąż trwają lek­cje, więc musi być na prze­rwie obia­do­wej; widzę za nią ścianę pokrytą jaskra­wymi pla­ka­tami. Jej gęste włosy są spięte w kucyk, a w uszach błysz­czą małe dia­menty. - Jak leci?

Wal­czę z uśmie­chem na dźwięk mojego prze­zwi­ska z dzie­ciń­stwa. Jest jedyną osobą, która mnie tak nazywa. W zamian jestem jedyną osobą, która nazywa ją Gi-Gi.

- Dobrze.

- Ład­nie tam macie.

Idę dalej.

- Na zewnątrz jest dość gorąco.

- Prawda? Dzieci myślą, że już są waka­cje. Nie chcą wyko­ny­wać żad­nej pracy. - Bie­rze łyk wody i dodaje: - Zaczę­łaś pisać już pracę? Mama pytała.

- Nie. - Mrużę oczy, patrząc na drzewa. - To zaję­cia wyrów­naw­cze, więc naj­pierw muszę pocze­kać na zakoń­cze­nie seme­stru. Mam na myśli, ich seme­stru.

- Powin­naś przy­je­chać na kilka dni, zanim zaczniesz. W tym roku nie przy­je­cha­łaś nawet na Wiel­ka­noc. - Nie chcia­łam mieć nic wspól­nego z Wiel­ka­nocą. Ani z kato­lic­kim nabo­żeń­stwem, ani z roz­ma­ry­no­wym baran­kiem babci, ani nawet z pastiera napo­le­tana mamy. Ani z polo­wa­niem na jajka na podwórku, ani z moimi małymi kuzy­nami bie­ga­ją­cymi dookoła w swo­ich wykroch­ma­lo­nych stro­jach i z brud­nymi rękami. Zamiast tego spę­dzi­łam ten dzień odra­bia­jąc szkolne zada­nia, mimo że wypadł w cza­sie ferii wio­sen­nych. Nie lubi­łam świąt, odkąd zmarł nonno.

- Biorę dodat­kowe zmiany w kawiarni przed jej zamknię­ciem.

The Pur­ple Ket­tle, kawiar­nia na kam­pu­sie, w któ­rej pra­cuję w trak­cie seme­stru, została zamknięta dwa dni temu na okres letni. Kolejne kłam­stwo do doda­nia. Moja rodzina myśli, że zostaję w Moor­bridge, aby w ramach przy­spie­szo­nych stu­diów z naucza­nia poma­gać uczniom szkół śred­nich, któ­rzy oblali zaję­cia z przed­mio­tów ści­słych - ale nie spę­dzi­łam nawet sekundy na tym wydziale. Jeśli kie­dy­kol­wiek będę uczyć, to tak jak pro­fe­sor San­toro. Jako roz­sze­rze­nie moich badań i część mojej kariery, a nie całość. A już na pewno nie jako przed­sta­wia­nie gim­na­zja­li­stom kon­cep­cji for­mo­wa­nia się chmur czy cze­go­kol­wiek, co moja rodzina uważa za mak­si­mum moich moż­li­wo­ści.

- Cóż, jeśli mia­ła­byś prze­rwę, wszy­scy chcie­liby cię zoba­czyć. Nie jestem pewna, ale wydaje mi się, że Michelle znów jest w ciąży.

Wysy­łam modli­twę do nieba. Mój brat cza­sami potrafi być dup­kiem, ale jego żona jest wspa­niała.

- To super.

- Prawda? Tym razem chcemy być cio­ciami dla małej dziew­czynki. Dość z chło­pa­kami.

- Anthony nie wie­działby, co zro­bić z dziew­czynką. - Ma synów bliź­nia­ków i obaj są mini­tor­na­dami cha­osu. Giana i jej mąż nie będą daleko w tyle. Założę się, że jeśli Michelle jest w ciąży i będzie to dziew­czynka, Giana nie wytrzyma do Bożego Naro­dze­nia, zanim zacznie sta­rać się o wła­sne dziecko.

Ta myśl przy­pra­wia mnie o dresz­cze. Prze­strzeń kosmiczna nie prze­raża mnie ani tro­chę. Ale ciąża? Bycie odpo­wie­dzialną za utrzy­ma­nie dziecka przy życiu? Ni­gdy mnie to nie inte­re­so­wało. W rze­czy­wi­sto­ści bar­dzo mnie to prze­raża, jeśli myślę o tym zbyt mocno. To kolejne kłam­stwo, któ­rym kar­mię moją rodzinę: Jasne, nie mogę się docze­kać, aż wyjdę za mąż i będę mieć dzieci. Pew­nego razu powie­dzia­łam mamie, że nie jestem pewna, czy chcę wyjść za mąż i mieć dzieci. Nakrzy­czała na mnie, przy­po­mi­na­jąc o moich obo­wiąz­kach jako kobiety i w sto­sunku do mojej rodziny.

- Racja - mówi Giana. - W każ­dym razie, jeśli nie możesz odwie­dzić nas teraz, to przy­naj­mniej przy­jedź na grilla w czerwcu. Nana będzie pła­kać, jeśli nie przy­je­dziesz.

- Nana ni­gdy w życiu nie uro­niła łzy. - To jedna z wielu rze­czy, które w niej sza­nuję, mimo że nasze rela­cje są, naj­de­li­kat­niej mówiąc, trudne. Na pogrze­bie nonno stała wypro­sto­wana, w czar­nym welo­nie, z twa­rzą pokrytą maki­ja­żem i oczami suchymi jak koryto rzeki pod­czas fali upa­łów. Żad­nych łez pod­czas czu­wa­nia, żad­nych łez pod­czas pogrzebu. Żad­nych łez pod­czas póź­niej­szego pry­wat­nego spo­tka­nia rodzin­nego, kiedy mój ojciec i wuj­ko­wie upi­jali się grappą i wzno­sili toa­sty za jego życie.

Ja nie byłam taka silna. Zamknę­łam się w pokoju i pła­ka­łam aż do utraty tchu.

Wspi­nam się na jedno z wielu wzgórz McKee, trzy­ma­jąc tele­fon wyżej, więc moja twarz wciąż znaj­duje się w kadrze. Aka­de­mik, w któ­rym zatrzy­muję się na lato, to jeden ze sta­rych budyn­ków dla stu­den­tów pierw­szego roku, poło­żony na skraju kam­pusu, na szczy­cie jed­nego z naj­bar­dziej stro­mych wzgórz. Nawia­sem mówiąc, to ten sam, w któ­rym pozna­łam Penny. Przy­je­cha­łam pierw­sza i zasta­na­wia­łam się, gdzie umie­ścić mój pla­kat z Galak­tyką Andro­medy, gdy wtar­gnęła ona, wicher rudych wło­sów, pie­gów i ner­wo­wej ener­gii. Miała ze sobą wię­cej ksią­żek niż ubrań i prze­rzu­cone przez ramię łyżwy. Przyj­rzała się mojej czar­nej, skó­rza­nej kurtce i gla­nom, wyczuła ner­wową, aro­gancką ener­gię, którą musia­łam ema­no­wać, zamru­gała i wycią­gnęła rękę.

Postrze­gała mnie lepiej niż kto­kol­wiek inny. Lepiej niż moja wła­sna sio­stra. Na­dal tak jest.

Moja praw­dziwa sio­stra wzdy­cha przez tele­fon. Mogę powie­dzieć, że od wykładu dzielą mnie jakieś trzy sekundy, więc mówię:

- Idę na spo­tka­nie. Poroz­ma­wiamy póź­niej.

- Powiedz, że przy­je­dziesz na grilla - nalega. - Dla mnie, Mi-Mi, pro­szę. Nie martw się o naszych rodzi­ców, bab­cię czy kuzy­nów.

Prze­su­wam kartę, by wejść do budynku i popy­cham cięż­kie drzwi. Tutaj też jest gorąco. Lato bez kli­ma­ty­za­cji to mor­der­stwo dla moich wło­sów.

Przy­naj­mniej mój pokój jest na pierw­szym pię­trze. W końcu cie­pło unosi się do góry.

- W porządku - mówię. Popo­łu­dnie w oto­cze­niu mojej bar­dzo dużej dal­szej rodziny, przy­ja­ciół z sąsiedz­twa, wszyst­kich z kościoła - mogę to znieść. Nie wiem dla­czego i jak moi rodzice zapo­cząt­ko­wali tę tra­dy­cję, ale trwa ona już ponad dwa­dzie­ścia lat: wiel­kie let­nie gril­lo­wa­nie u di Ange­los. Nie spę­dzi­łam czasu z sio­strą od Bożego Naro­dze­nia, a nawet wtedy przez połowę tego czasu była z rodziną swo­jego męża Petera.

- Wow! - Jej uśmiech chwyta mnie za serce. - Kocham cię, Mi-Mi.

Oddech więź­nie mi w gar­dle.

- Też cię kocham, Gi-Gi.

Naprawdę. Naprawdę tak. Kocham moją rodzinę tak bar­dzo, że boli mnie świa­do­mość, że nie jestem córką, jakiej chcieli. Nie taką, jak pla­no­wali. Pró­bo­wa­łam wpa­so­wać się w to pudełko - z moją sek­su­al­no­ścią, z moimi pasjami - i to po pro­stu nie dzia­łało. Nie­moż­liwe było pozo­sta­nie tam, ści­śniętą, i wzię­cie peł­nego odde­chu. Nonno był jedyną osobą, która to rozu­miała.

Gdyby żył, wspie­rałby moją karierę i nie dała­bym się zła­pać w to głu­pie kłam­stwo. W prze­szło­ści Giana pró­bo­wała, ale odkąd wyszła za mąż, zacho­wuje się jak mama i nasze ciotki. Mimo wszystko na­dal kocham ich i moje dzie­dzic­two. I potra­fię być przy­ja­zna w małych daw­kach. Penny sama to powie­działa.

Pra­wie się pośli­zgnę­łam, idąc kory­ta­rzem do mojego pokoju. Spo­glą­dam na pod­łogę, robiąc minę, gdy widzę, że jest pokryta wodą. Może jakiś idiota zosta­wił odkrę­cony kran w łazience. Na końcu kory­ta­rza otwie­ram drzwi, które przy­kle­iły się do fra­mugi.

Otwie­ram usta.

- Jasna cho­lera.

Mój pokój jest zalany. Bez drzwi zatrzy­mu­ją­cych stru­mień, woda wlewa się do kory­ta­rza, roz­le­wa­jąc się po moich tramp­kach. Spo­glą­dam w górę; woda sączy się z pęk­nię­cia w sufi­cie, mocząc abso­lut­nie wszystko. Łóżko. Moje ubra­nia, wciąż w otwar­tej walizce na pod­ło­dze. Buty koły­szą się na wodzie. Moje wspa­niałe zamszowe buty, moje ulu­bione, są prze­mo­czone. Znisz­czone. Robię krok i natych­miast się poty­kam. Sza­mo­czę się, pró­bu­jąc przy­trzy­mać się ramy łóżka, ale zamiast tego ląduję w zim­nej, obrzy­dli­wej wodzie. Nie mogę się powstrzy­mać przed wyda­niem z sie­bie bar­dzo zawsty­dza­ją­cego krzyku.

Rozdział 6

6

SEBA­STIAN

- A CO Z NIĄ? ONA JEST GORĄCA.

Zer­kam na Rafa­ela. Zagląda mi przez ramię do tele­fonu, wścib­ski drań. Nie pyta­łem go o zda­nie, ale z pew­no­ścią dziew­czyna z pro­filu jest atrak­cyjna. Naj­wy­raź­niej wie, że swoim uśmie­chem potrafi spra­wić, że faceci się zatrzy­mują i gapią.

Tak się składa, że jest bru­netką.

Prze­su­wam w lewo.

- Stary - mówi. - Prze­su­ną­łeś pal­cem w lewo co naj­mniej dzie­sięć razy.

Kilka stóp dalej, roz­cią­gnięty na ławce rezer­wo­wych, jakby to była wygodna stara kanapa, Hun­ter unosi brew. Zdej­muje bejs­bo­lówkę z logo McKee, ocie­ra­jąc pot z czoła. Mimo że jest począ­tek maja, w Nowym Jorku panuje let­nia wil­goć. Tre­ning zakoń­czył się kilka minut temu, ale zosta­li­śmy jesz­cze, aby poroz­ma­wiać o jutrzej­szym, otwie­ra­ją­cym serię, meczu z Bry­ant Uni­ver­sity i usta­lić plany na póź­niej. To mecz miej­scowy, zapla­no­wany na wie­czór, więc dziś możemy wyjść, wypić kilka piw w Red's, obej­rzeć mecz Met­sów i na­dal z łatwo­ścią radzić sobie z przed­me­czową rutyną.

Przy­go­to­wa­nia Hun­tera do meczu są dro­bia­zgowe i prze­siąk­nięte prze­są­dami. Ni­gdy mnie to nie obcho­dziło - rów­nie dobrze mógł­bym zali­czyć home run w czar­nej bie­liź­nie, jak i w nie­bie­skiej - ale ni­gdy mu tego nie powiem. Cokol­wiek, byśmy znów zaczęli tra­fiać, co drę­czyło nas przez cały sezon. Jeśli nie zaczniemy wygry­wać o wiele czę­ściej w ciągu naj­bliż­szych kilku tygo­dni, prze­ga­pimy play offy. Nasz rekord nie wpły­nie zbyt­nio na mój doro­bek w draf­cie, ale muszę zna­leźć spo­sób, by pod­nieść swoją śred­nią, zanim poja­wią się ofi­cjalne sta­ty­styki.

Zer­kam na następny pro­fil. Jest blon­dynką. Ładne cycki. Uśmiech, lekko skrzy­wiony, tro­chę bez­czelny. Prze­su­wam pal­cem w prawo. Żad­nych nie­spo­dzia­nek, zmat­cho­wa­li­śmy się.

- No i ele­gancko - mówi Raf. Stuka swoim ramie­niem o moje. - Założę się, że wyśle ci wia­do­mość za trzy, dwa...

Poja­wia się powia­do­mie­nie. Uśmie­cha się.

- To było do prze­wi­dze­nia.

Igno­ruję go, odpo­wia­da­jąc jej. Ma na imię Regina. Wydaje mi się zna­joma, ale nie muszę się nad tym długo zasta­na­wiać, ponie­waż zbyt chęt­nie mówi mi, że sie­dzie­li­śmy przy tym samym sto­liku na etyce w zeszłym seme­strze. Jest wolna za godzinę. Zatrzy­muje się w jed­nym z aka­de­mi­ków na semestr letni.

Zbyt łatwe.

- Tylko ty zamie­nił­byś uni­ka­nie w spo­sób na pod­ryw jesz­cze więk­szej liczby dziew­czyn niż zwy­kle - mówi Hun­ter. W jego gło­sie sły­chać ostrożną nutę, żart, zanim ude­rzy mnie czymś praw­dzi­wym, a na jego gład­kiej, jasno­brą­zo­wej twa­rzy widać zmar­twie­nie.

Stoję. Nie jestem w nastroju. Nie chcę słu­chać o tym, jak od pół­tora mie­siąca pozwa­lam Mii di Angelo bez prze­rwy sie­dzieć w mojej gło­wie. Mam już tego dość ze strony Coopera. W końcu Hun­ter ma dziew­czynę, trwa w dłu­gim związku ze swoją uko­chaną z liceum odkąd go znam. Uro­czy­sta rada Rafa­ela była smacz­niej­sza. Usiadł ze mną, wycią­gnął ze mnie zwie­rze­nia i powie­dział z zaska­ku­jącą powagą:

- Jedyną metodą na to jest pie­prze­nie się.

Zasta­na­wiam się, kto dał Mii tę samą radę. Na pewno nie Penny.

Ciesz się, patrząc, jak odcho­dzę, Cal­la­han.

Jedy­nym spo­so­bem, aby jej głos ucichł, przy­naj­mniej na chwilę, jest zna­le­zie­nie kogoś innego, z kim mógł­bym się roz­pro­szyć. Albo to, albo uża­la­nie się nad sobą. Naprawdę nie mam się na czym oprzeć, jeśli cho­dzi o pod­ryw Mii, ponie­waż poświę­cam cały wolny czas na zna­le­zie­nie wła­snego towa­rzy­stwa... o ile nie jest bru­netką.

- On ma misję - mówi Raf.

- Wypie­przyć każdą blon­dynkę na kam­pu­sie McKee - kontr­uje Hun­ter.

- Cóż, nie - przy­znaje Raf. - Powi­nien też pie­przyć bru­netki.

Prze­wie­szam torbę na ramię.

- Przy­ją­łem do wia­do­mo­ści.

- Na świe­cie są inne wło­skie laski. Także te mniej sza­lone.

Zatrzy­muję stopę na ławce dla rezer­wo­wych.

- Ona nie jest sza­lona.

- Ona jest "wyjąt­kowa" - mruk­nął Hun­ter.

- Nie rób tego - wark­ną­łem. - Nie nazy­waj jej wariatką tylko dla­tego, że ze mną zerwała. Nie nazy­waj nikogo waria­tem, to kurew­sko nie­grzeczne.

Rafael i Hun­ter wymie­niają spoj­rze­nia. Gęste brwi Rafy gubią się w jego rów­nie gęstych wło­sach.

- Czy można z kimś zerwać, jeśli nie jest się razem? Jeśli fak­tycz­nie odma­wiasz okre­śle­nia sytu­acji, potem w końcu zga­dzasz się na randkę, gdy poprosi o to po raz drugi, a póź­niej ucie­kasz i go ole­wasz?

Moje policzki roz­grzały się do czer­wo­no­ści. W ten spo­sób moja pogoń za nią brzmi żało­śnie.

- Prze­stań.

- Ja tylko zadaję pyta­nie.

- Prze­stań - mówię ponow­nie, z ostrzej­szą nutą w gło­sie. Serce wali mi z potrzeby bro­nie­nia jej, mimo tego, jak sprawy się poto­czyły. Nie powie­dzia­łem wszyst­kiego mojemu bratu, ale komuś musia­łem, więc wybra­łem moich dwóch naj­lep­szych przy­ja­ciół spoza rodziny. Poża­ło­wa­łem tego w chwili, gdy skoń­czy­łem mówić, zwłasz­cza że zauwa­ży­łem, że Raf sta­rał się, aby nie powie­dzieć cze­goś cho­ler­nie nie­mi­łego o Mii. Tak jak teraz. Takt to dla niego obce poję­cie. Nie powi­nie­nem był wspo­mi­nać o dwóch godzi­nach cze­ka­nia w Vesu­vio na wypa­dek, gdyby się poja­wiła. - Nie mów o niej.

Wygląda na nie­mal smut­nego.

- Wywi­nęła ci numer, stary. Musisz sobie z tym pora­dzić.

- Jest tutaj pod­czas lata, prawda? - pyta Hun­ter. Jego głos znów jest ostrożny, jakby mar­twił się, że zaraz wybuchnę. - Natkniesz się na nią. Musisz zna­leźć spo­sób, by ruszyć dalej.

- Nic mi nie jest. Naprawdę. - Zdej­muję z głowy bejs­bo­lówkę i wrzu­cam ją do torby, prze­cze­su­jąc dło­nią spo­cone włosy. Wszystko, czego potrze­buję, to prysz­nic, zmiana ubrań i popo­łu­dniowe bzy­kanko z Reginą z zajęć z etyki i będę gotowy do dzia­ła­nia. Mia jest tu na lato, pra­cuje nad pro­jek­tem badaw­czym swo­jej men­torki, ale jestem pewien, że zigno­ruje mnie, jeśli wpad­niemy na sie­bie w Star­buck­sie lub Stop & Shop. Gdy zoba­czę jej cudowne ciemne włosy, zbom­bar­dują mnie drobne odłamki wspo­mnień. Nocne SMS-y. Ten jeden raz, kiedy udało mi się dla niej ugo­to­wać - tylko śnia­da­nie, ale to zawsze coś - a ona dro­czyła się, że to lep­sze niż orgazm. Spoj­rze­nia, które wymie­nia­li­śmy, gdy nikt nie patrzył. Ani Cooper, ani Penny, ani żaden z naszych przy­ja­ciół.

Może Rafael ma rację. Muszę prze­le­cieć bru­netkę.

- Zoba­czymy się póź­niej w Red's.

- Zała­twię nam sto­lik - obie­cuje Hun­ter. - Julio, Levine i Big Miggy też przy­jadą. Może Hops i Ozzy.

- A więc połowa zespołu - mówię sucho. - Będziemy potrze­bo­wać dwóch sto­li­ków.

- To ładna pora roku - stwier­dza Raf. - W Red's jest spo­koj­nie.

- Nie żeby­śmy nie byli fanami hoke­jo­wej ekipy two­jego brata - mówi Hun­ter z uśmie­chem.

Ten uśmiech to oferta pokoju. Zgoda na znik­nię­cie na całe popo­łu­dnie. Kiwam głową i bie­gnę przez boisko do szatni.

- - -

W chwili, gdy docie­ram do maleń­kiego zakątka kam­pusu, w któ­rym znaj­duje się aka­de­mik, znów jestem spo­cony; jazda nie była wystar­cza­jąco długa, aby kli­ma­ty­za­cja zaczęła dzia­łać. Regina czeka na mnie w drzwiach, wyglą­da­jąc tak samo jak moje mgli­ste wspo­mnie­nie z zajęć z etyki - cytry­nowe blond włosy, skrzy­wiony uśmiech - ubrana w poma­rań­czową sukienkę, która kusząco przy­lega do jej ciała.

- Prze­pra­szam, ale w tym budynku nie ma kli­ma­ty­za­cji - mówi, łapiąc mnie za rękę i cią­gnąc do scho­dów. Jej pokój znaj­duje się na trze­cim pię­trze. Budy­nek, który musi być w więk­szo­ści pusty, odbija echo naszych kro­ków. Ma na sobie japonki, któ­rych pode­szwy ude­rzają o zużytą drew­nianą pod­łogę, która z jakie­goś powodu jest mokra. Mia nie wydaje mi się dziew­czyną w japon­kach. Założę się, że nosi san­dały, jeśli jest zbyt gorąco na buty z zakry­tymi pal­cami. Wiem, że maluje paznok­cie na jed­no­litą czerń.

Potrzą­sam w myślach głową. To zde­cy­do­wa­nie nie jest czas na myśle­nie o paznok­ciach Mii di Angelo. Nie wtedy, gdy Regina-jak-jej-tam-na-nazwi­sko robi maślane oczy. Jej oczy są brą­zowe i chyba ładne, ale mają znacz­nie jaśniej­szy odcień niż oczy Mii. Oczy Mii przy­po­mi­nają mi świeżo upra­wianą zie­mię. Piękne w naj­bar­dziej natu­ralny spo­sób.

Zanim jesz­cze Regina otwo­rzy drzwi do swo­jego pokoju, bawi się ramiącz­kami sukienki, pozwa­la­jąc im zsu­nąć się z jej umię­śnio­nych ramion.

- Byłam na twoim meczu tam­tego dnia - mówi, a jej uśmiech zmie­nia się w chy­try, gdy prze­ciąga paznok­ciami po mojej klatce pier­sio­wej. - Masz siniaka od tego prze­chwytu?

Nachy­lam się, pra­wie muska­jąc jej usta, ale nie do końca.

- Tak.

- Chcesz bym go poca­ło­wała? - Odwraca głowę, jej mię­towy oddech owiewa moje ucho, zanim bie­rze pła­tek do ust. Cie­pło prze­szywa mnie z powodu draż­nią­cej pokusy, nawet jeśli dzieje się to z nie­wła­ściwą dziew­czyną. Jej dło­nie odnaj­dują rąbek mojej koszuli, cią­gnąc za nią, dopóki nie zro­zu­miem pod­po­wie­dzi i nie ścią­gnę jej przez głowę.

- To nie jedyna część cie­bie, którą chcę cało­wać, Seba­stia­nie.

To jest łatwe - tak łatwe. Nie wymaga myśle­nia poza pod­ję­ciem decy­zji, czy chcę pozwo­lić jej ssać mojego kutasa, czy też chcę ją porząd­nie zerżnąć. Zanim wysia­dłem z samo­chodu, upew­ni­łem się, że mam w kie­szeni pre­zer­wa­tywę. Zakła­dam jej nogę wokół mojej talii, jęcząc, gdy mnie całuje. Nie mogę się powstrzy­mać przed ponow­nym porów­na­niem. Jej poca­łu­nek jest zbyt mokry. Jej piersi przy­jem­nie przy­le­gają do mnie, ale są niczym w porów­na­niu z jędr­no­ścią piersi Mii. Nie pach­nie też dobrze - cytru­sami zamiast jaśmi­nem.

Otwiera drzwi i gdy tylko wcho­dzimy do środka, osuwa się na kolana, a jej oczy błysz­czą, gdy spo­gląda w górę. Sięga do mojego pasa swo­imi dłu­gimi, różo­wymi paznok­ciami. Wpa­truję się w nią, zamro­żony.

- Kocha­nie...

Ktoś krzy­czy.

Dźwięk prze­szywa powie­trze, spra­wia­jąc, że wpa­dam w popłoch. Pra­wie prze­wra­cam Reginę w pośpie­chu, by dostać się do drzwi. Woła za mną, ale igno­ruję to, pędząc po scho­dach po dwa naraz. Serce więź­nie mi w gar­dle, ude­rza­jąc w rytm odde­chu. Znam ten krzyk. Roz­ko­szo­wa­łem się tym krzy­kiem. Ale to nie jest dźwięk przy­jem­no­ści. To jest panika. I należy do Mii.

Rozdział 7

7

SEBA­STIAN

NAWET TAK MOKRA jak szczur kana­li­za­cyjny, Mia di Angelo jest naj­pięk­niej­szą kobietą, jaką kie­dy­kol­wiek widzia­łem. Moje tętno, które przy­spie­szyło w momen­cie, gdy usły­sza­łem jej krzyk - ten cho­ler­nie zna­jomy krzyk, który brzmi zarówno w kosz­ma­rach, jak i marze­niach - przy­ci­cha, gdy obser­wuję scenę. Przy­trzy­muję się fra­mugi drzwi, sta­ra­jąc się oddy­chać nor­mal­nie.

Nie jest ranna. Nie zabito jej topo­rem. Jest tylko prze­mo­czona, stoi w głę­bo­kiej pra­wie na stopę wodzie w tym małym pokoju w aka­de­miku, oto­czona wszyst­kimi rze­czami, jakie kie­dyś zna­łem z apar­ta­mentu, który dzie­liła z Penny. Strużka wody spływa jej po policzku. Wście­kle wyciera twarz, a jej piersi falują.

Ulga prze­pływa przeze mnie stru­mie­niem. Mia krzywi się. Prak­tycz­nie war­czy. Wygląda jak anioł, jej piękne ciemne oczy błysz­czą emo­cjami. Przy­po­mina mi Tan­ge­rine, kiedy Cooper ją kąpie, nadą­saną i nie­za­do­wo­loną z całej sytu­acji, ale przy­naj­mniej fizycz­nie nic jej nie jest.

Uśmie­cham się do niej, ponie­waż uwa­żam, że to naj­bar­dziej praw­do­po­dobny spo­sób na uzy­ska­nie reak­cji z jej strony.

- Idziesz popły­wać, di Angelo?

- Co ty tu, kurwa, robisz!

- Byłem w oko­licy.

Obrzuca mnie spoj­rze­niem. Momen­tal­nie się napi­nam, przy­po­mi­na­jąc sobie uczu­cie jej ust na moim cel­tyc­kim tatu­ażu, sym­bolu nad moim ser­cem, który dzielę z moimi braćmi. Kiedy mówi, jej głos jest suchy jak pustynna bryza.

- Bez koszuli?

- Pozwól sobie pomóc.

- Kogo obra­bia­łeś? - pyta z drwiną w tonie. - Cukier­kową sukę na górze z gło­sem jak del­fin?

- O mój Boże - mówi Regina, zer­ka­jąc przez drzwi. Prze­ska­kuje z nogi na nogę, poda­jąc mi koszulę. - To jest obrzy­dliwe.

Mia krzy­żuje ręce na piersi.

- To takie prze­wi­dy­walne, Cal­la­han.

Czy na jej twa­rzy widać było zra­nie­nie? Pew­nie mi się to przy­wi­działo. Wkła­dam koszulę i bro­dzę w chłod­nej wodzie. O mało co nie poty­kam się o coś, ale udaje mi się ustać przy ramie łóżka. Duża kro­pla wody ude­rza mnie w twarz.

- Pozwól, że pomogę ci zebrać te rze­czy.

- Dzięki Bogu, że nie stało się to na moim pię­trze - mówi Regina.

- Och, jasne, świet­nie dla cie­bie - wark­nęła Mia.

Regina zamru­gała, ale zanim zdą­żyła wymy­ślić jakąś ripo­stę, mówię:

- Regina, zadzwoń do działu miesz­ka­nio­wego i powiedz im, że muszą wysłać kogoś, aby odciął wodę w budynku.

- Ale...

Ści­skam jej ramię.

- To będzie bar­dzo pomocne.

Trze­po­cze rzę­sami.

- Mój tele­fon jest na górze.

Obda­rzam ją moim naj­lep­szym uśmie­chem, tym, który spra­wia, że star­sze kobiety chi­cho­czą, a dziew­czyny w moim wieku chcą zabrać mnie do łóżka.

- Popro­szę?

Pochyla się i całuje mnie, a jej dłoń obej­muje moją brodę. Nawet przy­gryza moją wargę, dzia­ła­nie pełne zabor­czo­ści.

- Robię to dla cie­bie, Seba­stian. - Wycho­dząc, dodaje, spo­glą­da­jąc na Mię: - Jesteś taki słodki, chcąc pomóc tej bied­nej dziew­czy­nie. Niech to nie trwa zbyt długo.

Widzia­łem, jak Mia wygląda, gdy roz­waża mor­der­stwo, i powie­dział­bym, że teraz jej mina zde­cy­do­wa­nie na to wska­zuje. Prak­tycz­nie szcze­rzy zęby, gdy Regina odcho­dzi. Jed­nak w chwili, gdy zosta­jemy sami, przy­gryza pazno­kieć kciuka, zmar­twie­nie prze­bija się przez maskę, którą przy­brała.

- Kurwa - mówi, a jej głos się łamie. - Co ja mam zro­bić?

Ogar­niam mokry bała­gan ubrań, butów i innych rze­czy. Piękna czarna kurtka z jedwabną pod­szewką, którą nie tak dawno zdją­łem powoli, jest bez wąt­pie­nia nie­od­wra­cal­nie znisz­czona.

- Tak jak mówi­łem, zabierzmy stąd te rze­czy. Wezmę moją torbę na sprzęt, jest wystar­cza­jąco duża, by pomie­ścić przy­naj­mniej część ubrań.

- Nie włożę moich ubrań do two­jej obrzy­dli­wej torby na siłow­nię.

- Bez urazy, ale one już są obrzy­dliwe. - Pod­no­szę koron­kowy sta­nik, pozwa­la­jąc mu zwi­sać z mojego palca. Spoj­rzała na mnie kamien­nym wzro­kiem. - Daj spo­kój, jak już będzie po wszyst­kim, coś wymy­ślimy.

- Mam samo­chód - mówi. - Włożę je tam.

- Mimo wszystko weźmy torbę. - Ruszam kory­ta­rzem, nie oglą­da­jąc się za sie­bie. Może i nie chce mieć teraz ze mną nic wspól­nego, ale jest mądra. Przyj­mie ofe­ro­waną przeze mnie pomoc. - Jestem pewien, że znajdą dla cie­bie jakieś inne miej­sce.

Prych­nęła, ale kon­ty­nu­uje.

- Może. Wiele aka­de­mi­ków jest odna­wia­nych pod­czas tego lata. Chyba powinni byli dodać ten obiekt do listy.

- A co z twoim lap­to­pem?

Zagląda do swo­jej torby.

- Był w etui, więc jest w porządku. A mój tele­fon wydaje się być okej. - Wpro­wa­dza hasło, marsz­cząc brwi.

- To dobrze.

Jej śmiech brzmi szorstko.

- Dzięki Bogu. Nie mam teraz pie­nię­dzy na wymianę żad­nego z nich.

Otwie­ram samo­chód i szu­kam torby w bagaż­niku. Jest wypeł­niona kijami, któ­rych uży­wa­łem, ręka­wi­cami i kil­koma innymi rze­czami, ale zwy­czaj­nie wyrzu­cam wszystko z niej.

- Przy­kro mi z powodu ubrań i pod­ręcz­ni­ków.

Znowu gry­zie swój kciuk.

- Dzięki.

Kur­su­jemy kil­ka­krot­nie, ale w końcu udaje nam się prze­nieść wszyst­kie rze­czy z zala­nego pokoju na tylne sie­dze­nie jej samo­chodu. Nie­które ubra­nia trzeba po pro­stu wyprać, ale kurtka i para zamszo­wych bot­ków za kolano, które uwiel­bia są do wyrzu­ce­nia. Nie­które pod­ręcz­niki woda znisz­czyła tak bar­dzo, że są nie do ura­to­wa­nia, co musi boleć. Książki, które są mi potrzebne na zaję­cia z histo­rii, też są bar­dzo znisz­czone. Wiem jed­nak, że lepiej nie ofe­ro­wać ich wymiany. Tylko by mi dogry­zła, a teraz, gdy znów z nią jestem - jak­kol­wiek krótko - nie chcę tego zmar­no­wać.

Prak­tycz­nie sły­szę głos Coopera. Oddany dziew­czy­nie, która nie chce poświę­cić ci czasu?

Nie mogę prze­stać się mar­twić, gdy na nią patrzę. Ma pod­krą­żone oczy i ścią­gniętą twarz. Zasłu­guje na jakieś miłe miej­sce, w któ­rym mogłaby się zatrzy­mać tego lata i sku­pić się na swo­ich bada­niach, a przy­naj­mniej teraz nie ma takiej moż­li­wo­ści. Patrzę, jak zamyka drzwi samo­chodu, prze­su­wa­jąc dło­nią z obgry­zio­nym paznok­ciem po wil­got­nych wło­sach.

Poja­wia się absur­dalna chęć zapro­sze­nia jej do mojego domu, ale rów­nie szybko ją tłu­mię. Ona też nie chcia­łaby takiej pomocy, a ja i tak nie mogę jej tego zapro­po­no­wać. Nie zapra­sza się dziew­czyny do sie­bie, gdy pró­buje się z nią skoń­czyć. To jak decy­zja o rzu­ce­niu pale­nia i natych­mia­stowy zakup nowego vape'a. Nie spusz­czam wzroku z cię­ża­rówki ser­wi­so­wej wjeż­dża­ją­cej na par­king. Ekipa będzie miała cho­ler­nie dużo pracy z pozby­ciem się całej wody, a tym bar­dziej z naprawą insta­la­cji wod­nej i sufi­tów. Zaj­rze­li­śmy do łazienki obok pokoju Mii i oka­zało się, że rów­nież została zalana.

- Nie byłem pewien, czy znów zoba­czę twoją bie­li­znę, di Angelo.

- Zamknij się - odpo­wiada, ale obda­rza mnie maleń­kim uśmie­chem. Pra­wie uno­szę rękę w geście zwy­cię­stwa. - Seba­stian - dodaje, wzdy­cha­jąc i opie­ra­jąc się o samo­chód. - Ja... doce­niam twoją pomoc. Dzię­kuję.

- Nie ma o czym mówić. Na pewno wszystko w porządku?

- Chyba wpadnę do działu miesz­ka­nio­wego. Zapy­tam, czy mają inny pokój, do któ­rego mogła­bym się prze­nieść.

Kiwam głową, osła­nia­jąc oczy przed popo­łu­dnio­wym słoń­cem. Pod tym kątem świa­tło sło­neczne działa jak aure­ola, pod­kre­śla­jąc jaśniej­sze odcie­nie jej wło­sów. Pod wpły­wem wody zwi­jają się na koń­cach, przy­wo­łu­jąc wspo­mnie­nie. Wspólny prysz­nic w moim miesz­ka­niu po jed­nym z naszych rzad­kich spo­tkań. Czu­łem zapach mojego szam­ponu na jej wło­sach, patrzy­łem jak popra­wia maki­jaż w łazience. Przy­tu­li­łem ją z tyłu, a ona zachi­cho­tała - naprawdę zachi­cho­tała - gdy poca­ło­wa­łem ją w szyję.

Pie­przyć to.

Nie mogę mieć jej znowu, ale mimo tego, co się stało, jestem jej przy­ja­cie­lem, a przy­ja­ciele poma­gają sobie nawza­jem. Nawet jeśli przy­ja­ciel jest kłu­jący jak kak­tus i nie odzywa się do cie­bie od ponad mie­siąca.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki