Ślepą, czarną nocą - Przemysław Piotrowski

-
Proszę czekać

Prolog

Mrok mię­dzy sosnami był gęsty jak szlam.

Ona leżała w bło­cie. Miała na sobie zwiewną sukienkę w kwiaty, teraz mokrą i ciężką, włosy roz­pusz­czone, teraz poskle­jane w strąki, na szyi wisior upać­kany tak bar­dzo, że nie widać było wzoru. W oczach zbie­rały się łzy.

-?No dalej -?usły­szała. -?Po to tu przy­szłaś, co nie?

Przy jej gło­wie ugrzązł but. Duży, czarny, ciężki glan. Miał wysoką, oble­pioną gliną cho­lewę, cia­sne wią­za­nia i dwie wyryte w skó­rze bły­ska­wice. Usły­szała mla­śnię­cie, a potem paskudny, szy­der­czy śmiech. Poja­wiły się kolejne buciory, które wyro­sły przy niej, jeden przy dru­gim, jak las.

Chciała zaprze­czyć, ale słowa nie opu­ściły ust. Zatrzy­mały się gdzieś pod języ­kiem, cięż­kie i bez­u­ży­teczne. Młode, prze­pite głosy roz­bi­jały ciszę, w powie­trzu wisiał odór alko­holu, potu, dymu papie­ro­so­wego i cze­goś kwa­śnego, od czego robiło się nie­do­brze.

Poczuła szarp­nię­cie, a świat zawi­ro­wał. Mokre kosmyki przy­kle­iły się do skóry na policz­kach. W prze­świ­cie mię­dzy koro­nami drzew bły­snął księ­życ, przy­ga­szony, wpa­da­jący w czer­wień, jakby ktoś prze­tarł go brudną szmatą.

Usły­szała odgłos roz­pi­na­nej sprzączki, a potem zgrzyt­nię­cie suwaka w roz­porku. Bek­nię­cie, śmiech, brzęk pęka­ją­cego szkła. W kręgu cza­iły się cie­nie. Cztery? Pięć? Wię­cej? Wszyst­kie podobne: ogo­lone głowy, napuch­nięte od alko­holu twa­rze, kurtki poły­sku­jące od wil­goci. Poczuła kolejne szarp­nię­cie, a jej twarz znów wylą­do­wała w bło­cie. Poli­czek prze­tarła szorstka pode­szwa.

-?Jedziemy po kolei. Bez wyjąt­ków.

Głos wydał się jej chło­pięcy i zde­cy­do­wa­nie za młody na to, co robił. Kamienny krąg odpo­wie­dział recho­tem, a chwilę póź­niej czy­jaś ręka zaci­snęła się na jej ramie­niu tak mocno, że prze­szył ją ból. Na policzku poczuła cie­pło wyję­tej z żaru gałęzi. Usły­szała syk, skwier­cze­nie, zapie­kło, ale nie krzyk­nęła. Wie­działa, że to ich tylko roz­ju­szy.

Ktoś kop­nął pustą butelkę, która poto­czyła się po kamie­niach i zatrzy­mała tuż przy jed­nym z gła­zów. Wbiła palce w mokry mech, a drobne igły sosny przy­kle­iły się do dłoni. Chciała wpeł­znąć pod zie­mię, scho­wać się mię­dzy korze­niami, po pro­stu znik­nąć, ale zie­mia była twarda i obo­jętna.

Sły­szała urywki zdań, prze­kleń­stwa, prze­zwi­ska, czyjś przy­spie­szony oddech. Ktoś zachar­czał śmie­chem, ktoś inny splu­nął, ktoś powie­dział, żeby prze­stała się szar­pać, bo nikt jej tu prze­cież nie zabija. I wła­śnie wtedy zro­zu­miała naj­gor­sze -?że dla nich to nie było nic wiel­kiego. Że wrócą stąd do domów, do łóżek, do poranka, a potem będą pić her­batę przy kuchen­nym stole i mówić mat­kom, że byli z chło­pa­kami w lesie.

Zaci­snęła powieki, ale dźwięki nie zni­kały. Rosły, obła­ziły ją jak robac­two. I wtedy poczuła pierw­sze pchnię­cie. Po nim przy­szło dru­gie, trze­cie, czwarte, piąte. W końcu prze­stała liczyć, a jej świat zawę­ził się do jedy­nej czyn­no­ści -?trwa­nia.

Nad lasem coś zaszu­miało. Może wiatr, może sowa, może nic. A potem usły­szała:

-?I tak nikogo nie będzie to obcho­dzić.

Otwo­rzyła oczy. Żar ogni­ska się dopa­lał. Księ­życa już nie było, skrył się gdzieś za chmu­rami i noc zro­biła się czarna jak otchłań. Krew spły­nęła cienką strużką po udach, po kamie­niach, po mchu, a zie­mia przy­jęła ją bez oporu, jakby tylko na nią cze­kała.

Została sama, nad nią tylko cięż­kie niebo, wokół głazy, a za nimi las. Ciemny. Głodny. Uważny. Las, który był nie­mym świad­kiem i nie zamie­rzał o tym zapo­mnieć.

Rozdział 1

Oddział pach­niał środ­kiem dezyn­fek­cyj­nym i pla­sti­kiem.

Nie była to woń szpi­tala, lecz cze­goś bar­dziej ste­ryl­nego, jakby ktoś pró­bo­wał zetrzeć z tego miej­sca nie tylko bak­te­rie, ale i wspo­mnie­nia. Białe ściany odbi­jały świa­tło jarze­nió­wek tak mocno, że oczy bolały od patrze­nia. Nawet cisza była tu inna -?nie natu­ralna, ale wygła­dzona i kon­tro­lo­wana.

Nina sie­działa przy sto­liku pod oknem i tępo wpa­try­wała się w kra­jo­braz za szybą. W rękach trzy­mała pla­sti­kowy kubek, a obok leżały dwie tabletki: jedna biała, druga lekko żół­tawa. Wło­żyła je do ust, połknęła i zachłan­nie popiła wodą, jakby chciała mieć to już za sobą.

Wie­działa, że nie pomogą. Nie na to. Zapach ziemi wra­cał i tak. Cza­sem w środku nocy, cza­sem w poło­wie zda­nia, cza­sem bez powodu, kiedy patrzyła na wła­sne dło­nie i miała wra­że­nie, że pod paznok­ciami wciąż jest brud.

Zaci­snęła pię­ści i wtedy usły­szała zgrzyt zamka.

-?Pani Bacela?

Pod­nio­sła wzrok. W drzwiach stała młoda pie­lę­gniarka o twa­rzy pokry­tej pie­gami, przez co wyda­wała się nie paso­wać do tego miej­sca.

-?Ma pani gościa -?oznaj­miła.

-?Nie uma­wia­łam się z nikim.

-?Wiem. Ale panią pro­szą.

Nina patrzyła na nią chwilę dłu­żej.

-?Kto?

-?Poli­cja.

Pie­lę­gniarka nie wypo­wie­działa tego ani gło­śno, ani dra­ma­tycz­nie, a jed­nak coś się w Ninie poru­szyło. Odsu­nęła krze­sło, wstała, meta­lowe nogi zaskrzy­piały o pod­łogę.

-?Czego chcą? -?zapy­tała.

-?Jest tylko jakaś pani. Nie powie­działa po co.

Pie­lę­gniarka otwo­rzyła drzwi sze­rzej i Nina powoli ruszyła we wska­za­nym kie­runku. Miękka wykła­dzina tłu­miła kroki. Mijała kolejne pokoje, z któ­rych więk­szość była zamknięta. W jed­nym z nich ktoś się śmiał, w innym ktoś mówił coś szybko, ner­wowo, bez prze­rwy, w trze­cim ryt­micz­nie stu­kano o ścianę.

Zatrzy­mała się przed drzwiami do sali odwie­dzin. Pie­lę­gniarka zapu­kała lekko i je uchy­liła. W środku sie­działa drobna bru­netka, plus minus w jej wieku. Miała ciemne oczy pod­kre­ślone kre­ską, w uszach poły­ski­wało kilka kol­czy­ków, lewa strona głowy była pod­go­lona, a z pra­wej włosy opa­dały na bok. Mogła podo­bać się face­tom, choć nie wszyst­kim. Kurtka poli­cyjna wisiała na opar­ciu krze­sła.

-?Nina Bacela? -?zapy­tała, gdy pod­nio­sła się z krze­sła.

-?Tak.

-?Aspi­rant Wik­to­ria Sar­necka z komendy powia­to­wej w Choj­ni­cach.

Nina popa­trzyła na nią bez­barw­nie, bo co do cho­lery mogła od niej chcieć jakaś poli­cjantka z Choj­nic?

-?Mówią na mnie Sarna. -?Kobieta wycią­gnęła rękę.

Nina zawa­hała się, ale ją uści­snęła. Dłoń była zadbana, choć chłodna. Kobiety usia­dły naprze­ciwko sie­bie i przez dłuż­szą chwilę żadna się nie odzy­wała. Cisza z cza­sem zro­biła się nie­zręczna i Nina odnio­sła wra­że­nie, że kobieta oce­nia jej moż­li­wo­ści poznaw­cze, jakby w isto­cie nie była pewna, czy przy­pad­kiem nie ma do czy­nie­nia z wariatką.

-?Czy­ta­łam pani tek­sty -?zaczęła w końcu Sarna.

-?I?

-?Dla­tego tu jestem.

-?To ma być powód?

Poli­cjantka lekko unio­sła brew.

-?Nie. Powód jest inny. -?Się­gnęła do torby i wyjęła teczkę. Poło­żyła ją na stole, ale jej nie otwo­rzyła. -?Dostrze­głam w pani repor­ta­żach pewne... hmm... wzory.

-?Ludzie lubią widzieć wzory.

-?Ja też. -?Na chwilę zamil­kła. -?Tylko że tym razem mam coś, co do nich pasuje.

Nina odchy­liła się na opar­cie krze­sła.

-?Jakie "coś"?

-?Znaki.

-?Jakie znaki?

-?Takie, które pani już widziała.

Nina przez dłuż­szą chwilę wpa­try­wała się w poli­cjantkę.

-?Nie wiem, o czym pani mówi -?rze­kła w końcu.

Sarna ski­nęła głową, jakby spo­dzie­wała się wła­śnie takiej odpo­wie­dzi.

-?Mogę poka­zać?

-?Skoro pani tu przy­je­chała.

Poli­cjantka otwo­rzyła teczkę i wyjęła jedno z licz­nych zdjęć.

-?Mamy trupa -?powie­działa. -?Zna­le­ziony dwa tygo­dnie temu na ponie­miec­kim cmen­ta­rzu w Borach Tuchol­skich.

Nina spoj­rzała na foto­gra­fię sta­rej trumny. Była ciemna, brudna i nasiąk­nięta wil­go­cią. Na roz­bi­tym wieku wid­niały dłu­gie i nie­równe linie przy­po­mi­na­jące ślady po dra­pa­niu drewna.

-?Leżał tam co naj­mniej pół roku -?cią­gnęła Sar­necka. -?Potrze­bo­wa­li­śmy sporo czasu na iden­ty­fi­ka­cję, bo roz­kład ciała był mocno zaawan­so­wany. - Wyjęła kolejne zdję­cie. -?Zako­pany płytko. Tra­fił na niego grzy­biarz, gdy po ule­wach zie­mia się roz­su­nęła.

Nina patrzyła jak zahip­no­ty­zo­wana, ale sta­rała się nie dać tego po sobie poznać.

-?To w końcu tylko stary cmen­tarz, ale...

-?Ale trup świeży -?dokoń­czyła za nią Sarna.

-?Zakła­da­cie zabój­stwo?

-?Ktoś go tam wło­żył, a ślady od środka wska­zują, że denat pró­bo­wał się wydo­stać.

-?Został zako­pany żyw­cem?

-?Na to wygląda.

Nina poczuła lek­kie swę­dze­nie na wewnętrz­nej stro­nie uda.

-?I co ja mam z tym niby zro­bić? -?zapy­tała.

-?To.

Sarna pod­su­nęła kolejne zdję­cie. Na drew­nie, przy kra­wę­dzi, wyryte były znaki. Pięć nacięć, z tego trzy od lewej prze­kre­ślone. I jesz­cze kukiełka z gałą­zek.

Nina pochy­liła się mini­mal­nie, a jej serce przy­spie­szyło.

-?Widzia­łam już podobne -?przy­znała.

-?Dla­tego tu jestem.

-?Ale tamto... -?Nina na chwilę się zatrzy­mała. -?Tamto to było coś innego.

-?Na pewno?

Bacela się wypro­sto­wała i zaci­snęła pod sto­łem uda, bo pie­cze­nie stało się bar­dziej inten­sywne, jakby coś pod skórą usły­szało jej słowa i wła­śnie pró­bo­wało prze­śli­zgnąć się przez szcze­linę, aby wyjść na zewnątrz.

-?Nie chcę do tego wra­cać -?rzu­ciła.

-?Może jed­nak pani to prze­my­śli...

-?Nie.

Sarna zebrała zdję­cia i z powro­tem wło­żyła je do teczki. Zamknęła ją z cichym wes­tchnie­niem.

-?Rozu­miem. -?Wstała i zarzu­ciła kurtkę na ramię. -?Dzię­kuję za poświę­cony czas.

Ruszyła w kie­runku drzwi, ale zatrzy­mała się przy klamce.

-?W ciągu roku w oko­licy zagi­nęło jesz­cze trzech męż­czyzn -?powie­działa, nie odwra­ca­jąc się.

Nina pod­nio­sła wzrok.

-?Różni. Różne miej­sca. Różne histo­rie. Żaden się nie odna­lazł. Poza tym jed­nym...

Czas jakby na chwilę zwol­nił.

-?Znik­nęli bez śla­dów? -?zapy­tała Nina.

-?Pra­wie.

-?Pra­wie?

Sar­necka odwró­ciła głowę i spoj­rzała Ninie w oczy.

-?Zie­mia.

Jedno słowo wystar­czyło, aby w Ninie coś drgnęło. Może jej się tylko wyda­wało, ale znów poczuła jej zapach. Wil­gotny, ciężki, duszący.

-?Brud tam, gdzie nie powinno go być -?dodała Sarna. -?Nie­wiele, a przy­naj­mniej za mało na dowód, który można przy­piąć do sprawy.

-?To prze­cież las...

-?Wiem.

-?Więc?

-?Może to tylko las. -?Sarna wzru­szyła ramio­nami. -?A może nie...

Otwo­rzyła drzwi i zro­biła krok.

-?Pocze­kaj.

Sarna się zatrzy­mała, następ­nie powoli się odwró­ciła. Nina patrzyła na nią, ale już ina­czej.

-?Pokaż jesz­cze raz tę trumnę.

Pół godziny póź­niej Bacela sta­nęła naprze­ciwko leka­rza pro­wa­dzą­cego. Dok­tor Antoni Łysaj był szczu­płym i sto­sun­kowo przy­stoj­nym męż­czy­zną po pięć­dzie­siątce z -?w jej oce­nie -?nie­pa­su­ją­cym mu kom­plet­nie kol­czy­kiem w uchu. Podał jej doku­menty, a ona zło­żyła pod­pis.

-?Powo­dze­nia, pani Nino -?powie­dział, odbie­ra­jąc wypis.

-?Nie dzię­kuję -?odparła.

-?A to dla­czego?

-?Żeby nie zape­szać.

Dok­tor uśmiech­nął się, ski­nął i odszedł. Nie miał poję­cia, że w tym samym momen­cie Nina zaczęła wydłu­by­wać spod paznok­cia coś, czego nie powinno tam być.

Rozdział 2

Samo­chód Wik­to­rii do niej nie paso­wał.

Nina zauwa­żyła to od razu, kiedy wyszły z budynku szpi­tala i zeszły po beto­no­wych scho­dach na mały par­king dla per­so­nelu i odwie­dza­ją­cych. Po Sar­nie spo­dzie­wa­łaby się cze­goś małego, zadzior­nego, może nawet osten­ta­cyj­nie spor­to­wego, cze­goś, co pró­bo­wa­łoby krzy­czeć światu, że wła­ści­cielka nie boi się ani drogi, ani ludzi. Tym­cza­sem aspi­rant Sar­necka jeź­dziła kil­ku­let­nią, gra­na­tową Skodą, czy­stą, ale bez prze­sady, z jed­nym zadra­pa­niem przy tyl­nym nad­kolu i lekko pęk­niętą obu­dową pra­wego lusterka.

-?Służ­bowe? -?zapy­tała Nina, kiedy Wik­to­ria odblo­ko­wała zamek.

-?Pry­watne. -?Sarna rzu­ciła jej krót­kie spoj­rze­nie. -?Służ­bo­wym bym po panią nie przy­je­chała.

-?Bo?

-?Bo zaraz pół komendy wie­dzia­łoby, gdzie byłam i po co. A na razie wolę tego unik­nąć.

Nina wsia­dła od strony pasa­żera. W środku pach­niało kawą z papie­ro­wego kubka, deli­kat­nym odświe­ża­czem o zapa­chu igli­wia i czymś jesz­cze - dam­skimi per­fu­mami, lek­kimi, tro­chę zbyt ostro cytru­so­wymi, jakby miały przy­kry­wać zmę­cze­nie, które i tak prze­bi­jało spod skóry. Na tyl­nej kana­pie leżały pla­sti­kowa rekla­mówka z butelką wody i dwa segre­ga­tory prze­wią­zane gumką, a na pod­ło­dze po stro­nie kie­rowcy walały się zgnie­ciony para­gon i opa­ko­wa­nie po bato­nie pro­te­ino­wym.

Wik­to­ria wrzu­ciła torbę za sie­dze­nie, zatrza­snęła drzwi i uru­cho­miła sil­nik. Przez chwilę żadna się nie odzy­wała. Szpi­tal szybko został za nimi. Minęły szla­ban, potem kilka blo­ków, sta­cję ben­zy­nową, sklep z wiel­kim szyl­dem "LIKWI­DA­CJA -?TANIEJ NIE BĘDZIE", a póź­niej wje­chały na auto­stradę.

Niebo było niskie, szare, brudne od chmur. Wycie­raczki co jakiś czas prze­ci­nały szybę suchym, draż­nią­cym ruchem.

-?Ile potrwa podróż? -?zapy­tała Nina.

-?Do Choj­nic jakieś cztery godziny. Potem zależy, dokąd poje­dziemy dalej. -?Sarna wrzu­ciła kie­run­kow­skaz i wyprze­dziła cię­ża­rówkę. -?Ale naj­pierw komenda.

-?Czyli jed­nak nie oglę­dziny...

-?Nie od razu. Naj­pierw chcę pani poka­zać wszystko, co mamy. Bez pośpie­chu.

Nina patrzyła przez okno. Na polach zale­gały jesz­cze resztki śniegu, a korony drzew ugi­nały się pod napo­rem wia­tru. To była ta pora roku, w któ­rej wszystko wyglą­dało, jakby miało się roz­paść albo dopiero zacząć gnić. Już nie zima, jesz­cze nie wio­sna, ale taka chlapa pomię­dzy.

-?Nie musi mnie pani cały czas spraw­dzać -?ode­zwała się po dłuż­szej chwili Wik­to­ria.

-?Słu­cham?

-?Widzę, jak pani na mnie zerka. Jak­bym... no nie wiem... zaraz miała zro­bić coś głu­piego?

-?A przy­je­cha­nie po dzien­ni­karkę do szpi­tala psy­chia­trycz­nego i wcią­ga­nie jej do śledz­twa, któ­rego wła­sna komenda nie chce cią­gnąć, to aby na pewno jest mądre?

-?Punkt dla pani.

Nina pierw­szy raz od dawna poczuła coś w rodzaju roz­ba­wie­nia. Ledwo zauwa­żal­nego, ale przy­jem­nego.

-?Dla­czego pani to robi? -?zapy­tała.

Sarna przez chwilę zasta­na­wiała się nad odpo­wie­dzią.

-?Bo coś mi tu śmier­dzi -?powie­działa w końcu. -?I wcale nie cho­dzi o zwłoki.

-?To aku­rat dość czę­sty pro­blem przy śledz­twach.

-?Wie pani, o co mi cho­dzi...

-?Wiem, ale pytam o co innego. Cho­dzi o pani ambi­cję czy o coś innego?

Wik­to­ria zer­k­nęła na nią z ukosa.

-?Może prze­sta­niemy sobie "panio­wać"? Tak na począ­tek.

-?W sumie...

-?Jestem Wik­to­ria, ale możesz mówić na mnie Sarna.

-?Nina.

Przez dłuż­szą chwilę mil­czały.

-?Czyli chcesz awansu...

-?Awans zawsze mile widziany, ale to chyba nie to.

-?To co?

Wik­to­ria przy­gry­zła dolną wargę i wes­tchnęła.

-?Przy­dzie­lili mi sprawę tego trupa, bo nikt nie chce się w niej babrać. Nie ma dowo­dów, nie wia­domo, o co cho­dzi, nie ma ciśnie­nia, bo trumna na cmen­ta­rzu to w sumie żadna nowość. Góra naj­chęt­niej zamknę­łaby sprawę, ale ja czuję, że to ma dru­gie dno. Nie wiem tylko, jakie i jak głę­boko się ono znaj­duje.

-?To ma jakiś zwią­zek z tymi zagi­nio­nymi?

-?Tak sądzę, cho­ciaż odno­szę wra­że­nie, że nikt w komen­dzie nie chce tego łączyć. Trup w trum­nie to jedno, ale zagi­nię­cia... -?Wik­to­ria prze­nio­sła wzrok na Ninę. -?Zagi­nięć nikt nie lubi, bo psują sta­ty­styki. Łatwiej wytłu­ma­czyć, że ten czy tam­ten miał dość i uciekł od żony albo po pro­stu wyje­chał z kraju. Kło­pot znika.

-?Ty myślisz ina­czej...

-?Tak już mam.

-?To w tej pro­fe­sji chyba dobra cecha.

-?Zależy, kto o tym decy­duje.

Przez chwilę sil­nik mru­czał jed­no­staj­nie, a Nina dała sobie czas na prze­tra­wie­nie słów Sarny. Coraz bar­dziej podo­bały jej się odpo­wie­dzi tej mło­dej poli­cjantki. Wyglą­dała na taką, któ­rej sys­tem jesz­cze nie zepsuł.

-?Mówi­łaś, że zagi­nęło jesz­cze trzech -?ode­zwała się w końcu. -?Kim byli?

Sarna wyprze­dziła kolejny samo­chód, zje­chała na prawy pas i dopiero wtedy odpo­wie­działa.

-?Pierw­szy to nie­jaki Tomasz Wójt. Czter­dzie­ści dzie­więć lat. Wła­ści­ciel składu budow­la­nego pod Bru­sami. Znik­nął w sierp­niu. Ofi­cjal­nie poje­chał spo­tkać się z kon­tra­hen­tem. Samo­chód zna­le­ziono dwa dni póź­niej przy leśnej dro­dze. Zamknięty, klu­czyki w schowku, port­fel na miej­scu, tele­fon wyłą­czony i wrzu­cony do rowu jakieś sto metrów dalej.

-?Ślady walki?

-?Żad­nych. -?Sarna zmarsz­czyła lekko nos. -?Tylko błoto na dywa­niku od strony kie­rowcy i resztki wysu­szo­nego wrzosu na fotelu. Poli­cjant z patrolu wpi­sał w notatkę, że pew­nie naniósł sam.

-?Wyczu­wam jakieś "ale".

-?Bo uwa­żam, że facet był pedan­tem. Mamy zezna­nia żony, pra­cow­ni­ków, nawet mecha­nika. Mył auto czę­ściej niż ręce i raczej nie zosta­wiłby cze­goś takiego.

Nina słu­chała w mil­cze­niu.

-?Drugi nazywa się Jacek Paw­la­czyk. Pięć­dzie­siąt dwa lata. Były nauczy­ciel WF-u. Zagi­nął mie­siąc temu. Miesz­kał sam. Sąsiadka twier­dzi, że wie­czo­rem sły­szała, jak z kimś roz­ma­wia przed domem. Rano drzwi były uchy­lone, świa­tło w kuchni zapa­lone, czaj­nik spa­lony na pły­cie. Faceta jed­nak nie było.

-?Też błoto?

-?Na progu, w sieni i na łóżku. Tro­chę jakby ktoś spe­cjal­nie syp­nął tam garść ziemi. No i jesz­cze śla­dowe ilo­ści wrzosu na tap­cza­nie.

-?Spraw­dzi­li­ście w labo­ra­to­rium?

-?Spraw­dzi­li­śmy. -?Sarna wzru­szyła lekko ramio­nami. -?Tylko że w labo­ra­to­rium stwier­dzono tyle co nic. Gleba kwa­śna, tor­fowa, z domieszką cze­goś mine­ral­nego. Z wrzo­sem podob­nie. W Borach Tuchol­skich rośnie tego pełno.

-?A trzeci?

-?Mie­czy­sław Lubasz. Pięć­dzie­siąt jeden lat. Radca prawny. Znik­nął kilka dni temu. Wra­cał z kola­cji. Moni­to­ring uchwy­cił jego samo­chód, a potem już nic. Auto zna­leź­li­śmy na par­kingu przy jezio­rze. Bez śla­dów wła­ma­nia, bez krwi, bez niczego. Ale w bagaż­niku były dro­biny ziemi i wrzosu. Je też dałam do labo­ra­to­rium, ale na wyniki pew­nie jesz­cze trzeba będzie chwilę pocze­kać.

-?Łączy ich coś poza płcią?

-?Na pierw­szy rzut oka nie­wiele.

-?A na drugi?

Wik­to­ria zje­chała z auto­strady A1 i skrę­ciła w eks­pre­sówkę na Toruń.

-?Przy­naj­mniej dwóch się znało. Wójt i Lubasz cho­dzili do tej samej szkoły. Każdy z nich miał też w papie­rach coś, co dało się przy­kryć sło­wem "incy­dent". U Wójta była to sprawa o pobi­cie pra­cow­nika. Umo­rzona. Paw­la­czyk miał kie­dyś zarzut o prze­kro­cze­nie upraw­nień wobec uczen­nicy, ale skoń­czyło się na naga­nie dys­cy­pli­nar­nej i eme­ry­tu­rze tro­chę wcze­śniej, niż pla­no­wał. Lubasz repre­zen­to­wał kilku bar­dzo cie­ka­wych klien­tów w spra­wach o prze­moc domową i mole­sto­wa­nie. Zawsze po tej samej stro­nie.

-?Męskiej?

-?Tak.

Nina odwró­ciła wzrok ku szy­bie. W oddali prze­su­wały się pola, puste działki, samotne gospo­dar­stwa z eter­ni­tem na dachach. Wszystko wyglą­dało chłodno i odle­gle.

-?A ten z trumny? -?zapy­tała.

-?Roman Brze­ziń­ski. Czter­dzie­ści osiem lat. Pro­wa­dził firmę trans­por­tową. Zagi­nął pod koniec lata. Rodzina zgło­siła zagi­nię­cie po trzech dniach, bo wcze­śniej zda­rzało mu się zni­kać na week­endy. Kochanki, dele­ga­cje, alko­hol, takie rze­czy. -?Sarna zaci­snęła dło­nie moc­niej na kie­row­nicy. -?Wyszło na to, że miał roz­po­znaną tafe­fo­bię, na którą leczył się od czasu, gdy kil­ka­na­ście lat temu w kopalni odkryw­ko­wej przy­sy­pała go zie­mia. Miał szczę­ście, że kole­dzy dogrze­bali się do niego już po kilku minu­tach. Ale trauma pozo­stała i od tam­tej pory czuł silny lęk przed zamknię­tymi prze­strze­niami takimi jak windy czy piw­nice. A zwłasz­cza groby.

-?Kto o tym wie­dział?

-?Żona, była part­nerka, lekarz. Pew­nie paru kole­gów. -?Wik­to­ria spoj­rzała na drogę. -?Ale to nie była infor­ma­cja powszech­nie znana.

-?A mimo to ktoś wsa­dził go do trumny.

-?I zako­pał na sta­rym nie­miec­kim cmen­ta­rzu.

-?Płytko.

-?Tak.

Nina lekko odsu­nęła się w fotelu.

-?Czyli nie cho­dziło tylko o sam akt pozba­wie­nia życia.

-?Tak wła­śnie myślę.

-?Bar­dziej o... wia­do­mość?

-?Może...

Przez kilka minut jechały w ciszy. W radiu leciał jakiś lokalny ser­wis infor­ma­cyjny, ale Wik­to­ria po chwili prze­łą­czyła sta­cję. Widocz­nie i jej prze­szka­dzał ten czyjś prze­sad­nie pogodny głos.

-?A ty byłaś w takim miej­scu? -?zapy­tała nagle.

-?W jakim?

-?Zamknię­tym. No wiesz... Pod zie­mią, bez wyj­ścia.

Sarna zadała to pyta­nie, jakby naprawdę nie znała odpo­wie­dzi. To tro­chę ziry­to­wało Ninę, prze­cież wszystko opi­sała w swo­ich arty­ku­łach.

-?Nie odpu­ścisz, co?

-?Przy­je­cha­łam po cie­bie do psy­chia­tryka. -?Sarna posłała jej dwu­znaczny uśmiech. -?Gdy­bym miała pro­blem z nie­zręcz­nymi tema­tami, to bym wybrała księ­go­wość.

Nina spoj­rzała na nią chłodno. Przed oczami sta­nęły jej wykrot, korze­nie, krwawa breja. Prze­łknęła ślinę.

-?Tak, byłam -?odparła w końcu. -?Ale nie chcę o tym teraz gadać.

-?Okej.

Nina odwró­ciła wzrok. Szosa wła­śnie prze­cięła las i zro­biło się ciem­niej.

-?Czy­ta­łam wszystko, co napi­sa­łaś -?ode­zwała się ciszej Wik­to­ria. -?A to, czego nie napi­sa­łaś... -?prze­krzy­wiła głowę -?pró­bo­wa­łam sobie jakoś dopo­wie­dzieć.

-?Tego dru­giego bym nie radziła.

Nina oparła głowę o zagłó­wek. Przez kilka sekund tylko oddy­chała. Poczuła, jak napię­cie wraca cienką war­stwą pod skórę. Nie gwał­tow­nie. Bar­dziej jak zimno, które naj­pierw dotyka karku, a dopiero potem scho­dzi niżej.

-?Czy­ściec był miej­scem, które nie powinno ist­nieć -?powie­działa w końcu. -?Niby zwy­kła wieś, która wygląda jak każda inna, ale to tylko pozory. Gdy weszło się głę­biej, prze­sta­wała być wsią, a zaczy­nała dzia­łać jak orga­nizm. Każdy wie­dział, co mówić i kiedy mil­czeć. I kiedy odwró­cić wzrok.

-?Sekta?

-?Gorzej. -?Nina wes­tchnęła. -?To był dosko­nale naoli­wiony mecha­nizm oparty na ludz­kich lękach, folk­lo­rze i lokal­nych zabo­bo­nach. Uwierz, że to było skraj­nie poje­bane.

-?Chcia­ła­bym o tym posłu­chać.

Nina skrzy­wiła się, wes­tchnęła, popra­wiła włosy. Przez dłuż­szą chwilę patrzyła w prze­wi­ja­jący się za oknem kra­jo­braz.

-?Zni­kały kobiety -?powie­działa w końcu. -?Albo wra­cały inne. Wyci­szone, wypa­lone, wypłu­kane z życia. Były też takie, które wcale nie wra­cały.

Sarna zaci­snęła szczęki.

-?A męż­czyźni?

-?Męż­czyźni naj­czę­ściej pil­no­wali, żeby wszystko dzia­łało.

-?Jak zawsze...

Przez dłuż­szą chwilę mil­czały. W końcu Sarna skrę­ciła na sta­cję ben­zy­nową i zaje­chała pod dys­try­bu­tor. Zga­siła sil­nik.

-?Kawy? -?zapy­tała.

-?Mokkę. Czuję, że spadł mi cukier.

-?Jasne.

Poli­cjantka wysia­dła, zatan­ko­wała i weszła do budynku sta­cji. Nina patrzyła przez przed­nią szybę na ludzi prze­wi­ja­ją­cych się mię­dzy roz­su­wa­nymi drzwiami a par­kin­giem. Facet w robo­czych spodniach niósł hot doga, kobieta w pucho­wej kurtce popra­wiała dziecku czapkę, kie­rowca tira palił papie­rosa i patrzył w tele­fon. Zwy­czajne rze­czy, zwy­czajni ludzie. Świat, który trwał obok wszyst­kiego.

Spoj­rzała na swoje dło­nie. Były czy­ste, a przy­naj­mniej z wierz­chu. Pie­cze­nie na udzie osła­bło, ale nie znik­nęło, tylko zmie­niło się w coś tępego, głęb­szego, jakby ciało pró­bo­wało przy­po­mnieć jej o czymś, czego nie chciała już nosić.

Wik­to­ria wró­ciła z dwoma kub­kami i paczką palusz­ków. Uru­cho­miła sil­nik i po chwili włą­czyła się do ruchu. Upiła łyk, zagry­zła palusz­kiem.

-?Chcesz wie­dzieć, dla­czego zosta­łam poli­cjantką?

Nina spoj­rzała na nią z ukosa.

-?Strze­lam, że nie przez seriale.

-?Nie lubi­łam seriali. -?Sarna popra­wiła chwyt na kie­row­nicy. -?Jak mia­łam czter­na­ście lat, wra­ca­łam ze szkoły przez las. Wiesz, przez taki skrót, który wszy­scy znali. I natknę­łam się na kobietę.

-?Mar­twą? -?zapy­tała Nina.

-?Jesz­cze żyła. Ledwo. Leżała za rowem, mię­dzy mło­dymi sosnami, roze­brana od pasa w dół. Pamię­tam, że miała jedną nogę dziw­nie wykrę­coną i włosy pełne igli­wia. -?Wik­to­ria prze­łknęła ślinę. -?Wtedy nie wie­dzia­łam jesz­cze, co widzę. Może tylko to, że coś się nie zga­dza. Że czło­wiek nie powi­nien tak leżeć w lesie.

Nina się nie ode­zwała. Cze­kała.

-?Zadzwo­ni­łam po pomoc. Przy­je­chali szybko. Karetka, poli­cja, póź­niej jesz­cze wię­cej poli­cji. Ojciec chciał, żebym o tym nie mówiła, matka uda­wała, że to w ogóle się nie wyda­rzyło. A ja potem przez mie­siące nie mogłam przejść obok tego miej­sca.

-?Zła­pali sprawcę?

Wik­to­ria pokrę­ciła głową.

-?Nie. A przy­naj­mniej nic o tym nie wiem. Sprawa roze­szła się po kościach. Naj­pierw wszy­scy byli poru­szeni, potem coraz mniej, w końcu usły­sza­łam, że prze­cież "takie rze­czy się zda­rzają" i że mam się tym nie inte­re­so­wać, bo tylko sobie namie­szam w gło­wie.

Nina poczuła zna­jomy chłód. Aż za dobrze znała tego typu wyświech­tane tłu­ma­cze­nia.

-?I wtedy posta­no­wi­łaś wło­żyć mun­dur...

-?Nie od razu. Naj­pierw chcia­łam zostać wete­ry­na­rzem, potem psy­cho­lożką, był też czas, że wszystko mia­łam w dupie. -?Sarna par­sk­nęła cicho. -?Ale to wra­cało. To miej­sce. Tamta kobieta. To, jak wszy­scy chcieli przy­kryć temat uda­waną ciszą. No i tak tra­fi­łam do poli­cji.

-?Żeby napra­wiać świat?

-?Żeby przy­naj­mniej nie być jedną z tych osób, które odwra­cają wzrok.

To było lep­sze niż wiele odpo­wie­dzi, jakie Nina sły­szała od poli­cjan­tów przez lata. Pomy­ślała, że po raz pierw­szy od dawien dawna nie roz­ma­wia z try­bi­kiem zardze­wia­łego sys­temu, ale z czło­wie­kiem z krwi i kości.

-?I działa? -?zapy­tała.

-?Cza­sem. Czę­ściej wkur­wia.

Obie par­sk­nęły śmie­chem. Natu­ral­nie, bez uda­wa­nia. Przez kolej­nych kilka minut mil­czały, chru­piąc paluszki i popi­ja­jąc je kawą.

-?Dla­czego tam byłaś? -?zapy­tała nagle Sarna.

-?Gdzie?

-?W tym szpi­talu.

Nina odło­żyła kubek do uchwytu.

-?To chyba pyta­nie, któ­rego nie zadaje się komuś pięt­na­ście minut po wypi­sie.

-?Minęły już ze dwie godziny.

-?Na­dal słabo.

-?Możesz nie odpo­wia­dać.

-?A ty możesz prze­stać pytać.

Sarna przy­tak­nęła ze zro­zu­mie­niem i sku­piła się na dro­dze. Około kwa­dransa jechały w mil­cze­niu.

-?Nie zamknęli mnie -?prze­rwała ciszę Nina. -?Sama tam poszłam. Mia­łam pro­blemy ze snem, z kon­cen­tra­cją, z impul­sami.

-?Jakimi impul­sami?

-?Takimi, któ­rych czło­wiek nie chce w sobie roz­po­zna­wać. -?Upiła kawy, schru­pała paluszka, chwilę patrzyła w okno. -?Myśla­łam, że jak się ode­tnę, to przej­dzie -?dodała. -?Wiesz... cisza, leki, białe ściany, ten cały ste­rylny teatrzyk. Liczy­łam na to, że orga­nizm w końcu odpu­ści.

-?I?

-?Nie odpu­ścił. A przy­naj­mniej nie do końca.

-?Mam się bać?

-?Przy­je­cha­łaś, to się teraz bój.

Nina puściła do niej oko i się­gnęła po następ­nego paluszka. Las za szybą zgęst­niał. Przed oczami migały jej sosny, świerki, jodły, woda w rowach przy dro­dze miała kolor za moc­nej her­baty. Po zjeź­dzie za Byd­gosz­czą droga mocno się zwę­ziła. Coraz czę­ściej mijały kolejne miej­sco­wo­ści, a w nich cha­łupy, sklepy, warsz­taty, ludzi. I lasy.

Nina patrzyła na to wszystko, czu­jąc, że coś, co pró­bo­wała od sie­bie odsu­nąć bia­łymi ścia­nami i tablet­kami, pod­nosi się znowu. Powoli, bez pośpie­chu, jakby od początku wie­działo, że prę­dzej czy póź­niej sama do niego wróci.

Rozdział 3

Naj­pierw poczuł zapach.

Nie poja­wił się nagle. Nie ude­rzył. Raczej wpełzł i powoli osiadł na bło­nie ślu­zo­wej wewnątrz nosa i na języku. Słod­kawy i zgniły jed­no­cze­śnie. Taki, jakiego nikt ni­gdy nie chciałby poczuć zaraz po prze­bu­dze­niu.

Męż­czy­zna otwo­rzył oczy, ale mate­riał przy­kle­jony do twa­rzy prze­pusz­czał tylko cie­nie. Pod brudną tka­niną coś się poru­szało. Coś żywego.

Zamarł. Spró­bo­wał zła­pać powie­trze, ale to był błąd, bo zapach wszedł głę­biej. Zgniłe warzywa, liście, pleśń, coś kwa­śnego jak prze­tra­wione jabłka, gni­jące mięso i stara pasza dla świń. Cien­kie odnóża nie­ustan­nie zaha­czały o rzęsy.

-?Kurwa... -?jęk­nął, ale wyszło z tego jedy­nie nie­zro­zu­miałe burk­nię­cie. W ustach miał kne­bel.

Poru­szył się gwał­tow­nie, a przed oczami prze­su­nęły się cie­nie. To były ściany z desek, kilka z nich wyła­ma­nych, ze szpa­rami, na górze dach, dziu­rawy, coś z niego kapało.

Obora, pomy­ślał. No tak, u babci bywał w obo­rze, wieki temu. Ten smród też pamię­tał. Drewno, które nasią­kło wil­go­cią i roz­kła­dem, siano, coś jesz­cze. I kom­po­stow­nik, do któ­rego dzia­dek wyrzu­cał wszyst­kie resztki, aby póź­niej nawo­zić zie­mię na polu. Na powiece znów coś się poru­szyło.

I wtedy zro­zu­miał. W ustach kne­bel, oczy zawią­zane, nad­garstki i kostki w dybach.

Chry­ste, pomy­ślał, a potem gwał­tow­nie się szarp­nął. Zabo­lało, gdy w ciało weszły drza­zgi. Wrza­snął, ale kne­bel stłu­mił dźwięk.

I wtedy przy­szło kolejne ude­rze­nie. Zro­zu­miał, że kom­po­stow­nik nie był gdzieś obok. Kom­po­stow­nik był tu, a on w nim.

Znów spró­bo­wał krzyk­nąć, ale kne­bel zatrzy­mał wszystko. Szorstka szmata wepchnięta w usta nasią­kła śliną i tym samym kwa­śnym zapa­chem, który przy­pra­wiał go o wymioty. Sma­ko­wała jak wszystko wokół -?roz­kład, wil­goć, coś, co było kie­dyś żywe.

I jedno takie żywe coś spa­dło mu na poli­czek. Małe i mięk­kie. Zsu­nęło się i znik­nęło pod mate­ria­łem nasu­nię­tym na oczy. Zaci­snął powieki, ale to nic nie dało. To coś wpeł­zło, a teraz szu­kało celu, zagłę­bie­nia, miej­sca, gdzie jest jesz­cze wil­got­niej i cie­plej.

Zawył w kne­bel, ale dźwięk wró­cił do niego zdu­szony i lepki. Wtedy coś ruszyło się na szyi. Poczuł na skó­rze kolejną parę odnóży, tym razem na klatce pier­sio­wej, pod koszulą. To zatrzy­my­wało się na moment, jakby badało teren, to wędro­wało dalej, wzdłuż żeber, do pachwin.

Szarp­nął się jesz­cze raz. Gwał­tow­niej, jakby wie­rzył, że wyrwie się z pułapki. Kom­post zare­ago­wał natych­miast. Zapadł się, coś spod niego wyszło. Coś chłod­niej­szego, bar­dziej wil­got­nego i żyw­szego niż reszta. Coś, co miało pan­cerz.

Wsu­nęło się wzdłuż krę­go­słupa. On się wygiął, prze­krę­cił ciało, zawył w kne­bel.

I wtedy wszystko poru­szyło się tak, jakby ktoś zamie­szał w tym ręką. Coś wdarło się do nosa. Małe i szyb­kie. Zatrze­po­tało gdzieś głę­boko. Zakrztu­sił się, szarp­nął głową, zmarsz­czył nos. Czuł, że serce wali w piersi z pełną mocą.

Nie, nie, nie, powta­rzał w myślach, ale nie mógł zro­bić nic wię­cej. Nie mógł tego strzą­snąć, ode­pchnąć, zabić ani nawet zoba­czyć. Mógł tylko czuć i zga­dy­wać.

Zaczął pro­sić, bła­gać, modlić się, choć tego ostat­niego nie robił od dekad. Nikt nie odpo­wie­dział.

I wtedy coś go ugry­zło w bok. Krótko, szybko, punk­towo. Prze­krę­cił się, ale wów­czas poczuł ukłu­cie w pachwi­nie. Nie wie­dział, co to, ale to czuł, a to było gor­sze, bo wyobraź­nia robiła resztę. Odnóża, pan­ce­rze, szczęki, żuwaczki. Poczuł coś na brzu­chu. Było więk­sze niż reszta, a do tego cięż­sze, wol­niej­sze, pew­niej­sze w swo­ich ruchach. I to coś na chwilę zatrzy­mało się, a potem bez zapo­wie­dzi ener­gicz­nie ruszyło w dół.

Jego krzyk wchło­nął las.

Rozdział 4

Komenda pach­niała ina­czej niż szpi­tal.

W psy­chia­tryku wszystko było ste­rylne, wygła­dzone, wyka­stro­wane z życia. Nawet strach wyda­wał się tam przy­ci­szony, jakby podany w odpo­wied­niej dawce razem z lekami i świa­tłem jarze­nió­wek. Tutaj niczego nie masko­wano. W powie­trzu wisiał zapach sta­rej kawy, wil­got­nych kur­tek, papieru, tonera, kurzu i ludz­kiego zmę­cze­nia, a dym papie­ro­sowy sie­dział w futry­nach i ubra­niach jak intruz, któ­rego nikt nie miał zamiaru wypra­szać.

Nina bez słowa weszła za Wik­to­rią do środka. Kory­tarz był długi, jasno oświe­tlony i raczej mało repre­zen­ta­cyjny. Po pra­wej mijały pokoje z tablicz­kami, po lewej odra­pane ściany w kolo­rze, który kie­dyś miał być kre­mowy, a teraz przy­po­mi­nał obsi­kany śnieg. Gdzieś dzwo­nił tele­fon, gdzieś ktoś prze­kli­nał pół­gło­sem, nieco dalej dało się sły­szeć trzask zamy­ka­nego segre­ga­tora. Życie toczyło się tu nor­mal­nie, zbyt nor­mal­nie jak na zaist­niałą sytu­ację.

Wik­to­ria szła szybko, ale nie ner­wowo. Nie oglą­dała się za sie­bie, jakby zakła­dała, że Nina i tak jest z tyłu. Na końcu kory­ta­rza skrę­ciła w boczne przej­ście i zatrzy­mała się przed poko­jem z mleczną szybą. Otwo­rzyła drzwi klu­czem.

-?Chodź -?rzu­ciła, roz­glą­da­jąc się na boki.

Pokój był nie­wielki, zbyt mały na ilość papie­rów, które tu zgro­ma­dzono. Dwa biurka zesta­wione pod kątem, meta­lowa szafa, regał obwie­szony sko­ro­szy­tami, dwa krze­sła dla gości, w rogu czaj­nik elek­tryczny i kubek z zaschnię­tym osa­dem po kawie. Na ścia­nie wisiała tablica kor­kowa, na któ­rej pinez­kami przy­cze­piono wydruki zdjęć, notatki zapi­sane mar­ke­rem, kilka map, nazwi­ska i daty, część z nich nie­chluj­nie i krzywo.

-?To twoja meta? -?zapy­tała Nina.

-?Moja i Jana. -?Poli­cjantka rzu­ciła torbę na biurko. -?W prak­tyce głów­nie moja, bo on czę­ściej sie­dzi w tere­nie albo u naczel­nika, gdzie słu­cha, czego znów nie wolno robić.

Nina nie odpo­wie­działa. Pode­szła do tablicy i omio­tła ją wzro­kiem.

Cztery nazwi­ska. Cztery zdję­cia. Cztery daty. Obok każ­dego kilka słów klu­czy.

Brze­ziń­ski -?trumna.

Wójt -?las.

Paw­la­czyk -?dom.

Lubasz -?jezioro.

Pod spodem strzałki, pytaj­niki, dwa czer­wone pod­kre­śle­nia i słowa ZIE­MIA oraz WRZOS.

Nina poczuła ciarki na udzie. To jesz­cze nie był ból, ale bar­dziej zna­jome, podłe napię­cie, jakby coś pod skórą znów pod­no­siło głowę i zaczęło nasłu­chi­wać.

-?Usiądź -?powie­działa Wik­to­ria.

Nina usia­dła na jed­nym z obro­to­wych krze­seł. Sarna zdą­żyła zdjąć kurtkę i odsu­nąć część papie­rów na bok. Wyjęła z szu­flady grubą teczkę, roz­wią­zała tasiemkę, otwo­rzyła ją i wycią­gnęła kilka zdjęć. Nie podała ich od razu. Naj­pierw przez chwilę trzy­mała je w dłoni, jakby zasta­na­wiała się, od któ­rego zacząć.

-?Powin­nam cię o czymś uprze­dzić -?powie­działa.

-?O czym?

-?Te foty są mocne.

-?Widzia­łam gor­sze rze­czy na żywo.

Sarna ski­nęła głową, ale nie sko­men­to­wała. Podała pierw­sze zdję­cie.

Trumna.

Stara, ciemna, nasiąk­nięta wodą i zie­mią. Leżała pod nie­wiel­kim kątem, czę­ściowo odsło­nięta po odko­pa­niu przez tech­ni­ków. Wokół wid­niały ślady ich butów, taśma, łopata oparta o pień, wieko było od wewnątrz wyraź­nie roz­dra­pane. Nina przy­pa­try­wała się długo, ana­li­zu­jąc każdą rysę czy drza­zgę.

-?To nie wygląda na jeden zryw -?oce­niła.

-?Bez dwóch zdań. -?Wik­to­ria się­gnęła po spięty zszy­wa­czem plik kar­tek. -?Pato­mor­fo­log opi­sał to bar­dziej pre­cy­zyj­nie.

Odchrząk­nęła i zaczęła czy­tać.

-?Zwłoki męż­czy­zny, wiek bio­lo­giczny około pięć­dzie­się­ciu lat. Stan roz­kładu zaawan­so­wany, odpo­wia­da­jący co naj­mniej sze­ściu mie­sią­com prze­by­wa­nia w śro­do­wi­sku o pod­wyż­szo­nej wil­got­no­ści, przy ogra­ni­czo­nej wymia­nie powie­trza.

Spoj­rzała na Ninę.

-?Dalej jest bar­dziej obra­zowo.

-?Czy­taj.

-?Tkanki mięk­kie w znacz­nym stop­niu roz­ło­żone, czę­ściowo prze­obra­żone gnil­nie. Widoczne roz­le­głe odwar­stwie­nia skóry, zmiany barwy, miej­scowa mace­ra­cja. W obrę­bie jamy ciała obecne pro­dukty roz­padu tka­nek i płyny pośmiertne. -?Wik­to­ria zawie­siła głos. -?Chcesz, żebym to skra­cała?

-?Nie.

Sarna prze­wró­ciła stronę.

-?Zwłoki odna­le­zione w pozy­cji nie­na­tu­ral­nej, skrę­co­nej, z unie­sio­nymi koń­czy­nami gór­nymi i zgię­tymi w sta­wach pod nie­ty­po­wym kątem, co wska­zuje na podej­mo­wane przed zgo­nem gwał­towne próby zmiany pozy­cji ciała w zamknię­tej prze­strzeni. -?Unio­sła wzrok znad raportu. -?Mówiąc po ludzku, facet wal­czył do końca.

-?Na to wygląda.

Nina wzdry­gnęła się, gdy przed oczami sta­nął jej wykrot. Sama myśl, że było tak bli­sko, aby skoń­czyła swój żywot w podobny spo­sób, do tej pory przy­pra­wiała ją o ciarki.

-?Wszystko w porządku? -?zapy­tała Sarna.

-?Tak. Po pro­stu... zresztą nie­ważne.

Nina z powro­tem sku­piła wzrok na zdję­ciach. Prze­łknęła ślinę.

Dło­nie, a raczej to, co po nich zostało, wyglą­dały kosz­mar­nie. Kości i resztki tka­nek z zacho­wa­nymi frag­men­tami paznokci zdra­dzały, że ofiara wal­czyła do samego końca. Wik­to­ria kon­ty­nu­owała:

-?W obrę­bie palicz­ków i resz­tek tka­nek mięk­kich dłoni stwier­dza się urazy mecha­niczne odpo­wia­da­jące inten­syw­nemu tar­ciu i dra­pa­niu powierzchni drew­nia­nej. Pod zacho­wa­nymi frag­men­tami pły­tek paznok­cio­wych obecne dro­biny drewna i włó­kien.

Nina zamknęła oczy. Ciało pamię­tało aż za dobrze. Wró­ciły korze­nie, wil­goć, bru­natna maź, ści­ska­jące się gar­dło, krew.

-?Jak długo mógł być żywy? -?zapy­tała.

Sarna cmok­nęła.

-?Pato­mor­fo­log nie chciał się z tym wychy­lać -?powie­działa. -?Napi­sał tylko, że śmierć nastą­piła "naj­praw­do­po­dob­niej wsku­tek postę­pu­ją­cej nie­wy­dol­no­ści odde­cho­wej i nie­do­tle­nie­nia w warun­kach zamknię­tej prze­strzeni". Ale... -?Wik­to­ria zamknęła raport i spoj­rzała na zdję­cie wieka. -?Ale przy takim sta­nie drewna i tych śla­dach nie mówimy o minu­tach.

-?Godzina?

-?Dwie, może trzy. A może mniej, jeśli wpadł w panikę.

-?On miał stwier­dzoną tę... jak to się nazywa?

-?Tafe­fo­bię. I to silną. Po tym epi­zo­dzie, kiedy przy­sy­pała go zie­mia w kopalni, mie­wał ataki lękowe, któ­rych ni­gdy się nie wyzbył. Wyobraź sobie, co musiał prze­ży­wać w tej trum­nie.

Wik­to­ria potrzą­snęła głową, ale Nina nie odry­wała wzroku od foto­gra­fii. Wpa­try­wała się w trumnę jak zahip­no­ty­zo­wana.

-?Wszystko w porządku? -?zaga­iła poli­cjantka.

-?Tak... -?Nina zamil­kła, bo poczuła sil­niej­szy impuls pod skórą na udzie. Napięła mię­śnie i przez chwilę w pokoju sły­chać było tylko bucze­nie jarze­niówki. -?Pokaż kolejne -?rzu­ciła.

-?Na pewno? -?zapy­tała Wik­to­ria.

Nina odpo­wie­działa jej chłod­nym spoj­rze­niem.

-?Po to mnie tu ścią­gnę­łaś, prawda?

-?No prawda, prawda. Po pro­stu pytam.

-?Dawaj.

Kolejne zdję­cie przed­sta­wiało twarz. Albo raczej jej resztki. Czę­ściowo zapad­nięta, z ciem­nymi, pustymi oczo­do­łami i war­stwą brudu, który po tylu mie­sią­cach nie był już tylko zie­mią. Mate­riał koszuli przy­kleił się do szyi, koł­nierz miał ślady szar­pa­nia, jakby ofiara jesz­cze w środku pró­bo­wała go odcią­gnąć od gar­dła.

-?Brak obra­żeń typo­wych dla zabój­stwa z uży­ciem ostrego narzę­dzia, broni pal­nej lub siły bez­po­śred­niej powo­du­ją­cej roz­le­głe zła­ma­nia kości dłu­gich. -?Wik­to­ria znów weszła w ton raportu. -?Nie wyklu­cza się obez­wład­nie­nia far­ma­ko­lo­gicz­nego lub fizycz­nego przed umiesz­cze­niem ciała w trum­nie, jed­nak sto­pień roz­kładu unie­moż­li­wia pełne potwier­dze­nie.

Pod­nio­sła wzrok.

-?No sam się tam facet nie zamknął. To na pewno -?skwi­to­wała Nina. - Pokaż mi jesz­cze raz ten wyryty znak.

Sarna wyjęła foto­gra­fię zbli­że­nia wieka. Przy bocz­nej kra­wę­dzi, gdzie drewno było mniej znisz­czone, wyryto pięć pio­no­wych nacięć. Trzy od lewej były prze­kre­ślone.

-?Tego nikt nie rył dla ozdoby -?stwier­dziła.

-?Tyle wiem.

-?To rachu­nek. Albo lista, jak kto woli.

Wik­to­ria zmarsz­czyła brwi.

-?Myślisz, że liczy ofiary? -?zapy­tała.

-?Yhy.

-?W Czyśćcu wyglą­dało to podob­nie, mam rację?

-?Podob­nie. -?Nina pochy­liła się nad zdję­ciem. -?Tylko to by ozna­czało, że to nie jest pierw­sza ofiara.

Sarna mil­czała przez kilka sekund.

-?Ale na razie nie mamy innego trupa. Chyba że... -?Ner­wowo podra­pała się po bro­dzie. -?Ten topie­lec...

-?Jaki topie­lec?

-?W ubie­głym roku zna­le­ziono na bagnach zwłoki faceta. Pro­ku­ra­tor nie doszu­kał się udziału osób trze­cich i uznano to za nie­szczę­śliwy wypa­dek.

-?Może to był nie­szczę­śliwy wypa­dek?

-?Może to za mało. Poja­wiła się też hipo­teza, że to samo­bój, i chyba nawet tak to przy­kle­pano.

-?Bo?

-?Facet był dege­ne­ra­tem. Pijak, ćpun, zło­dziej. Miał kar­to­tekę jak stąd do War­szawy, a długi jesz­cze więk­sze. Chyba nikomu nie chciało się w tym babrać, dla­tego sprawę szybko zamknięto.

-?A ty co myślisz?

Poli­cjantka zro­biła kwa­śną minę.

-?Teraz to już sama nie wiem.

-?Mogły­by­śmy poje­chać w to miej­sce -?zapro­po­no­wała Nina.

-?W które?

-?No tam, gdzie go wycią­gnę­li­ście z tego bagna. Skoro, jak powie­dzia­łaś, nikt nie chciał się w tym babrać, to może ktoś coś prze­ga­pił? Gdy­by­śmy zna­la­zły jakieś ślady, znaki...

Sarna przy­tak­nęła, bo słowa Niny miały sens.

-?Pomy­ślimy -?skwi­to­wała, po czym się­gnęła do szafki pan­cer­nej. Otwo­rzyła ją klu­czem i wyjęła z wnę­trza prze­zro­czy­ste pudełko. -?Ale naj­pierw to -?dodała, sta­wia­jąc pojem­nik na stole.

Sarna unio­sła wieko i wyjęła z wnę­trza zawar­tość, na którą skła­dały się gałązki, sznu­rek, kawałki mchu i wrzosu oraz coś, co mogłoby być tylko stward­niałą gliną, gdyby nie to, że całość przy­po­mi­nała kształ­tem czło­wieka.

To była kukła, którą stwo­rzyły ludz­kie ręce, i nie było co do tego naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści. Ta infor­ma­cja spra­wiła, że piętno na udzie znów stało się cie­plej­sze. To nie był ból, bar­dziej mro­wie­nie, jakby piętno wyczuło, że o nim mowa. Wtedy Czy­ściec wró­cił całą masą obra­zów: jama, wykrot, korze­nie wyglą­da­jące jak palce, zapach ziemi tak gęsty, że można nim było oddy­chać jak dymem. I te paskudne kukły. Wiszące na gałę­ziach, leżące pod drze­wami, wetknięte mię­dzy korze­nie jak ostrze­że­nia, znaki, obiet­nice.

-?Gdzie to zna­leź­li­ście? -?zapy­tała, gdy opa­no­wała przy­pływ wspo­mnień.

-?Około ośmiu metrów od miej­sca odsło­nię­cia trumny. Leżała przy pniu, czę­ściowo w mchu. Tech­nik chciał to wrzu­cić do worka razem z gałę­ziami, bo uznał za śmieć.

-?I co?

-?Kaza­łam zabez­pie­czyć.

Nina nie odpo­wie­działa. Wpa­try­wała się w kukłę jak zahip­no­ty­zo­wana, zaci­ska­jąc uda.

-?W Czyśćcu były takie same? -?prze­rwała ciszę Wik­to­ria.

-?Nie ma dwóch takich samych -?odparła Nina po dłuż­szej chwili. -?To nie są fabryczne przed­mioty. Ale mecha­nizm jest ten sam. Forma, spo­sób zwią­za­nia, inten­cja. -?Prze­łknęła ślinę. -?To nie jest amu­let, ale znak. I ostrze­że­nie.

-?Przed kim?

-?Wła­śnie tego musimy się dowie­dzieć. Bo cza­sem to ostrze­że­nie, a cza­sem wska­za­nie. A cza­sem coś, co ma pro­wa­dzić dalej. -?Nina wes­tchnęła krótko. -?W Czyśćcu one zawsze coś ozna­czały. Ni­gdy nie wisiały przy­pad­kiem.

Sarna opu­ściła wzrok na pudełko.

-?To tro­chę za mało, aby pójść z tym do naczel­nika.

-?To do niego nie idź.

-?Ina­czej tego nie ruszę. Mam trupa w trum­nie, ślady od środka, czło­wieka zako­pa­nego żyw­cem, znak na wieku i tę kukłę. I mam trzy zagi­nię­cia, które śmier­dzą podob­nie. Ale jak pró­buję to spiąć, to każdy mówi mi, żebym nie odpły­wała.

-?Skądś to znam...

Sarna ski­nęła ze zro­zu­mie­niem. W repor­ta­żach Nina nie patycz­ko­wała się z poli­cją i wyjąt­kowo mocno zga­niła sys­tem za brak dzia­łań.

-?No dobra -?powie­działa w końcu poli­cjantka. -?Powiedz cho­ciaż, czego powin­nam teraz szu­kać.

-?Powta­rzal­no­ści. Nie jed­nego wiel­kiego dowodu, tylko drob­nych rze­czy, które nie pasują. Ziemi, sznur­ków, miejsc, które wyglą­dają zwy­czaj­nie, dopóki nie spoj­rzysz drugi raz.

-?Aha.

-?Ludzi, któ­rzy nagle przy­po­mi­nają sobie, że ktoś cho­dził do szep­tu­chy, wróżki, zna­chorki... jak­kol­wiek je tu nazy­wa­cie.

Wik­to­ria podra­pała się po nosie.

-?No mamy tu takie -?odchrząk­nęła. -?Ludzie do nich cho­dzą i... pocze­kaj chwilę. -?Sarna nagle się oży­wiła i pospiesz­nie zaczęła prze­glą­dać akta doty­czące faceta z trumny. Przez chwilę było sły­chać tylko sze­lest papieru. -?Tak, mam. Jest tu wzmianka o tym, że żona zabrała go kie­dyś do... hmm... "kobiety od szep­tów". Miała go wyle­czyć z bez­sen­no­ści po tym wypadku. Ale nie ma nazwi­ska.

-?I od niej bym zaczęła. Kiedy to było?

-?Co kon­kret­nie?

-?No kiedy ta żona go tam zabrała?

-?Nie mam daty. Tylko "kie­dyś". Nie potrak­to­wa­łam tego zbyt poważ­nie i...

Wtedy drzwi do gabi­netu się otwo­rzyły. Bez puka­nia. Do środka wszedł wysoki i szczu­pły męż­czy­zna, na oko po trzy­dzie­stce. Miał krótko przy­strzy­żone włosy, trzy­dniowy zarost, twarz pocią­głą z tym rodza­jem zmę­cze­nia, który nie bie­rze się z jed­nej nie­prze­spa­nej nocy, tylko z kilku lat pracy w miej­scu, gdzie ludzie regu­lar­nie kła­mią ci w twarz. Nosił ciemne spodnie i poli­cyjny polar roz­pięty pod szyją. W ręku trzy­mał tele­fon.

-?A to kto? -?zapy­tał bez przy­wi­ta­nia.

-?To Nina -?odparła Sarna. -?Nina Bacela. Dzien­ni­karka.

-?Ta Nina Bacela?

Brwi męż­czy­zny unio­sły się mini­mal­nie, a jego spoj­rze­nie prze­su­nęło się po Ninie tak, jak prze­suwa się wzro­kiem po kimś, kogo postrzega się jako poten­cjalny pro­blem.

-?Wła­śnie ta.

-?I co ona robi w naszym pokoju?

-?Pomaga mi.

-?Serio?

-?Serio. -?Sarna wstała. -?To star­szy aspi­rant Jan Kasz­czor. Mój part­ner.

-?Dzień dobry -?przy­wi­tała się Nina.

Poli­cjant wes­tchnął ciężko, cmok­nął, pokrę­cił głową z nie­do­wie­rza­niem. Wyglą­dało to tak, jakby już wcze­śniej znał temat, ale od początku był prze­ciw­ni­kiem wcią­ga­nia Niny w śledz­two.

-?Poga­damy o tym póź­niej -?uciął. -?Mamy kolej­nego trupa.

-?Gdzie? -?zapy­tała Wik­to­ria.

-?W jakimś sta­rym bun­krze pod Męci­ka­łem. Jedziesz?

-?No chyba. Wia­domo kto?

Kasz­czor wymow­nie prze­niósł wzrok na Ninę.

-?Ona jedzie z nami. Możesz mówić otwar­cie -?uprze­dziła go Sarna.

-?Wika...

-?Jan, nie teraz.

Krótka pauza. Wymiana spoj­rzeń.

-?Wójt.

Krótko póź­niej cała trójka sie­działa w radio­wo­zie. Gdy Jan odpa­lił sil­nik, Nina poczuła, jak piętno odpo­wiada zło­śli­wym sku­ba­niem od środka.

Rozdział 5

Las sza­rzał z każ­dym mija­nym kilo­me­trem, jakby ktoś powoli spusz­czał z niego kolor.

Drzewa gęst­niały, konary opusz­czały szpo­nia­ste gałę­zie coraz niżej, świa­tło nik­nęło jak poświata dopa­la­ją­cej się świeczki. Szu­trowa droga była wybo­ista i służ­bowa Kia kilka razy zaryła pod­wo­ziem o pod­łoże. Jan zapar­ko­wał przy pro­wi­zo­rycz­nej taśmie roz­cią­gnię­tej pomię­dzy dwoma sosnami i uchy­lił szybę.

-?Tym dalej nie poje­dzie­cie, bo ugrzęź­nie­cie albo się zako­pie­cie - oznaj­mił palący papie­rosa poste­run­kowy.

-?Daleko to?

-?Jakieś dwie­ście metrów w las. -?Męż­czy­zna wska­zał brodą gęsto poro­śnięty, pofał­do­wany teren na zachód od drogi. -?I uwa­żaj­cie, żeby sobie kostki nie skrę­cić. Od cho­lery dołów i wysta­ją­cych korzeni.

Nina aż się wzdry­gnęła. Ostat­nie słowo poli­cjanta podzia­łało na nią jak sól na otwartą ranę.

Jan zga­sił sil­nik i wysie­dli. Ude­rzyła ich ta spe­cy­ficzna cisza lasu. Nie taka jak w szpi­talu albo gabi­ne­cie. Nie przy­cięta i nie kon­tro­lo­wana. Ona była żywa, bo pełna drob­nych dźwię­ków: trza­sku gałęzi, sze­le­stu igieł pod sto­pami, odle­głego stu­ka­nia dzię­cioła, któ­rego nie dało się zlo­ka­li­zo­wać.

-?Dalej idziemy pie­szo -?oznaj­mił Jan, jakby to nie było oczy­wi­ste.

Ścieżka była wąska i ledwo widoczna. Wyglą­dała, jakby ktoś ją kie­dyś wydep­tał, a potem prze­stał jej uży­wać. Gałę­zie zaha­czały o ich kurtki, igły sypały się za koł­nie­rze bluz. Zie­mia była roz­mię­kła, jakby ktoś w niej nie­dawno grze­bał, powie­trze gęst­sze i cięż­sze niż przy dro­dze. Pach­niało wil­go­cią, żywicą i tor­fową glebą, a pomię­dzy drze­wami wid­niały roz­wie­szone paję­czyny pokryte kro­pel­kami wody.

Nina szła z tyłu, sta­ra­jąc się uda­wać, że jej nie ma. Patrzyła pod nogi, jakby oba­wiała się, że wysta­jące korze­nie zaraz owiną się wokół kostki i wcią­gną ją pod zie­mię. Las gęst­niał, osa­czał, ale jed­no­cze­śnie wcią­gał i kusił.

Znała to uczu­cie. Ciało pamię­tało. W takich miej­scach cie­ka­wość zawsze wygry­wała z roz­sąd­kiem.

Do celu dotarli po kilku minu­tach mar­szu. Słońce wciąż wisiało nad hory­zon­tem, ale blade, pra­wie mar­twe, bo skryte za chmu­rami i koro­nami sosen i świer­ków. Gdzieś pomię­dzy nimi bły­skały stru­mie­nie świa­tła z lata­rek.

Przy bun­krze krę­ciło się kilka osób. Dwóch mun­du­ro­wych stało przy taśmie i roz­ma­wiało pół­gło­sem, tech­nik w kom­bi­ne­zo­nie pochy­lał się nad czymś przy ziemi, robiąc zdję­cia, a jakiś facet z buj­nymi wąsami trzy­mał na sta­ty­wie reflek­tor, który rzu­cał ostre, zimne świa­tło na beto­nową kon­struk­cję wysta­jącą z ziemi.

-?Kto tu dowo­dzi? -?zapy­tał Kasz­czor.

-?Ja -?odparł face­cik o zaro­śnię­tej szczęce. Widać było, że dużo czasu spę­dza na siłowni. -?Wy z powia­to­wej?

-?Star­szy aspi­rant Jan Kasz­czor, a to aspi­rant Wik­to­ria Sar­necka. Przej­mu­jemy temat.

-?No ja myślę.

-?A co to ma niby zna­czyć?

-?Sami zobacz­cie. Tylko radzę nie oddy­chać przez nos.

-?Aż tak źle?

-?Zła to może być zupa pomi­do­rowa żony. To jest, kurwa, no...

-?Chuj­nia z grzyb­nią -?dokoń­czył drugi z mun­du­ro­wych.

-?No dosłow­nie. Chuj­nia z grzyb­nią.

Wik­to­ria wyjęła z kie­szeni chu­s­teczki zapa­chowe i obda­ro­wała nimi Jana i Ninę. Przy­jęli je bez gada­nia.

-?Kto go odna­lazł? -?zapy­tała Sarna, wsa­dza­jąc latarkę w czarny otwór.

-?Jakieś dzie­ciaki. Bawiły się w pod­chody czy coś.

-?Szu­kały taj­nego miej­sca -?uzu­peł­nił drugi.

Gdy wkro­czyli do wnę­trza bun­kra, smród ude­rzył natych­miast. Stary, głę­boki, zale­ga­jący w powie­trzu jak zgni­li­zna, która zdą­żyła wsiąk­nąć w beton. Pierw­szy wszedł Jan, potem Wik­to­ria, na końcu Nina. Bun­kier był niski i czę­ściowo zapad­nięty, dla­tego trzeba było się mocno nagim­na­sty­ko­wać, aby nie wyrżnąć głową w skle­pie­nie albo wysta­jący pręt zbro­je­niowy. Kory­tarz pro­wa­dził ziem­nym nasy­pem w dół, pod kątem, jak do jakiejś zapo­mnia­nej piw­nicy. Beton był popę­kany, poro­śnięty mchem i czymś czar­nym, co wyglą­dało jak stara wil­goć.

Bun­kier bar­dzo szybko połknął świa­tło z reflek­tora na dwo­rze. Pozo­stały im latarki i wże­ra­jący się w skórę smród. Nina pomy­ślała, że dzie­ciaki musiały być bar­dzo zde­ter­mi­no­wane, aby dotrzeć tak głę­boko i po dro­dze nie zwy­mio­to­wać. Znowu wygrała ludzka cie­ka­wość.

Jesz­cze krok, dwa, pięć. I wtedy go zoba­czyła. Naj­pierw tylko zarys, potem całą resztę.

-?Kurwa mać... -?mruk­nął Jan i moc­niej przy­ci­snął chu­s­teczkę do nosa.

Wik­to­ria na chwilę odwró­ciła głowę, ale szybko się zre­flek­to­wała.

Męż­czy­zna był przy­pięty do ściany gru­bym, zardze­wia­łym łań­cu­chem, zapla­mio­nym czymś, co mogło być zakrze­płą krwią albo zasty­głymi wymio­ci­nami. Owi­nięty wokół tuło­wia i jed­nej ręki łań­cuch, prze­ple­ciony przez zagięte pręty zbro­je­niowe, nie dawał żad­nych szans na wyswo­bo­dze­nie się i ewen­tu­alną ucieczkę. Głowa trupa opa­dała na bok, jakby zaraz miała odpaść od szyi.

-?Leży tu od mie­sięcy -?wychry­piał Jan, doci­ska­jąc chu­s­teczkę do nosa.

-?Co naj­mniej od pół roku. Może dłu­żej -?odpo­wie­dział mu głos zza ple­ców.

Cała trójka odwró­ciła się w tym kie­runku. Wik­to­ria aż pod­sko­czyła.

-?Nie świeć­cie po oczach -?rzu­cił męż­czy­zna w luźno zwi­sa­ją­cym kom­bi­ne­zo­nie.

-?Dok­tor Żukow­ski? -?zapy­tała Sarna.

-?We wła­snej oso­bie -?odparł przy­bysz. -?Chyba was nie wystra­szy­łem, co? -?Zaśmiał się. -?Gniję tu już z tym trup­kiem od pół godziny, a że mnie przy­ci­snęło, to musia­łem pójść na stronę.

-?Nie sły­sza­łem tego -?mruk­nął Kasz­czor.

-?Spo­koj­nie, Janek. Odda­li­łem się. Zresztą tech­nika dała przy­zwo­le­nie. Po tylu mie­sią­cach i tak gówno tu znaj­dziemy.

-?Co usta­li­łeś?

-?Zby­szek zabez­pie­czył dowód oso­bi­sty, więc znamy toż­sa­mość ofiary. Wiemy nie­wiele wię­cej poza tym, że sam się tu nie przy­piął. Jed­nym sło­wem -?zabój­stwo.

-?Pro­ku­ra­tor się ucie­szy.

-?Nie wąt­pię.

Nina przy­słu­chi­wała się roz­mo­wie, czu­jąc, jak pod skórą na udzie pul­suje krew. Z tru­dem powstrzy­my­wała się, aby nie zacząć się dra­pać. I ten smród. Nawet w wykro­cie nie był tak inten­sywny jak tutaj. Zbie­rało się jej na wymioty, ale nie mogła ode­rwać wzroku od zwłok.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki