Śniadanko u Stefankai rewelacyjny news
Trochę trwało, zanim wszyscy zgromadzili się na miejscu zbiórki, czyli w kamienicy Johna przy najstarszych ruchomych schodach stolicy. Liczą już ponad sześćdziesiąt lat. Zna je każdy warszawiak. Łączą plac Zamkowy z aleją Solidarności. Były atrakcją powojennej Warszawy. Tak wiele osób chciało nimi pojeździć, że musiano zakazać wielokrotnej jazdy: w górę i w dół, i znowu w górę, i w dół - i tak bez końca.
Roz była przeszczęśliwa z odnalezienia Ciamki, mimo to kołatały się w jej głowie same czarne myśli. Specjalizowała się w złych przeczuciach i wiedziała, że się nie myli. Stało się coś, co zburzy spokój mieszkańców stolicy.
- Tego nie da się już odkręcić - mamrotała pod nosem.
Pytana o przyczynę ucieczki Ciamki, opowiedziała, jak to wreszcie wyciągnęła mopsicę z domu i kiedy przechodziły obok rzeźby niedźwiedzia, który leży przed wejściem do kościoła Matki Bożej Łaskawej, Ciamka postanowiła go obsikać. Rzeźbę niedźwiedzia wykonano w pracowni Jana Jerzego Plerscha, jednego z najwybitniejszych rzeźbiarzy warszawskich osiemnastego wieku. Kiedyś podobno towarzyszył mu lew, ale biedak stracił kamienne życie w czasie powstania warszawskiego. Wynikiem wojen, które toczą dorośli, zawsze jest zniszczenie. Może gdyby Ciamka znała losy niedźwiedzia, wybrałaby inne miejsce do obsikania. Niestety, szarpnęła za smycz i ruszyła w stronę kamiennej rzeźby. I właśnie w tym momencie rozległ się świst i huk fajerwerków.
"Apiać1 to samo" - zakwiliła po psiemu i spanikowała. Wyrwała smycz z rąk swojej pani i rzuciła się na oślep. Wróżka pobiegła za nią. Czuła, że za jej plecami coś się dzieje. Słyszała przejmujący głos, ni to zwierzęcy, ni to ludzki, a po nim nieprzyjemny w brzmieniu szept przerwany rykiem lwów.
- Muszę lecieć do chaty, żeby zajrzeć do szklanej kuli. Nie życzę wam szczęśliwego nowego roku, bo nie będzie dobry. Siemka!
Rozamunda nie wyglądała na zmartwioną, więc nikt nie przejął się jej przeczuciami. Dzieci pożegnały ją i ruszyły z mamami do domu. Szymek został bohaterem sylwestrowej nocy, ale kiedy po raz czwarty zaczął się przechwalać, jak to uratował Ciamkę z rąk kata, Lena ucięła te przechwałki.
- Zabawne. Spotkałeś kata właśnie na Piekiełku, no, no. Może to był sam Stefan Böhm?
- Na jakim Piekiełku? Jaki Stefan? - Nie zrozumiał Szymon.
- Litości, znowu muszę ci wszystko tłumaczyć? Tu, gdzie stoi pomnik Kilińskiego, dawniej był placyk, nazywany Piekiełkiem, na którym kat wykonywał wyroki. A jeden z najlepszych katów warszawskich nazywał się Stefan Böhm. Wujek Marek opowiadał mi, że gdy chciano dać do zrozumienia, że ktoś marnie skończy, mówiono: "Pójdziesz ty na śniadanko do Stefanka".
- Tak na serio czy tylko w legendzie? - spytał chłopak.
- Na serio. Na Starych Powązkach jest grób kata i jego syna, też kata.
Szymek znowu poczuł chłód przyprawiający go o dreszcze. Przypomniał sobie miecz przypięty do pasa kata przebierańca. Był długi i prosty, można by nim ściąć głowę bez problemu.
Godzinę później wszyscy leżeli już w łóżkach. Wróżka Rozamunda i Ciamka nie mogły spać. Mopsica drżała i tuliła się do swojej pani. W uszach wróżki zaś wciąż brzmiały słowa wypowiedziane szeptem, niczym zaklęcia sprzed wieków. Niepokoił ją również ryk lwów. Nie było w nim cienia lęku przed hukiem rac. Szukała wyjaśnienia w szklanej kuli, ale niczego w niej nie zobaczyła.
Za wcześnie na odpowiedzi - domyśliła się i wreszcie zapadła w sen.
Szymon wprawdzie zasnął szybko, jednak nie miał przyjemnych snów. Śnił mu się kat, jego miecz i olbrzymi koci cień, który ryczał jak prawdziwy lew.
Obudził się zlany potem. Ze zdziwieniem stwierdził, że spał aż do popołudnia. Nie wiedział, że mama z samego rana pojechała do zoo. Była przecież dziennikarką, musiała przygotować materiał o nocnych wydarzeniach. Fajerwerki wystraszyły lwy w Warszawskim Ogrodzie Zoologicznym, udała się więc właśnie tam.
Jak to się stało, że nie zabezpieczono zwierząt przed szkodliwym hałasem? Kto za to odpowiada? Wiara, że nikt nie odpali sztucznych ogni w sylwestrową noc, była naiwna! - napisała w zapowiedzi swojego artykułu.
Przygotowała jeszcze wiele pytań, ale ich nie zadała, ponieważ to, co usłyszała od dyrektora zoo, Tobiasza Kota, zbiło ją z tropu. Wróciła do domu bardzo przejęta. Z hukiem zamknęła drzwi i rzuciła klucze na szafkę - brzdęk!
Pokój Szymona był otwarty. Chłopak aż zadzwonił zębami. Gdyby miał sztuczną szczękę, toby ją zmiażdżył.
- Pali się? - jęknął z wyrzutem.
- Gorzej! - odpowiedziała rozgorączkowana mama.
- Inwazja kosmitów? - Szymek ziewnął.
- Gorzej!
Anna Drabik usiadła na łóżku syna z takim impetem, aż zatrzeszczało. Otworzyła laptopa, z którym się nie rozstawała, i z zapałem zaczęła stukać w klawiaturę.
- To jest news! Będę pierwsza! Inni zaspali! Nie wiedzą tego, co ja wiem, a ja już wiem! - mówiła trochę nieściśle, pewnie z niewyspania. Odwróciła laptopa ekranem do syna. - Zobacz, co piszą inni. Czytaj, śpiochu. - Potargała bujną czuprynę syna.
Szymon ziewnął i wytężył wzrok. Litery skakały mu przed oczami niczym sylwestrowi goście w tańcu na placu Zamkowym. Przeczytał jednak tytuły newsów.
Wspaniałą zabawę przerwały wystrzały fajerwerków.
Nieodpowiedzialne zachowanie!
Nowy Rok przywitaliśmy rykiem przerażonych lwów.
- I gdzie ta rewelacja? - Ziewnął.
- Nic nie wiedzą! Rozumiesz? A ja byłam w zoo, rozmawiałam z dyrektorem. Powiedział, że lwy nie spędziły nocy na dworze. Były zabezpieczone i smacznie spały.
Myśli przeleciały przez głowę Szymona galopem. Przecież rozpoznał ryk lwów. Polska to nie afrykańskie Kongo, lwy nie żyją tu na wolności i chyba nikt nie trzyma ich w domu. Jeżeli zwierzęta w zoo spały, to...
- To kto ryczał w nocy? - spytał chłopiec.
- Oto jest pytanie! Nikt go jeszcze nie zadał. Ja będę pierwsza.
- Może policja coś wie? - zastanawiał się Szymek.
- Dzwoniłam. Mają co innego na głowie. Szukają tych, którzy odpalili fajerwerki. I wręczają im pouczenia. Tylko pouczenia! - podkreśliła z wyrzutem. - Gdyby to oni z przerażenia i bólu rzucali się na oślep pod koła samochodów i wskakiwali na metalowe pręty płotów, jak robią to zwierzęta, skończyliby z fajerwerkami w sekundę.
- Najlepiej puścić w sejmie jakiś ciężki rock i zatrzasnąć drzwi. Posłowie w minutę uchwalą zakaz - podpowiedział Szymek.
- Nieźle. Ale na razie musi wystarczyć to. - Pani Ania uniosła palec wskazujący prawej ręki. - Tadam, wysyłam! - Kliknęła "wyślij", a następnie zerwała się z łóżka z równym impetem, z jakim na nim usiadła. - Idę zrobić obiad. - Pocałowała syna w czubek głowy.
Szymek był już zbyt rozespany, aby zasnąć, zresztą było południe. Na łóżku leżał laptop mamy, więc przeczytał jej tekst, który już zawisł w sieci.
Tajemnica sylwestrowej nocy
Plany na sylwestrową noc były piękne. Warszawiacy wraz z władzami stolicy bawili się na placu Zamkowym. Radość zakłóciło kilku nieodpowiedzialnych osobników, którzy wystrzelili fajerwerki i petardy. Świst i huk wystraszyły zwierzęta. Przez Warszawę przetoczył się mrożący krew w żyłach ryk lwów. Wasza dziennikarka niezwłocznie pojechała do zoo, aby spytać o stan zdrowia podopiecznych.
- Nasze zwierzęta były doskonale zabezpieczone przed nocnymi hałasami. Przespały sylwestra słodkim snem - powiedział dyrektor Tobiasz Kot. - Żadne nie ryczało, nie syczało, nie rżało czy chrumkało - dodał jeszcze z uśmiechem.
Jeśli to prawda, należy się cieszyć. Ale kto w takim razie ryczał w Warszawie?
1 Apiać - znowu, ponownie, jeszcze raz.