Słowa Światłości. Seria Archiwum Burzowego Światła. Tom 2 - Brandon Sanderson

Kup ebooka

75.00 zł
63.75 zł (60,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

4

ODBIE­RA­JĄCA Tajem­nice

Następna wska­zówka poja­wiła się na murach. Nie zigno­ro­wa­łam tego znaku, ale nie poję­łam też w pełni jego impli­ka­cji.

Z dzien­nika Navani Kho­lin, Jese­ses roku 1174.

- Bie­gnę przez wodę - powie­dział Dali­nar, przy­cho­dząc do sie­bie.

Rze­czy­wi­ście się poru­szał, nacie­rał naprzód.

Wizja zma­te­ria­li­zo­wała się wokół niego. Jego nogi zale­wała woda. Po obu stro­nach tuzin męż­czyzn z mło­tami i włócz­niami biegł przez pły­ci­znę. Z każ­dym kro­kiem uno­sili wysoko nogi - stopy opusz­czone, uda rów­no­le­głe do powierzchni wody, jakby masze­ro­wali na para­dzie - ale w żad­nej para­dzie nikt nie pró­bo­wał biec tak szybko. Naj­wy­raź­niej poru­sza­nie się w taki spo­sób poma­gało. Spró­bo­wał naśla­do­wać dziwny krok.

- Wydaje mi się, że jestem w Czy­stym Jezio­rze - mruk­nął pod nosem. - Cie­pła woda, która sięga tylko do kolan, na hory­zon­cie żad­nego lądu. Ale zapada zmierzch, więc nie­wiele widzę. Ze mną bie­gną inni męż­czyźni. Nie wiem, czy bie­gniemy w stronę cze­goś, czy przed czymś ucie­kamy. Nie widzę nic przez ramię. Ci ludzie są zde­cy­do­wa­nie żoł­nie­rzami, choć ich mun­dury wyglą­dają sta­ro­świecko. Skó­rzane spód­niczki, hełmy i napier­śniki z brązu. Gołe nogi i ramiona. - Spoj­rzał na sie­bie z góry. - Ja rów­nież jestem tak ubrany.

Nie­któ­rzy wysoko uro­dzeni z Ale­th­karu i Jah Keved na­dal wyko­rzy­sty­wali ten rodzaj mun­du­rów, więc nie mógł dokład­nie oce­nić epoki. Współ­cze­śnie uży­wali ich dowódcy tra­dy­cjo­na­li­ści, któ­rzy liczyli, że kla­syczny wygląd poprawi morale ich ludzi. W takich przy­pad­kach jed­nak sta­ro­żyt­nym mun­du­rom towa­rzy­szyło nowo­cze­sne sta­lowe uzbro­je­nie, a tu go nie widział.

Dali­nar nie zada­wał pytań. Odkrył, że jeśli dawał się ponieść wizji, dowia­dy­wał się wię­cej, niż gdy pró­bo­wał się zatrzy­mać i zada­wać pyta­nia.

Bieg przez wodę był trudny. Choć zaczął na początku grupy, teraz zosta­wał z tyłu. Grupka bie­gła w stronę dużego kamien­nego kopca skry­tego w cie­niu. Może to jed­nak nie było Czy­ste Jezioro, tam nie było takich for­ma­cji skal­nych...

To nie był kopiec, lecz for­teca. Dali­nar zatrzy­mał się i spoj­rzał w stronę spi­cza­stej, przy­po­mi­na­ją­cej zamek budowli, która wzno­siła się pośród nie­ru­cho­mych wód jeziora. Czarny kamień. Obsy­dian? Może to miej­sce zostało Dusz­ni­ko­wane.

- Przede mną jest for­teca - powie­dział, rusza­jąc dalej. - Z pew­no­ścią już nie ist­nieje, ina­czej byłaby bar­dzo sławna. Wygląda, jakby powstała w cało­ści z obsy­dianu. Ściany jak płe­twy wzno­szą się w stronę spi­cza­stych szczy­tów, do tego wieże jak groty strzał... Ojcze Burz, wygląda maje­sta­tycz­nie. Zbli­żamy się do kolej­nej grupy żoł­nie­rzy, która stoi w wodzie i trzyma unie­sione włócz­nie zwró­cone we wszyst­kie strony. Jest ich może tuzin, mnie towa­rzy­szy kolejny tuzin. I... tak, pośród nich ktoś stoi. Odpry­skowy. Świe­cący pan­cerz.

Nie tylko Odpry­skowy. Świe­tli­sty. Rycerz w olśnie­wa­ją­cym Pan­ce­rzu Odpry­sku, któ­rego połą­cze­nia, jak rów­nież nary­so­wane na nim znaki ema­no­wały głę­bo­kim czer­wo­nym bla­skiem. W cie­niod­niach Pan­ce­rze tak wyglą­dały. Ta wizja nastą­piła przed Odstęp­stwem.

Podob­nie jak wszyst­kie Pan­ce­rze Odpry­sku, tak i ten był cha­rak­te­ry­styczny. Ta kol­cza spód­niczka, te gład­kie połą­cze­nia, te zarę­ka­wia wycią­gnięte do tyłu w taki spo­sób... Na burze, wyglą­dał zupeł­nie jak pan­cerz Ado­lina, choć był węż­szy w talii. Kobieta? Dali­nar nie mógł tego oce­nić, miała opusz­czoną zasłonę.

- Usta­wić się w szyku - roz­ka­zał rycerz, gdy przy­była grupka Dali­nara, a on sam poki­wał głową. Tak, kobieta.

Dali­nar i pozo­stali żoł­nie­rze usta­wili się w kręgu wokół kobiety, wysta­wia­jąc broń. W pew­nej odle­gło­ści kolejna grupka żoł­nie­rzy z ryce­rzem na czele masze­ro­wała przez wodę.

- Dla­czego wezwa­łaś nas z powro­tem? - spy­tał jeden z towa­rzy­szy Dali­nara.

- Caeb sądzi, że coś widział - odpo­wie­działa. - Bądź­cie czujni. Musimy iść ostroż­nie.

Grupka ruszyła w kie­runku prze­ciw­nym niż ten, z któ­rego przy­szli. Dali­nar trzy­mał włócz­nię i pocił się na skro­niach. We wła­snych oczach wyglą­dał tak samo, jak zawsze. Pozo­stali jed­nak postrze­gali go jako jed­nego ze swo­ich.

Wciąż nie wie­dział zbyt wiele o tych wizjach. Wszech­mocny mu je w jakiś spo­sób zsy­łał.

Ale Wszech­mocny nie żył, co sam przy­znał. Zatem, jak to dzia­łało?

- Szu­kamy cze­goś - mruk­nął Dali­nar. - Grupki ryce­rzy i żoł­nie­rzy zostały wysłane w noc, żeby zna­leźć coś, co ktoś zauwa­żył.

- Wszystko w porządku, nowy? - spy­tał jeden z żoł­nie­rzy obok niego.

- Pew­nie - odpo­wie­dział Dali­nar. - Tylko tro­chę się nie­po­koję. To zna­czy, nie wiem nawet, czego tak naprawdę szu­kamy.

- Sprena, który nie zacho­wuje się tak, jak powi­nien - wyja­śnił męż­czy­zna. - Miej oczy sze­roko otwarte. Kiedy Sja-anat dotknie sprena, ten zaczyna się dziw­nie zacho­wy­wać. Zawo­łaj, jeśli cokol­wiek zauwa­żysz.

Dali­nar kiw­nął głową, po czym pod nosem powtó­rzył te słowa, mając nadzieję, że Navani go sły­szy. Razem z innymi żoł­nie­rzami kon­ty­nu­owali poszu­ki­wa­nia, towa­rzy­sząca im rycerz roz­ma­wiała z... nikim? Brzmiało to tak, jakby pro­wa­dziła roz­mowę, ale Dali­nar nie widział ani nie sły­szał nikogo obok niej.

Sku­pił się na oto­cze­niu. Zawsze chciał zoba­czyć śro­dek Czy­stego Jeziora, ale udało mu się jedy­nie odwie­dzić gra­nice. Nie zna­lazł czasu na wycieczkę w tę stronę pod­czas ostat­nich odwie­dzin w Azi­rze. Azir­czycy zawsze uda­wali zasko­czo­nych, że chciałby zoba­czyć takie miej­sce, i twier­dzili, że "tam nic nie ma".

Dali­nar miał na nogach cia­sne buty, być może miały chro­nić stopy przed zra­nie­niem o coś, co kryło się w wodzie. Dno było miej­scami nie­równe, otwory i kra­wę­dzie raczej wyczu­wał niż widział. Odkrył, że wpa­truje się w rybki prze­my­ka­jące we wszyst­kich kie­run­kach, cie­nie w wodzie, a obok nich twarz.

Twarz.

Dali­nar krzyk­nął, odsko­czył i wska­zał włócz­nią w dół.

- Tam była twarz! W wodzie!

- Rze­ko­spren? - spy­tała rycerz, pod­cho­dząc bli­żej.

- Wyglą­dała jak cień - rzekł Dali­nar. - O czer­wo­nych oczach.

- W takim razie jest tutaj. Szpieg Sja-anat. Caeb, pobie­gnij do punktu kon­tro­l­nego. Wy obser­wuj­cie dalej. Bez nosi­ciela daleko nie uciek­nie.

Wyrwała coś zza pasa, nie­wielką sakiewkę.

- Tam! - zawo­łał Dali­nar, zauwa­ża­jąc nie­wielką czer­woną kropkę w wodzie.

Odpły­nęła od niego jak ryba. Rzu­cił się za nią, bie­gnąc tak, jak nauczył się wcze­śniej. Ale czy gonie­nie za spre­nem mogło coś dać? Nie dało się ich zła­pać, a w każ­dym razie nie znał żad­nego spo­sobu.

Inni pobie­gli za nim. Ryby roz­pro­szyły się, prze­stra­szone chlu­po­tem.

- Gonię sprena - powie­dział pod nosem Dali­nar. - Na to polo­wa­li­śmy. Wygląda tro­chę jak twarz, cie­ni­sta, o czer­wo­nych oczach. Pływa w wodzie jak ryba. Zacze­kaj! Jest jesz­cze jeden. Dołą­czył do niego. Więk­szy, pełna postać, dobre sześć stóp. Pły­nąca istota, ale jak cień. To... - Na burze! - wykrzyk­nęła nagle kobieta. - Przy­pro­wa­dził eskortę!

Więk­szy spren prze­krę­cił się, po czym zanur­ko­wał w wodzie i znik­nął w kamie­ni­stym dnie. Dali­nar zatrzy­mał się, nie­pewny, czy powi­nien dalej gonić tego mniej­szego, czy zostać tutaj.

Pozo­stali odwró­cili się i zaczęli biec w prze­ciwną stronę.

Oho...

Dali­nar cofał się nie­zgrab­nie, kiedy kamienne dno zaczęło się trząść. Potknął się, prze­wró­cił w płytką wodę. Była tak czy­sta, że widział, jak dno pęka pod nim, jakby coś wiel­kiego ude­rzało w nie od spodu.

- Chodź! - krzyk­nął jeden z żoł­nie­rzy i chwy­cił go za ramię.

Dali­nar został pode­rwany na nogi w chwili, gdy pęk­nię­cia się posze­rzyły. Powierzch­nia jeziora, jesz­cze przed chwilą nie­ru­choma, wzbu­rzyła się.

Zie­mia się zatrzę­sła, nie­mal znów prze­wra­ca­jąc Dali­nara. Kilku innych żoł­nie­rzy rze­czy­wi­ście upa­dło.

Kobieta stała nie­ru­chomo, a w jej dło­niach zma­te­ria­li­zo­wało się ogromne Ostrze Odpry­sku.

Dali­nar obej­rzał się przez ramię i ujrzał skałę wyła­nia­jącą się z wody. Długa ręka! Smu­kła, długa na może pięt­na­ście stóp, wyry­wała się z wody, a póź­niej znów opa­dła, jakby chciała się wes­przeć na dnie jeziora. W pobliżu pod­nio­sło się dru­gie ramię, łok­ciem do nieba, a póź­niej oba się unio­sły, jakby połą­czone z cia­łem robią­cym pompki.

Ze ska­li­stego dna wyrwało się ogromne ciało. Wyglą­dało to tak, jakby ktoś był zako­pany w pia­sku, a teraz się wyła­niał. Woda spły­wała z nie­rów­nego grzbietu istoty, poro­śnię­tego łup­ko­korą i pod­wod­nymi grzy­bami. Spren jakimś spo­so­bem oży­wił skałę.

Kiedy stwór tak stał i prze­krę­cał się, Dali­nar zoba­czył świe­cące czer­wone oczy - jak sto­piona skała - zagłę­bione w paskud­nej kamien­nej twa­rzy. Ciało niczym szkie­let, o chu­dych człon­kach i spi­cza­stych pal­cach zakoń­czo­nych kamien­nymi szpo­nami, kamienny tors.

- Ska­ło­grz­mot! - wrza­snęli żoł­nie­rze. - Młoty! Szy­ko­wać młoty!

Rycerz stała przed pod­no­szą­cym się stwo­rem, wyso­kim na trzy­dzie­ści stóp i ocie­ka­ją­cym wodą. Zaczęła ema­no­wać spo­koj­nym, bia­łym bla­skiem, który Dali­na­rowi przy­po­mi­nał świa­tło kul. Burzowe Świa­tło. Unio­sła Ostrze Odpry­sku i rzu­ciła się do ataku, kro­cząc przez wodę z nie­sa­mo­witą łatwo­ścią, jakby w ogóle jej nie doty­kała. Może to wyni­kało z siły Pan­ce­rza.

- Zostali stwo­rzeni, by strzec - powie­dział ktoś z boku.

Dali­nar spoj­rzał na żoł­nie­rza, który pomógł mu wcze­śniej, Selaya o pocią­głej twa­rzy, prze­rze­dzo­nych wło­sach i sze­ro­kim nosie. Się­gnął w dół, by pomóc mu się pod­nieść.

Męż­czy­zna wcze­śniej mówił ina­czej, ale Dali­nar roz­po­znał głos brzmiący na końcu więk­szo­ści wizji. Wszech­mocny.

- Świe­tli­ści Ryce­rze - powie­dział Wszech­mocny, sta­jąc obok Dali­nara i patrząc, jak kobieta-rycerz ata­kuje kosz­marną bestię. - Byli roz­wią­za­niem, spo­so­bem, by powstrzy­mać znisz­cze­nia Spu­sto­szeń. Dzie­sięć zako­nów ryce­rzy, utwo­rzo­nych, by poma­gać ludziom wal­czyć, a póź­niej odbu­do­wy­wać.

Dali­nar powtó­rzył to, słowo po sło­wie, sku­pia­jąc się, by pochwy­cić każde z nich, a nie na ich zna­cze­niu.

Wszech­mocny odwró­cił się do niego.

- Poja­wie­nie się tych zako­nów mnie zasko­czyło. Nie nauczy­łem tego swo­ich Herol­dów. Umoż­li­wiły to spreny, które pra­gnęły naśla­do­wać to, co dałem ludziom. Będziesz musiał stwo­rzyć je na nowo. Takie jest twoje zada­nie. Zjed­nocz ich. Stwórz for­tecę, która wytrzyma burzę. Roz­draż­nij Odium, prze­ko­naj go, że może prze­grać, i wyznacz czem­piona. Wyko­rzy­sta tę szansę, zamiast ryzy­ko­wać kolejną prze­graną, któ­rych dozna­wał tak czę­sto. To naj­lep­sza rada, jaką mogę ci dać.

Dali­nar skoń­czył powta­rza­nie słów. Za nim walka zaczęła się na dobre, woda chla­pała, skały zgrzy­tały. Poja­wili się żoł­nie­rze nio­sący młoty. Ku jego zasko­cze­niu oni rów­nież ema­no­wali Burzo­wym Świa­tłem, choć o wiele sła­biej.

- Zasko­czyło cię poja­wie­nie się ryce­rzy - powie­dział Dali­nar do Wszech­moc­nego. - A ta siła, ten wróg zdo­łał cię zabić. Ni­gdy nie byłeś Bogiem. Bóg wie wszystko. Boga nie można zabić. Kim więc byłeś?

Wszech­mocny nie odpo­wie­dział. Nie mógł. Dali­nar wie­dział już, że te wizje były usta­lo­nym z góry doświad­cze­niem, jak sztuka teatralna. Ludzie wewnątrz nich mogli reago­wać na Dali­nara, jak akto­rzy, któ­rzy do pew­nego stop­nia mogli impro­wi­zo­wać. Sam Wszech­mocny ni­gdy tego nie robił.

- Zro­bię co mogę - powie­dział Dali­nar. - Stwo­rzę je na nowo. Przy­go­tuję się. Powie­dzia­łeś mi wiele rze­czy, ale do tego jed­nego dosze­dłem samo­dziel­nie. Skoro cie­bie można było zabić, to tego dru­giego, podob­nego tobie, two­jego wroga, też pew­nie można.

Dali­nara spo­wiła ciem­ność. Wrza­ski i chlu­pot uci­chły. Czy to się wyda­rzyło pod­czas Spu­sto­sze­nia, czy pomię­dzy nimi? Wizje zawsze mówiły mu za mało. Kiedy ciem­ność się roz­pro­szyła, odkrył, że leży w nie­wiel­kiej kamien­nej kom­na­cie wewnątrz wła­snej sie­dziby.

Navani klę­czała obok niego, przed sobą trzy­mała pod­kładkę, a jej dło­nie poru­szały się szybko, gdy noto­wała. Na burze, była piękna. Doj­rzała, wargi poma­lo­wane na czer­wono, włosy zaple­cione w skom­pli­ko­wany war­kocz ota­cza­jący głowę, w któ­rym błysz­czały rubiny. Suk­nia czer­wona jak krew. Spoj­rzała na niego, zauwa­żyła, że się budzi, i na jej twa­rzy poja­wił się uśmiech.

- To było... - zaczął mówić.

- Cicho - powie­działa, nie prze­ry­wa­jąc pisa­nia. - Ta ostat­nia część wyda­wała się ważna.

Pisała jesz­cze przez chwilę, po czym w końcu unio­sła pióro znad pod­kładki, którą przy­trzy­my­wała osło­niętą ręka­wem dło­nią.

- Chyba zano­to­wa­łam wszystko. Trud­niej mi, kiedy zmie­niasz języki.

- Zmie­ni­łem język? - spy­tał.

- Pod koniec. Wcze­śniej mówi­łeś w języku selay. Ow­szem, to jego sta­ro­żytna wer­sja, ale mamy zapisy. Mam nadzieję, że tłu­maczki pora­dzą sobie z moją trans­kryp­cją, nie­zbyt dobrze posłu­guję się tym języ­kiem. Kiedy to robisz, musisz mówić wol­niej, naj­droż­szy.

- W takiej chwili to bywa trudne - stwier­dził Dali­nar, wsta­jąc.

W porów­na­niu z tym, co czuł w wizji, powie­trze było chłodne. Deszcz ude­rzał w zamknięte okien­nice, choć wie­dział z doświad­cze­nia, że koniec wizji ozna­czał rów­nież nad­cho­dzący koniec burzy.

Czu­jąc wyczer­pa­nie, pod­szedł do sie­dzi­ska pod ścianą i usiadł na nim. Był sam na sam z Navani, tak wolał. Rena­rin i Ado­lin prze­cze­ki­wali burzę w pobliżu, w innej z kom­nat Dali­nara, pod czuj­nym spoj­rze­niem kapi­tana Kala­dina i jego mosto­wych.

Może powi­nien zapro­sić wię­cej uczo­nych, by towa­rzy­szyły jego wizjom - mogłyby wszyst­kie zapi­sać jego słowa, a póź­niej skon­sul­to­wać się, by stwo­rzyć naj­do­kład­niej­szą wer­sję. Ale, na burze, dość prze­szka­dzała mu świa­do­mość, że jedna osoba widzi go w takim sta­nie, gdy sza­leje i rzuca się po pod­ło­dze. Wie­rzył w wizje, nawet na nich pole­gał, ale nie zmniej­szało to jego zaże­no­wa­nia.

Navani usia­dła obok i objęła go.

- Paskudna była?

- Ta? Nie. Nie taka zła. Tro­chę biegu, a póź­niej walki. Nie bra­łem w niej udziału. Wizja skoń­czyła się, zanim musia­łem pomóc.

- To skąd ta mina?

- Muszę odtwo­rzyć Świe­tli­stych Ryce­rzy.

- Odtwo­rzyć... ale jak? Co to w ogóle zna­czy?

- Nie wiem. Nic nie wiem, mam jedy­nie wska­zówki i nie­ja­sne groźby. Nad­cho­dzi coś nie­bez­piecz­nego, to jedno jest pewne. Muszę to powstrzy­mać.

Oparła głowę na jego ramie­niu. Wpa­try­wał się w komi­nek, na któ­rym cicho trza­skał ogień, wypeł­nia­jąc kom­natę cie­płym bla­skiem. To był jeden z nie­licz­nych komin­ków, któ­rych nie prze­ro­biono na nowe fabria­lowe urzą­dze­nia grzew­cze.

Wolał praw­dziwy ogień, choć nie mówił tego Navani. Tak ciężko pra­co­wała, by zapew­nić im wszyst­kim nowe fabriale.

- Dla­czego ty? - spy­tała Navani. - Dla­czego ty musisz to wszystko zro­bić?

- A dla­czego jeden rodzi się kró­lem, a inny żebra­kiem? - odpo­wie­dział Dali­nar pyta­niem. - Taki już jest świat.

- Jest ci z tym łatwo?

- Nie­ła­two - odparł Dali­nar - ale nie ma sensu żądać odpo­wie­dzi.

- Szcze­gól­nie jeśli Wszech­mocny nie żyje...

Może nie powi­nien się z nią dzie­lić tą infor­ma­cją. Już to jedno mogłoby nazna­czyć go jako here­tyka, ode­pchnąć od niego żar­liw­ców, dać Sade­asowi broń do ręki.

Jeśli Wszech­mocny nie żył, komu odda­wał cześć Dali­nar? W co wie­rzył?

- Powin­ni­śmy zapi­sać twoje wspo­mnie­nia wizji - powie­działa z wes­tchnie­niem Navani. - Póki masz je na świeżo.

Poki­wał głową. Musieli mieć opis dołą­czony do trans­kryp­cji. Zaczął opo­wia­dać, co widział, mówiąc dość powoli, by mogła wszystko zapi­sać. Opi­sał jezioro, stroje męż­czyzn, dziwną for­tecę w per­spek­ty­wie. Navani stwier­dziła, że nie­któ­rzy miesz­kańcy Czy­stego Jeziora opo­wia­dają histo­rie o dużych budow­lach. Uczone uwa­żały je za mity.

Dali­nar wstał i zaczął spa­ce­ro­wać, gdy prze­szedł do opisu prze­klę­tej istoty, która powstała z jeziora.

- Zosta­wił po sobie otwór w dnie jeziora - wyja­śnił Dali­nar. - Wyobraź sobie, że rysu­jesz na pod­ło­dze zarys ciała, a póź­niej patrzysz, jak to ciało wyrywa się z ziemi.

- Wyobraź sobie tak­tyczną prze­wagę takiej istoty. Spreny poru­szają się szybko i swo­bod­nie. Jeden mógłby się wśli­zgnąć za sze­regi wal­czą­cych, a póź­niej wstać i zacząć ata­ko­wać wspar­cie. To kamienne ciało musiało być trudne do znisz­cze­nia. Na burze... Ostrza Odpry­sku. Zasta­na­wiam się, czy zapro­jek­to­wano je do walki z tymi wła­śnie isto­tami.

Navani uśmiech­nęła się, nie prze­ry­wa­jąc pisa­nia.

- O co cho­dzi? - spy­tał Dali­nar, zatrzy­mu­jąc się.

- Z cie­bie to jest żoł­nierz.

- Tak. I co?

- I to uro­cze - powie­działa, koń­cząc notatki. - Co się wyda­rzyło póź­niej?

- Wszech­mocny do mnie prze­mó­wił. - Prze­ka­zał mono­log naj­le­piej, jak pamię­tał, jed­no­cze­śnie kro­cząc powoli, by się uspo­koić.

Muszę wię­cej spać, pomy­ślał. Nie był mło­dzień­cem sprzed dwu­dzie­stu lat, który całą noc nie spał w towa­rzy­stwie Gavi­lara, nad kie­li­chem wina wysłu­chu­jąc pla­nów brata, a następ­nego ranka ruszał do walki, pełen ener­gii i żądny pod­boju.

Kiedy skoń­czył z opo­wie­ścią, Navani wstała i scho­wała przy­bory pisar­skie. Wie­dział, że weź­mie, co powie­dział, i prze­każe swoim uczo­nym - to zna­czy, jego uczo­nym, które sobie przy­własz­czyła - a one spró­bują dopa­so­wać jego ale­thyj­skie słowa do zapi­sa­nych przez nią trans­kryp­cji. Oczy­wi­ście, naj­pierw usu­wała frag­menty doty­czące kwe­stii draż­li­wych, jak śmierć Wszech­moc­nego.

Miała rów­nież poszu­kać histo­rycz­nych wzmia­nek pasu­ją­cych do jego opi­sów. Navani lubiła mieć porzą­dek. Przy­go­to­wała chro­no­lo­gię jego wizji, pró­bu­jąc utwo­rzyć z nich jedną opo­wieść.

- Na­dal zamie­rzasz opu­bli­ko­wać w tym tygo­dniu pro­kla­ma­cję? - spy­tała.

Dali­nar ski­nął głową. Przed tygo­dniem prze­ka­zał ją arcy­ksią­żę­tom. Zamie­rzał tego samego dnia ogło­sić ją w obo­zach, ale Navani prze­ko­nała go, że tak będzie mądrzej. Wie­ści się roz­cho­dziły, ale to pozwoli arcy­ksią­żę­tom się przy­go­to­wać.

- Pro­kla­ma­cja zosta­nie ogło­szona za kilka dni - powie­dział. - Nim arcy­ksią­żęta zaczną jesz­cze bar­dziej naci­skać na Elho­kara, by ją wyco­fał.

Navani zaci­snęła wargi.

- Tak się musi stać - stwier­dził Dali­nar.

- Masz ich zjed­no­czyć.

- Arcy­ksią­żęta to roz­pusz­czone dzieci - wyja­śnił Dali­nar. - Ich prze­miana wymaga dra­stycz­nych środ­ków.

- Jeśli roz­bi­jesz kró­le­stwo, ni­gdy go nie zjed­no­czysz.

- Posta­ramy się, żeby się nie roz­pa­dło.

Navani zmie­rzyła go wzro­kiem i się uśmiech­nęła.

- Muszę przy­znać, że podoba mi się twoje bar­dziej pewne sie­bie wcie­le­nie. Gdy­bym tylko mogła poży­czyć tro­chę tej pew­no­ści sie­bie w odnie­sie­niu do nas...

- Jestem cał­kiem pewien nas - powie­dział, przy­cią­ga­jąc ją do sie­bie.

- Naprawdę? Bo poru­sza­nie się mię­dzy kró­lew­skim pała­cem i twoim kom­plek­sem zaj­muje mi dużo czasu każ­dego dnia. Gdy­bym prze­pro­wa­dziła się tutaj, powiedzmy, do two­ich kom­nat, pomyśl tylko, jaka to by była wygoda.

- Nie.

- Jesteś pewien, że nie pozwolą nam wziąć ślubu, Dali­na­rze. Co jesz­cze mamy w takim razie zro­bić? Cho­dzi o nie­mo­ral­ność? Sam powie­dzia­łeś, że Wszech­mocny nie żyje.

- Coś jest wła­ściwe albo nie - powie­dział Dali­nar, choć czuł, że się upiera. - To nie ma związku z Wszech­moc­nym.

- Bóg - stwier­dziła bez­na­mięt­nie Navani - nie ma związku z tym, czy jego przy­ka­za­nia są wła­ściwe, czy nie.

- No tak.

- Ostroż­nie - powie­działa Navani. - Brzmisz jak Jasnah. Tak czy ina­czej, skoro Bóg umarł...

- Bóg nie umarł. Skoro Wszech­mocny umarł, to ni­gdy nie był Bogiem, i tyle...

Wes­tchnęła, nie opusz­cza­jąc jego objęć. Sta­nęła na pal­cach i poca­ło­wała go, i to nie skrom­nie. Navani uwa­żała, że skrom­ność jest dla wsty­dli­wych i nie­po­waż­nych. Dla­tego poca­ło­wała go namięt­nie, przy­ci­ska­jąc wargi do jego warg, odchy­la­jąc jego głowę do tyłu, pra­gnąc wię­cej. Kiedy się cof­nęła, Dali­nar z tru­dem zła­pał oddech.

Uśmiech­nęła się do niego, odwró­ciła i zebrała swoje rze­czy - nie zauwa­żył, że upu­ściła je w trak­cie poca­łunku - a póź­niej pode­szła do drzwi.

- Jak pew­nie wiesz, nie jestem cier­pliwa, lecz rów­nie roz­pusz­czona jak ci arcy­ksią­żęta i przy­zwy­cza­jona, że dostaję wszystko, czego zapra­gnę.

Prych­nął. Nic z tego nie było prawdą. Umiała być cier­pliwa. Kiedy to jej paso­wało. Jej słowa zna­czyły, że w tej chwili jej to nie odpo­wia­dało.

Otwo­rzyła drzwi, a wtedy sam kapi­tan Kala­din zaj­rzał do środka, spraw­dza­jąc kom­natę. Mostowy z pew­no­ścią poważ­nie trak­to­wał swoje obo­wiązki.

- Strzeż jej, gdy będzie wra­cać na noc do sie­bie, żoł­nie­rzu - powie­dział mu Dali­nar.

Kala­din zasa­lu­to­wał. Navani prze­pchnęła się obok niego i ode­szła bez poże­gna­nia. Zamknęła za sobą drzwi i zosta­wiła Dali­nara samego.

Dali­nar wes­tchnął głę­boko, po czym pod­szedł do krze­sła i usa­do­wił się przy kominku, by pomy­śleć.

Obu­dził się jakiś czas póź­niej. Ogień już się wypa­lił. Na burze. Zaczy­nał już zasy­piać w środku dnia? Gdyby tylko przez więk­szość nocy nie prze­wra­cał się z boku na bok, z głową pełną zmar­twień i cię­ża­rów, które nie powinny na nim spo­czy­wać. Co się stało z pro­stymi dniami? Kiedy trzy­mał dłoń na ręko­je­ści mie­cza, pewien, że Gavi­lar zaj­mie się tymi trud­niej­szymi spra­wami?

Dali­nar prze­cią­gnął się i wstał. Musiał zająć się przy­go­to­wa­niami do ogło­sze­nia kró­lew­skiej pro­kla­ma­cji, a póź­niej zaj­rzeć do nowych straż­ni­ków...

Zatrzy­mał się. Na ścia­nie jego kom­naty poja­wił się rząd wyraź­nych bia­łych zadra­pań two­rzą­cych glify. Wcze­śniej ich tam nie było,

"Sześć­dzie­siąt dwa dni", mówiły glify. "Nad­cho­dzi śmierć".

* * *

Nie­długo potem Dali­nar stał wypro­sto­wany, z rękami zało­żo­nymi za ple­cami, i przy­słu­chi­wał się, jak Navani nara­dza się z Rushu, jedną z uczo­nych Kho­li­nów. Ado­lin stał w pobliżu, przy­glą­da­jąc się odłam­kowi bia­łego kamie­nia, który zna­le­ziono na pod­ło­dze. Naj­wy­raź­niej został odła­many z rzędu kamien­nych ozdób wokół fra­mugi okna, a póź­niej wyko­rzy­stany do wypi­sa­nia gli­fów.

Wypro­stuj się, głowa do góry, powie­dział sobie Dali­nar, choć marzysz tylko o tym, by osu­nąć się na to krze­sło. Przy­wódca się nie osu­wał. Przy­wódca miał kon­trolę nad wszyst­kim. Nawet kiedy wcale nie czuł, że cokol­wiek kon­tro­luje.

Szcze­gól­nie wtedy.

- Ach - powie­działa Rushu, młoda żar­liw­czyni o dłu­gich rzę­sach i war­gach jak guziki. - Popa­trz­cie na te nie­równe linie! Brak syme­trii. Kto­kol­wiek to zro­bił, nie ma doświad­cze­nia w pisa­niu gli­fów. "Śmierć" została napi­sana pra­wie nie­po­praw­nie, brzmi bar­dziej jak "znisz­czony". A zna­cze­nie jest nie­ja­sne. Nad­cho­dzi śmierć? A może "iść za śmier­cią"? Albo sześć­dzie­siąt dwa dni śmierci i wię­cej? Glify nie są pre­cy­zyjne.

- Po pro­stu to sko­piuj, Rushu - powie­działa Navani. - I nie roz­ma­wiaj o tym z nikim.

- Nawet z wami? - spy­tała Rushu, wyraź­nie roz­pro­szona.

Navani pode­szła z wes­tchnie­niem do Dali­nara i Ado­lina.

- Ona jest naprawdę dobra w tym, co robi - powie­działa cicho - ale cza­sami potrafi zato­nąć w myślach. Tak czy ina­czej, nikt inny nie zna się tak dobrze na piśmie ręcz­nym. To jedno z jej wielu zain­te­re­so­wań.

Dali­nar poki­wał głową, tłu­miąc lęk.

- Dla­czego ktoś miałby to zro­bić? - spy­tał Ado­lin, upusz­cza­jąc kamień. - Czy to jakaś zawo­alo­wana groźba?

- Nie - odpo­wie­dział Dali­nar.

Navani spoj­rzała mu oczy.

- Rushu - powie­działa. - Zostaw nas na chwilę.

Kobieta z początku nie zare­ago­wała, ale po kolej­nym pole­ce­niu wyszła. Kiedy otwo­rzyła drzwi, zoba­czyli sto­ją­cych na zewnątrz człon­ków dru­żyny mostu czwar­tego, pro­wa­dzo­nych przez ponu­rego kapi­tana Kala­dina. Żoł­nierz odpro­wa­dził Navani, wró­cił, zoba­czył, co się stało - a wtedy natych­miast posłał swo­ich ludzi, by przy­pro­wa­dzili Navani z powro­tem.

Wyraź­nie uwa­żał to za swoją winę, myślał, że ktoś wśli­zgnął się do kom­naty Dali­nara, kiedy ten stał. Dali­nar wezwał go gestem do środka. Kala­din pod­szedł pośpiesz­nie i być może nie zoba­czył, jak Ado­lin zaci­ska zęby na jego widok. Dali­nar wal­czył z Odpry­sko­wym Par­shen­dim, kiedy Kala­din i Ado­lin pokłó­cili się na polu bitwy, ale doszły go wie­ści o ich star­ciu. Syn nie był zachwy­cony, że ten ciem­no­oki mostowy został dowódcą Kobal­to­wej Gwar­dii.

- Panie - powie­dział kapi­tan Kala­din, pod­cho­dząc. - Wstyd mi. Już w pierw­szym tygo­dniu was zawio­dłem.

- Wypeł­nia­łeś roz­kaz, kapi­ta­nie - stwier­dził Dali­nar.

- Mia­łem roz­kaz zapew­nić wam bez­pie­czeń­stwo, panie - powie­dział Kala­din gło­sem zabar­wio­nym zło­ścią. - Powi­nie­nem umie­ścić straż­ni­ków za wszyst­kimi drzwiami w waszych kom­na­tach, a nie tylko przed wej­ściem do całego kom­pleksu.

- W przy­szło­ści będziemy ostroż­niejsi, kapi­ta­nie - powie­dział Dali­nar. - Twój poprzed­nik zawsze roz­sta­wiał straże tak samo jak ty, i to wystar­czało.

- Wcze­śniej czasy były inne, panie - powie­dział Kala­din, rozej­rzał się po kom­na­cie i zmru­żył oczy. Sku­pił się na oknie, zbyt wąskim, by ktoś mógł się przez nie wśli­zgnąć. - Wciąż chciał­bym wie­dzieć, jak ten ktoś dostał się do środka. Straż­nicy nic nie sły­szeli.

Dali­nar przyj­rzał się mło­demu żoł­nie­rzowi, ponu­remu i pobliź­nio­nemu na twa­rzy. Dla­czego, pomy­ślał, tak bar­dzo mu ufam? Nie umiał tego dokład­nie okre­ślić, ale przez lata jako żoł­nierz i gene­rał nauczył się ufać swoim instynk­tom.

- To nie jest ważne - powie­dział Dali­nar.

Kala­din spoj­rzał na niego ostro.

- Nie przej­muj się zbyt­nio tym, jak ta osoba dostała się do środka, by napi­sać coś na ścia­nie - stwier­dził Dali­nar. - W przy­szło­ści bądź jed­nak bar­dziej czujny. Możesz odejść.

Kala­din wyco­fał się nie­chęt­nie, zamy­ka­jąc za sobą drzwi.

Ado­lin pod­szedł do ojca. Byli tego samego wzro­stu. Dali­nar cza­sem o tym zapo­mi­nał. Nie tak dawno temu Ado­lin był małym chłop­cem z drew­nia­nym mie­czy­kiem.

- Powie­dzia­łeś, że zoba­czy­łeś je, kiedy się obu­dzi­łeś - powie­działa Navani. - Mówi­łeś, że nie widzia­łeś, żeby kto­kol­wiek je ryso­wał.

Dali­nar przy­tak­nął.

- To dla­czego mam wyraźne wra­że­nie, że wiesz dla­czego tu są? - spy­tała.

- Nie mam pew­no­ści, kto je napi­sał, ale wiem, co zna­czą.

- Co? - spy­tała ostro.

- Że zostało nam bar­dzo mało czasu - stwier­dził Dali­nar. - Ogło­ście pro­kla­ma­cję, a póź­niej idź­cie do arcy­ksią­żąt i zor­ga­ni­zuj­cie spo­tka­nie. Będą chcieli ze mną roz­ma­wiać.

"Nad­cho­dzi Wieczna Burza...".

Sześć­dzie­siąt dwa dni. Nie dość czasu.

Naj­wy­raź­niej tylko tyle miał.

5

Ide­ały

Znak na murach zapo­wia­dał nie­bez­pie­czeń­stwo więk­sze nawet niż sam ter­min. Prze­po­wia­da­nie przy­szło­ści jest od Pust­kow­ców.

Z dzien­nika Navani Kho­lin, Jese­ses 1174.

- Na zwy­cię­stwie i w końcu zemście.

Obwo­ły­waczka nio­sła pismo z kró­lew­skimi sło­wami - umiesz­czone mię­dzy dwiema okry­tymi płót­nem deskami - choć wyraź­nie znała już tekst na pamięć. Co nie było zaska­ku­jące. Sam Kala­din kazał jej trzy razy powtó­rzyć pro­kla­ma­cję.

- Jesz­cze raz - powie­dział, sie­dząc na kamie­niu obok ogni­ska mostu czwar­tego.

Wielu z dru­żyny opu­ściło miski ze śnia­da­niem i umil­kło. Sie­dzący w pobliżu Sig­zil powtó­rzył słowa pod nosem, zapa­mię­tu­jąc je.

Obwo­ły­waczka wes­tchnęła. Była pulchną, jasno­oką kobietą z pasmami rudych wło­sów wśród czerni, co świad­czyło, że wśród przod­ków miała Vedeń­czy­ków lub Rogo­żer­ców. Dzie­siątki kobiet podob­nych do niej wędro­wało przez obóz, by wygła­szać, a cza­sami rów­nież wyja­śniać słowa Dali­nara.

Znów otwo­rzyła pismo. W pozo­sta­łych bata­lio­nach, pomy­ślał leni­wie Kala­din, dowódca z pew­no­ścią prze­wyż­szałby ją rangą.

- Z upo­waż­nie­nia króla - powie­działa - Dali­nar Kho­lin, Arcy­książę Wojny, niniej­szym naka­zuje zmianę sys­temu zbie­ra­nia i roz­dzie­la­nia serc klej­no­tów na Strza­ska­nych Rów­ni­nach. Od tej chwili każde serce klej­notu będzie zbie­rane kolejno przez dwóch arcy­ksią­żąt pra­cu­ją­cych razem. Łupy staną się wła­sno­ścią króla, który okre­śli ich udział w opar­ciu o sku­tecz­ność dzia­ła­nia i skwa­pli­wość w wypeł­nia­niu roz­ka­zów. Zosta­nie stwo­rzona szcze­gó­łowa lista ksią­żąt i armii, które będą odpo­wie­dzialne za zdo­by­wa­nie serc klej­no­tów, jak rów­nież kolej­ność. Połą­cze­nia nie zawsze będą takie same, a wyzna­czy się je na pod­sta­wie tak­tycz­nego dopa­so­wa­nia. Spo­dzie­wamy się, że zgod­nie z Kodek­sem, który jest ważny dla nas wszyst­kich, męż­czyźni i kobiety z tych armii z rado­ścią przyjmą nowe sku­pie­nie na zwy­cię­stwie i w końcu zemście.

Obwo­ły­waczka zatrza­snęła księgę, spoj­rzała na Kala­dina i unio­sła długą czarną brew, która bez wąt­pie­nia została nama­lo­wana.

- Dzię­kuję - powie­dział.

Ski­nęła głową i ruszyła w stronę kolej­nego bata­lionu.

Kala­din pod­niósł się.

- A oto i burza, któ­rej się spo­dzie­wa­li­śmy.

Męż­czyźni poki­wali gło­wami. Po dziw­nym wła­ma­niu do kom­nat Dali­nara poprzed­niej nocy roz­mowy w moście czwar­tym przy­ci­chły. Kala­din czuł się jak głu­piec. Wyda­wało się jed­nak, że Dali­nar zupeł­nie zigno­ro­wał wła­ma­nie. Jak mam wyko­ny­wać swoją pracę, jeśli bra­kuje mi nie­zbęd­nych infor­ma­cji?

Nie minęły dwa tygo­dnie w nowej pracy, a już czuł się uwi­kłany w poli­tykę i machi­na­cje jasno­okich.

- Arcy­ksią­żęta się wściekną - powie­dział Ley­ten. Sie­dział przy ogni­sku i pra­co­wał nad paskami napier­śnika Belda, pro­stu­jąc powy­gi­nane klamry. - Zdo­by­wa­nie serc klej­no­tów jest dla nich naj­waż­niej­sze. Dzi­siej­szy wiatr ponie­sie mnó­stwo nie­za­do­wo­le­nia.

- Ha! - powie­dział Skała, nakła­da­jąc por­cję curry Lope­nowi, który przy­szedł po dokładkę. - Nie­za­do­wo­le­nie? Dziś to ozna­cza zamieszki. Nie sły­sze­li­ście wzmianki o Kodek­sie? To obe­lga dla pozo­sta­łych, któ­rzy, jak sami wiemy, nie prze­strze­gają przy­sięgi.

Uśmie­chał się i wyglą­dał, jakby uwa­żał złość, a nawet bunt arcy­ksią­żąt za coś zabaw­nego.

- Moash, Drehy, Mart i Eth za mną - powie­dział Kala­din. - Musimy zmie­nić Bli­znę i jego dru­żynę. Teft, jak ci idzie?

- Powoli - odparł męż­czy­zna. - Chło­paki z innych dru­żyn mosto­wych... daleka droga przed nimi. Potrze­bu­jemy cze­goś wię­cej, Kal. Cze­goś, co ich zain­spi­ruje.

- Pomy­ślę o tym - stwier­dził Kala­din. - Na razie spró­bujmy z jedze­niem. Skało, mamy tylko pię­ciu ofi­ce­rów, więc możesz wyko­rzy­stać to szó­ste pomiesz­cze­nie z wyj­ściem na zewnątrz jako maga­zyn. Kho­lin dał mi prawo rekwi­zy­cji u kwa­ter­mi­strza. Zapeł­nij spi­żar­nię.

- Ma być pełna? - spy­tał Skała z sze­ro­kim uśmie­chem na twa­rzy. - Jak pełna?

- Bar­dzo - powie­dział Kala­din. - Od mie­sięcy jedli­śmy bulion i potrawkę z Dusz­ni­ko­wa­nym ziar­nem. Przez następny mie­siąc most czwarty będzie jadł jak kró­lo­wie.

- Tylko nie doda­waj żad­nych sko­rup - powie­dział Mart, poka­zu­jąc pal­cem na Skałę. Wziął włócz­nię i zapiął mun­dur. - To, że możesz ugo­to­wać, co tylko zechcesz, nie zna­czy jesz­cze, że zgo­dzimy się jeść jakieś śmieci.

- Cho­rzy od powie­trza ludzie z nizin. - Skała wes­tchnął. - Nie chce­cie być silni?

- Ser­decz­nie dzię­kuję, wolę zacho­wać zęby - powie­dział Mart. - Zwa­rio­wany Rogo­żerca.

- Przy­go­tuję dwie rze­czy - stwier­dził Skała, uno­sząc dłoń do piersi, jakby w geście pozdro­wie­nia. - Jedną dla odważ­nych, a jedną dla nie­mą­drych. Będziesz mógł sobie wybrać.

- Przy­go­tu­jesz ucztę, Skało - powie­dział Kala­din. - Chcę, żebyś też wyszko­lił kucha­rzy dla innych koszar. Nawet jeśli Dali­nar ma teraz mniej regu­lar­nych wojsk i wol­nych kucha­rzy, chcę, żeby mostowi byli samo­wy­star­czalni. Lope­nie, od tej pory Dab­bid i Shen będą razem z tobą poma­gać Skale. Musimy zmie­nić te tysiące męż­czyzn w żoł­nie­rzy. Zacznie się tak samo jak z wami - od napeł­nie­nia ich żołąd­ków.

- Zrobi się - powie­dział Skała ze śmie­chem i pokle­pał Shena po ramie­niu, kiedy par­sh­men przy­szedł po dokładkę. Od nie­dawna robił takie rze­czy i mniej niż wcze­śniej ukry­wał się z tyłu. - I nawet nie dodam do niego łajna!

Inni się roze­śmiali. To wła­śnie doda­nie łajna do jedze­nia spra­wiło, że Skała wylą­do­wał u mosto­wych. Kiedy Kala­din ruszył w stronę kró­lew­skiego pałacu - Dali­nar miał ważne spo­tka­nie z kró­lem - dołą­czył do niego Sig­zil.

- Czy mogę pro­sić o chwilę, panie? - powie­dział cicho Sig­zil.

- Jak sobie życzysz.

- Obie­ca­łeś mi, że będę miał oka­zję zmie­rzyć twoje... szcze­gólne umie­jęt­no­ści.

- Obie­ca­łem? - powtó­rzył Kala­din. - Obiet­nicy nie pamię­tam.

- Chrząk­ną­łeś.

- Ja... chrząk­ną­łem?

- Kiedy mówi­łem o pomia­rach. Zdaje się, że sądzi­łeś, że to dobry pomysł, i powie­dzia­łeś Bliź­nie, że mogli­by­śmy pomóc ci zro­zu­mieć twoje moce.

- Moż­liwe.

- Musimy dokład­nie wie­dzieć co możesz, panie. Zakres umie­jęt­no­ści, jak długo pozo­staje w tobie Burzowe Świa­tło. Zgo­dzisz się, że pełne zro­zu­mie­nie wła­snych ogra­ni­czeń byłoby cenne, prawda?

- Tak - przy­znał nie­chęt­nie Kala­din.

- Dosko­nale. W takim razie...

- Daj mi parę dni - prze­rwał mu Kala­din. - Przy­go­tuj miej­sce, gdzie nikt nas nie zoba­czy. Wtedy... tak, dobrze. Pozwolę ci się zmie­rzyć.

- Dosko­nale - powtó­rzył Sizgil. - Wymy­śli­łem kilka eks­pe­ry­men­tów.

Zatrzy­mał się na ścieżce, pozwa­la­jąc, by Kala­din i jego towa­rzy­sze się od niego odda­lili.

Kala­din oparł włócz­nię na ramie­niu i roz­luź­nił dłoń. Czę­sto orien­to­wał się, że za mocno zaci­ska ją na drzewcu, aż bie­leją mu kostki. Zupeł­nie jakby w głębi duszy wciąż nie wie­rzył, że może ją teraz nosić publicz­nie, i bał się, że znów zosta­nie mu ode­brana.

Syl opa­dła z nieba po codzien­nym spa­ce­rze wokół obozu, nie­siona poran­nym wia­trem. Wylą­do­wała na jego ramie­niu i usia­dła, wyraź­nie zato­piona w myślach.

Obóz Dali­nara był dobrze zor­ga­ni­zo­wany. Żoł­nie­rze ni­gdy się nie wał­ko­nili. Zawsze coś robili. Dbali o broń, nosili jedze­nie i towary, patro­lo­wali. W tym obo­zie było wiele patroli. Nawet przy zmniej­szo­nej licz­bie żoł­nie­rzy, w dro­dze do bram Kala­din minął trzy patrole. Trzy razy wię­cej niż kie­dy­kol­wiek widział w obo­zie Sade­asa.

Znów przy­po­mniał sobie o pustce. Zmarli nie musieli sta­wać się Pust­kow­cami, by nawie­dzać ten obóz, wystar­czały opu­sto­szałe koszary. Minął kobietę sie­dzącą na ziemi obok jed­nego z tych budyn­ków, wpa­tru­jącą się w niebo i ści­ska­jącą węze­łek męskich ubrań. Obok niej na ścieżce stała dwójka małych dzieci. Zbyt cichych. Tak małe dzieci nie powinny być ciche.

Kwar­tały koszar two­rzyły ogromny krąg, wewnątrz któ­rego znaj­do­wała się bar­dziej oży­wiona część obozu, zawie­ra­jąca kom­pleks miesz­kalny Dali­nara, jak rów­nież kwa­tery szla­chet­nie uro­dzo­nych i gene­ra­łów. Kom­pleks Dali­nara przy­po­mi­nał kamienny kopiec, wokół niego łopo­tały sztan­dary i krą­żyły zaafe­ro­wane skryby z narę­czami ksiąg. W pobliżu kilku ofi­ce­rów roz­sta­wiło namioty wer­bun­kowe, przed któ­rymi cze­kały kolejki poten­cjal­nych żoł­nie­rzy. Część z nich to byli najem­nicy, któ­rzy w poszu­ki­wa­niu zatrud­nie­nia udali się na Strza­skane Rów­niny. Inni byli pie­ka­rzami i ludźmi innych fachów, któ­rzy po kata­stro­fie posłu­chali wezwa­nia.

- Dla­czego się nie roze­śmia­łeś? - spy­tała Syl, wpa­tru­jąc się w kolejkę, którą Kala­din omi­nął w dro­dze do bram.

- Prze­pra­szam - odpo­wie­dział. - Zro­bi­łaś coś zabaw­nego, czego nie zauwa­ży­łem?

- Cho­dziło mi o wcze­śniej - wyja­śniła. - Skała i inni się śmiali. Ty nie. Kiedy śmia­łeś się w cza­sie, gdy było ciężko, wie­dzia­łam, że się zmu­szasz. Pomy­śla­łam, że może teraz, kiedy jest lepiej...

- Muszę się teraz zaj­mo­wać całym bata­lio­nem mosto­wych - powie­dział Kala­din, patrząc przed sie­bie. - I utrzy­mać przy życiu arcy­księ­cia. Znaj­duję się pośrodku obozu peł­nego wdów. Raczej nie jest mi do śmie­chu.

- Ale jest lepiej - upie­rała się. - Tobie i twoim ludziom. Pomyśl o tym, co zro­bi­łeś, czego doko­na­łeś.

Dzień na pła­sko­wyżu, kiedy zabi­jał. Dosko­nałe połą­cze­nie jego, broni i samych burz. I zabi­jał dzięki nim. Zabi­jał, by ochro­nić jasno­okiego.

On jest inny, pomy­ślał Kala­din.

Zawsze tak mówili.

- Chyba po pro­stu cze­kam - powie­dział na głos.

- Na co?

- Na grzmot - odpo­wie­dział cicho Kala­din. - Zawsze nastę­puje po bły­ska­wicy. Cza­sami trzeba pocze­kać, ale w końcu nad­cho­dzi.

- Ja...

Syl wznio­sła się przed niego, sta­nęła w powie­trzu i zaczęła cofać w miarę, jak szedł do przodu. Nie leciała - nie miała skrzy­deł - i nie koły­sała się w powie­trzu. Po pro­stu stała, na niczym, i poru­szała się razem z nim. Nie przej­mo­wała się pra­wami fizyki.

Prze­chy­liła głowę w jego stronę.

- Nie rozu­miem o co ci cho­dzi. A niech to! Myśla­łam, że już wszystko roz­gry­złam. Burze? Bły­ska­wica?

- Pamię­tasz, że kiedy zachę­ca­łaś mnie, żebym wal­czył i ura­to­wał Dali­nara, to bolało cię, kiedy zabi­ja­łem?

- Tak.

- Wła­śnie tak jest. - Kala­din prze­niósł spoj­rze­nie w bok. Znów za mocno zaci­skał dłoń na włóczni.

Syl patrzyła na niego z dłońmi wspar­tymi na bio­drach i cze­kała, żeby powie­dział coś wię­cej.

- Wyda­rzy się coś złego - stwier­dził. - Nie może być tak, żeby wciąż było mi dobrze. Życie takie nie jest. Może cho­dzi o te glify na ścia­nie u Dali­nara. Wyglą­dały na odli­cza­nie.

Poki­wała głową.

- Widzia­łaś kie­dyś coś podob­nego?

- Pamię­tam... coś - wyszep­tała. - Coś złego. Widze­nie przy­szło­ści... ono nie pocho­dzi od Honoru, Kala­di­nie. To coś innego. Coś nie­bez­piecz­nego.

Wspa­niale.

Kiedy nie powie­dział wię­cej, Syl z wes­tchnie­niem wznio­sła się w powie­trze i stała się świe­tli­stą wstęgą. Podą­żała za nim, poru­sza­jąc się mię­dzy podmu­chami wia­tru.

Powie­działa, że jest honor­spre­nem, pomy­ślał Kala­din. Dla­czego więc na­dal udaje, że bawi się z wia­trem?

Musiałby ją o to zapy­tać, zakła­da­jąc, że by mu odpo­wie­działa. Zakła­da­jąc, że w ogóle znała odpo­wiedź.

* * *

Sadeas splótł palce przed twa­rzą, opie­ra­jąc łok­cie na zdo­bio­nym kamien­nym stole, i wpa­try­wał się w Ostrze Odpry­sku, które wbił w śro­dek blatu. Odbi­jało jego twarz.

Na Potę­pie­nie. Kiedy się zesta­rzał? Widział sie­bie jako mło­dzieńca, przed trzy­dziestką. Teraz skoń­czył pięć­dzie­siąt lat. Burzowa pięć­dzie­siątka. Zaci­snął zęby, wpa­tru­jąc się w Ostrze.

Dawca Przy­sięgi. To było Ostrze Dali­nara - zakrzy­wione, jak wygięte plecy, sztych przy­po­mi­na­jący haczyk, któ­remu odpo­wia­dał rząd ząb­ków w pobliżu gardy. Niczym poru­sza­jące się fale, wzno­szące się z oce­anu.

Jakże czę­sto pożą­dał tej broni? Teraz nale­żała do niego, a on odkrył, że wcale go to nie cie­szy. Dali­nar Kho­lin - osza­lały z żalu, zła­many tak bar­dzo, że bitwa go prze­ra­żała - wciąż trzy­mał się życia. Stary przy­ja­ciel Sade­asa był niczym ulu­biony ostro­gar, któ­rego zmu­szony był uśpić, a jed­nak ujrzał go skom­lą­cego pod oknem, gdyż tru­ci­zna nie do końca zadzia­łała.

Co gor­sza, nie mógł się otrzą­snąć z wra­że­nia, że Dali­nar jakimś spo­so­bem go poko­nał.

Drzwi do salonu otwo­rzyły się i do środka wśli­zgnęła się Ialai. Miała cienką szyję i duże usta, nikt ni­gdy nie nazy­wał jej pięk­no­ścią - szcze­gól­nie w miarę upływu czasu. Nie obcho­dziło go to. Ialai była naj­bar­dziej nie­bez­pieczną kobietą, jaką znał, a to czy­niło ją znacz­nie atrak­cyj­niej­szą niż po pro­stu śliczna buźka.

- Widzę, że znisz­czy­łeś mój stół - powie­działa, wpa­tru­jąc się w Ostrze Odpry­sku wbite w śro­dek.

Opa­dła na nie­wielką sofę obok niego, poło­żyła mu rękę na ple­cach i oparła stopy o blat. W obec­no­ści innych była dosko­nałą Ale­thyjką. Pry­wat­nie lubiła się wyle­gi­wać.

- Dali­nar zabrał się za wer­bo­wa­nie - powie­działa. - Wyko­rzy­sta­łam tę oka­zję, by umie­ścić kolej­nych ludzi w jego obo­zie.

- Żoł­nie­rze?

- Za kogo ty mnie masz? To by było zbyt oczy­wi­ste, nowych żoł­nie­rzy będzie uważ­nie obser­wo­wał. Jed­nak w jego służ­bach pomoc­ni­czych poja­wiły się luki, gdy męż­czyźni posłu­chali wezwa­nia, by wzmoc­nić armię.

Sadeas poki­wał głową, wciąż wpa­tru­jąc się w Ostrze. Jego żona kie­ro­wała naj­bar­dziej impo­nu­jącą siatką szpie­gów w obo­zach. Tym bar­dziej impo­nu­jącą, że mało kto o niej wie­dział. Podra­pała go po ple­cach, aż prze­szedł go dreszcz.

- Ogło­sił swoją pro­kla­ma­cję - zauwa­żyła Ialai.

- Ow­szem. Jakie reak­cje?

- Spo­dzie­wane. Inni są wście­kli.

Sadeas poki­wał głową.

- Dali­nar powi­nien zgi­nąć, ale skoro żyje, przy­naj­mniej możemy liczyć, że w swoim cza­sie sam przy­go­tuje sobie pętlę. - Sadeas zmru­żył oczy. - Nisz­cząc go, pró­bo­wa­łem powstrzy­mać roz­pad kró­le­stwa. Teraz zasta­na­wiam się, czy ten upa­dek nie byłby lep­szy dla nas wszyst­kich.

- Co takiego?

- To nie dla mnie, uko­chana - wyszep­tał Sadeas. - Ta głu­pia gra na pła­sko­wy­żach. Z początku mnie zaspo­ka­jała, ale teraz zaczy­nam mieć jej dosyć. Chcę wojny, Ialai. Nie godzin mar­szu z nadzieją na nie­wielką potyczkę!

- Te nie­wiel­kie potyczki zapew­niły nam bogac­two.

I dla­tego zno­sił je tak długo. Wstał.

- Będę się musiał spo­tkać z nie­któ­rymi z pozo­sta­łych. Z Ala­da­rem. Rutha­rem. Musimy pod­sy­cić pło­mie­nie wśród innych arcy­ksią­żąt, wzbu­dzić ich obu­rze­nie tym, co pró­buje zro­bić Dali­nar.

- A jaki jest nasz osta­teczny cel?

- Odzy­skam go, Ialai - powie­dział, doty­ka­jąc dło­nią ręko­je­ści Dawcy Przy­sięgi. - Pod­bój.

Tylko on spra­wiał, że czuł się żywy. Ten wspa­niały Dreszcz bycia na polu bitwy i walki, męż­czy­zna prze­ciw męż­czyź­nie. Ryzy­ko­wa­nia wszyst­kim dla łupu. Domi­na­cji. Zwy­cię­stwa.

Tylko wtedy czuł się znów młody.

Taka była bru­talna prawda. Ale naj­lep­sze prawdy były pro­ste.

Chwy­cił Dawcę Przy­sięgi za ręko­jeść i wyrwał go ze stołu.

- Dali­nar chce się teraz bawić w poli­tyka, co mnie nie zaska­kuje. Zawsze w tajem­nicy chciał być taki jak brat. Na szczę­ście dla nas, nie jest w tym dobry. Jego pro­kla­ma­cja znie­chęci pozo­sta­łych. Zacznie naci­skać arcy­ksią­żąt, a oni pod­niosą broń prze­ciw niemu, dopro­wa­dza­jąc do roz­padu kró­le­stwa. A wtedy, z krwią u stóp i mie­czem Dali­nara w dłoni, z łez i pło­mieni wykuję nowy Ale­th­kar.

- A jeśli jed­nak mu się uda?

- Wtedy, moja droga, przy­da­dzą się twoi skry­to­bójcy. - Ode­słał Ostrze Odpry­sku, które zmie­niło się w mgłę i znik­nęło. - Od nowa pod­biję to kró­le­stwo, a za nim podąży Jah Keved. W końcu celem tego życia jest szko­le­nie żoł­nie­rzy. W pew­nym sen­sie robię to, czego pra­gnie sam Bóg.

* * *

Marsz z koszar do kró­lew­skiego pałacu - który król zaczął nazy­wać Szczy­tem - zaj­mo­wał około godziny, więc Kala­din miał mnó­stwo czasu na myśle­nie. Nie­stety, po dro­dze minął grupkę chi­rur­gów Dali­nara, któ­rzy wraz ze słu­gami zbie­rali sok z guzowca do pro­duk­cji środka odka­ża­ją­cego.

Ich widok spra­wił, że Kala­din pomy­ślał nie tylko o tym, jak sam zbie­rał sok, ale też o ojcu, Liri­nie.

Gdyby tu był, pomy­ślał, mija­jąc ich, zapy­tałby, dla­czego nie jestem tam, razem z chi­rur­gami. Zapy­tałby, dla­czego, skoro Dali­nar przy­jął mnie do sie­bie, nie zażą­da­łem wcie­le­nia do kor­pusu medycz­nego.

W rze­czy samej, Kala­di­nowi pew­nie uda­łoby się skło­nić Dali­nara do zatrud­nie­nia całego mostu czwar­tego jako pomoc­ni­ków chi­rur­gów. Mógłby wyszko­lić ich w sztuce medycz­nej nie­mal rów­nie łatwo, jak w posłu­gi­wa­niu się włócz­nią. Dali­nar by to zro­bił. Dobrych chi­rur­gów zawsze bra­ko­wało.

Nawet o tym nie pomy­ślał. Jego wybór był prost­szy - zostać straż­ni­kami Dali­nara albo opu­ścić obozy. Znów posta­wił swo­ich ludzi na dro­dze burzy. Dla­czego?

W końcu dotarli do kró­lew­skiego pałacu, który wybu­do­wano na zbo­czu kamien­nego wzgó­rza, z tune­lami wydrą­żo­nymi w głębi skały. Kom­naty króla znaj­do­wały się na samym szczy­cie. A to ozna­czało długą wspi­naczkę.

Szli zako­sami, Kala­din wciąż myślał o ojcu i jego obo­wiąz­kach.

- Wiesz, to tro­chę nie­spra­wie­dliwe - powie­dział Moash, gdy dotarli na szczyt.

Kala­din spoj­rzał na pozo­sta­łych i uświa­do­mił sobie, że dyszą z wysiłku. On sam jed­nak nie­świa­do­mie się­gnął do Burzo­wego Świa­tła. Nie miał nawet zadyszki.

Uśmiech­nął się dla Syl i rozej­rzał po obszer­nych kory­ta­rzach Szczytu. Przy wej­ściu straż peł­niło kilku żoł­nie­rzy w nie­bie­sko-zło­tych mun­du­rach Gwar­dii Kró­lew­skiej, osob­nej jed­nostki oddzie­lo­nej od straży Dali­nara.

- Żoł­nie­rzu. - Kala­din ski­nął głową jed­nemu z nich, jasno­okiemu niskiej rangi.

Pod wzglę­dem stop­nia woj­sko­wego, Kala­din prze­wyż­szał kogoś takiego jak ten męż­czy­zna - ale spo­łecz­nie już nie. Po raz kolejny nie był pewien, jak to powinno dzia­łać.

Męż­czy­zna obej­rzał go od góry do dołu.

- Sły­sza­łem, że nie­mal samo­dziel­nie utrzy­ma­łeś most pod napo­rem setek Par­shen­dich. Jak to zro­bi­łeś?

Nie zwró­cił się do Kala­dina "panie", jak powi­nien do każ­dego kapi­tana.

- Chcesz się dowie­dzieć? - wark­nął z tyłu Moash. - Możemy ci poka­zać. Oso­bi­ście.

- Cicho - powie­dział Kala­din i spio­ru­no­wał Moasha wzro­kiem. Znów odwró­cił się do żoł­nie­rza. - Mia­łem szczę­ście i tyle. - Spoj­rzał mu w oczy.

- Pew­nie ma to sens - stwier­dził żoł­nierz.

Kala­din cze­kał.

- Panie - dodał w końcu żoł­nierz.

Kala­din gestem wezwał swo­ich ludzi i razem minęli jasno­okich straż­ni­ków. Wnę­trze pałacu oświe­tlały kule zebrane w lam­pach na ścia­nach - sza­firy i dia­menty zmie­szane razem, ema­nu­jące biało-nie­bie­skim bla­skiem. Kule były małym, lecz ude­rza­ją­cym przy­po­mnie­niem, jak wszystko się zmie­niło. Mosto­wym nikt by nie pozwo­lił się zbli­żyć do tak swo­bod­nie uży­wa­nych kul.

Kala­din wciąż nie naj­le­piej znał Szczyt - jak na razie głów­nie strzegł Dali­nara w jego obo­zie. Zapo­znał się jed­nak z mapami, więc wie­dział, jak dotrzeć na samą górę.

- Dla­czego mi tak prze­rwa­łeś? - spy­tał Moash, dogo­niw­szy Kala­dina.

- Popeł­ni­łeś błąd - odparł Kala­din. - Teraz jesteś żoł­nie­rzem, Moashu, i tak się musisz zacho­wy­wać. A to ozna­cza koniec z pro­wo­ko­wa­niem bójek.

- Nie zamie­rzam się płasz­czyć i kła­niać jasno­okim, Kal. Już nie.

- Nie ocze­kuję, że będziesz się płasz­czył, ale spo­dzie­wam się, że będziesz trzy­mał język za zębami. Most czwarty jest ponad małost­kowe przy­tyki i groźby.

Moash się cof­nął, ale Kala­din widział, że wciąż się w nim gotuje.

- To dziwne - powie­działa Syl, znów lądu­jąc na ramie­niu Kala­dina. - Wygląda na wście­kłego.

- Kiedy prze­ją­łem dowo­dze­nie nad mosto­wymi - odpo­wie­dział cicho męż­czy­zna - byli zwie­rzę­tami w klatce, które biciem zmu­szono do posłu­szeń­stwa. Przy­wró­ci­łem im wolę walki, ale wciąż byli w klatce. Teraz drzwi się otwo­rzyły. Minie tro­chę czasu, nim Moash i pozo­stali się przy­zwy­czają.

Spo­dzie­wał się, że to zro­bią. W ciągu ostat­nich tygo­dni bycia mosto­wymi nauczyli się pre­cy­zji i zdy­scy­pli­no­wa­nia żoł­nie­rzy. Stali na bacz­ność, gdy ich oprawcy masze­ro­wali po mostach, i ani sło­wem nie wyra­żali swo­jej pogardy. Ich dys­cy­plina stała się ich bro­nią. Nauczą się, jak być praw­dzi­wymi żoł­nie­rzami. Nie, byli praw­dzi­wymi żoł­nie­rzami. Teraz musieli się nauczyć, jak się zacho­wy­wać bez uci­sku Sade­asa, któ­remu musieli się opie­rać.

Moash znów pod­szedł do niego.

- Prze­pra­szam - powie­dział cicho. - Mia­łeś rację.

Kala­din się uśmiech­nął, tym razem szcze­rze.

- Nie będę uda­wał, że nie czuję do nich nie­na­wi­ści - mówił dalej Moash. - Ale będę uprzejmy. Mamy swoje obo­wiązki. Wypeł­nimy je dobrze. Lepiej, niż kto­kol­wiek się spo­dziewa. Jeste­śmy mostem czwar­tym.

- Dobra robota - powie­dział Kala­din.

Moash był szcze­gól­nie trud­nym przy­pad­kiem, gdyż Kala­din coraz czę­ściej mu się zwie­rzał. Więk­szość pozo­sta­łych ide­ali­zo­wała Kala­dina. Nie Moash, który sta­wał się dla niego pierw­szym przy­ja­cie­lem od cza­sów napięt­no­wa­nia.

W miarę zbli­ża­nia się do kró­lew­skiej sali narad, kory­tarz sta­wał się coraz bar­dziej ozdobny. Ściany zdo­biły nawet pła­sko­rzeźby - Herol­do­wie, z umiesz­czo­nymi w odpo­wied­nich miej­scach klej­no­tami, które ema­no­wały bla­skiem.

Coraz bar­dziej przy­po­mina mia­sto, pomy­ślał Kala­din. Wkrótce to miej­sce może się stać praw­dzi­wym pała­cem.

Spo­tkał się z Bli­zną i jego ludźmi przy drzwiach do kró­lew­skiej sali narad.

- Raport - powie­dział cicho.

- Spo­kojny ranek - odparł Bli­zna. - Co mi nie prze­szka­dza.

- W takim razie masz wolną resztę dnia - stwier­dził Kala­din. - Ja zostanę tu na czas spo­tka­nia, Moash przej­mie popo­łu­dniową zmianę. Wrócę na wie­czór. Wy się prze­śpij­cie, wró­ci­cie na dzi­siej­szą noc, aż do rana.

- Rozu­miem, panie - powie­dział Bli­zna i zasa­lu­to­wał. Zgro­ma­dził swo­ich ludzi i odszedł.

Salę za drzwiami zdo­bił duże, pozba­wione okien­nic okna po zawietrz­nej i gruby dywan. Kala­din ni­gdy nie był w tym pomiesz­cze­niu, a mapy pałacu - dla bez­pie­czeń­stwa króla - zawie­rały jedy­nie zarys pod­sta­wo­wych kory­ta­rzy i dróg pro­wa­dzą­cych przez kwa­tery służby. Ta sala miała jesz­cze jedne drzwi, pro­wa­dzące naj­pew­niej na bal­kon, ale żad­nych innych wejść poza tym, przez które wszedł Kala­din.

Za drzwiami stali dwaj kolejni straż­nicy w nie­bie­sko-zło­tych mun­du­rach. Sam król spa­ce­ro­wał przed biur­kiem. Nos miał więk­szy niż na obra­zach.

Dali­nar roz­ma­wiał z lady Navani, ele­gancką, siwie­jącą kobietą. Skan­da­liczny zwią­zek wuja i matki króla byłby głów­nym tema­tem roz­mów w obo­zie, gdyby nie przy­ćmiła go zdrada Sade­asa.

- Moash - powie­dział Kala­din, poka­zu­jąc pal­cem. - Sprawdź, dokąd pro­wa­dzą te drzwi. Mart i Eth, stań­cie na straży na kory­ta­rzu, tuż za drzwiami. Nikt poza jed­nym z arcy­ksią­żąt nie może wejść do środka bez naszego pozwo­le­nia.

Moash nie ukło­nił się kró­lowi, lecz mu zasa­lu­to­wał, i spraw­dził drzwi. Rze­czy­wi­ście pro­wa­dziły na bal­kon, który Kala­din widział z dołu. Biegł wzdłuż całej sali na szczy­cie.

Dali­nar przy­glą­dał się Kala­di­nowi i Moashowi przy pracy. Kala­din zasa­lu­to­wał i spoj­rzał męż­czyź­nie w oczy. Nie zamie­rzał znów zawieść, jak poprzed­niej nocy.

- Nie roz­po­znaję tych straż­ni­ków, wuju - powie­dział król z iry­ta­cją.

- Są nowi - odparł Dali­nar. - Na ten bal­kon nie ma innego wej­ścia, żoł­nie­rzu. Znaj­duje się na wyso­ko­ści stu stóp.

- Dobrze wie­dzieć - stwier­dził Kala­din. - Drehy, dołącz do Moasha na bal­ko­nie, zamknij­cie drzwi i peł­nij­cie straż.

Drehy ski­nął głową i odszedł.

- Wła­śnie powie­dzia­łem, że na ten bal­kon nie można się dostać z zewnątrz - powie­dział Dali­nar.

- W takim razie tak wła­śnie pró­bo­wał­bym dostać się do środka, gdy­bym chciał to zro­bić - stwier­dził Kala­din.

Na twa­rzy Dali­nara poja­wił się uśmiech roz­ba­wie­nia.

Król jed­nak poki­wał głową.

- Dobrze... dobrze.

- Czy są jakieś inne wej­ścia do tej sali, Wasza Wyso­kość? - spy­tał Kala­din. - Tajemne przej­ścia?

- Gdyby ist­niały - odparł król - nie chciał­bym, żeby ludzie o nich wie­dzieli.

- Moi ludzie nie mogą zapew­nić wam bez­pie­czeń­stwa, jeśli nie wiemy, czego mamy pil­no­wać. Jeśli ist­nieją jakieś przej­ścia, o któ­rych nikt nie powi­nien wie­dzieć, natych­miast stają się podej­rzane. Jeśli podzie­li­cie się ze mną wie­dzą o ich ist­nie­niu, będą ich strzec jedy­nie moi ofi­ce­ro­wie.

Król przez chwilę wpa­try­wał się w Kala­dina, po czym odwró­cił się do Dali­nara.

- Podoba mi się. Dla­czego wcze­śniej nie zro­bi­łeś go dowódcą?

- Nie mia­łem oka­zji - stwier­dził Dali­nar i wpa­trzył się w Kala­dina oczyma, które miały w sobie głę­bię. Cię­żar. Pod­szedł bli­żej, poło­żył mu dłoń na ramie­niu i odcią­gnął go na bok.

- Zacze­kaj - powie­dział z tyłu król - czy to insy­gnia kapi­tana? U ciem­no­okiego? Od kiedy tak się dzieje?

Dali­nar nie odpo­wie­dział, jedy­nie odpro­wa­dził Kala­dina na bok.

- Król - powie­dział cicho - bar­dzo się przej­muje skry­to­bój­cami. Powi­nie­neś to wie­dzieć.

- Zdrowa para­noja uła­twia pracę straż­ni­kom, panie - stwier­dził Kala­din.

- Nie powie­dzia­łem, że jest zdrowa. Mówisz mi "panie". Zwy­cza­jo­wym zwro­tem grzecz­no­ścio­wym jest "oświe­cony".

- Będę go uży­wać, jeśli tak roz­ka­że­cie, panie. - Kala­din spoj­rzał mu w oczy. - Ale "panie" to sto­sowny zwrot, nawet w odnie­sie­niu do jasno­okiego, jeśli jest on bez­po­śred­nim prze­ło­żo­nym.

- Jestem arcy­księ­ciem.

- Jeśli mam być szczery - powie­dział Kala­din. Nie popro­sił o pozwo­le­nie. Ten męż­czy­zna dał mu okre­ślone sta­no­wi­sko, więc Kala­din zakła­dał, że łączą się z nim rów­nież pewne przy­wi­leje. - Każdy męż­czy­zna, któ­rego nazy­wa­łem "oświe­co­nym", zdra­dził mnie. Nie­licz­nych, któ­rym mówi­łem "panie", po dziś dzień darzę zaufa­niem. Tego dru­giego uży­wam z więk­szym sza­cun­kiem niż tego pierw­szego. Panie.

- Dziwny jesteś, synu.

- Ci nor­malni leżą mar­twi w roz­pa­dli­nach - powie­dział cicho Kala­din. - Sadeas się o to zatrosz­czył.

- Cóż, niech twoi ludzie na bal­ko­nie staną dalej, żeby nie mogli pod­słu­chi­wać przez okna.

- W takim razie zacze­kam na kory­ta­rzu - stwier­dził Kala­din, zauwa­żyw­szy, że dwaj żoł­nie­rze Gwar­dii Kró­lew­skiej już wyszli.

- Nie wyda­łem takiego roz­kazu - powie­dział Dali­nar. - Strzeż wej­ścia, ale od środka. Chciał­bym, żebyś sły­szał, co pla­nu­jemy, ale nie powta­rzaj tego na zewnątrz.

- Tak, panie.

- Na spo­tka­nie przy­cho­dzą jesz­cze cztery osoby - wyja­śnił Dali­nar. - Moi syno­wie, gene­rał Khal i jasność Teshav, żona Khala. Oni mogą wejść. Wszy­scy inni mają cze­kać na zewnątrz do zakoń­cze­nia spo­tka­nia.

Dali­nar wró­cił do roz­mowy z matką króla. Kala­din usta­wił Moasha i Drehy'ego na wła­ści­wym miej­scu, po czym wyja­śnił pro­to­kół Mar­towi i Ethowi. Posta­no­wił póź­niej prze­pro­wa­dzić szko­le­nie. Kiedy jasno­ocy mówili "nie wpusz­czaj­cie nikogo innego", wcale tak nie myśleli. W rze­czy­wi­sto­ści mówili "Jeśli wpu­ścisz kogoś innego, lepiej, żebym się zgo­dził, że to było naprawdę ważne, bo ina­czej będziesz miał kło­poty".

Póź­niej Kala­din sta­nął przed zamknię­tymi drzwiami, oparty o ścianę zdo­bioną rzeź­bioną boaze­rią z rzad­kiego drewna, któ­rego nie roz­po­zna­wał. Pew­nie jest warte wię­cej niż zaro­bi­łem przez całe życie, pomy­ślał. Jedna deska.

Przy­byli syno­wie arcy­księ­cia, Ado­lin i Rena­rin Kho­lin. Kala­din widział tego pierw­szego na polu bitwy, choć bez Pan­ce­rza Odpry­sku wyglą­dał ina­czej. Mniej impo­nu­jąco. Bar­dziej jak roz­pusz­czony bogaty chło­piec. Och, nosił mun­dur jak wszy­scy pozo­stali, ale guziki były gra­we­ro­wane, a buty... bar­dzo cenna para, ze świń­skiej skóry, bez choćby dra­śnię­cia. Nowiut­kie, pew­nie kupione za absur­dalną cenę.

Ale ura­to­wał tamtą kobietę na targu, pomy­ślał Kala­din, przy­po­mi­na­jąc sobie spo­tka­nie sprzed tygo­dni. Nie zapo­mi­naj o tym.

Nie wie­dział, co myśleć o Rena­ri­nie. Mło­dzie­niec - mógł być star­szy od Kala­dina, ale z pew­no­ścią na to nie wyglą­dał - nosił oku­lary i podą­żał za bra­tem jak cień. Te szczu­płe koń­czyny i deli­katne palce nie znały bitwy ani praw­dzi­wej pracy.

Syl krą­żyła po sali, zaglą­da­jąc we wszel­kie zaka­marki i wazony. Zatrzy­mała się przy przy­ci­sku do papieru, który leżał na kobie­cym biurku usta­wio­nym obok krze­sła króla, i zaczęła trą­cać krysz­ta­łowy blok z uwię­zio­nym wewnątrz dziw­nym stwo­rem przy­po­mi­na­ją­cym kraba. Czy to były skrzy­dła?

- Czy ten tutaj nie powi­nien zacze­kać na zewnątrz? - spy­tał Ado­lin, wska­zu­jąc na Kala­dina.

- To, co robimy, sprawi, że znajdę się w bez­po­śred­nim nie­bez­pie­czeń­stwie - stwier­dził Dali­nar, spla­ta­jąc ręce za ple­cami. - Chcę, żeby znał szcze­góły. Może mu się to przy­dać w pracy. - Mówiąc, nie patrzył na Ado­lina ani Kala­dina.

Ado­lin pod­szedł do ojca, wziął go za ramię i ode­zwał się przy­ci­szo­nym gło­sem, ale nie na tyle cicho, by Kala­din go nie usły­szał.

- Nie­mal go nie znamy.

- Komuś musimy zaufać, Ado­li­nie - odpo­wie­dział Dali­nar. - Jeśli w tej armii jest choć jedna osoba, która z pew­no­ścią nie pra­cuje dla Sade­asa, to jest nią ten żoł­nierz.

Odwró­cił się i spoj­rzał na Kala­dina, znów mie­rząc go wzro­kiem.

Nie widział mnie z Burzo­wym Świa­tłem, powie­dział sobie Kala­din z naci­skiem. Był pra­wie nie­przy­tomny. Nie wie.

A może?

Ado­lin uniósł ręce, ale prze­szedł na drugą stronę sali i mruk­nął coś do brata. Kala­din pozo­stał na miej­scu, sto­jąc swo­bod­nie z lekko roz­sta­wio­nymi nogami i rękoma za ple­cami.

Tak, zde­cy­do­wa­nie roz­pusz­czony.

Gene­rał, który poja­wił się wkrótce, był zwin­nym, łysym męż­czy­zną o bla­do­żół­tych oczach. Jego żona, Teshav, miała ścią­gniętą twarz i blond pasma we wło­sach. Zajęła miej­sce za biur­kiem do pisa­nia, do któ­rego Navani nawet się nie zbli­żyła.

- Raport - powie­dział Dali­nar, gdy za tą dwójką zamknęły się drzwi.

- Pew­nie wie­cie, co usły­szy­cie, oświe­cony - odparła Teshav. - Są wzbu­rzeni. Szcze­rze liczyli, że prze­my­śli­cie roz­kaz... a ogło­sze­nie go publicz­nie spro­wo­ko­wało ich. Arcy­książę Hatham jako jedyny wydał oświad­cze­nie. Pla­nuje, cytuję: "upew­nić się, że król zosta­nie odwie­dziony od tego lek­ko­myśl­nego i nie­prze­my­śla­nego posu­nię­cia".

Król wes­tchnął i usiadł. Rena­rin rów­nież natych­miast zajął miej­sce, podob­nie jak gene­rał. Ado­lin zro­bił to z więk­szą nie­chę­cią.

Dali­nar wciąż stał i wyglą­dał przez okno.

- Wuju? - spy­tał król. - Sły­sza­łeś o tej reak­cji? Dobrze, że nie posu­ną­łeś się tak daleko, jak roz­wa­ża­łeś, i nie ogło­si­łeś, że muszą kie­ro­wać się Kodek­sem albo czeka ich ode­bra­nie majątku. To by się skoń­czyło otwar­tym bun­tem.

- Na to przyj­dzie pora - stwier­dził Dali­nar. - Wciąż się zasta­na­wiam, czy nie powi­nie­nem ogło­sić wszyst­kiego naraz. Kiedy trafi cię strzała, cza­sem lepiej wyrwać ją w cało­ści jed­nym pocią­gnię­ciem.

Wła­ści­wie, kiedy kogoś tra­fiła strzała, naj­le­piej było zosta­wić ją w miej­scu do czasu zna­le­zie­nia chi­rurga. Czę­sto zatrzy­my­wała upływ krwi i utrzy­my­wała ran­nego przy życiu. Jed­nak pew­nie lepiej się nie odzy­wać, by nie pod­wa­żać meta­fory arcy­księ­cia.

- Na burze, co za paskudny obraz - powie­dział król, ocie­ra­jąc twarz chu­s­teczką. - Naprawdę musisz mówić takie rze­czy, wuju? I tak już się oba­wiam, że przed koń­cem tygo­dnia będziemy mar­twi.

- Z twoim ojcem prze­ży­li­śmy gor­sze rze­czy - sprze­ci­wił się Dali­nar.

- Wtedy mie­li­ście sojusz­ni­ków! Trzech arcy­ksią­żąt za wami, tylko sze­ściu prze­ciwko, a ni­gdy nie wal­czy­li­ście ze wszyst­kimi razem.

- Jeśli arcy­ksią­żęta zjed­no­czą się prze­ciwko nam - powie­dział gene­rał Khal - nie utrzy­mamy się. Nie będziemy mieli wyboru, jak tylko uchy­lić pro­kla­ma­cję, co znacz­nie osłabi koronę.

Król odchy­lił się do tyłu i uniósł dłoń do czoła.

- Jeze­re­zehu, to będzie kata­strofa...

Kala­din uniósł brew.

- Nie zga­dzasz się? - spy­tała Syl, zbli­ża­jąc się do niego w postaci kłębu wiru­ją­cych liści.

Wytrą­cało go z rów­no­wagi, kiedy jej głos dobie­gał z takich kształ­tów. Pozo­stali oczy­wi­ście nie mogli jej widzieć ani sły­szeć.

- Nie - wyszep­tał Kala­din. - Ta pro­kla­ma­cja brzmi jak praw­dziwa burza. Po pro­stu nie spo­dzie­wa­łem się, że król będzie taki... no, marudny.

- Musimy zna­leźć sojusz­ni­ków - powie­dział Ado­lin. - Stwo­rzyć koali­cję. Sadeas będzie miał swoją, a my musimy mu prze­ciw­sta­wić swoją.

- I podzie­lić kró­le­stwo na dwoje? - spy­tała Teshav. - Wojna domowa nie posłuży koro­nie. Zwłasz­cza że mało praw­do­po­dobne, byśmy zwy­cię­żyli.

- To mógłby być koniec Ale­th­karu jako kró­le­stwa - zgo­dził się gene­rał.

- Ale­th­kar jako kró­le­stwo skoń­czył się przed wie­kami - powie­dział cicho Dali­nar, wyglą­da­jąc przez okno. - To coś, co stwo­rzy­li­śmy, nie jest Ale­th­karem. Ale­th­kar był spra­wie­dli­wo­ścią. My jeste­śmy dziećmi, które wło­żyły płaszcz ojca.

- Ależ wuju - sprze­ci­wił się król - przy­naj­mniej to kró­le­stwo jest czymś. Czymś wię­cej niż przez całe stu­le­cia! Jeśli tu zawie­dziemy i podzie­limy się na dzie­sięć wal­czą­cych księstw, będzie to prze­ci­wień­stwem wszyst­kiego, co chciał osią­gnąć mój ojciec!

- To nie jest coś, co chciał osią­gnąć twój ojciec - stwier­dził Dali­nar. - Ta gra na Strza­ska­nych Rów­ni­nach, ta przy­pra­wia­jąca o mdło­ści poli­tyczna farsa. Nie to wyobra­żał sobie Gavi­lar. Nad­cho­dzi Wieczna Burza...

- Co takiego? - spy­tał król.

Dali­nar w końcu odwró­cił się od okna, pod­szedł do pozo­sta­łych i oparł dłoń na ramie­niu Navani.

- Znaj­dziemy spo­sób, by to zro­bić, albo po dro­dze znisz­czymy kró­le­stwo. Dłu­żej nie zniosę tej farsy.

Kala­din zało­żył ręce na piersi i postu­kał pal­cem w łokieć.

- Dali­nar zacho­wuje się, jakby był kró­lem - wyszep­tał tak cicho, że tylko Syl go sły­szała. - I wszy­scy inni też tak go trak­tują.

Nie­po­ko­jące. Tak postę­po­wał Ama­ram. Się­gał po wła­dzę, którą widział przed sobą, nawet jeśli nie nale­żała do niego.

Navani spoj­rzała na Dali­nara i unio­sła dłoń, by dotknąć jego dłoni. Oce­nia­jąc po tym geście, wie­działa, na czym polega jego plan.

Król nie. Wes­tchnął lekko.

- Wyraź­nie widać, że masz plan, wuju. I co? Mów. To prze­cią­ga­nie jest męczące.

- Tak naprawdę chciał­bym pobić ich wszyst­kich do nie­przy­tom­no­ści - powie­dział szcze­rze Dali­nar. - To wła­śnie robi­łem z nowymi rekru­tami, któ­rzy nie chcieli słu­chać roz­ka­zów.

- Sądzę, że miał­byś pro­blem, by biciem zmu­sić arcy­ksią­żąt do posłu­szeń­stwa - powie­dział oschle król. Z nie­wia­do­mego powodu poma­so­wał w zamy­śle­niu pierś.

- Musi­cie ich roz­broić - powie­dział Kala­din, zaska­ku­jąc tym samego sie­bie.

Wszy­scy popa­trzyli na niego. Jasność Teshav spoj­rzała na niego z krzywą miną, jakby nie miał prawa się ode­zwać. I pew­nie miała rację.

Dali­nar jed­nak ski­nął w jego stronę.

- Żoł­nie­rzu? Masz jakąś suge­stię?

- Pro­szę o wyba­cze­nie, panie - powie­dział Kala­din. - I pro­szę o wyba­cze­nie, Wasza Wyso­kość. Ale jeśli jakiś oddział spra­wia pro­blemy, naj­pierw roz­dziela się jego człon­ków, prze­nosi każ­dego z osobna do lep­szych oddzia­łów. Tutaj nie da się tego zro­bić.

- Nie wiem, jak mogli­by­śmy roz­dzie­lić arcy­ksią­żąt - powie­dział Dali­nar. - Wąt­pię, bym mógł powstrzy­mać ich przed kon­tak­tami. Być może, gdy­by­śmy zwy­cię­żyli w tej woj­nie, mógł­bym przy­dzie­lić każ­demu z arcy­ksią­żąt inne obo­wiązki, ode­słać ich i popra­co­wać nad każ­dym z osobna. Ale na razie jeste­śmy tu uwię­zieni.

- Cóż, drugą rze­czą, którą można zro­bić ze spra­wia­ją­cymi pro­blemy - stwier­dził Kala­din - jest roz­bro­je­nie ich. Łatwiej nad nimi zapa­no­wać, jeśli zmusi się ich do odda­nia włóczni. To zawsty­dza­jące, spra­wia, że czują się jak rekruci. Czyli... może mogli­by­ście ode­brać im woj­ska? - Oba­wiam się, że nie możemy - odparł Dali­nar. - Żoł­nie­rze przy­się­gają lojal­ność swoim jasno­okim, nie koro­nie, jedy­nie arcy­ksią­żęta skła­dają przy­sięgę koro­nie. Jed­nak dobrze myślisz.

Ści­snął ramię Navani.

- Przez ostat­nie dwa tygo­dnie - stwier­dził. - pró­bo­wa­łem zade­cy­do­wać, jak podejść do tego pro­blemu. Instynkt pod­po­wiada mi, że należy potrak­to­wać arcy­ksią­żąt - wszyst­kich jasno­okich Ale­th­karu - jak świe­żych rekru­tów, któ­rych należy zdy­scy­pli­no­wać.

- Przy­szedł do mnie i roz­ma­wia­li­śmy - mówiła dalej Navani. - Nie możemy tak naprawdę zde­gra­do­wać arcy­ksią­żąt do poziomu, na któ­rym będziemy mogli nad nimi zapa­no­wać, choć Dali­nar bar­dzo by tego pra­gnął. Musimy więc spra­wić, by uwie­rzyli, że jeśli się nie ustat­kują, odbie­rzemy im wszystko.

- Ta pro­kla­ma­cja ich roz­wście­czy - powie­dział Dali­nar. - Chcę, żeby byli wście­kli. Chcę, żeby myśleli o woj­nie, swoim miej­scu tutaj i chcę przy­po­mnieć im o zama­chu na Gavi­lara. Jeśli uda mi się skło­nić ich, by zaczęli dzia­łać bar­dziej jak żoł­nie­rze, nawet jeśli ozna­cza to się­gnię­cie za broń prze­ciwko mnie, to może uda mi się ich prze­ko­nać. Umiem roz­ma­wiać z żoł­nie­rzami. Tak czy ina­czej, dużą rolę ode­gra groźba, że odbiorę im całą wła­dzę i siłę, jeśli nie będą jej wła­ści­wie wyko­rzy­sty­wać. A wszystko zacznie się od, jak zasu­ge­ro­wał kapi­tan Kala­din, roz­bro­je­nia ich.

- Roz­broić arcy­ksią­żąt? - spy­tał król. - Cóż to za sza­leń­stwo?

- To nie sza­leń­stwo - odparł z uśmie­chem Dali­nar. - Nie odbie­rzemy im armii, ale możemy zro­bić coś innego. Ado­li­nie, zamie­rzam zdjąć kłódkę z two­jego mie­cza.

Ado­lin zmarsz­czył z namy­słem czoło, po czym na jego twa­rzy poja­wił się sze­roki uśmiech.

- To zna­czy, pozwo­lisz mi się znowu poje­dyn­ko­wać? Naprawdę?

- Tak - powie­dział Dali­nar. Odwró­cił się do króla. - Przez bar­dzo długi czas nie pozwa­la­łem mu wal­czyć, gdyż Kodeks zaka­zuje poje­dyn­ków mię­dzy ofi­ce­rami pod­czas wojny. Coraz bar­dziej docho­dzę jed­nak do wnio­sku, że inni nie uwa­żają, iż pro­wa­dzą wojnę. Bawią się. Czas, by pozwo­lić Ado­li­nowi na ofi­cjalne poje­dynki z innymi Odpry­sko­wymi.

- Aby mógł ich upo­ko­rzyć? - spy­tał król.

- Tu nie cho­dzi o upo­ko­rze­nie, ale o pozba­wie­nie ich Odpry­sków. - Dali­nar sta­nął mię­dzy sie­dzą­cymi na krze­słach. - Arcy­ksią­żęta mie­liby pro­blem, by z nami wal­czyć, gdy­by­śmy pano­wali nad wszyst­kimi Pan­ce­rzami i Ostrzami Odpry­sku w armii. Ado­li­nie, chciał­bym, żebyś wyzy­wał Odpry­sko­wych innych arcy­ksią­żąt na hono­rowe poje­dynki, z nagrodą w postaci samego Odpry­sku.

- Nie zgo­dzą się na to - stwier­dził gene­rał Khal. - Odmó­wią.

- Musimy się upew­nić, że się zgo­dzą - powie­dział Dali­nar. - Zna­leźć spo­sób, by ich zmu­sić albo zawsty­dzić, by zgo­dzili się na poje­dynki. Byłoby to łatwiej­sze, gdy­by­śmy mogli wyśle­dzić, gdzie znik­nął Tref­niś.

- A co się sta­nie, jeśli chło­pak prze­gra? - spy­tał gene­rał Khal. - Ten plan wydaje się zbyt nie­prze­wi­dy­walny.

- Zoba­czymy - powie­dział Dali­nar. - To tylko część tego, co zro­bimy, mniej­sza, ale też naj­bar­dziej widoczna. Ado­li­nie, wszy­scy powta­rzają mi, jak dobrze się poje­dyn­ku­jesz, a ty sam cią­gle mnie zadrę­cza­łeś, żebym zła­go­dził zakaz. W armii jest trzy­dzie­stu Odpry­sko­wych, nie licząc moich. Czy uda ci się poko­nać tak wielu męż­czyzn?

- Czy uda mi się? - powtó­rzył Ado­lin z uśmie­chem. - Nawet się nie spocę, jeśli tylko będę mógł zacząć od samego Sade­asa.

Jest roz­pusz­czony i pewny sie­bie, pomy­ślał Kala­din.

- Nie - stwier­dził Dali­nar. - Sadeas nie przyj­mie wyzwa­nia, choć naszym osta­tecz­nym celem jest dopro­wa­dze­nie do jego upadku. Zaczniemy od pomniej­szych Odpry­sko­wych i będziemy piąć się w górę ku niemu.

Pozo­stali wyda­wali się zanie­po­ko­jeni, w tym jasność Navani, która zaci­snęła wargi i spoj­rzała na Ado­lina. Mogła być zwo­len­niczką planu Dali­nara, ale nie podo­bała jej się myśl o poje­dyn­kach bra­tanka.

Nie wypo­wie­działa wąt­pli­wo­ści na głos.

- Jak powie­dział Dali­nar - stwier­dziła - to nie jest cały nasz plan. Miejmy nadzieję, że poje­dynki Ado­lina nie zajdą zbyt daleko. Ich celem jest jedy­nie wzbu­dze­nie nie­po­koju i stra­chu, wywar­cie naci­sku na pewne frak­cje dzia­ła­jące prze­ciwko nam. Więk­szą czę­ścią naszego zada­nia jest kom­plek­sowy i zde­cy­do­wany wysi­łek poli­tyczny, by nawią­zać kon­takt z tymi, któ­rzy mogą sta­nąć po naszej stro­nie.

- Razem z Navani posta­ramy się prze­ko­nać arcy­ksią­żąt, że zjed­no­czony Ale­th­kar ma swoje zalety - powie­dział Dali­nar, kiwa­jąc głową. - Choć Ojciec Burz wie, że mniej wie­rzę w swoją poli­tyczną prze­ni­kli­wość, niż Ado­lin w swoje umie­jęt­no­ści. Tak musi być. Jeśli Ado­lin jest kijem, to ja piór­kiem.

- Poja­wią się skry­to­bójcy, wuju - ode­zwał się Elho­kar zmę­czo­nym gło­sem. - Wąt­pię, by Khal miał rację, nie sądzę, by Ale­th­kar od razu się roz­padł. Arcy­ksią­żę­tom spodo­bała się idea jed­nego kró­le­stwa. Ale lubią też swoje roz­rywki, zabawę, serca klej­no­tów. Wyślą więc skry­to­bój­ców. Z początku po cichu i pew­nie nie­zwró­co­nych bez­po­śred­nio prze­ciwko tobie czy mnie. Prze­ciwko naszym rodzi­nom. Sadeas i pozo­stali spró­bują nas zra­nić, skło­nić nas do wyco­fa­nia się. Chcesz zary­zy­ko­wać życie swo­ich synów? A mojej matki?

- Tak, masz rację - przy­znał Dali­nar. - Nie pomy­śla­łem... ale tak. Tak wła­śnie myślą.

Kala­di­nowi wyda­wało się, że sły­szy w jego gło­sie żal.

- I na­dal zamie­rzasz zre­ali­zo­wać swój plan? - spy­tał król.

- Nie mam wyboru - odparł Dali­nar, odwró­cił się i wró­cił do okna. Spoj­rzał na zachód, w głąb lądu.

- W takim razie powiedz mi, jaki jest twój osta­teczny cel, wuju? Co chcesz przez to wszystko osią­gnąć? Za rok, jeśli prze­ży­jemy tę kata­strofę, czym mamy być?

Dali­nar oparł dło­nie na gru­bym kamien­nym para­pe­cie. Wyglą­dał na zewnątrz, jakby widział coś, czego nie mogli zoba­czyć pozo­stali.

- Chcę, byśmy byli tym, czym byli­śmy wcze­śniej, synu. Kró­le­stwem, które prze­trwa burze, kró­le­stwem, które jest świa­tłem, a nie ciem­no­ścią. Stwo­rzę w pełni zjed­no­czony Ale­th­kar, z lojal­nymi i spra­wie­dli­wymi arcy­ksią­żę­tami. I wię­cej jesz­cze. - Postu­kał w para­pet. - Zamie­rzam przy­wró­cić Świe­tli­stych Ryce­rzy.

Kala­din z zasko­cze­nia nie­mal upu­ścił włócz­nię. Całe szczę­ście nikt na niego nie patrzył, wszy­scy zerwali się na równe nogi i gapili się na Dali­nara.

- Świe­tli­ści? - spy­tała jasność Teshav. - Osza­le­li­ście? Chce­cie odbu­do­wać sektę zdraj­ców, która oddała nas w ręce Pust­kow­ców?

- Cała reszta brzmi nie­źle, ojcze. - Ado­lin wystą­pił naprzód. - Wiem, że dużo myślisz o Świe­tli­stych, ale postrze­gasz ich... ina­czej niż wszy­scy. Nie spodoba się, jeśli ogło­sisz, że zamie­rzasz ich naśla­do­wać.

Król jedy­nie jęk­nął, ukry­wa­jąc twarz w dło­niach.

- Ludzie się mylą - powie­dział Dali­nar. - A nawet jeśli nie, pier­wotni Świe­tli­ści, ci utwo­rzeni przez Herol­dów, na początku byli moralni i spra­wie­dliwi, co przy­znaje nawet Kościół voriń­ski. Musimy przy­po­mnieć ludziom, że Świe­tli­ści Ryce­rze jako zakon byli sym­bo­lem cze­goś wspa­nia­łego. Gdyby tak nie było, nie mogliby "upaść", jak twier­dzą opo­wie­ści.

- Ale dla­czego? - spy­tał Elho­kar. - Jaki to ma sens?

- Muszę to zro­bić. - Dali­nar zawa­hał się. - Nie jestem jesz­cze do końca pewien, dla­czego. Po pro­stu dosta­łem takie pole­ce­nie. Jako ochronę i przy­go­to­wa­nie na to, co nad­cho­dzi. Jakąś burzę. Może cho­dzi o coś tak pro­stego jak arcy­ksią­żęta jed­no­czący się prze­ciwko nam. Wąt­pię w to, ale być może.

- Ojcze - powie­dział Ado­lin, kła­dąc dłoń na ramie­niu Dali­nara. - Wszystko pięk­nie i może uda ci się zmie­nić spo­sób, w jaki ludzie postrze­gają Świe­tli­stych, ale... na duszę Ishara, ojcze! Oni robili rze­czy, któ­rych my nie umiemy. Nazwa­nie kogoś Świe­tli­stym nie da mu cudow­nych mocy, jak w opo­wie­ściach.

- W Świe­tli­stych cho­dzi o wię­cej niż tylko to, czego mogli doko­nać - sprze­ci­wił się Dali­nar. - Cho­dzi o ideał. Ideał, jakiego w dzi­siej­szych cza­sach nam bra­kuje. Może nie uda nam się się­gnąć po sta­ro­żytne Wią­za­nie Mocy, to zna­czy ich moce, ale możemy naśla­do­wać Świe­tli­stych w innych aspek­tach. Jestem zde­cy­do­wany. Nie pró­buj mi tego wyper­swa­do­wać.

Inni nie wyda­wali się prze­ko­nani.

Kala­din zmru­żył oczy. Dali­nar wie­dział o jego mocach czy nie? Zgro­ma­dzeni zajęli się bar­dziej przy­ziem­nymi tema­tami, jak skło­nić Odpry­sko­wych do poje­dyn­ko­wa­nia się z Ado­li­nem i jak wzmóc patrole w oko­licy. Dali­nar uznał, że zapew­nie­nie bez­pie­czeń­stwa obo­zom jest nie­zbęd­nym ele­men­tem tego, co zamie­rzał.

Kiedy spo­tka­nie wresz­cie dobie­gło końca, więk­szość zebra­nych wyszła, by wypeł­nić roz­kazy. Kala­din wciąż roz­wa­żał słowa Dali­nara o Świe­tli­stych. Tam­ten oczy­wi­ście nie miał o tym poję­cia, ale przy­pad­kiem użył sto­sow­nego słowa. Świe­tli­ści Ryce­rze mieli ide­ały - i tak je wła­śnie nazy­wali. Pięć Ide­ałów, Nie­śmier­telne Słowa.

Życie ponad śmier­cią, pomy­ślał Kala­din, bawiąc się kulą, którą wycią­gnął z kie­szeni, siła ponad sła­bo­ścią, podróż ponad celem.

Te Słowa two­rzyły całość Pierw­szego Ide­ału. Nie­zbyt rozu­miał, co to zna­czyło, ale igno­ran­cja nie powstrzy­mała go przed domy­śle­niem się, jak brzmi Drugi Ideał Wia­tro­wych, przy­sięga, by chro­nić tych, któ­rzy nie mogą chro­nić się sami.

Syl nie powie­działa mu o pozo­sta­łych trzech. Stwier­dziła, że pozna je, kiedy będzie musiał. Albo nie i nie zaj­dzie dalej.

Czy chciał zajść dalej? By stać się kim? Jed­nym ze Świe­tli­stych Ryce­rzy? Kala­din nie pro­sił się, by cudze ide­ały rzą­dziły jego życiem. Chciał jedy­nie prze­żyć. Teraz jed­nak kie­ro­wał się ścieżką, którą od stu­leci nie prze­szedł żaden czło­wiek. Poten­cjal­nie mógł się stać kimś, kogo miesz­kańcy Rosharu znie­na­wi­dzą lub komu będą odda­wać cześć. Tak wiel­kie zain­te­re­so­wa­nie...

- Żoł­nie­rzu? - ode­zwał się Dali­nar, pod­cho­dząc do drzwi.

- Panie. - Kala­din znów się wypro­sto­wał i zasa­lu­to­wał.

Czuł się dobrze, mogąc znów to robić, stać na bacz­ność, wypeł­niać swoje obo­wiązki. Nie wie­dział, czy to dobre uczu­cie zwią­zane ze wspo­mnie­niami życia, jakie kie­dyś kochał, czy też żało­sne uczu­cie ostro­gara, który w końcu odna­lazł smycz.

- Mój bra­ta­nek miał rację - powie­dział Dali­nar, patrząc, jak król oddala się kory­ta­rzem. - Inni mogą spró­bo­wać skrzyw­dzić moją rodzinę. Tak wła­śnie myślą. Potrze­buję ochrony dla Navani i synów przez cały czas. Two­ich naj­lep­szych.

- Mam ich około dwóch tuzi­nów, panie - odparł Kala­din. - To nie wystar­czy, by pełne oddziały straży strze­gły przez cały czas waszej czwórki. Wkrótce wyszkolę wię­cej ludzi, ale danie mosto­wemu włóczni do ręki nie czyni go żoł­nie­rzem, już nie mówiąc o dobrym straż­niku.

Dali­nar poki­wał głową. Podra­pał się po bro­dzie.

- Panie?

- Nie tylko twój oddział jest prze­cią­żony w tym obo­zie, żoł­nie­rzu - powie­dział Dali­nar. - Zdrada Sade­asa kosz­to­wała mnie wielu ludzi. Bar­dzo dobrych ludzi. A teraz mam ter­min. Nie­wiele ponad sześć­dzie­siąt dni...

Kala­dina prze­szedł dreszcz. Arcy­książę bar­dzo poważ­nie trak­to­wał liczbę wypi­saną na ścia­nie.

- Kapi­ta­nie - powie­dział cicho Dali­nar - potrze­buję wszyst­kich spraw­nych męż­czyzn, jakich mogę zna­leźć. Muszę ich wyszko­lić, odbu­do­wać armię, przy­go­to­wać się na burzę. Muszą ata­ko­wać pła­sko­wyże, wal­czyć z Par­shen­dimi, by zyskać doświad­cze­nie w walce.

Co to miało z nim wspól­nego?

- Obie­ca­li­ście, że moi ludzie nie będą musieli wal­czyć w ata­kach na pła­sko­wyże.

- I dotrzy­mam tej obiet­nicy - powie­dział Dali­nar. - Ale w Gwar­dii Kró­lew­skiej jest dwu­stu pięć­dzie­się­ciu ludzi. W tym nie­liczni pozo­stali mi ofi­ce­ro­wie, któ­rym będę musiał prze­ka­zać dowo­dze­nie nad nowymi rekru­tami.

- Będę strzegł nie tylko waszej rodziny, prawda? - spy­tał Kala­din, czu­jąc nowy cię­żar na bar­kach. - Suge­ru­je­cie, że chce­cie mi prze­ka­zać rów­nież strze­że­nie króla.

- Tak. Powoli, ale tak. Potrze­buję tych żoł­nie­rzy. Poza tym, utrzy­my­wa­nie dwóch oddziel­nych gwar­dii wydaje się błę­dem. Wśród two­ich ludzi, bio­rąc pod uwagę wasze pocho­dze­nie, naj­praw­do­po­dob­niej nie znaj­dują się szpie­dzy moich wro­gów. Powi­nie­neś wie­dzieć, że jakiś czas temu mógł nastą­pić zamach na życie króla. Wciąż nie wiem, kto był odpo­wie­dzialny, ale mar­twię się, że mógł brać w tym udział jeden z gwar­dzi­stów.

Kala­din ode­tchnął głę­boko.

- Co się wyda­rzyło?

- Wraz z Elho­ka­rem polo­wa­łem na prze­pastną bestię - powie­dział Dali­nar. - Pod­czas tego polo­wa­nia, w klu­czo­wej chwili, Pan­cerz króla nie­mal zawiódł. Odkry­li­śmy, że duża część klej­no­tów, które dawały mu moc, została praw­do­po­dob­nie zamie­niona na uszko­dzone, które pod naci­skiem pękły.

- Nie znam się na Pan­cer­zach, panie - powie­dział Kala­din. - Czy mogły pęk­nąć same z sie­bie, bez sabo­tażu?

- Moż­liwe, ale mało praw­do­po­dobne. Chcę, żeby twoi ludzie na zmianę strze­gli króla, wymie­nia­jąc się z Gwar­dią Kró­lew­ską, żeby­ście zapo­znali się z nim i pała­cem. Jed­no­cze­śnie zacznę wycią­gać ofi­ce­rów z gwar­dii, by szko­lili moich żoł­nie­rzy. Za kilka tygo­dni połą­czymy twoją grupę i Gwar­dię Kró­lew­ską. Ty będziesz dowo­dził. Kiedy już wyszko­lisz mosto­wych z innych dru­żyn, zastą­pimy żoł­nie­rzy z gwar­dii two­imi ludźmi, a żoł­nie­rzy prze­nie­siemy do mojej armii. - Spoj­rzał Kala­di­nowi w oczy. - Zro­bisz to, żoł­nie­rzu?

- Tak, panie - odparł Kala­din, choć w duchu pani­ko­wał. - Zro­bię to.

- Dobrze.

- Panie, mam pewną suge­stię. Powie­dzie­li­ście, że zamier­za­cie zwięk­szyć liczbę patroli wokół obo­zów, by zapew­nić porzą­dek na wzgó­rzach ota­cza­ją­cych Strza­skane Rów­niny.

- Tak. Liczba zło­czyń­ców jest zawsty­dza­jąca. To teraz ale­thyj­ska zie­mia i musi być na niej prze­strze­gane ale­thyj­skie prawo.

- Mam tysiąc męż­czyzn, któ­rych muszę wyszko­lić - powie­dział Kala­din. - Gdy­bym wysy­łał ich tam na patrole, mogliby poczuć się jak żoł­nie­rze. Wysłał­bym siłę dość wielką, by dotarło to do ban­dy­tów, może nawet skło­niło ich do wyco­fa­nia się, a moi ludzie nie musie­liby dużo wal­czyć.

- Dobrze. Patro­lami dowo­dził gene­rał Khal, ale on jest teraz moim naj­star­szym stop­niem dowódcą i będzie potrzebny gdzie indziej. Szkol swo­ich ludzi tak, by w końcu twój tysiąc mógł rze­czy­wi­ście patro­lo­wać drogi aż do Ale­th­karu i por­tów na połu­dniu i wscho­dzie. Potrze­buję zwia­dow­ców, wypa­tru­ją­cych obo­zów ban­dy­tów i kara­wan, które zostały zaata­ko­wane. Muszę dokład­nie wie­dzieć, co się tam dzieje i jak bar­dzo jest nie­bez­piecz­nie.

- Oso­bi­ście się tym zajmę, panie.

Na burze. Jak on miał tego wszyst­kiego doko­nać?

- Dobrze - stwier­dził Dali­nar.

Dali­nar wyszedł z sali i splótł ręce za ple­cami, jakby zato­nął w myślach. Moash, Eth i Mart ruszyli za nim, zgod­nie z roz­ka­zem Kala­dina. Przez cały czas Dali­narowi mieli towa­rzy­szyć dwaj jego ludzie, trzej, jeśli mu się uda. Kie­dyś miał nadzieję zwięk­szyć to do czte­rech albo pię­ciu, ale, na burze, przy tak wielu oso­bach do pil­no­wa­nia to nie­moż­liwe. Kim on jest? - pomy­ślał Kala­din, odpro­wa­dza­jąc wzro­kiem odda­la­ją­cego się Dali­nara. Miał porządny obóz. Czło­wieka dało się oce­nić - i Kala­din tak robił - po ludziach, któ­rzy mu słu­żyli.

Ale tyran też mógł mieć porządny obóz i zdy­scy­pli­no­wa­nych żoł­nie­rzy. Ten męż­czy­zna, Dali­nar Kho­lin, pomógł zjed­no­czyć Ale­th­kar - i zro­bił to, bro­dząc we krwi. Teraz... teraz mówił jak król, nawet kiedy sam król był obok niego.

Chce stwo­rzyć Świe­tli­stych Ryce­rzy na nowo, pomy­ślał Kala­din. Nie mógł osią­gnąć tego samą siłą woli.

Chyba że ktoś mu pomoże.

6

Strasz­liwe znisz­cze­nie

Ni­gdy nie pomy­śle­li­śmy, że wśród naszych nie­wol­ni­ków mogli się ukry­wać szpie­dzy Par­shen­dich. To rów­nież powin­nam była spo­strzec.

Z dzien­nika Navani Kho­lin, Jese­san 1174.

Shal­lan znów usia­dła na skrzyni na pokła­dzie, choć teraz miała kape­lusz na gło­wie, płaszcz na sukience i ręka­wiczkę na swo­bod­nej dłoni - bez­pieczna oczy­wi­ście kryła się w ręka­wie.

Chłód na otwar­tym oce­anie był czymś nie­re­al­nym. Kapi­tan mówił, że daleko na połu­dniu ocean wręcz zama­rzał. To brzmiało nie­praw­do­po­dob­nie, musiała to zoba­czyć. Od czasu do czasu widy­wała śnieg i lód w Jah Keved, kiedy z rzadka poja­wiała się zima. Ale cały ocean? Zadzi­wia­jące.

Pisała pal­cami w ręka­wiczce, obser­wu­jąc sprena, któ­remu nadała imię Wzór. W tej chwili wzniósł się ponad powierzch­nię pokładu, two­rząc kulę wiru­ją­cej czerni - nie­koń­czące się linie, prze­pla­ta­jące się w spo­sób nie­da­jący się oddać na pła­skiej kartce. Przy­go­to­wy­wała więc opisy do rysun­ków.

- Jedze­nie... - powie­dział Wzór brzę­czą­cym gło­sem, któ­remu towa­rzy­szyło wyraźne wibro­wa­nie.

- Tak - zgo­dziła się Shal­lan. - Jemy je.

Wyjęła nie­wielki owoc z miski, wło­żyła go do ust, prze­żuła i połknęła.

- Jeść - powtó­rzył wzór. - Ty... bie­rzesz je... w sie­bie.

- Tak! Wła­śnie tak.

Opadł, a w chwili, gdy wszedł w pokład, czerń znik­nęła. Znów stał się czę­ścią mate­riału - spra­wiał, że drewno falo­wało jak woda. Prze­su­nął się po pod­ło­dze, po czym wspiął po skrzyni do miski z nie­wiel­kimi zie­lo­nymi owo­cami. Następ­nie prze­śli­zgnął się po owo­cach, skórka każ­dego z nich zagłę­biała się i wzno­siła na kształt jego wzoru.

- Strasz­liwe! - powie­dział, a słowo to zawi­bro­wało z głębi miski.

- Strasz­liwe?

- Znisz­cze­nie!

- Co? Nie, tak utrzy­mu­jemy się przy życiu. Wszystko musi jeść.

- Strasz­liwe znisz­cze­nie jeść!

Wyda­wał się prze­ra­żony. Wyco­fał się z miski na pokład.

"Wzór prze­ja­wia coraz bar­dziej skom­pli­ko­wane myśli", napi­sała Shal­lan. "Abs­trak­cje przy­cho­dzą mu bez trudu. Na początku zada­wał mi pyta­nia "Dla­czego? Dla­czego ty? Dla­czego być?". Zin­ter­pre­to­wa­łam to jako pyta­nie o mój cel. Kiedy odpo­wie­dzia­łam: "By odna­leźć prawdę", wyda­wał się z łatwo­ścią poj­mo­wać sens moich słów. A jed­nak pro­ste ele­menty rze­czy­wi­sto­ści - na przy­kład, dla­czego ludzie muszą jeść - zupeł­nie mu umy­kają. To...".

Prze­stała pisać, gdy papier się zmarsz­czył i poja­wił się na nim sam Wzór, jego kra­wę­dzie uno­siły litery, które wła­śnie napi­sała.

- Dla­czego to? - spy­tał.

- Żeby pamię­tać.

- Pamię­tać - powtó­rzył, pró­bu­jąc słowo.

- To zna­czy... - Ojcze Burz, jak wyja­śnić pamięć? - To zna­czy wie­dzieć, co się robiło w prze­szło­ści. W innych chwi­lach, tych, które wyda­rzyły się przed wie­loma dniami.

- Pamię­tać - powtó­rzył. - Ja... nie... pamię­tam.

- Jaka jest pierw­sza rzecz, którą pamię­tasz? - spy­tała Shal­lan. - Gdzie byłeś na początku?

- Na początku - powtó­rzył Wzór. - Z tobą.

- Na statku? - spy­tała Shal­lan, notu­jąc.

- Nie. Zie­lone. Jedze­nie. Jedze­nie nie­je­dzone.

- Rośliny? - spy­tała Shal­lan.

- Tak. Dużo roślin.

Zawi­bro­wał, a Shal­lan pomy­ślała, że w tej wibra­cji sły­szy wiatr wśród gałęzi. Ode­tchnęła i nie­mal to zoba­czyła. Pokład przed nią zmie­nił się w ścieżkę, a skrzynka stała się kamienna ławką. Pra­wie. Nie do końca tam, ale bli­sko. Ogrody ojca. Wzór na ziemi, wyry­so­wany w pyle...

- Pamię­tam - powie­dział Wzór gło­sem jak szept.

Nie, pomy­ślała prze­ra­żona Shal­lan. NIE!

Obraz znik­nął. Wcale go nie było, prawda? Unio­sła bez­pieczną rękę do piersi, ode­tchnęła głę­boko. Nie.

- Hej, panienko! - powie­dział z tyłu Yalb. - Niech panienka opo­wie nowemu dzie­cia­kowi, co wyda­rzyło się w Khar­branth!

Shal­lan odwró­ciła się z biją­cym ser­cem i zoba­czyła Yalba pod­cho­dzą­cego z "nowym dzie­cia­kiem" - wyso­kim na sześć stóp masyw­nym męż­czy­zną, który był co naj­mniej pięć lat star­szy od samego Yalba. Zatrud­nili go w Amy­dlatn, ostat­nim por­cie. Tozbek chciał mieć pew­ność, że nie zabrak­nie mu ludzi pod­czas ostat­niego odcinka drogi do Nowego Nata­nanu. Yalb kuc­nął obok jej sie­dzi­ska. Chłód spra­wił, że zaczął nosić koszulę z poszar­pa­nymi ręka­wami i opa­skę zakry­wa­jącą uszy.

- Jasno­ści? - spy­tał Yalb. - Wszystko w porządku? Wyglą­da­cie, jak­by­ście połknęli żół­wia. I to nie tylko głowę.

- Nic mi nie jest - powie­działa Shal­lan. - Czego... wła­ści­wie ode mnie chcia­łeś?

- W Khar­branth - powtó­rzył Yalb, ude­rza­jąc się w ramię. - Widzie­li­śmy króla, nie?

- My? - spy­tała Shal­lan. - Ja go pozna­łam.

- A ja byłem w twoim orszaku.

- Cze­ka­łeś na zewnątrz.

- To nie ma zna­cze­nia - stwier­dził Yalb. - Byłem waszym loka­jem pod­czas spo­tka­nia, co nie?

Lokaj? Robił jej przy­sługę, pro­wa­dząc ją do pałacu.

- Pew­nie tak - powie­działa. - O ile sobie przy­po­mi­nam, ład­nie się ukło­ni­łeś.

- Widzisz - powie­dział Yalb i wypro­sto­wał się przed o wiele więk­szym męż­czy­zną. - Wspo­mnia­łem o tym ukło­nie, prawda?

"Nowy dzie­ciak" mruk­nął coś twier­dząco.

- W takim razie zabie­raj się do mycia naczyń - stwier­dził Yalb, na co odpo­wie­dzią był ponury gry­mas. - I nie rób takich min - dodał Yalb. - Mówi­łem ci, że praca w kuchni to coś, czego kapi­tan bar­dzo pil­nuje. Jeśli chcesz tu paso­wać, zrób to dobrze i nawet wię­cej niż ci każą. Kapi­ta­nowi i zało­dze się to spodoba. Daję ci szansę, a ty powi­nie­neś to doce­nić.

Te słowa naj­wy­raź­niej uła­go­dziły więk­szego męż­czy­znę, który odwró­cił się i ruszył w stronę dol­nego pokładu.

- Na Pasje! - ode­zwał się Yalb. - Ten gość jest bury jak dwie kule z błota. Mar­twię się o niego. Ktoś go kie­dyś wyko­rzy­sta, jasno­ści.

- Znów się prze­chwa­la­łeś? - spy­tała Shal­lan.

- To nie prze­chwałki, jeśli część jest prawdą.

- Wła­ści­wie na tym wła­śnie polega prze­chwa­la­nie się.

- Hej - powie­dział Yalb, odwra­ca­jąc się do niej. - Co robi­li­ście wcze­śniej? Wie­cie, z kolo­rami.

- Z kolo­rami? - powtó­rzyła Shal­lan. Zro­biło jej się zimno.

- Tak, pokład stał się zie­lony, co nie? Przy­się­gam, że to widzia­łem. To ma coś wspól­nego z tym dziw­nym spre­nem, tak?

- Ja... pró­buję usta­lić, jaki to dokład­nie rodzaj sprena - powie­działa Shal­lan spo­koj­nym gło­sem. - Sprawy naukowe.

- Tak myśla­łem - stwier­dził Yalb, choć wła­ści­wie nic mu nie powie­działa.

Uniósł przy­jaź­nie rękę i odbiegł.

Mar­twiła się, że pozwala im zoba­czyć Wzór. Pró­bo­wała sie­dzieć w kaju­cie, żeby zacho­wać go w tajem­nicy przed mary­na­rzami, ale trudno jej było znieść uwię­zie­nie, a on nie reago­wał na jej suge­stie, by się im nie poka­zy­wać. Dla­tego przez ostat­nie cztery dni z koniecz­no­ści pozwa­lała im patrzeć na to, co robiła.

Obec­ność sprena wyraź­nie ich nie­po­ko­iła, co zro­zu­miałe, ale nie­wiele mówili. Tego dnia przy­go­to­wy­wali sta­tek do cało­noc­nej żeglugi. Myśl o spę­dze­niu nocy na otwar­tym morzu mar­twiła ją, ale taka była cena wypły­nię­cia tak daleko od cywi­li­za­cji. Dwa dni wcze­śniej byli nawet zmu­szeni prze­trzy­mać burzę w zatoczce przy brzegu. Jasnah i Shal­lan wyszły na brzeg, by zatrzy­mać się w for­tecy wybu­do­wa­nej w tym wła­śnie celu - i dużo za to zapła­ciły - mary­na­rze zaś zostali na pokła­dzie. Zatoczka, choć nie była praw­dzi­wym por­tem, miała przy­naj­mniej burzowy mur, który osło­nił sta­tek. Pod­czas następ­nej arcy­bu­rzy nie będą mieli nawet tego. Będą musieli zna­leźć zatoczkę i spró­bo­wać wytrzy­mać napór wia­tru, choć Tozbek powie­dział, że wyśle Shal­lan i Jasnah na brzeg, by poszu­kały schro­nie­nia w jaskini.

Odwró­ciła się z powro­tem do Wzoru, który przy­jął uno­szącą się postać. Wyglą­dał tro­chę jak wzór roz­pro­szo­nego świa­tła rzu­cany na ścianę przez krysz­ta­łowy żyran­dol - tyle tylko, że stwo­rzony z cze­goś czar­nego, a nie ze świa­tła, i trój­wy­mia­rowy. Może jed­nak wcale nie był taki podobny.

- Kłam­stwa - powie­dział Wzór. - Kłam­stwa Yalba.

- Tak - wes­tchnęła Shal­lan. - Yalb jest cza­sem zbyt prze­ko­ny­wa­jący dla wła­snego dobra.

Wzór zabrzę­czał cicho. Wyda­wał się zado­wo­lony.

- Lubisz kłam­stwa? - spy­tała Shal­lan.

- Dobre kłam­stwa - odpo­wie­dział Wzór. - Tamto kłam­stwo. Dobre kłam­stwo.

- Co czyni kłam­stwo dobrym? - spy­tała Shal­lan, sta­ran­nie notu­jąc i zapi­su­jąc dokładne słowa Wzoru.

- Praw­dziwe kłam­stwo.

- Wzo­rze, to są prze­ci­wień­stwa.

- Hmmmm... Świa­tło two­rzy cień. Prawda two­rzy kłam­stwa. Hmmmmm.

"Kłam­stwo­spreny, tak nazwała ich Jasnah", napi­sała Shal­lan. "Przy­do­mek, któ­rego naj­wy­raź­niej nie lubią. Kiedy Dusz­ni­ko­wa­łam po raz pierw­szy, głos zażą­dał ode mnie prawdy. Wciąż nie wiem, co to zna­czy, a Jasnah nie była roz­mowna. Wygląda na to, że nie wie, co powinna sądzić o moim doświad­cze­niu. Nie wie­rzę, by głos nale­żał do Wzoru, ale trudno mi to oce­nić, bo wydaje się, że on dużo o sobie zapo­mniał".

Wró­ciła do szki­co­wa­nia Wzoru w postaci uno­szą­cej się i spłasz­czo­nej. Ryso­wa­nie spra­wiało, że jej umysł się uspo­ka­jał. Nim skoń­czyła, przy­po­mniała sobie kilka frag­men­tów tek­stów zna­le­zio­nych pod­czas badań, które chciała zacy­to­wać w swo­ich notat­kach.

Zeszła po scho­dach pod pokład, a Wzór podą­żył za nią. Przy­cią­gał spoj­rze­nia mary­na­rzy. Mary­na­rze byli prze­sądni i nie­któ­rzy uwa­żali go za zły znak.

W jej kaju­cie Wzór wspiął się na ścianę i patrzył bez oczu, jak szuka frag­mentu, który pamię­tała i który wspo­mi­nał o mówią­cych spre­nach. Nie tylko wiatrospre­nach i rzekospre­nach, naśla­du­ją­cych ludzi i mówią­cych zabawne rze­czy. Były o sto­pień wyżej od zwy­czaj­nych spre­nów, ale ist­niał jesz­cze jeden poziom spre­nów, bar­dzo rzadko spo­ty­kany. Spreny jak Wzór, które pro­wa­dziły z ludźmi praw­dziwe roz­mowy.

"Straż­niczka Nocy jest bez wąt­pie­nia jed­nym z nich". Shal­lan sko­pio­wała frag­ment z pism Alai. "Zapisy roz­mów z nią - a bez wąt­pie­nia jest płci żeń­skiej, mimo że ale­thyj­skie poda­nia ludowe utrzy­mują co innego - są liczne i wia­ry­godne. Sama Shu­ba­lai, pra­gnąc uzy­skać naukową rela­cję z pierw­szej ręki, odwie­dziła Straż­niczkę Nocy i zapi­sała histo­rię słowo po sło­wie...".

Shal­lan się­gnęła po kolejne źró­dło i wkrótce zato­nęła w bada­niach. Kilka godzin póź­niej zamknęła książkę i posta­wiła ją na sto­liku obok łóżka. Jej kule bla­kły, wkrótce miały zga­snąć i musiały zostać ponow­nie napeł­nione Burzo­wym Świa­tłem. Shal­lan wes­tchnęła z zado­wo­le­niem i oparła się ple­cami o posła­nie, a wokół niej na pod­ło­dze leżały notatki z tuzina róż­nych źró­deł.

Czuła się... zado­wo­lona. Bra­ciom bar­dzo spodo­bał się plan napra­wie­nia Dusz­nika i zwró­ce­nia go, wyda­wali się też wzmoc­nieni jej suge­stią, że nie wszystko stra­cone. Myśleli, że uda im się jesz­cze tro­chę prze­trwać, skoro poja­wił się plan.

Życie Shal­lan się ukła­dało. Kiedy ostat­nio miała oka­zję po pro­stu sie­dzieć i czy­tać? Nie zamar­twia­jąc się o ród, nie oba­wia­jąc się koniecz­no­ści okra­dze­nia Jasnah? Nawet przed strasz­li­wymi wyda­rze­niami, które dopro­wa­dziły do śmierci jej ojca, zawsze była nie­spo­kojna. Tak wyglą­dało jej życie. Postrze­gała zosta­nie praw­dziwą uczoną jako coś nie­osią­gal­nego. Ojcze Burz! Uwa­żała sąsied­nie mia­sto za coś nie­osią­gal­nego.

Wstała, pod­nio­sła szki­cow­nik i przej­rzała rysunki san­thida, w tym kilka nary­so­wa­nych ze wspo­mnień kąpieli w oce­anie. Uśmiech­nęła się na ten widok, przy­po­mi­na­jąc sobie, jak wspięła się z powro­tem na pokład, ocie­ka­jąc wodą. Mary­na­rze uwa­żali rzecz jasna, że osza­lała.

Teraz pły­nęła w stronę mia­sta na skraju świata, zarę­czona z potęż­nym księ­ciem Ale­thich, i mogła po pro­stu się uczyć. Widziała nie­wia­ry­godne nowe rze­czy, w ciągu dnia je ryso­wała, a nocą czy­tała sterty ksiąg.

Przy­pad­kiem natknęła się na ide­alne życie, będące wszyst­kim, czego pra­gnęła.

Shal­lan się­gnęła do sakiewki w ręka­wie bez­piecz­nej dłoni i wycią­gnęła kule, by zastą­pić te ciem­nie­jące w kie­li­chu. Jed­nak te w jej dłoni były zupeł­nie bure. Ani śladu Świa­tła. Zmarsz­czyła czoło. Te zostały napeł­nione pod­czas ostat­niej arcy­bu­rzy, w koszyku przy­wią­za­nym do masztu statku. Te w kie­li­chu były sprzed dwóch burz, więc nic dziw­nego, że gasły. Jak te w sakiewce mogły stać się bure wcze­śniej? To nie było nor­malne.

- Mmmmm... - powie­dział Wzór. Przy­cup­nął na ścia­nie na wyso­ko­ści jej głowy. - Kłam­stwa.

Shal­lan scho­wała kule z powro­tem, po czym otwo­rzyła drzwi pro­wa­dzące na wąski kory­tarz i poszła do kajuty Jasnah. Zazwy­czaj zaj­mo­wał ją Tozbek z żoną, ale oboje prze­nie­śli się do trze­ciej - naj­mniej­szej - z kajut, by zapew­nić Jasnah lep­szą kwa­terę. Ludzie robili dla niej takie rze­czy, nawet kiedy o nie nie pro­siła.

Jashan musiała mieć jakieś kule. I w rze­czy samej, drzwi jej kajuty były lekko uchy­lone i poru­szały się w rytm koły­sa­nia statku prze­ci­na­ją­cego fale. Jasnah sie­działa za biur­kiem, a Shal­lan zaj­rzała do środka, nagle nie­pewna, czy chce nie­po­koić kobietę.

Widziała twarz Jasnah, dłoń unie­sioną do skroni. Kobieta wpa­try­wała się w roz­ło­żone kartki. Jej oczy były udrę­czone, a twarz wyczer­pana.

To nie była Jasnah, którą zazwy­czaj widy­wała Shal­lan. Pew­ność sie­bie prze­grała z wyczer­pa­niem, opa­no­wa­nie znik­nęło, zastą­pione przez zmar­twie­nie. Kobieta zaczęła coś pisać, ale prze­rwała po kilku sło­wach. Odło­żyła pióro, zamknęła oczy i roz­ma­so­wała skro­nie. Wokół jej głowy poja­wiło się kilka oszo­ło­mio­nych z wyglądu spre­nów, przy­po­mi­na­ją­cych chmurki kurzu wzno­szące się w powie­trze. Wyczer­pa­nio­spreny.

Shal­lan cof­nęła się z wra­że­niem, jakby zakłó­ciła bar­dzo intymną chwilę. Jasnah z opusz­czoną gardą. Zaczęła się ostroż­nie wyco­fy­wać, jed­nak prze­rwał jej docho­dzący z poziomu pod­łogi głos.

- Prawda!

Zasko­czona Jasnah unio­sła wzrok, jej spoj­rze­nie napo­tkało Shal­lan - która oczy­wi­ście się zaru­mie­niła. Kobieta opu­ściła wzrok w stronę Wzoru na pod­ło­dze i znów nało­żyła maskę. Wypro­sto­wała się.

- Tak, dziecko?

- Ja... potrze­buję kul... - powie­działa Shal­lan. - Te w mojej sakiewce stały się bure.

- Dusz­ni­ko­wa­łaś? - spy­tała ostro Jasnah.

- Co? Nie, jasno­ści. Obie­ca­łam, że tego nie zro­bię.

- W takim razie to ta druga umie­jęt­ność - stwier­dziła kobieta. - Wejdź i zamknij drzwi. Nie domy­kają się, powin­nam o tym powie­dzieć kapi­ta­nowi Tozbe­kowi.

Shal­lan weszła do środka i zamknęła drzwi, choć zamek się nie zatrza­snął. Z wyraź­nym zaże­no­wa­niem pode­szła bli­żej.

- Co zro­bi­łaś? - spy­tała Jasnah. - Zakła­dam, że to miało zwią­zek ze świa­tłem.

- Spra­wi­łam, że poja­wiły się rośliny - powie­działa Shal­lan. - To zna­czy, sam kolor. Jeden z mary­na­rzy widział, że pokład zro­bił się zie­lony, ale wszystko znik­nęło, kiedy prze­sta­łam myśleć o rośli­nach.

- Tak... - powie­działa Jasnah.

Przej­rzała jedną z ksiąg, zatrzy­mała się na ilu­stra­cji. Shal­lan widziała ją już wcze­śniej, była rów­nie stara jak vori­nizm. Dzie­sięć okrę­gów połą­czo­nych liniami two­rzą­cymi kształt przy­po­mi­na­jący uło­żoną na boku klep­sy­drę. Dwa kręgi pośrodku wyglą­dały nie­mal jak źre­nice. Podwójne Oko Wszech­moc­nego.

- Dzie­sięć Esen­cji - powie­działa cicho Jasnah. Prze­cią­gnęła pal­cami po kartce. - Dzie­sięć Mocy. Dzie­sięć zako­nów. Ale co ozna­cza to, że spreny posta­no­wiły w końcu przy­wró­cić nam przy­sięgi? I jak wiele czasu mi zostało? Nie­wiele. Nie­wiele.

- Jasno­ści? - spy­tała Shal­lan.

- Przed twoim przy­by­ciem mogłam zakła­dać, że jestem ano­ma­lią - stwier­dziła Jasnah. - Mogłam mieć nadzieję, że Wią­za­nie Mocy nie powraca w dużej licz­bie. Już ją utra­ci­łam. Zagad­kowi przy­słali cię do mnie, tego jestem pewna, bo wie­dzieli, że potrze­bu­jesz wyszko­le­nia. To daje mi nadzieję, że byłam jedną z pierw­szych.

- Nie rozu­miem.

Jasnah prze­szyła Shal­lan uważ­nym spoj­rze­niem. Oczy kobiety były zaczer­wie­nione ze zmę­cze­nia. Jak długo pra­co­wała? Każ­dego wie­czoru, gdy Shal­lan kła­dła się spać, spod drzwi kajuty Jasnah wydo­by­wało się świa­tło.

- Szcze­rze mówiąc - przy­znała Jasnah - ja też nie.

- Dobrze się czu­jesz? - spy­tała dziew­czyna. - Zanim weszłam, wyda­wa­łaś się... przy­gnę­biona.

Jasnah wahała się tylko przez chwilę.

- Po pro­stu za dużo czasu poświę­ci­łam bada­niom. - Odwró­ciła się w stronę jed­nej ze skrzyń i wycią­gnęła ciemną sakiewkę wypeł­nioną kulami. - Weź je. Radzi­ła­bym, żebyś zawsze miała przy sobie kule, by twoje Wią­za­nie Mocy miało szansę się ujaw­nić.

- Możesz mnie nauczyć? - spy­tała Shal­lan, bio­rąc sakiewkę.

- Nie wiem - odparła Jasnah. - Spró­buję. Na dia­gra­mie jedna z Mocy jest nazy­wana Ilu­mi­na­cją, pano­wa­niem nad świa­tłem. Na razie wola­ła­bym, żebyś sku­piła się na nauce tej Mocy, w prze­ci­wień­stwie do Dusz­ni­ko­wa­nia. To nie­bez­pieczna sztuka, teraz bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek.

Shal­lan poki­wała głową i wstała, jed­nak zawa­hała się przed wyj­ściem.

- Jesteś pewna, że wszystko w porządku?

- Oczy­wi­ście.

Powie­działa to zbyt szybko. Kobieta była opa­no­wana, ale rów­nież wyczer­pana. Maska popę­kała i Shal­lan widziała prawdę.

Pró­buje mnie uspo­koić, zorien­to­wała się dziew­czyna. Pogła­skać mnie po główce i ode­słać do łóżka, jak dziecko, które obu­dził kosz­mar.

- Mar­twisz się - powie­działa, patrząc Jasnah w oczy.

Kobieta odwró­ciła się. Przy­kryła książką coś, co krę­ciło się na stole - nie­wiel­kiego fio­le­to­wego sprena. Stra­cho­spren. Ow­szem, tylko jeden, ale mimo wszystko.

- Nie... - wyszep­tała Shal­lan. - Nie mar­twisz się. Jesteś prze­ra­żona.

Ojcze Burz!

- Nic się nie dzieje, Shal­lan - powie­działa Jasnah. - Muszę się po pro­stu wyspać. Wra­caj do nauki.

Shal­lan znów usia­dła na zydlu obok biurka Jasnah. Star­sza kobieta spoj­rzała na nią, a wtedy maska popę­kała jesz­cze bar­dziej. Shal­lan widziała iry­ta­cję w mocno zaci­śnię­tych war­gach. Napię­cie w spo­so­bie, w jaki ści­skała pióro.

- Powie­dzia­łaś mi, że mogę być czę­ścią tego wszyst­kiego - powie­działa Shal­lan. - Jasnah, jeśli o coś się mar­twisz...

- Mar­twię się tym samym co zawsze - odparła Jasnah i odchy­liła się do tyłu. - Że się spóź­nię. Że nie uda mi się zro­bić nic zna­czą­cego, by powstrzy­mać to, co nad­cho­dzi... że pró­buję powstrzy­mać arcy­bu­rzę, dmu­cha­jąc z całej siły w jej stronę.

- Pust­kowcy - stwier­dziła Shal­lan. - Par­sh­meni.

- Podobno w prze­szło­ści - powie­działa Jasnah - Spu­sto­sze­nia... nadej­ście Pust­kow­ców... zapo­wia­dał zawsze powrót Herol­dów, by przy­go­to­wać ludz­kość. Szko­lili Świe­tli­stych Ryce­rzy, któ­rych w tym cza­sie poja­wiało się bar­dzo wielu.

- Ale pochwy­ci­li­śmy Pust­kow­ców - dodała Shal­lan. - I znie­wo­li­li­śmy ich. - Tak zakła­dała Jasnah, a Shal­lan, po przej­rze­niu jej badań, zga­dzała się z nią. - Sądzisz więc, że nad­cho­dzi rewo­lu­cja. Że par­sh­meni zwrócą się prze­ciwko nam, jak w prze­szło­ści.

- Tak. - Jasnah przej­rzała notatki. - I to wkrótce. Fakt, że oka­za­łaś się Moco­wiązcą, wcale mnie nie pocie­sza, bo za bar­dzo przy­po­mina to, co działo się wcze­śniej. Ale w owych cza­sach nowi ryce­rze mieli nauczy­cieli, któ­rzy mogli ich szko­lić, tra­dy­cję obej­mu­jącą całe poko­le­nia. My nie mamy nic.

- Pust­kowcy zostali uwię­zieni - powie­działa Shal­lan, spo­glą­da­jąc na Wzór. Spo­czy­wał na pod­ło­dze, nie­mal nie­wi­dzialny, i nie odzy­wał się. - Par­sh­meni led­wie się poro­zu­mie­wają. Jak mogliby zor­ga­ni­zo­wać rewo­lu­cję?

Jasnah zna­la­zła arkusz, któ­rego szu­kała, i podała Shal­lan. Była to, zapi­sana pismem samej Jasnah, rela­cja żony pew­nego kapi­tana z natar­cia na pła­sko­wyż Strza­ska­nych Rów­nin.

- Par­shendi - powie­działa Jasnah - śpie­wają tę samą melo­dię nie­za­leż­nie od tego, jak daleko od sie­bie się znaj­dują. Mają jakąś zdol­ność poro­zu­mie­wa­nia się, któ­rej nie poj­mu­jemy. Mogę jedy­nie zakła­dać, że ich krew­niacy par­sh­meni rów­nież ją posia­dają. Nie muszą sły­szeć wezwa­nia do czynu, by się zbun­to­wać.

Shal­lan prze­czy­tała opis i powoli poki­wała głową.

- Musimy ostrzec innych, Jasnah.

- A myślisz, że nie pró­bo­wa­łam? Pisa­łam do uczo­nych i kró­lów na całym świe­cie. Więk­szość uważa mnie za para­no­iczkę. Dowody, które ty przy­ję­łaś, uznają za liche. Moją naj­więk­szą nadzieją byli żar­liwcy, ale wpływ Hie­ro­kra­cji zaćmił im wzrok. Poza tym, moje oso­bi­ste prze­ko­na­nia spra­wiają, że żar­liwcy scep­tycz­nie trak­tują wszystko, co mówię. Matka chce zoba­czyć moje bada­nia, a to już coś. Brat i wuj mogą uwie­rzyć, i dla­tego wła­śnie tam się uda­jemy. - Zawa­hała się. - Jest jesz­cze jeden powód, dla­czego chcę zoba­czyć Strza­skane Rów­niny. Spo­sób, by zna­leźć dowody, które mogą prze­ko­nać wszystko.

- Uri­thiru - powie­działa Shal­lan. - Mia­sto, któ­rego szu­kasz?

Jasnah znów obrzu­ciła ją spoj­rze­niem. Shal­lan dowie­działa się o sta­ro­żyt­nym mie­ście, kiedy ukrad­kiem prze­czy­tała notatki Jasnah.

- Wciąż zbyt łatwo się rumie­nisz, kiedy ktoś ci zwraca uwagę - zauwa­żyła kobieta.

- Prze­pra­szam.

- I do tego zbyt szybko prze­pra­szasz.

- Jestem... yyy, obu­rzona?

Jasnah uśmiech­nęła się i pod­nio­sła rysu­nek Podwój­nego Oka. Wpa­trzyła się w nie.

- Gdzieś na Strza­ska­nych Rów­ni­nach kryje się tajem­nica. Tajem­nica zwią­zana z Uri­thiru.

- Mówi­łaś mi prze­cież, że mia­sta tam nie ma!

- Ow­szem. Ale może być pro­wa­dząca do niego ścieżka. - Zaci­snęła wargi. - Wedle legendy, jedy­nie Świe­tli­sty Rycerz mógł otwo­rzyć drogę.

- Całe szczę­ście znamy dwójkę z nich.

- Powtó­rzę, nie jesteś Świe­tli­stym, i ja też nie. Posia­da­nie nie­któ­rych z ich umie­jęt­no­ści może się nie liczyć. Brak nam ich tra­dy­cji i wie­dzy.

- Mówimy o poten­cjal­nym końcu całej cywi­li­za­cji, prawda? - spy­tała cicho Shal­lan.

Jasnah zawa­hała się.

- Spu­sto­sze­nia - mówiła dalej Shal­lan. - Wiem bar­dzo mało, ale legendy...

- Każde z nich zła­mało ludz­kość. Wiel­kie mia­sta w popio­łach, wytwór­czość znisz­czona. Za każ­dym razem wie­dza i roz­wój powra­cały do stanu nie­mal pre­hi­sto­rycz­nego... całe stu­le­cia trwało odbu­do­wy­wa­nie cywi­li­za­cji do wcze­śniej­szego stanu. - Zawa­hała się. - Wciąż mam nadzieję, że się mylę.

- Uri­thiru - powie­działa dziew­czyna. Sta­rała się powstrzy­mać od zada­wa­nia pytań, pró­bo­wała raczej sama dojść do odpo­wie­dzi. - Mówi­łaś, że mia­sto było swego rodzaju bazą lub domem Świe­tli­stych Ryce­rzy. Nie sły­sza­łam o nim wcze­śniej, dopiero od cie­bie, więc mogę zakła­dać, że w lite­ra­tu­rze nie wspo­mina się o nim zbyt czę­sto. Być może więc jest to jedna z rze­czy, które ukryła Hie­ro­kra­cja?

- Bar­dzo dobrze - stwier­dziła Jasnah. - A choć sądzę, że stało się legen­darne już wcze­śniej, Hie­ro­kra­cja nie pomo­gła.

- Czyli, jeśli ist­niało przed Hie­ro­kra­cją, a droga do niego została zamknięta po upadku Świe­tli­stych... mogą się w nim znaj­do­wać doku­menty, któ­rych nie doty­kały współ­cze­sne uczone. Nie­zmie­niona, nie­tknięta wie­dza o Pust­kow­cach i Wią­za­niu Mocy. - Shal­lan zadrżała. - Dla­tego wyru­szy­ły­śmy na Strza­skane Rów­niny.

Jasnah uśmiech­nęła się mimo zmę­cze­nia.

- Bar­dzo dobrze. Czas, który spę­dzi­łam w Pala­na­eum, był bar­dzo poży­teczny, ale jed­no­cze­śnie roz­cza­ro­wu­jący. Choć potwier­dzi­łam podej­rze­nia doty­czące par­sh­me­nów, odkry­łam też, że wiele ksiąg w wiel­kiej biblio­tece nosiło te same oznaki inge­ren­cji, co te, które czy­ta­łam wcze­śniej. "Oczysz­cza­nie" histo­rii, usu­wa­nie bez­po­śred­nich odnie­sień do Uri­thiru albo Świe­tli­stych, ponie­waż przy­no­sili wstyd vori­ni­zmowi - to ogrom­nie iry­tu­jące. A ludzie pytają mnie, dla­czego odno­szę się wrogo do kościoła! Potrze­buję pier­wot­nych źró­deł. Do tego ist­nieją opo­wie­ści, w które wie­rzę, że Uri­thiru było święte i chro­nione przed Pust­kow­cami. Może to jedy­nie fan­ta­zja, ale nie jestem jesz­cze tak bar­dzo uczoną, by nie mieć nadziei, że coś takiego jest prawdą.

- A par­sh­meni?

- Spró­bu­jemy prze­ko­nać Ale­thich, by się ich pozbyli.

- Nie­ła­twe zada­nie.

- Pra­wie nie­moż­liwe - powie­działa Jasnah, wsta­jąc. Zaczęła odkła­dać księgi na noc, pako­wała je do wodo­od­por­nej skrzyni. - Par­sh­meni to ide­alni nie­wol­nicy. Ule­gli, posłuszni. Nasze spo­łe­czeń­stwo zbyt­nio na nich polega. Par­sh­meni nie musie­liby wcale posu­nąć się do prze­mocy, by wywo­łać chaos - choć jestem pewna, że to nas wła­śnie czeka - wystar­czy­łoby, żeby sobie poszli. To by wywo­łało kry­zys gospo­dar­czy.

Wyjęła jeden tom i zamknęła skrzy­nię. Podała go Shal­lan.

- Prze­ko­na­nie wszyst­kich, że mówię prawdę, wykra­cza poza nasze moż­li­wo­ści, jeśli nie będziemy miały dowo­dów. Nawet gdyby brat mnie posłu­chał, nie ma tak wiel­kiej wła­dzy, by zmu­sić arcy­ksią­żąt do pozby­cia się par­sh­me­nów. I, szcze­rze mówiąc, oba­wiam się, że mój brat nie byłby dość odważny, by zary­zy­ko­wać kry­zys, jaki może wywo­łać pozby­cie się par­sh­me­nów.

- Ale jeśli zwrócą się prze­ciwko nam, i tak nadej­dzie kry­zys.

- Tak - powie­działa Jasnah. - Ty to wiesz i ja to wiem. Moja matka może w to uwie­rzyć. Ale ryzyko, że się mylę, jest ogromne... cóż, potrze­bu­jemy dowo­dów, przy­tła­cza­ją­cych i nie­zbi­tych dowo­dów. Znaj­dziemy więc mia­sto. Za wszelką cenę znaj­dziemy mia­sto.

Shal­lan przy­tak­nęła.

- Nie chcia­łam cię obar­czać całym tym cię­ża­rem, dziecko - stwier­dziła Jasnah i znów usia­dła. - Muszę jed­nak przy­znać, że wielką ulgą była dla mnie roz­mowa o tych spra­wach z kimś, kto nie kwe­stio­nuje więk­szo­ści moich argu­men­tów.

- Zro­bimy to, Jasnah - powie­działa Shal­lan. - Udamy się na Strza­skane Rów­niny i znaj­dziemy Uri­thiru. Zdo­bę­dziemy dowody i zmu­simy wszyst­kich, by posłu­chali.

- Ach, ten opty­mizm mło­do­ści. - Jasnah wes­tchnęła. - Cza­sem miło go sły­szeć. - Podała Shal­lan księgę. - Wśród Świe­tli­stych Ryce­rzy był zakon zwany Tka­czami Świa­tła. Wiem o nich bar­dzo nie­wiele, ale ze wszyst­kich źró­deł, na jakie natra­fi­łam, w tym jest naj­wię­cej infor­ma­cji.

Shal­lan od razu przy­jęła tom, który nosił tytuł "Słowa Świa­tło­ści".

- Idź - powie­działa Jasnah. - Czy­taj.

Dziew­czyna spoj­rzała na nią.

- Pójdę spać - obie­cała Jasnah i na jej war­gach poja­wił się uśmiech. - I nie pró­buj mi mat­ko­wać. Nawet Navani na to nie pozwa­lam.

Shal­lan wes­tchnęła, ski­nęła głową i wyszła z kajuty Jasnah. Wzór szedł za nią, całą roz­mowę prze­mil­czał. Kiedy weszła do swo­jej kajuty, odkryła, że jest jej cię­żej na sercu niż wcze­śniej. Nie mogła zapo­mnieć prze­ra­że­nia w oczach Jasnah. Jasnah Kho­lin nie powinna się bać niczego, prawda?

Shal­lan wczoł­gała się na koję z książką, którą dostała, i sakiewką kul. Bar­dzo chciała zacząć, ale była wyczer­pana, a jej powieki opa­dały. Naprawdę zro­biło się późno. Gdyby zaczęła czy­tać teraz...

Może lepiej dobrze się wyspać, a rano roz­po­cząć naukę od nowa. Poło­żyła książkę na sto­liku obok posła­nia, zwi­nęła się w kłę­bek i pozwo­liła, by koły­sa­nie statku ją uśpiło.

Obu­dziły ją wrza­ski, krzyki i dym.

7

Otwarty ogień

Nie byłam gotowa na smu­tek, który przy­nio­sła strata - jak nie­spo­dzie­wany deszcz - spa­da­jący z jasnego nieba i ude­rza­jący we mnie. Śmierć Gavi­lara przed laty była przy­tła­cza­jąca, ale to... to mnie nie­mal zmiaż­dżyło.

Z dzien­nika Navani Kho­lin, Jese­sach roku 1174.

Wciąż na wpół zaspana Shal­lan spa­ni­ko­wała. Zerwała się z posła­nia, przy­pad­kiem ude­rza­jąc w kie­lich pełen na wpół wyczer­pa­nych kul. Choć przy­mo­co­wała go woskiem, ude­rze­nie spra­wiło, że się prze­wró­cił, a kajutę zasy­pały kule.

Czuła silny odór dymu. Z biją­cym ser­cem pobie­gła do drzwi. Przy­naj­mniej zasnęła w ubra­niu. Otwo­rzyła drzwi.

W przej­ściu na zewnątrz tło­czyli się trzej męż­czyźni z unie­sio­nymi pochod­niami, zwró­ceni do niej ple­cami.

Pochod­nie, wokół któ­rych tań­czyły migo­czące ognio­spreny. Kto uży­wał na statku otwar­tego ognia? Shal­lan zatrzy­mała się, zdez­o­rien­to­wana.

Krzyki dobie­gały z góry, wyda­wało się, że sta­tek nie sta­nął w ogniu. Alem kim byli ci męż­czyźni? Mieli w rękach sie­kiery, a stali przed kajutą Jasnah, która była otwarta.

Ktoś poru­szał się w środku. Shal­lan znie­ru­cho­miała prze­ra­żona, gdy jeden z męż­czyzn rzu­cił coś pod nogi swo­ich towa­rzy­szy, któ­rzy cof­nęli się nieco.

Ciało w cien­kiej koszuli noc­nej, ślepe oczy, krew pły­nąca z piersi. Jasnah.

- Upew­nij się - powie­dział jeden z męż­czyzn.

Drugi ukląkł i wbił długi, wąski nóż pro­sto w pierś Jasnah. Shal­lan sły­szała, jak ostrze ude­rza w drew­nianą pod­łogę pod cia­łem.

Shal­lan wrza­snęła.

Jeden z męż­czyzn odwró­cił się w jej stronę.

- Hej!

To był ten tępy na twa­rzy, wysoki męż­czy­zna, któ­rego Yalb nazy­wał "nowym dzie­cia­kiem". Pozo­sta­łych nie roz­po­zna­wała.

Wal­cząc z prze­ra­że­niem i nie­do­wie­rza­niem, Shal­lan zatrza­snęła drzwi i drżą­cymi pal­cami opu­ściła zasuwę.

Ojcze Burz! Ojcze Burz! Cof­nęła się od drzwi, gdy coś cięż­kiego ude­rzyło z dru­giej strony. Nie potrze­bo­wali nawet sie­kier. Wystar­czy­łoby kilka zde­cy­do­wa­nych ude­rzeń ramie­niem w drzwi, by je wywa­żyć. Shal­lan wpa­dła na koję, potknęła się i pra­wie pośli­zgnęła na roz­sy­pa­nych kulach. Wąskie okno pod sufi­tem - zbyt małe, by się przez nie wydo­stać - uka­zy­wało jedy­nie mrok nocy. Na górze roz­le­gały się krzyki, stopy ude­rzały o pokład.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Podziękowania

Jak może­cie sobie wyobra­zić, wypro­du­ko­wa­nie książki z cyklu "Archi­wum Burzo­wego Świa­tła" to poważne przed­się­wzię­cie. Wią­zało się z nim osiem­na­ście mie­sięcy pracy pisar­skiej, od kon­spektu aż po ostat­nią redak­cję. Do tego należy doli­czyć czte­rech róż­nych ilu­stra­to­rów, nie­zli­czo­nych redak­to­rów, nie wspo­mi­na­jąc już o pra­cow­ni­kach wydaw­nic­twa Tor, któ­rzy zaj­mo­wali się pro­duk­cją, reklamą, mar­ke­tin­giem i wszyst­kim innym, co jest nie­zbędne, by książka osią­gnęła suk­ces.

Od około dwu­dzie­stu lat "Archi­wum Burzo­wego Świa­tła" było moim marze­niem - histo­rią, jaką zawsze chcia­łem opo­wie­dzieć. Ludzie, o któ­rych prze­czy­ta­cie poni­żej, cał­kiem dosłow­nie spra­wili, że moje sny stały się rze­czy­wi­sto­ścią i żadne słowa nie wystar­czą, by wyra­zić moją wdzięcz­ność dla nich. Po pierw­sze, Peter Ahl­strom, mój asy­stent i główny redak­tor. Nad tą powie­ścią spę­dził dłu­gie godziny, zno­sił mój upór, kiedy utrzy­my­wa­łem, że pewne ele­menty zabu­rza­jące cią­głość akcji powie­ści wcale jej nie zabu­rzają - i prze­waż­nie udało mu się mnie prze­ko­nać, że jed­nak się mylę.

Jak zawsze, Moshe Feder - czło­wiek, który odkrył mnie jako pisa­rza - wyko­nał mnó­stwo dosko­na­łej roboty jako redak­tor. Joshua Bil­mes, mój agent, jak zawsze ciężko pra­co­wał nad książką, zarówno jako agent, jak i redak­tor. Dołą­czają do niego Eddie Schne­ider, Brady "Words of Bra­diance" McRey­nolds, Kry­styna Lopez, Sam Mor­gan i Chri­sta Atkin­son z agen­cji. W wydaw­nic­twie Tor, Tom Doherty zniósł fakt, że dostar­czy­łem powieść jesz­cze dłuż­szą niż poprzed­nia, choć obie­cy­wa­łem, że będzie krót­sza. Terry McGarry zajęła się redak­cją, Irene Gallo pro­jek­tem gra­ficz­nym, zespół Briana Lipo­fsky'ego z Wes­t­che­ster Publi­shing Servi­ces skła­dem, Meryl Gross i Karl Gold pro­duk­cją, a Patty Gar­cia i jej zespół reklamą. Paul Ste­vens peł­nił obo­wiązki super­mena zawsze, kiedy go potrze­bo­wa­li­śmy. Ogrom­nie dzię­kuję wam wszyst­kim.

Być może zauwa­ży­li­ście, że tom ten, podob­nie jak poprzed­nie, zawiera wspa­niałe ilu­stra­cje. W mojej wizji "Archi­wum Burzo­wego Świa­tła" miało być serią, któ­rej ilu­stra­cje wykra­czają poza zwy­cza­jowe ocze­ki­wa­nia wobec tego gatunku. Jest dla mnie zaszczy­tem udział w pro­jek­cie mojego ulu­bio­nego Micha­ela Whe­lana. Wydaje mi się, że jego okładka dosko­nale oddaje Kala­dina i jestem wdzięczny za dodat­kowy czas, jaki - na wła­sną prośbę - spę­dził nad nią, przy­go­to­wu­jąc trzy szkice, zanim w końcu był zado­wo­lony. Wyklejka przed­sta­wia­jąca Shal­lan to wię­cej niż się spo­dzie­wa­łem i ogrom­nie cie­szę się z tego, jak wyszedł cały zestaw.

Kiedy roz­po­czą­łem pracę nad "Archi­wum Burzo­wego Świa­tła", stwier­dzi­łem, że chciał­bym zapro­sić róż­nych ilu­stra­to­rów na "gościnne występy". W tym tomie poja­wia się pierw­szy z nich. Dan dos San­tos (kolejny z moich ulu­bio­nych twór­ców, autor okładki do "Roz­jemcy") zgo­dził się przy­go­to­wać kilka ilu­stra­cji do zamiesz­cze­nia w książce.

Ben McSwe­eney powró­cił z kolej­nymi wspa­nia­łymi kar­tami ze szki­cow­nika, a praca z nim jest praw­dziwą przy­jem­no­ścią. Szybko domy­śla się o co mi cho­dzi, cza­sami nawet wtedy, gdy sam do końca nie wiem, czego chcę. Rzadko zda­rza się spo­tkać kogoś, kto w taki spo­sób łączy pro­fe­sjo­na­lizm z talen­tem. Wię­cej jego prac można zna­leźć na stro­nie Ink­Thin­ker.net.

Dawno temu, bo przed dzie­się­ciu laty, pozna­łem czło­wieka nazwi­skiem Isaác Ste­wart, który był nie tylko począt­ku­ją­cym pisa­rzem, ale też dosko­na­łym arty­stą, szcze­gól­nie jeśli cho­dziło o rze­czy w rodzaju map i sym­boli. Zaczą­łem z nim współ­pra­co­wać (zaczy­na­jąc od "Z mgły zro­dzo­nego"), a on w końcu umó­wił mnie na randkę w ciemno z nie­jaką Emily Bush­man - którą póź­niej poślu­bi­łem. Nie muszę więc mówić, że jestem Isaácowi sporo winien. Z każdą kolejną książką, nad którą pra­cuje, mój dług wdzięcz­no­ści rośnie, gdy widzę jego wspa­niałe osią­gnię­cia. Tego roku posta­no­wi­li­śmy uczy­nić jego udział bar­dziej ofi­cjal­nym i zatrud­ni­łem go jako eta­to­wego ilu­stra­tora, jak rów­nież do pomocy w pra­cach admi­ni­stra­cyj­nych. Jeśli więc go zoba­czy­cie, przy­wi­taj­cie go w zespole. (I powiedz­cie mu, żeby na­dal pra­co­wał nad swo­imi książ­kami, które są cał­kiem nie­złe).

W Dra­gon­steel Enter­ta­in­ment zaczyna pracę rów­nież Kara Ste­wart, żona Isaáca, która będzie się zaj­mo­wać wysyłką. (Tak naprawdę naj­pierw chcia­łem zatrud­nić Karę, a wtedy Isaác wtrą­cił się, stwier­dza­jąc, że nie­które z tych rze­czy mógłby robić on. Skoń­czy­łem, zatrud­nia­jąc ich oboje, co jest bar­dzo dogodne). To z nią będzie­cie się kon­tak­to­wać, jeśli zde­cy­du­je­cie się zamó­wić koszulki, pla­katy i inne takie przez moją stronę. A ona jest wspa­niała.

Pod­czas pracy nad tą książką korzy­sta­li­śmy z pomocy kilku eks­per­tów, do któ­rych zali­cza się Matt Bush­man, ze względu na doświad­cze­nie w pisa­niu pio­se­nek i wier­szy. Ellen Asher udzie­liła kilku zna­czą­cych wska­zó­wek w sce­nach zwią­za­nych z końmi, a Karen Ahl­strom była dodat­kową kon­sul­tantką w dzie­dzi­nie poezji i pio­se­nek. Mi'chelle Wal­ker peł­niła funk­cję kon­sul­tanta pisma Ale­thich, Elise War­ren zaś udzie­liła kilku waż­nych porad doty­czą­cych psy­cho­lo­gii jed­nej z głów­nych postaci. Dzię­kuję wam wszyst­kim za pomoc.

Nad tą powie­ścią pra­co­wali liczni czy­tel­nicy beta, przy znacz­nych ogra­ni­cze­niach cza­so­wych, więc pozdra­wiam ser­decz­nie wszyst­kich, któ­rzy brali w tym udział. Są to: Jason Den­zel, Mi'chelle Wal­ker, Josh Wal­ker, Eric Lake, David Beh­rens, Joel Phil­lips, Jory Phil­lips, Kri­stina Kugler, Lynd­sey Luther, Kim Gar­rett, Layne Gar­rett, Brian Delam­bre, Brian T. Hill, Alice Arne­son, Bob Kluttz i Nathan Goodrich.

Korek­to­rami byli: Ed Chap­man, Brian Con­nolly i Norma Hof­f­man. Korektą zaj­mo­wali się rów­nież Adam Wil­son, Aubree i Bao Pham, Blue Cole, Chris King, Chris Kluwe, Emily Grange, Gary Sin­ger, Jakob Remick, Jared Ger­lach, Kelly Neu­mann, Ken­dra Wil­son, Kerry Mor­gan, Maren Menke, Matt Hatch, Patrick Mohr, Richard Fife, Rob Har­per, Steve Godecke, Steve Karam i Will Raboin.

Moja grupa pisar­ska prze­biła się przez pra­wie połowę książki, czyli bar­dzo dużo, bio­rąc pod uwagę jej dłu­gość. Są dla mnie bez­cenną pomocą. Jej człon­ko­wie to: Kay­lynn ZoBell, Kath­leen Dor­sey San­der­son, Danielle Olsen, Ben-syn-syn-Ron, E. J. Pat­ten, Alan Lay­ton i Karen Ahl­strom.

Wresz­cie dzię­kuję kocha­ją­cej (i hała­śli­wej) rodzi­nie. Joel, Dal­lin i mały Oli­ver każ­dego dnia poma­gają mi zacho­wać pokorę, robiąc ze mnie "złego gościa", który zawsze prze­grywa. Moja pełna wyro­zu­mia­ło­ści żona, Emily, musiała dużo w tym roku znieść, gdy wyjazdy trwały coraz dłu­żej. Wciąż nie jestem pewny, czym sobie na nią zasłu­ży­łem. Dzię­kuję Wam wszyst­kim, że uczy­ni­li­ście mój świat magicz­nym.

Prolog

Zada­wać pyta­nia

Sześć lat wcześniej

Jasnah Kho­lin uda­wała, że dobrze się bawi na przy­ję­ciu i w żaden spo­sób nie oka­zy­wała po sobie, że zamie­rza dopro­wa­dzić do śmierci jed­nego z gości.

Wędro­wała przez zatło­czoną salę balową, przy­słu­chu­jąc się, gdy wino roz­wią­zy­wało języki i zaćmie­wało umy­sły. Wuj Dali­nar bawił się dosko­nale, wła­śnie pod­niósł się zza kró­lew­skiego stołu i krzy­czał do Par­shen­dich, by wezwali swo­ich bęb­nia­rzy. Jej brat Elho­kar pośpiesz­nie uci­szył wuja - choć Ale­thi uprzej­mie zigno­ro­wali wybuch Dali­nara. Wszy­scy poza jej bra­tową, Aesu­dan, która ukryła uśmie­szek za chu­s­teczką.

Jasnah odwró­ciła się od kró­lew­skiego stołu i ruszyła dalej. Była umó­wiona ze skry­to­bójcą i z dużą rado­ścią opu­ściła duszne pomiesz­cze­nie, które śmier­działo zmie­sza­nymi per­fu­mami. Na pod­wyż­sze­niu naprze­ciwko kominka kobiecy kwar­tet grał na fle­tach, ale muzyka już dawno stała się męcząca.

W prze­ci­wień­stwie do Dali­nara, Jasnah przy­cią­gała spoj­rze­nia niczym zgniłe mięso muchy. Cią­gle za nią podą­żały. Szepty jak brzęk skrzy­deł. Jeśli ist­niało coś, co ale­thyj­ski dwór cenił bar­dziej od wina, były tym plotki. Wszy­scy spo­dzie­wali się, że Dali­nar upije się winem w cza­sie uczty - ale kró­lew­ska córka przy­zna­jąca się do here­zji? To nie miało pre­ce­densu.

I z tego wła­śnie powodu Jasnah wypo­wie­działa na głos swoje uczu­cia.

Minęła dele­ga­cję Par­shen­dich, któ­rzy tło­czyli się w pobliżu kró­lew­skiego stołu i roz­ma­wiali w swoim ryt­micz­nym języku. Choć tę ucztę wydano na ich cześć i na cześć trak­tatu, który pod­pi­sali z ojcem Jasnah, nie wyda­wali się roz­ra­do­wani ani szczę­śliwi. Wyglą­dali raczej na zde­ner­wo­wa­nych. Oczy­wi­ście, nie byli ludźmi i cza­sem dziw­nie reago­wali.

Jasnah chciała z nimi poroz­ma­wiać, ale umó­wione spo­tka­nie nie mogło zacze­kać. Celowo umó­wiła się w trak­cie uczty, gdyż więk­szość była wów­czas roz­pro­szona i pijana. Skie­ro­wała się w stronę drzwi, lecz nagle się zatrzy­mała.

Jej cień padał w złą stronę.

Duszna, zatło­czona, roz­ga­dana sala jakby się odda­lała. Arcy­książę Sadeas prze­szedł przez cień, który cał­kiem wyraź­nie wska­zy­wał w stronę wiszą­cej na pobli­skiej ścia­nie lampy z kulami. Zajęty roz­mową ze swoim towa­rzy­szem nic nie zauwa­żył. Jasnah wpa­try­wała się w cień, czu­jąc, że zalewa ją zimny pot, a żołą­dek się ści­ska, jakby miała zaraz zwy­mio­to­wać. Nie znowu. Szu­kała innego źró­dła świa­tła. Przy­czyny. Czy umiała zna­leźć przy­czynę? Nie.

Cień leni­wie prze­su­nął się ku niej, oto­czył jej stopy, a póź­niej skie­ro­wał się w prze­ciwną stronę. Jasnah się roz­luź­niła. Czy ktoś jesz­cze to zoba­czył?

Całe szczę­ście, gdy rozej­rzała się dookoła, nie zauwa­żyła żad­nych prze­ra­żo­nych twa­rzy. Uwagę zgro­ma­dzo­nych przy­cią­gnęli bęb­nia­rze Par­shendi, prze­ci­ska­jący się wła­śnie przez wej­ście. Jasnah zmarsz­czyła czoło na widok słu­żą­cego w luź­nych bia­łych sza­tach, który im poma­gał. Męż­czy­zna z Shi­no­varu? To było nie­zwy­kłe.

Zapa­no­wała nad sobą. Co ozna­czały te epi­zody? Wedle peł­nych prze­są­dów ludo­wych opo­wie­ści, dziw­nie zacho­wu­jący się cień ozna­czał, że ktoś został prze­klęty. Zazwy­czaj zby­wała takie pomy­sły, uwa­ża­jąc je za non­sens, ale nie­które prze­sądy kryły w sobie ziarno prawdy. Tak wyni­kało w każ­dym razie z jej doświad­czeń. Musiała prze­pro­wa­dzić dal­sze bada­nia.

Spo­kojne roz­wa­ża­nia uczo­nej wyda­wały się kłam­stwem w porów­na­niu z prawdą zim­nej, lep­kiej skóry i potu spły­wa­ją­cego po ple­cach. Mimo to sta­rała się myśleć roz­sąd­nie w każ­dej sytu­acji, nie tylko, gdy pano­wała nad sobą. Zmu­siła się do przej­ścia przez drzwi i opu­ściw­szy duszną salę, zna­la­zła się na cichym kory­ta­rzu. Wybrała tylne wyj­ście, z któ­rego zazwy­czaj korzy­stali słu­żący. To była w końcu naj­bar­dziej bez­po­śred­nia droga.

Tutaj pano­wie-słu­dzy ubrani w czerń i biel prze­cho­dzili, wypeł­nia­jąc pole­ce­nia swo­ich oświe­co­nych panów i pań. Tego się spo­dzie­wała, nato­miast nic nie przy­go­to­wało ją na widok ojca nara­dza­ją­cego się cicho z oświe­co­nym Meri­da­sem Ama­ra­mem. Co tu robił król?

Gavi­lar Kho­lin był niż­szy od Ama­rama, jed­nak ten ostatni pochy­lał się nieco w obec­no­ści króla. Tak się czę­sto zda­rzało, Gavi­lar bowiem mówił cicho, lecz z takim naci­skiem, że każdy pra­gnął nachy­lić się i słu­chać, by nie prze­ga­pić żad­nego słowa ani suge­stii. W prze­ci­wień­stwie do brata był przy­stoj­nym męż­czy­zną, broda raczej pod­kre­ślała mocną linię szczęki niż ją zasła­niała. Ota­czała go aura magne­ty­zmu i siły, któ­rej zda­niem Jasnah dotych­czas nie udało się prze­ka­zać żad­nej z auto­rek jego bio­gra­fii.

Za nimi stał Tearim, kapi­tan Gwar­dii Kró­lew­skiej. Miał na sobie nale­żący do Gavi­lara Pan­cerz Odpry­sku - król ostat­nimi czasy prze­stał go nosić, wolał powie­rzyć go Teari­mowi, zna­nemu jako mistrz poje­dyn­ków. Gavi­lar miał na sobie dostojne, kla­syczne szaty.

Jasnah spoj­rzała w stronę sali balo­wej. Kiedy jej ojciec się wyśli­zgnął? Jesteś nie­dbała, oskar­żyła sie­bie. Powin­naś spraw­dzić, czy na­dal tam jest, zanim wyszłaś.

Król tym­cza­sem oparł dłoń na ramie­niu Ama­rama i uniósł palec, ode­zwał się ostro, lecz na tyle cicho, że Jasnah nie zro­zu­miała jego słów.

- Ojcze? - spy­tała.

Posłał jej spoj­rze­nie.

- Ach, to ty, Jasnah. Tak wcze­śnie uda­jesz się na spo­czy­nek?

- Nie można powie­dzieć, by było wcze­śnie - odparła Jasnah, robiąc krok do przodu. Było oczy­wi­ste, że Gavi­lar i Ama­ram wyśli­zgnęli się, by móc poroz­ma­wiać w cztery oczy. - Ta część uczty jest męcząca, roz­mowy stają się gło­śniej­sze, ale wcale nie mądrzej­sze, a goście są pijani. - Wielu ludzi uważa coś takiego za dobrą zabawę.

- Nie­stety, wielu ludzi jest idio­tami.

Ojciec się uśmiech­nął.

- Czy jest ci bar­dzo trudno? - spy­tał cicho. - Żyć z nami, zno­sić nasz prze­ciętny rozum i pro­ste myśli? Czy czu­jesz się samotna, będąc tak wyjąt­kową w swo­jej mądro­ści, Jasnah?

Przy­jęła jego repry­mendę i odkryła, że się rumieni. Nawet jej matce, Navani, nie uda­wało się tego osią­gnąć.

- Może gdy­byś zna­la­zła miłe towa­rzy­stwo - powie­dział Gavi­lar - lepiej byś się bawiła na ucztach.

Posłał spoj­rze­nie Ama­ra­mowi, któ­rego od lat uwa­żał za odpo­wied­nią par­tię dla niej.

Ni­gdy do tego nie doj­dzie. Ama­ram napo­tkał jej wzrok, po czym cicho poże­gnał ojca i pośpie­szył kory­ta­rzem.

- Jakie zada­nie mu dałeś? - spy­tała Jasnah. - Co cię zaj­muje tej nocy, ojcze?

- Rzecz jasna, trak­tat.

Trak­tat. Dla­czego tak się nim przej­mo­wał? Inni radzili, by zigno­ro­wał Par­shen­dich lub ich pod­bił. Gavi­lar upie­rał się przy poro­zu­mie­niu.

- Powrócę teraz na uro­czy­stość - powie­dział Gavi­lar i mach­nął ręką w stronę Tearima.

Obaj ruszyli kory­ta­rzem do drzwi, przez które chwilę wcze­śniej prze­szła Jasnah.

- Ojcze? - spy­tała. - Czego mi nie mówisz?

Posłał jej spoj­rze­nie, wpa­try­wał się w nią przez dłuż­szą chwilę. Bla­do­zie­lone oczy, świa­dec­two dobrego uro­dze­nia. Kiedy stał się taki prze­ni­kliwy? Na burze... czuła się, jakby wła­ści­wie już go nie znała. Cóż za ude­rza­jąca prze­miana w tak krót­kim cza­sie.

Wpa­try­wał się w nią w taki spo­sób, że wyda­wało się, że jej nie ufa. Czy wie­dział o jej spo­tka­niu z Liss?

Odwró­cił się, nie mówiąc ani słowa wię­cej, i wró­cił na przy­ję­cie, a jego straż­nik podą­żył za nim.

Co się dzieje w tym pałacu? - pomy­ślała Jasnah. Ode­tchnęła głę­boko. Wie­działa, że musi dalej naci­skać. Miała nadzieję, że nie odkrył jej spo­tkań ze skry­to­bój­cami, ale jeśli tak się stało, zamie­rzała dzia­łać z tą wie­dzą. Z pew­no­ścią zro­zu­miałby, że ktoś musiał strzec rodziny, kiedy jego coraz bar­dziej pochła­niała fascy­na­cja Par­shen­dimi. Jasnah odwró­ciła się i ruszyła dalej, mija­jąc pana-sługę, który zło­żył jej ukłon.

Po krót­kim cza­sie zauwa­żyła, że jej cień znów zaczął się dziw­nie zacho­wy­wać. Wes­tchnęła z iry­ta­cją, gdy skie­ro­wał się w stronę trzech lamp peł­nych Burzo­wego Świa­tła wiszą­cych na ścia­nie. Na szczę­ście, opu­ściła oko­lice, w któ­rych pano­wał duży ruch, i nie widziała w pobliżu żad­nych słu­żą­cych.

- Dobra - wark­nęła. - Wystar­czy.

Nie zamie­rzała wypo­wie­dzieć tych słów na głos. Gdy jed­nak opu­ściły jej usta, kilka odle­głych cieni - pocho­dzą­cych z pobli­skiego skrzy­żo­wa­nia kory­ta­rzy - ożyło. Zaparło jej dech w pier­siach. Te cie­nie wydłu­żyły się, pogłę­biły, utwo­rzyły posta­cie, które wzro­sły, wstały, pod­nio­sły się. Ojcze Burz, popa­dam w sza­leń­stwo.

Jeden przy­brał postać męż­czy­zny czar­nego jak noc, jed­nak w pew­nym stop­niu odbi­ja­ją­cego świa­tło, jakby był z oleju. Nie... z jakiejś innej płyn­nej sub­stan­cji, pokry­tej na zewnątrz war­stwą oleju, która ota­czała go tęczo­wym pobla­skiem.

Ruszył w jej stronę i wycią­gnął miecz.

Jasnah kie­ro­wała logika, zimna i zde­cy­do­wana. Krzyki nie spro­wa­dzi­łyby pomocy wystar­cza­jąco szybko, a atra­men­towa gib­kość stwora suge­ro­wała pręd­kość więk­szą od jej wła­snej.

Nie cof­nęła się, lecz spio­ru­no­wała stwora wzro­kiem, co spra­wiło, że się zawa­hał. Za nim, z cieni zma­te­ria­li­zo­wała się nie­wielka gro­madka innych istot. Przez ostat­nie mie­siące czuła na sobie ich spoj­rze­nia.

Cały kory­tarz pociem­niał, jakby został zalany i teraz powoli tonął w pozba­wio­nych świa­tła głę­bi­nach. Z biją­cym ser­cem i przy­śpie­szo­nym odde­chem, Jasnah unio­sła dłoń do gra­ni­to­wej ściany, pra­gnąc dotknąć cze­goś mate­rial­nego. Jej palce zanu­rzyły się nieco w kamie­niu, jakby to była glina.

O, na burze. Musiała coś zro­bić. Ale co? Co mogła zro­bić?

Postać przed nią spoj­rzała na ścianę. Naj­bliż­sza Jasnah lampa zga­sła. A wtedy...

Pałac znik­nął.

Cały budy­nek roz­padł się na tysiące tysięcy małych szkla­nych kulek, przy­po­mi­na­ją­cych paciorki. Jasnah wrza­snęła, gdy pole­ciała do tyłu przez ciemne niebo. Nie była już w pałacu, lecz w jakimś innym miej­scu - inna kra­ina, inny czas, inne... coś.

Pozo­stał jej widok ciem­nej, odbi­ja­ją­cej świa­tło postaci, która uno­siła się nad nią i z satys­fak­cją scho­wała miecz.

Jasnah w coś ude­rzyła - ocean szkla­nych pacior­ków. Inne opa­dały wokół niej i ude­rzały jak grad w powierzch­nię dziw­nego morza. Ni­gdy nie widziała tego miej­sca, nie umiała wyja­śnić, co się wyda­rzyło ani co to ozna­czało. Zaczęła się szar­pać, zanu­rza­jąc się w nie­moż­li­wość. Kulki ze szkła wszę­dzie wokół niej. Nie widziała niczego poza nimi, czuła jedy­nie, jak opada przez tę falu­jącą, duszącą, brzę­czącą masę.

Umie­rała. Zosta­wia­jąc nie­do­koń­czoną pracę i rodzinę bez ochrony!

Ni­gdy nie pozna odpo­wie­dzi!

Nie.

Jasnah szar­pała się w ciem­no­ści, paciorki prze­ta­czały się po jej skó­rze, wpa­dały pod ubra­nie i do nosa, gdy pró­bo­wała pły­wać. To nie miało sensu. Na tej masie nie mogła się uno­sić. Się­gnęła dło­nią do ust, stwo­rzyła małą kie­szeń powie­trza i udało jej się ode­tchnąć. Ale paciorki kłę­biły się wokół jej dłoni i wci­skały mię­dzy palce. Opa­dała coraz wol­niej, jakby przez gęsty płyn.

Każdy pacio­rek, który jej doty­kał, pozo­sta­wiał słabe wra­że­nie cze­goś. Drzwi. Stół. But.

Kulki zna­la­zły drogę do jej ust. Wyda­wało się, że się poru­szają z wła­snej woli. Chciały ją udu­sić, znisz­czyć. Nie... nie, coś je do niej przy­cią­gało. Takie miała wra­że­nie, nie świa­domą myśl, lecz uczu­cie. Cze­goś od niej chciały.

Wzięła pacio­rek w dłoń - spra­wiał wra­że­nie kie­li­cha. Dała... mu... coś? Inne kulki w pobliżu zebrały się razem, połą­czyły, skle­iły jak kamie­nie zle­pione zaprawą. Po chwili nie spa­dała już pośród poje­dyn­czych pacior­ków, ale przez wielką masę, która połą­czyła się razem w kształt...

Kie­li­cha.

Każdy pacio­rek był wzo­rem, prze­wod­ni­kiem dla pozo­sta­łych.

Wypu­ściła ten, który trzy­mała, a wtedy ota­cza­jące ją kulki się roz­dzie­liły. Rzu­cała się, roz­pacz­li­wie szu­ka­jąc. Zaczy­nało jej bra­ko­wać powie­trza. Potrze­bo­wała cze­goś, co mogła wyko­rzy­stać, cze­goś, co jej pomoże, spo­sobu, by prze­żyć! W odru­chu despe­ra­cji roz­ło­żyła sze­roko ręce, by dotknąć jak naj­wię­cej pacior­ków.

Srebrny talerz.

Płaszcz.

Rzeźba.

Latar­nia.

A póź­niej coś sta­ro­żyt­nego.

Coś ocię­ża­łego i powoli myślą­cego, a jed­no­cze­śnie sil­nego. Sam pałac. Jasnah gorącz­kowo chwy­ciła tę kulkę i wepchnęła w nią swoją moc. Choć z tru­dem mogła myśleć, dała temu pacior­kowi wszystko, co miała, a póź­niej kazała mu się pod­nieść.

Kulki się poru­szyły.

Roz­legł się gło­śny trzask - paciorki sty­kały się ze sobą, brzę­czały, trza­skały, grze­cho­tały. Przy­po­mi­nało to nieco odgłos fali roz­bi­ja­ją­cej się o skały. Jasnah wznio­sła się z głę­bin, pod nią poru­szało się coś mate­rial­nego, co wypeł­niało jej pole­ce­nie. Kulki ude­rzały ją w głowę, ramiona, ręce, aż w końcu prze­biła się na powierzch­nię szkla­nego morza, wyrzu­ca­jąc w czarne niebo fon­tannę pacior­ków.

Klę­czała na szkla­nej plat­for­mie utwo­rzo­nej z połą­czo­nych ze sobą drob­nych kulek. Unio­sła dłoń w bok i do góry, zaci­ska­jąc ją na paciorku, który był prze­wod­ni­kiem. Oto­czyły ją inne, two­rząc kształt kory­ta­rza z lam­pami na ścia­nach i skrzy­żo­wa­niem z przodu. Oczy­wi­ście, wyglą­dał dziw­nie - wszystko powstało ze szkla­nych kulek. Ale było to nie­złe przy­bli­że­nie.

Nie była dość silna, by stwo­rzyć cały pałac. Ufor­mo­wała jedy­nie ten kory­tarz, nawet bez sufitu - ale pod­łoga ją pod­trzy­my­wała, nie pozwa­lała zato­nąć. Z jękiem otwo­rzyła usta, a wtedy wypa­dły z nich paciorki i z brzę­kiem spa­dły na pod­łogę. Zakasz­lała i ode­tchnęła, po jej twa­rzy popły­nęły strużki potu, zebrały się na bro­dzie.

Czarna postać wstą­piła przed nią na plat­formę. Znów wycią­gnęła miecz.

Jasnah unio­sła drugi pacio­rek, rzeźbę, którą wyczuła wcze­śniej. Dała jej moc, a wtedy inne kulki zebrały się przed nią, przy­bie­ra­jąc kształt jed­nej z rzeźb sto­ją­cych przed salą balową - figury przed­sta­wia­ją­cej Tale­ne­lat'Elina, Herolda Wojny. Wyso­kiego, umię­śnio­nego męż­czy­zny z wiel­kim Ostrzem Odpry­sku.

Nie była żywa, ale ona zmu­siła ją do poru­sze­nia, opusz­cze­nia mie­cza z pacior­ków. Wąt­piła, by mógł wal­czyć. Z okrą­głych pacior­ków nie mógł powstać ostry miecz. Ta groźba spra­wiła jed­nak, że ciemna postać się zawa­hała.

Zaci­ska­jąc zęby, Jasnah wstała, a z jej ubra­nia pole­ciały paciorki. Nie zamie­rzała klę­czeć przed tym stwo­rem, czym­kol­wiek był. Sta­nęła obok szkla­nej rzeźby i po raz pierw­szy zwró­ciła uwagę na dziwne chmury nad głową. Wyda­wało się, że two­rzą wąskie pasmo drogi, dłu­gie i pro­ste, kie­ru­jące się w stronę hory­zontu.

Napo­tkała spoj­rze­nie ole­istej postaci. Tamta wpa­try­wała się w nią przez chwilę, po czym unio­sła dwa palce do czoła i ukło­niła się, jakby w geście sza­cunku, uka­zu­jąc płaszcz za ple­cami. Inne zebrały się wokół niej i zaczęły roz­ma­wiać przy­ci­szo­nym szep­tem.

Miej­sce z pacior­ków znik­nęło i Jasnah odkryła, że znów znaj­duje się na kory­ta­rzu pałacu. Tego praw­dzi­wego, z mate­rial­nego kamie­nia, choć rze­czy­wi­ście zro­biło się ciemno - trzy lampy opu­ściło Burzowe Świa­tło, świe­ciły się dopiero te dalej w kory­ta­rzu.

Jasnah oparła się o ścianę i ode­tchnęła głę­boko. Muszę opi­sać to doświad­cze­nie, pomy­ślała.

Zamie­rzała tak zro­bić, a póź­niej prze­ana­li­zo­wać je i roz­wa­żyć. Póź­niej. Teraz chciała się zna­leźć jak naj­da­lej od tego miej­sca. Ruszyła do przodu, nie przej­mu­jąc się, dokąd wła­ści­wie idzie, pró­bu­jąc uciec przed oczami, któ­rych spoj­rze­nie wciąż na sobie czuła.

To nie pomo­gło.

W końcu zapa­no­wała nad sobą i otarła chu­s­teczką pot z twa­rzy. Cie­nio­mo­rze, pomy­ślała. Tak to się nazywa w baśniach.

Cie­nio­mo­rze, mityczne kró­le­stwo spre­nów. Mit, w który ni­gdy nie wie­rzyła. Z pew­no­ścią coś znaj­dzie, jeśli dosta­tecz­nie uważ­nie prze­czyta zapi­ski histo­ryczne. Nie­mal wszystko, co się wyda­rzyło, wyda­rzyło się wcze­śniej. Wielka lek­cja histo­rii i...

Na burze! Umó­wione spo­tka­nie.

Prze­kli­na­jąc pod nosem, pośpiesz­nie ruszyła w drogę. To doświad­cze­nie wciąż ją roz­pra­szało, ale musiała dotrzeć na spo­tka­nie. Dla­tego zeszła dwa pię­tra w dół, coraz bar­dziej odda­la­jąc się od dźwię­ków bęb­nów Par­shen­dich, aż sły­szała już tylko naj­gło­śniej­sze ude­rze­nia.

Skom­pli­ko­wa­nie muzyki zawsze ją zaska­ki­wało, suge­ro­wało, że Par­shendi nie byli pry­mi­tyw­nymi dzi­ku­sami, za któ­rych wielu ich uwa­żało. Z tej odle­gło­ści muzyka nie­po­ko­jąco przy­po­mi­nała paciorki z mrocz­nego miej­sca, ude­rza­jące o sie­bie.

Celowo wybrała odle­gły zaką­tek pałacu na spo­tka­nie z Liss. Nikt ni­gdy nie odwie­dzał tych poko­jów gościn­nych. Przed drzwiami sie­dział męż­czy­zna, któ­rego Jasnah nie znała. To ją uspo­ko­iło. Męż­czy­zna musiał być nowym słu­żą­cym Liss, a jego obec­ność zna­czyła, że sama kobieta jesz­cze sobie nie poszła, mimo spóź­nie­nia Jasnah. Zapa­no­waw­szy nad sobą, ski­nęła straż­ni­kowi - potęż­nemu Vedeń­czy­kowi z rudymi kosmy­kami w bro­dzie - i weszła do środka.

Liss wstała zza stołu pośrodku nie­wiel­kiej kom­naty. Miała na sobie sukienkę poko­jówki - oczy­wi­ście wyde­kol­to­waną - i mogła być Ale­thyjką. Albo Vedenką. Albo Bavlandką. Wszystko zale­żało od tego, jaki akcent posta­no­wiła pod­kre­ślić. Dłu­gie roz­pusz­czone włosy i krą­gła, atrak­cyjna figura spra­wiały, że wyróż­niała się we wła­ściwy spo­sób.

- Spóź­ni­li­ście się, jasno­ści - powie­działa Liss.

Jasnah nie odpo­wie­działa. Była pra­co­dawcą i nie musiała się uspra­wie­dli­wiać. Bez słowa poło­żyła coś na stole obok Liss. Nie­wielką kopertę zapie­czę­to­waną woł­ko­wo­skiem.

Jasnah przy­ci­snęła ją dwoma pal­cami, zasta­na­wia­jąc się.

Nie, to było zbyt pośpieszne. Nie wie­działa, czy ojciec orien­to­wał się, co robiła, ale nawet jeśli nie, w pałacu zbyt wiele się działo. Wolała nie dopu­ścić się skry­to­bój­stwa, dopóki nie uzy­ska cał­ko­wi­tej pew­no­ści.

Na szczę­ście, przy­go­to­wała rów­nież inny plan. Wysu­nęła drugą kopertę z bez­piecz­nej sakiewki w ręka­wie i umie­ściła ją na stole na miej­scu pierw­szej. Zdjęła z niej palce, okrą­żyła stół i usia­dła.

Liss rów­nież usia­dła i ukryła list za dekol­tem.

- Jasno­ści, to nie­zwy­kła noc na zdradę - powie­działa.

- Zatrud­niam cię jedy­nie do obser­wa­cji.

- Pro­szę o wyba­cze­nie, jasno­ści. Ale rzadko kiedy zatrud­nia się skry­to­bójcę do obser­wa­cji i tylko do niej.

- Instruk­cje są w koper­cie - stwier­dziła Jasnah. - Razem z zaliczką. Wybra­łam cię, bo jesteś mistrzy­nią prze­dłu­żo­nej obser­wa­cji. Tego wła­śnie chcę. Na razie.

Liss przy­tak­nęła z uśmie­chem.

- Szpie­go­wa­nie żony następcy tronu? Tak będzie dro­żej. Naprawdę nie chce­cie po pro­stu jej śmierci?

Jasnah postu­kała pal­cami w stół, po czym zorien­to­wała się, że robi to w rytm bęb­nów.

Muzyka była nie­spo­dzie­wa­nie skom­pli­ko­wana - zupeł­nie jak sami Par­shendi.

Zbyt wiele się dzieje, pomy­ślała. Muszę być bar­dzo ostrożna. Bar­dzo deli­katna.

- Akcep­tuję cenę - odparła Jasnah. - Za tydzień dopro­wa­dzę do zwol­nie­nia jed­nej z poko­jó­wek mojej bra­to­wej. Zgło­sisz się na to miej­sce, wyko­rzy­stu­jąc sfał­szo­wane refe­ren­cje, jakie z pew­no­ścią umiesz przy­go­to­wać. Zosta­niesz zatrud­niona. Z tego miej­sca będziesz obser­wo­wać i prze­ka­zy­wać infor­ma­cje. Powiem ci, jeśli będę potrze­bo­wać innych two­ich usług. Zro­zu­mia­łaś?

- To wy pła­ci­cie - odparła Liss ze śla­dem bavskiego dia­lektu.

Ten ślad poja­wił się tylko dla­tego, że tego chciała. Liss była naj­lep­szym skry­to­bójcą, jakiego znała Jasnah. Ludzie zwali ją Płacz­kiem, gdyż wyłu­py­wała oczy swo­ich ofiar. Choć nie ona wymy­śliła ten przy­do­mek, dobrze słu­żył jej celom, miała bowiem swoje tajem­nice. Przede wszyst­kim, nikt nie wie­dział, że Pła­czek jest kobietą.

Powia­dano, że Pła­czek wyłu­py­wał oczy, by oka­zać obo­jęt­ność wobec koloru oczu jego ofiar. Tak naprawdę czyn ten ukry­wał drugą tajem­nicę - Liss nie chciała, by kto­kol­wiek wie­dział, że zabi­jała w spo­sób, który pozo­sta­wiał trupy z wypa­lo­nymi oczyma.

- W takim razie nasze spo­tka­nie się skoń­czyło - stwier­dziła Liss i wstała.

Jasnah z roz­tar­gnie­niem przy­tak­nęła, jej myśli wró­ciły do dzi­wacz­nego spo­tka­nia ze spre­nami. Ta błysz­cząca skóra, kolory tań­czące na powierzchni o bar­wie smoły...

Z tru­dem ode­pchnęła od sie­bie te myśli. Musiała sku­pić się na obec­nym zada­niu. A w tej chwili była nim Liss.

Kobieta zawa­hała się w drzwiach.

- Wie­cie, dla­czego was lubię, jasno­ści?

- Pew­nie ma to coś wspól­nego z moimi kie­sze­niami i ich przy­sło­wiową głę­bo­ko­ścią.

Na twa­rzy Liss poja­wił się uśmiech.

- To też, zaprze­czać nie będę, ale poza tym róż­ni­cie się od innych jasno­okich. Kiedy inni mnie zatrud­niają, cały czas tylko kręcą nosem. Bar­dzo chęt­nie korzy­stają z moich usług, ale jed­no­cze­śnie uśmie­chają się szy­der­czo i zała­mują ręce, jakby nie zno­sili myśli, że są zmu­szeni do zro­bie­nia cze­goś tak obrzy­dli­wego.

- Skry­to­bój­stwo jest obrzy­dliwe, Liss. Podob­nie jak czysz­cze­nie noc­ni­ków. Mogę sza­no­wać kogoś zatrud­nio­nego do takiej pracy, nie sza­nu­jąc jed­no­cze­śnie samej pracy.

Liss uśmiech­nęła się i uchy­liła drzwi.

- Ten twój nowy słu­żący za drzwiami - ode­zwała się Jasnah. - Wspo­mnia­łaś chyba, że chcesz mi go poka­zać.

- Talaka? - Liss posłała spoj­rze­nie Vedeń­czy­kowi. - A, macie na myśli tam­tego dru­giego. Nie, jasno­ści, kilka tygo­dni temu sprze­da­łam go han­dla­rzowi nie­wol­ni­ków. - Skrzy­wiła się.

- Naprawdę? Chyba mówi­łaś, że był naj­lep­szym słu­żą­cym, jakiego mia­łaś.

- Aż za dobrym - stwier­dziła Liss. - Wolę o tym nie mówić. Ten burzowy Shin wywo­ły­wał we mnie dresz­cze.

Liss zadrżała i wyszła za drzwi.

- Pamię­taj o naszej pierw­szej umo­wie! - zawo­łała za nią Jasnah.

- Ni­gdy o niej nie zapo­mi­nam, jasno­ści.

Liss zamknęła drzwi.

Jasnah usa­do­wiła się wygod­niej i splo­tła przed sobą dło­nie. Ich "pierw­sza umowa" pole­gała na tym, że gdyby ktoś przy­szedł do Liss i zapro­po­no­wał jej kon­trakt na kogoś z rodziny Jasnah, kobieta zgło­si­łaby się do niej i pozwo­liła jej zapła­cić wię­cej w zamian za imię tego, który zło­żył pro­po­zy­cję.

Liss by to zro­biła. Naj­praw­do­po­dob­niej. Podob­nie jak tuzin innych skry­to­bój­ców, z któ­rymi kon­tak­to­wała się Jasnah. Klient, który wra­cał, był zawsze cen­niej­szy od jed­no­ra­zo­wego kon­traktu, a kobie­cie w rodzaju Liss zawsze mógł się przy­dać przy­ja­ciel wśród władz. Rodzi­nie Jasnah tacy ludzie nie zagra­żali. Oczy­wi­ście, o ile ona sama nie zatrud­niła skry­to­bójcy.

Jasnah ode­tchnęła głę­boko, po czym wstała, pró­bu­jąc otrzą­snąć się z cię­żaru, który ją przy­tła­czał.

Zaraz. Czy Liss nie wspo­mniała, że jej stary słu­żący był Shi­nem?

To pew­nie zbieg oko­licz­no­ści. Shi­no­wie nie poja­wiali się zbyt czę­sto na wscho­dzie, ale cza­sami się ich spo­ty­kało. Mimo to, Liss wspo­mniała o Shi­nie, a Jasnah zoba­czyła jed­nego z nich wśród Par­shen­dich... warto to spraw­dzić, nawet jeśli musiała wró­cić na ucztę. Z tą nocą coś było nie tak, i nie cho­dziło jedy­nie o jej cień i spreny.

Jasnah opu­ściła nie­wielką kom­natę w głębi pałacu i wyszła na kory­tarz. Skie­ro­wała się w górę.

Nad nią bębny uci­chły nagle, jakby nagle pękły struny instru­mentu. Czy przy­ję­cie koń­czyło się tak wcze­śnie? Dali­nar zro­bił coś, co obra­ziło świę­tu­ją­cych? On i jego wino...

Cóż, Par­shendi w prze­szło­ści igno­ro­wali obe­lgi, zatem teraz też by pew­nie to zro­bili. W rze­czy samej, Jasnah cie­szyła się nagłą obse­sją ojca na punk­cie trak­tatu. Ozna­czał on szansę na spo­kojne zba­da­nie tra­dy­cji Par­shendich i ich histo­rii.

Czy to moż­liwe, zasta­na­wiała się, że uczone przez te wszyst­kie lata pro­wa­dziły poszu­ki­wa­nia w nie­wła­ści­wych ruinach?

Z przodu dobie­gły ją słowa odbi­ja­jące się echem od ścian.

- Mar­twię się o Ash.

- Ty się o wszystko mar­twisz.

Jasnah się zawa­hała.

- Ona czuje się coraz gorzej - mówił ktoś. - Nie mie­li­śmy czuć się gorzej. Czy ja czuję się gorzej? Tak mi się wydaje.

- Zamknij się.

- Nie podoba mi się to. Postą­pi­li­śmy nie­wła­ści­wie. Ten stwór nosi Ostrze mojego pana. Nie powin­ni­śmy pozwo­lić, by je zacho­wał. On...

Dwaj męż­czyźni minęli miej­sce prze­cię­cia kory­ta­rzy. Byli amba­sa­do­rami z zachodu. Męż­czy­zna z Aziru miał białe zna­mię na policzku. A może to była bli­zna? Niż­szy z nich - wyglą­dał na Ale­thiego - na widok Jasnah prze­rwał. Pisnął i pośpiesz­nie ruszył dalej.

Azir­czyk, odziany w czerń i sre­bro, zatrzy­mał się i obrzu­cił ją spoj­rze­niem od stóp do głów. Zmarsz­czył czoło.

- Czy uczta się już skoń­czyła? - spy­tała Jasnah.

Jej brat zapro­sił tych dwóch na święto, razem ze wszyst­kimi pozo­sta­łymi liczą­cymi się dygni­ta­rzami z obcych kra­jów obec­nymi w Kho­li­na­rze.

- Tak - odparł męż­czy­zna.

Jego spoj­rze­nie spra­wiło, że poczuła się nie­zręcz­nie. Ruszyła naprzód. Powin­nam spraw­dzić ich dokład­niej, pomy­ślała. Oczy­wi­ście, już wcze­śniej ich spraw­dziła, i nie zna­la­zła nic cie­ka­wego. Czy roz­ma­wiali o Ostrzu Odpry­sku?

- Chodź! - powie­dział niż­szy męż­czy­zna. Cof­nął się i chwy­cił towa­rzy­sza za rękę.

Tam­ten pozwo­lił się odcią­gnąć. Jasnah pode­szła do skrzy­żo­wa­nia kory­ta­rzy i odpro­wa­dziła ich wzro­kiem.

Dźwięk bęb­nów zastą­piły nagle krzyki.

O nie...

Jasnah odwró­ciła się z prze­ra­że­niem, po czym unio­sła spód­nice i pobie­gła naj­szyb­ciej jak mogła.

W gło­wie miała dzie­siątki moż­li­wych kata­strof. Co jesz­cze mogło się wyda­rzyć w tę nie­szczę­sną noc, gdy cie­nie się bun­to­wały, a jej wła­sny ojciec patrzył na nią podejrz­li­wie? Z ner­wami jak postronki dotarła do scho­dów i zaczęła się wspi­nać.

Trwało to sta­now­czo zbyt długo. Przy akom­pa­nia­men­cie wrza­sków wspięła się na górę i w końcu wyło­niła wśród cha­osu. Z jed­nej strony trupy, z dru­giej znisz­czona ściana. Jak...

Znisz­cze­nia pro­wa­dziły do kom­nat ojca.

Cały pałac się zatrząsł i roz­legł się trzask.

Nie, nie, nie!

Bie­gnąc, minęła ślady Ostrza Odpry­sku na ścia­nach.

Pro­szę.

Trupy z wypa­lo­nymi oczyma. Ciała rzu­cone na zie­mię jak ogry­zione kości na stole.

Nie to.

Znisz­czone drzwi. Kom­naty ojca. Jasnah zatrzy­mała się w kory­ta­rzu. Dyszała ciężko.

Zapa­nuj nad sobą, zapa­nuj...

Nie mogła. Nie teraz. Gorącz­kowo wbie­gła do kom­nat, choć Odpry­skowy zabiłby ją bez trudu. Miała mętlik w gło­wie. Powinna pobiec po pomoc. Dali­nar? Nie, był pijany. W takim razie Sadeas.

Kom­nata wyglą­dała, jakby została znisz­czona przez arcy­bu­rzę. Meble w kawał­kach, wszę­dzie odłamki. Drzwi bal­ko­nowe zostały wywa­żone na zewnątrz. Ktoś rzu­cił się w ich stronę, męż­czy­zna w Pan­ce­rzu jej ojca. Straż­nik Tearim?

Nie. Hełm był znisz­czony. To nie był Tearim, lecz Gavi­lar. Ktoś na bal­ko­nie krzyk­nął.

- Ojcze! - zawo­łała Jasnah.

Gavi­lar wyszedł na bal­kon, a po chwili waha­nia odwró­cił się i posłał jej spoj­rze­nie.

Bal­kon zała­mał się pod nim.

Jasnah wrza­snęła, prze­bie­gła przez kom­natę w stronę znisz­czo­nego bal­konu i padła na kolana na kra­wę­dzi. Wiatr wyry­wał kosmyki wło­sów z jej koka, gdy patrzyła na spa­da­ją­cych męż­czyzn.

Ojciec i Shin w bieli, któ­rego widziała na uczcie.

Shin ema­no­wał bia­łym bla­skiem. Spadł na ścianę. Ude­rzył w nią, prze­to­czył się i zatrzy­mał. Wstał i jakimś spo­so­bem pozo­stał na zewnętrz­nym murze pałacu, nie spa­da­jąc. To było nie­moż­liwe.

Odwró­cił się i ruszył w stronę jej ojca.

Jasnah przy­glą­dała się bez­rad­nie, jak skry­to­bójca klęka nad jej ojcem.

Po jej twa­rzy pły­nęły łzy, pory­wał je wiatr. Co on tam robił? Nie widziała dokład­nie.

Kiedy skry­to­bójca odszedł, pozo­sta­wił za sobą trupa ojca. Nabi­tego na kawał drewna. Był mar­twy - w rze­czy samej, obok niego poja­wiło się Ostrze Odpry­sku, jak zawsze, gdy noszący je umie­rał.

- Tak bar­dzo się sta­ra­łam... - wyszep­tała Jasnah. - Wszystko, co robi­łam, by chro­nić rodzinę...

Jak? Liss. Liss to zro­biła!

Nie. Nie myślała jasno. Ten Shin... w takim przy­padku nie przy­zna­łaby się, że do niej nale­żał. Rze­czy­wi­ście go sprze­dała.

- Współ­czu­jemy ci straty.

Jasnah odwró­ciła się, mru­ga­jąc załza­wio­nymi oczyma. Troje Par­shen­dich, w tym Klade, stało w wej­ściu w swo­ich wyróż­nia­ją­cych się stro­jach. Sta­ran­nie uszyte okry­cia z tka­niny dla męż­czyzn i kobiet, zwią­zane w pasie szarfą, luźne koszule bez ręka­wów. Dłu­gie kami­zelki, roz­cięte na bokach, w jaskrawe wzory. Ich ubiór nie świad­czył o płci. Sądziła jed­nak, że zale­żał od kasty i...

Prze­stań, pomy­ślała. Choć przez jeden burzowy dzień prze­stań myśleć jak uczona.

- Bie­rzemy na sie­bie odpo­wie­dzial­ność za jego śmierć - powie­działa naj­waż­niej­sza z Par­shen­dich.

Gan­gnah była kobietą, choć w wypadku Par­shen­dich róż­nice były mini­malne. Szaty ukry­wały piersi i bio­dra, które i tak nie były szcze­gól­nie zazna­czone. Całe szczę­ście brak brody sta­no­wił wyraźną wska­zówkę. Wszy­scy męż­czyźni Par­shen­dich, któ­rych widziała, nosili brody, w które wpla­tali kawałki klej­no­tów i...

PRZE­STAŃ.

- Co powie­dzia­łaś? - spy­tała Jasnah, zmu­sza­jąc się do wsta­nia. - Dla­czego to mia­łaby być twoja wina, Gan­gnah?

- Ponie­waż to my wyna­ję­li­śmy skry­to­bójcę - powie­działa Par­shendi swoim śpiew­nym gło­sem. - Zabi­li­śmy two­jego ojca, Jasnah Kho­lin.

- Wy...

Nagle wszyst­kie jej uczu­cia zamar­zły jak rzeka. Jasnah prze­nio­sła spoj­rze­nie z Gan­gnah na Klade'a i Var­nali. Star­szy­zna, cała trójka. Człon­ko­wie rady rzą­dzą­cej Par­shen­dimi.

- Dla­czego? - wyszep­tała Jasnah.

- Ponie­waż tak nale­żało zro­bić - odparła Gan­ghan.

- Dla­czego?! - powtó­rzyła ostrzej Jasnah i zro­biła krok do przodu. - Wal­czył dla was! Powstrzy­my­wał dra­pież­niki! Mój ojciec pra­gnął pokoju, potwory! Dla­czego wła­śnie dziś nas zdra­dzi­li­ście?

Gan­gnah zaci­snęła wargi. Melo­dia jej głosu się zmie­niła. Zupeł­nie jak matka, która wyja­śnia coś trud­nego małemu dziecku.

- Ponie­waż twój ojciec zamie­rzał zro­bić coś bar­dzo nie­bez­piecz­nego.

- Poślij­cie po oświe­co­nego Dali­nara! - zawo­łał ktoś z kory­ta­rza. - Na burze! Czy moje roz­kazy dotarły do Elho­kara? Książę musi zna­leźć się w bez­piecz­nym miej­scu!

Do kom­naty wpadł arcy­książę Sadeas wraz z oddzia­łem żoł­nie­rzy. Jego czer­wona twarz z bul­wia­stym nosem była mokra od potu. Miał na sobie strój Gavi­lara, jego dostojne szaty.

- Co te dzi­kusy tu robią? Na burze! Chroń­cie księż­niczkę Jasnah. Ten, który to zro­bił, był w ich orszaku!

Żoł­nie­rze ruszyli, by oto­czyć Par­shen­dich. Jasnah ich zigno­ro­wała, odwró­ciła się i cof­nęła do znisz­czo­nych drzwi. Oparł­szy dłoń o mur, spoj­rzała z góry na ciało ojca i jego Ostrze.

- Będzie wojna - wyszep­tała. - A ja nie zro­bię nic, by ją powstrzy­mać.

- To zro­zu­miałe - powie­działa za jej ple­cami Gan­gnah.

- Skry­to­bójca - ode­zwała się Jasnah. - On szedł po murze.

Gan­gnah nie odpo­wie­działa.

Kiedy cały jej świat został znisz­czony, Jasnah chwy­ciła się tego frag­mentu. Tej nocy coś widziała. Coś, co nie powinno być moż­liwe. Czy wią­zało się z dziw­nymi spre­nami? Jej doświad­cze­niem w miej­scu szkla­nych pacior­ków i ciem­nego nieba?

Te pyta­nia stały się liną ratun­kową, która pozwa­lała jej zacho­wać zdrowe zmy­sły. Sadeas żądał odpo­wie­dzi od przy­wód­ców Par­shen­dich. Żad­nych nie uzy­skał. Kiedy sta­nął obok niej i zoba­czył znisz­czony bal­kon, wybiegł na zewnątrz, wzy­wa­jąc straż­ni­ków, i pobiegł na dół.

Wiele godzin póź­niej oka­zało się, że skry­to­bój­stwo - i pod­da­nie się trójki przy­wód­ców Par­shen­dich - pomo­gło w ucieczce więk­szej grupy. Szybko opu­ścili mia­sto, a kon­nica, którą posłał za nimi Dali­nar, została znisz­czona. Setka koni, a każdy z nich bez­cenny, zgi­nęła z jeźdź­cami.

Przy­wódcy Par­shen­dich nic nie powie­dzieli i nie udzie­lili żad­nych wska­zó­wek, nawet kiedy za swoją zbrod­nię zostali zawie­szeni do góry nogami przed arcy­bu­rzą.

Jasnah igno­ro­wała wszystko. Miast tego prze­słu­chała oca­la­łych straż­ni­ków, pyta­jąc, co widzieli. Szu­kała wska­zó­wek na temat natury sław­nego skry­to­bójcy, pró­bo­wała wycią­gnąć infor­ma­cje od Liss. Nie­wiele się dowie­działa. Liss miała go jedy­nie przez krótki czas i twier­dziła, że nie wie­działa o jego dziw­nych mocach. Jasnah nie udało się zna­leźć wcze­śniej­szego wła­ści­ciela.

Póź­niej nad­szedł czas na księgi. Pełen odda­nia, gorącz­kowy wysi­łek, by odwró­cić uwagę od straty.

Tam­tej nocy Jasnah widziała nie­moż­liwe.

I zamie­rzała się dowie­dzieć, co to ozna­czało.

1

San­thid

Jeśli mam być cał­ko­wi­cie szczera, to, co wyda­rzyło się przez te ostat­nie dwa mie­siące, spo­czywa na mnie. Śmierć, znisz­cze­nie, strata i ból to mój cię­żar. Powin­nam była to prze­wi­dzieć. I powstrzy­mać.

Z oso­bi­stego dzien­nika Navani Kho­lin, Jese­ses roku 1174.

Shal­lan ści­snęła wąski kawa­łek węgla drzew­nego i nary­so­wała serię pro­stych linii ema­nu­ją­cych z kuli na hory­zon­cie. Ta kula nie była do końca słoń­cem, ani też żad­nym z księ­ży­ców. Naszki­co­wane węglem chmury pły­neły w jej stronę. A morze poni­żej... Rysu­nek nie mógł uka­zać dzi­wacz­nej natury tego oce­anu, który skła­dał się nie z wody, lecz z nie­wiel­kich pacior­ków prze­zro­czy­stego szkła.

Zadrżała, przy­po­mi­na­jąc sobie to miej­sce. Jasnah wie­działa o nim o wiele wię­cej, lecz nie dzie­liła się tą wie­dzą ze swoją pod­opieczną, a Shal­lan nie miała poję­cia, jak spy­tać. Jak mogła żądać odpo­wie­dzi po zdra­dzie, któ­rej się dopu­ściła? Od tam­tego wyda­rze­nia minęło zale­d­wie kilka dni i dziew­czyna na­dal nie wie­działa, jak roz­winą się jej kon­takty z Jasnah.

Pokład zako­ły­sał się, gdy sta­tek zro­bił zwrot, nad jej głową zało­po­tały potężne żagle. Shal­lan musiała zaci­snąć bez­pieczną dłoń na relingu, żeby odzy­skać rów­no­wagę. Kapi­tan Tozbek twier­dził, że na razie morze nie jest szcze­gól­nie wzbu­rzone jak na tę część Cie­śniny Dłu­go­bre­wych. Jed­nakże, gdyby fale i koły­sa­nie się wzmo­gły, musia­łaby zejść pod pokład.

Shal­lan ode­tchnęła i spró­bo­wała się roz­luź­nić, gdy sta­tek wypro­sto­wał kurs. Wiał chłodny wiatr, a na jego nie­wi­docz­nych prą­dach uno­siły się wia­tro­spreny. Za każ­dym razem, gdy wzbie­rały fale, Shal­lan przy­po­mi­nała sobie ten dzień, ten obcy ocean szkla­nych pacior­ków...

Przyj­rzała się temu, co nary­so­wała. Widziała jedy­nie mignię­cie tego miej­sca, a jej szkic nie był dosko­nały. On...

Zmarsz­czyła czoło. Na papie­rze wzno­sił się wzór, jakby był wytło­czony. Co ona naro­biła? Wzór był nie­mal sze­ro­ko­ści kartki, sekwen­cja skom­pli­ko­wa­nych linii prze­ci­na­ją­cych się pod ostrymi kątami i powta­rza­ją­cych się kształ­tów przy­po­mi­na­ją­cych grot strzały. Czy to wynik nary­so­wa­nia tego dziw­nego miej­sca, które Jasnah nazy­wała Cie­nio­mo­rzem? Shal­lan z waha­niem prze­su­nęła swo­bodną rękę, by poczuć nie­na­tu­ralne wybrzu­sze­nia kartki.

Wzór poru­szył się, prze­su­nął się po kartce jak szcze­nię ostro­gara pod prze­ście­ra­dłem.

Shal­lan jęk­nęła i zerwała się z miej­sca, upusz­cza­jąc szki­cow­nik na pokład. Luźne kartki spa­dły na deski, zatrze­po­tały i roz­sy­pały się na wie­trze. Pobli­scy mary­na­rze - Thay­le­no­wie o dłu­gich bia­łych brwiach, które zacze­sy­wali za uszy - rzu­cili się na pomoc, łapali kartki, nim wyle­ciały za reling.

- Wszystko w porządku, panienko? - spy­tał Tozbek, prze­ry­wa­jąc roz­mowę z jed­nym z matów. Niski, kor­pu­lentny Tozbek nosił sze­roką szarfę i czer­wono-złoty płaszcz oraz pasu­jącą do niego czapkę. Zacze­sy­wał brwi do góry i usztyw­niał je, przez co two­rzyły wachla­rze nad jego oczami.

- Nic się nie stało, kapi­ta­nie - odparła Shal­lan. - Po pro­stu się prze­stra­szy­łam.

Yalb pod­szedł i podał jej kartki.

- Wasze akce­so­ria, panienko.

Shal­lan unio­sła brew.

- Akce­so­ria?

- Pew­nie - stwier­dził młody mary­narz i uśmiech­nął się sze­roko. - Ćwi­czę wyszu­kane słow­nic­two. Pomaga mło­dzień­cowi zapew­nić sobie sto­sowne nie­wie­ście towa­rzy­stwo. Wie­cie, tego rodzaju młodą damę, która nie śmier­dzi za bar­dzo i ma przy­naj­mniej kilka zębów.

- Śliczna - powie­działa Shal­lan i wzięła kartki. - W każ­dym razie, jeśli taka jest twoja defi­ni­cja ślicz­nej.

Powstrzy­mała się przed dal­szymi przy­ty­kami i podejrz­li­wie wpa­trzyła w stertę kar­tek w ręku. Rysu­nek Cie­nio­mo­rza spo­czy­wał na wierz­chu, ale nie było na nim żad­nego wytła­cza­nego wzoru.

- Co się stało? - spy­tał Yalb. - Nagle wypełzł skądś krem­lik?

Jak zwy­kle, miał na sobie roz­piętą kami­zelę i parę luź­nych spodni.

- Nic takiego - odpo­wie­działa cicho Shal­lan i scho­wała kartki do teczki.

Yalb zasa­lu­to­wał jej - nie miała poję­cia, dla­czego zaczął to robić - i wró­cił do wią­za­nia oli­no­wa­nia razem z pozo­sta­łymi mary­na­rzami. Wkrótce usły­szała gło­śne śmie­chy pobli­skich męż­czyzn, a kiedy spoj­rzała na Yalba, wokół jego głowy tań­czyły chwa­ło­spreny - przy­brały postać nie­wiel­kich kul świa­tła. Wyraź­nie był bar­dzo dumny ze swo­jego żartu.

Uśmiech­nęła się. W rze­czy samej, miały wiel­kie szczę­ście, że Tozbek musiał zostać dłu­żej w Khar­branth. Lubiła tę załogę i cie­szyła się, że Jasnah wybrała wła­śnie ich na podróż. Shal­lan usia­dła na skrzyni, którą kapi­tan Tozbek naka­zał przy­mo­co­wać obok relingu, by mogła podzi­wiać morze, kiedy żeglo­wali. Musiała uwa­żać na pianę, ta bowiem nie słu­żyła jej szki­com, ale jak długo morze nie było wzbu­rzone, oka­zja oglą­da­nia fal była tego warta.

Obser­wa­tor na szczy­cie masztu krzyk­nął. Shal­lan zmru­żyła oczy i spoj­rzała w kie­runku, który wska­zał. W zasięgu wzroku mieli odle­gły ląd i pły­nęli rów­no­le­gle do niego. Poprzed­niego wie­czoru nawet przy­bili do portu, by uchro­nić się przed arcy­bu­rzą. Żaden żeglarz nie lubił zbyt­nio odda­lać się od por­tów - wyj­ście na otwarte morze, na któ­rym sta­tek mogła zasko­czyć arcy­bu­rza, było samo­bój­stwem.

Plamą ciem­no­ści na pół­nocy były Kra­iny Lodu, w więk­szo­ści nie­za­miesz­kany region wzdłuż połu­dnio­wej kra­wę­dzi Rosharu. Od czasu do czasu mignął jej zarys wyż­szych kli­fów na połu­dniu. Thay­le­nah, wiel­kie wyspiar­skie kró­le­stwo, two­rzyło tam kolejną barierę. Cie­śnina pro­wa­dziła mię­dzy nimi.

Obser­wa­tor zoba­czył coś w falach na pół­noc od statku, pod­ska­ku­jący kształt, który z początku wyda­wał się dużą kłodą. Nie, był o wiele więk­szy i szer­szy. Shal­lan wstała i zmru­żyła oczy. Oka­zało się, że to skle­piona, brą­zowo-zie­lona sko­rupa wiel­ko­ści trzech zwią­za­nych razem łódek. Kiedy ją mijali, sko­rupa zrów­nała się ze stat­kiem i jakimś spo­so­bem dotrzy­my­wała im tempa, wysta­jąc na sześć, może osiem stóp nad powierzch­nię.

San­thid! Shal­lan wychy­liła się przez reling i patrzyła w dół. Mary­na­rze roz­ma­wiali pod­eks­cy­to­wa­nymi gło­sami, kilku dołą­czyło do niej i wpa­try­wało się w istotę. San­thidyn pro­wa­dziły tak samot­ni­cze życie, że nie­które księgi uwa­żały je za wymarłe, a wszyst­kie współ­cze­sne donie­sie­nia o spo­tka­niach za wąt­pliwe.

- Naprawdę przy­no­si­cie szczę­ście, panienko! - powie­dział ze śmie­chem Yalb, mija­jąc ją z liną. - Od lat nie widzie­li­śmy san­thida.

- Na­dal go nie widzi­cie - zauwa­żyła Shal­lan. - Jedy­nie szczyt jego sko­rupy.

Ku jej roz­cza­ro­wa­niu woda ukry­wała całą resztę - poza cie­niami cze­goś w głę­bi­nie, co mogło być dłu­gimi ramio­nami się­ga­ją­cymi w głąb. Wedle opo­wie­ści stwory cza­sem przez wiele dni podą­żały za stat­kami, cze­kały na morzu, kiedy żaglo­wiec zawi­jał do portu, a póź­niej znów za nim podą­żały.

- I nic poza sko­rupą nie zoba­czy­cie - stwier­dził Yalb. - Na Pasje, to dobry znak!

Shal­lan ści­snęła torbę. Zamknąw­szy powieki, utrwa­liła Wspo­mnie­nie istoty przy statku, by móc ją póź­niej pre­cy­zyj­nie nary­so­wać.

Ale co wła­ści­wie mam nary­so­wać? - pomy­ślała. Bryłę w wodzie?

W jej gło­wie zaczęła kształ­to­wać się myśl. Wypo­wie­działa ją na głos, zanim zdą­żyła prze­my­śleć całą kwe­stię.

- Przy­nieś mi tę linę - powie­działa, odwra­ca­jąc się do Yalba.

- Jasno­ści? - spy­tał, zatrzy­mu­jąc się w miej­scu.

- Zawiąż pętlę na końcu - dodała, pośpiesz­nie odkła­da­jąc torbę. - Muszę przyj­rzeć się san­thi­dowi. Ni­gdy wcze­śniej nie zanu­rza­łam głowy w oce­anie. Czy słona woda utrud­nia widze­nie?

- Woda? - spy­tał łamią­cym się gło­sem Yalb.

- Widzę, że nie wią­żesz liny.

- Bo nie jestem burzo­wym głup­cem! Kapi­tan łeb mi urwie, jeżeli...

- Zawo­łaj kolegę - powie­działa Shal­lan, igno­ru­jąc jego sprze­ciw. Wzięła linę i zawią­zała na końcu nie­wielką pętlę. - Opu­ści­cie mnie przy bur­cie, a ja zoba­czę, co jest pod sko­rupą. Czy masz poję­cie, że nikt jesz­cze nie nary­so­wał żywego san­thida? Wszyst­kie, które morze wyrzu­ciło na plażę, były już w sta­nie roz­kładu. A ponie­waż mary­na­rze uwa­żają, że polo­wa­nie na te stwory przy­nosi pecha...

- Bo tak jest! - wtrą­cił Yalb. - Nikt ich nie zabija.

Shal­lan dokoń­czyła pętlę i pośpie­szyła w stronę burty. Gdy wychy­liła się za reling, wiatr szar­pał jej rude włosy. San­thid wciąż tam był. Jak za nimi nadą­żał? Nie widziała płetw.

Spoj­rzała na Yalba, który z uśmie­chem trzy­mał linę.

- Ach, jasno­ści. Czy chce­cie się ode­grać na mnie za to, co powie­dzia­łem Bez­n­kowi o waszych kształ­tach? To był tylko żart, ale naprawdę mnie nabra­li­ście! Ja... - Prze­rwał, gdy napo­tkał jej spoj­rze­nie. - Na burze. Mówi­cie poważ­nie.

- To dla mnie jedyna taka oka­zja. Nala­dan więk­szość życia spę­dziła, goniąc te istoty, i ni­gdy nie miała oka­zji dobrze im się przyj­rzeć.

- To sza­leń­stwo!

- Nie, to nauka! Nie wiem, co uda mi się zoba­czyć przez wodę, ale muszę spró­bo­wać.

Yalb wes­tchnął.

- Mamy maski. Zro­bione ze sko­rup żółwi, z wydrą­żo­nymi otwo­rami z przodu i pęche­rzami wzdłuż kra­wę­dzi, żeby woda nie wle­wała się do środka. Można zanu­rzyć głowę pod wodę i widzieć. Wyko­rzy­stu­jemy je, żeby w dokach spraw­dzać stan kadłuba.

- Wspa­niale!

- Oczy­wi­ście musiał­bym pójść do kapi­tana, by uzy­skać jego pozwo­le­nie na wzię­cie jed­nej z nich...

Shal­lan zało­żyła ręce na piersi.

- Sprytny jesteś. Dobrze, zabie­raj się za to.

Było i tak mało praw­do­po­dobne, by udało jej się zre­ali­zo­wać plan bez wie­dzy kapi­tana.

Yalb uśmiech­nął się sze­roko.

- Co się z wami stało w Khar­branth? Pod­czas pierw­szego rejsu spo­dzie­wa­łem się, że zemdle­je­cie na samą myśl o opusz­cze­niu ojczy­stego kraju, taka była panienka nie­śmiała.

Shal­lan zawa­hała się, po czym zaru­mie­niła.

- To ryzy­kowny pomysł, prawda?

- Wisze­nie za burtą pły­ną­cego statku z głową pod wodą? - spy­tał Yalb. - Odro­binkę.

- Sądzisz... że mogli­by­śmy zatrzy­mać sta­tek?

Yalb roze­śmiał się, ale odbiegł, żeby poroz­ma­wiać z kapi­ta­nem, trak­tu­jąc jej pyta­nie jako wska­zówkę, że wciąż zamie­rza zre­ali­zo­wać swój plan. Tak też zresztą było.

A co wła­ści­wie się ze mną stało? - zasta­na­wiała się.

Odpo­wiedź była pro­sta. Utra­ciła wszystko. Okra­dła Jasnah Kho­lin, jedną z naj­po­tęż­niej­szych kobiet na świe­cie - a robiąc to, utra­ciła nie tylko jedyną szansę, by się uczyć, o czym zawsze marzyła, ale też ska­zała na zagładę braci i ród. Cał­ko­wi­cie zawio­dła.

I prze­trwała to.

Nie pozo­stała nie­tknięta. Nie­mal cał­ko­wi­cie utra­ciła wia­ry­god­ność w oczach Jasnah, czuła też, że wła­ści­wie porzu­ciła rodzinę. Ale coś w doświad­cze­niu kra­dzieży nale­żą­cego do Jasnah Dusz­nika - który i tak oka­zał się fal­sy­fi­ka­tem - a póź­niej nie­mal śmierci z rąk męż­czy­zny, o któ­rym sądziła, że się w niej zako­chał...

Cóż, teraz miała więk­sze poję­cie, jak źle mogły się poto­czyć sprawy. Zupeł­nie jakby... kie­dyś bała się ciem­no­ści, ale teraz w nią wkro­czyła. Doświad­czyła nie­któ­rych potwor­no­ści, które tam na nią cze­kały. Były strasz­liwe, ale przy­naj­mniej już wie­działa.

Zawsze wie­dzia­łaś, dobiegł głos z głębi jej duszy. Dora­sta­łaś z potwor­no­ściami, Shal­lan. Po pro­stu nie pozwa­lasz sobie o nich pamię­tać.

- O co cho­dzi? - spy­tał Tozbek, pod­cho­dząc do niej z żoną Ashlv u boku.

Drobna kobieta, ubrana w jaskra­wo­żółtą spód­nicę i bluzkę, pra­wie się nie odzy­wała. Chu­sta zakry­wała nie­mal wszyst­kie jej włosy, poza bia­łymi brwiami, które opa­dały w lokach na policzki.

- Panienko - ode­zwał się Tozbek - chce­cie pójść popły­wać? Nie może­cie pocze­kać, aż wpły­niemy do portu? Znam kilka przy­jem­nych miejsc, gdzie woda nie jest aż tak zimna.

- Nie zamie­rzam pły­wać - odparła Shal­lan, rumie­niąc się jesz­cze bar­dziej. Co by wło­żyła, gdyby miała pójść popły­wać w obec­no­ści męż­czyzn? Ludzie naprawdę robili coś takiego? - Chcia­łam przyj­rzeć się z bli­ska naszemu towa­rzy­szowi.

Gestem wska­zała na mor­ską istotę.

- Panienko, wie­cie, że nie pozwolę wam zro­bić cze­goś tak nie­bez­piecz­nego. Nawet gdy­by­śmy zatrzy­mali sta­tek, co by się stało, gdyby bestia zro­biła wam krzywdę?

- Podobno są nie­szko­dliwe.

- Poja­wiają się tak rzadko, więc czy możemy mieć pew­ność? Poza tym, w tych morzach żyją inne zwie­rzęta, które mogłyby was skrzyw­dzić. Te oko­lice z pew­no­ścią nawie­dzają czer­wo­no­wody, a może tu być dość płytko, by poja­wiły się rów­nież khor­naki. - Tozbek pokrę­cił głową. - Przy­kro mi, po pro­stu nie mogę na to pozwo­lić.

Shal­lan zagry­zła wargi. Zorien­to­wała się, że jej serce bije zdra­dli­wie szybko. Chciała naci­skać, ale jego zde­cy­do­wane spoj­rze­nie ode­brało jej odwagę.

- Dobrze.

Tozbek uśmiech­nął się sze­roko.

- Pokażę wam sko­rupy w por­cie w Amy­dlatn, kiedy się tam zatrzy­mamy, panienko. Mają dużą kolek­cję!

Nie wie­działa, gdzie to jest, ale oce­nia­jąc po zbit­kach spół­gło­sek, naj­pew­niej po thay­leń­skiej stro­nie. Tak daleko na połu­dnie to tam była więk­szość miast. Choć Thay­le­nah było nie­mal rów­nie zimne, jak Kra­iny Lodu, miesz­kańcy wyraź­nie je lubili.

Oczy­wi­ście, Thay­le­no­wie byli dość dziwni. Bo jak ina­czej opi­sać Yalba i pozo­sta­łych cho­dzą­cych bez koszul w tak chłodną pogodę?

To nie oni roz­wa­żali zanu­rze­nie w oce­anie, pomy­ślała Shal­lan. Znów wyj­rzała za burtę, patrząc, jak fale roz­bi­jają się o sko­rupę łagod­nego san­thida. Czym był? Wiel­ko­sko­ru­pem, jak strasz­liwe prze­pastne bestie ze Strza­ska­nych Rów­nin? Pod spodem bar­dziej przy­po­mi­nał rybę czy może żół­wia? San­thi­dyn były tak rzad­kie - a sytu­acje, gdy uczone widziały je na wła­sne oczy, tak uni­ka­towe - że teo­rie były ze sobą sprzeczne.

Wes­tchnęła i otwo­rzyła teczkę, po czym zabrała się za porząd­ko­wa­nie papie­rów, z któ­rych więk­szość przed­sta­wiała mary­na­rzy w róż­nych pozach, kiedy manew­ro­wali potęż­nymi żaglami, usta­wia­jąc je do wia­tru. Ojciec ni­gdy by nie pozwo­lił, by spę­dziła dzień, patrząc na ciem­no­okich bez koszul. Jakże zmie­niło się jej życie przez ten krótki czas.

Pra­co­wała nad szki­cem sko­rupy san­thida, kiedy na pokład wkro­czyła Jasnah.

Podob­nie jak Shal­lan, Jasnah nosiła havah, tra­dy­cyjną voriń­ską suk­nię o spe­cy­ficz­nym kroju. Rąbek się­gał do samej ziemi, a dekolt nie­mal pod szyję. Nie­któ­rzy z Thay­le­nów - kiedy sądzili, że ich nie sły­szy - nazy­wali ten strój pru­de­ryj­nym. Shal­lan się z tym nie zga­dzała, havah nie była pru­de­ryjna, lecz ele­gancka. Jedwab pod­kre­ślał figurę, zwłasz­cza klatkę pier­siową, a spo­sób, w jaki mary­na­rze gapili się na Jasnah, świad­czył, że nie uwa­żali sukni za mało twa­rzową.

Jasnah była ładna. Kobieca figura, śniada cera. Ide­alne brwi, wargi poma­lo­wane ciem­no­czer­woną szminką, włosy zaple­cione w war­kocz. Choć Jasnah była dwa razy star­sza od Shal­lan, jej doj­rzałą urodę nale­żało podzi­wiać, może nawet jej zazdro­ścić. Dla­czego ona musiała być tak dosko­nała?

Jasnah igno­ro­wała spoj­rze­nia mary­na­rzy. Nie cho­dziło o to, że ich nie zauwa­żała. O nie, ona zauwa­żała wszystko i wszyst­kich. Po pro­stu nie obcho­dziło jej, jak ją postrze­gają męż­czyźni.

Nie, to nie­prawda, pomy­ślała Shal­lan, gdy Jasnah pode­szła do niej. Nie poświę­ci­łaby tyle czasu na cze­sa­nie wło­sów i nakła­da­nie maki­jażu, gdyby nie obcho­dziło jej, jak jest postrze­gana. W tym aspek­cie Jasnah była zagadką. Z jed­nej strony wyda­wała się uczoną zajętą wyłącz­nie bada­niami. Z dru­giej, sta­ran­nie pie­lę­gno­wała aurę opa­no­wa­nia i god­no­ści, która paso­wała kró­lew­skiej córce - a cza­sami wyko­rzy­sty­wała je jak pałkę.

- Tu jesteś - powie­działa Jasnah, pod­cho­dząc do Shal­lan.

Fon­tanna piany wybrała tę wła­śnie chwilę, by pode­rwać się do góry i ją opry­skać. Jasnah zmarsz­czyła czoło na widok kro­pli wody na jedwa­biu, po czym spoj­rzała znów na Shal­lan i unio­sła brew.

- Jak mogłaś zauwa­żyć, na statku są dwie bar­dzo przy­zwo­ite kajuty, które spo­rym kosz­tem dla nas wyna­ję­łam.

- Ow­szem, ale one są w środku.

- Jak to zwy­kle pokoje.

- Więk­szość życia spę­dzi­łam w środku.

- A jeśli zamie­rzasz być uczoną, to spę­dzisz go jesz­cze wię­cej.

Shal­lan zagry­zła wargi, cze­ka­jąc na pole­ce­nie zej­ścia pod pokład. Co zadzi­wia­jące, nie usły­szała go. Jasnah gestem wezwała kapi­tana Tozbeka, a on wypeł­nił pole­ce­nie i pod­szedł potul­nie, z czapką w dło­niach.

- Tak, jasno­ści? - spy­tał.

- Popro­si­ła­bym o jesz­cze jedno takie... sie­dzi­sko - powie­działa Jasnah, wska­zu­jąc na skrzy­nię Shal­lan.

Jeden z ludzi Tozbeka pośpiesz­nie przy­wią­zał kolejną skrzy­nię. Cze­ka­jąc na przy­go­to­wa­nie sie­dze­nia, Jasnah gestem popro­siła Shal­lan o szkice. Przyj­rzała się rysun­kowi san­thida, po czym wyj­rzała za burtę.

- Nic dziw­nego, że mary­na­rze zro­bili takie zamie­sza­nie.

- To szczę­ście, jasno­ści! - powie­dział jeden z mary­na­rzy. - Dobry omen dla waszej wyprawy, nie sądzi­cie?

- Przyjmę wszystko, co przy­nie­sie mi los, Nan­helu Elto­rvie - odpo­wie­działa. - Dzię­kuję za sie­dzi­sko.

Mary­narz ukło­nił się nie­zręcz­nie i wyco­fał.

- Uwa­żasz ich za głup­ców wie­rzą­cych w prze­sądy - zauwa­żyła cicho Shal­lan, odpro­wa­dza­jąc mary­na­rza wzro­kiem.

- Z tego, co widzia­łam - stwier­dziła Jasnah - ci mary­na­rze są ludźmi, któ­rzy zna­leźli cel w życiu i teraz czer­pią z niego pro­stą radość. - Spoj­rzała na kolejny rysu­nek. - Wielu ludzi nie wyko­rzy­stuje życia tak dobrze. Kapi­tan Tozbek ma udaną załogę. Dobrze, że mi o nich powie­dzia­łaś.

Shal­lan uśmiech­nęła się.

- Nie odpo­wie­dzia­łaś na moje pyta­nie.

- Nie zada­łaś pyta­nia - odparła Jasnah. - Te szkice są jak zawsze świetne tech­nicz­nie, Shal­lan, ale czy nie mia­łaś czy­tać?

- Ja... mia­łam pro­blem ze sku­pie­niem.

- Wyszłaś więc na pokład, by szki­co­wać mło­dych męż­czyzn pra­cu­ją­cych bez koszul. I spo­dzie­wa­łaś się, że to ci pomoże się sku­pić?

Na twa­rzy Shal­lan poja­wił się rumie­niec. Jasnah tym­cza­sem zatrzy­mała się nad jed­nym z arku­szy. Dziew­czyna sie­działa cier­pli­wie - ojciec dobrze ją w tym wyszko­lił - aż Jasnah odwró­ciła go w jej stronę. Oczy­wi­ście, rysu­nek przed­sta­wia­jący Cie­nio­mo­rze.

- Nie zła­ma­łaś mojego pole­ce­nia, by nie zaglą­dać wię­cej do tej kra­iny? - spy­tała Jasnah.

- Nie, jasno­ści. Nary­so­wa­łam to ze wspo­mnień swo­jego pierw­szego... potknię­cia.

Jasnah opu­ściła arkusz. Shal­lan wyda­wało się, że na twa­rzy kobiety maluje się jakieś uczu­cie. Czyżby zasta­na­wiała się, czy może uwie­rzyć jej na słowo?

- Zakła­dam, że to wła­śnie cię drę­czy? - spy­tała Jasnah.

- Tak, jasno­ści.

- W takim razie sądzę, że powin­nam ci to wyja­śnić.

- Naprawdę? Zro­bi­ła­byś to?

- Nie musisz być tak zasko­czona.

- Wydaje mi się, że to bar­dzo potężna wie­dza - stwier­dziła Shal­lan. - To, jak zaka­za­łaś mi... Zało­ży­łam, że wie­dza o ist­nie­niu tego miej­sca to tajem­nica, a w każ­dym razie coś, o czym nie powi­nien dowie­dzieć się ktoś w moim wieku.

Jasnah pocią­gnęła nosem.

- Odkry­łam, że odmowa wyja­wie­nia tajem­nic mło­dym ludziom spra­wia, iż stają się bar­dziej skłonni do pako­wa­nia się w kło­poty, nie mniej. Twój eks­pe­ry­ment wska­zuje, że już wpa­ko­wa­łaś się w to wszystko... jak ja przed laty, jeśli chcesz wie­dzieć. Bole­sne doświad­cze­nia uświa­do­miły mi, że Cie­nio­mo­rze bywa nie­bez­pieczne. Jeśli nie roz­ja­śnię two­jej igno­ran­cji, będę się winić, jeśli dasz się tam zabić.

- Czyli odpo­wie­dzia­ła­byś mi, gdy­bym zapy­tała wcze­śniej pod­czas naszej podróży?

- Pew­nie nie - przy­znała Jasnah. - Musia­łam zoba­czyć, jak skłonna jesteś mnie posłu­chać. Tym razem.

Shal­lan okla­pła i stłu­miła pra­gnie­nie, by zauwa­żyć, że w cza­sach, gdy była pra­co­witą i posłuszną pod­opieczną, Jasnah nie zdra­dziła jej aż tak wielu tajem­nic.

- Co to w takim razie jest? To... miej­sce.

- Tak naprawdę to nie jest miej­sce - stwier­dziła Jasnah. - Nie w taki spo­sób, jak zazwy­czaj rozu­miemy to poję­cie. Cie­nio­mo­rze jest tutaj, wszę­dzie wokół nas, w tej chwili. Wszyst­kie rze­czy ist­nieją w nim w pew­nej postaci, podob­nie jak wszyst­kie rze­czy ist­nieją tutaj.

Shal­lan zmarsz­czyła czoło.

- Ja nie...

Jasnah unio­sła palec, by ją uci­szyć.

- Wszystko składa się z trzech ele­men­tów: duszy, ciała i umy­słu. Miej­sce, które widzia­łaś, Cie­nio­mo­rze, jest tym, co nazy­wamy Kra­iną Umy­słu, miej­scem myśli. Wszę­dzie wokół nas widzisz świat mate­rialny. Możesz go dotknąć, widzieć, sły­szeć. Tak twoje mate­rialne ciało doświad­cza świata. Cie­nio­mo­rze zaś, cóż, to spo­sób, w jaki twoja umy­słowa jaźń, twoja nie­świa­do­mość, doświad­cza świata. Poprzez ukryte zmy­sły, które doty­kają tej kra­iny, wycią­gasz nie­oczy­wi­ste wnio­ski i wyra­żasz nadzieje. Naj­praw­do­po­dob­niej przez te wła­śnie zmy­sły ty, Shal­lan, two­rzysz sztukę.

Sta­tek wbił się w falę, woda zalała dziób. Shal­lan wytarła kro­pelkę sło­nej wody z policzka, pró­bu­jąc roz­wa­żyć to, co wła­śnie powie­działa Jasnah.

- To pra­wie wcale nie miało dla mnie sensu, jasno­ści.

- Mia­łam taką nadzieję - odparła kobieta. - Poświę­ci­łam sześć lat bada­niu Cie­nio­mo­rza i wciąż nie do końca wiem co o nim sądzić. Będę ci musiała towa­rzy­szyć pod­czas pierw­szych kilku odwie­dzin w tym miej­scu, zanim zro­zu­miesz, choć w czę­ści, jego praw­dziwe zna­cze­nie.

Jasnah skrzy­wiła się na tę myśl. Shal­lan zawsze zaska­ki­wało, gdy widziała malu­jące się na jej twa­rzy uczu­cia. Emo­cje były czymś, do czego mogła się odnieść, czymś ludz­kim - Shal­lan zaś postrze­gała Jasnah Kho­lin jako istotę nie­mal boską. Po namy­śle stwier­dziła, że to dziwny spo­sób postrze­ga­nia zade­kla­ro­wa­nej ate­istki.

- Posłu­chaj mnie tylko - stwier­dziła Jasnah. - Moje wła­sne słowa zdra­dzają moją nie­wie­dzę. Powie­dzia­łam ci, że Cie­nio­mo­rze nie jest miej­scem, a jed­nak zaraz sama je tak nazwa­łam. Mówię o tym, że je odwie­dzimy, choć jest wszę­dzie wokół nas. Po pro­stu nie mamy wła­ści­wej ter­mi­no­lo­gii, by o nim roz­ma­wiać. Spró­bujmy innego podej­ścia. Jasnah wstała, a Shal­lan pośpie­szyła za nią. Prze­szły wzdłuż relingu, czu­jąc, jak pokład koły­sze się pod ich sto­pami. Mary­na­rze ustę­po­wali Jasnah drogi i kła­niali się. Trak­to­wali ją z takim sza­cun­kiem, jakby była kró­lem. Jak to robiła? Jak mogła tak dosko­nale pano­wać nad oto­cze­niem, a jed­no­cze­śnie spra­wiać wra­że­nie, że nic nie robi?

- Spoj­rzyj w głąb wody - powie­działa Jasnah, gdy dotarły do dziobu. - Co widzisz?

Shal­lan zatrzy­mała się przy relingu i wpa­trzyła w błę­kitne wody, pie­niące się, gdy prze­bi­jał je dziób statku. Tu, na dzio­bie, widziała głę­bię. Nie­zgłę­biony prze­stwór, który roz­cią­gał się nie tylko dookoła, ale też w dół.

- Widzę wiecz­ność - stwier­dziła Shal­lan.

- Słowa praw­dzi­wej artystki - zauwa­żyła Jasnah. - Ten sta­tek żegluje po głę­bi­nach, któ­rych nie poznamy. Pod tymi falami kryje się tęt­niący życiem nie­wi­dzialny świat.

Jasnah pochy­liła się i chwy­ciła reling jedną dło­nią odkrytą, a jedną zasło­niętą ręka­wem. Spoj­rzała przed sie­bie. Nie na głę­biny i nie na ląd wyła­nia­jący się na połu­dnie i na pół­noc od nich. Patrzyła na wschód. W stronę burz.

- Ist­nieje cały świat, Shal­lan - powie­działa - któ­rego powierzch­nię nasze umy­sły jedy­nie muskają. Świat głę­bo­kich, waż­nych myśli. Świat stwo­rzony przez głę­bo­kie, ważne myśli. Kiedy widzisz Cie­nio­mo­rze, wcho­dzisz w te głę­biny. To miej­sce jest dla nas w nie­któ­rych aspek­tach obce, choć jed­no­cze­śnie to my je stwo­rzy­li­śmy. Z pewną pomocą.

- My to zro­bi­li­śmy?

- Czym są spreny? - spy­tała Jasnah.

Pyta­nie zasko­czyło Shal­lan, ale była już przy­zwy­cza­jona do trud­nych pytań zada­wa­nych przez Jasnah. Poświę­ciła tro­chę czasu, by roz­wa­żyć odpo­wiedź.

- Nikt nie wie, czym są spreny - powie­działa w końcu - choć wielu filo­zo­fów wyraża różne opi­nie na temat...

- Nie - prze­rwała Jasnah. - Czym one są?

- Ja... - Shal­lan pod­nio­sła wzrok na parę wia­tro­spre­nów, które wiro­wały w powie­trzu nad nimi, malut­kie świe­tli­ste wstęgi, ema­nu­jące sła­bym bla­skiem i tań­czące wokół sie­bie. - To żyjące idee.

Jasnah gwał­tow­nie odwró­ciła się w jej stronę.

- Co się stało? - spy­tała zasko­czona Shal­lan. - Pomy­li­łam się?

- Nie. Masz rację. - Kobieta zmru­żyła oczy. - Jak się domy­ślam, spreny są ele­men­tem Kra­iny Umy­słu, który prze­nik­nął do świata mate­rial­nego. To kon­cep­cje, które zyskały odro­binę ludz­kiej świa­do­mo­ści, być może nie bez udziału ludzi. Wyobraź sobie czę­sto złosz­czą­cego się męż­czy­znę. Jego przy­ja­ciele i rodzina mogą zacząć trak­to­wać tę złość jako bestię, coś, co go opę­tało, jako coś zewnętrz­nego wobec niego. Ludzie per­so­ni­fi­kują. Mówimy o wie­trze, jakby miał wła­sną wolę. Spreny są tymi ide­ami... ide­ami zbio­ro­wego ludz­kiego doświad­cze­nia... które jakimś spo­so­bem ożyły. Cie­nio­mo­rze to miej­sce, gdzie to się zaczyna i należy do nich. Choć my je stwo­rzy­li­śmy, one nadały mu kształt. Tam żyją, tam wła­dają, w swo­ich wła­snych mia­stach.

- Mia­stach?!

- Tak - potwier­dziła Jasnah, znów wpa­tru­jąc się w ocean. Wyda­wała się zanie­po­ko­jona. - Spreny są nie­zmier­nie róż­no­rodne. Nie­które są rów­nie inte­li­gentne, jak ludzie, i two­rzą mia­sta. Inne przy­po­mi­nają ryby, pły­nące z prą­dem.

Shal­lan poki­wała głową. Choć tak naprawdę nie­wiele poj­mo­wała z tego wszyst­kiego, nie chciała, by Jasnah prze­stała mówić. Takiej wie­dzy Shal­lan potrze­bo­wała, tego wła­śnie pra­gnęła.

- Czy to ma coś wspól­nego z two­imi odkry­ciami? Z par­sh­me­nami, Pust­kow­cami?

- Nie umiem tego jesz­cze oce­nić. Spreny nie zawsze dużo mówią. Cza­sami nie wie­dzą. W innych kwe­stiach mi nie ufają, ze względu na sta­ro­żytną zdradę.

Dziew­czyna zmarsz­czyła czoło i spoj­rzała na nauczy­cielkę.

- Zdradę?

- Mówią mi o niej - stwier­dziła Jasnah - ale nie chcą powie­dzieć, na czym pole­gała. Zła­ma­li­śmy przy­sięgę i w ten spo­sób ogrom­nie je obra­zi­li­śmy. Sądzę, że część z nich umarła, choć nie mam poję­cia, jak kon­cep­cja może umrzeć. - Z poważną miną odwró­ciła się do Shal­lan. - Rozu­miem, że to przy­tła­cza­jące. Będziesz musiała się tego wszyst­kiego nauczyć, jeśli masz mi pomóc. Wciąż tego pra­gniesz?

- A czy mam wybór?

Kąciki warg Jasnah wygięły się w lek­kim uśmie­chu.

- Wąt­pię. Dusz­ni­ku­jesz sama z sie­bie, bez pomocy fabriala. Jesteś taka jak ja.

Shal­lan wpa­try­wała się w wodę. Taka jak ja. Co to zna­czyło? Dla­czego...

Zamarła i zamru­gała. Przez chwilę wyda­wało się, że zoba­czyła ten sam wzór, co wcze­śniej, ten, który wybrzu­szył jej rysu­nek. Tym razem był na wodzie, utwo­rzony w nie­moż­liwy spo­sób na powierzchni fali.

- Jasno­ści... - zaczęła mówić i oparła palce na ramie­niu Jasnah. - Wydaje mi się, że zoba­czy­łam coś na wodzie. Wzór z ostrych linii, jak labi­rynt.

- Pokaż mi, gdzie.

- Był na jed­nej z fal, już ją minę­li­śmy. Ale chyba widzia­łam go wcze­śniej, na jed­nym z arku­szy papieru. Czy to coś zna­czy?

- Z całą pew­no­ścią. Muszę przy­znać, Shal­lan, że nasze przy­pad­kowe spo­tka­nie uwa­żam za zaska­ku­jące. Aż podej­rzane.

- Jasno­ści?

- One miały w tym swój udział - stwier­dziła Jasnah. - Spro­wa­dziły cię do mnie. I wydaje się, że na­dal cię obser­wują. Innymi słowy, Shal­lan, już nie masz wyboru. Prze­szłość powraca, a ja nie uwa­żam tego za dobry znak. Tak działa instynkt samo­za­cho­waw­czy. Spreny muszą wyczu­wać nie­uchronne nie­bez­pie­czeń­stwo, więc wra­cają do nas. Musimy sku­pić się na Strza­ska­nych Rów­ni­nach i Uri­thiru. Minie wiele czasu, zanim powró­cisz do ojczy­zny.

Shal­lan poki­wała głową.

- To cię mar­twi - stwier­dziła Jasnah.

- Tak, jasno­ści. Moja rodzina...

Shal­lan czuła się jak zdrajca, porzu­ca­jąc braci, choć to od niej zale­żał ich mają­tek. Napi­sała do nich i wyja­śniła, bez poda­wa­nia szcze­gó­łów, że była zmu­szona do zwrotu skra­dzio­nego Dusz­nika - a teraz musiała pomóc Jasnah w bada­niach.

Odpo­wiedź Balata była w pew­nym sen­sie pozy­tywna. Powie­dział, że cie­szy się, że choć jedno z nich unik­nęło losu, który czeka ich ród. Myślał, że wszy­scy pozo­stali - trzech braci i narze­czona Balata - są ska­zani na zagładę.

Mogli mieć rację. Z jed­nej strony przy­tła­cza­jące długi ojca, z dru­giej znisz­czony Dusz­nik. Grupa, która go dała, chciała odzy­skać swoją wła­sność.

Nie­stety, Shal­lan była prze­ko­nana, że misja Jasnah ma ogromną wagę. Pust­kowcy mieli wkrótce powró­cić - w rze­czy­wi­sto­ści nie byli odle­głym zagro­że­niem z opo­wie­ści. Przez całe stu­le­cia żyli pośród ludzi. Łagodni, cisi par­sh­meni, któ­rzy pra­co­wali jako ide­alni słu­dzy i nie­wol­nicy, byli tak naprawdę nisz­czy­cie­lami.

Powstrzy­ma­nie kata­strofy, jaką sta­no­wiłby powrót Pust­kow­ców, było waż­niej­szym obo­wiąz­kiem niż ochrona braci. Na­dal czuła ból, gdy musiała to przy­znać.

Jasnah przyj­rzała jej się uważ­nie.

- Co się tyczy two­jej rodziny, Shal­lan, pod­ję­łam pewne dzia­ła­nia.

- Dzia­ła­nia? - spy­tała dziew­czyna, chwy­ta­jąc wyż­sza kobietę za ramię. - Pomo­głaś moim bra­ciom?

- W pew­nym sen­sie - odparła Jasnah. - Jak przy­pusz­czam, bogac­two tak naprawdę nie zała­twi tego pro­blemu, choć wysła­łam im drobny upo­mi­nek. Z tego, co mówi­łaś, praw­dziwe źró­dła kło­po­tów two­jej rodziny są dwa. Po pierw­sze, Ducho­kr­wi­ści i ich pra­gnie­nie odzy­ska­nia Dusz­nika, który uszko­dzi­li­ście. Po dru­gie, twój ród nie ma sojusz­ni­ków i popadł w długi.

Jasnah wyjęła arkusz papieru.

- To - mówiła dalej - frag­ment roz­mowy z matką, którą tego ranka prze­pro­wa­dzi­łam przez łączo­trz­cinę.

Shal­lan przej­rzała ją, zauwa­żyła opis uszko­dzo­nego Dusz­nika i prośbę Jasnah o pomoc.

"To się dzieje czę­ściej niż ci się wydaje", odpi­sała Navani. "Pro­blem wynika praw­do­po­dob­nie z usta­wie­nia opraw klej­no­tów. Przy­wieź mi urzą­dze­nie, a zoba­czymy".

- Moja matka - powie­działa Jasnah - jest sławną arti­fa­brianką. Podej­rze­wam, że naprawi twój Dusz­nik. Możemy ode­słać go do two­ich braci, a oni odda­dzą go wła­ści­cie­lom.

- Pozwo­li­ła­byś mi na to? - spy­tała Shal­lan.

Pod­czas rejsu Shal­lan ostroż­nie pró­bo­wała zdo­być wię­cej infor­ma­cji na temat tej grupy, chciała bowiem zro­zu­mieć ojca i jego moty­wa­cję. Jasnah twier­dziła, że nie wie o nich zbyt wiele, poza tym, że pra­gnęli poznać wyniki jej badań i byli gotowi ją zabić.

- Nie chcia­ła­bym, żeby mieli dostęp do tak cen­nego urzą­dze­nia - odparła Jasnah. - Ale nie mam czasu, by bez­po­śred­nio chro­nić twoją rodzinę. To dobre roz­wią­za­nie, zakła­da­jąc, że twoim bra­ciom uda się kupić jesz­cze tro­chę czasu. Jeśli muszą, niech powie­dzą prawdę... że wie­dząc, iż jestem uczoną, zgło­si­łaś się do mnie i popro­si­łaś, bym napra­wiła Dusz­nik. Może to na razie ich zado­woli.

- Dzię­kuję, jasno­ści.

Na burze. Gdyby powie­działa Jasnah prawdę w chwili, kiedy ta ją przy­jęła, byłoby o wiele łatwiej.

Spoj­rzaw­szy znów na papier, Shal­lan zwró­ciła uwagę na dal­szy ciąg roz­mowy. "Co się tyczy tej dru­giej kwe­stii", napi­sała Navani, "suge­stia bar­dzo mi się podoba. Wie­rzę, że uda mi się prze­ko­nać chło­paka, żeby choć ją roz­wa­żył, gdyż jego ostatni romans zakoń­czył się dość gwał­tow­nie - jak to mu się czę­sto zda­rza - na początku tego tygo­dnia".

- O co cho­dzi z tą drugą czę­ścią? - spy­tała Shal­lan, wska­zu­jąc na te słowa.

- Samo zaspo­ko­je­nie Ducho­kr­wi­stych jesz­cze nie ura­tuje two­jego rodu - odparła Jasnah. - Wasze długi są zbyt wiel­kie, zwłasz­cza że dzia­ła­nia two­jego ojca zra­ziły tak wielu. Dla­tego zaaran­żo­wa­łam potężny sojusz dla two­jego rodu.

- Sojusz? W jaki spo­sób?

Jasnah ode­tchnęła głę­boko.

- Pod­ję­łam wstępne kroki, by zaaran­żo­wać twoje zarę­czyny z jed­nym z moich braci stry­jecz­nych, synem Dali­nara Kho­lina. Chło­pak ma na imię Ado­lin. Jest przy­stojny i umie pro­wa­dzić uprzejmą roz­mowę. - Zarę­czyny? - powtó­rzyła Shal­lan. - Obie­ca­łaś mu moją rękę?

- Roz­po­czę­łam ten pro­ces - powie­działa Jasnah, mówiąc z nie­ty­po­wym dla sie­bie nie­po­ko­jem. - Choć Ado­lin bywa krót­ko­wzroczny, ma dobre serce... rów­nie dobre, jak jego ojciec, a nie znam innego tak dobrego męż­czy­zny. Uważa się go za naj­lep­szą par­tię Ale­th­karu, a moja matka od dawna chciała zna­leźć mu żonę.

- Zarę­czyny - powtó­rzyła Shal­lan.

- Tak. Czy to cię nie­po­koi?

- To cudowne! - wykrzyk­nęła Shal­lan, moc­niej chwy­ta­jąc Jasnah za ramię. - Takie pro­ste. Gdy­bym wyszła za kogoś tak potęż­nego... Na burze! Nikt z Jah Keved nie ważyłby się nas tknąć. Jasno­ści, jesteś genialna!

Jasnah wyraź­nie się roz­luź­niła.

- Tak, no, wyda­wało mi się to real­nym roz­wią­za­niem. Zasta­na­wia­łam się jed­nak, czy nie będziesz ura­żona.

- Dla­czego, na wichry, mia­ła­bym się obra­zić?

- Ze względu na ogra­ni­cze­nie wol­no­ści, które wiąże się z mał­żeń­stwem - stwier­dziła Jasnah. - A jeśli nie z tego powodu, to dla­tego, że pro­po­zy­cja została zło­żona bez poro­zu­mie­nia z tobą. Musia­łam naj­pierw się zorien­to­wać, czy taka moż­li­wość w ogóle ist­nieje. Wszystko zaszło dalej niż się spo­dzie­wa­łam, gdyż moja matka pod­chwy­ciła pomysł. Navani ma... ten­den­cję do bycia przy­tła­cza­jącą.

Shal­lan nie umiała sobie wyobra­zić, by kto­kol­wiek mógł przy­tło­czyć Jasnah.

- Ojcze Burz! Mar­twi­łaś się, że się obrażę? Jasno­ści, całe życie spę­dzi­łam zamknięta w posia­dło­ści ojca... dora­sta­łam, spo­dzie­wa­jąc się, że to on wybie­rze mi męża.

- Ale teraz nie pozo­sta­jesz we wła­dzy ojca.

- Tak, i z jakże wielką mądro­ścią zaczę­łam szu­kać towa­rzy­sza - zauwa­żyła Shal­lan. - Pierw­szy męż­czy­zna, któ­rego wybra­łam, był nie tylko żar­liw­cem, ale w tajem­nicy rów­nież skry­to­bójcą.

- Wcale ci to nie prze­szka­dza? - spy­tała Jasnah. - Pomysł, że będziesz zobo­wią­zana wobec kogoś, a szcze­gól­nie męż­czy­zny?

- Prze­cież nie sprze­da­jesz mnie w nie­wolę - odparła dziew­czyna ze śmie­chem.

- Nie, raczej nie. - Jasnah otrzą­snęła się i zapa­no­wała nad sobą. - Cóż, w takim razie dam Navani znać, że zga­dzasz się na zarę­czyny i w ciągu jed­nego dnia powin­ny­śmy mieć gotowy kon­trakt warun­kowy.

Kon­trakt warun­kowy - w voriń­skiej ter­mi­no­lo­gii warun­kowe zarę­czyny. Prak­tycz­nie rzecz bio­rąc, będzie zarę­czona, ale nie będzie miała żad­nych praw do chwili pod­pi­sa­nia ofi­cjal­nego aktu zarę­czyn i potwier­dze­nia go przez żar­liw­ców.

- Ojciec Ado­lina powie­dział, że do niczego nie będzie go zmu­szał - wyja­śniła Jasnah - choć chło­pak znów jest samotny, bo udało mu się obra­zić kolejną młodą damę. Tak czy ina­czej, Dali­nar wolał, żeby­ście naj­pierw się poznali, zanim zde­cy­du­jemy się na coś bar­dziej wią­żą­cego. Nastą­piły pewne... zmiany w poli­tycz­nym kli­ma­cie Strza­ska­nych Rów­nin. Armia wuja ponio­sła wiel­kie straty. To kolejny powód, byśmy pośpie­szyły na Rów­niny.

- Ado­lin Kho­lin - powie­działa Shal­lan, nie słu­cha­jąc uważ­nie. - Mistrz poje­dyn­ków. I nawet Odpry­skowy.

- Aha, czyli uważ­nie prze­czy­ta­łaś księgi na temat mojego ojca i jego rodziny.

- Ow­szem... ale już wcze­śniej sporo wie­dzia­łam o two­jej rodzi­nie. Ale­thi są w cen­trum zain­te­re­so­wa­nia! Nawet dziew­częta z wiej­skich rodów znają imiona ale­thyj­skich ksią­żąt. - I skła­ma­łaby, gdyby powie­działa, że jako młoda dziew­czyna nie marzyła o pozna­niu jed­nego z nich. - Ale, jasno­ści, pewna jesteś, że ten zwią­zek ma sens? To zna­czy, nie jestem szcze­gól­nie ważną jed­nostką.

- Ow­szem. Dla Ado­lina lep­szą par­tią mogłaby być córka arcy­księ­cia. Wydaje się jed­nak, że zdą­żył już obra­zić wszyst­kie panny z tej grupy. Chło­pak, jak by to ująć, zbyt gwał­tow­nie rzuca się w związki. Jestem pewna, że sobie z tym pora­dzisz.

- Ojcze Burz - wes­tchnęła Shal­lan, czu­jąc, że miękną jej kolana. - On jest dzie­dzi­cem księ­stwa! I jed­nym ze spad­ko­bier­ców tronu samego Ale­th­karu!

- Trze­cim w kolej­no­ści - dopre­cy­zo­wała Jasnah - po małym synku mojego brata i wuju Dali­na­rze.

- Jasno­ści, muszę spy­tać. Dla­czego Ado­lin? Dla­czego nie młod­szy syn? Ja... nie mam nic, co mogła­bym dać Ado­linowi lub jego rodowi.

- Wręcz prze­ciw­nie - stwier­dziła Jasnah - jeśli jesteś tym, kim myślę, dasz mu coś, czego nie może mu dać nikt inny. Coś o wiele waż­niej­szego niż bogac­twa.

- A jak myślisz, kim jestem? - wyszep­tała Shal­lan, patrząc w oczy star­szej kobie­cie. W końcu odwa­żyła się zadać to pyta­nie.

- Teraz jesteś jedy­nie obiet­nicą - powie­działa Jasnah. - Poczwarką kry­jącą poten­cjał wiel­ko­ści. Daw­niej, gdy ludzi i spreny łączyła więź, skut­kiem były kobiety tań­czące na nie­bie i męż­czyźni nisz­czący doty­kiem skały.

- Zagi­nieni Świe­tli­ści. Zdrajcy ludz­ko­ści.

Nie przyj­mo­wała tego wszyst­kiego. Zarę­czyny, Cie­nio­mo­rze i spreny, i to, jej tajem­ni­cze prze­zna­cze­nie. Wie­działa. Ale wypo­wie­dze­nie tego na głos...

Opa­dła na pokład, nie przej­mu­jąc się, że zamo­czy suk­nię, i oparła się o nad­bur­cie. Jasnah pozwo­liła jej się usa­do­wić, po czym, o dziwo, sama rów­nież usia­dła. Zro­biła to oczy­wi­ście bar­dziej ele­gancko, usia­dła bokiem i oto­czyła nogi suk­nią. Obie przy­cią­gnęły spoj­rze­nia mary­na­rzy.

- Zje­dzą mnie żyw­cem - jęk­nęła Shal­lan. - Ale­thyj­ski dwór. Jest naj­bru­tal­niej­szy na świe­cie.

Jasnah prych­nęła.

- Wię­cej w tym hałasu niż praw­dzi­wej burzy, Shal­lan. Wyszkolę cię.

- Ni­gdy nie będę taka jak ty, jasno­ści. Masz wła­dzę, auto­ry­tet, bogac­two. Popatrz tylko, jak mary­na­rze się do cie­bie odno­szą.

- A czy w tej chwili wyko­rzy­stuję wła­dzę, auto­ry­tet lub bogac­two?

- Zapła­ci­łaś za rejs.

- Czy ty nie pła­ci­łaś za kilka rej­sów tym stat­kiem? - spy­tała Jasnah. - Nie trak­to­wali cię tak samo jak mnie?

- Nie. Och, lubią mnie, ow­szem. Ale nie mam two­jego cię­żaru, Jasnah.

- Zakła­dam, że nie chcia­łaś zasu­ge­ro­wać niczego zwią­za­nego z moją figurą - powie­działa Jasnah ze śla­dem uśmie­chu. - Rozu­miem twoją argu­men­ta­cję, Shal­lan. Jest jed­nak cał­ko­wi­cie błędna.

Dziew­czyna spoj­rzała na nią. Jasnah sie­działa na pokła­dzie statku jakby to był tron, z wypro­sto­wa­nymi ple­cami, unie­sioną głową, wład­czo. Shal­lan pod­cią­gnęła kolana do brody i objęła nogi pod kola­nami. Nawet sie­działy ina­czej. Zupeł­nie nie przy­po­mi­nała tej kobiety.

- Jest pewna tajem­nica, którą musisz poznać, dziecko - powie­działa Jasnah. - Tajem­nica waż­niej­sza od tych zwią­za­nych z Cie­nio­mo­rzem i spre­nami. Wła­dza to ilu­zja per­cep­cji.

Shal­lan zmarsz­czyła czoło.

- Nie zro­zum mnie źle - mówiła dalej Jasnah. - Nie­które rodzaje wła­dzy są praw­dziwe: wła­dza nad armią, zdol­ność Dusz­ni­ko­wa­nia. Jed­nak wyko­rzy­stuje się je rza­dziej niż myślisz. W więk­szo­ści kon­tak­tów mię­dzy­ludz­kich to coś, co nazy­wamy wła­dzą, auto­ry­te­tem, ist­nieje tylko w taki spo­sób, w jaki jest postrze­gane. Mówisz, że mam bogac­two. To prawda, ale widzia­łaś też, że rzadko z niego korzy­stam. Mówisz, że mam auto­ry­tet jako kró­lew­ska sio­stra. Ow­szem. A jed­nak załoga tego statku trak­to­wa­łaby mnie dokład­nie tak samo, gdy­bym była żebraczką, która prze­ko­nała ich, że jest sio­strą króla. W tym wypadku mój auto­ry­tet nie jest praw­dziwy. To opary, ilu­zja. Umiem stwo­rzyć tę ilu­zję dla nich, podob­nie jak ty.

- Nie jestem prze­ko­nana, jasno­ści.

- Wiem. Gdy­byś była, już byś to zro­biła. - Jasnah wstała, wygła­dziła suk­nię. - Powiesz mi, jeśli znów zoba­czysz ten wzór... ten, który poja­wił się na falach?

- Tak, jasno­ści - odpo­wie­działa nie­obec­nym tonem Shal­lan.

- W takim razie resztę dnia możesz poświę­cić sztuce. Muszę się zasta­no­wić, jak naj­le­piej uczyć cię o Cie­nio­mo­rzu.

Kobieta wyco­fała się, ski­nie­niem głowy odpo­wia­da­jąc na ukłony mija­nych mary­na­rzy, i znów znik­nęła pod pokła­dem.

Shal­lan wstała, obró­ciła się i chwy­ciła reling po obu stro­nach buksz­prytu. Ocean roz­cią­gał się przed nią, falo­wa­nie, zapach chłod­nej świe­żo­ści. Ryt­miczne ude­rze­nia, gdy sta­tek prze­ci­nał fale.

Słowa Jasnah wal­czyły w jej gło­wie jak węgo­rze nie­bie­skie nad jed­nym szczu­rem. Mia­sta spre­nów? Cie­nio­mo­rze, kra­ina, która była tutaj, lecz nie­wi­dzialna? Shal­lan, nagle zarę­czona z naj­waż­niej­szym kawa­le­rem na świe­cie?

Opu­ściła dziób i ruszyła wzdłuż burty, prze­cią­ga­jąc swo­bodną dło­nią po relingu. Jak postrze­gali ją mary­na­rze? Uśmie­chali się, machali. Lubili ją. Yalb, wiszący leni­wie na pobli­skiej linie, zawo­łał do niej, infor­mu­jąc ją, że w następ­nym por­cie była rzeźba, którą koniecz­nie musi zoba­czyć.

- To taka wielka stopa, panienko! Sama stopa! Ni­gdy nie dokoń­czyli grzmią­cej rzeźby...

Uśmiech­nęła się do niego i ruszyła dalej. Czy chciała, by patrzyli na nią jak na Jasnah? Cały czas prze­stra­szeni i zmar­twieni, że mogą zro­bić coś nie­wła­ści­wego? Czy to była wła­dza?

Kiedy wypły­nę­łam z Vede­naru, pomy­ślała, docie­ra­jąc do swo­jej skrzyni, kapi­tan cią­gle zachę­cał mnie do powrotu do domu. Postrze­gał moją misję jako sza­leń­stwo.

Tozbek zawsze zacho­wy­wał się tak, jakby robił jej przy­sługę, pły­nąc z nią za Jasnah. Czy powinna cały czas mieć uczu­cie, że narzu­cała się jemu i jego zało­dze, kiedy ich wyna­jęła? Ow­szem, dostała rabat ze względu na wcze­śniej­sze inte­resy kapi­tana z jej ojcem - ale i tak to ona ich zatrud­niała.

Pew­nie tak wła­śnie zacho­wy­wali się thay­leń­scy kupcy. Jeśli kapi­ta­nowi udało się spra­wić, by klient poczuł, że się narzuca, dosta­wał wię­cej. Lubiła go, ale ich kon­takty pozo­sta­wiały nieco do życze­nia. Jasnah ni­gdy by się nie zgo­dziła na takie trak­to­wa­nie.

San­thid wciąż pły­nął obok nich. Wyglą­dał jak nie­wielka ruchoma wyspa, jego grzbiet pora­stały wodo­ro­sty, a ze sko­rupy wysta­wały nie­duże krysz­tały.

Shal­lan odwró­ciła się i ruszyła w stronę rufy, gdzie kapi­tan Tozbek roz­ma­wiał z jed­nym z matów, wska­zu­jąc mapę pokrytą gli­fami.

- Jedno ostrze­że­nie, panienko - powie­dział. - Wkrótce porty staną się mniej przy­jemne. Opu­ścimy Cie­śninę Dłu­go­bre­wych i popły­niemy wzdłuż wschod­niej kra­wę­dzi kon­ty­nentu, w stronę Nowego Nata­nanu. Aż do Płyt­kich Krypt nie ma nic cie­ka­wego, a i one nie robią zbyt dobrego wra­że­nia. Nawet swo­jego brata nie puścił­bym tam na brzeg bez straż­ni­ków, a on gołymi rękami zabił sie­dem­na­stu męż­czyzn.

- Rozu­miem, kapi­ta­nie - stwier­dziła Shal­lan. - I dzię­kuję. Zmie­ni­łam swoją wcze­śniej­szą decy­zję. Musisz zatrzy­mać sta­tek, żebym mogła przyj­rzeć się oka­zowi, który pły­nie obok nas.

Wes­tchnął, uniósł dłoń i prze­cią­gnął pal­cami wzdłuż jed­nej ze sztyw­nych brwi - podob­nie jak inni męż­czyźni bawili się wąsami.

- Jasno­ści, to nie jest wska­zane. Ojcze Burz! Jeśli wrzucę was do oce­anu...

- To będę mokra - powie­działa Shal­lan. - Stanu tego doświad­czy­łam kilka razy w życiu.

- Nie, po pro­stu nie mogę na to pozwo­lić. Jak już powie­dzia­łem, poka­żemy wam sko­rupy...

- Nie możesz na to pozwo­lić? - prze­rwała Shal­lan.

Patrzyła na niego z, jak liczyła, zdzi­wioną miną, i miała nadzieję, że nie widać jej mocno zaci­śnię­tych dłoni. Na burze, nie­na­wi­dziła kon­fron­ta­cji.

- Nie byłam świa­doma, że wypo­wie­dzia­łam prośbę, na którą mógł­byś się zgo­dzić lub nie, kapi­ta­nie. Zatrzy­maj sta­tek. Opuść mnie. To pole­ce­nie.

Pró­bo­wała to powie­dzieć z rów­nym naci­skiem, jak Jasnah. Kobieta umiała wywo­łać wra­że­nie, że łatwiej byłoby się sprze­ci­wić arcy­bu­rzy niż jej.

Tozbek przez chwilę bez­gło­śnie poru­szał ustami, jakby jego ciało pró­bo­wało dalej się sprze­ci­wiać, ale umysł zwol­nił.

- To mój sta­tek... - powie­dział w końcu.

- Two­jemu stat­kowi nic się nie sta­nie - powie­działa Shal­lan. - Pośpieszmy się, kapi­ta­nie. Nie chcia­ła­bym opóź­nić dotar­cia do portu.

Opu­ściła go i z biją­cym ser­cem oraz drżą­cymi rękami pode­szła do skrzynki. Usia­dła, czę­ściowo dla uspo­ko­je­nia.

Tozbek z wyraźną iry­ta­cją zaczął wyda­wać roz­kazy. Opusz­czono żagle, sta­tek zwol­nił. Shal­lan ode­tchnęła, czu­jąc się jak idiotka.

A jed­nak to, o czym mówiła Jasnah, zadzia­łało. Spo­sób, w jaki Shal­lan się zacho­wała, stwo­rzył coś w oczach Tozbeka. Ilu­zję? Może jak same spreny? Oży­wione frag­menty ludz­kich ocze­ki­wań?

San­thid zwol­nił razem z nimi. Nieco zde­ner­wo­wana Shal­lan wstała, gdy mary­na­rze zbli­żyli się z liną. Nie­chęt­nie zawią­zali na końcu pętlę, w którą mogła wsu­nąć stopę, póź­niej wyja­śnili, że kiedy będzie opusz­czana, powinna mocno trzy­mać linę. Zawią­zali drugą, cień­szą linę, wokół jej talii - spo­sób, by wcią­gnąć ją, mokrą i upo­ko­rzoną, z powro­tem na pokład. W ich oczach było to nie­unik­nione.

Zdjęła buty, po czym zgod­nie z pole­ce­niem prze­szła przez reling. Czy wcze­śniej było tak wietrz­nie? Na chwilę zakrę­ciło jej się w gło­wie, gdy tak stała, zaci­ska­jąc palce w skar­pet­kach na wąskiej kra­wę­dzi, a jej suk­nia łopo­tała na wie­trze. Pod­le­ciał do niej wia­tro­spren, po chwili przy­jął kształt twa­rzy wyła­nia­ją­cej się z chmur. Na burze, niech ten stwór się nie wtrąca. Czy to ludzka wyobraź­nia nadała spre­nom skłon­ność do psot?

Nie­pew­nie sta­nęła w pętli, gdy mary­na­rze opu­ścili ją do jej stóp, a póź­niej Yalb podał Shal­lan maskę, o któ­rej mówił wcze­śniej.

Spod pokładu wyszła Jasnah, rozej­rzała się zdez­o­rien­to­wana. Zoba­czyła Shal­lan pod­no­szoną nad pokład i unio­sła brew.

Dziew­czyna wzru­szyła ramio­nami i gestem kazała się opu­ścić.

Nie pozwo­liła sobie poczuć się głu­pio, gdy powoli opa­dała w stronę wody i rzad­kiego zwie­rzę­cia uno­szą­cego się na falach. Męż­czyźni zatrzy­mali ją stopę albo dwie nad powierzch­nią, a wtedy Shal­lan zało­żyła maskę, przy­trzy­my­waną paskami i zakry­wa­jącą więk­szość twa­rzy, łącz­nie z nosem.

- Niżej! - krzyk­nęła.

Wyda­wało jej się, że czuje nie­chęć w leni­wym spo­so­bie, w jaki opa­dała lina. Jej stopa dotknęła wody i nogę prze­szyło prze­ni­kliwe zimno. Ojcze Burz! Ale nie kazała im prze­stać. Pozwa­lała, by ją opusz­czali, aż jej nogi w cało­ści zanu­rzyły się w lodo­wa­tej wodzie. Spód­nica wydęła się w nie­zwy­kle iry­tu­jący spo­sób, w końcu przy­dep­tała jej rąbek - wewnątrz pętli - by nie pod­nio­sła się wokół jej talii i nie uno­siła się na powierzchni wody.

Przez chwilę wal­czyła z tka­niną, cie­sząc się, że męż­czyźni na górze nie widzą jej rumieńca. Gdy mate­riał namókł, stał się łatwiej­szy do opa­no­wa­nia. W końcu Shal­lan udało się kuc­nąć, nie pusz­cza­jąc przy tym liny, i zanu­rzyć się do pasa.

Wtedy zanu­rzyła głowę.

Świa­tło prze­ni­ka­jące przez powierzch­nię two­rzyło świe­tli­ste, migo­czące kolumny. W wodzie było życie, gorącz­kowe, zadzi­wia­jące życie. Malut­kie rybki pły­wały we wszyst­kie strony, ogry­za­jąc dolną część sko­rupy, która osła­niała maje­sta­tyczną istotę. W rze­czy­wi­sto­ści san­thid był sękaty jak stare drzewo, o pofał­do­wa­nej skó­rze, a do tego miał opa­da­jące błę­kitne macki, niczym meduza, tylko o wiele grub­sze. Zni­kały w głę­bi­nach, cią­gnąc się za stwo­rem.

Sama istota była węzło­watą, nie­bie­sko­szarą masą ukrytą pod sko­rupą. Pofał­do­wana skóra ota­czała jedno wiel­kie oko po stro­nie Shal­lan - naj­pew­niej dru­gie znaj­do­wało się po dru­giej stro­nie. Stwór wyda­wał się ocię­żały, a jed­nak maje­sta­tyczny, z wiel­kimi płe­twami, które poru­szały się jak wio­sła. Ota­czały go dziwne spreny o kształ­cie grotu strzały.

Wokół krą­żyły ławice ryb. Choć głę­biny wyda­wały się puste, bez­po­śred­nie oto­cze­nie san­thida obfi­to­wało w życie, podob­nie jak oko­lice statku. Ryby prze­pły­wały mię­dzy san­thi­dem i stat­kiem, cza­sem samot­nie, cza­sem całymi falami. Czy to dla­tego pły­nął obok statku? Ze względu na ryby i swój z nimi zwią­zek?

Spoj­rzała na istotę, a jej oko - wiel­kie jak ludzka głowa - prze­krę­ciło się w stronę Shal­lan, sku­piło, stwór ją zoba­czył. W tej chwili dziew­czyna nie czuła zimna. Nie czuła zawsty­dze­nia. Wkro­czyła do świata, któ­rego, o ile wie­działa, nie odwie­dziła wcze­śniej żadna uczona.

Zamru­gała, two­rząc Wspo­mnie­nie stwora, by póź­niej go nary­so­wać.

2

Most numer cztery

Naszą pierw­szą wska­zówką byli Par­shendi. Wiele tygo­dni przed tym, jak porzu­cili zbie­ra­nie serc klej­no­tów, ich wzo­rzec walki się zmie­nił. Po walce pozo­sta­wali na pła­sko­wy­żach, jakby na coś cze­kali.

Z oso­bi­stego dzien­nika Navani Kho­lin, Jese­ses roku 1174.

Oddech.

Oddech czło­wieka był jego życiem. Wydy­cha­nym, odro­bina po odro­bi­nie, z powro­tem na świat. Kala­din ode­tchnął głę­boko, z zamknię­tymi oczyma, i przez jakiś czas nie sły­szał niczego innego. Jego wła­sne życie. Wdech, wydech, w rytm bicia grzmotu w piersi.

Oddech. Jego wła­sna mała burza.

Na zewnątrz prze­stało padać. Kala­din pozo­stał w ciem­no­ści. Kiedy kró­lo­wie i bogaci jasno­ocy umie­rali, ich ciał nie palono jak pospól­stwa. Miast tego Dusz­ni­ko­wano je w kamienne lub meta­lowe rzeźby, na zawsze znie­ru­cho­miałe.

Ciała ciem­no­okich palono. Sta­wały się dymem, wzno­szą­cym się w stronę nieba i tego, co tam cze­kało, niczym spa­lona modli­twa.

Oddech. Oddech jasno­okich nie róż­nił się od ciem­no­okich. Nie był słod­szy ani bar­dziej swo­bodny. Oddech kró­lów i nie­wol­ni­ków mie­szał się, znów był wdy­chany i wydy­chany, raz za razem.

Kala­din wstał i otwo­rzył oczy. Spę­dził arcy­bu­rzę w ciem­no­ści tego nie­wiel­kiego pomiesz­cze­nia z boku nowych koszar mostu czwar­tego. Samotny. Pod­szedł do drzwi, ale się zatrzy­mał. Zaci­snął palce na płasz­czu, który wisiał na haku. W ciem­no­ściach nie widział ciem­no­nie­bie­skiej barwy ani glifu Kho­li­nów - w kształ­cie pie­częci Dali­nara - na ple­cach. Wyda­wało się, że każdą zmianę w jego życiu ozna­czała burza. Ta była wielka. Otwo­rzył drzwi i wyszedł na świa­tło jako wolny czło­wiek.

Na razie zosta­wił płaszcz.

Most czwarty zaczął wiwa­to­wać na jego widok. Wyszli wcze­śniej, by wyką­pać się i ogo­lić pod­czas poże­gna­nia burzy, jak to mieli w zwy­czaju. Skała golił każ­dego, kolejka już się pra­wie skoń­czyła. Rogo­żerca nucił pod nosem, prze­su­wa­jąc brzy­twą po łysie­ją­cej gło­wie Drehy'ego. Powie­trze pach­niało wil­go­cią, a zalane wodą zagłę­bie­nie ogni­ska było jedy­nym śla­dem, jaki pozo­stał po potrawce, którą spo­żyli poprzed­niego wie­czoru.

W wielu aspek­tach to miej­sce nie róż­niło się zbyt­nio od składu drzew­nego, który jego ludzie nie­dawno opu­ścili. Dłu­gie, pro­sto­kątne koszary wyglą­dały podob­nie - Dusz­ni­ko­wane, nie wybu­do­wane, przy­po­mi­nały ogromne kamienne kłody. Po bokach miały jed­nak kilka mniej­szych pomiesz­czeń dla sier­żan­tów, z drzwiami wycho­dzą­cymi bez­po­śred­nio na zewnątrz. Wyma­lo­wano je sym­bo­lami plu­to­nów, które wcze­śniej je zamiesz­ki­wały - ludzie Kala­dina musieli je zama­lo­wać.

- Moash! - zawo­łał Kala­din. - Bli­zna, Teft!

Wszy­scy trzej pod­bie­gli do niego, roz­chla­pu­jąc wodę w kału­żach. Mieli na sobie strój mosto­wych - pro­ste spodnie odcięte pod kola­nami i skó­rzane kami­zele na nagich pier­siach. Bli­zna cho­dził mimo rany stopy i bar­dzo sta­rał się nie uty­kać. Kala­din nie kazał mu odpo­czy­wać. Rana nie była poważna, a on go potrze­bo­wał.

- Chcę, żeby­ście się rozej­rzeli, co dosta­li­śmy - powie­dział Kala­din, odpro­wa­dza­jąc ich na bok.

W kosza­rach mie­ściło się pięć­dzie­się­ciu żoł­nie­rzy i pół tuzina sier­żan­tów. Po bokach znaj­do­wały się kolejne koszary. Kala­din dostał cały kom­pleks - dwa­dzie­ścia budyn­ków - by pomie­ścić nowy bata­lion skła­da­jący się z daw­nych mosto­wych.

Dwa­dzie­ścia budyn­ków. Fakt, że Dali­nar bez trudu zna­lazł kom­pleks dwu­dzie­stu budyn­ków dla mosto­wych, świad­czył o strasz­li­wej praw­dzie - cenie zdrady Sade­asa. Tysiące zabi­tych. W pobliżu nie­któ­rych koszar pra­co­wały skryby, nad­zo­ru­jąc par­sh­me­nów, któ­rzy wyno­sili sterty ubrań i innych rze­czy oso­bi­stych. Wła­sność zmar­łych.

Część z tych kobiet miała zaczer­wie­nione oczy i wyda­wała się wyczer­pana. Sadeas uczy­nił tysiące kobiet w obo­zie Dali­nara wdo­wami, a pew­nie tyle samo dzieci sie­ro­tami. Gdyby Kala­din potrze­bo­wał kolej­nego powodu, by nie­na­wi­dzić tego czło­wieka, zna­lazł go tutaj, w widocz­nym cier­pie­niu tych, któ­rych mężo­wie zaufali mu na polu bitwy. W oczach Kala­dina nie było więk­szego grze­chu od zdrady sojusz­ni­ków w bitwie. Być może poza zdradą wła­snych ludzi - zamor­do­wa­niu ich po tym, jak w bitwie ryzy­ko­wali życie. Natych­miast poczuł gniew na myśl o Ama­ra­mie i tym, co zro­bił. Piętno nie­wol­nika znów zapło­nęło na jego czole.

Ama­ram i Sadeas. Dwaj ludzie w życiu Kala­dina, któ­rzy prę­dzej czy póź­niej musieli zapła­cić za to, co zro­bili. Wolałby, żeby zapła­cili z odset­kami.

Kala­din wciąż szedł z Teftem, Moashem i Bli­zną. W tych kosza­rach, powoli opróż­nia­nych z rze­czy oso­bi­stych, rów­nież tło­czyli się mostowi. Wyglą­dali zupeł­nie jak męż­czyźni z mostu czwar­tego - takie same kami­zele i dłu­gie do kolan spodnie. A jed­nak w innych aspek­tach zupeł­nie nie przy­po­mi­nali dru­żyny mostu numer cztery. Roz­czo­chrani, z bro­dami, które od wielu mie­sięcy nie widziały brzy­twy, mieli puste spoj­rze­nia. Zgar­bione plecy. Twa­rze bez wyrazu.

Każdy z nich był samotny, nawet w oto­cze­niu towa­rzy­szy.

- Pamię­tam to uczu­cie - powie­dział cicho Bli­zna. Niski, żyla­sty męż­czy­zna miał ostre rysy i ślady siwi­zny na skro­niach, choć dopiero nie­dawno skoń­czył trzy­dzie­ści lat. - Nie chcę, ale pamię­tam.

- Mamy tych tutaj zmie­nić w armię? - spy­tał Moash.

- Kala­din zro­bił to z mostem czwar­tym, prawda? - spy­tał Teft, uno­sząc palec. - Znów to zrobi.

- Prze­miana kilku tuzi­nów ludzi to coś zupeł­nie innego niż prze­miana setek - powie­dział Moash i kop­nia­kiem odrzu­cił z drogi gałąź.

Moash, wysoki i masywny, miał bli­znę na bro­dzie, ale żad­nego piętna nie­wol­nika na czole. Cho­dził wypro­sto­wany, z unie­sioną głową. Pomi­ja­jąc ciem­no­brą­zowe oczy, mógłby ucho­dzić za ofi­cera.

Kala­din pro­wa­dził ich obok kolej­nych koszar i szybko prze­li­czał. Pra­wie tysiąc męż­czyzn, a choć poprzed­niego dnia powie­dział im, że byli wolni - i mogli wró­cić do poprzed­niego życia, jeśli chcieli - nie­liczni wyda­wali się skłonni robić coś poza sie­dze­niem. Pier­wot­nie było czter­dzie­ści dru­żyn mosto­wych, ale wielu zgi­nęło pod­czas ostat­niego natar­cia, a w innych dru­żynach już wcze­śniej bra­ko­wało ludzi.

- Podzie­limy ich na dwa­dzie­ścia dru­żyn - powie­dział Kala­din - po około pięć­dzie­się­ciu.

Syl sfru­nęła z nieba w postaci świe­tli­stej wstęgi i zaczęła krą­żyć wokół niego. Męż­czyźni nie poka­zy­wali po sobie, że ją zoba­czyli - dla nich była nie­wi­dzialna.

- Nie możemy oso­bi­ście szko­lić każ­dego z tego tysiąca, a w każ­dym razie na początku. Wyszko­limy tych spo­śród nich, któ­rzy będą chętni, a póź­niej ode­ślemy ich, by dowo­dzili i szko­lili swoje wła­sne dru­żyny. - To moż­liwe - powie­dział Teft, dra­piąc się po bro­dzie.

Naj­star­szy z mosto­wych, jako jeden z nie­wielu zacho­wał brodę. Więk­szość pozo­sta­łych zgo­liła swoje jako oznakę dumy, coś, co odróż­niało most czwarty od zwy­kłych nie­wol­ni­ków. Teft z tego samego powodu bar­dzo dbał o swoją. Była jasno­brą­zowa, prze­ty­kana siwi­zną, a przy­ci­nał ją krótko, pra­wie jak żar­li­wiec.

Moash skrzy­wił się, spo­glą­da­jąc na mosto­wych.

- Zakła­dasz, że wśród nich będą jacyś "chętni", Kala­di­nie. Wszy­scy wydają mi się rów­nie przy­bici.

- Nie­któ­rzy wciąż mają w sobie wolę walki - sprze­ci­wił się Kala­din, rusza­jąc z powro­tem w stronę koszar mostu czwar­tego. - Na począ­tek ci, któ­rzy wczo­raj dołą­czyli do nas przy ogni­sku. Teft, musisz wybrać pozo­sta­łych. Zor­ga­ni­zuj i połącz dru­żyny, póź­niej wybierz czter­dzie­stu męż­czyzn, po dwóch z każ­dej dru­żyny, któ­rzy jako pierwsi zostaną wyszko­leni. Będziesz dowo­dził tym szko­le­niem. Ta czter­dziestka będzie zaczy­nem, który wyko­rzy­stamy, by pomóc pozo­sta­łym.

- Pew­nie mogę to zro­bić.

- Dobrze. Dam ci kilku ludzi do pomocy.

- Kilku? - powtó­rzył Teft. - Przy­da­łoby mi się wię­cej niż kilku...

- Kilku musi ci wystar­czyć - powie­dział Kala­din.

Wszedł na ścieżkę i skrę­cił na zachód, w stronę kró­lew­skiego kom­pleksu, który wzno­sił się na wzgó­rzu ponad pozo­sta­łymi obo­zami.

- Więk­szość z nas będzie potrzebna, by utrzy­mać przy życiu Dali­nara Kho­lina.

Moash i pozo­stali zatrzy­mali się obok niego. Kala­din patrzył na pałac. Z pew­no­ścią nie wyglą­dał na miesz­ka­nie króla - tutaj wszystko budo­wano z kamie­nia.

- Jesteś skłonny zaufać Dali­na­rowi? - spy­tał Moash.

- Dla nas oddał swoje Ostrze Odpry­sku - zauwa­żył Kala­din.

- Był nam to winny - powie­dział Bli­zna i chrząk­nął. - Ura­to­wa­li­śmy jego burzowe życie.

- To mogła być tylko poza - stwier­dził Moash, zakła­da­jąc ręce na piersi. - Gra poli­tyczna, on i Sadeas pró­bu­jący się wza­jem­nie zma­ni­pu­lo­wać.

Syl wylą­do­wała na ramie­niu Kala­dina, przyj­mu­jąc postać mło­dej kobiety w cien­kiej, zwiew­nej sukni, błę­kitno-bia­łej. Unio­sła zło­żone ręce i spoj­rzała na kró­lew­ski kom­pleks, gdzie udał się Dali­nar.

Powie­dział Kala­di­nowi, że zamie­rzał zro­bić coś, co roz­zło­ści wielu ludzi. "Zabiorę im ich gierki...".

- Musimy utrzy­mać go przy życiu - powie­dział Kala­din, spo­glą­da­jąc na pozo­sta­łych. - Nie wiem, czy mu ufam, ale jako jedyny na całych Rów­ni­nach oka­zał choć odro­binę współ­czu­cia mosto­wym. Jeśli zgi­nie, jak myśli­cie, ile czasu minie, zanim jego następca posta­nowi sprze­dać nas z powro­tem Sade­asowi?

Bli­zna prych­nął pogar­dli­wie.

- Niech spró­buje, w końcu prze­wo­dzi nam Świe­tli­sty Rycerz.

- Nie jestem Świe­tli­stym.

- W porządku, nie­ważne - powie­dział Bli­zna. - Czym­kol­wiek jesteś, będą mieli pro­blem, by nas zabrać.

- Myślisz, że poko­nam ich wszyst­kich, Bli­zno? - spy­tał Kala­din, patrząc star­szemu męż­czyź­nie w oczy. - Tuziny Odpry­sko­wych? Dzie­siątki tysięcy żoł­nie­rzy? Myślisz, że jeden czło­wiek tego dokona?

- Nie jeden czło­wiek - upie­rał się Bli­zna. - Ty.

- Nie jestem bogiem, Bli­zno - powie­dział Kala­din. - Nie powstrzy­mam dzie­się­ciu armii. - Odwró­cił się do pozo­sta­łej dwójki. - Posta­no­wi­li­śmy zostać tutaj, na Strza­ska­nych Rów­ni­nach. Dla­czego?

- A co by nam dała ucieczka? - spy­tał Teft, wzru­sza­jąc ramio­nami. - Nawet jako wolni ludzie i tak skoń­czy­li­by­śmy zwer­bo­wani do takiej czy innej armii na tych wzgó­rzach. Albo umar­li­by­śmy z głodu.

Moash poki­wał głową.

- To miej­sce jest rów­nie dobre, jak wszyst­kie inne, tak długo, jak długo jeste­śmy wolni.

- Dali­nar Kho­lin to nasza naj­więk­sza szansa na praw­dziwe życie - powie­dział Kala­din. - Jako jego straż­nicy, nie siła robo­cza wcie­lona do woj­ska. Wolni ludzie, mimo piętna na naszych czo­łach. Nikt inny nam tego nie da. Jeśli chcemy wol­no­ści, musimy utrzy­mać przy życiu Dali­nara Kho­lina.

- A Skry­to­bójca w Bieli? - spy­tał cicho Bli­zna.

Sły­szeli, co ten czło­wiek wypra­wiał na całym świe­cie, zabi­ja­jąc kró­lów i arcy­ksią­żąt wszyst­kich nacji. Te wie­ści roz­cho­dziły się po obo­zach, od kiedy zaczęły docie­rać przez łączo­trz­ciny. Cesarz Aziru, mar­twy. Zamęt w Jah Keved. Pół tuzina innych naro­dów pozo­sta­wio­nych bez władcy.

- Już zabił naszego króla - stwier­dził Kala­din. - Stary Gavi­lar był jego pierw­szą ofiarą. Miejmy nadzieję, że tu już skoń­czył. Tak czy ina­czej, musimy chro­nić Dali­nara. Za wszelką cenę.

Kiwali głową jeden po dru­gim, choć nie­chęt­nie. Nie miał do nich pre­ten­sji. Zaufa­nie do jasno­okich nie­wiele im dało - nawet Moash, który wcze­śniej dobrze mówił o Dali­na­rze, naj­wy­raź­niej tra­cił do niego sym­pa­tię. I w rze­czy samej, do wszyst­kich jasno­okich. Wła­ści­wie Kala­dina zaska­ki­wało jego wła­sne zaufa­nie. Ale niech to burza, Syl lubiła Dali­nara, i to się liczyło.

- Teraz jeste­śmy słabi - powie­dział Kala­din, ści­sza­jąc głos. - Ale jeśli na jakiś czas przy­sta­niemy na ten układ, i będziemy chro­nić Kho­li­nów, dobrze nam zapłacą. Będę mógł was wyszko­lić, ale tak porząd­nie, jako żoł­nie­rzy i ofi­ce­rów. Poza tym wyszko­limy pozo­sta­łych. Jako dwa tuziny byłych mosto­wych ni­gdy byśmy sobie nie pora­dzili. Ale gdy­by­śmy byli dosko­nale wyszko­loną jed­nostką najem­ni­ków liczącą tysiąc żoł­nie­rzy, z naj­lep­szym dostęp­nym wypo­sa­że­niem? Gdyby doszło do naj­gor­szego i musie­li­by­śmy opu­ścić obozy, chciał­bym to zro­bić jako zwarta jed­nostka, zahar­to­wana i trudna do zigno­ro­wa­nia. Daj­cie mi rok z tym tysią­cem, a uda mi się.

- No, i to jest plan, który mi się podoba - stwier­dził Moash. - Czy nauczę się wal­czyć mie­czem?

- Na­dal jeste­śmy ciem­no­okimi, Moashu.

- Nie ty - ode­zwał się sto­jący po dru­giej stro­nie Bli­zna. - Widzia­łem twoje oczy pod­czas...

- Prze­stań! - Kala­din ode­tchnął głę­boko. - Po pro­stu prze­stań. Wię­cej o tym nie mów.

Bli­zna umilkł.

- Ale zro­bię was ofi­ce­rami - powie­dział im Kala­din. - Waszą trójkę oraz Sig­zila i Skałę. Będzie­cie porucz­ni­kami.

- Ciem­no­ocy porucz­nicy? - spy­tał Bli­zna.

W kom­pa­niach skła­da­ją­cych się z samych jasno­okich ten sto­pień był czę­sto odpo­wied­ni­kiem sier­żanta.

- Dali­nar mia­no­wał mnie kapi­ta­nem - wyja­śnił Kala­din. - To naj­wyż­szy sto­pień, jaki odwa­żył się nadać ciem­no­okiemu. Cóż, ja muszę mieć pełną hie­rar­chię dowo­dze­nia dla tysiąca ludzi, więc będziemy potrze­bo­wać cze­goś mię­dzy sier­żan­tem a kapi­ta­nem. To ozna­cza, że wasza piątka zosta­nie porucz­ni­kami. Dali­nar mi pew­nie na to pozwoli. Jeśli będziemy potrze­bo­wali innego stop­nia, mia­nu­jemy star­szych sier­żan­tów. Skała zosta­nie kwa­ter­mi­strzem i zaj­mie się zapew­nieniem wyży­wie­nia dla całego tysiąca. Mia­nuję Lopena jego zastępcą. Teft, ty się zaj­miesz wyszko­le­niem. Sig­zil będzie naszym sekre­ta­rzem. Jako jedyny umie czy­tać glify. Moash i Bli­zna...

Spoj­rzał w stronę obu męż­czyzn. Jeden niski, drugi wysoki, szli w taki sam spo­sób, swo­bod­nym kro­kiem, nie­bez­piecz­nie, z włócz­niami zawsze na ramio­nach. Ni­gdy ich nie zosta­wiali. Ze wszyst­kich, któ­rych szko­lił w dru­ży­nie mostu czwar­tego, tylko ci dwaj instynk­tow­nie rozu­mieli. Byli zabój­cami.

Jak sam Kala­din.

- Nasza trójka - powie­dział im - skupi się na ochro­nie Dali­nara Kho­lina. Kiedy to tylko będzie moż­liwe, jeden z nas trzech będzie oso­bi­ście go strzegł. Czę­sto jeden z pozo­sta­łych dwóch będzie pil­no­wał jego synów, ale nie daj­cie się zwieść, to Czar­nego Cier­nia mamy utrzy­mać przy życiu. Za wszelką cenę. On jest jedyną gwa­ran­cją wol­no­ści dla mostu czwar­tego.

Pozo­stali poki­wali gło­wami.

- Dobrze - stwier­dził Kala­din. - Chodźmy po pozo­sta­łych. Czas, żeby świat zoba­czył was takimi, jakimi ja was widzę.

* * *

Za zgodą wszyst­kich, Hob­ber usiadł jako pierw­szy, żeby zro­bić sobie tatuaż. Szczer­baty męż­czy­zna był jed­nym z pierw­szych, któ­rzy uwie­rzyli w Kala­dina. Kala­din dobrze pamię­tał ten dzień - wyczer­pany po biegu z mostem, marzył tylko, żeby się poło­żyć i gapić w niebo. Miast tego zde­cy­do­wał ura­to­wać Hob­bera, zamiast pozwo­lić mu umrzeć. Tam­tego dnia ura­to­wał rów­nież sie­bie.

Reszta dru­żyny mostu czwar­tego stała w namio­cie dookoła Hob­bera, przy­glą­da­jąc się w mil­cze­niu, jak tatu­ażystka pra­cuje na jego czole, zasła­nia­jąc piętno nie­wol­nika gli­fami, które przy­go­to­wał Kala­din. Hob­ber od czasu do czasu krzy­wił się z bólu, ale cały czas się uśmie­chał. Kala­din sły­szał kie­dyś, że bli­znę można zasło­nić tatu­ażem i oka­zało się, że rze­czy­wi­ście to działa. Po wpusz­cze­niu tuszu, to glify przy­cią­gały wzrok i led­wie było widać, że pod spodem jest bli­zna.

Po zakoń­cze­niu pracy tatu­ażystka wyjęła lustro, by Hob­ber mógł się przej­rzeć. Mostowy z waha­niem dotknął czoła. Skóra była zaczer­wie­niona od ukłuć, ale ciemny tatuaż dosko­nale zasła­niał piętno nie­wol­nika.

- Co to ozna­cza? - spy­tał Hob­ber ze łzami w oczach.

- Wol­ność - odpo­wie­dział Sig­zil, zanim Kala­din zdą­żył to zro­bić. - Glif ozna­cza wol­ność.

- Te mniej­sze na górze - powie­dział Kala­din - ozna­czają datę, kiedy zosta­łeś uwol­niony, i tego, kto cię uwol­nił. Nawet jeśli zgu­bisz potwier­dze­nie wyzwo­le­nia, kto­kol­wiek spró­buje uwię­zić cię jako ucie­ki­niera, bez trudu znaj­dzie dowód, że tak nie jest. Może zwró­cić się do skryb Dali­nara Kho­lina, które zacho­wają kopię two­jego potwier­dze­nia.

Hob­ber poki­wał głową.

- Dobrze, ale to za mało. Dodaj­cie do tego "Most czwarty".

- Chcesz dać do zro­zu­mie­nia, że zosta­łeś wyzwo­lony z mostu czwar­tego?

- Nie. Nie zosta­łem uwol­niony z mostu czwar­tego, lecz przez niego. Za nic nie oddał­bym czasu, który tu spę­dzi­łem.

Gadał jak sza­le­niec. Most numer cztery ozna­czał śmierć - dzie­siątki męż­czyzn zgi­nęło, bie­ga­jąc z tym prze­klę­tym mostem. Nawet kiedy Kala­din posta­no­wił ich ura­to­wać, stra­cił sta­now­czo zbyt wielu. Hob­ber byłby głup­cem, gdyby nie wyko­rzy­stał oka­zji do ucieczki.

A jed­nak sie­dział upar­cie dopóki Kala­din nie nary­so­wał odpo­wied­nich gli­fów dla tatu­ażystki - spo­koj­nej, krę­pej ciem­no­okiej kobiety, która wyglą­dała, jakby sama jedna mogła pod­nieść most. Usia­dła na zydlu i zaczęła doda­wać dwa glify do czoła Hob­bera, tuż pod tym ozna­cza­ją­cym wol­ność. Przez cały czas wyja­śniała - znowu - że miej­sce tatu­ażu będzie przez wiele dni obo­lałe i w jaki spo­sób Hob­ber powi­nien o nie dbać.

Przy­jął nowy tatuaż z uśmie­chem na twa­rzy. Czy­sta głu­pota, ale inni tylko poki­wali gło­wami i ści­skali ramię Hob­bera. Kiedy on skoń­czył, jego miej­sce pośpiesz­nie zajął Bli­zna i zażą­dał tego samego kom­plet­nego zestawu tatu­aży.

Kala­din cof­nął się nieco, zało­żył ręce na piersi i potrzą­snął głową. Za namio­tem na ruchli­wym tar­go­wi­sku sprze­da­wano i kupo­wano. "Obóz" był tak naprawdę mia­stem, wybu­do­wa­nym po wewnętrz­nej stro­nie przy­po­mi­na­ją­cej kra­ter olbrzy­miej for­ma­cji skal­nej. Prze­dłu­ża­jąca się wojna na Strza­ska­nych Rów­ni­nach przy­cią­gała wszel­kiego rodzaju kup­ców, jak rów­nież rze­mieśl­ni­ków, arty­stów, a nawet rodziny z dziećmi.

W pobliżu stał Moash, na jego twa­rzy malo­wał się nie­po­kój. Nie był jedy­nym z dru­żyny, który nie miał piętna nie­wol­nika. Teft też go nie miał. Zostali mosto­wymi, choć nie byli wcze­śniej nie­wol­nikami. W obo­zie Sade­asa bie­ga­nie z mostem było karą za róż­nego rodzaju wykro­cze­nia.

- Jeśli nie macie piętna nie­wol­nika - powie­dział gło­śno Kala­din - nie musi­cie robić sobie tatu­ażu. I tak jeste­ście z nami.

- Nie - powie­dział Skała - ja sobie to zro­bię.

Usiadł po Bliź­nie i zro­bił sobie tatuaż na czole, choć nie miał piętna. W rze­czy samej, wszy­scy, któ­rzy nie zostali napięt­no­wani - w tym Beld i Teft - zro­bili sobie tatu­aże na czo­łach.

Tylko Moash zde­cy­do­wał się na tatuaż na ramie­niu. Dobrze. W prze­ci­wień­stwie do więk­szo­ści z nich nie będzie musiał cho­dzić ze zna­kiem nie­wol­nic­twa na czole.

Moash wstał, a jego miej­sce zajął kolejny męż­czy­zna. Miał mar­mur­kową, czer­wono-czarną skórę. Mostowi byli róż­no­rodną gro­madką, ale Shen był wśród nich wyjąt­kowy. Par­sh­men.

- Nie mogę go wyta­tu­ować - stwier­dziła artystka. - To wła­sność.

Kala­din otwo­rzył usta, ale inni mostowi go uprze­dzili.

- Został uwol­niony, jak my - powie­dział Teft.

- Jest jed­nym z dru­żyny - dodał Hob­ber. - Zrób mu tatuaż, bo nie zoba­czysz ani kuli od żad­nego z nas.

Od razu się zaru­mie­nił i posłał spoj­rze­nie Kala­di­nowi - który miał zapła­cić za wszystko, wyko­rzy­stu­jąc kule otrzy­mane od Dali­nara Kho­lina.

Inni mostowi rów­nież się ode­zwali i tatu­ażystka w końcu pod­dała się z wes­tchnie­niem. Przy­cią­gnęła zydel i zaczęła pra­co­wać na czole Shena.

- I tak go nie będzie widać - mruk­nęła, choć Sig­zil miał nie­mal rów­nie ciemną skórę jak Shen, a tatuaż był widoczny.

W końcu Shen popa­trzył w lustro i wstał. Spoj­rzał na Kala­dina i ski­nął głową. Shen nie­wiele mówił, a Kala­din nie wie­dział co o nim myśleć. Wła­ści­wie, łatwo było o nim zapo­mnieć, zazwy­czaj szedł gdzieś z tyłu grupy mosto­wych. Nie­wi­dzialny. Par­sh­meni czę­sto tacy byli.

Po zakoń­cze­niu pracy nad She­nem pozo­stał tylko Kala­din. Usiadł i zamknął oczy. Wbi­ja­nie igieł bolało bar­dziej niż się spo­dzie­wał.

Po chwili tatu­ażystka zaczęła prze­kli­nać pod nosem.

Kala­din otwo­rzył oczy, kiedy prze­tarła jego czoło.

- Co się dzieje? - spy­tał.

- Tusz nie chce się trzy­mać! - powie­działa. - Ni­gdy nie widzia­łam cze­goś takiego. Kiedy wycie­ram ci czoło, ście­ram tusz! Tatuaż się nie trzyma.

Kala­din wes­tchnął i zorien­to­wał się, że w jego żyłach pły­nie odro­bina Burzo­wego Świa­tła. Nawet nie zauwa­żył, kiedy je wcią­gnął, ale robił się coraz lep­szy w utrzy­my­wa­niu go. Ostat­nimi czasy, kiedy się poru­szał, czę­sto przyj­mo­wał odro­binę. Utrzy­my­wa­nie Burzo­wego Świa­tła przy­po­mi­nało napeł­nia­nie bukłaka winem. Jeśli napeł­niło się go do końca, a póź­niej otwo­rzyło, wino wyle­wało się szybko, a póź­niej pły­nął już tylko cienki stru­myk. Podob­nie było ze Świa­tłem.

Pozbył się go i miał nadzieję, że tatu­ażystka nie zauwa­żyła wypły­wa­ją­cego z jego ust obłoczku świe­cą­cego dymu.

- Spró­buj jesz­cze raz - powie­dział, gdy wyjęła nowy tusz.

Tym razem tatuaż chwy­cił. Kala­din prze­sie­dział pro­ces, zaci­ska­jąc z bólu zęby, po czym pod­niósł wzrok, gdy tatu­ażystka pod­sta­wiła mu lustro. Twarz, która patrzyła na Kala­dina, wyglą­dała obco. Sta­ran­nie ogo­lony, włosy zwią­zane z tyłu, by odsło­nić skórę do tatu­ażu, piętna nie­wol­nika zasło­nięte i na chwilę zapo­mniane.

Czy mogę znów stać się tym męż­czy­zną? - pomy­ślał, uno­sząc dłoń do policzka. On umarł, prawda?

Syl wylą­do­wała na jego ramie­niu i rów­nież spoj­rzała w lustro.

- Życie ponad śmier­cią, Kala­di­nie - wyszep­tała.

Nie­świa­do­mie wcią­gnął Burzowe Świa­tło. Tylko odro­binę, uła­mek zawar­to­ści kuli. Pły­nęło w jego żyłach jak fala ciśnie­nia, jak wia­try uwię­zione w nie­wiel­kiej prze­strzeni.

Tatuaż na jego czole się roz­to­pił. Ciało wypchnęło tusz, który zaczął spły­wać mu po twa­rzy. Tatu­ażystka znów zaklęła i chwy­ciła ścierkę.

Kala­di­nowi pozo­stał w oczach obraz roz­pły­wa­ją­cego się tatu­ażu. Zni­ka­jąca wol­ność, a pod spodem bli­zny uwię­zie­nia. Nad któ­rymi domi­no­wało jedno piętno.

Shash. Nie­bez­pieczny.

Kobieta wytarła jego twarz.

- Nie wiem czemu tak się dzieje! Myśla­łam, że tym razem chwyci! Ja...

- Nic się nie stało - powie­dział Kala­din, wziął od niej ścierkę i dokoń­czył wycie­ra­nie. Odwró­cił się do pozo­sta­łych, mosto­wych zmie­nio­nych w żoł­nie­rzy. - Wygląda na to, że bli­zny jesz­cze ze mną nie skoń­czyły. Spró­buję raz jesz­cze kiedy indziej.

Poki­wali gło­wami. Musiał im póź­niej wyja­śnić, co się działo - znali jego zdol­no­ści.

- Chodźmy - powie­dział Kala­din i rzu­cił tatu­aży­stce nie­wielką sakiewkę kul, po czym wziął włócz­nię, którą wcze­śniej usta­wił obok wej­ścia.

Pozo­stali dołą­czyli do niego, oparli włócz­nie o ramiona. W obo­zie nie musieli być uzbro­jeni, ale chciał, żeby przy­zwy­cza­ili się, że mogą już swo­bod­nie nosić broń.

Tar­go­wi­sko było zatło­czone i pełne życia. Namioty oczy­wi­ście zwi­nięto i scho­wano na czas burzy poprzed­niej nocy, ale już wyro­sły ponow­nie. Być może dla­tego, że myślał o She­nie, zauwa­żył par­sh­me­nów. Pobieżne spoj­rze­nie uka­zało mu ich dzie­siątki. Poma­gali usta­wiać ostat­nie namioty, nie­śli spra­wunki jasno­okich, poma­gali skle­pi­ka­rzom usta­wiać towary.

Co oni myślą o woj­nie na Strza­ska­nych Rów­ni­nach? - zasta­na­wiał się Kala­din. Wojna, która ma na celu poko­na­nie i być może pod­po­rząd­ko­wa­nie jedy­nych wol­nych par­sh­me­nów na świe­cie?

Gdyby tylko mógł uzy­skać od Shena odpo­wiedź na takie pyta­nie. Wyda­wało się, że par­sh­men na wszystko reago­wał wzru­sze­niem ramio­nami.

Kala­din pro­wa­dził swo­ich ludzi przez tar­go­wi­sko, które wyda­wało się o wiele bar­dziej przy­ja­zne niż to w obo­zie Sade­asa. Choć ludzie gapili się na mosto­wych, nikt nie szy­dził, a ci, któ­rzy tar­go­wali się przy pobli­skich kra­mach, choć robili to ener­gicz­nie, nie zaczy­nali krzy­czeć. Było nawet mniej ulicz­ni­ków i żebra­ków.

Chcesz w to wie­rzyć, pomy­ślał Kala­din. Chcesz wie­rzyć, że powszechna opi­nia na temat Dali­nara jest prawdą. Że to hono­rowy jasno­oki z opo­wie­ści. Ale o Ama­ra­mie ludzie też mówili takie rze­czy.

Idąc, mijali żoł­nie­rzy. Zbyt nie­licz­nych. Męż­czyzn, któ­rzy byli na służ­bie w obo­zie, kiedy inni wyru­szyli na kata­stro­falną wyprawę, pod­czas któ­rej Sadeas zdra­dził Dali­nara. Kiedy mijali jeden oddział patro­lu­jący tar­go­wi­sko, Kala­din zauwa­żył, że dwaj żoł­nie­rze z przodu uno­szą przed sie­bie dło­nie, skrzy­żo­wane w nad­garst­kach.

Jak poznali stare pozdro­wie­nie mostu czwar­tego, i to tak szybko? W ich wyko­na­niu nie był to pełen salut, jedy­nie drobny gest, ale ski­nęli gło­wami Kala­di­nowi i jego ludziom. Nagle spo­kój panu­jący na tar­go­wi­sku obja­wił Kala­di­nowi inne obli­cze. Być może nie cho­dziło o porzą­dek i dobre zor­ga­ni­zo­wa­nie armii Dali­nara.

W tym obo­zie pano­wała atmos­fera mil­czą­cego prze­ra­że­nia. Zdrada Sade­asa kosz­to­wała życie tysięcy. Każdy pew­nie znał kogoś, kto zgi­nął na pła­sko­wy­żach. I wszy­scy się zasta­na­wiali, czy doj­dzie do eska­la­cji kon­fliktu dwóch arcy­ksią­żąt.

- Miło, że widzą w nas boha­te­rów, prawda? - spy­tał idący obok Kala­dina Sig­zil. Odpro­wa­dził wzro­kiem inny oddział żoł­nie­rzy.

- Jak myśli­cie, jak długo prze­trwa ta życz­li­wość? - spy­tał Moash. - Ile jesz­cze, nim zaczną mieć do nas pre­ten­sje?

- Ha! - Góru­jący nad nimi Skała klep­nął Moasha w ramię. - Dziś nie narze­kamy! Za czę­sto to robisz! Nie zmu­szaj mnie, żebym cię kop­nął. Nie lubię kopać. Palce stóp mnie bolą.

- Kop­nąć mnie? - prych­nął Moash. - Prze­cież ty nawet nie chcesz nosić włóczni, Skało.

- Włócz­nie nie służą do kopa­nia narze­ka­czy. A wiel­kie unka­lac­kie stopy jak moje są do tego wręcz stwo­rzone! Ha! Czyż to nie oczy­wi­ste?!

Opu­ścili tar­go­wi­sko i Kala­din popro­wa­dził ich w stronę dużego pro­sto­kąt­nego budynku w pobliżu koszar. Ten został zbu­do­wany z obra­bia­nego kamie­nia, a nie Dusz­ni­ko­wany, co pozwa­lało na o wiele więk­szą fine­zję. Takie budowle coraz czę­ściej poja­wiały się w obo­zach, w miarę jak przy­by­wali kamie­niarze.

Dusz­ni­ko­wa­nie było szyb­sze, ale też droż­sze i mniej ela­styczne. Na ten temat wie­dział wła­ści­wie tyle, że ma ogra­ni­czone moż­li­wo­ści. Dla­tego wszyst­kie koszary wyglą­dały nie­mal iden­tycz­nie.

Wewnątrz kamien­nego budynku Kala­din zapro­wa­dził swo­ich ludzi do lady, przy któ­rej posi­wiały brzu­chaty męż­czy­zna nad­zo­ro­wał kilku par­sh­me­nów prze­no­szą­cych bele nie­bie­skiej tka­niny. Rind, główny kwa­ter­mistrz Kho­li­nów, któ­remu Kala­din poprzed­niego wie­czoru posłał instruk­cje. Męż­czy­zna był co prawda jasno­oki, ale tak niskiej rangi, że nie­wiele róż­nił się od ciem­no­okich. Takich jak on zwano "dzie­sią­ta­kami".

- Ach! - powie­dział Rind wyso­kim gło­sem, który kon­tra­sto­wał z jego brzu­szy­skiem. - W końcu jeste­ście! Przy­go­to­wa­łem je dla was, kapi­ta­nie. Wszystko, co mi zostało.

- Zostało? - powtó­rzył Moash.

- Mun­dury Kobal­to­wej Gwar­dii! Zamó­wi­łem nowe, a tu mam to, co zostało w maga­zy­nie. - Rind spo­chmur­niał. - Widzi­cie, nie spo­dzie­wa­łem się, że tak szybko będziemy potrze­bo­wać tak wielu.

Obej­rzał Moasha od stóp do głów, po czym podał mu mun­dur i wska­zał boks, w któ­rym mógł się prze­brać.

Moash go przy­jął.

- Będziemy nosić na wierz­chu nasze skó­rzane kami­zele?

- Ha! Te naszyte tak grubo kośćmi, że wyglą­da­li­ście w nich jak jakieś dzi­kusy z zachodu w świą­teczny dzień? Sły­sza­łem o tym. Ale nie, oświe­cony Dali­nar pole­cił, by wypo­sa­żono was w napier­śniki, sta­lowe hełmy i nowe włócz­nie. Jeśli potrze­bu­je­cie, kol­czuga na czas bitwy.

- Jak na razie - stwier­dził Kala­din - wystar­czą mun­dury.

- Będę w tym głu­pio wyglą­dał - mruk­nął Moash, ale poszedł się prze­brać.

Rind roz­dał wszyst­kim mun­dury. Posłał zdzi­wione spoj­rze­nie She­nowi, ale bez słowa wydał mu mun­dur.

Mostowi zebrali się w grupce i roz­ma­wiali pod­eks­cy­to­wa­nymi gło­sami, roz­kła­da­jąc mun­dury. Od dawna żaden z nich nie nosił ubrań innych niż skóry mosto­wych lub łach­many nie­wol­ni­ków. Uci­chli, gdy poja­wił się Moash.

To były nowe mun­dury, bar­dziej nowo­cze­sne w stylu niż to, co Kala­din nosił za swo­ich cza­sów w woj­sku. Sztywne nie­bie­skie spodnie i wypo­le­ro­wane na wysoki połysk czarne buty. Zapi­nana na guziki biała koszula, poza koł­nie­rzy­kiem i brze­gami man­kie­tów w cało­ści przy­kryta kurtką, która się­gała do pasa.

- Teraz wyglą­dasz jak żoł­nierz! - powie­dział ze śmie­chem kwa­ter­mistrz. - Na­dal uwa­żasz, że wyglą­dasz głu­pio?

Gestem wska­zał Moashowi lustro na ścia­nie.

Męż­czy­zna popra­wił man­kiety i wręcz się zaru­mie­nił. Kala­din rzadko widy­wał go tak wytrą­co­nego z rów­no­wagi.

- Nie - przy­znał.

Pozo­stali rów­nież zaczęli się prze­bie­rać. Nie­któ­rzy wcho­dzili do bok­sów, ale więk­szość się nie kło­po­tała. Byli mosto­wymi i nie­wol­ni­kami, ostat­nio więk­szość czasu para­do­wali w prze­pa­skach bio­dro­wych.

Teft ubrał się naj­szyb­ciej ze wszyst­kich, wie­dział też, gdzie zapi­nać guziki.

- Minęło mnó­stwo czasu - szep­nął, zapi­na­jąc pas. - Nie wiem, czy zasłu­guję na to, żeby znów coś takiego nosić.

- Tym wła­śnie jesteś, Teft - powie­dział Kala­din. - Nie pozwól, by zawład­nął tobą nie­wol­nik.

Teft chrząk­nął i przy­piął nóż we wła­ści­wym miej­scu u pasa.

- A ty, synu? Kiedy ty przy­znasz się, kim jesteś?

- Zro­bi­łem to.

- Przed nami. Przed nikim innym.

- Nie zaczy­naj od nowa.

- Na burzę, zacznę, kiedy będę miał ochotę - wark­nął Teft. Pochy­lił się i ode­zwał przy­ci­szo­nym gło­sem. - Przy­naj­mniej mnie udziel praw­dzi­wej odpo­wie­dzi. Jesteś Moco­wiązcą. Nie jesteś jesz­cze Świe­tli­stym, ale sta­niesz się nim, zanim to wszystko się skoń­czy. Inni mają rację, że cię naci­skają. Dla­czego nie pój­dziesz do tego tam Dali­nara i nie wcią­gniesz tro­chę Burzo­wego Świa­tła, żeby roz­po­znał w tobie jasno­okiego? Kala­din spoj­rzał na kłę­bią­cych się męż­czyzn, któ­rzy usi­ło­wali wło­żyć mun­dury, i Rinda, który z wyraźną fru­stra­cją usi­ło­wał wyja­śnić, jak zapiąć kurtki.

- Wszystko, co kie­dy­kol­wiek mia­łem, Tef­cie - szep­nął - ode­brali mi jasno­ocy. Rodzinę, brata, przy­ja­ciół. Wię­cej. Wię­cej niż umiesz sobie wyobra­zić. Widzą, co mam, i zabie­rają to. - Uniósł dłoń i zoba­czył uno­szące się z niej świe­tli­ste smużki, ponie­waż wie­dział, czego szuka. - Zabiorą to. Jeśli dowie­dzą się, co mogę, odbiorą mi to.

- Na oddech Keleka, jak mogliby to zro­bić?

- Nie wiem - odparł Kala­din. - Nie wiem, Tef­cie, ale nie prze­staję czuć prze­ra­że­nia za każ­dym razem, kiedy o tym myślę. Nie mogę pozwo­lić, by to mieli, nie mogę pozwo­lić, by mi to ode­brali... albo was. Mil­czymy na temat tego, co potra­fię. Nie roz­ma­wiajmy o tym wię­cej.

Teft mam­ro­tał pod nosem, gdy pozo­stali męż­czyźni w końcu się ubrali, choć Lopen - ze względu na brak jed­nej ręki wywi­nął pusty rękaw na drugą stronę i wepchnął go do środka, żeby nie zwi­sał - poma­cał naszywkę na ramie­niu.

- Co to?

- Insy­gnia Kobal­to­wej Gwar­dii - powie­dział Kala­din. - Oso­bi­stej straży Dali­nara Kho­lina.

- Oni nie żyją, gan­cho - stwier­dził Lopen. - A my nimi nie jeste­śmy.

- Racja - zgo­dził się Bli­zna. Ku prze­ra­że­niu Rinda wycią­gnął nóż i odciął naszywkę. - Jeste­śmy mostem czwar­tym.

- Most czwarty był waszym wię­zie­niem - zapro­te­sto­wał Kala­din.

- Nie­ważne - stwier­dził Bli­zna. - Jeste­śmy mostem czwar­tym.

Pozo­stali zgo­dzili się, odci­nali naszywki i rzu­cali je na zie­mię.

Teft przy­tak­nął i też to zro­bił.

- Będziemy chro­nić Czar­nego Cier­nia, ale nie zastą­pimy tego, co miał wcze­śniej. Jeste­śmy samo­dzielną dru­żyną.

Kala­din podra­pał się po czole, ale to wła­śnie osią­gnął, zbie­ra­jąc ich razem i czy­niąc z nich zwartą jed­nostkę.

- Nary­suję dla cie­bie insy­gnia w postaci pary gli­fów - powie­dział Rin­dowi. - Będziesz musiał zamó­wić nowe naszywki.

Kor­pu­lentny męż­czy­zna pozbie­rał z wes­tchnie­niem porzu­cone insy­gnia.

- Pew­nie będę musiał. Mam tu twój mun­dur, kapi­ta­nie. Ciem­no­oki kapi­tan! Kto by pomy­ślał? Będziesz jedy­nym w całej armii. Jedy­nym w histo­rii, o ile wiem!

Nie wyda­wało się, że uważa to za coś obraź­li­wego. Kala­din miał nie­wiel­kie doświad­cze­nie z jasno­okimi z niskich dah­nów jak Rind, choć w obo­zach byli liczni. W jego rodzin­nym mie­ście była jedy­nie rodzina pana mia­sta - wyż­szy środ­kowy dahn - i ciem­no­ocy. Dopiero gdy dotarł do armii Ama­rama, zorien­to­wał się, że jasno­okich był pełen prze­krój, a wielu z nich wyko­ny­wało pospo­lite prace i z tru­dem wią­zało koniec z koń­cem, zupeł­nie jak zwy­kli ludzie.

Kala­din pod­szedł do ostat­niego węzełka na ladzie. Jego mun­dur wyglą­dał ina­czej. Skła­dała się na niego rów­nież nie­bie­ska kami­zelka i dwu­rzę­dowy nie­bie­ski płaszcz z białą pod­szewką i srebr­nymi guzi­kami. Długi płaszcz nale­żało nosić roz­pięty, mimo rzę­dów guzi­ków po obu stro­nach.

Czę­sto widy­wał takie mun­dury. Na jasno­okich.

- Most czwarty - powie­dział, odci­na­jąc z ramie­nia insy­gnia Kobal­to­wej Gwar­dii i rzu­ca­jąc je na ladę, gdzie leżały pozo­stałe.

3

Wzór

Żoł­nie­rze dono­sili, że z daleka obser­wuje ich nie­po­ko­jąca liczba zwia­dow­ców Par­shen­dich. Póź­niej zauwa­ży­li­śmy nowy wzo­rzec - nocami prze­ni­kali w pobliże obo­zów, a następ­nie szybko się wyco­fy­wali. Mogę jedy­nie przy­pusz­czać, że nasi wro­go­wie już wtedy przy­go­to­wy­wali stra­te­gię zakoń­cze­nia tej wojny.

Z oso­bi­stego dzien­nika Navani Kho­lin, Jese­ses roku 1174.

"Bada­nia nad cza­sami poprze­dza­ją­cymi Hie­ro­kra­cję są fru­stru­jąco skom­pli­ko­wane," czy­tała Shal­lan. "W cza­sie rzą­dów Hie­ro­kra­cji, kościół voriń­ski nie­mal cał­ko­wi­cie pano­wał nad wschod­nim Rosha­rem. Wymy­sły, któ­rym sprzy­jali - i które póź­niej roz­po­wszech­niali jako prawdę abso­lutną - zako­rze­niły się w świa­do­mo­ści spo­łecz­nej. Co bar­dziej nie­po­ko­jące, stwo­rzono zmo­dy­fi­ko­wane kopie sta­ro­żyt­nych tek­stów, dosto­so­wu­jące histo­rię do hie­ro­kra­tycz­nych dogma­tów".

Shal­lan sie­działa w kaju­cie ubrana w koszulę nocną i czy­tała przy bla­sku kie­li­cha kul. W jej cia­snej kaju­cie bra­ko­wało praw­dzi­wego bulaja, miała jedy­nie wąskie okienko bie­gnące u szczytu zewnętrz­nej ściany. Sły­szała tylko odgłos wody ude­rza­ją­cej o kadłub. Tej nocy sta­tek nie mógł się schro­nić w por­cie.

"Kościół tam­tej epoki z dużą podejrz­li­wo­ścią trak­to­wał Świe­tli­stych Ryce­rzy", czy­tała. "Jed­nak opie­rał się na auto­ry­te­cie Herol­dów. To two­rzyło dycho­to­mię, przez którą Odstęp­stwo i zdrada ryce­rzy były prze­sad­nie pod­kre­ślane. Jed­no­cze­śnie opie­wano sta­ro­żyt­nych ryce­rzy - tych, któ­rzy żyli u boku Herol­dów w cie­niod­niach.

Dla­tego też bada­nia nad Świe­tli­stymi i miej­scem zwa­nym Cie­nio­mo­rzem są szcze­gól­nie trudne. Czym jest fakt? Które zapi­ski zostały napi­sane na nowo przez kościół w chy­bio­nej pró­bie oczysz­cze­nia prze­szło­ści z dostrze­ga­nych sprzecz­no­ści, by paso­wały do pre­fe­ro­wa­nej nar­ra­cji? Prze­trwały jedy­nie nie­liczne doku­menty z tego okresu, które nie prze­szły przez voriń­skie ręce pod­czas kopio­wa­nia z ory­gi­nal­nego per­ga­minu do nowo­cze­snych kodek­sów".

Shal­lan spoj­rzała na okładkę książki. Tom był jed­nym z pierw­szych opu­bli­ko­wa­nych dzieł Jasnah. Kobieta nie kazała jej go prze­czy­tać. W rze­czy samej, wahała się, kiedy Shal­lan popro­siła o egzem­plarz i musiała wycią­gnąć go z jed­nej z licz­nych skrzyń peł­nych ksiąg, które trzy­mała w ładowni.

Dla­czego była tak nie­chętna, skoro ten tom poświę­ciła wła­śnie rze­czom, które badała Shal­lan? Czy Jashan nie powinna dać go jej od razu? To...

Wzór powró­cił.

Shal­lan zaparło dech w piersi, kiedy zoba­czyła go na ścia­nie kajuty obok koi, na lewo od niej. Ostroż­nie prze­nio­sła spoj­rze­nie na księgę. Wzór wyglą­dał tak samo jak wcze­śniej, jak kształt, który poja­wił się na kartce.

Od tego czasu widy­wała go kątem oka, poja­wiał się na desce, na tka­ni­nie koszuli mary­na­rza, w bla­sku wody. Za każ­dym razem, kiedy spo­glą­dała pro­sto na niego, wzór zni­kał. Jasnah nie powie­działa nic wię­cej, stwier­dziła jedy­nie, że praw­do­po­dob­nie jest nie­szko­dliwy.

Shal­lan prze­wró­ciła kartkę i uspo­ko­iła oddech. Już wcze­śniej doświad­czyła cze­goś podob­nego z dzi­wacz­nymi isto­tami o gło­wach z sym­boli, które poja­wiały się nie­pro­szone na jej rysun­kach. Pozwo­liła, by jej wzrok zsu­nął się z kartki na ścianę - nie pro­sto na wzór, lecz obok niego, jakby go wcale nie zauwa­żyła.

Tak, był tam. Wypu­kły i obda­rzony nie­po­ko­jącą syme­trią. Cien­kie linie zwi­jały się i prze­ni­kały jego wnę­trze, w jakiś spo­sób pod­no­sząc powierzch­nię drewna, jak żela­zna śli­macz­nica pod mocno nacią­gnię­tym obru­sem.

To była jedna z tych istot. Sym­bo­lo­gło­wych. Wzór przy­po­mi­nał ich dzi­waczne głowy. Znów spoj­rzała na kartkę, ale nie czy­tała. Sta­tek zako­ły­sał się, a świe­tli­ste białe kule w kie­li­chu zabrzę­czały. Ode­tchnęła głę­boko.

I spoj­rzała pro­stu na wzór.

Natych­miast zaczął zni­kać, jego kra­wę­dzie się roz­pły­wały. Jed­nakże, zanim to zro­bił, przyj­rzała mu się uważ­nie i stwo­rzyła Wspo­mnie­nie. - Nie tym razem - mruk­nęła, gdy znik­nął. - Tym razem cię mam.

Odrzu­ciła książkę i się­gnęła po węglowy ołó­wek i arkusz papieru do ryso­wa­nia. Sku­liła się przy świe­tle, a rude włosy opa­dały jej na ramiona.

Pra­co­wała gorącz­kowo, prze­peł­niona pra­gnie­niem, by wyko­nać ten rysu­nek. Jej palce poru­szały się jakby z wła­snej woli, odsło­nięta bez­pieczna ręka uno­siła arkusz do kie­li­cha, który zale­wał papier pro­mie­niami świa­tła.

Odrzu­ciła ołó­wek. Potrze­bo­wała cze­goś dokład­niej­szego, zdol­nego ryso­wać cień­sze linie. Tusz. Ołó­wek był świetny do ryso­wa­nia mięk­kich odcieni życia, ale to coś, co ryso­wała, nie żyło. To było coś innego, nie­re­al­nego. Wycią­gnęła pióro i kała­marz, po czym wró­ciła do pracy, odwzo­ro­wu­jąc deli­katne, skom­pli­ko­wane linie.

Przy pracy nie myślała. Sztuka ją pochła­niała i wszę­dzie wokół poja­wiły się stwo­rze­nio­spreny. Wkrótce dzie­siątki drob­nych kształ­tów tło­czyły się na nie­wiel­kim sto­liku przy koi i pod­ło­dze kajuty w miej­scu, gdzie klę­czała. Spreny prze­obra­żały się i wiro­wały, każdy był nie więk­szy od łyżki, i sta­wały się kształ­tami, które nie­dawno napo­tkała. W dużej mie­rze je igno­ro­wała, choć ni­gdy nie widziała tak wielu naraz.

Ryso­wała sku­piona, a one prze­obra­żały się coraz szyb­ciej. Wzór wyda­wał się nie­moż­liwy do odda­nia. Jego skom­pli­ko­wane powtó­rze­nia dążyły do nie­skoń­czo­no­ści. Nie, pióro nie mogło dosko­nale oddać tego stwora, ale Shal­lan była bli­sko. Nary­so­wała, jak wyra­sta spi­ralą ze środka, a póź­niej odtwo­rzyła wszyst­kie gałązki poza cen­trum, z któ­rych każda miała swój wła­sny kłąb malut­kich linii. Przy­po­mi­nało to labi­rynt stwo­rzony, by dopro­wa­dzić więź­nia do sza­leń­stwa.

Kiedy skoń­czyła ostat­nią linię, odkryła, że oddy­cha ciężko, jakby po dłu­gim biegu. Zamru­gała, znów zauwa­ża­jąc ota­cza­jące ją stwo­rze­nio­spreny - były ich setki. Po chwili zaczęły zni­kać, jeden po dru­gim. Shal­lan uło­żyła pióro obok kała­ma­rza z tuszem, który przy­mo­co­wała do blatu woskiem, by nie prze­su­wał się przy koły­sa­niu statku. Pod­nio­sła arkusz, cze­ka­jąc, aż ostat­nie linie wyschną, i czuła się tak, jakby doko­nała cze­goś zna­czą­cego - choć nie wie­działa czego.

W chwili, gdy wyschła ostat­nia linia, wzór uniósł się przed nią. Usły­szała wyraźne wes­tchnie­nie, jakby ulgi.

Pod­sko­czyła, rzu­ciła papier i wspięła się na łóżko. W prze­ci­wień­stwie do poprzed­nich razów, wypu­kłość nie znik­nęła, choć opu­ściła papier - wykieł­ko­wała z jej rysunku - i prze­szła na pod­łogę.

Nie mogła ina­czej tego opi­sać. Wzór jakimś spo­so­bem prze­szedł z papieru na pod­łogę. Pod­szedł do nogi jej posła­nia i owi­nął się wokół niej, póź­niej wspiął się na koc. Nie wyglą­dał, jak coś poru­sza­ją­cego się pod kocem, to było jedy­nie przy­bli­że­nie. Linie były na to zbyt pre­cy­zyjne, nie poja­wiło się też roz­cią­ga­nie. Coś ukry­tego pod kocem byłoby jedy­nie nie­wy­raź­nym wybrzu­sze­niem, a tu widziała dokładny zarys. Zbli­żył się. Nie wyda­wał się nie­bez­pieczny, ale Shal­lan i tak zadrżała. Ten wzór róż­nił się od sym­bo­lo­gło­wych na jej rysun­kach, ale jed­no­cze­śnie był taki sam. Spłasz­czona wer­sja, bez torsu i koń­czyn. Wyglą­dał jak abs­trak­cyjna wer­sja jed­nego z nich, krąg z kil­koma liniami, które mogły ozna­czać na kartce ludzką twarz.

Tamte stwory ją prze­ra­żały, nawie­dzały jej sny, napeł­niały ją obawą, że osza­lała. Dla­tego też, kiedy ten się zbli­żył, zeszła z łóżka i ode­szła naj­da­lej, jak mogła. Póź­niej z biją­cym ser­cem otwo­rzyła drzwi, by pójść po Jasnah.

Odkryła, że kobieta czeka na zewnątrz z ręką unie­sioną do gałki drzwi. W jej wycią­gnię­tej lewej dłoni stała malutka postać z atra­men­to­wej ciem­no­ści - wyglą­dała jak męż­czy­zna w mod­nym stroju z dłu­gim płasz­czem. Na widok Shal­lan roz­to­pił się w cie­niu. Jasnah spoj­rzała na dziew­czynę, po czym rzu­ciła okiem na pod­łogę kajuty, gdzie wzór wędro­wał po drew­nie.

- Ubierz się, dziecko - powie­działa Jasnah. - Musimy poroz­ma­wiać.

* * *

- Począt­kowo mia­łam nadzieję, że będziemy mieć sprena tego samego typu - stwier­dziła Jasnah, sia­da­jąc na zydlu w kaju­cie Shal­lan.

Wzór pozo­stał na pod­ło­dze mię­dzy nią a dziew­czyną, która leżała wycią­gnięta na koi, w szla­froku narzu­co­nym na koszulę nocną i cien­kiej bia­łej ręka­wiczce na lewej dłoni.

- Ale oczy­wi­ście to by było za pro­ste. Już w Khar­branth podej­rze­wa­łam, że nale­żymy do róż­nych zako­nów.

- Zako­nów, jasno­ści? - spy­tała Shal­lan i za pomocą ołówka ostroż­nie trą­ciła wzór na pod­ło­dze. Cof­nął się jak szturch­nięte zwie­rzę.

Shal­lan fascy­no­wało, jak pod­no­sił powierzch­nię pod­łogi, choć z dru­giej strony nie chciała mieć nic wspól­nego z nim samym i jego nie­na­tu­ralną, mącącą umysł geo­me­trią.

- Tak - odpo­wie­działa Jasnah. Atra­men­towy spren, który towa­rzy­szył jej wcze­śniej, już się nie poja­wił. - Każdy zakon podobno miał dostęp do dwóch Mocy, które czę­ściowo się nakła­dały. Nazy­wamy je Wią­za­niem Mocy. Jedną z nich jest Dusz­ni­ko­wa­nie, i to mamy wspólne, choć nasze zakony się róż­nią.

Shal­lan poki­wała głową. Wią­za­nie Mocy. Dusz­ni­ko­wa­nie. To były talenty Zagi­nio­nych Świe­tli­stych, umie­jęt­no­ści - podobno jedy­nie legen­darne - które były ich bło­go­sła­wień­stwem lub prze­kleń­stwem, zależ­nie od tego, kto je opi­sy­wał. Tak w każ­dym razie utrzy­my­wały księgi, które Jasnah dała jej do prze­czy­ta­nia w cza­sie rejsu.

- Nie jestem jedną ze Świe­tli­stych - powie­działa dziew­czyna.

- Oczy­wi­ście, że nie - odparła Jasnah - tak samo zresztą jak ja. Zakony ryce­rzy były kon­struk­tem, jak i całe spo­łe­czeń­stwo jest kon­struk­tem, wyko­rzy­sty­wa­nym przez ludzi, by defi­nio­wać i wyja­śniać. Nie każdy męż­czy­zna, który posłu­guje się włócz­nią, jest żoł­nie­rzem, i nie każda kobieta, która pie­cze chleb, jest pie­ka­rzem. A jed­nak broń albo pie­czenie chleba stały się zna­kami szcze­gól­nymi pew­nych okre­ślo­nych zawo­dów.

- Mówisz więc, że to, co potra­fimy...

- Nie­gdyś defi­nio­wało tych, któ­rych przyj­mo­wano w sze­regi Świe­tli­stych Ryce­rzy - dokoń­czyła Jasnah.

- Ale jeste­śmy kobie­tami!

- Ow­szem - powie­działa lek­kim tonem Jasnah. - Spreny nie podzie­lają uprze­dzeń ludz­kiego spo­łe­czeń­stwa. To dość nowo­cze­sne, nie sądzisz?

Shal­lan prze­rwała trą­ca­nie wzoru.

- Wśród Świe­tli­stych Ryce­rzy były kobiety?

- Sta­ty­stycz­nie wła­ściwa liczba - powie­działa Jasnah. - Ale nie oba­wiaj się, że wkrótce zaczniesz machać mie­czem, dziecko. Arche­typ Świe­tli­stych na polu bitwy był prze­sa­dzony. Z tego, co czy­ta­łam, choć oczy­wi­ście świa­dec­twa histo­ryczne nie są pewne, na każ­dego Świe­tli­stego, który poświę­cił się bitwie, przy­pa­dało trzech innych, zaj­mu­ją­cych się dyplo­ma­cją, nauką lub w inny spo­sób poma­ga­ją­cych spo­łe­czeń­stwu.

- Ach. - Czy Shal­lan to roz­cza­ro­wało?

Głu­pia. W jej gło­wie poja­wiło się nie­pro­szone wspo­mnie­nie. Sre­brzy­sty miecz. Wzo­rzec świa­tła. Prawdy, któ­rym nie umiała sta­wić czoła. Ode­pchnęła je, mocno zaci­ska­jąc powieki.

Dzie­sięć ude­rzeń serca.

- Zaję­łam się tymi spre­nami, o któ­rych mi opo­wia­da­łaś - mówiła dalej Jasnah. - Stwo­rami o gło­wach z sym­boli.

Shal­lan ode­tchnęła głę­boko i otwo­rzyła oczy.

- To jeden z nich - powie­działa, wska­zu­jąc ołów­kiem na wzór.

Istota przy­bli­żyła się do skrzyni i to wcho­dziła na nią, to z niej scho­dziła, zupeł­nie jak dziecko ska­czące na kana­pie. Nie wyda­wał się groźny, raczej nie­winny, nawet swa­wolny - i nie­zbyt inte­li­gentny. Bała się cze­goś takiego?

- Tak przy­pusz­czam - stwier­dziła Jasnah. - Więk­szość spre­nów pre­zen­tuje się tu ina­czej niż w Cie­nio­mo­rzu. Wcze­śniej ryso­wa­łaś ich postać tam.

- Ten tu nie robi wiel­kiego wra­że­nia.

- Ow­szem. Muszę przy­znać, że jestem roz­cza­ro­wana. Wydaje mi się, że prze­ga­pi­ły­śmy coś bar­dzo waż­nego, co mnie iry­tuje. Zagad­kowi mają prze­ra­ża­jącą repu­ta­cję, a jed­nak ten, pierw­szy okaz, jaki kie­dy­kol­wiek widzia­łam, wydaje się...

Spren wspiął się na ścianę, ześli­zgnął z powro­tem, znów się wspiął i ześli­zgnął.

- Tępy? - spy­tała Shal­lan.

- Może po pro­stu potrze­buje wię­cej czasu - powie­działa Jasnah. - Kiedy zwią­za­łam się z Kością Sło­niową... - Prze­rwała gwał­tow­nie.

- O co cho­dzi? - spy­tała dziew­czyna.

- Prze­pra­szam. On nie lubi, kiedy o nim mówię. Robi się wtedy nie­spo­kojny. Zła­ma­nie przy­sięgi przez ryce­rzy było bar­dzo bole­sne dla spre­nów. Wiele z nich umarło, tego jestem pewna. Choć Kość Sło­niowa o tym nie mówi, wydaje mi się, że jego rodzaj postrzega to, co zro­bił, jako zdradę.

- Ale...

- Ani słowa wię­cej - prze­rwała jej Jasnah. - Prze­pra­szam.

- Dobrze. Wspo­mi­na­łaś o Zagad­ko­wych?

- Tak. - Jasnah się­gnęła do rękawa, który ukry­wał jej bez­pieczną rękę, i wycią­gnęła z niego zło­żony arkusz papieru... jeden z rysun­ków sym­bo­lo­gło­wych, które wyko­nała Shal­lan. - Tak sami mówią o sobie, choć my pew­nie nazwa­li­by­śmy je kłam­stwo­spre­nami. Nie lubią tego okre­śle­nia. Tak czy ina­czej, Zagad­kowi rzą­dzą jed­nym z więk­szych miast Cie­nio­mo­rza. Możesz ich uznać za jasno­okich Kra­iny Umy­słu.

- Czyli to coś - powie­działa Shal­lan, wska­zu­jąc na wzór, który krę­cił kółka pośrodku kajuty - jest... księ­ciem po tam­tej stro­nie?

- Coś w tym rodzaju. Pozo­stają w trud­nym do zro­zu­mie­nia kon­flik­cie z honor­spre­nami. Poli­tyka spre­nów nie jest czymś, czemu mogłam poświę­cić dużo czasu. Ten spren będzie twoim towa­rzy­szem i zapewni ci mię­dzy innymi umie­jęt­ność Dusz­ni­ko­wa­nia.

- Mię­dzy innymi?

- To się jesz­cze zoba­czy - powie­działa Jasnah. - Wszystko zależy od natury sprena. Czego dowie­dzia­łaś się ze swo­ich badań?

Przy Jasnah wszystko było spraw­dzia­nem umie­jęt­no­ści. Shal­lan stłu­miła wes­tchnie­nie. Dla­tego wła­śnie poszła z Jasnah, zamiast wró­cić do domu. Mimo to cza­sami chcia­łaby, by kobieta udzie­liła jej odpo­wie­dzi zamiast zmu­szać ją do cięż­kiej pracy, by sama do nich dotarła.

- Alai twier­dzi, że spreny są frag­men­tami mocy stwo­rze­nia. Wiele uczo­nych, któ­rych prace czy­ta­łam, zga­dza się z tym.

- To jedno zda­nie. Co ono ozna­cza?

Shal­lan pró­bo­wała nie patrzeć na sprena na pod­ło­dze, który ją roz­pra­szał.

- Ist­nieje dzie­sięć pod­sta­wo­wych Mocy - sił - dzięki któ­rym działa świat. Cią­że­nie, ciśnie­nie, prze­obra­że­nie, tego rodzaju rze­czy. Powie­dzia­łaś mi, że spreny są frag­men­tami Kra­iny Umy­słu, które dzięki ludz­kiej uwa­dze jakimś spo­so­bem zyskały świa­do­mość. Cóż, wydaje się roz­sądne, że wcze­śniej też czymś były... jak obraz był płót­nem zanim zyskał życie.

- Życie? - powtó­rzyła Jasnah, uno­sząc brew.

- Ależ oczy­wi­ście - powie­działa Shal­lan. Obrazy żyły. Nie tak jak czło­wiek albo spren, ale... dla niej w każ­dym razie było to oczy­wi­ste. - Czyli, zanim spreny ożyły, były czymś. Siłą. Ener­gią. Zen-córka-Vath ryso­wała malut­kie spreny, które widy­wała wokół cięż­kich przed­mio­tów. Cią­że­nio­spreny - frag­menty mocy lub siły, która spra­wia, że spa­damy. Wydaje się roz­sądne, że każdy spren, zanim stał się spre­nem, był siłą. Spreny można podzie­lić na dwie kate­go­rie - te, które reagują na uczu­cia i te, które reagują na siły w rodzaju ognia czy wia­tru.

- Wie­rzysz więc w teo­rię kate­go­ry­za­cji spre­nów autor­stwa Namar?

- Tak.

- Dobrze - powie­działa Jasnah. - Podob­nie jak ja. Oso­bi­ście podej­rze­wam, że z tego podziału spre­nów - spreny uczuć kon­tra spreny natury - wywo­dzą się pier­wotne wizje "bogów" ludz­ko­ści. Honor, który stał się Wszech­moc­nym vori­ni­zmu, został stwo­rzony przez męż­czyzn pra­gną­cych uoso­bie­nia ide­ału ludz­kich uczuć, jaki postrze­gali w spre­nach. Pie­lę­gna­cja, bogini, któ­rej oddają cześć na zacho­dzie, to ucie­le­śnie­nie natury i spre­nów natury. Róż­no­ra­kie Pust­ko­spreny oraz ich nie­wi­dzialny pan - któ­rego imię zmie­nia się zależ­nie od kul­tury - przy­wo­łują na myśl wroga lub anta­go­ni­stę. Oczy­wi­ście, Ojciec Burz to dzi­waczne następ­stwo tego wszyst­kiego, jego teo­re­tyczna natura zmie­nia się w zależ­no­ści od ery vori­ni­zmu...

Umil­kła. Shal­lan zaru­mie­niła się, kiedy uświa­do­miła sobie, że odwró­ciła wzrok i zaczęła kre­ślić na kocu glif strze­gący, by obro­nić się przed złem w sło­wach Jasnah.

- To była dygre­sja - powie­działa Jasnah. - Prze­pra­szam.

- Jesteś taka pewna, że on nie jest praw­dziwy. To zna­czy Wszech­mocny - powie­działa Shal­lan.

- Nie mam lep­szego dowodu na jego ist­nie­nie niż na ist­nie­nie Pasji Thay­le­nów, Nu Ralika z Czy­stego Jeziora czy jakiej­kol­wiek innej reli­gii.

- A Herol­do­wie? Sądzisz, że ist­nieli?

- Nie wiem - przy­znała Jasnah. - Tak wielu rze­czy na tym świe­cie nie rozu­miem. Na przy­kład, ist­nieją pewne dowody, że zarówno Ojciec Burz, jak i Wszech­mocny są real­nymi isto­tami, po pro­stu potęż­nymi spre­nami, jak Straż­niczka Nocy.

- W takim razie byłby praw­dziwy.

- Ni­gdy nie mówi­łam, że nie jest - stwier­dziła Jasnah. - Twier­dzi­łam jedy­nie, że nie uznaję go za Boga, nie czuję też potrzeby, by odda­wać mu cześć. Ale to znów jest dygre­sja. - Jasnah wstała. - Jesteś zwol­niona z innych obo­wiąz­ków. Przez następne kilka dni masz się sku­piać na jed­nym. - Wska­zała na pod­łogę.

- Na wzo­rze? - spy­tała Shal­lan.

- Jesteś pierw­szą od wielu stu­leci osobą, która ma szansę kon­taktu z Zagad­ko­wym - powie­działa Jasnah. - Badaj go i zapi­suj swoje doświad­cze­nia, i to szcze­gó­łowo. Naj­pew­niej będzie to pierw­sze twoje zna­czące dzieło, może się też oka­zać nie­zwy­kle ważne dla naszej przy­szło­ści.

Shal­lan wpa­try­wała się we wzór, który pod­szedł bli­żej i ude­rzył ją w stopę - czuła go bar­dzo słabo - a teraz ude­rzał w nią co chwila.

- Cudow­nie - powie­działa.