Słowenia. Mały kraj wielkich odległości - Zuzanna Cichocka

Kup ebooka

47.90 zł
38.31 zł (34,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PRZY­PISY

Wstęp. Nie­byt

[1] M. Snoj, Slo­ve­nec, w: Slo­ven­ski eti­mo­lo­ški slo­var, https://fran.si/193/marko-snoj-slo­ven­ski-eti­mo­lo­ski-slo­var/4291918/slo­ven­ski?Fil­te­red­Dic­tio­na­ry­Ids=193&View=1&Qu­ery=slo­ve­nec, data do­stępu: 1.09.2022. Tłu­ma­cze­nie au­torki - tak jak wszyst­kie prze­kłady w tej książce - o ile nie za­zna­czono ina­czej.
[2] M. Ve­li­konja, Ma­sade duha, Raz­po­tja so­dob­nih mi­to­lo­gij, Lju­bl­jana 1996, s. 118-122.
[3] P. S?tih, Na­cio­na­li­zem kot zgo­do­vin­ski ne­spo­ra­zum, w: Mit na­ro­dov - sredn­je­ves?ki izvori Evrope, red. J. Pa­trick Ge­ary, Lju­bl­jana 2005, s. 231.
[4] Ofi­cjalna strona sło­weń­skiego rządu, https://www.gov.si/pod­ro­cja/drzava-in-dru­zba/o-slo­ve­niji/, data do­stępu: 6.01.2023.
[5] J. Ško­fic, Be­sede za krom­pir v slo­ven­skih in so­sedn­jih hrva­ških na­re­čjih, "Hrvat­ski Di­ja­lek­to­lo­ški Zbor­nik" 2008, nr 14, s. 79-103.
[6] Z. Šmi­tek, Kralj Ma­tjaž in drugi ljud­ski ju­naki, w: Po­etika in lo­gika slo­ven­skih mi­tov. Ključ kral­je­stva, Lju­bl­jana 2012, s. 199-271.
[7] G. Ipa­vec, J. Go­mi­lšek, Slo­ve­nec sem.
[8] An­sam­bel bra­tov Avse­nik, Slo­ve­nija, od­kod le­pote tvoje.
[9] D. Ja­nčar, Terra in­co­gnita, tłum. J. Po­mor­ska, War­szawa 1993, s. 53.
[1*] Dawna na­zwa okre­śla­jąca et­nicz­nych miesz­kań­ców te­re­nów dzi­siej­szej Sło­we­nii, po­cho­dząca z ję­zyka pra­sło­wiań­skiego, naj­praw­do­po­dob­niej od wy­razu slvo.

WSTĘP. NIE­BYT

Nie było jej na ma­pach długo. Bar­dzo długo. I na­wet miej­scowi nie wie­dzieli, że jest. Byli stąd, a to wy­star­czało. Coś ich łą­czyło z tymi, co miesz­kali w osa­dzie po dru­giej stro­nie góry, a z tymi z od­le­głych ziem już nie. Byli Slo­vni[1*] - "mó­wiący tymi sa­mymi sło­wami" - i Némci - "niemi, [...] któ­rych nie spo­sób zro­zu­mieć[1]. Ale po­czu­cia wspól­noty ani pań­stwa długo nie było.

Cała ich toż­sa­mość zo­stała na­kre­ślona sło­wami. Wielu Sło­weń­ców, ma­jąc w pa­mięci wy­uczone w szkole for­mułki, po­czą­tek swo­ich dzie­jów umiej­sca­wia na prze­ło­mie wie­ków dzie­sią­tego i je­de­na­stego, gdyż tak da­tuje się za­bytki fry­zyń­skie, czyli naj­star­szy do­ku­ment spi­sany w ję­zyku Sło­wian al­pej­skich. Przez ro­dzi­mych ba­da­czy trak­to­wane są jako naj­star­szy za­cho­wany tekst sło­weń­ski. Hi­sto­rycy star­szego po­ko­le­nia twier­dzą, że hi­sto­ria ich na­rodu za­czyna się od Ka­ran­ta­nii - jed­nego z pierw­szych państw sło­wiań­skich, które ist­niało wła­śnie na te­re­nie dzi­siej­szej Sło­we­nii w siód­mym wieku. Ich tezę chęt­nie po­wta­rzają Sło­weńcy o po­glą­dach na­cjo­na­li­stycz­nych. Opo­wieść o nim trak­tują jako mi­tyczny po­czą­tek swo­jego kraju, jej gra­nice jako pierw­szy jego za­rys, a księ­cia Wa­luka uznają za pierw­szego sło­weń­skiego władcę[2]. Współ­cze­śni ba­da­cze za po­czą­tek kre­śle­nia sło­weń­skiej toż­sa­mo­ści na­ro­do­wej uznają do­piero wiek szes­na­sty, gdy po­wstała pierw­sza na­pi­sana po sło­weń­sku książka. Jej au­tora, pro­te­stanc­kiego du­chow­nego Pri­moža Tru­bara, uważa się dziś za ojca li­te­rac­kiej sło­weńsz­czy­zny, który dał pod­stawy dal­szej eman­cy­pa­cji na­ro­do­wej[3].

Sło­we­nia po­ło­żona w trój­ką­cie ber­mudz­kim na­ro­dów, na styku kul­tur ger­mań­skiej, ro­mań­skiej, sło­wiań­skiej i wę­gier­skiej, zu­peł­nie nie­słusz­nie cza­sem przy­pi­sy­wana do Bał­ka­nów, przez wieki była po­dzie­lona i pod­le­gła Habs­bur­gom, Wę­grom oraz Re­pu­blice We­nec­kiej. W mię­dzy­cza­sie przez sie­dem lat rzą­dził tu Na­po­leon, który na zdo­by­tych zie­miach utwo­rzył Pro­win­cje Ili­ryj­skie. Wpro­wa­dził ko­deks na­da­jący wol­ność oby­wa­te­lom oraz ze­zwo­lił na po­słu­gi­wa­nie się ję­zy­kiem oj­czy­stym. Fran­cu­ska myśl re­wo­lu­cyjna wpły­nęła na dal­szy roz­wój sło­weń­skiej toż­sa­mo­ści na­ro­do­wej. Po pierw­szej woj­nie świa­to­wej Sło­we­nia we­szła w skład Kró­le­stwa Ser­bów, Chor­wa­tów i Sło­weń­ców (w 1929 roku prze­mia­no­wa­nego na Kró­le­stwo Ju­go­sła­wii), a po za­koń­cze­niu dru­giej wojny świa­to­wej stała się czę­ścią Fe­de­ra­cyj­nej Lu­do­wej Re­pu­bliki Ju­go­sła­wii (od 1963 roku So­cja­li­stycz­nej Fe­de­ra­cyj­nej Re­pu­bliki Ju­go­sła­wii). Nie­pod­le­głość ogło­siła w 1991 roku.

Dzi­siej­sza Sło­we­nia jest zlep­kiem wszyst­kich tych świa­tów. Ślady hi­sto­rii do­strzec można w róż­nych ele­men­tach dzie­dzic­twa kul­tu­ro­wego: w ar­chi­tek­tu­rze miast, mia­ste­czek i wsi, w oby­cza­jach, mno­go­ści dia­lek­tów i men­tal­no­ści jej miesz­kań­ców. Wy­star­czy wsłu­chać się w ję­zyk da­nej spo­łecz­no­ści, by od­gad­nąć prze­szłość re­gionu - na po­gra­ni­czu z Wę­grami wy­ła­pać słowa pełne moc­nych umlau­tów, w Lu­bla­nie wiele za­po­ży­czeń z nie­miec­kiego, a na Po­mo­rzu ita­lia­ni­zmy.

Co cie­kawe, ję­zyk sło­weń­ski, któ­rym po­słu­guje się nie­spełna dwa i pół mi­liona osób[4], ma aż czter­dzie­ści sześć na­rze­czy. Dia­lekty róż­nią się na tyle, że po­tra­fią utrud­nić ko­mu­ni­ka­cję roz­mów­com po­cho­dzą­cym z in­nych za­kąt­ków kraju. Zresztą na­wet w są­sied­nich wsiach ta sama rzecz może no­sić od­mienną na­zwę. Na przy­kład ziem­niak - po sło­weń­sku krom­pir - w sło­weń­sko­ję­zycz­nym re­gio­nie Ro­sen­thal w Au­strii na­zy­wany jest pod­ze­melj­ska hrus?ka (pod­ziemna gruszka), na za­chód od Ma­ri­boru w na­rze­czu juz?no­po­hor­skim używa się słowa repa, ale już na po­łu­dniowo-wschod­nim krańcu ob­szaru tego na­rze­cza ziem­niak to bob. A w do­li­nie Re­sia (Re­zija) we wło­skich Al­pach, gdzie wciąż żyją Sło­weńcy, mówi się kar­tu­fla, od nie­miec­kiego die Kar­tof­fel. Ta czę­sto gosz­cząca na sto­łach bulwa do­cze­kała się w ję­zyku sło­weń­skim aż dwu­dzie­stu okre­śleń[5].

Sło­we­nia, mimo po­wierzchni li­czą­cej nieco po­nad dwa ty­siące ki­lo­me­trów kwa­dra­to­wych, za­ska­kuje także zróż­ni­co­wa­niem geo­gra­ficz­nym. Do­kład­nie tu­taj sty­kają się dwie strefy kli­ma­tyczne, pod­zwrot­ni­kowa i umiar­ko­wana. Pa­trząc na mapę, wi­dzimy i góry, i mo­rze, i rów­niny - ści­śnięte bli­sko sie­bie, jakby ktoś aku­rat w tym miej­scu zgiął frag­ment planu po­wsta­ją­cego świata. Słowo "róż­no­rod­ność" do­brze opi­suje Sło­we­nię. Jed­ność w jej przy­padku to wy­jąt­kowo kru­chy i ilu­zo­ryczny kon­strukt, bar­dzo czę­sto słab­szy niż lo­kal­ność. Wielu Sło­weń­ców na py­ta­nie "Skąd je­steś?" z dumą poda na­zwę kon­kret­nego miej­sca, choćby było pra­wie ni­komu nie­znane.

Sło­weń­ski kra­jo­braz za­ska­kuje i urzeka swoją róż­no­rod­no­ścią. Na zdję­ciu Alpy Kam­nic­kie

Pa­mię­tam, jak w cie­pły wio­senny wie­czór w 2022 roku roz­ma­wia­li­śmy ze zna­jo­mym o woj­nie w Ukra­inie, prze­gra­nej w wy­bo­rach do­tych­cza­so­wego sło­weń­skiego pre­miera Ja­neza Ja­nšy i na­dziei na lep­sze ju­tro w kraju po sło­necz­nej stro­nie Alp. Mój ko­lega za­my­ślił się i po chwili oznaj­mił pół żar­tem, pół se­rio:

- My­ślę, że gdyby wojna wy­bu­chła u nas, na­gle oka­za­łoby się, że każdy jest ze swo­jej wsi, mia­steczka, że nie bę­dzie bro­nił kraju, bo co to jest ta "Sło­we­nia"? Tu­taj, w tej wsi jest moja oj­czy­zna. Ale na szczę­ście nie wy­buch­nie, bo pra­wie nikt nie po­trafi wska­zać jej na ma­pie - do­dał ze śmie­chem.

Uśmiech­nęły się także pa­nie przy są­sied­nim sto­liku.

Kilka ty­go­dni póź­niej w jed­nym z lu­blań­skich mu­zeów wraz z moim chło­pa­kiem przy­pad­kowo po­zna­li­śmy Szwaj­cara o pol­skich ko­rze­niach. Po­mię­dzy oglą­da­niem do­ku­mentu o naj­bar­dziej zna­nym sło­weń­skim ar­chi­tek­cie a spraw­dza­niem wy­gody za­pro­jek­to­wa­nych przez niego krze­seł moi to­wa­rzy­sze wy­cieczki po­rów­ny­wali sło­weń­ski, pol­ski i szwaj­car­ski pa­trio­tyzm. Zgo­dzili się, że w Sło­we­nii nie ma hur­ra­pa­trio­ty­zmu. Ow­szem, lu­dzie chęt­nie opo­wia­dają o swoim kraju cu­dzo­ziem­com, ale nie po­ry­wają się na wiel­kie słowa, nie wy­chwa­lają swo­jej oj­czy­zny pod nie­biosa. Tego - stwier­dzi­li­śmy zgod­nie - za­równo Po­lacy, jak i Szwaj­ca­rzy mo­gliby się od Sło­weń­ców uczyć.

W kraju tak długo po­zba­wio­nym pań­stwo­wo­ści wy­kształ­ciły się liczne mity na­ro­do­wo­twór­cze. Wspo­mnia­nego pro­te­stanc­kiego du­chow­nego Pri­moža Tru­bara na­zywa się oj­cem na­rodu, a o ro­man­tycz­nym po­ecie France Pre­šer­nie ma­wia się, że wskrze­sił Sło­we­nię. Za­ko­rze­nione są tu ta­kie le­gendy jak ta o prze­myt­niku soli Mar­ti­nie Krpa­nie, który po­ko­nał ol­brzyma nę­ka­ją­cego Wie­deń, albo hi­sto­ria o do­brym królu Ma­tjažu. Scho­wał się on w ja­skini przed in­nymi za­zdro­snymi wład­cami, ale wróci na świat, by wy­ple­nić z niego całe zło, gdy jego broda dzie­więć razy owi­nie ka­mienny stół, przy któ­rym za­siadł[6].

Z bie­giem hi­sto­rii świat nie­uchron­nie się ujed­no­lica. W wielu miej­scach glo­ba­li­za­cja osła­bia kul­tury lo­kalne, ale w Sło­we­nii tra­dy­cja to nie echo prze­szło­ści pa­mię­ta­nej je­dy­nie przez naj­star­szych, lecz wiecz­nie żywa ma­te­ria z dumą pie­lę­gno­wana przez ko­lejne po­ko­le­nia. Ka­len­da­rze Sło­weń­ców wy­peł­niają roz­ma­ite ob­chody: kar­na­wału, po­wi­ta­nia wio­sny, dnia Świę­tego Mar­cina. Jak mówi sło­weń­skie po­rze­ka­dło, če za­pu­stiš pra­znike, za­pu­stijo pra­zniki tebe, je­śli po­mi­niesz święta, święta po­miną cie­bie. Siłę tego po­wie­dze­nia zro­zu­mia­łam, gdy zna­la­złam się wśród chmary ra­do­snych Sło­weń­ców w każ­dym wieku na po­cho­dzie kar­na­wa­ło­wym w li­czą­cej za­le­d­wie około dwu­stu trzy­dzie­stu miesz­kań­ców Dre­žnicy.

"Z dumą mogę po­wie­dzieć: je­stem Sło­weń­cem! Je­stem Sło­weń­cem!"[7] - brzmią słowa po­pu­lar­nej pio­senki lu­do­wej. Kiedy ją sły­szę, przed oczami jawi mi się chło­pak ko­cha­jący wieś, w któ­rej się uro­dził. Jeź­dzi tam na każde święta, a na ob­chody kar­na­wału czeka cały rok. Jest dumny z miodu od sło­weń­skich psz­czół. Nie omieszka wspo­mnieć, że naj­star­sza wi­no­rośl na świe­cie ro­śnie w Ma­ri­bo­rze, a po­nad wszystko ceni wino zro­bione przez swo­jego ojca, które w pla­sti­ko­wych ba­nia­kach wozi do aka­de­mika, ra­zem z wa­lizką ubrań i lap­to­pem. Pa­kuje też har­mo­nię. Nie­któ­rym może się wy­da­wać, że to in­stru­ment z za­mierz­chłych cza­sów, ale po ca­łej Sło­we­nii nie­sie się wy­gry­wana na har­mo­nii me­lo­dia do słów:

Gdzie pięk­niej jest niż w domu?

Sło­we­nio, skąd Twoje piękno?

Po­zdra­wiamy cię z serca,

szczę­śliwi je­ste­śmy tu w domu.

Sło­we­nio, niech ci za­śpie­wam pieśń[8].

O Sło­we­nii mówi się, że to Szwaj­ca­ria po sło­necz­nej stro­nie Alp. Po kry­zy­sie uchodź­czym z lat 2015 i 2016 po­ja­wiło się także zgoła od­mienne okre­śle­nie - Zlo­ve­nija, neo­lo­gizm utwo­rzony ze słów zlo - zło i Slo­ve­nija - Sło­we­nia. Pi­sząc tę książkę, sta­ra­łam się unik­nąć obu tych skraj­no­ści i spoj­rzeć z moż­li­wie róż­nych, także nie­oczy­wi­stych per­spek­tyw. Do nie­dawna Sło­we­nia była kra­jem zna­nym nie­licz­nym, dla Po­la­ków sta­no­wiła przede wszyst­kim krótki od­ci­nek drogi wio­dą­cej na chor­wac­kie wy­brzeże, cza­sem na­wet my­lono ją z nie­od­le­głą Sło­wa­cją. W ostat­nich la­tach staje się co­raz po­pu­lar­niej­szym kie­run­kiem po­dróży, a mimo to na­dal mówi się i pi­sze o niej nie­wiele. Ar­ty­kuły w więk­szo­ści skie­ro­wane do tu­ry­stów wy­bie­ra­ją­cych się na wa­ka­cje rzadko opi­sują coś wię­cej niż je­zioro Bled czy od­mieńca ja­ski­nio­wego (po sło­weń­sku člo­ve­ška ri­bica - "ludzka rybka"), en­de­miczny ga­tu­nek płaza ży­ją­cego w ja­ski­nie Po­stojna. I choć nie­wąt­pli­wie warto zo­ba­czyć Bled i Po­stojnę, to prze­cież Sło­we­nia ma do za­ofe­ro­wa­nia o wiele wię­cej.

Ta książka to za­pis mo­ich do­świad­czeń, mo­zaika ludz­kich hi­sto­rii i sze­reg ob­ser­wa­cji z ostat­nich lat, po­dróży, które roz­po­czę­łam jesz­cze jako stu­dentka sla­wi­styki, i dłuż­szych po­by­tów. Sta­ra­łam się na­kre­ślić szczery por­tret Sło­we­nii, jaką po­zna­łam. Choć spę­dzi­łam tu sporo czasu, na­dal po­zo­staje ona nieco ta­jem­ni­cza, wie­lo­wy­mia­rowa, cie­kawi i in­try­guje. Czy ją ro­zu­miem? Jak stwier­dził je­den z naj­bar­dziej zna­nych sło­weń­skich pi­sa­rzy Drago Ja­nčar, Sło­we­nia to "na­prawdę naj­bar­dziej skom­pli­ko­wany za­ką­tek Eu­ropy. Na­wet my, któ­rzy tu ży­jemy, nie po­tra­fimy go zro­zu­mieć"[9]. Ale ja, nie­zra­żona, wciąż pró­buję.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki