KENTRO, PACHIA AMMOS,PONIEDZIAŁEK 11 WRZEŚNIA, PRZED ŚWITEM
To był wypadek, dawno temu. Straciłem wzrok, ale zyskałem okrągłą sumkę z polisy ubezpieczeniowej. I musiałem zacząć całkiem nowe życie, czy mi się to podobało czy nie. A szybko zaczęło mi się podobać.
Jasne, pamiętam jeszcze banały, błękit nieba czy zieleń trawy. Rozumiem, co to znaczy, że dziewczyna ma czerwoną sukienkę albo rude włosy. Rozumiem, ale tego nie czuję. Kolory nie budzą we mnie emocji. Czerwień nie ekscytuje, błękit nie uspokaja. Są tylko słowami. Jak cyfry. Jak litery. Jak nazwy drzew. Których też przecież nie widzę.
Tak, znam pytanie, które zaraz padnie.
Czy w ogóle widzę cokolwiek?
Podobno (nie wiem, ile warte są te statystyki) dziewięćdziesiąt procent osób prawnie uznanych za niewidome może coś dostrzec. Albo niewyraźne kształty, albo kolorowe plamy, albo osoby czy przedmioty tunelowo w małym okienku, w centrum lub na obrzeżach pola widzenia. Tylko pięć do dziesięciu procent jest tej możliwości pozbawionych. Ja się do nich zaliczam. Nie widzę nic. Kompletnie, absolutnie nic.
Czy przed moimi oczami jest tylko czerń?
Wcale nie. Potrafię określić zmiany natężenia światła. Kiedy jest jasno, pod powiekami mam pomarańcz albo czerwień, która ciemnieje jak zasychająca krew, kiedy światło zamiera. Więc coś tam jednak wiem o kolorach, przynajmniej o tych dwóch.
Czy mam psa przewodnika?
Nie. Nie znoszę psów. Mona, moja nowa asystentka, ma psa i to w zupełności wystarczy.
Czy poruszam się z laską?
Czasami. Kiedy chcę zagrać na czyichś uczuciach. Wiecie, coś w stylu: biedny kaleka, trzeba się nim zaopiekować. To zawsze działa, zawsze! Jeśli nie wierzycie, załóżcie kiedyś w pochmurny dzień ciemne okulary, weźcie do ręki biały kijek i przejdźcie się ulicą, trzymając głowę sztywno, jakbyście czegoś nadsłuchiwali. Ludzie są pełni wyrzutów sumienia i chętnie pomagają tym, którzy na pierwszy rzut oka mają od nich cięższe życie. Nie lubią tylko tych, którym się dobrze wiedzie, o czym przekonuję się za każdym razem, kiedy wychodzę bez laski, ale za to w markowych okularach przeciwsłonecznych i koszuli z dobrego sklepu.
Czy nauczyłem się samodzielności na specjalnych kursach dla osób niewidomych?
Nie, nie cierpię przebywać w jednym pomieszczeniu z osobami, które uważają się za mądrzejsze tylko dlatego, że widzą promieniowanie elektromagnetyczne o częstotliwości pomiędzy, z grubsza, trzysta osiemdziesiąt a osiemset nanometrów. Całą moją samodzielność zbudowałem sam. Polegam na pamięci. Zacząłem ją ćwiczyć jeszcze w szpitalu, kiedy wybudziłem się z narkozy i kiedy lekarka powiedziała mi, że już nigdy nie będę widział. Zapamiętałem zapach jej świeżo wykrochmalonego fartucha, tanich kwiatowych perfum i lakieru do włosów oraz lekką chrypkę w głosie. Zapamiętałem, ile kroków zrobiła, zanim wyszła z pokoju, i w którą stronę - biorąc jako punkt odniesienia moje łóżko - znajdowały się drzwi. Kiedy mogłem już wstać, odtworzyłem tę sekwencję z pamięci i położyłem dłoń na klamce bez potykania się o sprzęty. To było moje pierwsze zwycięstwo i pierwsza porażka: pielęgniarki znalazły mnie na korytarzu, w rozpiętej na plecach szpitalnej koszuli, kiedy bezskutecznie próbowałem znaleźć kibel. Ale potem wiele się nauczyłem i zwycięstw było więcej niż porażek.
Nauczyłem się automatycznie liczyć kroki i przy każdym ruchu określać kierunek na moim wewnętrznym kompasie, podzielonym - jak tarcza każdego kompasu - na trzysta sześćdziesiąt stopni. Nauczyłem się sporządzać w pamięci trójwymiarowe mapy mojego otoczenia. Nauczyłem się wyłapywać z tła dźwięki tak delikatne, że większość osób nawet o nich nie wie. I wytrenowałem mój nos do wychwytywania każdej molekuły obcego zapachu. Perfekcyjna pamięć, doskonały słuch i świetny węch: dzięki nim mieszkam sam, jestem szefem ważnego ośrodka archeologicznego na Krecie, prowadzę wykopaliska archeologiczne i jestem szczęśliwy. Prawie.
Kolejne pytanie, jakie często słyszę: dlaczego zostałem archeologiem?
A dlaczego nie?
Czy wy z ręką na sercu potraficie powiedzieć, dlaczego zostaliście lekarzami, hydraulikami i manikiurzystkami? Mieliście w dzieciństwie objawienie? Nad waszymi głowami pojawił się anioł i wyszeptał wam do uszka, czym powinniście się zajmować przez resztę życia? No właśnie.
Kiedy jeszcze widziałem, podobały mi się te wszystkie sfinksy i piramidy, starożytne świątynie, zdjęcia słońca wschodzącego nad Nilem, ruiny na górskich szczytach, ogromne posągi, kolumny i mury. A potem spodobała mi się myśl, że będę się zajmować czymś, co uległo zniszczeniu na zawsze. Co już nie wróci. Jak mój wzrok. Urzekła mnie idea, że wszystko przeminie. Że wszyscy, ilu nas jest: grubi, chudzi, piękni, brzydcy, mądrzy i głupi, ślepcy i obdarzeni sokolim wzrokiem, pójdziemy do piachu, gdzie zamienimy się najpierw w gnijące mięso, potem w stertę kości, a na końcu w proch. Bo jeśli czas radzi sobie z granitem i bazaltem, z którego budowano świątynie i ciosano rzeźby, dlaczego miałby nie poradzić sobie z ważącym kilkadziesiąt kilogramów organizmem opartym na strukturze białkowej.
A jeszcze później, dużo później, okazało się, że archeologia więcej ma wspólnego z potłuczonymi garnkami niż z kolumnami. Ze śmieciami, a nie z granitowymi posągami. Z rozwalonymi chatami i obgryzionymi kośćmi pozostawionymi w palenisku, a nie ze świątyniami. Ale to też mi się podobało. Poza tym ślepemu łatwiej pomacać stare skorupy niż wielki posąg lub świątynię, więc trochę zadecydowały względy praktyczne. Zostałem przy ceramice.
Moja praca mieści się w czubkach palców. Dotykiem potrafię rozpoznać kształt naczynia (nawet jeśli się potłukło i zostały z niego tylko skorupy), rodzaj gliny, a nawet dekorację. Glinka użyta do namalowania wzorów na starożytnym naczyniu zawsze ma inną fakturę niż tło. Zamknijcie oczy i spróbujcie kiedyś pomacać w muzeum, zanim włączy się alarm.
Nauczyłem się też dotykać koleżanki z roku w taki sposób, że później chętnie czytały mi na głos podręczniki i prowadziły moje palce po glinianych skorupach. Po pięciu latach byłem najlepszy na roku i bez trudu dostałem się na studia doktoranckie. Po kolejnych trzech latach obroniłem doktorat. Po następnych dwóch zostałem wiceszefem ważnego projektu na wschodniej Krecie. Jeszcze trzy lata i wygrałem konkurs na dyrektora Kentro, czyli centrum archeologicznego na wschodniej Krecie. Najlepszym miejscu na ziemi.
Jest jeszcze jedno pytanie, które często słyszę: czy gdyby jakaś skomplikowana (i - w domyśle - kosztowna) operacja mogła mi przywrócić wzrok, zdecydowałbym się na nią? Odpowiedź brzmi: nigdy! Dużo wysiłku kosztowało mnie ułożenie sobie świata i niech już tak zostanie.
Prowadzę spokojne życie. Najbardziej ekscytującym dniem w roku jest zebranie komisji do podziału grantów. Poza tym każdy mój dzień wygląda tak samo. Wstaję rano, ćwiczę, wykonuję niezbędne czynności toaletowe, jem. Schodzę po schodach i siadam do papierkowej roboty. Skanuję i odczytuję programem głośnomówiącym rachunki za naprawę rur (rury na Krecie psują się co miesiąc), za elektryczność i za drobne usługi, które zlecam - na zmianę, żeby nikt się nie obraził - dwóm firmom z okolicznych wsi. Czytam (to znaczy czyta mi komputer) mejle i rezerwuję pracownie dla badaczy, gdy chcą tu przyjechać i w spokoju posiedzieć nad materiałem, albo - częściej - odpisuję (dyktuję komputerowi, naprawdę programiści wymyślili już cuda, żeby ułatwić życie ślepcom takim jak ja), że przepraszam, ale w podanym terminie nie ma już miejsca. Dzwonię do stolarza i do speca od komputerów. Przeglądam listę chemikaliów potrzebnych Oliwii do konserwacji, po kłótni zmniejszam ich liczbę o połowę i wysyłam zamówienie. I tak dalej, i tak dalej.
Zajmuje mi to czas do południa. Po lunchu (czasem gotuje kyria Fotini, czasem Ifigenia coś przynosi, a jeśli nie, to zamawiam danie na wynos w jednej z trzech knajp we wsi u podnóża wzgórza) idę do biblioteki. Jakoś nikt nie zadał sobie do tej pory trudu tłumaczenia na brajla publikacji archeologicznych. Pewnie dlatego, że - o ile mi wiadomo - jestem jedynym czynnym zawodowo ślepym archeologiem na świecie. Dlatego tutaj też korzystam ze skanera i programu głośnomówiącego. Mam do wyboru dwa nagrane głosy: nadęty baryton albo egzaltowany mezzosopran. Oba pewnie doskonale wypadłyby w operze, ale są wkurzające, kiedy człowiek chce się tylko dowiedzieć, ile i jakich naczyń odkopał Seager na Mochlos. Nie jestem szowinistą, wybieram mezzosopran do czytania publikacji, których autorkami są kobiety, a baryton rezerwuję dla mężczyzn. W końcu w prawdziwym życiu bywa podobnie: większość archeolożek jest egzaltowana, a archeolodzy mają przesadne wyobrażenie o swojej wybitności.
Zjadam kolację (jak wyżej) i wychodzę. Mijam bramę, zstępuję powoli wąską ścieżką ze stromego wzgórza. Nie potrzebuję laski, znam każdy kamień, a są tu głównie kamienie. Dochodzę do asfaltowej uliczki, pamiętając o każdej dziurze w nawierzchni i każdym fragmencie krawężnika, i docieram do przelotówki łączącej Agios z Sitią. Nadsłuchuję, czy nic nie jedzie, przechodzę. Mijam przestrzeń między domami i jestem nad morzem.
Wdycham słoną wilgoć. Czasem siadam na piasku, zdejmuję buty, podwijam spodnie i brodzę po kolana w wodzie, zimnej bez względu na porę roku. Kiedy indziej tylko stoję i słucham rytmu fal, który nigdy się nie zmienia. Bywa, że odwiedzam tawernę Manolisa. Pani Manolisowa pachnie sfermentowanymi liśćmi winogron i mówi cienkim, słodkim głosikiem - jakby była małą dziewczynką, a nie matką trzech nastoletnich córek - kiedy bez pytania stawia przede mną kieliszek białego wina z Sitii i coś do pogryzania. Manolis niekiedy dosiada się na plotki. Plotkuje on, bo cóż ciekawego ja mógłbym mu mieć do powiedzenia.
Wracam do domu wcześnie, bo archeolodzy wstają o świcie. Na dole, w Kentro, włączam alarm, a drzwi mieszkania zamykam na klucz, chociaż nie robię tego w dzień. Wyciągam się na sofie pod oknem i wciągam w nozdrza zapach morza.
Raz w roku, przez trzy tygodnie sezonu wykopaliskowego moje życie wygląda inaczej, ale zmiany są kosmetyczne. Po śniadaniu zamiast usiąść do papierkowej roboty, czekam, aż jeden ze studentów zawiezie mnie na teren wykopalisk. Pracujemy do czternastej. Sprawdzam, co wychodzi w każdym wykopie. Doradzam, czy lepiej warstwę zostawić czy wyeksplorować, a potem przyjrzeć się jej w profilu, przeglądam z grubsza wydobyte skorupy (i tak niewiele widać, póki się ich nie umyje). W tym czasie moi asystenci kontrolują katalog warstw, katalog zabytków, katalog obiektów, katalog drobnych znalezisk i milion innych katalogów, które tak wrosły w nasze życie, że przestałem uważać to za dziwne. I krzyczą do mnie przez cały wykop, jeśli ktoś znajdzie coś ciekawego.
Po powrocie do domu biorę prysznic, wkładam świeże ubranie i schodzę na dziedziniec, gdzie w pięciu rzędach stoją wielkie stoły do sortowania ceramiki. Poprzedniego dnia umyły ją dziewczyny ze wsi i zdążyła już wyschnąć na wielkich siatkach rozpiętych tuż nad ziemią na drewnianych ramach, w najbardziej nasłonecznionym kącie dziedzińca. Rozkładam ceramikę na blatach i pracuję do wieczora, na koniec przeglądam jeszcze rachunki z Kentro. Później jest tak samo: spacer, plotki z Manolisem i morze. Czasem Ifigenia.
I nie wiem, dlaczego myślałem, że tak już będzie zawsze.