Stolica
Powojenna odbudowa Warszawy jest jednym z najważniejszych wydarzeń w historii architektury polskiej. Jednocześnie, mimo iż upłynęło kilkadziesiąt lat, wciąż budzi kontrowersje i stanowi przyczynek burzliwych dyskusji. Z jednej strony mamy bowiem opowieść o skazanym na zagładę bohaterskim mieście, które dzięki determinacji i wytrwałości mieszkańców zostało podniesione z gruzów, z drugiej - mit przedwojennego "Paryża północy", który zniszczyli komuniści z Biura Odbudowy Stolicy.
Grzegorz Piątek, autor książki Najlepsze miasto świata, nazwał Warszawę "krzepiącym mitem", dowodem na to, że "miasto nie musi być sumą egoizmów, lecz że można definiować interes publiczny i działać ponad podziałami, w imię tego dobra wspólnego"10. Krytycy powojennej odbudowy są skłonni widzieć w niej architektoniczno-urbanistyczną stalinizację stolicy Polski i bezprecedensową "akcję doburzania"11. Rzeczywistość, jak zwykle, wydaje się dużo bardziej złożona.
"Nie oddamy Polski walkowerem"
Już John Ruskin w połowie XIX w. stwierdził, że architektura jest tą dziedziną sztuki, która najczęściej ulega politycznym naciskom. Niezależnie od tego, czy zgodzimy się z angielskim krytykiem, nie sposób nie zauważyć, że kształtowanie przestrzeni pozostawało w orbicie szczególnych zainteresowań osób z kręgów władzy. Monarchowie i premierzy, prezydenci demokratycznych republik i dyktatorzy zauważali ukryty w budynkach potencjał kształtowania społecznych zachowań. Dotyczyło to zarówno tzw. architektury władzy, jak i tych obiektów, których polityczny wymiar mógł się wydawać mniej oczywisty. Przykładem mogą być schody w budynku przy ul. Koszykowej 55 w Warszawie, które przez wielu użytkowników są uznawane po prostu za niewygodne. Zupełnie jakby celowo miały zniechęcić uczniów V Rządowego Gimnazjum Filologicznego do biegania12. Stanowią "błąd" sztuki budowlanej, który, gdyby został popełniony celowo, byłby zaskakującym przykładem świadomego odrzucenia zasad ergonomii.
W okresie międzywojennym na półpiętrze wspomnianej klatki schodowej wmurowano fragment mozaiki ze zburzonego soboru Aleksandra Newskiego. Okazała bryła świątyni wznosiła się na placu Saskim i odgrywała podobną rolę, jak Pałac Kultury i Nauki po II wojnie światowej: była znakiem w przestrzeni miasta, symbolem rosyjskiego panowania. Wraz z odzyskaniem niepodległości pojawiły się plany zburzenia tego pomnika carskiej władzy. Rozgorzała ożywiona dyskusja, w której zwolennicy rozbiórki starli się ze stosunkowo nieliczną grupą obrońców soboru. Za zachowaniem budowli opowiadał się m.in. Antoni Słonimski oraz senator Wiaczesław Bogdanowicz, który latem 1924 r. nawoływał, by zaprzestać rozbiórki świątyni.
Dopóki on [sobór - przyp. BC] stoi, jest najlepszym pomnikiem dla przyszłych pokoleń, uczącym je, jak można szanować i strzec swojej ojczyzny, rozebrany będzie haniebnym pomnikiem nietolerancji i szowinizmu! Nie sposób nie zwrócić uwagi na to, że w tym soborze są wybitne dzieła sztuki, w które włożono wiele duchowych sił najlepszych synów sąsiedniego narodu - i ci, którzy tworzyli te dzieła sztuki, nie myśleli o żadnej polityce13.
Nawet jeśli senator miał rację i architekci, Leontij Nikołajewicz Benois oraz współpracujący z nim artyści, o "żadnej polityce" nie myśleli, to przesłanki towarzyszące inicjatorowi budowy, generałowi-gubernatorowi Iosifowi Władimirowiczowi Hurko, były na wskroś polityczne i obliczone na wzmocnienie procesów rusyfikacji. Gdy los świątyni był już przesądzony, Stefan Żeromski postulował, aby ratować chociaż freski autorstwa absolwenta petersburskiej Akademii Sztuk Pięknych, Wiktora Wasniecowa. Ostatecznie ocalono niewielką część bogatych dekoracji, w tym wspomniany wcześniej fragment mozaiki wykonanej według projektu Wasniecowa, który przeniesiono do gmachu przy Koszykowej.
Z pewnością kompozycja przykuła uwagę Marii Huber, która w 1938 r. rozpoczęła naukę na Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej. Należała do stosunkowo licznej grupy kobiet, które podjęły edukację na tym kierunku. Helena Syrkus, studiująca kilkanaście lat wcześniej, wspomniała w jednym z listów do Waltera i Ise Gropiusów, że tylko na jej roku "na uniwersytecie [Politechnice Warszawskiej - przyp. BC] architekturę studiowało ponad 50 kobiet"14. Edukację Huber na Politechnice przerwała wojna. Wróciła do rodzinnego Krakowa, gdzie, aby uniknąć wywózki do Rzeszy, pracowała najpierw jako technik na budowie parowozowni, a następnie - w biurze przedsiębiorstwa Drogi i Mosty15. Jednocześnie uczęszczała na tajne komplety prowadzone w Warszawie16. Do stolicy przeprowadziła się na stałe w ostatnich dniach lipca 1944 r.
Podczas powstania warszawskiego Maria przez pewien czas była łączniczką Jerzego Brauna ps. "Bronisław Rogowski", ostatniego Delegata Rządu na Kraj. Jej późniejszy mąż, Kazimierz Piechotka, walczył w dowodzonym przez Stanisława "Agatona" Jankowskiego batalionie "Pięść"17. Brał udział w dramatycznym ataku na Dworzec Gdański, o którym po latach opowiadał jako o jednym z najgorszych wspomnień z czasów powstania. Tuż przed kapitulacją Starego Miasta wraz z towarzyszami broni przedostał się kanałami do Śródmieścia. Tam przydzielono Piechotkę do ochrony generała Bora-Komorowskiego. W dniu 30 sierpnia poślubił koleżankę ze studiów, Marię Huber.
Ktoś mi powiedział, że Marysia Huberówna jest na Powiślu. Najpierw poszedłem na wydział Architektury żeby się czegoś dowiedzieć, tam się okazało, że była, że jest. Tam się spotkaliśmy i doszliśmy do wniosku, że nie ma co dalej czekać, że należy wziąć ślub. Wobec tego złożyliśmy wizytę u księdza o pseudonimie "Biblia" i umówiliśmy się na ślub na 30 sierpnia. Ślub się odbył w kościele na Moniuszki [pw. Dzieciątka Jezus, dziś nie istnieje - przyp. BC]18.
Maria Piechotka wspomina, że ukochany stanął przed nią w zdobycznej, esesmańskiej panterce i oświadczył się w nietypowy sposób, żartując, że to najlepszy moment na ślub, bo wreszcie zdobył porządne spodnie19.
Po upadku powstania Piechotkowie, wraz z całym transportem jeńców-powstańców, trafili do Stalagu IV B Mühlberg zlokalizowanego pomiędzy Lipskiem a Dreznem20. Gdy w połowie lutego 1945 r. alianci rozpoczęli dywanowe naloty na stolicę Saksonii, potężne kadłuby Lancasterów przelatywały nad głowami więźniów. Był to znak, że wojna niechybnie zmierza ku końcowi.
W podróż do kraju wyruszyli niemal natychmiast po ogłoszeniu kapitulacji Niemiec, 15 maja 1945 r. Zapytana, czy nie rozważali wówczas pozostania na Zachodzie, Maria odparła - "To była przecież nasza Polska. Nie mogliśmy oddać jej komunistom walkowerem"21.
Przez Tarnów i Kraków Piechotkowie dotarli do zrujnowanej Warszawy. Musiały towarzyszyć im obawy - czy nie zostaną aresztowani, czy będą musieli znów walczyć w ukryciu. Jak wspominała architektka, wątpliwości rozwiał Jan Zachwatowicz, który zaproponował Kazimierzowi powrót do struktur Zakładu Architektury Polskiej na reaktywowanym Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej. "Sytuacja jest taka jaka jest. Nie ma co się łudzić, trzeciej wojny światowej nie będzie. Nie służymy ustrojowi lecz krajowi. Bez względu na to, kto i jak długo będzie tu rządził, to jest nasz kraj i nasze miasto i trzeba skoncentrować wszystkie siły, żeby je odbudować" - tłumaczył22.
Wielu Polaków, podobnie jak Piechotkowie, wracało do ojczyzny z nadzieją, a jednocześnie obawami przed nieznaną, nową rzeczywistością. Nieliczni, jak architekt Jerzy Sołtan, zdecydowali się pozostać na zachodzie. Do oflagu trafił już po klęsce kampanii wrześniowej i spędził w nim długie sześć lat. Po wyzwoleniu obozu przez armię amerykańską zamiast do Polski (lub Włoch, gdzie stacjonował II Korpus generała Andersa), wyruszył wprost do Paryża, do pracowni samego Le Corbusiera23. Do ojczyzny wrócił dopiero cztery lata później, w najgorszym możliwym momencie, gdy stalinizm z całą brutalnością zaczął objawiać swe prawdziwe oblicze. Po latach Sołtan przyznawał, że zawierzył pozorom. Zwiodła go obecność Picassa na wrocławskim Kongresie Intelektualistów. Zmyliło uczestnictwo Bieruta w kościelnej procesji z okazji Bożego Ciała. Nie posłuchał przestróg ówczesnego ambasadora Rzeczpospolitej Polskiej we Francji, Jerzego Putramenta, który sugerował, że moment na powrót do kraju nie jest właściwy24. Po przybyciu do Warszawy objął obiecane stanowisko dziekana na stołecznej Akademii Sztuk Pięknych, by niemal natychmiast, jako "element niepewny", zostać całkowicie zmarginalizowanym w uczelnianych strukturach. W stalinowskiej rzeczywistości nie było miejsca dla wielbicieli Le Corbusiera.
Maria i Kazimierz Piechotkowie przyjęli jasną strategię. "Myśmy od początku zdecydowali, że się ujawniamy. Na wszystkich ankietach pisaliśmy, że jesteśmy z Armii Krajowej z Oddziału II Sztabu Głównego, to była taktyka, która rozbrajała"25 - wspominali. Władza ludowa była skłonna tolerować ludzi z niepewnymi życiorysami, a architekci byli jej tak bardzo potrzebni, że była gotowa przymknąć oko nawet na akowską przeszłość. Nie wybaczała jednak żadnych przejawów niesubordynacji. Tragiczny los Jana Rodowicza "Anody" dowodził, że zagrożenie było bardzo realne.
Rodowicz, młodszy o trzy lata od Marii Piechotki uczestnik powstania warszawskiego, po wojnie studiował architekturę. Równocześnie zaczął tworzyć archiwum batalionu "Zośka", w którym służył. Zachęcał koleżanki i kolegów do zbierania oraz zabezpieczania materiałów, a także spisywania wspomnień. W wigilię Bożego Narodzenia 1948 r. został aresztowany i przewieziony do gmachu Bezpieczeństwa Publicznego u zbiegu ul. Koszykowej i Alei Ujazdowskich. Zmarł w wyniku poważnych obrażeń odniesionych w trakcie brutalnego śledztwa. Był to początek całej serii działań podjętych przez aparat bezpieczeństwa i wymierzonych w "zośkowców"26. Nadchodziły najmroczniejsze lata stalinowskich represji.
Ostatni akt tragicznej historii prowadzi znów ku architekturze i budynkowi na Koszykowej. W styczniu 1989 r., w czterdziestą rocznicę tragicznej śmierci, na pierwszym piętrze Wydziału Architektury, nieopodal reprezentacyjnej klatki schodowej, odsłonięto tablicę poświęconą "Anodzie".
Odbudowa centralnie planowana
Archiwalne fotografie budynków stanowią pełnoprawne źródło historyczne i przyczynek do badań oraz analiz. Na ich podstawie możemy określić pierwotny wygląd obiektu, a w ślad za nim - charakter przemian, które miały miejsce na przestrzeni lat. Obrazy te budują określoną narrację o architekturze. Czy w podobny sposób możemy spojrzeć na zdjęcia przedstawiające samych projektantów?
Romana Piotrowskiego można bez trudu rozpoznać na starych fotografiach. Architekt wyróżnia się corbusierkami - okrągłymi okularami w grubych czarnych oprawkach, takimi, jakie zwykł nosić szwajcarski "papież modernizmu". Do tego garnitur, krawat, niekiedy fajka (znów ten Corbusier!). Wizerunek architekta-modernisty dopełniała starannie ogolona głowa. W latach międzywojennych awangardziści manifestowali swoją nowoczesność na wszystkie możliwe sposoby - także fryzurą. Lśniącą, idealnie gładką łysinę prezentował wykładający w szkole Bauhausu szwajcarski ekspresjonista Johannes Itten. W pewnym momencie ogolona "na zero" głowa stała się znakiem rozpoznawczym Aleksandra Rodczenki, a na rodzimym gruncie - Władysława Strzemińskiego. Związany z grupą Praesens Piotrowski należał do skrajnie lewicowej części polskiego środowiska, a fryzura (czy też jej brak) stanowiła element starannie dopracowanego wizerunku.
Przed wojną dał się poznać jako zadeklarowany komunista, jeden z najbardziej radykalnych i lewicowych członków SARP. Pracował wówczas jako architekt w przedsiębiorstwie BudoZus, projektując m.in. kolonię Zakładu Ubezpieczeń Społecznych na Żoliborzu czy biurowiec ZUS w Gdyni. W środowisku budził skrajne emocje, bowiem z charakterystyczną dla technokratów bezdusznością starał się odrzeć profesję architekta z artystycznej otoczki. Już w latach 30. prorokował, że "zawód architekta zniknie... podobnie jak profesja rymarza czy kowala"27. W powojennej rzeczywistości nie zmienił poglądów. Podczas Zjazdu Delegatów SARP w 1947 r. w typowy dla siebie, bezkompromisowy sposób wezwał kolegów po fachu, by zrezygnowali z artystowskiego stosunku do uprawianego zawodu i potępił postawę niezaangażowaną28. Była to zapowiedź nowej polityki władz wobec środowiska29. "Planowa gospodarka wyzwala architekta od zmory wątpliwości, czy wysiłki jego wyrażone w pomysłach architektonicznych i urbanistycznych nie pozostaną jedynie w sferze zamierzeń nigdy niezrealizowanych"30 - pisał w 1948 r. na łamach "Architektury".
Tuż po wyzwoleniu Piotrowski objął stanowisko kierownika Biura Odbudowy Stolicy oraz wiceprezydenta Warszawy. Od 1951 r. piastował urząd ministra budownictwa. Zagorzały modernista miał w ręku narzędzia umożliwiające stworzenie nowoczesnej Warszawy, o której marzył jeszcze przed wojną. Przedwojenna stolica Polski "była najintensywniej zabudowaną tkanką miejską w Europie! Z rocznika statystycznego z 1938 r. dowiadujemy się, że około 40 procent mieszkań w Warszawie stanowiły lokale jednoizbowe. Ich średnie zagęszczenie wynosiło 4-5 osób. Można sobie wyobrazić, w jak dramatycznych warunkach mieszkały te dziesiątki, setki tysięcy ludzi" - podkreślał Bogdan Wyporek, były prezes Towarzystwa Urbanistów Polskich31. "Trzeba więc stwierdzić - pisał siedemdziesiąt lat po powstaniu Biura - że niezależnie od wyboru takich czy innych zasad i kierunków odbudowy oraz rekonstrukcji obiektów zabytkowych, odtworzenie i przywrócenie do życia dawnej Warszawy o jakiej marzyli jej mieszkańcy z okresu przedwojennego było po prostu niemożliwe"32.
2. Podsekretarz stanu w Ministerstwie Odbudowy i komisarz Odbudowy Warszawy architekt Roman Piotrowski przemawia podczas pierwszego powojennego zjazdu Stowarzyszenia Architektów Polskich, Wrocław, 18 września 1948 (źródło: Polska Agencja Prasowa)
Mimo to działalność Piotrowskiego oraz całego Biura Odbudowy Stolicy spotyka się dziś ze skrajnie negatywnymi ocenami. Działalność BOS-u bywa nawet określana jako barbarzyńskie "miastobójstwo" i "kontynuacja rozpoczętego przez Niemców zrównywania stolicy z ziemią [które] pozbawiło ją historyczno-kulturowej tożsamości"33, zaś jego dyrektor jest określany mianem "zagorzałego stalinowca" i "fanatycznego komunisty, który chciał wyburzenia jak największej liczby budynków, wręcz całych obszarów i zbudowania w tym miejscu nowego, socjalistycznego miasta"34. Obok anonimowych artykułów nie brak także wypowiedzi historyków. Artur Bojarski mówił, że Piotrowski i Józef Sigalin "stali się wykonawcami woli Stalina, aby Warszawa zmieniła się na wzór miasta sowieckiego". Jest przekonany, że "pracowali tak, aby Stalin był zadowolony"35. Czy tak radykalne oceny są uzasadnione? Wyporek wspominał, że "warszawiacy wcale nie byli skrajnie negatywnie nastawieni do rozbiórek [...] przy rozbiórce ludzie bili ze szczęścia brawo, cieszyli się, że ruiny znikają. Trudno to zrozumieć osobom, które nie widziały tego przeraźliwego widoku"36. Innego zdania był Andrzej Dobosz. "Nie ulega wątpliwości, że w PRL następowała degradacja miasta" - pisał37 i przywoływał słowa varsavianistów, Lecha Królikowskiego i Marka Ostrowskiego. Oni również wypowiadali się krytycznie o powojennej Warszawie. "Zwarta zabudowa miejska daje możliwość łatwej budowy barykad, w przeciwieństwie do luźno rozrzuconych bloków [...] Pojęcie rozrzuconego, rozluźnionego zespołu miejskiego znajdowało szczególnie dobre przyjęcie w kręgach resortu bezpieczeństwa"38 - napisali, utrwalając fałszywe przeświadczenia wyrastające z nieznajomości historii modernistycznej myśli urbanistycznej.
A sam Piotrowski? Był twórcą solidnym, dobrym architektem i urbanistą. Tadeusz Barucki opisał go jako "rzemieślnika znającego się na rzeczy" i podkreślał szczerą ideowość39. Obrazuje ją doskonale pewna anegdota. Był początek lat pięćdziesiątych. Roman Piotrowski od niedawna piastował wysokie stanowisko Ministra Budownictwa Miast i Wsi40. Gdzieś na ul. Koszykowej Barucki mijał sklep z warzywami. Przed wejściem stał długi ogonek oczekujących klientów. Wśród nich z siatką w ręku cierpliwie czekał na swoją kolej... minister Piotrowski. "Taki właśnie był - śmiał się Barucki - działał jak każdy normalny człowiek, nie wykorzystywał zajmowanego stanowiska"41.
Warszawa... ale jaka?
Tadeusz Barucki wspominał, jak w 1961 r. oprowadzał po Warszawie amerykańskiego projektanta Richarda Neutrę. Twórca, który zasłynął projektami modernistycznych przeszklonych willi na kalifornijskich wzgórzach, odebrał przyznaną mu przez SARP nagrodę oraz wygłosił wykład na Wydziale Architektury42. To nie był jednak jedyny cel jego wizyty w Polsce. Neutra kilka lat wcześniej przewodniczył komisji sędziowskiej w dużym międzynarodowym konkursie na projekt centrum Leopoldville w Kongu Belgijskim43. Drugie oraz trzecie miejsce zajęły wówczas zespoły z Polski44, więc urodzony w Wiedniu architekt chciał koniecznie poznać środowisko, w którym wyrastają tak zdolni projektanci45. Opiekę nad szacownym gościem i jego małżonką powierzono Józefowi Zbigniewowi Polakowi, młodemu architektowi opromienionemu sukcesem w kongijskim konkursie, oraz Baruckiemu.
Neutra był rozczarowany ogólnym brakiem świadomości znaczenia architektury w życiu społeczeństwa. Swoimi przemyśleniami dzielił się z Baruckim, gdy ów gościł w jego domu w Kalifornii46 w latach sześćdziesiątych. Można przypuszczać, że także podczas spacerów po Warszawie obaj architekci dyskutowali na temat projektowania przestrzeni. Moderniści wyznawali zasadę, że architektura powinna stanowić świadectwo epoki i wyrażać ducha czasu (Zeitgeist), w którym powstała. Byli sceptycznie ustosunkowani do rekonstrukcji obiektów historycznych, co wyrażała przyjęta w 1931 r. Karta Ateńska, zgodnie z którą miała dominować "ogólna tendencja do zaniechania pełnych restytucji"47.
Neutra nie był wyjątkiem. "Uważał on za bezsens, by budować współcześnie architekturę z innej epoki" - wspominał Barucki. "Mówiłem mu, że Warszawa została zniszczona nie tylko w wyniku działań wojennych, ale jako plan zniszczenia materialnego świadectwa dorobku kultury polskiej"48. Amerykański architekt, który przed przyjazdem do Polski był sceptyczny wobec rekonstrukcji stołecznej Starówki (co wyraźnie podkreślał Barucki), przez dłuższą chwilę rozglądał się w milczeniu. "Wie Pan, ja wyznaję bioarchitekturę, to znaczy, wierzę, że architektura powinna zaspokajać biologiczne potrzeby człowieka we wszystkich aspektach, również psychologicznych. Jeżeli psychologiczną potrzebą Polaków jest ponowne posiadanie zniszczonych obiektów, to ja tego rodzaju odbudowę akceptuję" - relacjonował słowa Neutry Barucki49.
Problem odbudowy zniszczonej przez Niemców Warszawy był szeroko omawiany w środowisku rodzimych architektów, urbanistów i konserwatorów zabytków. Dyskusja miała miejsce tuż po zakończeniu wojny i, jakkolwiek burzliwa, trwała stosunkowo krótko. Bolesław Bierut w styczniu 1945 r. relacjonował podczas posiedzenia Rady Ministrów: "Stalin uważa, że Warszawa powinna być jak najszybciej odbudowana"50. Władysław Gomułka wspominał, że "Stalin kategorycznie przeciwstawiał się", by Rząd Tymczasowy przenieść do Krakowa czy Łodzi. "Wypowiedź Stalina zlikwidowała wszelkie wahania odnośnie tej sprawy"51. Pozostawało tylko rozstrzygnąć, jaką postać przybierze stolica socjalistycznej Polski.
Kiedy Barucki z Neutrą spacerowali po stolicy, prace na Starym Mieście były już zakończone. To, co mogli oglądać, było efektem decyzji podjętych na początku 1946 r. "Na terenie dzisiejszej Warszawy czyste koncepcje konserwatorskie nie mogą być zastosowane" - perorował podczas zebrania BOS Jan Zachwatowicz52. Można przypuszczać, że działał nie do końca w zgodzie z samym sobą, skoro, jak wspominał Władysław Tatarkiewicz, miał powiedzieć: "Odbuduję warszawskie Stare Miasto, ale nie będę tam chodził"53.
Zachwatowicz powoływał się na głos społeczeństwa, które "chce widzieć Warszawę ściśle taką, jaka była przed rokiem 1939"54. Odrzucił pomysł, by odtworzyć Stare Miasto w formach gotyckich, których nikt nie pamiętał. Kategorycznie zanegował śmiałe, aczkolwiek zupełnie nierealne pomysły wzniesienia w centrum stolicy ogromnej piramidy z gruzów, czy też zachowania Starówki w postaci trwałej ruiny, jako pomnika niemieckiego barbarzyństwa, za czym głośno opowiadał się m.in. Kazimierz Wyka55. Gdy blisko dwie dekady później Wacław Nowowiejski opublikował na łamach "Kuriera Polskiego" artykuł o wymownym tytule: W tym mieście dziwy z cudami chodziły w parze, w którym wspominał czasy odbudowy, załączył do niego szkic Pomnika Bohaterów Warszawy - ogromnego, usypanego z gruzów kopca. Opisał go jako "najbardziej oryginalny" pomysł na pomnik56.
Jeszcze w czasie wojny Tadeusz Iskierka proponował wizję modernistycznej Warszawy á la ville radieuse. "Już w latach czterdziestych traktowano je jak kurioza i nikt poważnie nie rozważał ich realizacji" - wyjaśniał Andrzej Skalimowski57.
3. Koncepcja piramidy z gruzów zburzonej przez Niemców warszawskiej Starówki, autor nieznany (źródło: "Kurier Polski" 28-31.03.1975/Archiwum Akt Nowych)
Pierwsze powojenne szkice Macieja Nowickiego także prezentowały drapacze chmur i szerokie arterie, ale sama artykulacja poszczególnych brył przywodzić mogła na myśl oficjalną architekturę lat trzydziestych. Jak słusznie zauważyła Maria Sołtys, odbudowa Warszawy w takiej, a nie innej formie (co przez wielu jest uważane do dziś za destrukcję), nie była efektem postaw ukształtowanych w czasach stalinizmu, lecz przedwojennej edukacji architektów58. Radykalne koncepcje ("w niektórych zamiarach radykalniejsze niż wizje Biura [Odbudowy Stolicy - przyp. BC]"59) powstawały także w liverpoolskiej School of Architecture.
4. Szerokie arterie i nowoczesne budynki - w ten sposób widział odbudowaną Warszawę architekt Maciej Nowicki. Koncepcja odbudowy śródmieścia Warszawy, 1945-1946, architekt Maciej Nowicki (źródło: Muzeum Architektury - Archiwum Budowlane)