Słowa na szczęście opisują stany, które łatwo przeoczyć. Efemeryczne, chimeryczne, nienazwane. Takie, które nie dadzą się wprzęgnąć do czynności zwanej "zarządzaniem emocjami".
Przyznaję, że kiedy trafiłam na ten termin, przeraziłam się. "Zarządzanie" to słowo bliskie "efektywności", "wynikom" i "słupkom", obowiązkowo rosnącym. Podobno można zmieniać własne emocje, na przykład świadomie kontrolując mimikę.
A więc do tego doszliśmy, żeby manipulować tym, co mamy najbardziej ulotnego, kruchego, swojego - stanami duszy. I tu stawiam weto: wara słupkom od mojej twarzy. Im bardziej ulotne emocje, tym cenniejsze. Chcę je przeżywać bez myślenia, że mogą mi pomóc osiągnąć lepsze wyniki. Chcę je przeżywać. Kropka.
Urzeka mnie delikatność chwil, które ledwo zauważamy. Ba, ledwo je nazywamy. A nienazwane może umknąć, zostać uznane za nieistniejące. Szkoda by było. Nazywam te ulotne stany, żeby nas nawiedzały, nachodziły, nie bały się do nas podejść i rozgościć się w duszy. Żeby miały do nas dostęp, choć bywają nieśmiałe. Swoją jasną, czasem melancholijną energią ubarwiają nasz codzienny, pragmatyczny bieg.
Napisałam ten słownik, żeby było na czym się oprzeć. Delikatna to konstrukcja, utkana ze słów, które przywiozłam z innych kultur, wyłuskałam z innych języków. Wplotłam w rodzimą wełnę, gościnną, bo te stany znamy, tylko czasem potrzebujemy wielu słów, żeby je opisać. A tu przychodzą w jednym, czasem straszliwie trudnym do wymówienia wyrazie. Ale to też jest stan, przekroczenie - ta próba wskoczenia w gaelicki, zmierzenia się z japońskim, liźnięcia hiszpańskiego.
Stany tu opisane kojarzą mi się z rezerwatem ptaków. Potrzebujemy czasu, żeby je dostrzec, wolnej chwili, żeby się nimi zachwycić, docenić ich barwność, urok, zawartą w nich obietnicę. Wolności? Bo te stany, jak ptaki, są dzikie. Nie znają ręki coacha, nie udomowił ich psychoterapeuta, nikt ich nie zatrzasnął w klatce użyteczności. Nie ma co ich brać pod but. Wystarczy się w nie zapatrzyć. Wystarczy (z) nimi być.
Aha, i najważniejsze - bawmy się nimi! Jako wychowanka antropologa kultury, niezrównanego profesora Rocha Sulimy, mam wielką słabość do przyglądania się sprawom drobnym, pozornie nieważnym. Tę skłonność przejawiam zresztą od dzieciństwa i pewnie dlatego na moim podwórku na warszawskich Stegnach byłam niezła w robieniu tak zwanych widoczków. Pod szkła z butelek rozbitych beztrosko przez osiedlowych pijaków podkładałyśmy z dziewczynami kwiaty, kawałki błyszczącej folii, kamyki, dropsy. Tak powstawały dzieła, które wydawały nam się równie cenne jak te, które tworzył Picasso. Gdyby miały trwalszą konstrukcję, może kupowano by je za równie astronomiczne sumy. Ale widoczki były nietrwałe, taka ich uroda. Nie dało się i nie da się ich sprzedać. Całe szczęście.
Ta książka to moje widoczki. Pisarki, Włóczykijki (Włóczykij ma żeńską formę, od teraz), która podróżuje po krajach, kulturach i językach. Którą nosi, jak wielu z nas.
Zapraszam do wspólnej zabawy słowami. Niech to, co nietrwałe, trwa w nas.