* * *
Rzepka nie chodziła w pole, by zboże żąć. Leczeniem się zajmowała. Znalazło się paru starców do doglądania i kilka niewiast w Polanie, które w połogu pomocy od znachorki wyczekiwały. Toteż brała ze sobą Radosława i z zielarskim workiem na plecach ku chałupom szła, a tam już zawsze ktoś baczenie na dziecię miał. Odbierając porody, o własnym rozwiązaniu rozmyślała i coraz częściej niepokój w sercu czuła. Zbyt dobrze wiedziała, jak to wszystko wygląda. Zdawała sobie sprawę, że nie posiada już takiego zdrowia jak w przedślubnych latach. Tyle trudności mogłoby się pojawić... Ale któż swój los zna?
Słońce wciąż stało wysoko, niebo błękitem wzrok ludzi ku sobie przyciągało, a delikatny wietrzyk od puszczy ciągnący ochłodę nozdrzom niósł, gdy ku Zbychowej chałupie podążała. Tym razem szła bez pasierba, którego u babki zostawiła, ponieważ u kowalów nikt by dziecięcia nie przypilnował. Po śmierci Chwostka Zbych ze swą babą jako starcy zgrzybiali się porobili i niemal wszyscy w Polanie rychły zgon im wróżyli.
Nie musiała pukać do chałupy, gdyż drzwi na oścież otwarte stały, lecz mimo to z pewnym wahaniem próg przekroczyła. Tam Wierzbinka przy chorej kowalowej siedziała, trzymając ją za rękę, lecz zaledwie spostrzegła przybyłą, zaraz pod nogi splunęła. Rzepka wielki ból w sercu poczuła, widząc, jak mocno nienawidzi jej ta, która kiedyś wraz z nią i Dziewanną w Mszczujowej chałupie mieszkała.
- Witaj, Wierzbinko!
Obłąkana niewiasta w odpowiedzi jeno głowę odwróciła.
Rzepka westchnęła i do kowalowej podeszła. Stara spojrzała na nią z nie mniejszym jadem w oczach niż dawna druhna.
- Przyszłam do was... jako że wasz mąż mnie wołał. Podobno kości żeście połamali...
- Do mnie już nikogo nie trza - wysyczała Zbychowa. - A juści na pewno nie tę, co mego Chwostka utopiła!
Rzepka taki zawrót głowy na te słowa poczuła, że omal na klepisko się nie osunęła.
- Przecie wiecie, żem go nie potopiła. Sąd boży zdecydował, za kogo pójść miałam.
- A, sąd boży! - Starucha splunęła.
Rzepka najchętniej uciekłaby stamtąd, lecz w tej chwili do izby stary kowal wszedł.
- A dajże, stara babo, kości pomacać! Samegom chcesz mnie na tym świecie ostawić czy co?!
- Oj, durnyj dziadu! Juści ja wolę pomrzeć w boleści, niźli od tej latawicy pomoc przyjąć! - odpaliła kowalowa.
- Wiecie co, Zbychowa? - postawiła się Rzepka blada jak prześcieradło. - Wasz chłop to niech mnie woła, jak będziecie chcieli, żeby wam kości nastawiać! Do dom wracam, bo dziecię pilnować muszę! - To powiedziawszy, okręciła się na pięcie i tak szybko, jak jej na to wielki brzuch pozwalał, z chałupy wyszła.
Ledwo zaś próg przekroczyła, na Witka wpadła, który w tym momencie z kuźni wyszedł. On również krzywym okiem na nią spojrzał.
- Coś tu chciała? - syknął.
- Kowal mnie do żony wołał, ale zdało się, że na próżno - odparła pospiesznie i wyminąć go chciała, boć jej drogę zastąpił.
Jednak on jak głaz w miejscu stał i ani myślał znachorkę przepuścić. Pochyliwszy się groźnie, nieswoim głosem wychrypiał:
- To przez ciebie ona w obłęd popadła... Zwiodłaś wszystkich, żmijo jedna! A jam ją chciał brać, czarnobrewą, do chałupy przyjąć. Teraz jak, skoro ona obłąkana?!
- Czyż to moja wina? - wyszeptała Rzepka przerażona. - Przecie jam nie chciała jej skrzywdzić. Czemuż mnie tak nienawidzicie?! - Ostatnie słowa wykrzyczała niemal, boć taki ból w łonie ją chwycił, że aż wpół się zgięła.
Witko uśmiechnął się wzgardliwie i tym razem pozwolił się wyminąć. Rzepka, chwyciwszy się obiema rękami pod brzuch, w kaczkowaty bieg się puściła, jako że wszystko na przedwczesny poród wskazywało. Żniwa nawet nie w połowie stały, a ona na samo ich zakończenie rozwiązania się spodziewała, toteż nie namyślając się wiele, ku Chwaścichowej chałupie się zwróciła, gdyż do swego domu znacznie dalej miała. I nie wiadomo, jak by się to wszystko skończyło, gdyby nagle Nałęczka, wychodząc z chałupy, jej nie wypatrzyła.
- Co się stało?! - zawołała na widok jątrewki, która wręcz zginała się we dwoje.
- Zaczęło się... - jęknęła Rzepka. - Za wcześnie...
Dziewka błyskawicznie zrozumiała, w czym rzecz. Podskoczyła do krewnej, pod ramię mocno ją chwyciła i zaraz do chałupy powiodła.
- Matko! Rzepka rodzi! - krzyknęła.
Białka, trzymając Radosława w ramionach, natychmiast wychyliła się z komory.
- Już?! - zawołała zdumiona. - Toż jeszcze czas!
Rzepka skrzywiła się pod wpływem potwornego bólu. Świekra zaraz wnuka w ramiona córki rzuciła.
- Zabierz go do Ludmiły i wnet tu wracaj! - ponagliła. - Sama nie wydołam porodu odebrać. I poślij kogoś po Dobromira, by prędko z pola przybywał!
Nałęczka, nie tracąc ani chwili, z chałupy wybiegła, tymczasem gospodyni Rzepkę na zydlu posadziła i koło gorącej wody się zakrzątnęła. Zaraz też znalazła czyste prześcieradła i nóż we wrzątek wsadziła. Nim dziewka od sąsiadki wróciła, wszystko do porodu przygotowane było.
- Pomóż jej chodzić! - nakazała Białka, ledwie córka drzwi zamknęła.
Nałęczka nie kazała sobie tego dwa razy powtarzać. Natychmiast skoczyła, by bratową podtrzymać i w pochodzie wokół stołu dopomóc.
Gdy po raz szósty okrążyły izbę, Rzepka przestała nad sobą panować. Raz po raz z jej krtani wydobywał się głośny krzyk, a kiedy poczuła, że pora przeć, wyła jak ranna wilczyca w puszczy.
- Co z Dobromirem?! - denerwowała się Białka. - Już powinien być z pola! Nie mam kogo posłać po krzesło porodowe!
- Może ja pobiegnę? - zapytała Nałęczka niespokojnie.
- Ty musisz tu być. Mnie dłonie drętwieją i nie złapię oseska! Gdzież on jest, u licha?! - Ledwo to wykrzyczała, a drzwi chałupy otworzyły się na oścież i syn do wielkiej izby wpadł.
- To już?! - zawołał, chociaż nie musiał, boć tak przeraźliwych jęków w życiu nie słyszał.
- Biegnij po krzesło porodowe! Ona za chwilę urodzi! - ponagliła go matka.
Dobromir jak wicher z chałupy wypadł i równie błyskawicznie powrócił, niosąc ciężki mebel, który natychmiast na środku izby postawił.
- Wynoś się stąd! - gruchnęła matka.
- Nigdzie nie idę! - oświadczył stanowczo. - W czym będę mógł, pomogę!
- To stawaj za nią i złap pod ramiona! - wypaliła Nałęczka.
Dobromir, stanąwszy za oparciem krzesła, chwycił żonę pod pachy i zagryzając usta, podtrzymywał, kiedy parła. Świekra przepocone giezło rozedrzeć już zdążyła i włożywszy ręce między uda Rzepki, noworodka przyjęła.
- Dziewka! - zawołała Nałęczka uradowana i zaraz bratanicę do obmycia zabrała.
Babka tymczasem pępowinę zawiązała i znów się ku synowej obróciła, jako że ta krzyczeć nie przestawała.
- Toć chyba jeszcze jedno idzie! - zawołała Białka zdumiona. I ocierając pot z czoła Rzepki, uspokajająco prawiła: - Oddychaj głęboko! O tak, dasz radę...
Rodząca napięła się i resztkami sił drugie dziecię na świat wydała. A potem rozszlochała się tak z ulgi, jak i ze szczęścia.
- Chłopię! - zawołała Nałęczka z promienną twarzą. - Macie bliźniaki!
Dobromir był tak wzruszony, że słowa wymówić nie mógł. Pochylił się i czule ucałował spocone czoło żony. Potem powstać jej pomógł i na łóżku położył, by sił nabierała. Wiedział, że starym zwyczajem mąż naśladuje zachowania żony w czasie połogu: słysząc porodowe jęki, mężczyzna stęka, jakby sam odczuwał bóle, aby w ten sposób przejąć na siebie część żoninego trudu. I rzeczywiście coś w tym było, bo gdy podtrzymywał Rzepkę, czuł się tak, jakby sam miał wydać dziecię na świat...1
1 Jest to zwyczaj magiczny zwany w antropologii kulturowej kuwadą (wysiadywaniem), powszechny u wielu ludów, w tym indoeuropejskich, znany również u Słowian.
Tymczasem ródka leżała w pościeli, a każde z bliźniąt po obu stronach przy piersi trzymała. Była taka szczęśliwa, że córeczkę i synka mężowi porodziła!
- Jak nazwiecie dzieweczkę? - zaciekawiła się Nałęczka.
- Milena... - wyszeptała Rzepka.
Dobromir skinął głową.
- A chłopca? - dodała Białka.
- Dobromir...
- Ludomir - poprawił młody ociec. - Milena i Ludomir.
Rzepka tylko uśmiechnęła się nieznacznie.
- Muszę uznać dzieci, jak stary zwyczaj każe - oznajmił mężczyzna, biorąc syna w ramiona. Uniósł go trzy razy do powały, ucałował, a potem to samo z córką zrobił.
Białka schowała w powijaki po monecie, by los dzieciom w życiu darzył.
- Teraz już stąd idź - ozwała się do syna. - Niechaj Rzepka wypoczywa. Starczy, że my dwie przy położnicy ostaniemy.
Dobromir skinął głową, westchnął, spojrzał na żonę i nic już nie mówiąc, z chałupy wyszedł. Rzepka niezadługo w niespokojny sen zapadła.