Vera
Zobaczyłam pęknięcie w drodze i zaczęłam hamować w tej samej chwili, gdy
?reskutan wynurzyła się z chmur. Kamper na norweskich blachach, który
jechał przede mną przez ostatnie pół godziny, musiał przejechać nad tą
dziurą w ostatniej sekundzie. Inaczej koła mogłyby się w niej
zaklinować. Spojrzałam w lusterko wsteczne, po czym się zatrzymałam.
Pęknięcie przecinało całą E14 i wyglądało na dość świeże. Na pewno nie
było go tam rano, gdy jechałam do redakcji. Ale turyści z Kopparbranten
pewnie zdążyli już zgłosić sprawę, zaniepokojeni możliwością uszkodzenia
swoich luksusowych SUV-ów. Na razie właścicieli domów letniskowych było
niewielu, lecz wszędzie piętrzyły się sterty gruzu i koparki pracowały
całą dobę. Leif Tronde planował intensywną rozbudowę terenu na wschód od
?re, pomiędzy hotelami Copperhill i ?re Continental Inn. Na planie
zagospodarowania terenu z podziałem na działki budowlane zaznaczono
dwadzieścia nowych, przesadnie okazałych budynków, i to był dopiero
pierwszy etap budowy. Projekt wzbudzał silne emocje i zwrócił różne
grupy interesów przeciwko sobie. Jak w większości kurortów
turystycznych, pytanie brzmiało: dla kogo właściwie się buduje i po co?
Żwir i ziemia dostawały się z pobocza na asfalt, a rosnące w rowie
podagrycznik i wierzbówka kiprzyca zostały wyrwane z korzeniami.
Wywołało to we mnie niepokój, tak jak napawa mnie lękiem wszystko inne,
co powinno pozostać ukryte w środku, jak krew, wymiociny i łzy.
Westchnęłam i spojrzałam na zegarek. Już dawno minęło południe.
Do domu zostało mi sześćdziesiąt kilometrów, więc wolałam nie ryzykować,
że zabraknie mi paliwa, i skręciłam na stację benzynową. Głód dawał o sobie znać. Nie czułam go, dopóki do redakcji nie wdarł się zapach
grillowanej szynki, nie potrząsnął mną i nie kazał mi skończyć pracy.
Pomyślałam, że przy odrobinie szczęścia sklep będzie jeszcze otwarty.
Plakaty z nagłówkami gazet krzyczały o wojnie, wysokich cenach energii i rosnących stopach procentowych. Nic dziwnego, że ludzie nie chcieli
wyściubiać nosa poza swoją bańkę. Próbowałam przeniknąć wzrokiem ciemną
witrynę sklepową, lecz nie byłam w stanie dostrzec, czy ktoś jest w środku. Tak samo jak nie mogłam ukryć się na zewnątrz. To przeklęte
letnie światło, niewinne i zwodnicze jak młodociany kieszonkowiec. Ale
potykacz reklamowy wciąż stał przy wjeździe, co skłoniło mnie do tego,
by się zatrzymać. Zaczęłam szukać portfela w kieszeni kurtki, zanim
przypomniałam sobie, że jest w futerale na aparat na tylnym siedzeniu.
Drzwi samochodu trzasnęły, a potem nastała absolutna cisza. Wieczorne
powietrze było gęste od wilgoci. Uderzył mnie ostry zapach mokrej
wrotyczy, ale przynajmniej nie padało. Wycieraczki zaczęły piszczeć, gdy
mijałam Unders?ker. Od jak dawna padało? Chodziłam w kaloszach od kilku
tygodni, napisałam co najmniej dwadzieścia artykułów o górskich
potokach, które wezbrały i wylały. Teraz wysoka woda tworzyła nowe
koryta, drążyła skały skuteczniej niż wszystkie koparki razem wzięte,
odkąd las, który wcześniej absorbował jej nadmiar, został wykarczowany
pod nowe domy.
Weszłam do budynku stacji i zamówiłam hot doga u młodego chłopaka za
ladą, opalonego, z rozwianym włosem. Pewnie dopiero co zszedł z SUP-a na
jeziorze ?resjön.
-?Widziałeś to pęknięcie w drodze? -?spytałam.
Drgnął, jakby nie był przyzwyczajony do pytań innych niż te o klucz do
toalety albo dostępność bezglutenowych bułek do hot dogów.
-?Yyy, nie.
Odgarnęłam włosy z czoła i zdecydowałam się zakończyć rozmowę, zanim
jeszcze na dobre się zaczęła. Chłopak z obojętną miną powlókł się do
następnej sekcji, gdzie samotny kabanos obracał się na grillu. Kiełbaska
singielka, tak jak ja. Moja samotność rozkwitła w noc świętojańską i miała trwać jeszcze długo. Mimo że starałam się unikać Facebooka, posty
i tak wkradały się w moją świadomość. Kolacje w gronie przyjaciół, na
luksusowych pomostach i tarasach. Roześmiane twarze przy długich
stołach, twarz przy twarzy na zbliżeniach. Brakowało mi poczucia
przynależności do jakiejś grupy lub wspólnoty.
W tym roku postanowiłam nie wziąć ani jednego dnia urlopu, nie miałam
żadnych szczególnych planów i równie dobrze mogłam spędzić całe lato,
pracując. Liczyłam na to, że jesień będzie łatwiejsza. Thomas miał wtedy
wrócić z tej idiotycznej podróży do Argentyny. Tęskniłam za nim w sposób, który mnie zaskoczył. Nie dlatego, że łatwiej było być samemu z kimś równie samotnym, ale dlatego, że dobrze czułam się w jego
towarzystwie. Zanim wyjechał, spędzaliśmy ze sobą dużo czasu, prawie
tyle co w dzieciństwie, i niepokojąco szybko przyzwyczaiłam się do tego,
że mam przyjaciela, z którym mogę pogadać, zjeść obiad i połazić po
lesie.
-?Ketchup i musztarda?
Chłopak już ścisnął tubę z ketchupem zwisającą z sufitu.
-?Poproszę tylko ostrą musztardę i dużo surowej cebuli.
Chłopcze, nie bierz niczego za pewnik.
Meszki zaatakowały mnie, gdy tylko wyszłam na zewnątrz. Małe diabły.
Próbowałam je odpędzać, ale one pchały mi się do nosa i ust, chciały
dostać się do gardła. Kilka razy musiałam zmienić rękę. Musztarda ciekła
mi po palcach, więc je oblizałam, bo jak zwykle zapomniałam wziąć
serwetkę.
Szybko zjadłam hot doga, otworzyłam drzwi samochodu i wrzuciłam papierek
na wszystkie inne śmieci leżące na podłodze przed siedzeniem pasażera.
Wygrzebałam sprej na komary i spryskałam się nim. Cytrusowy zapach nie
był w stanie zamaskować silnej, chemicznej woni. Potem zapaliłam
papierosa i przez chwilę stałam przy aucie, napawając się ciszą. Mimo że
do tej pory pogoda robiła wszystko, by zatrzymać rowerzystów, piechurów
oraz wspinaczy w domach, w górach cały czas ich przybywało. Pandemia
koronawirusa stworzyła pandemię górską. Na szczęście te tłumy nie
zdołały przesłonić piękna krajobrazu. Strumień wił się w dolinie
pomiędzy górami, otoczony miękką zielenią, falującymi spódnicami
świerków i koronami brzóz, ale granica lasu wspinała się coraz wyżej. A może to nagie góry uciekały przed ludźmi? Przyroda jest większa i potężniejsza od nas, nie da się kontrolować, i tylko nam się wydaje, że
dotknęliśmy wszystkiego.
Pęknięcie na E14 ponownie przyciągnęło mój wzrok, który po chwili
powędrował dalej, na górę naprzeciwko stacji benzynowej. Zbocze zadrżało
i w dół poleciało trochę ziemi. Przestraszone ptaki wzbiły się w powietrze. Nagle zauważyłam, że wszystkie drzewa i latarnie pochylają
się w jedną stronę. Serce szybciej mi zabiło. Wrzuciłam niedopałek do
doniczki z więdnącymi bratkami i instynktownie się cofnęłam.
Wtedy usłyszałam ten pomruk.
Ryk z samego wnętrza ziemi. Ogromne bryły gliny oderwały się i zaczęły
zjeżdżać niczym na zjeżdżalni, rury kanalizacyjne i kable elektryczne
zostały wypchnięte na powierzchnię ziemi. Wszystko zamieniło się w burą
maź, która stawała się coraz bardziej płynna. Po chwili całe zbocze
zaczęło się osuwać, zabierając ze sobą wszystko, co się na nim
znajdowało, jakby Bóg po prostu strzepnął okruchy ręką. Widziałam, jak
zieleń gaśnie, gdy darń dławiła się w błocie. Sieć dróg wokół
wytyczonych działek zniknęła. Woda wzbierała, kamienie leciały, brzozy i latarnie przewracały się niczym bierki. Na samej górze, na krawędzi,
balansowały dwa domki letniskowe, zanim teren pod nimi się osunął.
Dźwięk łamiących się ścian drewnianych budynków przebił się przez resztę
hałasu, po czym zawaliły się i zsunęły w błoto. A co, jeśli tam są
ludzie? -?pomyślałam.
Cholera, cholera, cholera.
Kątem oka zauważyłam, jak drzwi za mną się otwierają. Zadźwięczał
dzwonek przy wejściu.
-?Co się dzieje? -?spytał chłopak od hot dogów łamiącym się głosem.
-?Osuwisko w Kopparbranten! Na wszelki wypadek stąd uciekaj! -
krzyknęłam, nie odwracając się.
-?A pani? Nie powinna pani...
-?Uciekaj!
Drzwi się zatrzasnęły, a szybkie kroki na asfalcie zaczęły się oddalać.
Fala błota i ziemi wzbierała. Czy osuwisko dotrze aż tutaj? Też chciałam
uciekać i schować się w bezpiecznym miejscu, lecz stałam nieruchomo,
mimo że nogi miałam jak z waty. Ręce mi drżały, gdy wyciągałam aparat z torby. Po porannej relacji z zawodów biegowych w Eds?sdalen nie zdjęłam
teleobiektywu. Kierując aparat w stronę zniszczeń i cykając zdjęcia,
wstrzymywałam oddech. Lawina błotna właśnie zalewała starą stodołę
znajdującą się w zagłębieniu terenu. Pochłonęła też stracha na wróble,
ale oszczędziła jego słomkowy kapelusz, który unosił się na powierzchni
błota. Przypominał wakacyjny kapelusz mojego ojca. Silne mdłości zmusiły
mnie do przełknięcia śliny. Przez pół minuty byliśmy tylko osuwisko i ja, nic innego. Ziemia, drzewa, kamienie, budynki, wszystko się waliło,
a ja jak zawsze próbowałam utrzymać się na nogach. Po chwili usłyszałam
syreny, najpierw daleko, potem coraz bliżej. Zaczął dzwonić telefon w mojej kieszeni. Darowałam sobie powitanie i od razu przeszłam do rzeczy.
-?Strömmen, jestem na miejscu.
Redaktor naczelny "Jämtlandsposten", Nils "Strömmen" Strömqvist, z oczywistych powodów nazywany również Szatanem, odchrząknął ze snusem pod
wargą. Pewnie był podekscytowany tym, że już niedługo będzie mógł
śledzić słupki kliknięć w czasie rzeczywistym.
-?O kurczę, już? Ja siedzę jeszcze w redakcji. Dzwoniłem do szefa działu
newsów i do Jönssona. Takie osuwisko oznacza rannych, a nawet ofiary,
porwane samochody. Widziałaś kogoś, kto...?
-?Nie, na razie nie da się tego stwierdzić. Napiszę kilka zdań o tym, co
tu się dzieje. Za chwilę dostaniecie tekst i kilka zdjęć, będziemy to na
bieżąco aktualizować. Czy webdesk może się skontaktować ze służbami
ratunkowymi i policją? Ja spróbuję w tym czasie podejść bliżej.
-?Jasne. Działamy po kolei, masz rację. Uważaj, mogą być kolejne
osuwiska.
-?Zawsze jestem ostrożna.
-?Kłamczucha.
-?Możliwe.
W tym samym momencie woda i masy ziemi gwałtownie wdarły się na drogę
E14 i zaczęły spływać w dół, ku starej wiejskiej drodze, całkowicie
blokując przejazd w kierunku ?re, ?nn i Storlien. Jak daleko sięgnęło
osuwisko? Jaką miało szerokość? Możliwe, że drogi wyżej w ogóle nie są
przejezdne -?pomyślałam. Nie miałam czasu na objazdy, by wrócić do domu
i położyć się spać, czekała mnie długa noc w redakcji.
Stina
Nigdzie go nie było. Bolał ją nadgarstek, a nogawki spodni miały ciemne
plamy -?od czarnej ziemi albo zaschniętej krwi. Czy naprawdę klęczała
tak długo? Stina już nie wiedziała, co czuje. Rozczarowanie, ulgę czy
może tylko jakiś bezsens wszystkiego. Gdzieś przecież musiał być. Mimo
że minął ponad rok, wciąż pamiętała dni przed i po zaginięciu brata,
jakby to było wczoraj. Minuty przewijały się w jej głowie jak zapętlone
fragmenty filmu. Czasami wracały do niej także wspomnienia z dzieciństwa. Stali na kościelnych schodach i patrzyli na siebie,
starając się nie zerkać na nagrobki i ciemność tam, w dole.
Zawsze będziesz moją siostrą -?powiedział.
Piękne słowo.
Siostra.
Wiedziała, że zaczyna wariować. Zżerało ją to od środka. Jej śmiech cały
czas balansował niebezpiecznie blisko płaczu. Gdyby tylko go znaleźli,
żywego czy martwego, to nie miało już prawie znaczenia. Najgorsza była
ta niepewność.
Była w Gr?sjön od kilku godzin. Wskazówka, że Jonte mógł zostać
porzucony w ruinach starej, opuszczonej wioski, wydawała się bardziej
wiarygodna niż poprzednie tropy, ale teraz już wiedziała, że na tym
odludziu powyżej Kallsedet nie znajdzie odpowiedzi na pytanie, co się
stało z Jontem.
Noc dobiegła końca. Ptaki zaczęły śpiewać, kolory powoli się zmieniały.
Srebrzyste światło się wycofywało, a nad górami nastawał dzień, wilgotny
i szary, jakby wyrzeźbiony z kamienia. Mimo że obiecała sobie, że będzie
kopać tylko w nocy, nie przestawała. Serce przyspieszało jej za każdym
razem, gdy łopata uderzała w coś twardego, tylko po to, by zaraz opaść
jeszcze głębiej w dół. To było jak stąpanie po ruchomych piaskach. W nocy tliła się nadzieja. Wtedy wszystko wydawało się możliwe. Ale o poranku rzeczywistość doganiała ją jak kac po przepiciu.
Tym razem została za długo. Ręce Martina pewnie już szukały jej przez
sen. Wkrótce mąż się obudzi i zauważy, że nie ma jej po drugiej stronie
łóżka. Zaczęła schodzić, oddalając się od ruin stodół zbudowanych z łupku. Teren schodził stromo w dół, ale w niektórych miejscach były
schody. Potoki szemrały i szumiały. Wszędzie widać było ślady dawnego
życia. Stare fundamenty domów i piwnic. Znaki walki. Ale ludzie tu nie
przetrwali.
Samochód wciąż stał na poboczu drogi, otoczony białymi kwiatami trybuli
leśnej. Ruszając, wiedziała, że jest bezpieczna, odbiła na Bonäshamn i zamiast głównej E14 zdecydowała się na bardziej lokalne Hus?vägen i Frö?vägen. Tak samo zrobiła w noc, gdy doszło do osuwiska. Dziwne
uczucie, tak jechać przez las, w którym świerki rosną tak gęsto, że ich
korony niemal tworzą nad drogą dach. Czuła się odizolowana od świata
zewnętrznego i całego tego chaosu.
Zaparkowała poniżej gospodarstwa. Pomyślała, że nikt nie zwróci na nią
uwagi, jeśli przejdzie przez zagrodę dla owiec. Ostrożnie otworzyła
bramkę. Na skoblu i trawie osiadła lśniąca warstwa wilgoci. Nagle
zauważyła, że kilka dolnych drutów pastucha znowu się poluzowało.
Kawałek dalej leżały przewrócone słupki, a ostre metalowe pręty
wystawały z ziemi. Jak to możliwe? Przecież dopiero co to naprawili.
Niepokój ścisnął jej żołądek. Może jeszcze gdzieś pojawiła się dziura?
Jeśli tak, musieli się tym natychmiast zająć. Wiele osób uważa, że
największym zagrożeniem dla owiec są rysie i wilki, ale to dzikie psy
często wyrządzają więcej szkód niż drapieżniki.
Dźwięk. Zatrzymała się, w uszach dźwięczała jej cisza. Odkąd Jonte
zniknął, miała wrażenie, że ktoś ich obserwuje, krąży w pobliżu
gospodarstwa i przygląda im się z ukrycia. Znowu ten dźwięk! Jakby ktoś
nadepnął na suchą gałąź. Odwróciła się gwałtownie, ale zdążyła tylko
kątem oka dostrzec cień, zanim zniknął w lesie. Miał wyraźne kontury
człowieka. Czy na pewno? Nie miała pewności. O tej porze roku światło
często płata figle. Trzonek łopaty parzył ją w dłoń, gdy z bijącym
sercem ruszyła dalej. Piekły ją krwawiące kolana.
Owce nie zareagowały, gdy mijała otwartą zagrodę. Przemknęła za starym
domkiem ogrodowym dla dzieci i oparła łopatę o jeden ze zdeformowanych
świerków, których tak bardzo bała się w dzieciństwie. Tam Martin jej nie
zauważy. Mąż od dawna miał już dość tych jej poszukiwań, uważał, że
powinna zaufać policji i zająć się własnym życiem.
Nie zauważyła żadnego ruchu w kuchennym oknie domku gościnnego, lecz
wkrótce Henning usiądzie tam z poranną kawą, swoją specjalną kawą z palarni w Trondheim. Gdyby go nie znała, uznałaby go za prawdziwego
snoba, lecz z czasem nauczyła się doceniać wszystkie jego małe
dziwactwa. Pomógł jej wydostać się z największego dołka i nigdy mu tego
nie zapomni.
Kiedy mijała wejście do domu, usłyszała, jak otwierają się drzwi. A więc
jednak nie spał.
-?Jak poszło? -?wyszeptał Henning teatralnie za jej plecami.
Odwróciła się. Stryj stał na ganku boso, w niebiesko-białej pasiastej
piżamie. Poranne słońce rozświetlało jego jasne włosy. Kiedy nie miał
czasu ich zaczesać do tyłu, jeszcze bardziej przypominał jej ojca.
Zdrowego ojca, sprzed choroby. Ale nie surowego abstynenta Einara, tylko
wesołego miłośnika zwierząt. Czasami dostrzegała też w Henningu Jontego.
Ten błysk w oczach i lekko zaciśnięte nozdrza, cecha dziedziczona od Bóg
wie ilu pokoleń.
-?Nic? -?dopytywał.
Pokręciła głową. Nic a nic. Poprzednim razem przynajmniej znalazła
czaszkę jakiegoś małego zwierzęcia.
-?Tak mi przykro, Stino. Ten trop naprawdę wydawał się wiarygodny,
myślałem... Nieważne, co mówi Martin, następnym razem ci pomogę.
Zawsze po stronie smutnych.
-?Zobaczymy. Ale i tak dziękuję -?powiedziała z uśmiechem.
Minie trochę czasu, zanim wróci do kopania. To zajęcie wydawało się
coraz bardziej bezsensowne i coraz trudniejsze do ukrycia przed mężem.
Coś zaskrzypiało na wietrze. Zerknęła w stronę domu, ale nie, to pewnie
tylko maszt flagowy.
-?No proszę, cześć, chłopie, już wstałeś? -?powiedział Henning.
Duck, pies rasy border collie, który najwyraźniej uznał stryja za
swojego nowego pana, wsunął nos między nogi Henninga. Kiedyś ciągle
martwiła się jego szczekaniem, ale z wiekiem się uspokoił.
-?Widziałaś osuwisko? -?spytał Henning, drapiąc psa pod brodą.
-?Nie, ale czytałam o tym dziś w nocy. Przed wyjazdem.
-?Straszne, że wszystko tak po prostu może się osunąć. To potężna siła.
-?Ale chyba nikt nie jest tym zaskoczony, biorąc pod uwagę, jak długo
natura była tu doprowadzana do granic wytrzymałości, w tej wiosce i w całych górach -?oznajmiła Stina, starając się nie podnosić głosu.
Przez chwilę patrzył na nią z uniesionymi brwiami.
Była to zupełnie zrozumiała reakcja, natychmiast zdała sobie z tego
sprawę. Henning nie miał pełnego obrazu tego, co się działo w jego
rodzinnych stronach przez ostatnią dekadę. Nie wiedział o tych
wszystkich zawirowaniach oraz zatargach. W końcu nie było go tutaj
przeszło trzydzieści trzy lata. To całe życie. Martin twierdził, że w takim czasie można się całkowicie zmienić, i na podstawie starych zdjęć
Henninga oraz jego żony znalezionych w internecie wyrobił sobie o nim
zdanie.
-?No tak, jasne, ale mimo wszystko -?powiedział w końcu Henning. -
Podobno ktoś zginął. Właśnie o tym czytałem.
Ta informacja wywołała w niej jedynie uczucie pustki. Wielkie kryzysy
sprawiają, że człowiek staje się jednocześnie silniejszy i bardziej
kruchy, ale także nieco odrętwiały.
Po wejściu do domu zdjęła z siebie ubranie i wrzuciła je do pralki, po
czym zarzuciła na siebie znoszony szlafrok. Zajrzała do Martina. Woń
owczarni wydostawała się przez pory w jego skórze i docierała do niej
przez szparę w drzwiach. Jego duże, ciężkie ciało przewróciło się na
drugi bok, po czym zamruczało coś przez sen. Ostrożnie zamknęła drzwi i na palcach poszła do kuchni.
W dzbanku zostało trochę herbaty. Oczywiście zimnej. Podgrzała ją w mikrofali, objęła kubek dłońmi i usiadła przy stole z laptopem.
W "Jämtlandsposten" na pierwszej stronie oczywiście znalazł się artykuł
o osuwisku. Dziennikarka, która o nim pisała, była jej dobrze znana.
Vera Bergström. Stina nie miała siły ani oglądać filmików, ani czytać
tekstów.
Zamiast tego weszła na Facebooka. Grupa "Znaleźć Jontego" liczyła sobie
siedem tysięcy członków i wciąż dołączali nowi. Na zdjęciu w tle
widniała ostatnia fotografia jej brata. Stał na środku rynku w ?re,
roześmiany, w czarnym T-shircie, wzorzystej koszuli i niebieskich
dżinsach. Jego smukłe palce, jak u pianisty, w przeciwieństwie do jej
krótkich i pulchnych, trzymały piersiówkę, którą zaraz miał schować do
tylnej kieszeni spodni. Tatuaże pięły się po jego ramieniu.
Wyglądał jak żywy. To było niewyobrażalne.
Chciała, żeby właśnie to zdjęcie zapadło ludziom w pamięć. Może pewnego
dnia rysopis okaże się pomocny. Może będzie kluczowy. Miała inne
wspomnienia o nim, które pielęgnowała bardziej, ale stawały się coraz
bardziej zamglone.
Martin, który w ogóle nie rozumiał mediów społecznościowych, oczywiście
nic nie wiedział o tej grupie na Facebooku. Myślał, że Stina stała się
odludkiem, że tylko krąży między owcami, ogrodem i kuchnią, i nie miał
pojęcia, że tak naprawdę ma kontakt z większą liczbą ludzi niż
kiedykolwiek.
Jonte skończyłby dzisiaj dwadzieścia pięć lat. Większość członków grupy
o tym wiedziała.
Zaginięcie człowieka wpływa na ludzi. Niektórzy wręcz czerpią z tego
energię. Znajdują pocieszenie w tak tragicznym losie. Nauczyła się
przymykać oko na takie rzeczy, ponieważ chęć rozwiązywania zagadek leży
w ludzkiej naturze. Albo ktoś żyje, albo nie. Młody człowiek nie mógł
tak po prostu rozpłynąć się w powietrzu. Zabójstwa się zdarzają, ale nie
zniknięcie bez śladu. Prawda musi w końcu wyjść na jaw.
Skrzynka odbiorcza pękała w szwach. Stina wiedziała, że naprawdę nie
powinna czytać tych maili, bo wpływają na nią bardziej, niż może to
sobie wyobrazić, i z każdym miesiącem jest tylko gorzej, lecz wiedziała
również, że jest to silniejsze od niej. A co, jeśli wśród nich kryje się
jakaś cenna wskazówka? Świadek, który coś widział albo słyszał.
Gdzie położyła okulary? Na okapie. Skanowała wzrokiem maile, niemal jak
lekarz przeglądający kartę pacjenta. Wiele osób twierdziło, że znało
Jontego. Życzenia, emotikony -?czerwone serduszka, róże i urocze pieski
rozkładające łapki do uścisku. Zdążyła się rozluźnić i właśnie dlatego
ostatnia wiadomość uderzyła w nią mocniej, niż powinna, była jak
gwałtowne porażenie prądem. Kiedy zobaczyła zdjęcie, rozlała herbatę na
obrus.
Claes
Claes przemknął korytarzem. Zaraz po wejściu na żywo zawsze czuł
euforię, miał wrażenie, że jest bliżej życia. Tym razem stylista
naprawdę się postarał. T-shirt, jasna marynarka i nonszalancki szalik.
Wyglądał świetnie, letnio, miejsko. Koledzy uśmiechali się do niego.
Uwielbiał być w budynku telewizji o poranku. Zapach świeżego chleba i ta
ekscytacja w powietrzu. Wszystko mogło się jeszcze wydarzyć, a dziennikarskie nosy intensywnie szukały nowych tropów.
Przy wejściu złapał go Max.
-?Claes! Cholera, to było mocne, ten przekręt z bitcoinami. Dobra
robota.
-?Dzięki, naprawdę miło to słyszeć. -?Przeczesał włosy palcami i zaczął
zapinać płaszcz.
-?A co zaplanowałeś na jutro? Najlepsze wina świata?
Claes zrobił krok do tyłu, choć był przyzwyczajony do tego, że ludzie
chcieli mu się przypodobać do tego stopnia, że czasem miał wrażenie,
jakby wchodzili mu pod skórę.
-?Nie, nie, to dopiero w sierpniu. Więc stay tuned. -?Uśmiechnął się i wyprostował. -?Teraz idę na urlop, w piątek jedziemy do ?re.
-?Szczęściarz. Od dawna macie tam dom letniskowy, prawda?
-?Od kiedy byłem dzieckiem. Rodzice kupili go w latach sześćdziesiątych,
za półdarmo. Teraz to nie do pomyślenia. -?Zaśmiał się, po czym nagle
spoważniał. -?Ale to osuwisko... dobrze, że skończyło się tak, jak się
skończyło. No a jutro mam pierwszy wolny poranek od ponad tygodnia.
Cudownie będzie nie musieć wstawać o trzeciej w nocy.
Max uśmiechnął się i założył plecak.
-?No tak. Udanego wyjazdu i pozdrów Vicky. Jest w domu?
-?Przylatuje wieczorem. Chcę ugotować coś dobrego i ją zaskoczyć. Może
wpadnę do hali i kupię homara.
-?Wow, luksus jak na wtorek. Ale jest tego warta.
Claes uśmiechnął się pod nosem i rozłożył ręce. Przez chwilę stał
nieruchomo, patrząc, jak Max oddala się z plecakiem obwieszonym lampkami
rowerowymi z każdej strony, na szelkach, po bokach i z tyłu. W dzisiejszych czasach rowerzyści wyglądają jak choinki w obcisłych
strojach z lycry. Zastanawiał się, czy ich żony wciąż ich pożądają.
Zwłaszcza gdy ciągną te swoje przyczepki rowerowe. Pajace.
Parking był cholernie drogi, ale wart każdej korony. Nie miał zamiaru
jeździć rowerem ani, co gorsza, tłoczyć się w komunikacji miejskiej. Nie
w tych czasach. To dobre dla tych, którzy odczuwają przyjemność, mając
czyjąś pachę tuż przy swojej twarzy.
Wjechał na E20, skręcił do sklepu Ica w galerii Lindhagen i kupił
kiełbasę parówkową z makaronem. Przy okazji zwinął czekoladę, uwielbiał
ten dreszcz emocji, gdy adrenalina zaczynała pulsować w mięśniach.
Mniej więcej pół godziny później dotarł na Sk?negatan i zaparkował przed
wejściem. Latem ulica była zamknięta dla ruchu samochodowego, ale jemu
udało się zdobyć jedno z tych nielicznych, upragnionych miejsc
parkingowych dla mieszkańców.
Dochodziła dziesiąta, a ulice wciąż były opustoszałe. Żałosne jak na
stolicę. Chciał, żeby miasto tętniło życiem całą dobę, marzył o winie,
kokainie i zaparowanych szybach barów. Ale hipsterzy, yuccies i inni
egzystencjaliści zapewne już czekali w blokach startowych, gotowi zająć
wszystkie stoliki, zanim pojawią się turyści. Kiedyś on i Vicky siadali
w oknie i pękali ze śmiechu, obserwując turystki w białych szortach i z praktycznymi, czarnymi plecaczkami, chcące poczuć atmosferę SoFo1,
ale nigdy niemogące znaleźć miejsca przy ogrzewaczach na podczerwień.
Mijając salon masażu, z przyzwyczajenia pociągnął za klamkę. Byłoby miło
wpaść tam choćby na chwilę. Góra na kwadrans. Pomyślał, że pewnie
zdążyłby przed prezentacją mieszkania, ale gdyby się spóźnił dziesięć
minut, to też nic by się nie stało. Gdyby prezentacja się przedłużyła,
zawsze mógł zadzwonić do przedszkola. Na pewno by zrozumieli. Praca
prezentera to przecież coś więcej niż tylko siedzenie na kanapach
telewizyjnych, pewnie by tak powiedzieli, jednocześnie wycierając
Lukasowi buzię po lunchu.
Ale potem zobaczył na rogu mężczyznę ze słuchawką w uchu i puścił klamkę
jak poparzony. A więc to był kolejny salon, do którego miała wkroczyć
policja. Musieli dostać cynk.
Założył okulary przeciwsłoneczne. Nigdy nie wiadomo, kto go obserwuje z daleka. To by była katastrofa, gdyby został wystawiony na publiczny
ostracyzm z powodu anonimowych plotek w mediach społecznościowych. Poza
tym gazety w obliczu feministycznej nagonki tracą kontrolę nad
standardami etyki dziennikarskiej. Lepiej nie rzucać się w oczy albo
pójść do innej Tajki. W końcu ich nie brakuje.
W promieniach słońca wirowały drobinki kurzu. Podniósł kołnierz i schował za nim usta. Gdzieś przeczytał, że kurz jest bardziej
niebezpieczny, niż się wydaje, a pył księżycowy może na przykład
stanowić poważną przeszkodę w przyszłych podróżach kosmicznych. Ciekawe,
co na to miliarderzy chcący kolonizować inne planety. Może to temat na
rozmowę w porannym programie. Pył księżycowy. Zaprosi na pogawędkę
Christera Fuglesanga, a w telewizyjnej kuchni będą powstawać niebiańskie
desery. Uśmiechnął się pod nosem, zadowolony z własnej pomysłowości.
Mieszkanie, które miał obejrzeć, znajdowało się tylko rzut kamieniem od
ich obecnego lokum. Oczywiście było mniejsze, ale i tak czteropokojowe.
Chłopcy dostaliby własne pokoje, czego więcej można chcieć. Tuż przy
wejściu wyjął z kieszeni telefon i zaczął przeszukiwać pocztę. Wiedział,
że dostał mailem kod dostępu. Jak się nazywała ta kobieta, która mu go
wysłała? Czyjaś sekretarka. Za nic nie mógł sobie przypomnieć jej
nazwiska, lecz nie musiał się długo nad tym głowić, bo drzwi otworzył
mężczyzna w średnim wieku, w jasnoniebieskim garniturze, białej koszuli
oraz żółtych oprawkach okularów i uśmiechnął się na jego widok.
-?Witam, to ty jesteś synem Daga af Sandeberga? -?spytał.
-?Tak, nazywam się Claes af Sandeberg.
Chciał dodać, że jest kimś więcej, ale pomyślał, że facet i tak to sobie
uświadomi, o ile przez ostatnie lata nie był odizolowany od świata.
-?Miło mi. Lars Birnbaum. -?Uścisnęli sobie dłonie. -?Przepraszam,
jeszcze nie byłem w mieszkaniu, więc nie wiem, w jakim jest stanie.
Dopiero co wróciłem z Nowego Jorku... ale proszę za mną.
Gustowna klatka schodowa świadczyła o tym, że to nie jest byle jaki
adres w Sztokholmie. Marmurowa biała posadzka, ciemnoszare listwy
przypodłogowe, czarne poręcze i czerwone drzwi. Nie wsiedli do windy,
tylko ruszyli po wzorzystym czerwonym afgańskim chodniku, wijącym się od
samego wejścia aż na trzecie piętro, na którym Lars Birnbaum użył kilku
kluczy, by otworzyć drzwi.
-?Proszę zobaczyć, jakie są ciężkie. Nowoczesne zabezpieczenie
najwyższej klasy -?powiedział, gdy weszli do środka. Po kilku włamaniach
niestety musieli wymienić stare, klasyczne drzwi.
Wszystkie sypialnie w mieszkaniu były urządzone jak luksusowe pokoje
hotelowe, z puszystymi kołdrami, zasłonami na szynach sufitowych i wykładziną. Lars Birnbaum odchrząknął i otrzepał trochę udawanego kurzu
z kołnierza marynarki.
-?Wynajmowaliśmy je na Airbnb przez ostatnie lata, ale po wakacjach może
być twoje, na przełomie sierpnia i września, jeśli chcesz. Zaoferujemy
dobrą cenę, o ile się zdecydujesz. Musimy tylko załatwić sprawy
administracyjne i oczywiście zorganizować, żeby ktoś zabrał meble.
-?Serio?
-?Tak, tak, oczywiście, pomożemy Dagowi. Żaden problem. Twój ojciec
mówił, że znowu pisze. Wciąż jest w świetnej formie, co?
Powiedział to z podziwem w głosie. Claes się wzdrygnął, ale zmusił się
do uśmiechu, mimo że ta informacja o ojcu do niego nie dotarła. Nie
widywali się zbyt często, a kiedy ojciec był pochłonięty pisaniem nowej
powieści, stawał się jeszcze bardziej nieobecny, zarówno mentalnie, jak
i fizycznie. Przenosił się do domku letniskowego w Österlen i całkowicie
skupiał na pracy nad książką. Nic dziwnego, że matka w końcu miała tego
dość.
-?Ojciec nigdy nie przestanie pracować, bo dlaczego miałby to robić?
Pisarz nie musi przechodzić na emeryturę -?powiedział ze śmiechem.
Lars Birnbaum skinął głową z powagą.
-?To prawda.
Wymienili się numerami i umówili na telefon za miesiąc.
Potem odebrał chłopców, którzy byli podekscytowani z powodu
nadchodzących wakacji. Oskar przeszedł ze świetlicy do oddziału
przedszkolnego Lukasa, a Luella pomagała mu spakować torbę, żeby zabrał
do domu wszystkie rzeczy. Często zapominał o spodniach
przeciwdeszczowych Lukasa, a będą potrzebne, jeśli Vicky postanowi
zabrać dzieciaki do Vitabergsparken w weekend.
-?A, zanim zapomnę. Pod koniec września organizujemy dzień napraw i będziemy wdzięczni, jeśli jak najwięcej rodziców się zaangażuje -
poinformowała Luella z uśmiechem.
Claes odwzajemnił uśmiech.
-?Brzmi fajnie!
-?Prawda? Zarówno dzieci, jak i rodzice zwykle cenią sobie okazję do
lepszego poznania się. Będziemy też grillować kiełbaski. Mogę przynieść
listę, żebyś mógł się od razu zapisać, to zajmie tylko... -?Wykonała ruch
sugerujący, że chce wrócić na salę.
-?Yyy... nie mam teraz przy sobie kalendarza, a poza tym muszę to omówić z Vicky. Ale dam ci znać, jak tylko będę coś wiedział.
Co oni sobie myślą? Że będzie malował kącik zabaw albo, co gorsza,
grabił liście na podwórku? Nie ma mowy. Przecież co miesiąc płaci
podatki właśnie po to, żeby unikać takich rzeczy.
-?Okej.
Nie musiał patrzeć na zawiedzioną minę Luelli, bo Lukas skakał wokół
niego, ciągnąc go za sweter.
-?Co będziemy robić w ?re, tato?
-?Jeszcze nie wiem, ale na pewno coś ekscytującego, jak zawsze -?odparł,
łapiąc syna za nos.
-?Chcę jeździć na rowerze -?wtrącił Oskar.
-?Jasne, pojeździsz, ale wymyślimy coś jeszcze. -?Claes spojrzał na
zegar i zauważył kolorowe serpentyny oraz balony lewitujące pod sufitem.
Że też mają na to siły -?pomyślał.
-?Na pewno przeżyjecie mnóstwo przygód. Wasz tata wydaje się bardzo
pomysłowy -?zachichotała Luella, zarzucając włosami.
Niektóre młode przedszkolanki były naprawdę seksowne. Rozmawiając z nimi, boleśnie uświadamiał sobie wiek Vicky.
Ich ostatnie wspólne wakacje. Ostatnie rodzinne lato. Potem zacznie się
nowy etap życia. Na samą myśl o tym niemal mu stanął.
Vera
Ktoś wczoraj zginął. To była moja pierwsza myśl, gdy obudziłam się rano
na redakcyjnej kanapie ubrana w kombinezon do jazdy skuterem śnieżnym.
Późnym wieczorem poprzedniego dnia policja poinformowała, że w gruzach
po osuwisku znaleziono martwą osobę. Specjalnie przeszkolone psy
wskazały to miejsce. Próbując zasnąć, cała dygotałam. Zarządca
nieruchomości jak zwykle oszczędzał na ogrzewaniu, a ja nie zdążyłam
sobie jeszcze zorganizować żadnego koca. Minęło zaledwie sześć miesięcy,
odkąd "Jämtlandsposten" ponownie otworzyła redakcję w Järpen. Wcześniej
pracowałam zdalnie. W końcu poszłam do samochodu po kombinezon, który
zawsze miałam w bagażniku, na wypadek gdybym gdzieś utknęła. Tym razem
spełnił funkcję śpiwora.
Przesunęłam dłonią po twarzy, na policzku wciąż miałam ślady po poduszce
śmierdzącej starym psem. A może to ode mnie pochodził ten nieprzyjemny
zapach? Usiadłam, lekko rozpięłam zamek błyskawiczny i się powąchałam.
Nie, poczułam jedynie woń wilgoci i błota. Wszystkie ubrania, które
miałam na sobie poprzedniego dnia, wisiały, brązowe i sztywne, na
oparciach krzeseł w kuchni. Włożyłam dłoń między piersi i podrapałam
miejsce, w którym ukąsił mnie komar. Zerwałam strupek, ale ranka była na
tyle mała, że nie krwawiła jakoś szczególnie.
Podniosłam telefon leżący na podłodze. Wciąż nie miałam od Thomasa
odpowiedzi na wiadomość, którą wysłałam mu tuż przed snem. Dziwne.
Kontaktowaliśmy się kilka razy w tygodniu, odkąd wyjechał do Argentyny,
wysyłaliśmy sobie zdjęcia i zabawne SMS-y. Tak, jak to robią
przyjaciele. Myślałam, że przejmie go wiadomość o osuwisku, ale może po
prostu nie miał możliwości odpowiedzieć.
Za to czekał na mnie SMS od Strömmena. "Ofiara to pracownik budowlany z Litwy. Wszystkie papiery wydają się w porządku. Ale postaraj się o komentarz od przewodniczącego rady gminy, najwyższy czas przyprzeć
polityków do muru" -?napisał. Odpowiedziałam kciukiem w górę.
Od czasu, gdy Państwowy Instytut Geotechniczny wskazał ?re jako miejsce
o wysokim ryzyku osuwisk w skali całego kraju, analizowaliśmy zagrożenia
związane z rozbudową infrastruktury turystycznej w tym regionie, a projekt Kopparbranten od samego początku był tykającą bombą. Napisałam
całą serię artykułów o konfliktach pomiędzy różnymi grupami interesów,
od przedsiębiorców i zwykłych mieszkańców wsi, po właścicieli ziemi i ekologów. Może do ludzi w końcu dotrze, że krytycy tego projektu mieli
rację, twierdząc, że natura powiedziała dość, zanim jeszcze zaplanowano
nową trasę narciarską i wyciąg w tym rejonie.
Oparłam czoło na opuszkach palców. Cztery teksty, transmisja na żywo i seria zdjęć odcisnęły się na moim karku.
Co pokazano wczoraj w regionalnych wiadomościach? Kliknęłam na najnowszą
transmisję i zobaczyłam dramatyczne obrazy z osuwiska pomieszane z archiwalnymi materiałami z dnia, gdy odbyło się pierwsze, symboliczne
wbicie łopaty w Kopparbranten. Pojawił się oczywiście sam beneficjent,
Leif Tronde, razem z przewodniczącym rady gminy, socjaldemokratą
Morganem Brodinem. Stali tam w kaskach, uśmiechnięci. Tronde nie był tak
pulchny, a jego nos tak czerwony jak zwykle, więc musiało to być tuż po
jego występie w Let's Dance, a atmosfera była chyba radosna właśnie z powodu jego popularności oraz udziału w tym programie. W młodości
tańczył na stoku i stał się ikoną narciarstwa alpejskiego, zarówno w ?re, jak i w całej Szwecji, co później wykorzystał do promocji ?re jako
atrakcyjnego miejsca turystycznego.
Kolejny projekt Trondego zakładał zabudowę doliny Torvdalen. Kilka lat
temu jego firma kupiła ziemię od gminy, która tym samym porzuciła plan
budowy nowych mieszkań komunalnych, tak samo jak swoje obietnice
dotyczące ochrony środowiska. Wiele osób uznało to za skandal, że
interes turystów okazał się ważniejszy, ale Tronde szybko zrozumiał, jak
istotne jest przypodobanie się odpowiednim osobom.
Zaskrzypiały drzwi kwiaciarni obok. Uderzyły o ścianę, a potem zapadła
cisza. Głosy nigdy do mnie nie docierały, mimo że często naprawdę
wytężałam słuch.
Tęskniłam za głosem ojca. Zamyślona, wybrałam numer Słonecznej Polany.
Maggan poinformowała mnie ciepłym głosem, że tata jeszcze śpi. Wolała go
nie budzić, potrzebował teraz odpoczynku. Oczywiście to rozumiałam.
-?Proszę wpaść jutro na strogonowa, zawsze robimy kilka dodatkowych
porcji. Algot zwykle jest w formie w porze lunchu.
-?Dziękuję, przyjdę, jeśli dam radę.
-?Domyślam się, że ma pani teraz urwanie głowy przez to osuwisko. To
straszne, że ktoś musiał zginąć. Kopparbranten miało być takie piękne, a teraz wszystkie prace budowlane stanęły w miejscu. Człowiek sobie
uświadamia, jak bardzo zależymy od turystyki...
-?Tak, to prawda.
Słuchając Maggan, przypomniałam sobie pierwsze zebranie mieszkańców w sprawie Kopparbranten, kiedy Tronde opowiadał o nowych firmach i miejscach pracy, o znaczeniu pracy zespołowej. Jakiś starszy pan
podniósł rękę i zwrócił uwagę na ryzyko erozji, lecz Tronde tylko się
roześmiał i zapytał, czy na sali są jeszcze inne osoby, które mają
problem ze zmianami, bo jeśli tak, to może im załatwić terapię
poznawczo-behawioralną. Nikt się nie zgłosił, żaden niechętny zmianom
maruder. Od tamtej pory nastawienie się zmieniło, choć nadal wiele osób
uważało, że były narciarz działa w interesie lokalnej społeczności.
-?No dobrze, mam nadzieję, że jutro się zobaczymy -?powiedziała Maggan.
-?Zapraszam serdecznie!
-?Dziękuję.
Przeniosłam się do biurka. Wpatrywałam się przed siebie, starając się
nie zwracać uwagi na papiery piętrzące się wokół ekranu komputera.
Pomyślałam, że zanim coś zrobię, muszę się napić mocnej kawy. Jaka była
pogoda? Chyba znowu padało.
Kciukiem i palcem wskazującym zrobiłam małą szparę w żaluzji i w tej
samej chwili zobaczyłam na zewnątrz jakąś kobietę. Szarpała za klamkę, a potem osłoniła dłonią oczy, by zajrzeć do środka przez otwór w drzwiach
na listy. Miała na sobie poplamione dżinsy, a przetłuszczone czerwone
włosy przylegały do skóry głowy.
Wahałam się. Czy powinnam odsłonić żaluzję? Kiedy była opuszczona,
mogłam udawać, że mnie nie ma. Ale może ta kobieta ma dla mnie jakąś
cenną informację? Ciekawość zwyciężyła nad zmęczeniem. Otworzyłam okno
na świat.
Kiedy kobieta mnie zobaczyła, energicznie pomachała i przyłożyła telefon
do szyby. Podeszłam bliżej. Wskazywała na coś. Na zdjęcie, na którym
była bransoletka.
-?Jak to możliwe, że bransoletka została znaleziona w Sztokholmie, skoro
on zaginął w ?re? Nie rozumiem, sześćset kilometrów od miejsca, gdzie
widziano go po raz ostatni? To nie może być przypadek. Chcę, żeby pani o tym napisała. Zrobi to pani? -?Kobieta spojrzała na mnie błagalnym
wzrokiem, miała zaczerwienione oczy. Zupełnie nie zwróciła uwagi na to,
że w środku lata mam na sobie kombinezon do jazdy skuterem śnieżnym.
Spytałam, czy mogę nagrać naszą rozmowę.
-?Tak, oczywiście. -?Westchnęła i zaczęła skubać paznokieć kciuka palcem
wskazującym. Przy samej skórce zrobiła się ranka.
Włączyłam w telefonie funkcję nagrywania, jednocześnie obserwując, jak
kobieta przechadza się tam i z powrotem po pomieszczeniu. Przypominała
tygrysicę krążącą za kratami w zoo. Wyglądała jakoś znajomo. Czy już się
kiedyś spotkałyśmy? Czasem przeprowadzałam długie wywiady z ludźmi,
których po kilku latach w ogóle nie rozpoznawałam.
-?Proszę usiąść, musimy zacząć od początku -?powiedziałam, klepiąc
dłonią siedzisko skórzanego brązowego fotela, porzuconego przez
fryzjera, który wynajął ten lokal krótko po zlikwidowaniu redakcji pięć
lat temu.
Kobieta spojrzała na pęknięcia w zniszczonej skórze i przetarła
piegowate czoło grzbietem dłoni.
-?Wyglądają jak nerwy -?stwierdziła, krzywiąc się.
-?Faktycznie. -?Uśmiechnęłam się. -?Ale skóra to przecież żywy materiał,
więc to nic dziwnego.
Ta kobieta wydała mi się jakaś dziwna i nagle pożałowałam, że ją
wpuściłam. Ale w obecnych czasach już prawie nikt nie przychodził do
redakcji z informacjami. Wszystko przeniosło się do mediów
społecznościowych i czasami brakowało mi prawdziwego kontaktu z ludźmi.
Jeśli "Jämtlandsposten" naprawdę chciała być blisko swoich czytelników,
co podkreślano w reklamach, to powinna być otwarta na kontakty z nimi.
Kobieta usiadła na samym brzegu fotela. Jej oczy nerwowo błądziły po
pokoju, skanując biurko, krzesło, szafkę z elektroniką i regał na
książki, na którym znajdowały się tylko dwa tytuły: najnowsze wydanie
Zbioru praw Szwecji oraz Prawo autorskie. Zakaszlała, to był taki
mokry, rzężący kaszel, a na jej czole pojawiły się kropelki potu. Ile
mogła mieć lat? Maksymalnie trzydzieści.
-?Przyniosę pani wody -?powiedziałam i poszłam do kuchni.
Nagle spojrzałam na wszystko jej oczami. Jak tu było pusto. Nigdy nie
odważyłam się urządzić tego miejsca jakoś bardziej przytulnie. To była
bezwzględna branża, która traktowała ludzi jak pionki i maksymalnie
odchudzała swoje struktury. Nie zapomniałam o tym, że po ponad
trzydziestu latach lojalnej pracy straciłam stanowisko w lokalnym
oddziale redakcji. To, że ponownie mnie zatrudniono, zawdzięczałam
wyłącznie temu, iż państwo nagle zdało sobie sprawę, że pewne części
gminy ?re są białymi plamami na mapie mediów lokalnych i to ja miałam je
wyciągnąć z medialnego cienia. Byłam jedyną dziennikarką w jedenastej co
do wielkości gminie w Szwecji. Zero presji, prawda?
Kobieta wypiła wodę duszkiem. Poczekałam, aż skończy.
-?Kojarzę panią, ale nie mogę sobie przypomnieć skąd -?oznajmiłam.
-?Jonte Andersson -?odparła kobieta, stawiając szklankę na biurku. Mimo
że sprawiała wrażenie spiętej, jej ruchy były pewne i spokojne. -?To mój
brat zaginął.
Rozłożyłam ręce.
-?No tak! Przepraszam.
Gospodarstwo rolne specjalizujące się w hodowli owiec na zachód od ?re,
nazywane po prostu Anderssonowie z Ängena.
Kobieta pokręciła głową.
-?Wcale mnie to nie dziwi. To było dawno i rozmawiała pani wtedy tylko z moim mężem, Martinem. Ja nie miałam siły...
Tak, teraz to sobie przypomniałam. Drugiego dnia po zniknięciu Jontego
Anderssona. Jak ktoś zaprowadził mnie do tej ciemnej kuchni, w której
siedział jej mąż, z zapadłymi oczami w paskudnym dresie. Cała wioska
brała udział w akcji poszukiwawczej zorganizowanej przez Missing People.
Mimo że sprawa była delikatna, pisałam kolejne artykuły. Czytelnicy byli
nienasyceni. Ale czas mijał, a policja nie miała żadnego tropu, i ludzie
zaczęli znów myśleć o czymś innym. Życie wróciło do normy. Także w gazecie. Jonte Andersson zapadł się pod ziemię.
Gorączkowo próbowałam sobie przypomnieć nazwisko tej kobiety.
-?Stina. Stina Bylund. Wciąż prowadzimy z Martinem gospodarstwo, które
kiedyś należało do Einara...
-?Dokładnie! Einar... Jak on się miewa?
Nie znałam Einara, ale dzielił nas tylko rok. Oboje chodziliśmy do
gimnazjum w Duved, on o klasę niżej ode mnie, a ja byłam bardziej
zainteresowana starszymi chłopakami. Jeśli dobrze pamiętam, miał też
młodszego brata. Był towarzyski i zabawny.
Kobieta pokręciła głową.
-?Ojciec niestety zmarł pół roku przed zaginięciem Jontego. Na raka.
-?Ojej, nie wiedziałam. Bardzo mi przykro.
Na jej twarzy pojawił się smutek.
-?Einar nie był moim prawdziwym ojcem, a Jonte... nie był moim prawdziwym
bratem, ale i tak traktowałam ich jak rodzinę. Rozumie pani? Czasami
więzi emocjonalne mogą być równie silne jak te biologiczne.
-?Rozumiem.
Czy rozumiałam? Przecież całe życie szukałam miłości poza własną rodziną
i nieustannie ponosiłam porażki.
-?Jak to się stało, że trafiła pani do Anderssonów?
-?Matka Jontego zmarła młodo, a potem Einar poznał nową kobietę, moją
mamę, która już miała mnie. Niestety mama zginęła w wypadku
samochodowym, gdy miałam siedem lat, ale Einar się mną zajął i... tak
zostałam w gospodarstwie.
Tyle śmierci. Po co w ogóle siedziałam i słuchałam tego wszystkiego?
Istniało tyle możliwych i niemożliwych układów w rodzinach. Ale ta młoda
kobieta z jakiegoś powodu wzbudziła moje zainteresowanie.
-?A więc była pani pasierbicą Einara. A pani biologiczny ojciec?
-?Mama zaszła w ciążę na wakacjach w Paryżu. Niestety nie pamiętała
nawet imienia mojego ojca.
-?Ale Einar pani nie adoptował?
-?Nie. Gdyby mama żyła, może tak by się stało. Chociaż z drugiej strony,
nigdy się nie pobrali. Einar nie był fanem świąt i formalności, dla
niego liczyła się tylko ciężka praca. Tak naprawdę to myślę, że zostałam
tam dzięki Jontemu. Na pogrzebie mojej mamy cały czas trzymał mnie za
rękę i nazywał swoją siostrą. Od tamtego czasu byliśmy dla siebie
naturalnym wsparciem.
Poczułam jakiś niezrozumiały smutek. Kim się stajemy bez tych, których
kochaliśmy? Bez tych, którzy nas kochali? Najpiękniejszą rzeczą, jaką
możemy otrzymać jako ludzie, jest poczucie, że do kogoś przynależymy, że
jesteśmy dla kogoś ważni. Ten dar Stina otrzymała od Jontego i zrozumiałam, że nigdy nie porzuci nadziei.
Spojrzałam na swoje dłonie. Zauważyłam, jakie są delikatne w porównaniu
z rękami Stiny. Skórzany fotel zaskrzypiał, gdy zmieniła pozycję.
Poklepała się po kieszeniach dżinsów, jakby czegoś szukała, i jednocześnie bąknęła coś pod nosem.
-?Przepraszam, może pani powtórzyć?
Głęboko zaczerpnęła powietrza.
-?Powiedziałam, że mimo wszystko cieszę się, że Einar nie musiał
przeżywać zniknięcia Jontego. Ta niepewność jest... niemal nie do
zniesienia. Jedna noc zmieniła wszystko.
Na zewnątrz przez chmury zaczęło się przebijać słońce, a zaspane
promienie zajrzały do środka, oświetlając trzy nieumyte filiżanki po
kawie stojące na stercie dokumentów.
-?Pewnie macie teraz dużo pracy, prawda? -?spytałam.
-?Tak, na szczęście mamy Henninga.
-?Henninga?
-?To brat Einara, nasz wujek, mój i Jontego. Pomaga nam w gospodarstwie,
odkąd ojciec zachorował.
-?To dobrze. No tak, Henning, właśnie się zastanawiałam, co się z nim
stało -?powiedziałam.
Stina wydawała się mnie nie słyszeć, znowu wyjęła telefon i pokazała mi
zdjęcie szerokiej bransoletki ze stali nierdzewnej.
-?Jonte dostał ją od nas w prezencie z okazji ukończenia szkoły,
wygrawerowano na niej ?re, trzynasty czerwca. Jak, do cholery,
znalazła się w Sztokholmie?
Wyjaśniła, że zdjęcie było wielokrotnie udostępniane w mediach
społecznościowych. Pewna młoda dziewczyna znalazła bransoletkę na jednej
z ulic w Sztokholmie i najpierw próbowała namierzyć jej właściciela na
Facebookowej grupie "Sztokholmczycy". Dopiero później zdjęcie trafiło na
grupę "Mieszkańcy ?re". Bransoletkę rozpoznał jeden z członków grupy
"Znaleźć Jontego" i przesłał fotę Stinie. Teraz bransoletka była już w drodze do niej, wysłana pocztą.
-?I jest pani pewna, że miał ją na sobie tego wieczoru, gdy zaginął?
-?Na sto procent. Widać ją na ostatnim zdjęciu, które mu zrobiłam na
początku szlaku skuterowego. Po jego koncercie w K?san podwiozłam go do
Copperhill, a potem poszedł na afterparty u Leifa Trondego. Tam się
rozstaliśmy.
Zapomniałam, że Leif Tronde również występuje w kontekście tej sprawy.
Po zaginięciu Jontego przesłuchano wszystkich uczestników afterparty, na
które się wybierał, lecz nikt nic nie widział ani nie słyszał. Nikt też,
podobno, nie opuścił domu, w którym szampan lał się strumieniami, a kokaina była na wyciągnięcie ręki, aż do południa następnego dnia.
Wszyscy ręczyli za siebie nawzajem. Od zawsze nienawidziłam
nieformalnych układów.
Stina ponownie wyciągnęła telefon, odblokowała ekran i podała mi go.
-?Tu jest zdjęcie Jontego.
Widziałam je już wcześniej na Facebooku, poza tym było też wielokrotnie
publikowane w gazecie. Jonte był przystojny. Jego długa ciemna czupryna
okalała figlarne, a jednocześnie nieco melancholijne oczy, którym trudno
się było oprzeć. I rzeczywiście, na jego nadgarstku widać było
bransoletkę, identyczną jak ta znaleziona.
-?Bardziej wygląda na muzyka niż rolnika -?stwierdziłam z uśmiechem.
-?Jonte nie był... nie jest niechlujem -?odparła kobieta ostro, jakby te
dwa określenia zawsze szły w parze. Wyrwała mi telefon z ręki i zaczęła
chaotycznie opowiadać o swojej walce, by odnaleźć brata.
Przerwałam jej.
-?Rozmawiała pani z policją? O tej bransoletce.
-?Tak. -?Stina spojrzała na swoje paznokcie, za którymi miała czarne
obwódki.
-?I?
-?Powiedzieli tylko, że Jonte pewnie ją zgubił, a jakiś sztokholmczyk
albo turysta po prostu ją znalazł i zabrał do domu. Policja ma już
przecież swoją teorię na temat tego, co się stało.
-?Teorię, która jest...? Przepraszam, ale chyba musi mi pani odświeżyć
pamięć. Chodziło o jakiś wąwóz, prawda? -?Pochyliłam się nad szufladą
biurka, wyjęłam mapę ?re i rozłożyłam ją sobie na kolanach.
Stina zakręciła palcem w powietrzu, po czym mocno wcisnęła go w papier.
-?Tutaj. Twierdzą, że wpadł do wąwozu, kiedy poszedł się załatwić.
Owszem, pił alkohol i szedł na afterparty, ale nie wierzę, że się po
prostu potknął i spadł.
-?No tak, rzeczywiście. -?Przypomniałam sobie ostatnią konferencję
prasową policji: Główna hipoteza to nieszczęśliwy wypadek. -?Dlaczego
pani w to nie wierzy?
-?Wąwóz znajduje się zbyt daleko od szlaku skuterów śnieżnych. Będąc
samemu pośrodku gór, człowiek sika tam, gdzie stoi. Po prostu tam, gdzie
akurat jest.
Pokiwałam głową. To miało sens. Gdyby był w mieście, prawdopodobnie
poszedłby w jakieś ustronne miejsce między drzewami. Ale nie w dziczy,
późno w nocy.
Stina wysunęła podbródek do przodu.
-?Poza tym ci policjanci to żółtodzioby. Strasznie mnie to irytuje.
Rzeczywiście, wydział kryminalny w ?re był stosunkowo młody.
-?To co według pani się stało? -?spytałam, podwijając rękawy
kombinezonu. -?Jeśli miałaby pani zgadywać.
Odpowiedź nadeszła szybko, ale głos osłabł.
-?Nie chcę zgadywać. Chcę wiedzieć. Dlatego go szukam, jeśli pojawia się
jakiś trop na facebookowej grupie. Kopię.
-?Kopie pani?
-?Tak. Podejrzewam, że Jonte nie żyje. Musiałam to zaakceptować. Zbyt
długie życie nadzieją może doprowadzić do szaleństwa. Pytanie tylko, jak
i dlaczego umarł. Nie zaznam spokoju, dopóki nie poznam prawdy. Byliśmy
sobie bliscy. -?Przełknęła ślinę. -?Może pani też ma kogoś, kto jest
pani bliski?
Na pytanie odpowiedziałam pytaniem.
-?Gdzie ostatnio pani kopała?
-?W Gr?sjön, w nocy.
-?Opuszczona wioska w pobliżu rezerwatu przyrody?
-?Dokładnie.
-?Piękne miejsce.
Kobieta parsknęła.
-?Do przetrwania w jakimś miejscu potrzeba czegoś więcej niż piękna.
Miała rację. Państwo w lekceważący sposób myślało o całej północnej
Szwecji, jakby miejscowi żyli jedynie świeżym powietrzem i pięknymi
widokami, tak jak turyści, a realne wsparcie nie było im potrzebne. ?re
powoli stawało się coraz bardziej skomercjalizowane, turystyka i biznes
przejmowały kontrolę nad tym miejscem. Nas, którzy chcieliśmy tam
normalnie żyć, powoli wciągało bagno.
-?Dam pani numer telefonu do osoby, która znalazła bransoletkę. -?Stina
wyjęła długopis z organizera na biurku i nabazgrała cyfry na
kilkutygodniowej gazecie ze szklarnią na okładce. Nagłówek głosił: Czas
rozpocząć sezon ogrodniczy!. Wbiła we mnie wzrok. -?Napisze pani
artykuł?
Otworzyłam kalendarz, wypełniony moim niechlujnym pismem.
-?Najwcześniej jutro, ale niczego nie obiecuję.
W głębi duszy już podjęłam decyzję. Czytelnicy uwielbiali tajemnice, a to była tajemnica. Czekając na odpowiedzi od polityków i urzędników w sprawie osuwiska, mogłam to zrobić.
-?Proszę -?wyszeptała. -?To pierwszy i jedyny ślad od ponad roku.
Zaczynam zapominać, jak wyglądał.
* * *
Odprowadziłam ją wzrokiem. Lekko przechyliła głowę na bok i wymachiwała
jedną ręką. Zegar na ścianie pokazywał dziesiątą. Parking przed ICA
zaczynał się zapełniać, a wózki sklepowe hałasowały na asfalcie. Jacyś
wandale pod osłoną nocy pomazali fasadę sklepu. A dopiero co pisałam o wybitych szybach w szkole. Akty wandalizmu stawały się chlebem
powszednim.
Pomyślałam, że najwyższy czas zacząć dzień, ale najpierw musiałam zdjąć
kombinezon.
Szybko odświeżyłam się nad umywalką. Rury zabulgotały, zanim woda w końcu zrobiła się letnia. Unikałam własnego odbicia w lustrze, doskonale
wiedziałam, jak wyglądam. Zmarszczki smutku wokół krzywego uśmiechu,
zmarszczki mimiczne rozchodzące się promieniście od kącików oczu aż po
policzki, a także te blond włosy, które pomimo moich pięćdziesięciu
ośmiu lat wciąż opadały na ramiona. Rzeczy, za które można być
wdzięcznym.
Trzęsąc się z zimna, umyłam piersi, pachy oraz twarz płynem do mycia
naczyń. Palcami zatoczyłam kółka wokół jednej brodawki, a potem do
zewnątrz. Żadnych guzków. To samo powtórzyłam na drugiej piersi.
Poczułam gryzącą, sztuczną woń zielonego jabłka i pieczenie skóry.
Pomyślałam, że muszę kupić do biura mydło oraz ręcznik. Woda chlupała na
wykładzinie korkowej, gdy się opłukiwałam. Wytarłam się papierem
toaletowym, który rozpadał się na kawałki i osiadał na mojej skórze.
Cholera.
Potem założyłam nieświeże majtki, polar i dżinsy. Ubrania pachniały
zjełczałym masłem i nadal były lekko wilgotne, a skarpetki tak mokre, że
włożyłam je do reklamówki. Poprzedniego dnia woda przelała się przez
cholewki moich butów, a mnie wciąż było zimno. Ale co z tego? Wczoraj
ktoś zginął, został żywcem pogrzebany w ziemi. Człowiek, który był
daleko od swojej rodziny.
Stina
Pili kawę przy stole w kuchni. Na talerzu, pomiędzy mężem a stryjem,
leżały plastry suszonej jagnięciny. Zwyczajny dzień. Nieuczesane czarne
włosy Martina i rolniczy kombinezon opinający brzuch, jego twarde,
pomarszczone dłonie spoczywające na stole. Widać było, że policzki
Henninga w końcu trochę ogorzały od słońca, ale wciąż blade ręce miękko
spoczywały na jego kolanach niczym lniane serwetki.
Wrzuciła kluczyki od samochodu do koszyka na mikrofali.
-?W samą porę -?bąknął Martin. -?Wyręczyliśmy cię, Stino. Ja zajrzałem
do owiec, a Henning naciągnął druty w pastuchu.
-?E tam, to nie było jakieś wielkie poświęcenie z mojej strony.
Przynajmniej nie będę musiał dzisiaj wymachiwać hantlami -?powiedział
Henning, puszczając do niej oko.
Henning ma umiejętność łagodzenia napięć i sprawiania, że ludzie nie
czują się winni -?pomyślała Stina. Ale Martin ma inny styl.
-?Tutaj nie chodzi o to, żeby ktoś się poświęcał, do cholery! W gospodarstwie wszyscy muszą się wspierać, pomagać sobie nawzajem,
szczególnie teraz. Skoro sytuacja jest tak zła, że nie stać nas nawet na
wysyłanie zwierząt do rzeźni, to przynajmniej nie pozwolę, żeby poszły
na zmarnowanie. -?Zmierzył ją wzrokiem. -?A tak w ogóle, to gdzie byłaś?
Obowiązkowa kontrola. Jego wzrok palił ją przez kuchenne okno, gdy szła
przez podwórze. Podniosła papierową torbę, otworzyła drzwi lodówki i zaczęła wyjmować zakupy.
-?Skończyły nam się mleko i ketchup.
-?Stino, tak się dłużej nie da. Mamy gospodarstwo. Życie musi toczyć się
dalej. Musimy iść naprzód. Zacznij sprzątać w starej ubojni, jeśli mamy
ruszyć ze sprzedażą naszych produktów. Potrzebujemy pieniędzy... Niedługo
nie stać nas będzie na paliwo i folię do balotów.
-?Łatwo ci mówić. Nigdy go nie lubiłeś.
Martin westchnął głęboko.
-?To prawda, że ja i Jonte mieliśmy trochę inne zdanie na temat
prowadzenia gospodarstwa, ale to nie znaczy, że cieszę się, że go nie
ma. Nie o to chodzi.
-?Tak, nie o to chodzi, Stino.
Współczujący ton Henninga. Zauważyła zaschnięty sos śmietanowy na
szklanym talerzu w mikrofali. Znowu poczuła niepokój w żołądku i pomyślała, że zaraz będzie musiała pędzić do toalety. Oparła się o blat.
Jak zwykle wsunęła dłonie do kieszeni dżinsów i dotknęła gładkich
tabletek Zoloftu. To wystarczyło, by się uspokoić. Odstawiła leki, gdy
na początku miesiąca nie dostała okresu. Miała nieprzyjemne objawy, ale
nie chciała ryzykować, że lek zaszkodzi płodowi. Nigdy by sobie tego nie
wybaczyła. Już się nie zabezpieczała. Nadzieja rosła z każdym dniem.
Była gotowa na dziecko i chciała, by się pojawiło.
-?Musimy zgłosić tę sprawę z pastuchem. Nie psuje się sam tak często.
Ktoś robi to celowo -?powiedziała, czując, jak blat wbija jej się w plecy.
Martin nabrał powietrza.
-?Ale dlaczego ktoś miałby to robić? -?wyrzucił z siebie. -?Masz jakiś
pomysł?
Nienawidziła jego protekcjonalnego tonu, lecz postanowiła go zignorować.
-?Nie wiem, ale mam już tego dość. Ty też powinieneś mieć tego dość.
Kuchnię wypełnił wymuszony śmiech.
-?Mam dość od dawna. Mam dosyć twojej paranoi. Przestań wierzyć w to, że
wszystko, co złe, ma związek ze zniknięciem Jontego. -?Martin zerknął na
Henninga, a potem wbił w nią wzrok.
Przełknęła ślinę.
-?Okej, odpuszczę. Ale wczoraj wydawało mi się, że kogoś widziałam -
wymamrotała.
-?To na pewno tylko jakiś dzieciak, który chciał popatrzeć na jagnięta -
oznajmił Martin.
-?Nie sądzę -?powiedziała, lecz pomyślała, że może Martin ma rację.
Próbowała sobie przypomnieć całą tę sytuację, ale wydarzenie wydawało
się umykać.
Zacisnęła usta, wiedząc, że stają się niemal żółte. Martin uważał, że
wąskie wargi nie pasują do pełnych bioder. Kobieta powinna być miękka
wszędzie. Mimo to wiedziała, że on ją kocha. Że się kochają. Nie
widziała przeszkód w tym, by byli razem, i miała nadzieję, że z czasem
wszystko się ułoży.
-?Powinniśmy zainstalować monitoring, żeby wykluczyć... Einar pewnie by
tak zrobił -?powiedział Henning.
Wyczuła, że Martin zaraz wybuchnie. Że burzy mu się krew.
-?Tak sądzisz? -?odezwał się Martin.
-?Owszem. A co, jeśli rzeczywiście mamy tu intruza? To naprawdę dziwne.
Myślę, że powinniśmy poważnie potraktować niepokój Stiny i że mój brat
byłby tego samego zdania.
Martin chwycił nóż Mora i nadział na niego kawałek mięsa, który
następnie włożył sobie do ust. Powtórzył tę procedurę jeszcze raz, po
czym zaczął żuć. Stina wstrzymała oddech.
Wtedy Martin uderzył pięścią w stół. Talerz z mięsem podskoczył.
-?Dowcip polega na tym, że możesz tylko zgadywać, co Einar by pomyślał i zrobił. Nie znałeś go w dorosłym życiu! -?wrzasnął.
Henning spuścił wzrok.
-?To nie był mój wybór.
-?Czyżby? A nie było tak, że takie życie ci nie pasowało? Nie było cię
przez trzydzieści lat, a potem nagle wracasz, gdy twój brat jest na łożu
śmierci, bo masz wyrzuty sumienia?
-?Martin, przestań! Co się z tobą dzieje?
Czasami Stina niemal czuła, że Martin jest zazdrosny o relację, jaką
stworzyła z Henningiem przez te dwa lata, gdy u nich mieszkał.
Zauważyła, że mąż jest bardziej zrelaksowany i weselszy co drugi
tydzień, kiedy stryj jechał do Therese i dzieci w Trondheim.
-?Spokojnie, Stino -?powiedział Henning z grymasem. -?Jest wam ciężko od
dłuższego czasu i rozumiem, że to was wyczerpało. Ale chyba czujesz się
trochę lepiej, więc może pora, żebym...
-?Nie, absolutnie nie! Zostań tak długo, jak chcesz i możesz -
wykrzyknęła.
Martin przewrócił oczami, lecz nie powiedział nic więcej, chociaż było
jeszcze wiele do powiedzenia. Po prostu wstał i energicznym gestem wylał
resztkę kawy do zlewu.
Na początku, po śmierci Einara, również był wdzięczny za dodatkową parę
rąk do pracy. Wtedy Henning gotował, parzył kawę, kupował papier
toaletowy, biegał po wodę, zmieniał pościel. Potem, w całym tym chaosie
po zaginięciu Jontego, pomoc stryja też była nieoceniona. Stina
kompletnie się rozsypała, podczas gdy Martin walczył o to, by związać
koniec z końcem. W tym czasie Henning założył robocze ubrania i jakby
nigdy nic poszedł do obory. Naprawdę chciał im pomóc, twierdził, że i tak planował mniej pracować i przez chwilę zająć się czymś innym. Stać
ich było na to, jego i Therese. Teraz przez pewien czas wspólnie pełnili
funkcję prezesa firmy zajmującej się hodowlą ryb w Trondheim, którą
założył jej ojciec.
Stina i Martin czytali o jego osiągnieciach w norweskich gazetach, które
przeplatały zdjęcia celebrytów z wiadomościami o tej parze. Utknął jej w pamięci nagłówek dotyczący ekspansji firmy na rynek międzynarodowy:
Henning Andersson daje rybom skrzydła -?to sekret jego sukcesu.
Ale teraz, gdy znów miała siłę pracować, Martin stwierdził, że poradzą
sobie sami. Potrzebowali pieniędzy, które mogli dostać za wynajem domku
gościnnego na Airbnb. Były dużo ważniejsze niż dodatkowa pomoc w gospodarstwie, zaoszczędziłyby im sporo stresu, a pomocnika i tak jakoś
by znaleźli. Wiedziała o tym, lecz mimo to bała się dnia, w którym
Henning miał na stałe wrócić do Norwegii. W jej sercu kłębiły się
mieszane uczucia. Stryj był jej jedynym łącznikiem z rodziną, z której
się wywodziła, co sprawiało, że jeszcze bardziej niż kiedykolwiek
tęskniła za własną.
-?Masz klucz do starej ubojni? -?zapytał Martin, wyciągając rękę.
-?Nie -?skłamała i mocno zasznurowała usta.
-?Jak to nie?
-?Nie mam pojęcia, gdzie jest. Przecież mówiłam. Nikt nie otwierał tych
drzwi od czasu, gdy policja przeszukiwała komputery Jontego, dobrze o tym wiesz.
Stina przygryzła wargę. Klucz leżał w wazonie na regale, w miejscu, o którym wiedziała, że Martin nigdy nie będzie tam szukał. Gdyby go
znalazł, mógłby zacząć demontować studio muzyczne, które Jonte tam
urządził. Każdą koronę zarobioną jako DJ w K?san przeznaczał właśnie na
to.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki