Ślepą, czarną nocą - Przemysław Piotrowski

Reflow text when sidebars are open.
Mrok między sosnami był gęsty jak szlam.
Ona leżała w błocie. Miała na sobie zwiewną sukienkę w kwiaty, teraz mokrą i ciężką, włosy rozpuszczone, teraz posklejane w strąki, na szyi wisior upaćkany tak bardzo, że nie widać było wzoru. W oczach zbierały się łzy.
-?No dalej -?usłyszała. -?Po to tu przyszłaś, co nie?
Przy jej głowie ugrzązł but. Duży, czarny, ciężki glan. Miał wysoką, oblepioną gliną cholewę, ciasne wiązania i dwie wyryte w skórze błyskawice. Usłyszała mlaśnięcie, a potem paskudny, szyderczy śmiech. Pojawiły się kolejne buciory, które wyrosły przy niej, jeden przy drugim, jak las.
Chciała zaprzeczyć, ale słowa nie opuściły ust. Zatrzymały się gdzieś pod językiem, ciężkie i bezużyteczne. Młode, przepite głosy rozbijały ciszę, w powietrzu wisiał odór alkoholu, potu, dymu papierosowego i czegoś kwaśnego, od czego robiło się niedobrze.
Poczuła szarpnięcie, a świat zawirował. Mokre kosmyki przykleiły się do skóry na policzkach. W prześwicie między koronami drzew błysnął księżyc, przygaszony, wpadający w czerwień, jakby ktoś przetarł go brudną szmatą.
Usłyszała odgłos rozpinanej sprzączki, a potem zgrzytnięcie suwaka w rozporku. Beknięcie, śmiech, brzęk pękającego szkła. W kręgu czaiły się cienie. Cztery? Pięć? Więcej? Wszystkie podobne: ogolone głowy, napuchnięte od alkoholu twarze, kurtki połyskujące od wilgoci. Poczuła kolejne szarpnięcie, a jej twarz znów wylądowała w błocie. Policzek przetarła szorstka podeszwa.
-?Jedziemy po kolei. Bez wyjątków.
Głos wydał się jej chłopięcy i zdecydowanie za młody na to, co robił. Kamienny krąg odpowiedział rechotem, a chwilę później czyjaś ręka zacisnęła się na jej ramieniu tak mocno, że przeszył ją ból. Na policzku poczuła ciepło wyjętej z żaru gałęzi. Usłyszała syk, skwierczenie, zapiekło, ale nie krzyknęła. Wiedziała, że to ich tylko rozjuszy.
Ktoś kopnął pustą butelkę, która potoczyła się po kamieniach i zatrzymała tuż przy jednym z głazów. Wbiła palce w mokry mech, a drobne igły sosny przykleiły się do dłoni. Chciała wpełznąć pod ziemię, schować się między korzeniami, po prostu zniknąć, ale ziemia była twarda i obojętna.
Słyszała urywki zdań, przekleństwa, przezwiska, czyjś przyspieszony oddech. Ktoś zacharczał śmiechem, ktoś inny splunął, ktoś powiedział, żeby przestała się szarpać, bo nikt jej tu przecież nie zabija. I właśnie wtedy zrozumiała najgorsze -?że dla nich to nie było nic wielkiego. Że wrócą stąd do domów, do łóżek, do poranka, a potem będą pić herbatę przy kuchennym stole i mówić matkom, że byli z chłopakami w lesie.
Zacisnęła powieki, ale dźwięki nie znikały. Rosły, obłaziły ją jak robactwo. I wtedy poczuła pierwsze pchnięcie. Po nim przyszło drugie, trzecie, czwarte, piąte. W końcu przestała liczyć, a jej świat zawęził się do jedynej czynności -?trwania.
Nad lasem coś zaszumiało. Może wiatr, może sowa, może nic. A potem usłyszała:
-?I tak nikogo nie będzie to obchodzić.
Otworzyła oczy. Żar ogniska się dopalał. Księżyca już nie było, skrył się gdzieś za chmurami i noc zrobiła się czarna jak otchłań. Krew spłynęła cienką strużką po udach, po kamieniach, po mchu, a ziemia przyjęła ją bez oporu, jakby tylko na nią czekała.
Została sama, nad nią tylko ciężkie niebo, wokół głazy, a za nimi las. Ciemny. Głodny. Uważny. Las, który był niemym świadkiem i nie zamierzał o tym zapomnieć.
Oddział pachniał środkiem dezynfekcyjnym i plastikiem.
Nie była to woń szpitala, lecz czegoś bardziej sterylnego, jakby ktoś próbował zetrzeć z tego miejsca nie tylko bakterie, ale i wspomnienia. Białe ściany odbijały światło jarzeniówek tak mocno, że oczy bolały od patrzenia. Nawet cisza była tu inna -?nie naturalna, ale wygładzona i kontrolowana.
Nina siedziała przy stoliku pod oknem i tępo wpatrywała się w krajobraz za szybą. W rękach trzymała plastikowy kubek, a obok leżały dwie tabletki: jedna biała, druga lekko żółtawa. Włożyła je do ust, połknęła i zachłannie popiła wodą, jakby chciała mieć to już za sobą.
Wiedziała, że nie pomogą. Nie na to. Zapach ziemi wracał i tak. Czasem w środku nocy, czasem w połowie zdania, czasem bez powodu, kiedy patrzyła na własne dłonie i miała wrażenie, że pod paznokciami wciąż jest brud.
Zacisnęła pięści i wtedy usłyszała zgrzyt zamka.
-?Pani Bacela?
Podniosła wzrok. W drzwiach stała młoda pielęgniarka o twarzy pokrytej piegami, przez co wydawała się nie pasować do tego miejsca.
-?Ma pani gościa -?oznajmiła.
-?Nie umawiałam się z nikim.
-?Wiem. Ale panią proszą.
Nina patrzyła na nią chwilę dłużej.
-?Kto?
-?Policja.
Pielęgniarka nie wypowiedziała tego ani głośno, ani dramatycznie, a jednak coś się w Ninie poruszyło. Odsunęła krzesło, wstała, metalowe nogi zaskrzypiały o podłogę.
-?Czego chcą? -?zapytała.
-?Jest tylko jakaś pani. Nie powiedziała po co.
Pielęgniarka otworzyła drzwi szerzej i Nina powoli ruszyła we wskazanym kierunku. Miękka wykładzina tłumiła kroki. Mijała kolejne pokoje, z których większość była zamknięta. W jednym z nich ktoś się śmiał, w innym ktoś mówił coś szybko, nerwowo, bez przerwy, w trzecim rytmicznie stukano o ścianę.
Zatrzymała się przed drzwiami do sali odwiedzin. Pielęgniarka zapukała lekko i je uchyliła. W środku siedziała drobna brunetka, plus minus w jej wieku. Miała ciemne oczy podkreślone kreską, w uszach połyskiwało kilka kolczyków, lewa strona głowy była podgolona, a z prawej włosy opadały na bok. Mogła podobać się facetom, choć nie wszystkim. Kurtka policyjna wisiała na oparciu krzesła.
-?Nina Bacela? -?zapytała, gdy podniosła się z krzesła.
-?Tak.
-?Aspirant Wiktoria Sarnecka z komendy powiatowej w Chojnicach.
Nina popatrzyła na nią bezbarwnie, bo co do cholery mogła od niej chcieć jakaś policjantka z Chojnic?
-?Mówią na mnie Sarna. -?Kobieta wyciągnęła rękę.
Nina zawahała się, ale ją uścisnęła. Dłoń była zadbana, choć chłodna. Kobiety usiadły naprzeciwko siebie i przez dłuższą chwilę żadna się nie odzywała. Cisza z czasem zrobiła się niezręczna i Nina odniosła wrażenie, że kobieta ocenia jej możliwości poznawcze, jakby w istocie nie była pewna, czy przypadkiem nie ma do czynienia z wariatką.
-?Czytałam pani teksty -?zaczęła w końcu Sarna.
-?I?
-?Dlatego tu jestem.
-?To ma być powód?
Policjantka lekko uniosła brew.
-?Nie. Powód jest inny. -?Sięgnęła do torby i wyjęła teczkę. Położyła ją na stole, ale jej nie otworzyła. -?Dostrzegłam w pani reportażach pewne... hmm... wzory.
-?Ludzie lubią widzieć wzory.
-?Ja też. -?Na chwilę zamilkła. -?Tylko że tym razem mam coś, co do nich pasuje.
Nina odchyliła się na oparcie krzesła.
-?Jakie "coś"?
-?Znaki.
-?Jakie znaki?
-?Takie, które pani już widziała.
Nina przez dłuższą chwilę wpatrywała się w policjantkę.
-?Nie wiem, o czym pani mówi -?rzekła w końcu.
Sarna skinęła głową, jakby spodziewała się właśnie takiej odpowiedzi.
-?Mogę pokazać?
-?Skoro pani tu przyjechała.
Policjantka otworzyła teczkę i wyjęła jedno z licznych zdjęć.
-?Mamy trupa -?powiedziała. -?Znaleziony dwa tygodnie temu na poniemieckim cmentarzu w Borach Tucholskich.
Nina spojrzała na fotografię starej trumny. Była ciemna, brudna i nasiąknięta wilgocią. Na rozbitym wieku widniały długie i nierówne linie przypominające ślady po drapaniu drewna.
-?Leżał tam co najmniej pół roku -?ciągnęła Sarnecka. -?Potrzebowaliśmy sporo czasu na identyfikację, bo rozkład ciała był mocno zaawansowany. - Wyjęła kolejne zdjęcie. -?Zakopany płytko. Trafił na niego grzybiarz, gdy po ulewach ziemia się rozsunęła.
Nina patrzyła jak zahipnotyzowana, ale starała się nie dać tego po sobie poznać.
-?To w końcu tylko stary cmentarz, ale...
-?Ale trup świeży -?dokończyła za nią Sarna.
-?Zakładacie zabójstwo?
-?Ktoś go tam włożył, a ślady od środka wskazują, że denat próbował się wydostać.
-?Został zakopany żywcem?
-?Na to wygląda.
Nina poczuła lekkie swędzenie na wewnętrznej stronie uda.
-?I co ja mam z tym niby zrobić? -?zapytała.
-?To.
Sarna podsunęła kolejne zdjęcie. Na drewnie, przy krawędzi, wyryte były znaki. Pięć nacięć, z tego trzy od lewej przekreślone. I jeszcze kukiełka z gałązek.
Nina pochyliła się minimalnie, a jej serce przyspieszyło.
-?Widziałam już podobne -?przyznała.
-?Dlatego tu jestem.
-?Ale tamto... -?Nina na chwilę się zatrzymała. -?Tamto to było coś innego.
-?Na pewno?
Bacela się wyprostowała i zacisnęła pod stołem uda, bo pieczenie stało się bardziej intensywne, jakby coś pod skórą usłyszało jej słowa i właśnie próbowało prześlizgnąć się przez szczelinę, aby wyjść na zewnątrz.
-?Nie chcę do tego wracać -?rzuciła.
-?Może jednak pani to przemyśli...
-?Nie.
Sarna zebrała zdjęcia i z powrotem włożyła je do teczki. Zamknęła ją z cichym westchnieniem.
-?Rozumiem. -?Wstała i zarzuciła kurtkę na ramię. -?Dziękuję za poświęcony czas.
Ruszyła w kierunku drzwi, ale zatrzymała się przy klamce.
-?W ciągu roku w okolicy zaginęło jeszcze trzech mężczyzn -?powiedziała, nie odwracając się.
Nina podniosła wzrok.
-?Różni. Różne miejsca. Różne historie. Żaden się nie odnalazł. Poza tym jednym...
Czas jakby na chwilę zwolnił.
-?Zniknęli bez śladów? -?zapytała Nina.
-?Prawie.
-?Prawie?
Sarnecka odwróciła głowę i spojrzała Ninie w oczy.
-?Ziemia.
Jedno słowo wystarczyło, aby w Ninie coś drgnęło. Może jej się tylko wydawało, ale znów poczuła jej zapach. Wilgotny, ciężki, duszący.
-?Brud tam, gdzie nie powinno go być -?dodała Sarna. -?Niewiele, a przynajmniej za mało na dowód, który można przypiąć do sprawy.
-?To przecież las...
-?Wiem.
-?Więc?
-?Może to tylko las. -?Sarna wzruszyła ramionami. -?A może nie...
Otworzyła drzwi i zrobiła krok.
-?Poczekaj.
Sarna się zatrzymała, następnie powoli się odwróciła. Nina patrzyła na nią, ale już inaczej.
-?Pokaż jeszcze raz tę trumnę.
Pół godziny później Bacela stanęła naprzeciwko lekarza prowadzącego. Doktor Antoni Łysaj był szczupłym i stosunkowo przystojnym mężczyzną po pięćdziesiątce z -?w jej ocenie -?niepasującym mu kompletnie kolczykiem w uchu. Podał jej dokumenty, a ona złożyła podpis.
-?Powodzenia, pani Nino -?powiedział, odbierając wypis.
-?Nie dziękuję -?odparła.
-?A to dlaczego?
-?Żeby nie zapeszać.
Doktor uśmiechnął się, skinął i odszedł. Nie miał pojęcia, że w tym samym momencie Nina zaczęła wydłubywać spod paznokcia coś, czego nie powinno tam być.
Samochód Wiktorii do niej nie pasował.
Nina zauważyła to od razu, kiedy wyszły z budynku szpitala i zeszły po betonowych schodach na mały parking dla personelu i odwiedzających. Po Sarnie spodziewałaby się czegoś małego, zadziornego, może nawet ostentacyjnie sportowego, czegoś, co próbowałoby krzyczeć światu, że właścicielka nie boi się ani drogi, ani ludzi. Tymczasem aspirant Sarnecka jeździła kilkuletnią, granatową Skodą, czystą, ale bez przesady, z jednym zadrapaniem przy tylnym nadkolu i lekko pękniętą obudową prawego lusterka.
-?Służbowe? -?zapytała Nina, kiedy Wiktoria odblokowała zamek.
-?Prywatne. -?Sarna rzuciła jej krótkie spojrzenie. -?Służbowym bym po panią nie przyjechała.
-?Bo?
-?Bo zaraz pół komendy wiedziałoby, gdzie byłam i po co. A na razie wolę tego uniknąć.
Nina wsiadła od strony pasażera. W środku pachniało kawą z papierowego kubka, delikatnym odświeżaczem o zapachu igliwia i czymś jeszcze - damskimi perfumami, lekkimi, trochę zbyt ostro cytrusowymi, jakby miały przykrywać zmęczenie, które i tak przebijało spod skóry. Na tylnej kanapie leżały plastikowa reklamówka z butelką wody i dwa segregatory przewiązane gumką, a na podłodze po stronie kierowcy walały się zgnieciony paragon i opakowanie po batonie proteinowym.
Wiktoria wrzuciła torbę za siedzenie, zatrzasnęła drzwi i uruchomiła silnik. Przez chwilę żadna się nie odzywała. Szpital szybko został za nimi. Minęły szlaban, potem kilka bloków, stację benzynową, sklep z wielkim szyldem "LIKWIDACJA -?TANIEJ NIE BĘDZIE", a później wjechały na autostradę.
Niebo było niskie, szare, brudne od chmur. Wycieraczki co jakiś czas przecinały szybę suchym, drażniącym ruchem.
-?Ile potrwa podróż? -?zapytała Nina.
-?Do Chojnic jakieś cztery godziny. Potem zależy, dokąd pojedziemy dalej. -?Sarna wrzuciła kierunkowskaz i wyprzedziła ciężarówkę. -?Ale najpierw komenda.
-?Czyli jednak nie oględziny...
-?Nie od razu. Najpierw chcę pani pokazać wszystko, co mamy. Bez pośpiechu.
Nina patrzyła przez okno. Na polach zalegały jeszcze resztki śniegu, a korony drzew uginały się pod naporem wiatru. To była ta pora roku, w której wszystko wyglądało, jakby miało się rozpaść albo dopiero zacząć gnić. Już nie zima, jeszcze nie wiosna, ale taka chlapa pomiędzy.
-?Nie musi mnie pani cały czas sprawdzać -?odezwała się po dłuższej chwili Wiktoria.
-?Słucham?
-?Widzę, jak pani na mnie zerka. Jakbym... no nie wiem... zaraz miała zrobić coś głupiego?
-?A przyjechanie po dziennikarkę do szpitala psychiatrycznego i wciąganie jej do śledztwa, którego własna komenda nie chce ciągnąć, to aby na pewno jest mądre?
-?Punkt dla pani.
Nina pierwszy raz od dawna poczuła coś w rodzaju rozbawienia. Ledwo zauważalnego, ale przyjemnego.
-?Dlaczego pani to robi? -?zapytała.
Sarna przez chwilę zastanawiała się nad odpowiedzią.
-?Bo coś mi tu śmierdzi -?powiedziała w końcu. -?I wcale nie chodzi o zwłoki.
-?To akurat dość częsty problem przy śledztwach.
-?Wie pani, o co mi chodzi...
-?Wiem, ale pytam o co innego. Chodzi o pani ambicję czy o coś innego?
Wiktoria zerknęła na nią z ukosa.
-?Może przestaniemy sobie "paniować"? Tak na początek.
-?W sumie...
-?Jestem Wiktoria, ale możesz mówić na mnie Sarna.
-?Nina.
Przez dłuższą chwilę milczały.
-?Czyli chcesz awansu...
-?Awans zawsze mile widziany, ale to chyba nie to.
-?To co?
Wiktoria przygryzła dolną wargę i westchnęła.
-?Przydzielili mi sprawę tego trupa, bo nikt nie chce się w niej babrać. Nie ma dowodów, nie wiadomo, o co chodzi, nie ma ciśnienia, bo trumna na cmentarzu to w sumie żadna nowość. Góra najchętniej zamknęłaby sprawę, ale ja czuję, że to ma drugie dno. Nie wiem tylko, jakie i jak głęboko się ono znajduje.
-?To ma jakiś związek z tymi zaginionymi?
-?Tak sądzę, chociaż odnoszę wrażenie, że nikt w komendzie nie chce tego łączyć. Trup w trumnie to jedno, ale zaginięcia... -?Wiktoria przeniosła wzrok na Ninę. -?Zaginięć nikt nie lubi, bo psują statystyki. Łatwiej wytłumaczyć, że ten czy tamten miał dość i uciekł od żony albo po prostu wyjechał z kraju. Kłopot znika.
-?Ty myślisz inaczej...
-?Tak już mam.
-?To w tej profesji chyba dobra cecha.
-?Zależy, kto o tym decyduje.
Przez chwilę silnik mruczał jednostajnie, a Nina dała sobie czas na przetrawienie słów Sarny. Coraz bardziej podobały jej się odpowiedzi tej młodej policjantki. Wyglądała na taką, której system jeszcze nie zepsuł.
-?Mówiłaś, że zaginęło jeszcze trzech -?odezwała się w końcu. -?Kim byli?
Sarna wyprzedziła kolejny samochód, zjechała na prawy pas i dopiero wtedy odpowiedziała.
-?Pierwszy to niejaki Tomasz Wójt. Czterdzieści dziewięć lat. Właściciel składu budowlanego pod Brusami. Zniknął w sierpniu. Oficjalnie pojechał spotkać się z kontrahentem. Samochód znaleziono dwa dni później przy leśnej drodze. Zamknięty, kluczyki w schowku, portfel na miejscu, telefon wyłączony i wrzucony do rowu jakieś sto metrów dalej.
-?Ślady walki?
-?Żadnych. -?Sarna zmarszczyła lekko nos. -?Tylko błoto na dywaniku od strony kierowcy i resztki wysuszonego wrzosu na fotelu. Policjant z patrolu wpisał w notatkę, że pewnie naniósł sam.
-?Wyczuwam jakieś "ale".
-?Bo uważam, że facet był pedantem. Mamy zeznania żony, pracowników, nawet mechanika. Mył auto częściej niż ręce i raczej nie zostawiłby czegoś takiego.
Nina słuchała w milczeniu.
-?Drugi nazywa się Jacek Pawlaczyk. Pięćdziesiąt dwa lata. Były nauczyciel WF-u. Zaginął miesiąc temu. Mieszkał sam. Sąsiadka twierdzi, że wieczorem słyszała, jak z kimś rozmawia przed domem. Rano drzwi były uchylone, światło w kuchni zapalone, czajnik spalony na płycie. Faceta jednak nie było.
-?Też błoto?
-?Na progu, w sieni i na łóżku. Trochę jakby ktoś specjalnie sypnął tam garść ziemi. No i jeszcze śladowe ilości wrzosu na tapczanie.
-?Sprawdziliście w laboratorium?
-?Sprawdziliśmy. -?Sarna wzruszyła lekko ramionami. -?Tylko że w laboratorium stwierdzono tyle co nic. Gleba kwaśna, torfowa, z domieszką czegoś mineralnego. Z wrzosem podobnie. W Borach Tucholskich rośnie tego pełno.
-?A trzeci?
-?Mieczysław Lubasz. Pięćdziesiąt jeden lat. Radca prawny. Zniknął kilka dni temu. Wracał z kolacji. Monitoring uchwycił jego samochód, a potem już nic. Auto znaleźliśmy na parkingu przy jeziorze. Bez śladów włamania, bez krwi, bez niczego. Ale w bagażniku były drobiny ziemi i wrzosu. Je też dałam do laboratorium, ale na wyniki pewnie jeszcze trzeba będzie chwilę poczekać.
-?Łączy ich coś poza płcią?
-?Na pierwszy rzut oka niewiele.
-?A na drugi?
Wiktoria zjechała z autostrady A1 i skręciła w ekspresówkę na Toruń.
-?Przynajmniej dwóch się znało. Wójt i Lubasz chodzili do tej samej szkoły. Każdy z nich miał też w papierach coś, co dało się przykryć słowem "incydent". U Wójta była to sprawa o pobicie pracownika. Umorzona. Pawlaczyk miał kiedyś zarzut o przekroczenie uprawnień wobec uczennicy, ale skończyło się na naganie dyscyplinarnej i emeryturze trochę wcześniej, niż planował. Lubasz reprezentował kilku bardzo ciekawych klientów w sprawach o przemoc domową i molestowanie. Zawsze po tej samej stronie.
-?Męskiej?
-?Tak.
Nina odwróciła wzrok ku szybie. W oddali przesuwały się pola, puste działki, samotne gospodarstwa z eternitem na dachach. Wszystko wyglądało chłodno i odlegle.
-?A ten z trumny? -?zapytała.
-?Roman Brzeziński. Czterdzieści osiem lat. Prowadził firmę transportową. Zaginął pod koniec lata. Rodzina zgłosiła zaginięcie po trzech dniach, bo wcześniej zdarzało mu się znikać na weekendy. Kochanki, delegacje, alkohol, takie rzeczy. -?Sarna zacisnęła dłonie mocniej na kierownicy. -?Wyszło na to, że miał rozpoznaną tafefobię, na którą leczył się od czasu, gdy kilkanaście lat temu w kopalni odkrywkowej przysypała go ziemia. Miał szczęście, że koledzy dogrzebali się do niego już po kilku minutach. Ale trauma pozostała i od tamtej pory czuł silny lęk przed zamkniętymi przestrzeniami takimi jak windy czy piwnice. A zwłaszcza groby.
-?Kto o tym wiedział?
-?Żona, była partnerka, lekarz. Pewnie paru kolegów. -?Wiktoria spojrzała na drogę. -?Ale to nie była informacja powszechnie znana.
-?A mimo to ktoś wsadził go do trumny.
-?I zakopał na starym niemieckim cmentarzu.
-?Płytko.
-?Tak.
Nina lekko odsunęła się w fotelu.
-?Czyli nie chodziło tylko o sam akt pozbawienia życia.
-?Tak właśnie myślę.
-?Bardziej o... wiadomość?
-?Może...
Przez kilka minut jechały w ciszy. W radiu leciał jakiś lokalny serwis informacyjny, ale Wiktoria po chwili przełączyła stację. Widocznie i jej przeszkadzał ten czyjś przesadnie pogodny głos.
-?A ty byłaś w takim miejscu? -?zapytała nagle.
-?W jakim?
-?Zamkniętym. No wiesz... Pod ziemią, bez wyjścia.
Sarna zadała to pytanie, jakby naprawdę nie znała odpowiedzi. To trochę zirytowało Ninę, przecież wszystko opisała w swoich artykułach.
-?Nie odpuścisz, co?
-?Przyjechałam po ciebie do psychiatryka. -?Sarna posłała jej dwuznaczny uśmiech. -?Gdybym miała problem z niezręcznymi tematami, to bym wybrała księgowość.
Nina spojrzała na nią chłodno. Przed oczami stanęły jej wykrot, korzenie, krwawa breja. Przełknęła ślinę.
-?Tak, byłam -?odparła w końcu. -?Ale nie chcę o tym teraz gadać.
-?Okej.
Nina odwróciła wzrok. Szosa właśnie przecięła las i zrobiło się ciemniej.
-?Czytałam wszystko, co napisałaś -?odezwała się ciszej Wiktoria. -?A to, czego nie napisałaś... -?przekrzywiła głowę -?próbowałam sobie jakoś dopowiedzieć.
-?Tego drugiego bym nie radziła.
Nina oparła głowę o zagłówek. Przez kilka sekund tylko oddychała. Poczuła, jak napięcie wraca cienką warstwą pod skórę. Nie gwałtownie. Bardziej jak zimno, które najpierw dotyka karku, a dopiero potem schodzi niżej.
-?Czyściec był miejscem, które nie powinno istnieć -?powiedziała w końcu. -?Niby zwykła wieś, która wygląda jak każda inna, ale to tylko pozory. Gdy weszło się głębiej, przestawała być wsią, a zaczynała działać jak organizm. Każdy wiedział, co mówić i kiedy milczeć. I kiedy odwrócić wzrok.
-?Sekta?
-?Gorzej. -?Nina westchnęła. -?To był doskonale naoliwiony mechanizm oparty na ludzkich lękach, folklorze i lokalnych zabobonach. Uwierz, że to było skrajnie pojebane.
-?Chciałabym o tym posłuchać.
Nina skrzywiła się, westchnęła, poprawiła włosy. Przez dłuższą chwilę patrzyła w przewijający się za oknem krajobraz.
-?Znikały kobiety -?powiedziała w końcu. -?Albo wracały inne. Wyciszone, wypalone, wypłukane z życia. Były też takie, które wcale nie wracały.
Sarna zacisnęła szczęki.
-?A mężczyźni?
-?Mężczyźni najczęściej pilnowali, żeby wszystko działało.
-?Jak zawsze...
Przez dłuższą chwilę milczały. W końcu Sarna skręciła na stację benzynową i zajechała pod dystrybutor. Zgasiła silnik.
-?Kawy? -?zapytała.
-?Mokkę. Czuję, że spadł mi cukier.
-?Jasne.
Policjantka wysiadła, zatankowała i weszła do budynku stacji. Nina patrzyła przez przednią szybę na ludzi przewijających się między rozsuwanymi drzwiami a parkingiem. Facet w roboczych spodniach niósł hot doga, kobieta w puchowej kurtce poprawiała dziecku czapkę, kierowca tira palił papierosa i patrzył w telefon. Zwyczajne rzeczy, zwyczajni ludzie. Świat, który trwał obok wszystkiego.
Spojrzała na swoje dłonie. Były czyste, a przynajmniej z wierzchu. Pieczenie na udzie osłabło, ale nie zniknęło, tylko zmieniło się w coś tępego, głębszego, jakby ciało próbowało przypomnieć jej o czymś, czego nie chciała już nosić.
Wiktoria wróciła z dwoma kubkami i paczką paluszków. Uruchomiła silnik i po chwili włączyła się do ruchu. Upiła łyk, zagryzła paluszkiem.
-?Chcesz wiedzieć, dlaczego zostałam policjantką?
Nina spojrzała na nią z ukosa.
-?Strzelam, że nie przez seriale.
-?Nie lubiłam seriali. -?Sarna poprawiła chwyt na kierownicy. -?Jak miałam czternaście lat, wracałam ze szkoły przez las. Wiesz, przez taki skrót, który wszyscy znali. I natknęłam się na kobietę.
-?Martwą? -?zapytała Nina.
-?Jeszcze żyła. Ledwo. Leżała za rowem, między młodymi sosnami, rozebrana od pasa w dół. Pamiętam, że miała jedną nogę dziwnie wykręconą i włosy pełne igliwia. -?Wiktoria przełknęła ślinę. -?Wtedy nie wiedziałam jeszcze, co widzę. Może tylko to, że coś się nie zgadza. Że człowiek nie powinien tak leżeć w lesie.
Nina się nie odezwała. Czekała.
-?Zadzwoniłam po pomoc. Przyjechali szybko. Karetka, policja, później jeszcze więcej policji. Ojciec chciał, żebym o tym nie mówiła, matka udawała, że to w ogóle się nie wydarzyło. A ja potem przez miesiące nie mogłam przejść obok tego miejsca.
-?Złapali sprawcę?
Wiktoria pokręciła głową.
-?Nie. A przynajmniej nic o tym nie wiem. Sprawa rozeszła się po kościach. Najpierw wszyscy byli poruszeni, potem coraz mniej, w końcu usłyszałam, że przecież "takie rzeczy się zdarzają" i że mam się tym nie interesować, bo tylko sobie namieszam w głowie.
Nina poczuła znajomy chłód. Aż za dobrze znała tego typu wyświechtane tłumaczenia.
-?I wtedy postanowiłaś włożyć mundur...
-?Nie od razu. Najpierw chciałam zostać weterynarzem, potem psycholożką, był też czas, że wszystko miałam w dupie. -?Sarna parsknęła cicho. -?Ale to wracało. To miejsce. Tamta kobieta. To, jak wszyscy chcieli przykryć temat udawaną ciszą. No i tak trafiłam do policji.
-?Żeby naprawiać świat?
-?Żeby przynajmniej nie być jedną z tych osób, które odwracają wzrok.
To było lepsze niż wiele odpowiedzi, jakie Nina słyszała od policjantów przez lata. Pomyślała, że po raz pierwszy od dawien dawna nie rozmawia z trybikiem zardzewiałego systemu, ale z człowiekiem z krwi i kości.
-?I działa? -?zapytała.
-?Czasem. Częściej wkurwia.
Obie parsknęły śmiechem. Naturalnie, bez udawania. Przez kolejnych kilka minut milczały, chrupiąc paluszki i popijając je kawą.
-?Dlaczego tam byłaś? -?zapytała nagle Sarna.
-?Gdzie?
-?W tym szpitalu.
Nina odłożyła kubek do uchwytu.
-?To chyba pytanie, którego nie zadaje się komuś piętnaście minut po wypisie.
-?Minęły już ze dwie godziny.
-?Nadal słabo.
-?Możesz nie odpowiadać.
-?A ty możesz przestać pytać.
Sarna przytaknęła ze zrozumieniem i skupiła się na drodze. Około kwadransa jechały w milczeniu.
-?Nie zamknęli mnie -?przerwała ciszę Nina. -?Sama tam poszłam. Miałam problemy ze snem, z koncentracją, z impulsami.
-?Jakimi impulsami?
-?Takimi, których człowiek nie chce w sobie rozpoznawać. -?Upiła kawy, schrupała paluszka, chwilę patrzyła w okno. -?Myślałam, że jak się odetnę, to przejdzie -?dodała. -?Wiesz... cisza, leki, białe ściany, ten cały sterylny teatrzyk. Liczyłam na to, że organizm w końcu odpuści.
-?I?
-?Nie odpuścił. A przynajmniej nie do końca.
-?Mam się bać?
-?Przyjechałaś, to się teraz bój.
Nina puściła do niej oko i sięgnęła po następnego paluszka. Las za szybą zgęstniał. Przed oczami migały jej sosny, świerki, jodły, woda w rowach przy drodze miała kolor za mocnej herbaty. Po zjeździe za Bydgoszczą droga mocno się zwęziła. Coraz częściej mijały kolejne miejscowości, a w nich chałupy, sklepy, warsztaty, ludzi. I lasy.
Nina patrzyła na to wszystko, czując, że coś, co próbowała od siebie odsunąć białymi ścianami i tabletkami, podnosi się znowu. Powoli, bez pośpiechu, jakby od początku wiedziało, że prędzej czy później sama do niego wróci.
Najpierw poczuł zapach.
Nie pojawił się nagle. Nie uderzył. Raczej wpełzł i powoli osiadł na błonie śluzowej wewnątrz nosa i na języku. Słodkawy i zgniły jednocześnie. Taki, jakiego nikt nigdy nie chciałby poczuć zaraz po przebudzeniu.
Mężczyzna otworzył oczy, ale materiał przyklejony do twarzy przepuszczał tylko cienie. Pod brudną tkaniną coś się poruszało. Coś żywego.
Zamarł. Spróbował złapać powietrze, ale to był błąd, bo zapach wszedł głębiej. Zgniłe warzywa, liście, pleśń, coś kwaśnego jak przetrawione jabłka, gnijące mięso i stara pasza dla świń. Cienkie odnóża nieustannie zahaczały o rzęsy.
-?Kurwa... -?jęknął, ale wyszło z tego jedynie niezrozumiałe burknięcie. W ustach miał knebel.
Poruszył się gwałtownie, a przed oczami przesunęły się cienie. To były ściany z desek, kilka z nich wyłamanych, ze szparami, na górze dach, dziurawy, coś z niego kapało.
Obora, pomyślał. No tak, u babci bywał w oborze, wieki temu. Ten smród też pamiętał. Drewno, które nasiąkło wilgocią i rozkładem, siano, coś jeszcze. I kompostownik, do którego dziadek wyrzucał wszystkie resztki, aby później nawozić ziemię na polu. Na powiece znów coś się poruszyło.
I wtedy zrozumiał. W ustach knebel, oczy zawiązane, nadgarstki i kostki w dybach.
Chryste, pomyślał, a potem gwałtownie się szarpnął. Zabolało, gdy w ciało weszły drzazgi. Wrzasnął, ale knebel stłumił dźwięk.
I wtedy przyszło kolejne uderzenie. Zrozumiał, że kompostownik nie był gdzieś obok. Kompostownik był tu, a on w nim.
Znów spróbował krzyknąć, ale knebel zatrzymał wszystko. Szorstka szmata wepchnięta w usta nasiąkła śliną i tym samym kwaśnym zapachem, który przyprawiał go o wymioty. Smakowała jak wszystko wokół -?rozkład, wilgoć, coś, co było kiedyś żywe.
I jedno takie żywe coś spadło mu na policzek. Małe i miękkie. Zsunęło się i zniknęło pod materiałem nasuniętym na oczy. Zacisnął powieki, ale to nic nie dało. To coś wpełzło, a teraz szukało celu, zagłębienia, miejsca, gdzie jest jeszcze wilgotniej i cieplej.
Zawył w knebel, ale dźwięk wrócił do niego zduszony i lepki. Wtedy coś ruszyło się na szyi. Poczuł na skórze kolejną parę odnóży, tym razem na klatce piersiowej, pod koszulą. To zatrzymywało się na moment, jakby badało teren, to wędrowało dalej, wzdłuż żeber, do pachwin.
Szarpnął się jeszcze raz. Gwałtowniej, jakby wierzył, że wyrwie się z pułapki. Kompost zareagował natychmiast. Zapadł się, coś spod niego wyszło. Coś chłodniejszego, bardziej wilgotnego i żywszego niż reszta. Coś, co miało pancerz.
Wsunęło się wzdłuż kręgosłupa. On się wygiął, przekręcił ciało, zawył w knebel.
I wtedy wszystko poruszyło się tak, jakby ktoś zamieszał w tym ręką. Coś wdarło się do nosa. Małe i szybkie. Zatrzepotało gdzieś głęboko. Zakrztusił się, szarpnął głową, zmarszczył nos. Czuł, że serce wali w piersi z pełną mocą.
Nie, nie, nie, powtarzał w myślach, ale nie mógł zrobić nic więcej. Nie mógł tego strząsnąć, odepchnąć, zabić ani nawet zobaczyć. Mógł tylko czuć i zgadywać.
Zaczął prosić, błagać, modlić się, choć tego ostatniego nie robił od dekad. Nikt nie odpowiedział.
I wtedy coś go ugryzło w bok. Krótko, szybko, punktowo. Przekręcił się, ale wówczas poczuł ukłucie w pachwinie. Nie wiedział, co to, ale to czuł, a to było gorsze, bo wyobraźnia robiła resztę. Odnóża, pancerze, szczęki, żuwaczki. Poczuł coś na brzuchu. Było większe niż reszta, a do tego cięższe, wolniejsze, pewniejsze w swoich ruchach. I to coś na chwilę zatrzymało się, a potem bez zapowiedzi energicznie ruszyło w dół.
Jego krzyk wchłonął las.
Komenda pachniała inaczej niż szpital.
W psychiatryku wszystko było sterylne, wygładzone, wykastrowane z życia. Nawet strach wydawał się tam przyciszony, jakby podany w odpowiedniej dawce razem z lekami i światłem jarzeniówek. Tutaj niczego nie maskowano. W powietrzu wisiał zapach starej kawy, wilgotnych kurtek, papieru, tonera, kurzu i ludzkiego zmęczenia, a dym papierosowy siedział w futrynach i ubraniach jak intruz, którego nikt nie miał zamiaru wypraszać.
Nina bez słowa weszła za Wiktorią do środka. Korytarz był długi, jasno oświetlony i raczej mało reprezentacyjny. Po prawej mijały pokoje z tabliczkami, po lewej odrapane ściany w kolorze, który kiedyś miał być kremowy, a teraz przypominał obsikany śnieg. Gdzieś dzwonił telefon, gdzieś ktoś przeklinał półgłosem, nieco dalej dało się słyszeć trzask zamykanego segregatora. Życie toczyło się tu normalnie, zbyt normalnie jak na zaistniałą sytuację.
Wiktoria szła szybko, ale nie nerwowo. Nie oglądała się za siebie, jakby zakładała, że Nina i tak jest z tyłu. Na końcu korytarza skręciła w boczne przejście i zatrzymała się przed pokojem z mleczną szybą. Otworzyła drzwi kluczem.
-?Chodź -?rzuciła, rozglądając się na boki.
Pokój był niewielki, zbyt mały na ilość papierów, które tu zgromadzono. Dwa biurka zestawione pod kątem, metalowa szafa, regał obwieszony skoroszytami, dwa krzesła dla gości, w rogu czajnik elektryczny i kubek z zaschniętym osadem po kawie. Na ścianie wisiała tablica korkowa, na której pinezkami przyczepiono wydruki zdjęć, notatki zapisane markerem, kilka map, nazwiska i daty, część z nich niechlujnie i krzywo.
-?To twoja meta? -?zapytała Nina.
-?Moja i Jana. -?Policjantka rzuciła torbę na biurko. -?W praktyce głównie moja, bo on częściej siedzi w terenie albo u naczelnika, gdzie słucha, czego znów nie wolno robić.
Nina nie odpowiedziała. Podeszła do tablicy i omiotła ją wzrokiem.
Cztery nazwiska. Cztery zdjęcia. Cztery daty. Obok każdego kilka słów kluczy.
Brzeziński -?trumna.
Wójt -?las.
Pawlaczyk -?dom.
Lubasz -?jezioro.
Pod spodem strzałki, pytajniki, dwa czerwone podkreślenia i słowa ZIEMIA oraz WRZOS.
Nina poczuła ciarki na udzie. To jeszcze nie był ból, ale bardziej znajome, podłe napięcie, jakby coś pod skórą znów podnosiło głowę i zaczęło nasłuchiwać.
-?Usiądź -?powiedziała Wiktoria.
Nina usiadła na jednym z obrotowych krzeseł. Sarna zdążyła zdjąć kurtkę i odsunąć część papierów na bok. Wyjęła z szuflady grubą teczkę, rozwiązała tasiemkę, otworzyła ją i wyciągnęła kilka zdjęć. Nie podała ich od razu. Najpierw przez chwilę trzymała je w dłoni, jakby zastanawiała się, od którego zacząć.
-?Powinnam cię o czymś uprzedzić -?powiedziała.
-?O czym?
-?Te foty są mocne.
-?Widziałam gorsze rzeczy na żywo.
Sarna skinęła głową, ale nie skomentowała. Podała pierwsze zdjęcie.
Trumna.
Stara, ciemna, nasiąknięta wodą i ziemią. Leżała pod niewielkim kątem, częściowo odsłonięta po odkopaniu przez techników. Wokół widniały ślady ich butów, taśma, łopata oparta o pień, wieko było od wewnątrz wyraźnie rozdrapane. Nina przypatrywała się długo, analizując każdą rysę czy drzazgę.
-?To nie wygląda na jeden zryw -?oceniła.
-?Bez dwóch zdań. -?Wiktoria sięgnęła po spięty zszywaczem plik kartek. -?Patomorfolog opisał to bardziej precyzyjnie.
Odchrząknęła i zaczęła czytać.
-?Zwłoki mężczyzny, wiek biologiczny około pięćdziesięciu lat. Stan rozkładu zaawansowany, odpowiadający co najmniej sześciu miesiącom przebywania w środowisku o podwyższonej wilgotności, przy ograniczonej wymianie powietrza.
Spojrzała na Ninę.
-?Dalej jest bardziej obrazowo.
-?Czytaj.
-?Tkanki miękkie w znacznym stopniu rozłożone, częściowo przeobrażone gnilnie. Widoczne rozległe odwarstwienia skóry, zmiany barwy, miejscowa maceracja. W obrębie jamy ciała obecne produkty rozpadu tkanek i płyny pośmiertne. -?Wiktoria zawiesiła głos. -?Chcesz, żebym to skracała?
-?Nie.
Sarna przewróciła stronę.
-?Zwłoki odnalezione w pozycji nienaturalnej, skręconej, z uniesionymi kończynami górnymi i zgiętymi w stawach pod nietypowym kątem, co wskazuje na podejmowane przed zgonem gwałtowne próby zmiany pozycji ciała w zamkniętej przestrzeni. -?Uniosła wzrok znad raportu. -?Mówiąc po ludzku, facet walczył do końca.
-?Na to wygląda.
Nina wzdrygnęła się, gdy przed oczami stanął jej wykrot. Sama myśl, że było tak blisko, aby skończyła swój żywot w podobny sposób, do tej pory przyprawiała ją o ciarki.
-?Wszystko w porządku? -?zapytała Sarna.
-?Tak. Po prostu... zresztą nieważne.
Nina z powrotem skupiła wzrok na zdjęciach. Przełknęła ślinę.
Dłonie, a raczej to, co po nich zostało, wyglądały koszmarnie. Kości i resztki tkanek z zachowanymi fragmentami paznokci zdradzały, że ofiara walczyła do samego końca. Wiktoria kontynuowała:
-?W obrębie paliczków i resztek tkanek miękkich dłoni stwierdza się urazy mechaniczne odpowiadające intensywnemu tarciu i drapaniu powierzchni drewnianej. Pod zachowanymi fragmentami płytek paznokciowych obecne drobiny drewna i włókien.
Nina zamknęła oczy. Ciało pamiętało aż za dobrze. Wróciły korzenie, wilgoć, brunatna maź, ściskające się gardło, krew.
-?Jak długo mógł być żywy? -?zapytała.
Sarna cmoknęła.
-?Patomorfolog nie chciał się z tym wychylać -?powiedziała. -?Napisał tylko, że śmierć nastąpiła "najprawdopodobniej wskutek postępującej niewydolności oddechowej i niedotlenienia w warunkach zamkniętej przestrzeni". Ale... -?Wiktoria zamknęła raport i spojrzała na zdjęcie wieka. -?Ale przy takim stanie drewna i tych śladach nie mówimy o minutach.
-?Godzina?
-?Dwie, może trzy. A może mniej, jeśli wpadł w panikę.
-?On miał stwierdzoną tę... jak to się nazywa?
-?Tafefobię. I to silną. Po tym epizodzie, kiedy przysypała go ziemia w kopalni, miewał ataki lękowe, których nigdy się nie wyzbył. Wyobraź sobie, co musiał przeżywać w tej trumnie.
Wiktoria potrząsnęła głową, ale Nina nie odrywała wzroku od fotografii. Wpatrywała się w trumnę jak zahipnotyzowana.
-?Wszystko w porządku? -?zagaiła policjantka.
-?Tak... -?Nina zamilkła, bo poczuła silniejszy impuls pod skórą na udzie. Napięła mięśnie i przez chwilę w pokoju słychać było tylko buczenie jarzeniówki. -?Pokaż kolejne -?rzuciła.
-?Na pewno? -?zapytała Wiktoria.
Nina odpowiedziała jej chłodnym spojrzeniem.
-?Po to mnie tu ściągnęłaś, prawda?
-?No prawda, prawda. Po prostu pytam.
-?Dawaj.
Kolejne zdjęcie przedstawiało twarz. Albo raczej jej resztki. Częściowo zapadnięta, z ciemnymi, pustymi oczodołami i warstwą brudu, który po tylu miesiącach nie był już tylko ziemią. Materiał koszuli przykleił się do szyi, kołnierz miał ślady szarpania, jakby ofiara jeszcze w środku próbowała go odciągnąć od gardła.
-?Brak obrażeń typowych dla zabójstwa z użyciem ostrego narzędzia, broni palnej lub siły bezpośredniej powodującej rozległe złamania kości długich. -?Wiktoria znów weszła w ton raportu. -?Nie wyklucza się obezwładnienia farmakologicznego lub fizycznego przed umieszczeniem ciała w trumnie, jednak stopień rozkładu uniemożliwia pełne potwierdzenie.
Podniosła wzrok.
-?No sam się tam facet nie zamknął. To na pewno -?skwitowała Nina. - Pokaż mi jeszcze raz ten wyryty znak.
Sarna wyjęła fotografię zbliżenia wieka. Przy bocznej krawędzi, gdzie drewno było mniej zniszczone, wyryto pięć pionowych nacięć. Trzy od lewej były przekreślone.
-?Tego nikt nie rył dla ozdoby -?stwierdziła.
-?Tyle wiem.
-?To rachunek. Albo lista, jak kto woli.
Wiktoria zmarszczyła brwi.
-?Myślisz, że liczy ofiary? -?zapytała.
-?Yhy.
-?W Czyśćcu wyglądało to podobnie, mam rację?
-?Podobnie. -?Nina pochyliła się nad zdjęciem. -?Tylko to by oznaczało, że to nie jest pierwsza ofiara.
Sarna milczała przez kilka sekund.
-?Ale na razie nie mamy innego trupa. Chyba że... -?Nerwowo podrapała się po brodzie. -?Ten topielec...
-?Jaki topielec?
-?W ubiegłym roku znaleziono na bagnach zwłoki faceta. Prokurator nie doszukał się udziału osób trzecich i uznano to za nieszczęśliwy wypadek.
-?Może to był nieszczęśliwy wypadek?
-?Może to za mało. Pojawiła się też hipoteza, że to samobój, i chyba nawet tak to przyklepano.
-?Bo?
-?Facet był degeneratem. Pijak, ćpun, złodziej. Miał kartotekę jak stąd do Warszawy, a długi jeszcze większe. Chyba nikomu nie chciało się w tym babrać, dlatego sprawę szybko zamknięto.
-?A ty co myślisz?
Policjantka zrobiła kwaśną minę.
-?Teraz to już sama nie wiem.
-?Mogłybyśmy pojechać w to miejsce -?zaproponowała Nina.
-?W które?
-?No tam, gdzie go wyciągnęliście z tego bagna. Skoro, jak powiedziałaś, nikt nie chciał się w tym babrać, to może ktoś coś przegapił? Gdybyśmy znalazły jakieś ślady, znaki...
Sarna przytaknęła, bo słowa Niny miały sens.
-?Pomyślimy -?skwitowała, po czym sięgnęła do szafki pancernej. Otworzyła ją kluczem i wyjęła z wnętrza przezroczyste pudełko. -?Ale najpierw to -?dodała, stawiając pojemnik na stole.
Sarna uniosła wieko i wyjęła z wnętrza zawartość, na którą składały się gałązki, sznurek, kawałki mchu i wrzosu oraz coś, co mogłoby być tylko stwardniałą gliną, gdyby nie to, że całość przypominała kształtem człowieka.
To była kukła, którą stworzyły ludzkie ręce, i nie było co do tego najmniejszych wątpliwości. Ta informacja sprawiła, że piętno na udzie znów stało się cieplejsze. To nie był ból, bardziej mrowienie, jakby piętno wyczuło, że o nim mowa. Wtedy Czyściec wrócił całą masą obrazów: jama, wykrot, korzenie wyglądające jak palce, zapach ziemi tak gęsty, że można nim było oddychać jak dymem. I te paskudne kukły. Wiszące na gałęziach, leżące pod drzewami, wetknięte między korzenie jak ostrzeżenia, znaki, obietnice.
-?Gdzie to znaleźliście? -?zapytała, gdy opanowała przypływ wspomnień.
-?Około ośmiu metrów od miejsca odsłonięcia trumny. Leżała przy pniu, częściowo w mchu. Technik chciał to wrzucić do worka razem z gałęziami, bo uznał za śmieć.
-?I co?
-?Kazałam zabezpieczyć.
Nina nie odpowiedziała. Wpatrywała się w kukłę jak zahipnotyzowana, zaciskając uda.
-?W Czyśćcu były takie same? -?przerwała ciszę Wiktoria.
-?Nie ma dwóch takich samych -?odparła Nina po dłuższej chwili. -?To nie są fabryczne przedmioty. Ale mechanizm jest ten sam. Forma, sposób związania, intencja. -?Przełknęła ślinę. -?To nie jest amulet, ale znak. I ostrzeżenie.
-?Przed kim?
-?Właśnie tego musimy się dowiedzieć. Bo czasem to ostrzeżenie, a czasem wskazanie. A czasem coś, co ma prowadzić dalej. -?Nina westchnęła krótko. -?W Czyśćcu one zawsze coś oznaczały. Nigdy nie wisiały przypadkiem.
Sarna opuściła wzrok na pudełko.
-?To trochę za mało, aby pójść z tym do naczelnika.
-?To do niego nie idź.
-?Inaczej tego nie ruszę. Mam trupa w trumnie, ślady od środka, człowieka zakopanego żywcem, znak na wieku i tę kukłę. I mam trzy zaginięcia, które śmierdzą podobnie. Ale jak próbuję to spiąć, to każdy mówi mi, żebym nie odpływała.
-?Skądś to znam...
Sarna skinęła ze zrozumieniem. W reportażach Nina nie patyczkowała się z policją i wyjątkowo mocno zganiła system za brak działań.
-?No dobra -?powiedziała w końcu policjantka. -?Powiedz chociaż, czego powinnam teraz szukać.
-?Powtarzalności. Nie jednego wielkiego dowodu, tylko drobnych rzeczy, które nie pasują. Ziemi, sznurków, miejsc, które wyglądają zwyczajnie, dopóki nie spojrzysz drugi raz.
-?Aha.
-?Ludzi, którzy nagle przypominają sobie, że ktoś chodził do szeptuchy, wróżki, znachorki... jakkolwiek je tu nazywacie.
Wiktoria podrapała się po nosie.
-?No mamy tu takie -?odchrząknęła. -?Ludzie do nich chodzą i... poczekaj chwilę. -?Sarna nagle się ożywiła i pospiesznie zaczęła przeglądać akta dotyczące faceta z trumny. Przez chwilę było słychać tylko szelest papieru. -?Tak, mam. Jest tu wzmianka o tym, że żona zabrała go kiedyś do... hmm... "kobiety od szeptów". Miała go wyleczyć z bezsenności po tym wypadku. Ale nie ma nazwiska.
-?I od niej bym zaczęła. Kiedy to było?
-?Co konkretnie?
-?No kiedy ta żona go tam zabrała?
-?Nie mam daty. Tylko "kiedyś". Nie potraktowałam tego zbyt poważnie i...
Wtedy drzwi do gabinetu się otworzyły. Bez pukania. Do środka wszedł wysoki i szczupły mężczyzna, na oko po trzydziestce. Miał krótko przystrzyżone włosy, trzydniowy zarost, twarz pociągłą z tym rodzajem zmęczenia, który nie bierze się z jednej nieprzespanej nocy, tylko z kilku lat pracy w miejscu, gdzie ludzie regularnie kłamią ci w twarz. Nosił ciemne spodnie i policyjny polar rozpięty pod szyją. W ręku trzymał telefon.
-?A to kto? -?zapytał bez przywitania.
-?To Nina -?odparła Sarna. -?Nina Bacela. Dziennikarka.
-?Ta Nina Bacela?
Brwi mężczyzny uniosły się minimalnie, a jego spojrzenie przesunęło się po Ninie tak, jak przesuwa się wzrokiem po kimś, kogo postrzega się jako potencjalny problem.
-?Właśnie ta.
-?I co ona robi w naszym pokoju?
-?Pomaga mi.
-?Serio?
-?Serio. -?Sarna wstała. -?To starszy aspirant Jan Kaszczor. Mój partner.
-?Dzień dobry -?przywitała się Nina.
Policjant westchnął ciężko, cmoknął, pokręcił głową z niedowierzaniem. Wyglądało to tak, jakby już wcześniej znał temat, ale od początku był przeciwnikiem wciągania Niny w śledztwo.
-?Pogadamy o tym później -?uciął. -?Mamy kolejnego trupa.
-?Gdzie? -?zapytała Wiktoria.
-?W jakimś starym bunkrze pod Męcikałem. Jedziesz?
-?No chyba. Wiadomo kto?
Kaszczor wymownie przeniósł wzrok na Ninę.
-?Ona jedzie z nami. Możesz mówić otwarcie -?uprzedziła go Sarna.
-?Wika...
-?Jan, nie teraz.
Krótka pauza. Wymiana spojrzeń.
-?Wójt.
Krótko później cała trójka siedziała w radiowozie. Gdy Jan odpalił silnik, Nina poczuła, jak piętno odpowiada złośliwym skubaniem od środka.
Las szarzał z każdym mijanym kilometrem, jakby ktoś powoli spuszczał z niego kolor.
Drzewa gęstniały, konary opuszczały szponiaste gałęzie coraz niżej, światło niknęło jak poświata dopalającej się świeczki. Szutrowa droga była wyboista i służbowa Kia kilka razy zaryła podwoziem o podłoże. Jan zaparkował przy prowizorycznej taśmie rozciągniętej pomiędzy dwoma sosnami i uchylił szybę.
-?Tym dalej nie pojedziecie, bo ugrzęźniecie albo się zakopiecie - oznajmił palący papierosa posterunkowy.
-?Daleko to?
-?Jakieś dwieście metrów w las. -?Mężczyzna wskazał brodą gęsto porośnięty, pofałdowany teren na zachód od drogi. -?I uważajcie, żeby sobie kostki nie skręcić. Od cholery dołów i wystających korzeni.
Nina aż się wzdrygnęła. Ostatnie słowo policjanta podziałało na nią jak sól na otwartą ranę.
Jan zgasił silnik i wysiedli. Uderzyła ich ta specyficzna cisza lasu. Nie taka jak w szpitalu albo gabinecie. Nie przycięta i nie kontrolowana. Ona była żywa, bo pełna drobnych dźwięków: trzasku gałęzi, szelestu igieł pod stopami, odległego stukania dzięcioła, którego nie dało się zlokalizować.
-?Dalej idziemy pieszo -?oznajmił Jan, jakby to nie było oczywiste.
Ścieżka była wąska i ledwo widoczna. Wyglądała, jakby ktoś ją kiedyś wydeptał, a potem przestał jej używać. Gałęzie zahaczały o ich kurtki, igły sypały się za kołnierze bluz. Ziemia była rozmiękła, jakby ktoś w niej niedawno grzebał, powietrze gęstsze i cięższe niż przy drodze. Pachniało wilgocią, żywicą i torfową glebą, a pomiędzy drzewami widniały rozwieszone pajęczyny pokryte kropelkami wody.
Nina szła z tyłu, starając się udawać, że jej nie ma. Patrzyła pod nogi, jakby obawiała się, że wystające korzenie zaraz owiną się wokół kostki i wciągną ją pod ziemię. Las gęstniał, osaczał, ale jednocześnie wciągał i kusił.
Znała to uczucie. Ciało pamiętało. W takich miejscach ciekawość zawsze wygrywała z rozsądkiem.
Do celu dotarli po kilku minutach marszu. Słońce wciąż wisiało nad horyzontem, ale blade, prawie martwe, bo skryte za chmurami i koronami sosen i świerków. Gdzieś pomiędzy nimi błyskały strumienie światła z latarek.
Przy bunkrze kręciło się kilka osób. Dwóch mundurowych stało przy taśmie i rozmawiało półgłosem, technik w kombinezonie pochylał się nad czymś przy ziemi, robiąc zdjęcia, a jakiś facet z bujnymi wąsami trzymał na statywie reflektor, który rzucał ostre, zimne światło na betonową konstrukcję wystającą z ziemi.
-?Kto tu dowodzi? -?zapytał Kaszczor.
-?Ja -?odparł facecik o zarośniętej szczęce. Widać było, że dużo czasu spędza na siłowni. -?Wy z powiatowej?
-?Starszy aspirant Jan Kaszczor, a to aspirant Wiktoria Sarnecka. Przejmujemy temat.
-?No ja myślę.
-?A co to ma niby znaczyć?
-?Sami zobaczcie. Tylko radzę nie oddychać przez nos.
-?Aż tak źle?
-?Zła to może być zupa pomidorowa żony. To jest, kurwa, no...
-?Chujnia z grzybnią -?dokończył drugi z mundurowych.
-?No dosłownie. Chujnia z grzybnią.
Wiktoria wyjęła z kieszeni chusteczki zapachowe i obdarowała nimi Jana i Ninę. Przyjęli je bez gadania.
-?Kto go odnalazł? -?zapytała Sarna, wsadzając latarkę w czarny otwór.
-?Jakieś dzieciaki. Bawiły się w podchody czy coś.
-?Szukały tajnego miejsca -?uzupełnił drugi.
Gdy wkroczyli do wnętrza bunkra, smród uderzył natychmiast. Stary, głęboki, zalegający w powietrzu jak zgnilizna, która zdążyła wsiąknąć w beton. Pierwszy wszedł Jan, potem Wiktoria, na końcu Nina. Bunkier był niski i częściowo zapadnięty, dlatego trzeba było się mocno nagimnastykować, aby nie wyrżnąć głową w sklepienie albo wystający pręt zbrojeniowy. Korytarz prowadził ziemnym nasypem w dół, pod kątem, jak do jakiejś zapomnianej piwnicy. Beton był popękany, porośnięty mchem i czymś czarnym, co wyglądało jak stara wilgoć.
Bunkier bardzo szybko połknął światło z reflektora na dworze. Pozostały im latarki i wżerający się w skórę smród. Nina pomyślała, że dzieciaki musiały być bardzo zdeterminowane, aby dotrzeć tak głęboko i po drodze nie zwymiotować. Znowu wygrała ludzka ciekawość.
Jeszcze krok, dwa, pięć. I wtedy go zobaczyła. Najpierw tylko zarys, potem całą resztę.
-?Kurwa mać... -?mruknął Jan i mocniej przycisnął chusteczkę do nosa.
Wiktoria na chwilę odwróciła głowę, ale szybko się zreflektowała.
Mężczyzna był przypięty do ściany grubym, zardzewiałym łańcuchem, zaplamionym czymś, co mogło być zakrzepłą krwią albo zastygłymi wymiocinami. Owinięty wokół tułowia i jednej ręki łańcuch, przepleciony przez zagięte pręty zbrojeniowe, nie dawał żadnych szans na wyswobodzenie się i ewentualną ucieczkę. Głowa trupa opadała na bok, jakby zaraz miała odpaść od szyi.
-?Leży tu od miesięcy -?wychrypiał Jan, dociskając chusteczkę do nosa.
-?Co najmniej od pół roku. Może dłużej -?odpowiedział mu głos zza pleców.
Cała trójka odwróciła się w tym kierunku. Wiktoria aż podskoczyła.
-?Nie świećcie po oczach -?rzucił mężczyzna w luźno zwisającym kombinezonie.
-?Doktor Żukowski? -?zapytała Sarna.
-?We własnej osobie -?odparł przybysz. -?Chyba was nie wystraszyłem, co? -?Zaśmiał się. -?Gniję tu już z tym trupkiem od pół godziny, a że mnie przycisnęło, to musiałem pójść na stronę.
-?Nie słyszałem tego -?mruknął Kaszczor.
-?Spokojnie, Janek. Oddaliłem się. Zresztą technika dała przyzwolenie. Po tylu miesiącach i tak gówno tu znajdziemy.
-?Co ustaliłeś?
-?Zbyszek zabezpieczył dowód osobisty, więc znamy tożsamość ofiary. Wiemy niewiele więcej poza tym, że sam się tu nie przypiął. Jednym słowem -?zabójstwo.
-?Prokurator się ucieszy.
-?Nie wątpię.
Nina przysłuchiwała się rozmowie, czując, jak pod skórą na udzie pulsuje krew. Z trudem powstrzymywała się, aby nie zacząć się drapać. I ten smród. Nawet w wykrocie nie był tak intensywny jak tutaj. Zbierało się jej na wymioty, ale nie mogła oderwać wzroku od zwłok.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki