Rozdział 1
Gdyby nie fakt, że tej nocy psu sąsiadów zebrało się na amory, życie
Kornelii Rudnickiej potoczyłoby się zupełnie inaczej. Rano poszłaby jak
zwykle do pracy i tam odebrała codzienną porcję przykrości. Wszystko, co
ważne, swoim zwyczajem odłożyłaby na później, sądząc, jak wielu innych
ludzi, że ma jeszcze mnóstwo czasu.
Ale tej pamiętnej nocy pies poczuł wolę bożą i wył jak wściekły w swoim
boksie, domagając się wypuszczenia na wolność. Sąsiad wyjechał zapewne
do swojej najnowszej narzeczonej, bo też był w romansowym usposobieniu,
więc pies nie doczekał się żadnej reakcji ze strony właściciela.
Odpowiadali mu tylko inni towarzysze niedoli powiązani na łańcuchach lub
zamknięci w sąsiednich ogrodach. Koncert trwał do piątej nad ranem.
Zabiorę cię kiedyś - postanowiła po raz tysięczny Kornelia, słuchając
żałosnego ujadania psa, choć dobrze wiedziała, że nie wystarczy jej
odwagi, by zmierzyć się z aroganckim właścicielem zwierzaka. Raz
spróbowała i do tej pory na samą myśl o konfrontacji wiązał jej się w gardle supeł nie do przełknięcia.
Kiedy psy w końcu ucichły, Kornelia, umęczona przewracaniem się w pościeli i bezskutecznymi próbami zdystansowania się od sytuacji za
oknem, zasnęła stalowym snem.
Śniło jej się, że naprawdę żyje.
Jest szczęśliwa i zakochana. Realizuje marzenia, snuje plany. Ta wizja
pochłonęła ją do tego stopnia, że nie usłyszała dzwoniącego kilkakrotnie
budzika ani porannego rozgardiaszu na parterze. Rodzina jadła śniadanie,
stukały obcasy, szumiała woda w rurach, a pod oknami domu trzaskały
drzwiczki samochodów. W końcu i to ucichło.
Kornelia przewróciła się na drugi bok. We śnie każdy może być, kim tylko
zechce. Czasem ten senny świat nie zamierza współpracować i funduje
człowiekowi jakiś koszmar, ale bywa, że przenosi nas do alternatywnego
życia. Tam właśnie znajdowała się Kornelia. Była szczupłą, atrakcyjną
brunetką i mieszkała w domu z drewnianym gankiem, który zaprojektował
jej mąż, ozdabiając go jedynymi w swoim rodzaju rzeźbionymi ornamentami.
Była absolutnie szczęśliwa. Wykonywała pasjonujący zawód, miała dwóch
synów, cudnie kwitnący ogród i wymarzonego mężczyznę u boku.
Kiedy wreszcie otworzyła oczy, przez chwilę trwała w upojeniu,
delektując się tym przyjemnym uczuciem, po czym, mocno rozespana i w związku z tym przekonana, że musi być jeszcze bardzo wcześnie, sięgnęła
po telefon. Spojrzała na wyświetlacz i przez chwilę nie mogła zrozumieć
odczytanej informacji. Dziesiąta trzydzieści?!
Dziwna godzina - pomyślała jeszcze nie całkiem przytomnie. Jest sobota -
uspokoiła się, nie znajdując chwilowo innego wytłumaczenia.
Spojrzała ponownie i momentalnie otrzeźwiała. Szesnaście nieodebranych
połączeń z pracy! To nie była żadna sobota, tylko zwyczajna cholerna
środa, koniec września. Kornelia już dawno powinna być w szkole. Od
siódmej czterdzieści pięć pełnić dyżur na korytarzu, a potem przez osiem
godzin bez wytchnienia prowadzić zajęcia, znosząc ze sztucznym, siłą
przyklejonym do twarzy uśmiechem wszystko, co dzień przyniesie, czyli
jak zwykle rzeczy nieprzyjemne albo przykre.
Przez moment trwała w apatii, wpatrując się w wyświetlacz smartfona. Nie
miała pojęcia, co dalej robić.
Pierwszy raz w życiu spóźniła się do pracy. Od dziecka była punktualna i świetnie zorganizowana. Tego wymagała od niej mama. Martyna Rudnicka,
która pracując jako pedagog w miejscowej szkole podstawowej, na własnych
dzieciach testowała wszystkie koncepcje wychowawcze i nie akceptowała
żadnej skazy na idealnym wizerunku potomstwa. Tylko wygląd Kornelii
musiała jakoś przełknąć. Choć nie można jej zarzucić, że nie walczyła.
Opowiadała na prawo i lewo, jak wspiera córkę psychicznie i ile
kilogramów dziecko schudło w ostatnim miesiącu. A dziecko dostawało
gęsiej skórki od tych publicznych wyznań. Połykało w samotności łzy i kolejne batoniki, a waga wbrew zapewnieniom mamy ciągle rosła.
Aktualny wynik wynosił dziewięćdziesiąt pięć kilogramów, co przy
wzroście Kornelii oznaczało solidny obwód w talii. A przecież dziewczyna
była jeszcze młoda. Jaką liczbę pokaże wyświetlacz wagi za pięć czy
dziesięć lat?
Buka, wieloryb, krążownik, czołg, tankowiec - to były te bardziej
eleganckie określenia, jakie słyszała od uczniów. Niestety, niejedyne.
Były też takie jak prosię, beka, wieprz i wiele innych, o których
starała się zapomnieć.
Nie bez trudu podniosła ciężkie ciało z łóżka. Usiadła na krawędzi i spuściła głowę.
W szkole pewnie radość - pomyślała.
Nie ma większego święta w liceum niż choroba nauczyciela fizyki. Na cały
rocznik uczniów liczący ponad sto osób fizykę lubiło co najwyżej sześć.
Można więc przyjąć, że Kornelię darzyło sympatią niewielu. Wcale się
temu nie dziwiła, sama czuła do siebie wyłącznie pogardę, nie przepadała
też za swoimi uczniami, a oni odwzajemniali jej uczucia z nawiązką. Byli
bandą przemądrzałych, szczupłych i w przeważającej mierze zakochanych
nastolatków. Zazdrościła im wszystkiego.
Wsunęła pulchne stopy w wielkie pantofle i owinęła się szczelnie
szlafrokiem szerokim niczym płótno namiotowe.
Westchnęła z rezygnacją na samą myśl o konieczności wykonania telefonu
do pracy. Potrafiła sobie wyobrazić, co tam się teraz dzieje. Jakby
słyszała te wszystkie komentarze: "Taka sensacja. Pani Rudnicka nie
przyszła do pracy i, wyobraź sobie, nawet nie zadzwoniła!".
Dwie wicedyrektorki, wyrywając sobie nawzajem z rąk księgę zarządzeń,
zapewne ustalają naprędce zastępstwa, o każdym ruchu długopisu
szczegółowo informując dyrektora, żeby wiedział, jak bardzo są
niezastąpione. Co drugie napisane słowo robią przerwę na wygłoszenie
sążnistego komentarza na temat niekompetencji pani Rudnickiej i licznych
zastrzeżeń do jej pracy. A wszystko tylko dlatego, że Kornelia od lat,
choć nielubiana przez uczniów, miała najwyższe wyniki egzaminów i każdego roku przynajmniej jednego olimpijczyka z wysoką lokatą. Błąd.
Nie do wybaczenia. W niektórych środowiskach bycie najlepszym to
niebezpieczne zajęcie.
Na samą myśl, że ma zadzwonić do sekretariatu, cierpła jej skóra. Po
krótkim namyśle wysłała więc tylko wiadomość:
Jestem bardzo chora, przepraszam, że dopiero teraz piszę. Dam znać,
kiedy już będę wiedzieć, jak długo to potrwa. Po południu mam wizytę u lekarza.
Nie było to do końca uczciwe, ale co miała zrobić... Musiała wyjść z tego z twarzą. O pracę teraz trudno, niż demograficzny, likwidacja
etatów, a żyć z czegoś trzeba, zwłaszcza kiedy jest się kobietą samotną,
mieszkającą kątem u rodziców i zdaną wyłącznie na siebie.
Postanowiła pójść prywatnie do jakiegoś lekarza i wyprosić ze trzy dni
chorobowego. Akurat wystarczy do końca tygodnia. Nawet nieźle się
składało. Od miesięcy miała zamiar przebadać się u ginekologa, bo cykle
w ostatnim roku dziwnie jej się rozregulowały. Czasem trwały tylko dwa
tygodnie, innym razem półtora miesiąca. Nie martwiła się tym zbytnio,
wszystkie fizyczne dolegliwości zrzucając jak zawsze na karb tuszy. Ale
chciała mieć pewność, że jest zdrowa. Wciąż nie traciła jeszcze nadziei,
że znajdzie się jakiś desperat, który zechce z nią zamieszkać i mieć
dzieci.
Kończyła trzydzieści lat. Dziewczyny w jej wieku robiły kariery,
chodziły na siłownię i zmieniały partnerów z prawie równą
częstotliwością jak wkłady w ekspresie do kawy. One wciąż się bawiły,
ale jej zegar biologiczny został wyregulowany według innych standardów.
Rozpaczliwie pragnęła prawdziwej miłości. Rodziny.
Gotowa była poślubić kogokolwiek. Niestety, żaden, nawet najbardziej
pryszczaty, najmniejszy, najchudszy czy najgłupszy mężczyzna nigdy nie
zwrócił na nią uwagi, choć przecież nie sposób było przeoczyć ją w towarzystwie. Wyróżniała się zdecydowanie okazałą posturą.
Powlokła się do łazienki.
Poczuła wielką ulgę na myśl o wolnym dniu. Tym bardziej że to środa. Na
dzisiaj miała zaplanowaną rozmowę z Leonardem Kordasem. Dałaby sobie
rękę uciąć, że jego matka wybrała mu to imię na dobrą wróżbę, po
najsławniejszym geniuszu wszech czasów. Plotka głosiła, że kiedy
chrzczono niemowlę, jego ojciec - sam niespełniony artysta - włożył mu
do becika dwa pędzle. W pewnym stopniu sztuczka się udała. Pan Kordas,
czyli Leo - bo tak go wszyscy nazywali - był wziętym malarzem, cenionym
artystą i jednocześnie przemądrzałym samotnym ojcem.
Kiedy Kornelia usłyszała, że żona Kordasa wyjechała, zdziwiła się
początkowo, choć równocześnie doskonale rozumiała decyzję kobiety. Ten
mężczyzna był wyjątkowym oryginałem. Przystojny i czarujący, ale czasem
wkurzający do granic. Podejrzewała, że ta mieszanka na co dzień
okazywała się nie do zniesienia. Jej opinia nie miała jednak dla tego
mężczyzny żadnego znaczenia. Spotykali się wyłącznie służbowo.
Była wychowawczynią jego syna. Swojej klasy i obowiązków wychowawcy
nienawidziła, o ile to możliwe, jeszcze bardziej niż nauczania fizyki.
Kochała swój kierunek studiów, zgłębianie zawiłych kwestii, odkrywanie
tajemnic wszechświata. Fizyka była bliższa magii, niż ktokolwiek mógł
przypuszczać. Skomplikowane obliczenia zbliżały do istoty stworzenia.
Ale nie w liceum. Tu wytłumaczenie najprostszego wzoru graniczyło z cudem. Kornelia nie miała cierpliwości dla zbuntowanych lub znudzonych
nastolatków, a ci odpłacali jej niechęcią. Nie wiedziała już, jak
przerwać ten zaklęty krąg.
A ze wszystkich uczniów jej klasy najgorszy był Daniel Kordas. To on
wiódł prym w wymyślaniu nędznych dowcipów i głupich komentarzy. Nie
można go było nawet zostawić na drugi rok w tej samej klasie (żeby choć
na chwilę zszedł z oczu), bo niestety był świetny z fizyki. Prócz
wrodzonej błyskotliwej inteligencji i ciętego języka Daniel miał jeszcze
swojego roszczeniowego, aroganckiego ojca - miejscowego artystę. A Leonard Kordas wiedział, jak korzystać z popularności. Ludzie się z nim
liczyli. Uważał też, że polski system szkolnictwa jest do niczego, i postawił sobie za cel poinformowanie Kornelii o wszystkich jego
absurdach, tak jakby sama ich nie dostrzegała.
Jednak najbardziej upokarzający w tym wszystkim był fakt, że wbrew
zdrowemu rozsądkowi Kornelia od pierwszego wejrzenia zakochała się w tym
mężczyźnie. Głupią, naiwną, pozbawioną szans miłością. Leo drażnił ją,
irytował, a jednocześnie pociągał. I była wobec tego uczucia zupełnie
bezradna.
Na szczęście nikt nie znał jej tajemnicy.
Bardzo dobrze się stało, że zaspałam - pomyślała. - Rozmowę przeprowadzi
tym razem dyrektor i to on dowie się, jak słabo współczesna szkoła
przygotowuje do życia młode pokolenie.
Spotkania z ojcem Daniela, wzywanym ze względu na liczne występki syna
dość często, sporo ją kosztowały, a jednak nigdy żadnego nie opuściła.
Siadała w jakiejś pustej sali za biurkiem, patrzyła, jak Kordas mości
się wygodnie w pierwszej ławce, po czym słuchała jego słów, z trudem
znajdując na nie sensowne odpowiedzi.
Leonard nawet na nią nie patrzył, a jeśli już, to jak na istotę zupełnie
pozbawioną cech płciowych. Na jej roztargnienie reagował irytacją i wiecznie zgłaszał zastrzeżenia do jej pracy. Co mu miała powiedzieć? Że
nie radzi sobie z jego błyskotliwie inteligentnym synem, który nie
przepuści najmniejszej okazji, by jej dokuczyć? Że w konfrontacji z gromadą przemądrzałych i pewnych siebie nastolatków gubi drogę do
miejsca, gdzie zgromadzona jest cała jej wiedza? Nie potrafi znaleźć
riposty, choć nie brakuje jej inteligencji, poczucia humoru ani danych?
Czy miała mu powiedzieć o tym, jak bardzo ją to boli, po czym dodać, że
czasem nachodzi ją pokusa, by posłużyć się tradycyjnym orężem
nauczycieli i dać chłopakowi jedynkę za bezczelność, a nie brak wiedzy
(choć przecież gardziła takimi metodami)? Czy może opowiedzieć o marzeniu pielęgnowanym od lat, by Leonard zobaczył w niej kogoś więcej
niż nieudolną nauczycielkę... Kobietę godną jego uczuć.
Z oczywistych względów milczała, bo żadna z tych kwestii nie nadawała
się do głośnego wypowiedzenia, a on odchodził rozdrażniony i zniechęcony
kolejną taką samą, nudną i niczego niewnoszącą do sprawy rozmową.
Tym razem wezwała Kordasa, bo jeszcze od początku nowego roku szkolnego
nie pokazał się w szkole w sprawie syna. A skarg nie brakowało, mimo że
zbliżał się dopiero koniec września. Daniel jednak dostarczał powodów do
uwag każdego dnia. Mogłaby długo referować zastrzeżenia przekazane
ostatnio przez innych nauczycieli. Ale cieszyła się, że spotkanie ją
ominie. Nie miała złudzeń co do tego, że przebiegłoby dokładnie tak jak
poprzednie. Leo Kordas z właściwym sobie wdziękiem odparłby wszystkie
jej zarzuty.
Przy okazji zwolnienie chorobowe sprawiało, że przepadało jej sporo
lekcji i zajęć dodatkowych, dwie godziny kółka, kilka dyżurów na
korytarzu, jedna konferencja oraz poprzedzające ją nudne spotkanie w zespole przedmiotowym. Sporo.
Trzy dni wyzwolenia od codziennego koszmaru brzmiały kusząco. Rzadko
miewała wolne, a ceniła je ponad wszystko.
Tak właśnie wyglądało jej życie. Toczyło się od jednej przerwy
świątecznej do drugiej. W jej sypialni najważniejsze miejsce zajmował
kalendarz, a na nim codziennie skreślane okienka. Do kolejnego długiego
weekendu. To wcale nie oznaczało, że te wolne dni były szczególnie
fascynujące. Po prostu telewizor, komputer, łzawe powieści i... tony
słodyczy. Nieważne, czy święto było kościelne, czy państwowe - wszystkie
spędzała według tego samego schematu.
Tę dość nędzną i pełną frustracji wegetację Kornelia wiodła w doskonale
zorganizowanym domu rodziców, bez szans na samodzielność. Pracowała od
ośmiu lat i co miesiąc próbowała odłożyć coś na mieszkanie. Ale ceny
nieruchomości wciąż rosły i kobieta była w tym wyścigu z góry skazana na
porażkę, tym bardziej że większość jej dochodów pochłaniało jedzenie.
Mówi się, że zdrowa żywność jest droga, ale niech ktoś spróbuje żywić
się naprawdę niezdrowo... Ze zdumieniem przekona się, że koszty są
jeszcze wyższe. Jeden marny batonik kosztował prawie trzy złote. A żeby
wieczorem uspokoić wzburzony żołądek, tęskniące za miłością serce i ciało szarpane nigdy niezaspokojonymi potrzebami, musiała ich zjeść
kilka, a do tego ze dwie paczki ciastek i bułkę. To wszystko oczywiście
już po oficjalnej kolacji, którą spożywała na parterze, we wspólnej
kuchni, w towarzystwie rodziny. Tam jadła razowy chleb z liściem sałaty
i popijała wodą mineralną, okraszoną wyłącznie estetycznym plasterkiem
cytryny, czasem gorzką herbatą, od której dostawała mdłości. Plecy
trzymała wyprostowane, łokcie przy sobie. Wypowiadała się pełnymi
zdaniami i grzecznie słuchała codziennych wieści o sukcesach starszego
rodzeństwa oraz taty. Udawała, że u niej także wszystko w porządku, choć
dobrze wiedziała, że nikt jej nie wierzy.
***
Poczłapała ciężko w stronę łazienki. Niewielkie pomieszczenie na
poddaszu, przeznaczone tylko dla niej, miało jedno malutkie lusterko.
Wystarczało, by zobaczyć kawałek twarzy, wykonać makijaż i zwinąć długie
włosy w byle jaki węzeł. Lustra, w których widać było coś więcej,
wpędzały ją w zły nastrój.
Jak zawsze napełniła wannę do połowy, dodała sporo płynu do kąpieli i weszła do środka. Poziom piany natychmiast podniósł się aż do samych
krawędzi.
Oszczędnie - pomyślała z satysfakcją.
Jej szczupła siostra i jeszcze szczuplejsza szwagierka, żeby się w pełni
zanurzyć, potrzebowały dużo więcej wody.
Jakie to nieekologiczne - skrzywiła się z nieszczerą przyganą.
Łzy natychmiast pociekły jej po policzkach.
Też zasilą poziom wilgotności w przyrodzie - pomyślała.
W wannie płakała właściwie zawsze. Chowała się w obłoczkach pachnącej
piany, próbując zapomnieć o tym, jak wygląda, ale i tak, żeby się umyć,
musiała dotknąć zwalistych ud, dwóch wielkich fałdów skóry na brzuchu,
potężnych i obwisłych piersi. Dla niej samej było to nieprzyjemne, a co
dopiero dla kogoś obcego. Każda, nawet najbrzydsza kobieta może umówić
się z mężczyzną, zgasić światło i ukryć w delikatnym świetle świecy
wszelkie mankamenty urody. Ale takiej nadwagi nie dało się zatuszować
żadnym sposobem.
Powtarzała sobie każdego dnia, że powinna wziąć się w garść. Tego
poranka również, jak przez wszystkie poprzednie lata, postanowiła
wreszcie to zrobić. Lecz w głębi serca dobrze wiedziała, że nic z tego
nie wyniknie. Nie miała nawet pomysłu, od czego można by zacząć.
Uprawiać sportu z taką liczbą kilogramów nie była w stanie. Męczyła się
po dwóch minutach, a głód sprawiał, że mdlała, więc wszelkie diety też
odpadały w przedbiegach.
Westchnęła tylko ciężko i, starając się myśleć o czymś innym, umyła się
i dokładnie wytarła.
Pół godziny później, ubrana w szeroki czarny podkoszulek i spodnie na
gumce, zeszła do kuchni. Na szczęście nikogo już nie było w domu.
Siostra pojechała skoro świt kontynuować błyskotliwą karierę w banku,
dzięki której już niebawem miała stać się właścicielką własnego
mieszkania, brat pilnował ostatnich prac przy budowie swojego domu, jego
żona zawiozła dzieci do przedszkola, by zaraz potem w tym samym liceum,
w którym pracowała Kornelia, od rana w natchnieniu uczyć języka
polskiego. Bratowa lubiła swoją pracę, ale nie ma się czemu dziwić.
Uczniowie patrzyli w nią jak w obraz. Na lekcjach siedzieli grzecznie,
chętnie się odzywali, uśmiechali nawet. Jakby to były zupełnie inne
dzieci... A przecież obie kobiety uczyły w tych samych oddziałach.
Kornelia po raz tysięczny próbowała zrozumieć ten fenomen. Agnieszka
zapominała podstawowych dokumentów, wciąż miała jakieś zaległości,
czasem nie wiedziała nawet, jaki jest dzień tygodnia, a wszyscy ją
cenili. Tymczasem Kornelia, doskonale realizująca program, wiecznie była
na szarym końcu rankingowych list popularności i gdyby nie wyniki
nauczania dyrektor pewnie już dawno by ją zwolnił. Bo to jedno ją tylko
ratowało. Krwią i blizną wpychała uczniom fizykę do głów i była w tym
skuteczna. Tylko jakim kosztem.
Usiadła przy stole i podniosła talerz. Na półmisku jak zwykle czekało
śniadanie. Mama robiła je, odkąd Kornelia sięgała pamięcią.
Wysokokaloryczne, ale pyszne. Mama była zdania, że ludzie, którzy się
odchudzają, powinni jeść pożywne posiłki rano, żeby w ciągu dnia nie
męczyły ich pokusy. W przypadku Kornelii to się zupełnie nie sprawdzało.
Pochyliła się nad kolorowymi kanapkami i przez ułamek sekundy trwała w postanowieniu, żeby je odłożyć i zmienić coś wreszcie. Ale szybko się
poddała. Nie zjeść tego śniadania oznaczało narazić się na zarzut
niewdzięczności - to po pierwsze. Po drugie - wymagało to o wiele
większej siły woli niż ta, którą w godzinach porannych dysponowała
Kornelia.
***
Leonard Kordas klął pod nosem, stojąc w korku na źle zaprojektowanym,
beznadziejnie wykonanym i zbyt małym parkingu przed szkołą podstawową.
Przed momentem zatrzymał się, by wysadzić młodszego syna, i teraz
bezskutecznie próbował wyjechać. Ze zdenerwowania zaciskał dłonie na
kierownicy i siłą woli powstrzymywał się, by nie trąbić co kilka sekund
oraz nie wrzeszczeć na wszystkich wokół. Był rozdrażniony, jeszcze zanim
na dobre się obudził, ale to akurat od pewnego czasu stało się u niego
normą. Denerwowała go konieczność wstawania o nieludzko dla niego
wczesnej porze, irytowały poranne zmagania synów mające na celu
pozbieranie wszystkich rzeczy koniecznych do wyjścia z domu. Wciąż
czegoś brakowało, więc albo wszyscy szukali w pośpiechu, miotając się po
pokojach, albo wrzeszczeli na siebie nawzajem, zrzucając jeden na
drugiego winę za ewidentny chaos.
Organizacja codziennych obowiązków szwankowała, to fakt. W tym domu
zdecydowanie brakowało kobiecej ręki, ale z drugiej strony to nie do
uwierzenia, o ilu sprawach powinien pamiętać przeciętny siedmiolatek
każdego poranka. Dzisiaj na przykład pierwszoklasista Michał musiał
zgromadzić przed wyjściem: plakat na angielski na sporym arkuszu
papieru, strój na zajęcia wychowania fizycznego, tratwę z patyków, którą
wspólnie z bratem robił wczoraj na zadanie domowe, kluczyk do szafki,
drugie śniadanie, picie, kurtkę, buty i kamizelkę odblaskową, której
brak zawsze był skrupulatnie odnotowywany przez dyżurującego
nauczyciela. I tak codziennie.
Prawie nigdy nie udawało się skompletować wszystkiego. Najgorszy był
kluczyk do szafki. Mimo że przywiązywali do niego kolorowe smycze,
sporych rozmiarów breloczki albo odblaskowe maskotki, wiecznie gdzieś
się gubił. Dzisiaj też musieli przekopać cały pokój, żeby go odnaleźć
głęboko pod łóżkiem.
Leonard zgrzytnął zębami i ponownie zacisnął dłonie na kierownicy.
Musiał się mocno spiąć, żeby nie opuścić szyby i nie powiedzieć dosadnie
pozostałym kierowcom, co myśli o tym wszystkim. Spojrzał na zegarek.
Dziesięć po ósmej.
- Jasna cholera! - zaklął po raz tysięczny.
Okropna wychowawczyni jego starszego syna już zapewne zaczęła lekcje i teraz trzeba będzie na nią czekać pół godziny. Nauczyciele zawsze myślą,
że rodzice mają czasu jak lodu i o niczym innym nie marzą, jak tylko o tym, żeby wystawać godzinami przed szkołą, a potem dowiadywać się samych
przykrych rzeczy o własnym dziecku.
Pani Rudnicka wprawdzie nigdy niczego konkretnego nie miała do
zarzucenia Danielowi, ale dziwne aluzje i wiecznie skwaszona mina
wyraźnie dawały do zrozumienia, że różne sprawy nie zyskują jej
aprobaty, tylko z jakiegoś powodu nie chce o nich głośno mówić. To było
właśnie najgorsze. Najbardziej na świecie Leo nienawidził odgadywać, co
jakaś kobieta może mieć na myśli.
W końcu wyjechał sprzed podstawówki i po chwili stanął na szerokim, o tej porze prawie pustym parkingu przed liceum. Wyłączył silnik. Zaciskał
dłonie na kierownicy, po czym prostował palce i znów zaciskał.
Bezskutecznie próbował się uspokoić. Trwało to dobrą chwilę. W końcu nie
wytrzymał i uderzył pięścią w sam środek. Klakson mocno zatrąbił.
Szlag by to trafił! Zawsze mu się to przydarzało, kiedy pragnął chwili
spokoju. Robił łomot na całą okolicę. Kiedy chciał w nocy wejść do domu
niepostrzeżenie, by nie obudzić synów, zawsze się napatoczyło jakieś
wiadro, w które musiał wleźć, albo pęk kluczy spadający z hukiem i stawiający cały dom na nogi. Teraz też nie było na ulicy człowieka,
który by się nie obejrzał. Leo kochał małe miasteczka z ich specyficzną
atmosferą, ale w tym momencie wolałby znajdować się w Warszawie, gdzie
wszyscy są anonimowi i człowiek ma święty spokój.
Wziął głęboki oddech i policzył do dziesięciu. Niewiele pomogło.
Minuty dłużyły się bardzo, a myśli, jakby ciągnięte niewidzialną liną,
wracały do prawdziwej przyczyny jego zdenerwowania. Nie chodziło ani o zakorkowany parking przed szkołą podstawową, ani nawet o zaplanowane na
dzisiaj spotkanie z panią Rudnicką. Prawdziwą przyczynę stresu stanowiła
jak zwykle jego żona nieżona.
W tej kwestii jego myśli zachowywały się jak rosyjska wańka-wstańka.
Ilekroć próbował naprowadzić umysł na inny temat i na chwilę udawało mu
się oderwać od ponurych rozważań, zaraz powracały do punktu wyjścia.
Cholerne weekendowe wesele kuzynki! - pomyślał ze złością, w ostatniej
chwili powstrzymując dłoń przed kolejnym niekontrolowanym uderzeniem w klakson.
Sprawa była naprawdę okropnie stresująca. Chętnie wcale by nie poszedł,
wykręcając się byle pretekstem, ale dobrze widział, że Michaś bardzo
czeka na spotkanie z mamą, a i Daniel tylko udaje, zresztą dość
nieumiejętnie, totalną obojętność dla sprawy.
Trzeba się będzie stawić na miejscu, i to w pełnej zbroi. Tak, żeby nikt
się nie zorientował, a w szczególności Lena, jak bardzo czują się
porzuceni i jak okropnie boli ich fakt, że mama i żona pewnego dnia
naprawdę to zrobiła. Po prostu spakowała się i odeszła.
Chciała się... realizować.
To takie modne słowo wytrych. Tak ładnie się nim tłumaczy zwykłe
tchórzostwo i brak odpowiedzialności. - Miał ochotę szpetnie zakląć. -
Twierdziła, że rodzina i powtarzalna do bólu szara rzeczywistość ją
tłamszą. Ponoć potrzebowała chwili wytchnienia. Rozumiał to. Sam znalazł
w sieci, a potem zaproponował jej to cholerne szkolenie w zakopiańskim
spa na temat odkrywania tajemnic kobiecości i określania życiowej drogi.
Okazało się diabelnie skuteczne. Lena rzeczywiście odnalazła tam pomysł
na życie. Spakowała walizki i zostawiła dom, żeby szukać samorealizacji.
Cokolwiek miałoby to oznaczać. A teraz, po miesiącu, zamierzała zabrać
do siebie dzieci.
Leonard zgrzytnął zębami. Kochał swoich synów. Kochał też nadal swoją
okropną, kapryśną żonę, która go zostawiła. Naprawdę nie wiedział, jak
mogła to zrobić.
Wysiadł z samochodu, trzasnął mocno drzwiczkami i ruszył w stronę
wejścia do szkoły. Biada tej wychowawczyni, jeśli wzywała go dzisiaj z błahego powodu!
Wszedł do środka, po czym znajomym korytarzem skierował się pod
pracownię fizyczną.
- Pan do pani Rudnickiej? - zapytała go przechodząca nauczycielka.
- Tak - odparł niechętnie. Miał wrażenie, że wszyscy go tutaj osądzają i z pewnością wiedzą o nim więcej, niż chciałby ujawnić. Gorzej niż w szkole czuł się tylko w urzędzie skarbowym.
- Pani Rudnickiej dzisiaj nie ma - powiedziała nauczycielka uprzejmie. -
Zachorowała. Zapraszam do pana dyrektora.
- Dziękuję za informację - Leonard ucieszył się jak dziecko. - A z zaproszenia na razie nie skorzystam. Nie ma potrzeby zajmowania cennego
czasu pana dyrektora - tłumaczył, szybko oddalając się od drzwi
pracowni. - Umówię się z panią Rudnicką, kiedy wróci. Do widzenia -
pożegnał się.
Odwrócił się na pięcie i wyszedł, powstrzymując się siłą woli, żeby nie
biec w podskokach.
Dzień dobroci dla rodziców. Chora wychowawczyni. To się nazywa prawdziwy
prezent od losu.
Rozdział 2
Lekarz przyjął ją tuż po dwunastej. Badanie, jak wszystko w życiu
Kornelii, było jednym wielkim upokorzeniem. Rozbieranie, wychodzenie zza
parawanu, wspinanie się na fotel ginekologiczny. Tym bardziej że
wszystko trwało dość długo, bo lekarz w nieskończoność coś sprawdzał,
badał, naciskał brzuch i tak w kółko, aż w końcu zrobiło jej się
naprawdę słabo. Wreszcie pozwolił jej się ubrać.
Z prawdziwą ulgą usiadła na krześle. Plątała się w zeznaniach,
podkreślając, jak bardzo źle się czuje, i mętnie motywując konieczność
uzyskania zwolnienia z pracy. Ale lekarz wcale jej nie słuchał, zajęty
zapisywaniem w komputerze wniosków z badania. Następnie potarł zmęczone
oczy i westchnął:
- Pani Kornelio, wypisałem skierowanie do szpitala, ponieważ nie jestem
w stanie tutaj w gabinecie dokładnie stwierdzić, co pani dolega, a mam
poważne powody do niepokoju. Trzeba będzie wykonać serię koniecznych
badań, a następnie skonsultować wyniki ze specjalistami.
Kornelia siedziała naprzeciw niego i próbowała zrozumieć, co takie słowa
jak "szpital", "badania" i "specjaliści" mają wspólnego z jej zupełnie
zwyczajnym życiem, w którym nie było żadnych chorób. W tej chwili
dolegało jej jedynie to, że pilnie potrzebowała załatwić, nie do końca
legalnie, zwolnienie chorobowe.
Na wszelki wypadek zrobiła delikatnie zbolałą minę, żeby lekarz nie
nabrał podejrzeń.
- Myślę, że nie ma takiej potrzeby - odparła, starannie mieszając
optymizm z powagą, jaka przystoi osobie chorej, której należy się
zwolnienie. - Posiedzę trzy dni w domu, odpocznę i wszystko wróci do
normy.
Lekarz spojrzał na nią przenikliwie.
- Pani Kornelio - powiedział - na tym świecie są różne choroby. Takie,
które dają natychmiastowe objawy, i takie, co rozwijają się latami,
zanim dadzą się zauważyć. Tych drugich trzeba się bać szczególnie. Nie
chciałbym pani straszyć, ale to może być bardzo poważna sprawa. Proszę
natychmiast udać się do szpitala.
