ROK WCZEŚNIEJ
Adam
Czerwiec 2023
Wcisnąłem guzik i poczekałem, aż drzwi się zasuną. Spoglądałem na mankiet koszuli wystającej spod rękawa szarej marynarki, kiedy na końcu korytarza mignęła mi szczupła postać w granatowym kostiumie. Kasia z HR, która pewnie śpieszyła się na lunch. Nie zdążyłem przytrzymać windy, a raczej udałem, że tak się stało. Kiedy drzwi się zamknęły, oparłem się plecami o ścianę i przymknąłem oczy. Właśnie zaczynała się moja przerwa obiadowa. Od tej chwili żadnych ludzi, rozmów, dźwięków. Dla pewności położyłem dłonie na kieszeniach, żeby się upewnić, że komórka została na biurku. Uśmiechnąłem się z ulgą. Godzina samotności i ciszy. Jeszcze tylko chwila z muzyką w windzie, a potem święty spokój. Współpracownicy albo rozeszli się po okolicznych barach, albo zamawiali dostawę z pyszne.pl. Ja wolałem dziś zresetować mózg, niż napełnić żołądek. Wysiadłem na trzydziestym szóstym piętrze i sięgnąłem do kieszeni spodni po klucz do drzwi na dach. To było moje sekretne miejsce.
Pięć lat temu przyprowadził mnie tu po raz pierwszy mój mentor Jurek Głowacki, dyrektor działu cyberbezpieczeństwa. Dobiegał sześćdziesiątki, miał rzadkie, siwe włosy, garnitury szyte na miarę u krawca w Mediolanie i członkostwo w stowarzyszeniu Mensa.
- To tutaj się chowasz przed nami wszystkimi? - Okręciłem się tamtego dnia dokoła własnej osi i dopadłem do barierki, podziwiając Warszawę z lotu ptaka. Samochody jak pudełka zapałek, ludzie jak oszalałe mrówki pędzące w różnych kierunkach.
Jurek stanął obok i oparł ramiona o metalowy drążek. Zaciągnął się mocno papierosem i puścił serię kółek z dymu. Wieczór był bezwietrzny i okręgi unosiły się w powietrzu, zanim straciły ostrość i rozpłynęły się w zapadającym zmroku. Pomarańczowa tarcza słońca wciśnięta pomiędzy ściany dwóch wieżowców opuszczała się ku linii horyzontu.
- Aż chce się żyć - powiedział na bezdechu, podczas gdy strużka dymu uciekała mu z nosa. Zapatrzył się przed siebie, a potem szepnął: - Ale co komu pisane, jak mówią. - Wyprostował się, przydepnął papierosa eleganckim brązowym butem i spojrzał na mnie z wymuszonym uśmiechem. - Adam, muszę się zbierać, smyku. - Zawiesił głos. - Carcinoma pancreatis - wygłosił, akcentując każde r. Przyglądał mi się, czekając, aż przetworzę usłyszaną informację, jakby obserwował, jak synapsy łączą się ze sobą, powstaje myśl, zrozumienie i moje oczy powiedzą mu, że już wiem, że umiera.
Poczułem, jak moja broda drgnęła.
- Mój przyjacielu, teraz kolej na ciebie, żeby poprowadzić nasz oddział w firmie Magus. - Położył dłoń na moim ramieniu i ścisnął je lekko. - Wiem, że czas nie jest najlepszy. Dopiero co zmarła twoja babka, ale wiesz, co mówią o nieszczęściach. Rzeczywiście chodzą parami. No, tylko mi tu nie płakać - zareagował na moje zaszklone oczy.
Poruszyłem ustami i wydawało mi się, że wyrzucam z siebie krzyk, że walę go pięściami po piersi, ale tylko mi się wydawało. Tak naprawdę poczułem, jakby ktoś wyjął ze mnie baterię, jakbym zawisł na lince i dyndał bezwiednie.
- Będę cię rekomendował radzie nadzorczej na moje stanowisko. Umiesz wszystko to co ja. Może nawet więcej - puścił do mnie oko - a ja nie widzę tu lepszego człowieka, który to pociągnie. I nie chodzi mi tylko o ten dach. - Oparł znów ramiona na balustradzie i zerknął w dół.
Próbowałem, ale nie dałem rady zrobić kroku w jego stronę, jakby ktoś przyspawał moje stopy do ziemi. Żołądek zacisnął mi się w supeł i poczułem, jak wbijam paznokcie w skórę dłoni.
- Informatyka to może byśmy znaleźli lepszego - rzucił z przekąsem - ale człowieka nie znam porządniejszego od ciebie. - Pacnął dłońmi o brązową rurkę. - Pogadali, to teraz chodźmy coś wypić. - Spojrzał na mnie, ale ominął moje oczy.
Łzy utknęły mi w gardle i dławiły słowa, które w innym wypadku może bym wypowiedział.
- Nie płakać, proszę, nie żałować. Swoje przeżyłem - pouczył z uśmiechem - znasz mnie, ja chcę odejść na własnych warunkach. Póki jeszcze nie mam rurki do karmienia ani cewnika.
Zadrżałem, zakręciło mi się w głowie i poczułem, że jeszcze trochę i zacznę krzyczeć. Pociągnąłem nosem, wytarłem policzki i odchrząknąłem.
- Co mogę zrobić, jak ci pomoc? - usłyszałem wreszcie swój głos.
Zmrużył oczy i wyciągnął dłoń, na której leżał klucz. Wzruszył ramionami.
- A co ktokolwiek z nas może zrobić? Wystarczy, że będziesz tu czasami przychodził i o mnie pamiętał. - Wetknął klucz w moją dłoń i ruszył w stronę metalowych drzwi. - Chodźże. Jeszcze nie umarłem, mam życie do przeżycia. A, i pamiętaj. - Jego twarz spoważniała, podniósł palec i pokiwał nim. - Nikomu ani słowa, bo chcę to załatwić po swojemu.
***
Pochowaliśmy go tak, jak chciał, w czarnej urnie, w kolumbarium. Odziedziczyłem po nim posadę dyrektora działu i tereny budowlane pod Warszawą warte czterdzieści milionów złotych. Z dnia na dzień ja, niepozorny chłopak, mała płotka w wielkim stawie, musiałem stawić czoło rekinom biznesu informatycznego i zarządzać zespołem ludzi. Dowiozłem, ale słowo daję, nie było mi łatwo.
Od tamtego czasu przychodziłem na dach wieżowca, żeby posiedzieć w samotności i zastanowić się, czy też za dwadzieścia lat tak jak Jurek nie będę miał żadnej rodziny, której mógłbym zostawić coś po sobie. Przesunąłem teraz dłońmi po ciepłym metalu barierki. Jakiś czas temu przemalowali ją na srebrny kolor. Za plecami słyszałem szum wiatraków klimatyzacji i wentylacji połączonych w monotonnym dźwięku, który przypominał wiatr. Zamknąłem oczy i wsłuchałem się w te odgłosy. Tu, wysoko, nie dochodził uliczny zgiełk, nie czuło się gwaru miasta. Wyobrażałem sobie, że jestem na dachu świata. Może w Nepalu, chociaż nigdy tam nie byłem. Nigdy nigdzie nie byłem. Ja, ostatni człowiek na planecie. Byłoby bosko. Lubiłem być sam, potrzebowałam przestrzeni. Ogromne mieszkanie, które kupiłem po objęciu nowego stanowiska, nie sprostało tym wymaganiom. Wtedy pomyślałem o przestrzeni otwartych pól i lasów dokoła mnie i kiedyś po drugiej szklance whisky z rozmarzeniem opowiedziałem o tym przyjacielowi. A Bartek w ciągu tygodnia znalazł działkę budowlaną w Beskidach i kilka dni później dostałem e-maila zatytułowanego "Dom Żabsona" (ksywka, która przylgnęła do mnie od młodzieńczych lat).
Wyprostowałem teraz ramiona i odchyliłem się na piętach, unosząc głowę. Czerwcowe niebo miało idealnie błękitny kolor. Chrupnęło mi w szyi, jakbym miał uwolnić się z pętli, którą była ta posada.
Dział bezpieczeństwa cyfrowego był najmniejszy w naszej firmie. Pracowali w nim sami hiperintrowertycy w koszulkach z postaciami z kreskówek. Na rozmowę kwalifikacyjną przychodzili w tanich garniturach, pewnie jeszcze z matury. Następnego dnia bezpardonowo pojawiali się w pracy w czarnych T-shirtach i dżinsach. A jakie to miało znaczenie, skoro świetnie robili, co do nich należało. Myślę, że przez cały tydzień mówili mniej niż inni pracownicy w naszej firmie w ciągu jednego dnia, ale byli najsprytniejszymi bestiami od zabezpieczeń po tej stronie Wisły i byli moi. Na początku bałem się tej roboty jak diabli, ale nie umiałbym odmówić Jurkowi. Nie znajdowałem w sobie nawet cienia cech przywódcy, ale okazało się, że moim podwładnym wystarczyło, że pochwalę zabawny nadruk na koszulce i wezmę na siebie obowiązek komunikacji z resztą mieszkańców planety, a oni pociągną nasz dział jak szóstka w zaprzęgu. Nigdy nie należałem do mistrzów konwersacji, ale tym razem sprawdziło się powiedzenie, że "w krainie ślepców jednooki jest królem". Teraz jednak odnosiłem wrażenie, że na nic nie mam czasu, że nie mogę nawet wziąć trzech dni urlopu i pojechać do domu, który zleciłem sobie zbudować w górach. Namiastką mojej wolności pozostawały dach wieżowca i półgodzinna jazda w korkach służbowym samochodem.
Parę dni temu żaliłem się Bartkowi na swój los, wpatrując się w pudło z zabawkami jego synów.
- Bidulko ty moja - przedrzeźniał mnie przyjaciel - rzeczywiście twój los jest tragiczny i godny pożałowania.
Jego żona Eliza właśnie postawiła przed nim kosz z praniem do poskładania.
- Sam sobie jesteś winien, skoro musisz nasikać na każdy krzaczek. Pewnie sprawdzasz po wszystkich, jakby nikt inny na całym świecie nie znał się na bezpieczeństwie tak jak ty. - Podniósł błękitne dziecięce rajstopki, strzepnął je i w mgnieniu oka zwinął w kuleczkę.
Założę się, że robił to setki razy, nawet jeśli publicznie się zarzekał, że w domu ma od tego kobietę. Bartek bywał żałosnym dupkiem, ale na moje standardy chłopca porzuconego przez rodziców i wychowywanego samotnie przez babcię był też świetnym ojcem.
- Jestem dyrektorem. Ktoś to musi robić - stwierdziłem.
- Właśnie - cisnął zwinięte rajstopki do kosza - jesteś dy-re-kto-rem i nie musisz tego robić sam. Masz od tego kierownika, product ownera i tę całą resztę, nie wiem jak ich teraz nazywacie.
Eliza postawiła przed każdym z nas szklankę z whisky. Zakręciłem złotym płynem, patrząc, jak spływa po ściankach. Kostki lodu zagrzechotały o szkło, stuknąłem delikatnie w szklankę Bartka i upiłem łyk.
- Słyszałeś o delegowaniu zadań? - Sięgnął po swoją whisky i mlasnął ze smakiem. - Dobra rzecz. Co mówiłem? A tak, bierzesz telefon, wołasz do siebie swoich cichych ziomków i mówisz im: "Ty to, a ty tamto". - Machał dłonią, jakby trzymał w niej batutę, po czym rozpostarł przed sobą koszulkę z napisem "Ninja Turtles" i rysunkiem obrzydliwego żółwia, odgradzając się nią ode mnie. - I mówisz im: "Panowie, od dzisiaj każdy dopina domino, żeby szambo nie wywaliło, a na koniec kwartału zapraszam po trzy procent premii". Będą dopieszczać jak moja żona paznokcie. - Odłożył bluzeczkę na stosik i sięgnął po kolejną część dziecięcej garderoby.
- A ja w tym czasie co będę robił? Składał modele samolotów albo malował antystresowe kolorowanki? - żachnąłem się.
- Żabcia... - Stosik dziecięcych ubrań zachwiał się niebezpiecznie. Bartek położył na nim dłoń. - Ty w tym czasie pojedziesz do swojego fajnego domciu na zadupiu, który ci wybudowałem, i będziesz mógł sobie kontrolować zdalnie albo nie zaglądać pod każdy kamień. - Podniósł się z krzesła i ruszył ze stertą złożonych ubranek do pokoju dzieci.
Zacisnąłem szczękę i zawiesiłem wzrok na żurawiu budowlanym, który szpecił widok za oknem. No właśnie, "Żabcia", pomyślałem. Wygląda na to, że Bartosz Szalej nadal widział we mnie przestraszonego, chudego jak szczapa chłopaka, którego poznał przed laty. Przy jego wzroście koszykarza i aparycji modela z reklamy dżinsów Levi's ja byłem wychudzonym szczurkiem z zapadniętą klatką piersiową, rzednącymi włosami w kolorze bawarki i nosem, który dominował na mojej twarzy jak samotna latarnia na skalistym wybrzeżu. Nosiłem dobre ciuchy tylko dlatego, że Bartek zaciągnął mnie kilka lat temu na zakupy do Mediolanu i skompletował garderobę, która zatuszowała niedostatki wyglądu.
Dopiłem resztę whisky jednym haustem i z radością przywitałem ogień, który rozlał się po moim przełyku. Sięgnąłem do miseczki i zagryzłem garścią orzechów nerkowca. Wróciłem wzrokiem do kosza z zabawkami. Ci chłopcy mieli w jednym miejscu wszystkie marzenia z całego mojego dzieciństwa: resoraki, kolorowe bloki klocków Lego, samoloty. Obok zaparkowały pomarańczowy spychacz, ciężarówka, śmieciarka z małymi plastikowymi koszami imitującymi prawdziwe. Mieli wszystko. Ja w sumie też. Tylko dlaczego nie nauczyłem się jeszcze z tego korzystać, jak robili to kilkuletni synowie Bartka?
- Jak mam z dnia na dzień nauczyć się być bogaczem? - Zadarłem głowę, kiedy Bartek wrócił i stanął nade mną.
- Jesteś bogaczem od jakichś czterech lat, więc właściwie powinieneś już to umieć. To tak, jakbyś chodził do liceum i teraz możesz spróbować zdać maturę z wydawania pieniędzy. Dobrze ci idzie. Kupiłeś fajny apartament, zbudowałeś dom. Jak mówią, czas leczy rany.
Uniosłem brwi i podrapałem się po brodzie, wpatrując się w niego, jak wrzuca pojedyncze orzechy do ust i chrupie w zabójczym tempie. Jego ostro zarysowana żuchwa podkreślała silną osobowość i w każdym towarzystwie windowała go na sam szczyt kanonów męskiej urody. Mógłbym powiedzieć, że się uzupełnialiśmy - i to nas do siebie zbliżyło, ale na pierwszy rzut oka byłem tylko marną podróbką tego, co kobiety uważały za interesujące, podczas gdy on od zawsze przyciągał ich spojrzenia. Zazdrościłem mu jak diabli swobody i luzu, z jakim zawierał znajomości, utrzymywał relacje biznesowe i zjednywał sobie ludzi.
- Chyba nie o to powiedzenie ci chodziło - skomentowałem jego ostatnie słowa.
- Stary, a co mam ci powiedzieć - spojrzał na mnie, opierając łokcie na blacie - że strach ma wielkie oczy, a ty jesteś cały posrany? - Uniósł ręce, jakby się poddawał. - Wiem, wiem, znam się na tym jak na sadzeniu grochu, a doradzam. Ale zdaje mi się, że musisz się po prostu odważyć.
Przysunąłem szklankę do twarzy i westchnąłem.
Tamtego dnia nawet nie umiałem wyobrazić sobie innego życia. Od lat siedziałem w firmie po dwanaście godzin dziennie. Teraz częściej podróżowałem w związku z pracą, ale zawsze zaczynałem poranną rutynę od godzinnej prasówki przy kawie, a dzień kończyłem dwoma odcinkami serialu na Netfliksie. Nic wielkiego, taka codzienność jak większości, ale to była moja bezpieczna przestrzeń. Dokoła garść ludzi, których wybrałem na przyjaciół i którzy mnie wybrali na swoją zastępczą rodzinę. Jak jabłka zebrane do jednego kosza spod wielu jabłonek. Niektórzy tak jak ja nie mieli już do kogo wracać na święta do domu rodzinnego, inni, na przykład Bartek, nie chcieli. Obchodziłem trzy Wigilie: firmową, z przyjaciółmi w restauracji i Bartoszową z jego rodziną. Ale oprócz niego nic mnie tu nie trzymało. Mogłem być gdziekolwiek.
Poczułem ciepły wiatr na spoconych plecach, z których zdjąłem wcześniej marynarkę. Usłyszałem skrzypnięcie drzwi. Odwróciłem się, bardziej zaskoczony niż spanikowany. W progu stała kobieta w białej bluzce i wąskiej czarnej spódnicy przed kolana. Na nogach miała białe trampki i przytulała do siebie plastikowe pudełko z lunchem. Pod pachę wcisnęła butelkę z wodą. Zmrużyłem oczy, żeby złapać ostrość w słońcu, ale nie rozpoznałem jej twarzy. Dziewczyna przestąpiła z nogi na nogę, ale nie ruszyła się z miejsca. Jedną ręką wciąż przytrzymywała metalowe drzwi. Zrobiłem kilka kroków w jej stronę, zaciekawiony, kto jeszcze może tu szukać schronienia, i wtedy ją rozpoznałem. Karolina z recepcji, siostra Bartka.
Cerę miała białą jak mleko. Nie nosiła makijażu, a piegi na nosie nadawały jej dziecięcy wygląd. Blond włosy upięła w mały koczek, co podkreśliło wystające kości policzkowe. Wyrosła na ładną dziewczynę, ale wciąż widziałem w niej ośmiolatkę z kucykami. Posłała mi krótki uśmiech, ale potem opuściła wzrok, jakby obawiała się nagany za zakłócanie mi spokoju.
- Hej, hej. - Postarałem się zabrzmieć swobodnie i radośnie.
Zaciśnięte usta rozchyliły się lekko, kiedy odpowiedziała na powitanie.
- Możesz puścić drzwi, nie zatrzasną się - zapewniłem z uśmiechem. - Co masz dobrego? - Skinąłem na plastikowy pojemnik.
- Wrapa z hummusem. Mogę się podzielić, mam dwa kawałki. I pomidory - dorzuciła - koktajlowe. Nie masz uczulenia na pomidory, prawda?
Rozczuliła mnie jej troska. Byłem ciekawy, czy pamięta, że mam alergie pokarmowe, czy po prostu bała się wywołać u kogokolwiek wstrząs anafilaktyczny.
- Tylko na banany i orzeszki ziemne. - Rozejrzałem się, szukając miejsca, gdzie moglibyśmy usiąść.
- Za tamtym kominem wentylacyjnym. - Skinęła w prawo, odczytując moje myśli. Wyminęła mnie i ruszyła we wskazanym kierunku, jakby prowadziła mnie do swojego gabinetu.
- No proszę. - Gwizdnąłem, kiedy zobaczyłem jej kryjówkę.
Pomarańczowa metalowa skrzynia z lekko nachyloną pokrywą, obok białe dwudziestolitrowe wiaderko po farbie ukryte w cieniu padającym z półtorametrowego komina.
Odstawiła pudełko śniadaniowe i rozłożyła chusteczkę higieniczną na skrzyni. Przycupnęła na krawędzi i wysunęła w moim kierunku otwarty pojemnik. Kucnąłem i wbiłem zęby w zaoferowaną tortillę.
Dziewczyna wyrosła na piękną kobietę. Miała skandynawską urodę, podczas gdy potężnie zbudowany Bartek z ciemnymi włosami, w których linii zaczynały się wyrzynać zakola, miał geny ojca. W dzieciństwie dokuczał jej, że pewnie ją adoptowali, bo nie jest do nikogo podobna. Ale teraz widziałem, że jest kopią ich matki. Równie delikatnej budowy, z lekko przestraszonym wyrazem twarzy.
Nigdy nie wykorzystała znajomości ze mną. Pracowała w tej firmie ponad pół roku, kiedy rozpoznałem ją na korytarzu. Sama przeszła przez rekrutację i dostała posadę recepcjonistki. Zasięgnąłem o niej opinii i od wszystkich usłyszałem same superlatywy. Pracowita, pomocna, empatyczna, kulturalna. Skoro to siostra Bartka, to rzeczywiście musieli ją adoptować. Przez cały ten czas nie powiedziała do mnie nic ponad uprzejme "dzień dobry".
- Często tu przychodzisz?
Przełknęła kęs i zerknęła na mnie przelotnie.
- We wtorki i piątki.
Kiwnąłem głową. Bystra bestia, wiedziała, że w te dwa dni nie ma mnie w biurze w porze lunchu.
- Dziś jest środa - zauważyłem, podnosząc się z kucek i siadając na skrzyni obok niej.
Chwilę milczała, zapatrzona we wnętrze swojej kanapki.
- Mam skromny budżet do końca miesiąca, a dziewczyny na dole zawsze chcą zamawiać coś na spółkę. Wolę przynieść z domu i zjeść tutaj sama, zawsze to o dziesięć złotych taniej.
- Rzeczywiście. - Poczułem, jak jedzenie staje mi w przełyku. - Słabo płacą czy oszczędzasz na wakacje?
Przeżuwała swój kęs zdecydowanie za długo. Poczułem, jak oblewa mnie fala gorąca. Po co w ogóle zapytałem, cholera.
- Mam problemy z mieszkaniem. Zostawiła mnie współlokatorka i już drugi miesiąc wszystko płacę sama. To mnie zabiło finansowo. Szukałam kogoś do drugiego pokoju, ale studenci już wyjechali, mało chętnych.
Skinąłem, jakbym rozumiał problem, chociaż po pracy wracałem do apartamentu wartego kilka milionów.
- Czemu nie wrócisz do domu? Przecież mama została sama w wielkim mieszkaniu, a myślę, że nawet gdybyś chciała wynajmować, to w Lublinie czynsze są niższe.
Wzruszyła ramionami i podała mi opakowanie z nawilżanymi chusteczkami.
- Może tak, tylko tam trudniej znaleźć pracę. Tutaj dostaję w recepcji tyle, ile w szkole zarabiałabym po dziesięciu latach. No i to by było jak przyznanie się do porażki. Wiesz, jakbym w życiu nic nie osiągnęła.
Kiedy wspomniała o szkole, przypomniałem sobie, że studiowała polonistykę. Chciała uczyć dzieci w podstawówce, a Bartek stukał się palcem w czoło, kiedy mi o tym opowiadał.
- Serio, a co tu niby osiągnęłaś? - wyrzuciłem z siebie bez namysłu i natychmiast zacisnąłem zęby.
- W sumie racja. Ale przynajmniej mam wybór. Na ogół nie jest źle, tylko teraz tak się poskładało... - Zawiesiła głos, a potem z nutą niepokoju szybko dodała: - Nie powiesz Bartkowi, prawda? Proszę, nic mu nie mów. On ma swoje problemy na głowie, a ja chcę, żeby mnie w końcu zaczął traktować jak dorosłą. Dam radę. Wiesz, że jestem w czepku urodzona. Teraz to tylko chwilowy przestój. Ale wyjdę z tego. - Zamknęła puste pudełko po kanapkach. - Czasami trzeba coś poświęcić, żeby mieć to, czego się pragnie. A ja za Chiny nie wrócę na stare śmieci, choćbym miała jeść tynk ze ścian.
Pozwoliłem jej słowom wybrzmieć, milcząc przez chwilę i analizując informacje, które mi przekazała w tym potoku słów. Było i o jej dzieciństwie, i o ambicjach, a nawet o relacjach z bratem.
- Sorry za ten tekst, że nic nie osiągnęłaś. Po prostu zawsze mnie zastanawia, dlaczego patrzymy na życie w Warszawie jako wyznacznik sukcesu. I teraz mówię od siebie. Sam sobie współczuję, że muszę przychodzić na dach wieżowca, żeby pobyć z dala od ludzi - wyrzuciłem na bezdechu, jakbym się bał, że stracę odwagę, żeby to powiedzieć na głos.
Karolina odwróciła się w moją stronę i przyglądała z nieukrywanym zaskoczeniem.
- Chyba nie powinienem prawić ci morałów, skoro sam nie umiem żyć tak, jak naprawdę chcę, w miejscu, w którym chcę, robiąc to, co chcę. - Zawiesiłem głos i potarłem czoło, odwracając wzrok.
- Dobrze jest powiedzieć coś na głos. Nawet jeśli niby kierujemy to do innych. Podobno kiedy mózg słyszy głos, swój własny głos, to zaczyna wierzyć w to, co w przeciwnym razie wydawałoby się nieprawdą. - Wyszczerzyła zęby. - Miałam dwa semestry psychologii na studiach. - Wypięła dumnie pierś.
- Na moich zajęciach z psychologii mówili, że musimy uszczęśliwić w życiu tylko dwie osoby - dorzuciłem. - Nie mamę, brata czy szefa, tylko ośmioletnią i osiemdziesięcioletnią wersję samego siebie. A robimy to, spełniając marzenia tej pierwszej i sprawiając, żeby ta druga nie żałowała niczego.
Karolina przypatrywała się cementowej wylewce na podłodze przez dłuższą chwilę, a potem przechyliła głowę i zajrzała mi w oczy.
- To dlatego przychodzisz na ten dach? Zastanowić się, czego żałowałby twój osiemdziesięciolatek?
- Czemu nie pytasz mnie o mojego ośmiolatka?
- Hm, niech pomyślę... - Podparła palcem brodę i uniosła oczy ku niebu. - Może dlatego, że jemu nawet by się nie śniło, że może osiągnąć taki status. Pewnie w skrytości marzył o mieszkaniu bez babci i jeżdżeniu Volvo.
- Audi, mój ośmiolatek marzył o Audi - sprostowałem.
Karolina wybuchnęła śmiechem.
- No tak, bezpieczny, trwały i na lata.
Udałem, że groźnie marszczę brwi.
- Czy ty rozmawiałaś o mnie ze swoim bratem?
Wychyliła się do przodu i oparła łokcie na kolanach.
- To co z tym osiemdziesięciolatkiem?
Siedziałem oparty plecami o ścianę komina, czułem przez cienką koszulę jej chropowatość i pot, który spłynął mi teraz strużką po szyi.
- Jezu, nie wiem. - Westchnąłem. - Zadajesz trudne pytania, Karolina. Widać, że uważałaś na tych zajęciach z psychologii.
Posłała mi uśmiech, odwróciła nadgarstek i spojrzała na tarczę zegarka.
- O kurka, zbieram się. - Sięgnęła po czerwoną pokrywkę i zamknęła pojemnik. - Mam tylko pół godziny przerwy. - Podniosła się i posłała mi uśmiech zadowolenia. - Dzięki za towarzystwo, miło było. I jak prosiłam, ani słowa Bartkowi. Nie chcę, żeby wiedział, że mam problemy. - Pomachała mi, zanim zniknęła za rogiem.
Ukryłem twarz w dłoniach i wyrzuciłem z siebie przeciągłe warknięcie. Co tu się właśnie zdarzyło? Czy ja przypadkiem nie wyżalałem się dziesięć lat młodszej siostrze mojego najlepszego przyjaciela? A ona rozgryzła mnie jak wysuszony orzech. Oparłem głowę o ścianę, zamknąłem oczy i popłynąłem myślami do wersji mnie z przyszłości, której nie żałowałby osiemdziesięcioletni ja.