Słodki świat Tymona. Tajny agent Słońca - Barbara Gibbs-Swiderski

Kup ebooka

39.00 zł
31.20 zł (21,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Przy wigilijnym stole

Przy wigilijnym stole

kwiat rodzinnego grona.

Wszyscy piją i jedzą,

i patrzą na Tymona.

Śmieją się, rozmawiają,

kąski do ust wkładają,

a jemu, Tymonowi,

niczego jeść nie dają.

 

- Do czego to podobne! -

Mały duch się buntuje. -

Ja także chciałbym wiedzieć,

jak to wszystko smakuje.

Że nie mam jeszcze roku?

A cóż to znowu zmienia?

To nic, że nie nadeszła

jeszcze pora karmienia.

I łyżeczką po stole

wybija takt zawzięcie.

 

Rodzice, najwidoczniej,

bunt jego mają w pięcie.

Kręcą się wciąż po kuchni,

przy piecu coś majstrują

i na głośne protesty

wcale nie reagują.

 

- Poczekajcie, wstręciuchy!

Niech tylko będę duży,

to już ja wam pokażę,

do czego łyżka służy!

A jak się jeszcze trochę

nauczę mówić składnie,

powiem wam, kim jesteście,

i to bardzo dokładnie.

 

Tysiące jeszcze planów

w małej główce się snuje,

lecz nagle...

Cóż to przed nim

tak wspaniale paruje?

 

Zapach ma smakowity

i jakby już skądś znany...

Ależ tak! To jest kaszka,

a przy niej dwa banany!

 

Ach, jaki świat jest piękny,

a tata kochany!

On dobrze wie, że Tymon

uwielbia banany.

 

Wszystko wpada do buzi

prześlicznej latorośli.

Kto by się tam przejmował

tym, co jedzą dorośli.

Nad stołem zawisł nastrój

Bożego Narodzenia.

Szczęśliwe obie babcie

nie kryją łez wzruszenia,

tatę duma rozpiera,

dziadek głośno się śmieje,

a mama, cała w pąsach,

po prostu promienieje.

I wujkowi, choć dzieci

mało go rozczulają,

dziś usta do uśmiechu

same się rozciągają.

 

Cokolwiek by kto mówił,

rzecz jest już uzgodniona:

nie ma w świecie drugiego

takiego Tymona.

Tajny agent Słońca

Wielkie słońce wyszło zza widnokręgu i oblało ziemię złotym blaskiem. Nocne chmury zamieniły się w białe obłoczki tańczące radośnie po błękitnym niebie, a ciepły wietrzyk delikatnie muskał gałęzie drzew. Kwiaty uniosły główki i rozwinęły pachnące kielichy, dookoła rozeszła się słodka ich woń. Ptaki zaintonowały pieśń poranną - jednym słowem, na ziemi wstał nowy dzień.

Słońce wysoko z góry obdarzało to wszystko ciepłym, życiodajnym światłem.

 

- Czy planeta nazwana Ziemią naprawdę jest taka piękna, czy mi się tylko tak wydaje? - pytał sam siebie Wielki Mistrz, stojąc na skraju słonecznego kręgu. - Bardzo bym chciał przyjrzeć się jej z bliska, niestety muszę stać w miejscu, aby dopilnować prawidłowego ogrzewania planet naszego układu. Co by się z nimi stało, gdybym tak po prostu spakował walizki i pojechał sobie na urlop. Aż strach pomyśleć.

Nagle!...

- Cóż to się tam stało na Ziemi? Czy mnie wzrok myli, czy rzeczywiście widzę jakąś czarną plamę?

Przetarł swe słoneczne oczy raz i drugi, zamrugał słonecznymi powiekami; wszytko na nic, obraz był ciągle ten sam.

- Trzeba to wyjaśnić - orzekł krótko. - W końcu jako Wielki Mistrz gwiazdy odpowiedzialnej za planety muszę wiedzieć, co się na nich dzieje, szczególnie jeśli dzieje się coś złego, a to, co widzę, na nic dobrego nie wygląda.

Rozważył problem dokładnie, po czym przywołał do siebie swego ulubionego małego Promyczka.

 

Słońce posiadało wiele różnych promieni, wielkich i mniejszych, wszystkie też miały swoje imiona, ten jednak, najmilszy Wielkiemu Mistrzowi, nazwano po prostu Promyczkiem i tak już pozostało.

- Promyczku, wiesz co? Potrzebuję sprytnego, tajnego agenta. Nie skoczyłbyś tak na Ziemię i zobaczył, co się tam wyprawia? Nie rozumiem, co ma znaczyć ta obrzydliwa, czarna plama, którą dopiero co widziałem. Mam złe przeczucia. Leć natychmiast i jak najszybciej zdaj mi dokładny raport.

Kandydat na agenta aż podskoczył z radości.

- Ma się rozumieć, Wielki Mistrzu! - zawołał. - Zrobię wszystko, czego sobie życzysz.

Miał przy tym nadzieję, że słyszą go wszystkie inne promienie i oczywiście pękają z zazdrości. Darzyły one Wielkiego Mistrza ogromnym szacunkiem, w końcu były niczym więcej jak tylko ramionami Słońca, które Mistrz kierował nieustannie w stronę Ziemi, aby ją ogrzać i oświetlić, ponieważ bez światła i ciepła nie byłoby na niej żadnego życia.

 

Promyczek natychmiast zaczął się przygotowywać do podróży.

Muszę spakować plecak. Ale co tu ze sobą zabrać? Bladego pojęcia nie mam, co mi na Ziemi może być potrzebne. W każdym razie myślę, że przede wszystkim trzeba zapakować iPada! Mam rację? Oczywiście. Zawsze może się przydać. A telefon komórkowy? W razie potrzeby będę mógł zadzwonić do Wielkiego Mistrza. Czy to już wszystko? Odnoszę wrażenie, że jeszcze o czymś zapomniałem. Co by to mogło być? Ależ tak! Naturalnie! Szczoteczka do zębów! To jest bez wątpienia zawsze najważniejsza rzecz.

Bardzo uradowany i dumny z siebie wywiadowca słonecznej gwiazdy zamknął plecak.

- Do widzenia, Wielki Mistrzu!

- Do widzenia, Promyczku. I bądź ostrożny. Byłbym niepocieszony, gdyby ci się przytrafiło coś złego.

Uścisnęli się na pożegnanie i młodziutki agent wyruszył w drogę.

 

Nie podróżował długo. Światło słoneczne porusza się z ogromną szybkością, a Ziemia też nie stoi w miejscu - krąży nieustannie wokół Słońca. Gdy na niej wylądował, nie trafił już w to samo miejsce, gdzie Wielki Mistrz widział czarną plamę. Przeciwnie, rozciągała się przed nim przepiękna, zielona dolina, a za nią widniały kolorowe, górskie zbocza. Gdy się obejrzał, ujrzał błyszczącą w słońcu taflę morza. Sięgała horyzontu i wydawała się nie mieć końca.

- Jakże piękna jest Ziemia z bliska! - zawołał zachwycony. - Gdy patrzyłem na to wszystko z góry, nie przypuszczałem, że jest tu aż tak ładnie. Myślę, że ludzie muszą się czuć bardzo szczęśliwi. Ja też się czuję szczęśliwy. Aż mi się chce śpiewać i tańczyć. Wielki Mistrz na pewno się pomylił, mówiąc, że widzi jakąś czarną plamę. Ja mam przed sobą tylko wysoką skałę, zielone drzewa i przepiękne, kolorowe kwiaty.

 

Koniec fragmentu