- Tak po prostu? - zdumiała się. - Jak stoję? Bez żadnych przygotowań,
rzeczy osobistych?
- Nie, oczywiście może pani pójść wcześniej do domu. Spakować się i tak
dalej, ale każdy dzień jest w takim przypadku na wagę złota.
- Co mi konkretnie dolega? - zapytała. Słowa lekarza zaczynały powoli
przedostawać się przez blokadę niedowierzania.
- Nie wiem na pewno. Jest wyraźna zmiana... dość duża, niestety. Pani
chyba dawno nie była na kontroli. - Spojrzał na pacjentkę z przyganą.
Jasne, że nie była. Ginekolodzy są dobrzy dla zakochanych narzeczonych
albo szczęśliwych matek, ewentualnie kobiet po pięćdziesiątce. A nie dla
młodej zdrowej dziewczyny, która z nikim się nie spotyka.
Lekarz był chyba innego zdania.
- Może to po prostu mięśniak, niegroźna narośl, ale nie można tego
lekceważyć - oświadczył poważnym tonem, a w głowie Kornelii natychmiast
zalęgły się najgorsze podejrzenia i zaczęły rosnąć w niezwykle szybkim
tempie.
Co przychodzi do głowy człowiekowi, kiedy słyszy, że nie wiadomo, co mu
jest? Wszystko, co najgorsze.
Z niedowierzaniem obracała w myślach słowa lekarza.
Najróżniejsze możliwe opcje błyskawicznie przebiegały przez jej głowę.
Pewnie to nowotwór albo jakieś inne paskudztwo. Cokolwiek słyszała na
ten temat, teraz pojawiło się jak na zawołanie. W dzisiejszych czasach
trzeba by mieszkać na pustyni, żeby nie znać choć kilku osób, które
zachorowały niespodziewanie i źle się to dla nich skończyło. W jednej
chwili przypomniała sobie wszystkie znane jej przypadki.
Strach chwycił ją za gardło, ale gdzieś w głębi serca pojawiło się też
oburzenie.
Jak to możliwe? - pomyślała. - To ona już ma przejść do takiego etapu?!
Szpitali, strachu, leczenia i bolesnych zabiegów?! Tylko tyle los miał
jej do zaoferowania?! Życie, które tak naprawdę nigdy się na dobre nie
zaczęło, już miałoby się skończyć?
A co ze sprawami, które miały się zdarzyć? Właściwe wszystko, co ważne,
w jej przypadku miało przecież dopiero nadejść! Miłość, macierzyństwo,
skuteczna dieta, inna praca, wolność, przygoda... Niczego jeszcze od
losu nie dostała. Inni żyli, ona tylko funkcjonowała. Czy tylko po to
się urodziła, żeby przewegetować trzydzieści marnych lat, a potem usunąć
się w cień, nie pozostawiając po sobie właściwie niczego?
Czuła wściekłość. Ktokolwiek podjął taką decyzję o jej losie, niech się
wstydzi. To naprawdę był chwyt poniżej pasa. Dosłownie i w przenośni.
Pożegnała się pospiesznie z lekarzem, obiecała zastosować się do jego
rad, zabrała skierowania i wyszła. Wybiegła z ośrodka, mijając bez słowa
nieznajomych, a także tych, którzy grzecznie się z nią witali. Nigdzie
nie była anonimowa. W małym mieście znano nauczycieli, a znaczna część
mieszkańców wolała pozostawać w dobrych stosunkach z surową nauczycielką
fizyki uczącą w jedynym w okolicy liceum.
Kłaniali się jej, a ona nie odpowiadała. Znowu będą plotki. Wizyta u ginekologa to nośny temat.
Kornelia dopadła samochodu, trzęsącymi się dłońmi otworzyła drzwi,
wsiadła i oparła głowę o kierownicę. Długo siedziała bez ruchu w bezpiecznym wnętrzu auta. Drobinki kurzu wirowały w powietrzu, wyraźnie
widoczne w promieniach coraz mocniej świecącego słońca. Na parkingu
panował spory ruch. Przez szybę zaglądały osoby zmierzające na badania,
a także poszukujący wolnego miejsca kierowcy. Kiedy jeden z nich piąty
raz przejechał tuż obok, wpatrując się w Kornelię intensywnie, jakby
pragnął odgadnąć, czy długo zamierza jeszcze tak stać, nie wytrzymała.
Zapaliła silnik i ruszyła.
Jechała bardzo powoli. Długo stała przy wyjeździe na główną drogę, zanim
zdecydowała się włączyć do ruchu. Bała się, że coś przeoczy. Miała
wrażenie, że jej umysł ściął się jak masa na ciasto, do której zbyt
szybko dodano świeży sok z cytryny. Przyjmował informacje wolno,
interpretował też niezbyt sprawnie, a przecież na drodze czasem trzeba
reagować błyskawicznie, dostosowując się do zmieniającej się w okamgnieniu sytuacji.
Chwilę później zaparkowała na szerokim podjeździe przed rodzinnym
garażem. Wysiadła i powoli ruszyła w stronę drzwi wejściowych.
Świadomość, że dom jest pusty, była źródłem wielkiej ulgi.
Starała się nie myśleć o tym, co przed momentem usłyszała. Usiadła w cichej kuchni i przez kilka minut delektowała się spokojem. Rzadko miała
okazję być w domu sama. Liczni członkowie rodziny opuszczali go wspólnie
wcześnie rano, a potem wracali mniej więcej w tym samym czasie. Brat z żoną i dzieciakami, starsza siostra Ania, mama i tata. Wciąż ktoś się
kręcił, rozmawiał, oglądał w salonie telewizję. Jeżeli chciało się
zyskać choć odrobinę prywatności, trzeba było się chować w czterech
ścianach swojego pokoju. Choć i tam spokój był sprawą dość względną, bo
mama uwielbiała robić niespodziewane naloty pod byle pretekstem, by
sprawdzić, co słychać. Trzeba się było zamykać na klucz, bo pukanie do
drzwi mama uznawała za zwyczaj, który nie dotyczy jej własnych dzieci.
Jakby wciąż mieli po kilka lat.
To wszystko sprawiało, że domownicy chowali się głębiej, mocniej
zabezpieczali przed niespodziewaną kontrolą i - choć pod jednym dachem -
tak naprawdę żyli zupełnie osobno.
W tym domu nikt nie czuł się swobodnie, a już najmniej Kornelia.
Zwłaszcza we wspólnej kuchni. Rodzina, jak mogła, walczyła z jej
nadwagą. W ciągu ostatnich lat każdy wypracował najlepszą jego zdaniem
metodę i próbował pomóc Kornelii. W związku z tym była pod stałą
obserwacją, a każdy jej kęs stawał się obiektem gorących dyskusji. O tym, żeby mogła sobie przyrządzić coś, na co naprawdę miała ochotę, a potem zjeść to w spokoju, nie było nawet mowy. Pożywiała się więc
ukradkiem, w pośpiechu i byle jak. Najczęściej nocami, w swoim pokoju.
Jadła to, co można było dyskretnie zakupić w sklepie i przenieść w teczce pomiędzy szkolnymi papierami.
Nie znała się specjalnie na gotowaniu i nie była wybredna, ale
uwielbiała piec ciastka. Do tej wstydliwej słabości nikomu się jednak
nie przyznawała. Już sobie wyobrażała te reakcje. Gotowanie to dzisiaj
modny temat. Kobiety sukcesu z pasją opowiadają o ulubionych przepisach
i wspólnych rodzinnych chwilach w kuchni. Ale im wolno. Są szczupłe.
Kornelia natomiast w powszechnej opinii o ciastkach nie miała prawa
nawet myśleć.
Tylko że ona bardzo to lubiła i była to jedna z tych niewielu rzeczy, w których naprawdę osiągnęła perfekcję. Niezwykle rzadko, w pełnej
konspiracji, oddawała się ukochanemu zajęciu, po czym dokładnie
zacierała ślady.
Dzisiejszej okazji nie miała zamiaru zmarnować bez względu na
okoliczności. Choroba nie ucieknie, szpital też od lat stoi na tym samym
miejscu, a szansa w postaci wolnej kuchni z pewnością prędko się nie
pojawi.
Przelotnie spojrzała na zegarek. Dochodziła pierwsza. Miała najwyżej
dwie godziny, aby się spakować i wyjść niepostrzeżenie. Bo co do jednego
była absolutnie pewna: wizytę w szpitalu należało ukryć przed rodziną.
Sprawa zapewne szybko się wyjaśni, a gdyby ktokolwiek się dowiedział, że
Kornelia ma problemy, ruszyłaby lawina niechcianej opieki. Mama
nalegałaby na kolejną dietę, jej koleżanki z pracy przedstawiałyby
autorskie pomysły na leczenie, tata paliłby ze zmartwienia jeden
papieros za drugim, oczywiście ukradkiem na tarasie, a rodzeństwo też
starałoby się coś wymyślić, choć przecież żadne z nich nie mogło w tej
sprawie pomóc. Najgorsza była jednak świadomość, że jej problem jak
zwykle stałby się sprawą publiczną. Mama zawsze konsultowała domowe
kłopoty z koleżankami z poradni pedagogicznej i nauczycielami z podstawówki, w której pracowała. Ci z kolei byli często zaprzyjaźnieni z gronem pedagogicznym liceum. Kornelia z trudem znosiła fakt, że niektóre
znajome znały historię jej życia od najwcześniejszego dzieciństwa, ze
wszystkimi, nawet najbardziej osobistymi szczegółami.
Lepiej wszystko zachować w tajemnicy - zdecydowała, po czym zostawiła
ten nieciekawy temat i zajęła się czymś o wiele piękniejszym. Szybko
zaczęła przeglądać wnętrza kuchennych szafek. Większość produktów
koniecznych do upieczenia ciasteczek czekała gotowa do użycia. Brakowało
tylko jednego: czekolady. Mama starannie pilnowała, by w domu nie
przechowywać żadnych słodyczy. A jednak Kornelia miała pod swoim dachem
prawdziwy magazyn, który mógłby doprowadzić matkę do skrajnej furii.
Gdyby oczywiście o nim wiedziała. Ale dla jej poukładanego umysłu
chowanie smakołyków w pościeli było zbyt abstrakcyjne, by mogło stać się
przedmiotem operacji myślowej. Nigdy na to nie wpadła.
Kornelia pobiegła do swojego pokoju i, ciężko oddychając po pokonaniu
schodów, z tajnej skrytki pod materacem wydobyła dwie tabliczki
czekolady, gorzką i białą. Wróciła do kuchni. Mąka, jajka, olej i inne
podstawowe składniki były jak zawsze na swoim miejscu. Umyła ręce i zabrała się do pracy. Mokre składniki do jednej miski, suche do drugiej.
Prawdziwa wanilia i wiejskie jajka. Zawsze używała najlepszych
składników. Kochała ciastka, a w miłości przecież się nie oszukuje.
Gdyby to od niej zależało, nigdy nie tknęłaby gotowych słodyczy ze
sklepu. Gotowce były jak udawana miłość.
Wymieszała z czułością składniki, po czym połączyła zawartość obu misek.
Starła obie czekolady, łapiąc słodkie okruszki, które opadły na blat, i wkładając je sobie natychmiast do ust. Słodkie, miękkie drobinki
rozkosznie rozpływały się na języku.
Szybko wyciągnęła foremkę do muffinów i powkładała w otwory kolorowe
papierki. Nalała od serca pachnącej, połyskliwej masy, a na koniec
posypała ją jeszcze kawałeczkami czekolady. Piekarnik świecił już
przyjemnie rozgrzanym wnętrzem. Kornelia włożyła do niego blachę.
- Rośnijcie pięknie - powiedziała czule do ciastek. Ustawiła zegar i poszła do pokoju spakować rzeczy.
Nie miała pojęcia, co się zabiera do szpitala. Ostatni raz zajrzała tam,
kiedy rodziły się dzieci jej brata Marcina, ale to była zupełnie inna
sytuacja. Po namyśle wrzuciła do torby piżamę, choć nie sądziła, by
miała zostać na noc, podręczną kosmetyczkę i dwie książki. Polska służba
zdrowia kojarzyła jej się przede wszystkim z długim oczekiwaniem. Wolała
być przygotowana.
Zeszła na dół i już na schodach poczuła zapach, który zupełnie zmienił
wnętrze eleganckiego, ale dość zimnego domu. Czekoladowy aromat wypełnił
ogromną przestrzeń salonu, złagodził ostre rysy nowoczesnych mebli i sprawił, że przez chwilę zrobiło się ciepło i przytulnie.
Kornelia wyciągnęła ciastka i ułożyła na metalowej kratce. Wyrosły mocno
ponad foremkę i pyszniły się teraz błyszczącą, lekko popękaną
powierzchnią okraszoną gorącymi kawałkami czekolady. Dała im chwilkę,
żeby doszły do siebie, a sama zajęła się zacieraniem śladów
przestępstwa. Dokładnie umyła i wytarła wszystkie naczynia, których
używała, po czym starannie odłożyła je na swoje miejsca. Posprzątała
okruszki i uchyliła piekarnik. Wyczyściła zlew, blaty kuchenne,
przetarła podłogę. Następnie otworzyła na oścież drzwi wejściowe,
wyjście na taras i kilka okien. Przeciąg wdarł się do domu i powoli
wyganiał wszystkie zapachy.
Kornelia usiadła i wreszcie wzięła do ręki jedno ciastko. Było jeszcze
bardzo ciepłe, ale nie miała zamiaru dłużej czekać. Odgryzła ostrożnie
kęs z samego wierzchu i z lubością przymknęła oczy. Błogość rozlała się
po jej ciele, a myśli automatycznie przeniosły się w przyjemniejsze
rejony, pozostawiając daleko w tyle realia codzienności.
Jadła z zamkniętymi oczami i udawała, że jest kimś zupełnie innym. Nie
ubraną w spodnie na gumce i rozciągnięty sweter otyłą, nielubianą
nauczycielką o samotnie bijącym sercu, ale miłą, spełnioną kobietą,
która ma pełne prawo usiąść we własnej kuchni, by zjeść ciastko. Ulga,
która zawsze towarzyszyła takim chwilom, teraz też spłynęła na udręczoną
zmartwieniami Kornelię i otuliła ją szczelnie.
Odkąd Kornelia pamiętała, słodycze zawsze stanowiły dla niej pomost
pomiędzy brzydką rzeczywistością a światem marzeń. Odkryła ich tajną
moc bardzo wcześnie i korzystała z niej chętnie, czasem może zbyt
obficie. Ale cóż, były jej jedynym ratunkiem.
Otworzyła oczy. Dokładnie wydłubała okruszki z papierków, po czym
zwinęła je i ukryła w torebce. W workach na śmieci nie były bezpieczne,
bo mama miała okropny zwyczaj zaglądania do nich przed wyrzuceniem.
Kornelia wstała, schowała resztę ciastek do pudełka, po czym włożyła je
do szpitalnej torby.
Teraz pozostało już tylko pozamykać okna. Postanowiła zostawić tylko
jedno w kuchni lekko uchylone. Będzie o to awantura, ale wolała
tłumaczyć się z roztargnienia niż z łakomstwa. Mama i tak za chwilę
wróci, a Kornelia musiała mieć pewność, że w domu nie zachowa się
resztka upojnej woni, na przykład gdzieś na zasłonach. Pani Martyna
Rudnicka była pod tym względem niezwykle wyczulona.
Kornelia rozejrzała się jeszcze raz, po czym weszła na górę i zamknęła
pokój na klucz.
Pół godziny później z lekkim poczuciem nierealności całej sytuacji
przekroczyła progi szpitala. Szybko okazało się, że pakując książki,
wykazała się przenikliwością i znajomością realiów. Przez trzy godziny
musiała czekać w izbie przyjęć, aż lekarz dyżurny znalazł czas, by
zdecydować, co należy zrobić w jej sprawie.
Było jej słabo z głodu, ale wstydziła się wyciągnąć ciastko z pudełka i zjeść tak dorodny okaz na oczach wszystkich zgromadzonych. Kobieta ze
znaczną nadwagą i ciastkiem czekoladowym w ręku zawsze wzbudza
zainteresowanie. Zwłaszcza w miejscu, w którym wszyscy się nudzą i rozglądają na boki, szukając czegoś, na czym można by zawiesić wzrok.
Kornelia starała się zatem czekać cierpliwie i tylko przyciskała złożone
dłonie do brzucha, żeby nikt nie usłyszał monotonnego burczenia.
W końcu się poddała. Wyszła szybko do szpitalnego barku, prosząc
siedzącą obok starszą panią o przypilnowanie kolejki, kupiła dwa tłuste
hamburgery i zjadła je w wielkim pośpiechu, odwrócona do ściany. Popiła
colą z dużego kubka, po czym wróciła na miejsce. Głód zelżał.
Lekarz w końcu ją poprosił. Weszła do gabinetu z ulgą. Usiadła, a potem
wszystko potoczyło się bardzo szybko. Zaczął się proces zmiany światów.
Z realnego, dobrze znanego, w zupełnie abstrakcyjny.
Kiedy już się nią zajęto, zrobiono to naprawdę sprawnie. Została
ponownie zbadana, pobrano jej krew, mocz, wymaz i kto wie, co jeszcze.
Spodziewała się, że zostanie odprawiona do domu, ale stało się inaczej.
Skierowano ją na oddział. Zanim się obejrzała, pielęgniarka wskazała jej
trzyosobowy pokój, w którym dwa łóżka były już zajęte. Kornelia szybko
przebrała się w piżamę, schowała swoje rzeczy do szafki i w większym
zdumieniu niż strachu położyła się na wolnym łóżku. Rozglądała się wokół
niepewnym wzrokiem, nie bardzo wiedząc, czego się teraz spodziewać.
Lekarz nie udzielił jej żadnych dodatkowych informacji. Wiedziała tylko,
że coś jest nie w porządku, ale trzeba zrobić szczegółowe badania.
- Nie bój się, kochana - przywitała się z nią blondynka w średnim wieku
leżąca obok. - To już i tak nic nie pomoże. Co los daje, trzeba przyjąć.
Nie ma rady.
Kornelia milczała, bo w rzeczy samej nie miała pojęcia, co odpowiedzieć.
Niewiele w tych słowach było pociechy.
- A co ci jest właściwie? - z ciekawością zapytała kobieta, nie zrażając
się brakiem reakcji.
- Jeszcze nie wiedzą - odparła Kornelia z trudem.
- No tak. - Blondyna pokiwała głową, jakby coś jej się dokładnie
zgadzało. - Zawsze tak mówią, kiedy sprawa jest bardzo poważna.
- Niechże pani da dziewczynie spokój - odezwała się staruszka leżąca po
drugiej stronie.
- Ja przecież nic nie mówię - oburzyła się kobieta. - Ale sama pani
pamięta tę rudą, co tu była ostatnio. Też ją tak zwodzili, a potem
wywieźli do Rabki na onkologię. A to wiadomo, co oznacza...
Kornelia nie miała pojęcia, co to oznacza, spojrzała więc tylko pytająco
w stronę ciekawskiej sąsiadki.
- Koniec, moja droga - odparła tamta, łowiąc jej zdziwione spojrzenie. -
Tylko smutny koniec.
Staruszka odwróciła się na znak protestu do ściany, a Kornelia
przymknęła oczy. Strach znów ścisnął ją za gardło.
Nie zdążyła nawet zebrać myśli, kiedy w pokoju pojawił się lekarz z mnóstwem różnego rodzaju zgód wymagających podpisu. Połowy nie
zrozumiała, ale podpisała wszystko, bo wyjaśnienia wpędzały ją w jeszcze
większy stres i zamęt. Tym bardziej że kobieta na łóżku obok z satysfakcją kiwała głową, kiedy padały nazwy poważnych chorób lub
możliwych, choć rzadkich komplikacji. Lekarz, zadowolony z szybkiego
załatwienia sprawy, zapowiedział, że za pół godziny zostanie wykonany
zabieg pobrania wycinków. Kornelia powinna się przygotować, nic nie jeść
i nie martwić się.
Ledwo wyszedł, uciekła do łazienki. Nie zniosłaby półgodzinnej dyskusji
z pesymistyczną sąsiadką o swoich problemach. Przesłała mamie wiadomość,
że nie wróci do domu, bo zostaje na noc u koleżanki, po czym wyłączyła
telefon, przewidując wszystkie pytania, które zaraz zostaną zadane. Cała
rodzina wiedziała, że ona nie ma żadnej przyjaciółki. Ale to było w tej
chwili bez znaczenia. Jakiekolwiek wnioski wyciągną, ich sprawa.
Piętnaście minut później musiała jednak wrócić na salę. W łazience było
nieprzyjemnie chłodno. Kornelia cała się trzęsła z zimna i strachu.
Coraz trudniej było jej ignorować to wszystko. Myśli o możliwych
konsekwencjach nie pozwalały już tak łatwo się odpędzić.
Na samo jednak wspomnienie o rozmowie z pozostałymi pacjentkami skóra
cierpła jej coraz bardziej. Stała jeszcze przez chwilę w nieprzyjemnym
wnętrzu. Wreszcie podjęła decyzję i wyszła. Bała się tego, co usłyszy,
ale dalsze zwlekanie nie miało już sensu. Zanim jednak zamknęła za sobą
drzwi, przypomniała sobie, że zna przecież niezawodny sposób, by
odwrócić uwagę nawet najbardziej gadatliwej osoby i uniemożliwić jej
wypowiedzenie wszystkich myśli.
Wróciła na salę w lepszym nastroju. Zanim kobieta obok zdążyła
sformułować pierwsze zdanie, Kornelia poczęstowała ją ciastkiem.
Wyciągnęła pudełko także w stronę starszej pani leżącej pod oknem i już
po chwili mogła się cieszyć pełną zaskoczenia chwilą ciszy.
- Boże, jakie to pyszne! - Sąsiadce wyrwały się pierwsze dobre słowa.
Tak - pomyślała Kornelia. - To jedyne prawdziwe dobro, jakie znam.
Zawsze niezawodne. Słodycze.
Tematu do zachwytów nie zabrakło aż do przyjścia pielęgniarki. Kornelia
podsuwała tylko pudełko to w jedną, to w drugą stronę, bo żadna z pań
nie dysponowała taką siłą woli, by odmówić kolejnego poczęstunku. Tylko
autorka kulinarnego cudeńka musiała się zadowolić wyłącznie zapachem i mocno naciskać brzuch, który znów w dość natrętny sposób domagał się
pożywienia. Może i są na świecie ludzie, którzy czasem bywają niegłodni
i nie myślą stale o zdobyciu przekąski, Kornelia jednak do nich nie
należała. Jakkolwiek by się starała, żołądek sprawował kontrolę nad
wszystkimi aspektami jej życia.
Wychodziła już na korytarz na zapowiedziane badania, kiedy dosięgły ją
dobrze znane słowa:
- Nic dziwnego, że wygląda jak pączek w maśle. Takie smakołyki od rana
do nocy... To się nazywa piękne, słodkie życie.
Kornelii łzy zakręciły się w oczach, bo choć była przyzwyczajona do
komentarzy rzucanych za jej plecami, niby szeptem, dzisiaj te słowa
zabolały ją szczególnie mocno.
Jej życie nie było ani piękne, ani słodkie. Kiedy Bóg tworzył kobietę,
miał naprawdę dobry dzień. Łagodne linie figury, doskonałość proporcji,
bujność miękkich, błyszczących włosów, oczy o niezwykłym wyrazie,
kształtne usta, a także cechy charakteru, które z czasem odbijają trwały
ślad na twarzach. Delikatność, łagodność, empatia, zdolność do
obdarowywania miłością, przekazywania życia. To naprawdę doskonały plan.
Tyle że natura nie zawsze potrafiła go prawidłowo wykonać. Czasem piękno
staje się tylko pustym hasłem w słowniku wyrazów trudnych.
Natura najwyraźniej się nie spisała w przypadku Kornelii. Zawsze miała
sporą nadwagę, która uniemożliwiała zauważenie jakichkolwiek atutów
wyglądu zewnętrznego. Kilogramy najczęściej przesłaniały też zalety jej
charakteru. Była oceniana głównie przez pryzmat otyłości, rzadko się
zdarzało, by ktoś miał czas i ochotę dostrzec jakąś inną cechę. Ona sama
też ich zresztą nie widziała... Wbrew powszechnej opinii nie miała też z tytułu nadwagi żadnych przyjemności. Przez całe życie była na diecie.
Jadła najprzeróżniejsze wstrętne potrawy, które w ciągu lat różne
autorytety uznawały za cudotwórczo odchudzające. Nigdy żadna nie
zadziałała. Kornelia wiecznie chodziła głodna, ukradkiem zapychała więc
bolący żołądek byle czym. Wstydziła się jeść publicznie, nie częstowała
się na przyjęciach, weselach, imieninach czy podczas rodzinnych
uroczystości. A potem te wszystkie wyszukane potrawy śniły jej się po
nocach, po przebudzeniu objadała się więc do bólu ciastkami.
Nie miała przyjaciółki ani chłopaka. Czasem bywa, że człowiek z nadwagą
staje się duszą towarzystwa, ciepłą, pełną humoru osobą otoczoną
wianuszkiem szczupłych przyjaciół. Zakłada rodzinę i cieszy się życiem,
umiejętnie łapiąc dystans do samego siebie i znajdując w sobie pokłady
optymizmu, którymi dzieli się z otoczeniem. I nie przekracza granicy
wagowej, za którą pewne rzeczy stają się niemożliwe.
Kornelia, niestety, już w dzieciństwie znalazła się po drugiej stronie i teraz pozostało jej tylko budować mury oraz bronić się przed agresją.
Była w tym całkiem dobra, stworzyła zasieki nie do pokonania. Złe słowa
innych rzadko były ją w stanie dotknąć. Tylko że życie w twierdzy
okazało się samotne, smutne i pozbawione smaku. Stanowiło zaledwie
ułamek tego, czego może doświadczać człowiek. Większości powszechnie
znanych uczuć nigdy nie zaznała. Miłości, wolności, szczęścia czy nawet
zwykłego zadowolenia, przyjaźni, swobody. Nie było w jej życiu ani
jednego zrealizowanego marzenia.
I zapewne już nigdy nie będzie - pomyślała, z trudem kładąc ciężkie
ciało na niewygodnym łóżku w sali zabiegowej. Nie miała wątpliwości co
do wyników badań. Widocznie tak już jest, że niektórzy ludzie,
czegokolwiek dotkną, zamieniają to w dotkliwą porażkę. Jeśli chorują, to
od razu na coś wyjątkowo paskudnego.
Zamknęła oczy.
Godzinę później była już po zabiegu. Pobranie próbki ze znieczuleniem
miejscowym nie trwało długo, choć okazało się dość nieprzyjemne. Nie
nastąpiły na szczęście żadne komplikacje i po wszystkim Kornelia została
przewieziona z powrotem na swoją salę. Zapowiedziano jej, że jeśli
wszystko dobrze pójdzie, rano wróci do domu. Pracować nie będzie jej
wolno jeszcze przez dwa tygodnie. W tym czasie powinna sporo odpoczywać
i spokojnie czekać na wynik. Równie dobrze mogli jej zalecić
natychmiastową podróż na Księżyc. Było to dokładnie tak samo możliwe jak
bezstresowe oczekiwanie na wyrok.
Przecież ludzie mają emocje! Nie da się ich tak łatwo wyłączyć.
Położyła się i zakryła szczelnie kołdrą. Nie reagowała na żadne
zaczepki, nie odpowiadała na pytania. Po dłuższej chwili sąsiadka z łóżka obok zrezygnowała z kolejnych prób postawienia jej diagnozy.
Włączyła przenośny telewizor i zaangażowała się w życie bohaterów
popularnego serialu. Jej komentarze zagłuszały dialogi, uniemożliwiając
pozostałym pacjentkom śledzenie akcji, ale żadna nie protestowała.
Kobieta miała zajęcie i dała innym spokój, a to było bezcenne.
O dwudziestej drugiej na sali zgasły świetlówki, choć o ciemności, która
mogłaby ułatwić zaśnięcie, nie było nawet mowy. Nieszczelne żaluzje
przepuszczały światło ulicznych latarni, a drzwi na korytarz cały przez
czas pozostawały otwarte. Co rusz ktoś tamtędy przechodził i słychać
było odgłosy krzątaniny pielęgniarek, która w miejscach takich jak to
nigdy nie ustaje.
Kornelia wpatrywała się w sufit pokryty szarą farbą, która zapewne
kiedyś była biała, i z niedowierzaniem po raz kolejny analizowała swoją
sytuację. Czuła się jak w alternatywnym świecie. Jakby została
przeniesiona do innej rzeczywistości.
Mało kto ma dzisiaj czas, by zadbać o zdrowie, zanim zachoruje. Choroby
atakują znienacka, w zupełnie zwyczajny poranek lub zapełnione
codziennymi sprawami popołudnie. Bezpardonowo zmuszają człowieka, by
znalazł czas. Kładą do łóżka, nie zważając na pilne terminy, radykalnie
przestawiają priorytety. Sprawy oczywiste przesuwają do rangi
największego marzenia o tym, by żyć dalej, wrócić do domu, wstawać rano
o własnych siłach, nie czuć bólu, dostać jeszcze kilka lat życia... To
wszystko Kornelia miała zawsze, przez myśl jej nie przeszło, że stanowi
to jakąkolwiek wartość.
A jednak, choć narzekała na swoje dotychczasowe życie, nie chciała, by
się skończyło tak szybko, zwłaszcza w ten sposób. W upokarzającej
chorobie, wśród bolesnych zabiegów, szpitalnej rutyny i obcych ludzi
towarzyszących jej w najbardziej intymnych sytuacjach.
W szpitalu zbadać cię może każdy lekarz, który akurat ma dyżur,
towarzyszyć mu będzie przypadkowa pielęgniarka, a podczas obchodu o szczegółach przebiegającego procesu leczenia usłyszą wszyscy, którzy
akurat będą w pobliżu. Już nie jesteś panią Kornelią Rudnicką,
nauczycielką, osobą obdarzoną takimi, a nie innymi cechami charakteru.
Jesteś tylko przypadkiem chorobowym. Daj Boże ciekawym, to jeszcze masz
szansę na wzbudzenie zainteresowania. Gorzej, jeśli jednym z tysiąca,
anonimowym, którego problemy nie wzruszą nikogo.
Znieczulenie ustąpiło i brzuch bolał ją coraz mocniej. Tak naprawdę
czuła pewne dolegliwości od dawna, ale bagatelizowała je, zrzucając
wszystko na karb stresu i nadwagi.
Próbkę pobrano tylko z jednego miejsca, nie trzeba jej było nawet
usypiać. Pielęgniarki mówiły, że to raczej lekki przypadek, a szanse na
pełne wyzdrowienie są bardzo duże. Kornelia poczuła w tym momencie
przypływ nadziei. Ale później, kiedy wieziono ją długim korytarzem,
widziała mnóstwo zapełnionych łóżek. Miała świadomość, że nie wszystkie
leżące na nich kobiety wrócą do domów, choć każda na to w pełni
zasługiwała. Fakt, że zrozumieją w tym momencie wartość swojego życia,
zdrowia, darowanych codziennie chwil, nie będzie już miał żadnego
znaczenia. Nie zdążą wprowadzić zmian ani zrealizować wyciągniętych
wniosków.
Poczuła dreszcz na plecach. Musiała włożyć wiele wysiłku, by opanować
szloch i znów móc oddychać.
Ze mną będzie inaczej - obiecywała żarliwie samej sobie, kierując słowa
w mroczną przestrzeń. - Jeśli wyjdę stąd zdrowa, wszystko się zmieni.
Sufit przyjął jej słowa z całkowitą obojętnością. Takich deklaracji
krążyło po szpitalnych salach mnóstwo. W desperacji ludzie są w stanie
przysiąc wszystko, lecz ledwo zagrożenie minie, zwykle zapominają i wracają do dawnych błędów.
Ja będę pamiętać - zadeklarowała gorąco.
Sufit milczał. W sumie trudno mu się dziwić. Nie żarliwość, a czas
weryfikuje takie obietnice.
Ta noc była wyjątkowo długa. Męczący ból brzucha i natrętne myśli nie
pozwalały zasnąć nawet przez chwilę. Tuż przed świtem Kornelia zapadła w krótką drzemkę przerwaną gwałtownie przez wejście porannej zmiany
pielęgniarek, które wszystkim pacjentom mierzyły temperaturę i wydawały
pierwszą porcję lekarstw.
Na szczęście jej termometr wskazał poprawny wynik, ale na łóżku obok
wysoka gorączka pacjentki ściągnęła z kozetki śpiącego w dyżurce
lekarza. Kobieta o pesymistycznym nastawieniu do życia miała
najwyraźniej swoje powody, by bać się rzeczywistości. Jej choroba
postępowała i zanim Kornelia zjadła śniadanie, a potem została zbadana
oraz poinformowana, gdzie może się udać po wypis, tamta usłyszała słowa,
których tak bardzo się bała. Miała zostać przewieziona na onkologię i rozpocząć walkę z przeciwnikiem, który nie przebiera w środkach.
Operacja, naświetlania, chemioterapia...
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki