Smakoterapia. Żyj, karm i kochaj. Dziecko - Iwona Zasuwa

-
Proszę czekać

Kochana czytelniczko, drogi czytelniku

Ta książka nie jest neu­tral­nym porad­ni­kiem, a oso­bi­stym zapro­sze­niem do zmiany.

Dawno, dawno temu jako świeżo upie­czona mama wyru­szy­łam wraz z naro­dzi­nami mojego Syna w nie­zwy­kłą podróż pełną wyzwań, z któ­rej, jak wia­domo, nie ma powrotu. Ta nie­uchron­ność i cię­żar odpo­wie­dzial­no­ści mogą wyda­wać się bar­dzo trudne do udźwi­gnię­cia, zwłasz­cza gdy po raz pierw­szy przy­cho­dzi się zmie­rzyć z rolą rodzica. Macie­rzyń­stwo, choć tak czę­sto lukro­wane w opo­wie­ściach innych osób, przy­nio­sło mi wiele wyzwań, lęków i nie­prze­spa­nych nocy. Był to jed­nak także potężny dar prze­miany, który zaowo­co­wał nie tylko głę­boką oso­bi­stą trans­for­ma­cją, ale i nową życiową rolą, się­ga­jącą znacz­nie głę­biej niż samo bycie mamą. Stało się podróżą do samej sie­bie.

Mimo trud­no­ści, które towa­rzy­szyły nam od początku naszej wspól­nej drogi, a może wła­śnie dzięki nim, naro­dziła się Sma­ko­te­ra­pia. Bez­pieczna przy­stań kuli­narna dla mnie i moich czy­tel­ni­ków mogła powstać, ponie­waż zdo­by­wa­łam zarówno wie­dzę, jak i prak­tykę, zachłan­nie czer­piąc z wiel­kiej mądro­ści Wschodu i wie­dzy Zachodu. Dziś staję tu przed Tobą nie­ko­niecz­nie jako die­te­tyczka i peda­gożka, a także stale edu­ku­jąca się tera­peutka medy­cyny chiń­skiej, łącząca per­spek­tywę ciała, umy­słu i ducha, ale przede wszyst­kim jako Mama. Staję przed Tobą jako rodzic, pokorny i abso­lut­nie nie­do­sko­nały. Taki, który wiele prze­ga­pił, coś stra­cił, cze­goś w porę nie zauwa­żył, a potem zma­gał się z poczu­ciem winy. Chcę Ci powie­dzieć, że nie ma rodzi­ców ide­al­nych. Są tacy, któ­rzy się sta­rają, chcą być wystar­cza­jąco dobrzy, obecni, a błędy trak­tują jako część życia i wła­snego roz­woju.

Dla­tego zapra­szam Cię: żyj, karm i kochaj. Nie bez powodu w takiej kolej­no­ści. Jesteś naj­waż­niej­szym ele­men­tem tej ukła­danki, którą nazy­wamy rodziną. Dla­tego zachę­cam, mamo, tato, zacznij­cie od sie­bie.

Trzy perspektywy

Czło­wiek jest dla mnie istotą wie­lo­wy­mia­rową, nie da się go zre­du­ko­wać do samej fizjo­lo­gii ani wyłącz­nie aspek­tów rozumu lub ducho­wo­ści. Die­te­tyka i psy­cho­die­te­tyka uczą mnie patrzeć na dziecko przez pry­zmat zarówno fizjo­lo­gii, jak i psy­cho­lo­gicz­nych aspek­tów odży­wia­nia. Odży­wia­nie, tra­wie­nie, mikro­biom, rytm dobowy, sen współ­two­rzą fun­da­menty pra­wi­dło­wego roz­woju, a psy­cho­die­te­tyka pomaga wcie­lić tę wie­dzę w życie, tak by budo­wać dobrą rela­cję z jedze­niem. Razem pozwa­lają spoj­rzeć na ape­tyt, wybory żywie­niowe czy nie­chęć do nowych sma­ków jako na obszary do zro­zu­mie­nia i mądrego wspar­cia. Poka­zują stan współ­cze­snej wie­dzy, podają na tacy kon­krety i porząd­kują rozu­mie­nie zdro­wia.

Peda­go­gika i psy­cho­lo­gia poka­zują, jak ważne jest rozu­mie­nie eta­pów roz­woju dziecka, jak zmie­niają się jego myśle­nie, emo­cje i potrzeby, żeby towa­rzy­szyć mu tak, jak ono tego potrze­buje. Dziecko potrze­buje nie tylko dobrego jedze­nia i zaspo­ko­je­nia pod­sta­wo­wych potrzeb fizycz­nych, ale też emo­cjo­nal­nych, czyli obec­no­ści, bez­pie­czeń­stwa, uważ­no­ści i mądrego pro­wa­dze­nia. Potrze­buje doro­słego, który pra­cuje nad sobą i dba o sie­bie, bo to on zawsze jest wzo­rem, jak trak­to­wać samego sie­bie i innych. Dziecku do roz­woju potrzebna jest "cała wio­ska" [Stein, Stań­czyk 2015]. Rodzice, dziad­ko­wie, cio­cie i inni krewni, przy­ja­ciele, zna­jomi oraz sąsie­dzi. To jego pla­neta, z któ­rej zaso­bami, wspie­ra­ją­cymi lub ranią­cymi, pój­dzie w świat. To nasza spraw­czość, nasza odpo­wie­dzial­ność za to, z czym wej­dzie w doro­słość.

Medy­cyna chiń­ska uczy mnie patrzeć na czło­wieka cało­ściowo, jako istotę będącą czę­ścią więk­szej cało­ści, która doświad­cza życia poprzez ciało, psy­chikę, ducha i rela­cje ze świa­tem, a wszyst­kie te obszary wza­jem­nie na sie­bie wpły­wają. W medy­cy­nie chiń­skiej celem jest zawsze przy­wra­ca­nie har­mo­nii, budo­wa­nie dobro­stanu. Zamiast zatrzy­my­wać się na poje­dyn­czym obja­wie, szuka się zależ­no­ści mię­dzy śro­do­wi­skiem, w jakim żyje dziecko (kli­mat, spo­sób odży­wia­nia, ilość ruchu, poziom stresu, rela­cje itp.), a tym, jak trawi, sypia, jak prze­żywa emo­cje. W TCM objawy są przede wszyst­kim infor­ma­cją o okre­ślo­nych wzor­cach dzia­ła­nia orga­ni­zmu, a nie zesta­wem symp­to­mów, któ­rych chcemy się jedy­nie pozbyć. Taka per­spek­tywa pozwala widzieć dziecko nie tylko przez pry­zmat wyni­ków badań czy sia­tek cen­ty­lo­wych, ale jako nie­zwy­kłą, nie­po­wta­rzalną, jedyną w swoim rodzaju całość, z wła­snymi zaso­bami, wraż­li­wo­ścią i spo­so­bem reago­wa­nia na świat.

Dla kogo jest ta książka

Dla tych, któ­rzy chcą lepiej rozu­mieć sie­bie i swoje dziecko, by wspie­rać jego dobro­stan. Dla tych, któ­rzy czują, że samo hasło "zdrowa dieta" to za mało. Wie­dza, co jeść, nie­ko­niecz­nie musi być skom­pli­ko­wana, ale już to, jak spra­wić, żeby dziecko chciało zdrowo jeść, może być trud­niej­sze. Dla tych, któ­rzy szu­kają nie tylko prze­pi­sów, lecz także inspi­ra­cji, jak towa­rzy­szyć dziecku w roz­woju na każ­dym eta­pie. Dla tych, któ­rzy chcą zrozu­mieć, jak połą­czone są różne ele­menty, od fizjo­lo­gii po emo­cje. Dla tych, któ­rzy nie chcą wybie­rać mię­dzy wie­dzą Zachodu a mądro­ścią Wschodu, lecz pra­gną czer­pać z obu źró­deł, ucząc się, co naprawdę służy dobro­stanowi i rów­no­wa­dze.

I jesz­cze jedno.

Kochany Rodzicu,

wiedz, że piszę z ogrom­nym sza­cun­kiem w sto­sunku do Cie­bie. Wiem, jak bar­dzo sta­rasz się zro­bić wszystko, co naj­lep­sze, dla swo­ich dzieci. Wiem też, jak łatwo zgu­bić spo­kój wśród morza wyklu­cza­ją­cych się wza­jem­nie infor­ma­cji. Nie musisz być ide­alny. Nie musisz wie­dzieć wszyst­kiego. Nie musisz rów­nież zmie­niać w swoim życiu wszyst­kiego.

Wystar­czy, że jesteś.

Że się sta­rasz.

Że szu­kasz.

Że kochasz i wspie­rasz swoje dziecko tak, jak potra­fisz.

Że patrzysz i słu­chasz uważ­nie.

Że chcesz zro­zu­mieć.

Że uczysz się akcep­to­wać, iż dziecko zmie­nia się z każ­dym rokiem, i chcesz za nim nadą­żać.

Z takim podej­ściem jesteś wystar­cza­jący - tu i teraz.

Nie zapo­mi­na­jąc o sobie.

Do takiej drogi chcę Cię zapro­sić.

Iwona Zasuwa

Sma­ko­te­ra­pia

Ważne!

Choć oddaję w Twoje ręce wie­dzę, doświad­cze­nie i prak­tykę, ta książka nie zastę­puje kon­sul­ta­cji lekar­skiej, dia­gnozy ani pracy ze spe­cja­li­stą. Ta książka jest zbio­rem prak­tycz­nych inspi­ra­cji doty­czą­cych dobro­stanu, a nie pod­ręcz­ni­kiem do samo­dziel­nego dia­gno­zo­wa­nia czy lecze­nia. Odwo­łuję się zarówno do współ­cze­snej die­te­tyki, peda­go­giki, jak i do tra­dy­cyj­nej medy­cyny chiń­skiej (TCM). Należy pamię­tać, że poję­cia zaczerp­nięte z TCM wywo­dzą się z medy­cyny tra­dy­cyj­nej i nie należy ich utoż­sa­miać z dia­gno­zami ani meto­dami lecze­nia w rozu­mie­niu medy­cyny zachod­niej. W wielu sytu­acjach uważna obser­wa­cja, odpo­wied­nie żywie­nie, ure­gu­lo­wa­nie rytmu dnia czy mądre wspar­cie orga­ni­zmu mogą być pomocne. Jed­nak w przy­padku obja­wów cho­ro­bo­wych, wąt­pli­wo­ści doty­czą­cych zdro­wia dziecka, ist­nie­ją­cych aler­gii lub cho­rób prze­wle­kłych, a także przed roz­po­czę­ciem jakie­go­kol­wiek lecze­nia lub suple­men­ta­cji konieczna jest kon­sul­ta­cja z leka­rzem lub innym odpo­wied­nim spe­cja­li­stą. Autorka i wydawca nie pono­szą odpo­wie­dzial­no­ści za decy­zje zdro­wotne pod­jęte na pod­sta­wie tre­ści książki bez takiej kon­sul­ta­cji.

Fundamenty

Jesteś dla dziecka całym światem

Kochany Rodzicu, Mamo, Tato, nie ma ani odro­biny prze­sady w tym zda­niu. To ogromny przy­wi­lej i wielka odpo­wie­dzial­ność być dla kogoś całym świa­tem. Kiedy zosta­łam mamą, z pew­no­ścią podob­nie jak Ty chcia­łam jak naj­le­piej dla swo­jego dziecka, ale nie zawsze potra­fi­łam i nie zawsze dawa­łam sobie radę. Za to wyjąt­kowo łatwo wpa­da­łam w poczu­cie winy, że jestem nie­wy­star­cza­jąca, że popeł­niam błędy, a odpo­wie­dzial­ność bywała dla mnie przy­tła­cza­jąca. Dla­tego pro­szę, prze­czy­taj to, co piszę, na spo­koj­nie i nie daj się wła­snym myślom posta­wić w stan oskar­że­nia.

Dla dziecka my, rodzice, jeste­śmy całym świa­tem. To przez pry­zmat rodzica mały czło­wiek widzi sie­bie, innych ludzi i całą rze­czy­wi­stość. Wiesz co to ozna­cza? Małe dziecko patrzy na świat... naszymi oczami. Potrze­buje miło­ści i poczu­cia bez­pie­czeń­stwa znacz­nie bar­dziej niż ide­al­nych posił­ków, per­fek­cyj­nych zabaw roz­wo­jo­wych czy nie­ska­zi­tel­nie czy­stego domu. Miłość dziecko odczuwa nie z dekla­ra­cji, lecz z fak­tów: z tego, jak na nie patrzymy, jak do niego mówimy, czy jeste­śmy obecni, gdy dziecko cze­goś potrze­buje, czy umiemy je zauwa­żyć także wtedy, kiedy nie robi nic wyjąt­ko­wego. Bez­pie­czeń­stwo nie polega na tym, że w domu ni­gdy nic trud­nego się nie dzieje, ale na tym, że w obli­czu trud­no­ści jest obok doro­sły, który je widzi, nazywa i szuka roz­wią­zań, a także jest w sta­nie pomie­ścić w sobie wszyst­kie trudne dzie­cięce emo­cje.

Twoje dziecko nie potrze­buje rodzica dosko­na­łego, nie­po­peł­nia­ją­cego błę­dów, zawsze zna­ją­cego naj­lep­sze roz­wią­za­nia. Potrze­buje rodzica żywego, auten­tycz­nego, wystar­cza­jąco dobrego, obec­nego, goto­wego dostrzec wła­sne ogra­ni­cze­nia i szu­kać pomocy, kiedy prze­staje dawać radę.

Dla dziecka miłość rodzi­ciel­ska nie jest uczu­ciem abs­trak­cyj­nym, to kon­krety. Bez­wa­run­kowa miłość to nasze czyny, czas i obec­ność. To suma codzien­nych gestów, drob­nych wybo­rów i powta­rza­nych komu­ni­ka­tów. Spo­sób, w jaki patrzymy na dziecko, jak reagu­jemy na jego płacz, złość, lęk, jak mówimy o nim do innych, jak trak­tu­jemy jego ciało i jego gra­nice, buduje jego wewnętrzny obraz samego sie­bie: "jestem ważny" albo "jestem pro­ble­mem".

Wie­rzę, że więk­szość rodzi­ców kocha swoje dzieci. Mimo to wiele osób dora­sta w poczu­ciu braku miło­ści, sza­cunku, sensu życia. Miłość, któ­rej dziecko nie może doświad­czyć w spo­sób dla niego czy­telny, staje się nie­wi­dzialna. To wła­śnie dla­tego tak ważne jest, by miłość nie ogra­ni­czała się do prze­ko­na­nia rodzica "prze­cież je kocham", lecz była widoczna w codzien­nych gestach: obec­no­ści, tro­sce o wspólny czas, goto­wo­ści do roz­mowy, reago­wa­niu na emo­cje i sygnały pły­nące z ciała.

Miłość ma rów­nież wymiar fizyczny. Przy­tu­laj jak naj­czę­ściej, głaszcz po wło­sach, weź za rękę, uklęk­nij przy małym dziecku, posadź na kola­nach, wyko­naj czuły gest wobec star­szego dziecka. To bar­dzo ważne spo­soby budo­wa­nia bli­sko­ści i poczu­cia bez­pie­czeń­stwa. Ciało także uczest­ni­czy w rela­cji. Czuły dotyk, akcep­to­wany przez dziecko, może poma­gać w regu­lo­wa­niu napię­cia i prze­ka­zy­wać pro­sty komu­ni­kat: "Jestem przy tobie". Czu­łość musi jed­nak iść w parze z posza­no­wa­niem gra­nic, bo dziecko może potrze­bo­wać przy­tu­le­nia, a chwilę póź­niej prze­strzeni. Może powie­dzieć: "Nie chcę". Warto, aby od początku doświad­czało, że jego ciało należy do niego i że bli­skość można pro­po­no­wać, przyj­mo­wać, ale rów­nież jej odma­wiać. Cza­sem naj­czul­szym pyta­niem będzie:

Czy chcesz, żebym cię przy­tu­liła?

Bezwarunkowość miłości nie oznacza braku granic

Dziecko musi mieć pew­ność, że jest kochane, także wtedy, gdy prze­żywa trudne emo­cje, jest zmę­czone, krzy­czy, odma­wia jedze­nia albo ma gor­szy dzień. Gra­nice są czę­ścią tro­ski, bo poka­zują małemu czło­wie­kowi, że jest dla nas ważną osobą. Dziecko potrze­buje czuć, że doro­słe "nie" wynika z tro­ski o jego bez­pie­czeń­stwo i dobro, a nie z odrzu­ce­nia czy zło­ści. W budo­wa­niu takiej rela­cji szcze­gól­nie bli­skie są mi dwie ścieżki:

Poro­zu­mie­nie bez prze­mocy (ang. NVC - Nonvio­lent Com­mu­ni­ca­tion)

Spo­sób poro­zu­mie­wa­nia się opra­co­wany przez Mar­shalla Rosen­berga może być bar­dzo pomocny w budo­wa­niu rela­cji nie tylko z dziec­kiem. Istotą tego podej­ścia jest zro­zu­mie­nie, że za każ­dym zacho­wa­niem czło­wieka kryją się potrzeby. Zwy­kle nie róż­nimy się pod tym kątem (więk­szość z nas ma zbli­żone potrzeby), ale na pozio­mie zaspo­ka­ja­nia owych potrzeb już tak. Bar­dzo pole­cam edu­ka­cję wła­sną w nur­cie NVC oraz ucze­nie dzieci czte­rech kro­ków: obser­wa­cji, nazy­wa­nia wła­snych uczuć i emo­cji, roz­po­zna­wa­nia potrzeb oraz szu­ka­nia kon­kret­nych stra­te­gii (cza­sem będzie to prośba skie­ro­wana do dru­giej osoby, cza­sem wła­sne dzia­ła­nia podej­mo­wane, aby zaspo­koić daną potrzebę).

Świa­doma komu­ni­ka­cja pomaga two­rzyć auten­tyczne, dobre rela­cje z dziećmi oraz oso­bami doro­słymi. Pomaga zro­zu­mieć, że nie zga­dza­jąc się na wszystko, sta­wia­jąc gra­nice, nie negu­jemy osoby, nie prze­sta­jemy kochać, nie odrzu­camy czło­wieka. Dla­tego nie mówimy: "Jesteś leniwy!" (ocena osoby), ale nazy­wamy fakty ("Nie wło­ży­łeś kloc­ków z powro­tem do pudełka"). Nie ety­kie­tu­jemy dziecka także wtedy, kiedy je chwa­limy. "Jesteś mądry", "Jesteś zdolna", "Jesteś grzeczny" - takie okre­śle­nia brzmią dobrze, ale wiążą suk­ces z obra­zem samego sie­bie. W bada­niach wyka­zano, że dzieci chwa­lone za inte­li­gen­cję po porażce szyb­ciej się pod­da­wały i czę­ściej uzna­wały, że po pro­stu nie są wystar­cza­jąco zdolne. Lepiej zauwa­żać kon­kret: "Sam zna­la­złeś roz­wią­za­nie", "Spró­bo­wa­łaś ina­czej", "Popro­si­łeś o pomoc". Można też powie­dzieć: "Jestem z cie­bie dumna. A ty z czego jesteś dumny?". W ten spo­sób dziecko uczy się rozu­mieć wła­sne dzia­ła­nia zamiast budo­wać obraz sie­bie, korzy­sta­jąc z ety­kiet pod­su­wa­nych przez doro­słych.

Dziecko uczy się przede wszyst­kim przez mode­lo­wa­nie

Nie rodzi się z wyobra­że­niem, jak należy trak­to­wać sie­bie, swoje ciało czy emo­cje. Uczy się od Cie­bie, widzi, jak o sie­bie dbasz, jak odpo­czy­wasz, jak reagu­jesz, gdy jesteś zły albo smutny, jak mówisz o sobie, o swoim ciele, o innych ludziach. Jeśli chcesz nauczyć dziecko dba­ło­ści o sie­bie, jed­no­cze­śnie kon­se­kwent­nie zanie­dbu­jesz samego sie­bie, poświę­ca­jąc się, prze­mę­cza­jąc, to dziecko nie nauczy się tro­ski, lecz poświę­ce­nia. Jeśli powta­rzasz, że warzywa są ważne, ale zja­dasz byle co, sto­jąc przy bla­cie w kuchni albo w biegu, mały czło­wiek zapa­mięta to, co widzi zamiast Two­ich słów. Gdy mówisz: "Sło­dy­czy nie jemy codzien­nie", a prak­tyka temu prze­czy i słod­kie rze­czy poja­wiają się przy każ­dej oka­zji (zwłasz­cza kiedy wydaje Ci się, że nikt nie widzi), dziecko koduje wła­śnie ten wzo­rzec. Jego układ ner­wowy reje­struje domowe rytu­ały, nawyki, atmos­ferę przy stole, Twoje spo­soby radze­nia sobie z wyzwa­niami. Dziecko widzi i czuje znacz­nie wię­cej, niż doro­słym cza­sem się wydaje...

To samo doty­czy emo­cji. Jeśli uda­jesz, że wszystko jest w porządku, gdy czu­jesz gniew, roz­ża­le­nie, smu­tek, albo jeśli uśmie­chasz się na siłę, dziecko odczuwa dyso­nans. Jego ciało wyczuwa napię­cie, któ­rego nie potrafi nazwać. Ponie­waż wie, że coś się nie zga­dza, uczy się bar­dziej ufać temu, co widzi na zewnątrz (uśmiech), niż temu, co czuje w środku (nie­po­kój). Z cza­sem może prze­stać wie­rzyć wła­snym odczu­ciom. Rodzic, który stale zaprze­cza temu, co dziecko wyczuwa, wpro­wa­dza zamie­sza­nie i osła­bia jego zaufa­nie do wła­snych odczuć ("nic się nie stało", choć wszystko się wali), two­rzy świat ilu­zji. Dziecko żyjące w takim świe­cie może mieć słab­szy kon­takt z wła­sną intu­icją, więk­szą trud­ność z ufa­niem sobie i z roz­po­zna­wa­niem wła­snych sta­nów, ponie­waż nauczyło się, że to, co czuje, jest mniej ważne niż to, co mówią doro­śli.

Jak odpowiedzialnie wspierać dziecko bez poczucia winy

Jeśli czy­ta­jąc powyż­sze, czu­jesz napię­cie, wstyd albo poja­wia się w Tobie myśl: "To o mnie", zatrzy­maj się na chwilę. Wdech, wydech... To, że widzisz swoje zacho­wa­nia, nie zna­czy, że jesteś złym rodzi­cem - wręcz prze­ciw­nie. Ozna­cza, że jesteś wystar­cza­jąco uważny, by zoba­czyć, co real­nie dzieje się mię­dzy Tobą a dziec­kiem. Poczu­cie winy rzadko pro­wa­dzi do trwa­łej zmiany. Czę­ściej zamie­nia się w para­liż albo w zaprze­cza­nie: "Nie prze­sa­dzajmy, każdy tak robi". Odpo­wie­dzial­ność to przy­ję­cie faktu, że Twoje wybory mają zna­cze­nie. Odpo­wie­dzial­ność nie odbiera Ci prze­cież prawa do bycia czło­wie­kiem i ucze­nia się na wła­snych błę­dach.

Odpo­wie­dzial­ność to rów­nież goto­wość na wyzna­nie prawdy zro­zu­mia­łej i nie­ob­cią­ża­jące dla dziecka. To goto­wość, by powie­dzieć: "Napo­ty­kam teraz trud­no­ści i szu­kam roz­wią­zań. Nie martw się, znajdę spo­sób, cho­dzę do spe­cja­li­sty (leka­rza, tera­peuty). Wiem, co robić, a jeśli cze­goś nie wiem, to pytam". Tego typu komu­ni­kat jest zdrową alter­na­tywą dla dwóch skraj­no­ści: zrzu­ca­nia na dziecko wła­snych pro­ble­mów lub uda­wa­nia, że wszystko jest w porządku. Dziecko nie musi dźwi­gać Two­ich lęków ani znać szcze­gó­łów Two­ich pro­ble­mów. Jeśli coś się dzieje, potrze­buje usły­szeć, że wolno mu to czuć (np. napię­cie w domu), ale że to nie ono ma szu­kać roz­wią­zań. Tym zaj­mują się doro­śli. Bywa, że rodzic, który sam jest prze­cią­żony, chory, nie­szczę­śliwy, w dobrej wie­rze pró­buje "prze­trwać" w tym sta­nie latami, nie szu­ka­jąc pomocy. Mówi, że nie chce obcią­żać dzieci, ale to wła­śnie prze­dłu­ża­jąca się bez­sil­ność naj­bar­dziej je obciąża. Naj­trud­niej­szy może być dla dziecka nie tyle poje­dyn­czy kry­zys, ile dłu­go­trwały chaos, nie­usta­jące napię­cie i brak bez­piecz­nego opar­cia w doro­słych. Zadbany doro­sły ma zasoby, by obda­ro­wać dziecko uwagą, spo­ko­jem, rado­ścią, cie­ka­wo­ścią świata, realną obec­no­ścią. Zanie­dbany rodzic, nie z wyboru, lecz z prze­cią­że­nia, może mimo­wol­nie prze­ka­zy­wać dalej cier­pie­nie, ból, chaos. Naj­cen­niej­sze, co możesz poda­ro­wać dziecku, to wła­sne zdro­wie (na tyle, na ile to moż­liwe), względne poczu­cie rów­no­wagi, uczci­wość, goto­wość do szu­ka­nia wspar­cia i udział w roz­wią­zy­wa­niu pro­ble­mów - zamiast uda­wa­nia, że ich nie ma.

Pro­sze­nia o pomoc dziecko rów­nież uczy się od rodzi­ców. Kiedy widzi doro­słego, który potrafi powie­dzieć: "Nie wiem", "Nie potra­fię tego zro­bić", "Potrze­buję pomocy", "Zapy­tam kogoś, kto zna się na tym lepiej", odbiera ważną lek­cję samo­dziel­no­ści. Doj­rza­łość nie polega na radze­niu sobie ze wszyst­kim samemu, lecz także na umie­jęt­nym roz­po­zna­niu gra­nic wła­snych moż­li­wo­ści i się­ga­niu po wspar­cie wtedy, kiedy jest potrzebne. Warto, aby pro­sze­nie o pomoc było w domu czymś natu­ral­nym. Dziecko powinno mieć pew­ność, że może przyjść do rodzica, kiedy cze­goś nie rozu­mie, boi się, popeł­niło błąd, zna­la­zło się w trud­nej sytu­acji albo zwy­czaj­nie nie wie, co zro­bić. Powinno też wie­dzieć, że jeśli z jakie­goś powodu trudno mu zwró­cić się do rodzica, może szu­kać wspar­cia u innego zaufa­nego doro­słego.

Ogromne zna­cze­nie ma rów­nież spo­sób, w jaki w domu mówimy o ludziach potrze­bu­ją­cych pomocy. Jeśli chcemy, aby dziecko kie­dyś umiało powie­dzieć: "Nie radzę sobie, potrze­buję wspar­cia", trzeba oswa­jać je z wie­dzą, że to nor­malne, że ludzie cho­dzą do psy­cho­loga, korzy­stają z tera­pii, pro­szą o poradę, potrze­bują pomocy w nauce, czyli gdy cze­goś nie rozu­mieją, nie wie­dzą, zwra­cają się do innych ludzi.

Umie­jęt­ność pro­sze­nia o pomoc jest czę­ścią naszej spraw­czo­ści. Czło­wiek spraw­czy potrafi dzia­łać sam, szu­kać roz­wią­zań, korzy­stać z wła­snych zaso­bów, a kiedy to potrzebne, się­gnąć rów­nież po zasoby innych ludzi.

Dla­tego Kochany Rodzicu, Mamo, Tato, dbaj o sie­bie! Szu­kaj pomocy, jeśli jest Ci ciężko. Nie bój się tera­pii, dia­gnoz, wizyt u spe­cja­li­stów. Twoje dziecko potrze­buje Cię zdro­wego na tyle, na ile to moż­liwe, sil­nego i choć odro­binę szczę­śli­wego.

Jesteś dla dziecka całym świa­tem.

Dziecko nie jest małym dorosłym

My, doro­śli, bar­dzo czę­sto patrzymy na dziecko przez pry­zmat wła­snych moż­li­wo­ści. Skoro ja potra­fię zro­zu­mieć argu­ment, opa­no­wać się w stre­so­wej sytu­acji, zjeść wtedy, kiedy podają obiad, mimo że nie czuję dużego głodu, albo pocze­kać na deser, to ocze­kuję, że dziecko też będzie do tego zdolne, tylko trzeba je "nauczyć", "prze­ko­nać" albo "zdy­scy­pli­no­wać". To jest zupeł­nie natu­ralny, spon­ta­niczny odruch: mie­rzymy dziecko miarą doro­słego, któ­rym sami jeste­śmy.

"Prze­cież mówi­łam już tysiąc razy, że...", "On dobrze wie, co jest zdrowe, a i tak wybiera ina­czej", "Ona na pewno robi to spe­cjal­nie", "W tym wieku to już powi­nien zro­zu­mieć"...

Za tymi zda­niami czę­sto stoi zało­że­nie, że dziecko ma podobne zasoby jak doro­sły, że może nad sobą zapa­no­wać, prze­wi­dzieć skutki, odro­czyć przy­jem­ność, spoj­rzeć na sprawę z innej per­spek­tywy. Pro­blem w tym, że to zało­że­nie jest nie­praw­dziwe. Dziecko nie jest mniej­szą wer­sją doro­słego, lecz orga­ni­zmem pod­le­ga­ją­cym inten­syw­nym zmia­nom na wielu pozio­mach. Jego mózg i układ ner­wowy są na innym eta­pie doj­rze­wa­nia niż u osoby doro­słej, a jego pojem­ność emo­cjo­nalna jest zupeł­nie inna. W pew­nym sen­sie mały czło­wiek jest jak przy­bysz z innej pla­nety, nie zna tutej­szych norm, zasad, języka - wszyst­kiego musi się nauczyć, ale nie jest w sta­nie zro­zu­mieć ani zro­bić tego, do czego jego mózg i układ ner­wowy jesz­cze nie doj­rzał. Doty­czy to nie tylko umie­jęt­no­ści cho­dze­nia czy mówie­nia, ale także roz­po­zna­wa­nia i regu­lo­wa­nia wła­snych emo­cji, cze­ka­nia na swoją kolej, akcep­to­wa­nia zmiany planu lub czy­jejś odmowy.

Kiedy zro­zu­mia­łam, że roz­wój dziecka prze­biega rów­no­cze­śnie w dwóch wymia­rach - ilo­ścio­wym i jako­ścio­wym - zmie­ni­łam spoj­rze­nie na wyzwa­nia, jakie nie­sie ze sobą codzienna rela­cja z dziec­kiem. Wymiar ilo­ściowy doty­czy zmian, które łatwo zmie­rzyć: dziecko rośnie, przy­biera na wadze, zmie­niają się pro­por­cje jego ciała, zwięk­szają się siła, wytrzy­ma­łość i zasób słow­nic­twa. Z tego też powodu wraz z wie­kiem zmie­nia się zapo­trze­bo­wa­nie na ener­gię i skład­niki odżyw­cze. Ale to w wymia­rze jako­ścio­wym obser­wu­jemy to, co klu­czowe: poja­wiają się zasoby, do któ­rych dziecko do tej pory nie miało dostępu. W toku roz­woju mały czło­wiek traci część wcze­śniej­szych, bar­dzo pro­stych spo­so­bów reago­wa­nia, a zyskuje coraz bar­dziej zróż­ni­co­wany reper­tuar odpo­wie­dzi: w myśle­niu, emo­cjach, ciele, kon­tak­tach z innymi. To wła­śnie spra­wia, że dzieci potrze­bują od nas, doro­słych, nie tylko miło­ści, ale rów­nież o ich roz­woju i zro­zu­mie­nia jego eta­pów, po to, by nie wyma­gać od nich rze­czy nie­moż­li­wych. Nie ocze­ki­wać od nich tego, czego ocze­ku­jemy od doro­słych, np. że malec poj­mie skom­pli­ko­wane meta­fory, sar­kazm, zapa­nuje nad emo­cjami, zoba­czy kon­tek­sty spo­łeczne albo będzie w sta­nie sam się uspo­koić.

Dziecko nie potrafi myśleć jak doro­sły.

Stop­niowo prze­cho­dzi od postrze­ga­nia świata głów­nie przez wła­sne doświad­cze­nie i bie­żącą chwilę do coraz lep­szego rozu­mie­nia przy­czyn, skut­ków oraz per­spek­tywy innych osób. Szcze­gól­nie w wieku przed­szkol­nym sil­nie domi­nuje to, co dziecko czuje i czego potrze­buje "teraz". Dla­tego dziecko może znać jakąś zasadę, a mimo to nie umieć wcie­lić jej w życie, gdy jest zmę­czone, głodne albo bar­dzo pobu­dzone. Kon­trola impul­sów, prze­wi­dy­wa­nie kon­se­kwen­cji i zdol­ność cze­ka­nia doj­rze­wają stop­niowo.

W codzien­nych sytu­acjach nie spiesz się z poda­wa­niem dziecku goto­wych roz­wią­zań. Jeśli dziecko ma już moż­li­wo­ści, by samo się zasta­no­wić, zapy­taj:

"Co możemy z tym zro­bić?", "Masz jakiś pomysł?", "Czego jesz­cze można spró­bo­wać?".

Pozwól mu szu­kać, spraw­dzać i zmie­niać spo­sób dzia­ła­nia. W ten spo­sób roz­wija samo­dzielne myśle­nie i doświad­cza wła­snej spraw­czo­ści: "Potra­fię zna­leźć roz­wią­za­nie, a kiedy go nie znaj­duję, mogę popro­sić o pomoc".

Dziecko stop­niowo uczy się radzić sobie z emo­cjami.

Począt­kowo reaguje przede wszyst­kim poprzez ciało i dzia­ła­nie: płacz, krzyk, ruch, wyco­fa­nie, napię­cie. Dopiero z cza­sem uczy się nazy­wać swoje stany, lepiej je róż­ni­co­wać i coraz bar­dziej świa­do­mie korzy­stać z rela­cji z doro­słym jako źró­dła uko­je­nia i współ­re­gu­la­cji.

Współ­re­gu­la­cja ozna­cza, że dziecko, zanim nauczy się samo­dziel­nie wra­cać do rów­no­wagi, potrze­buje obec­no­ści i wspar­cia ze strony doro­słego, jego spo­koj­nego tonu głosu oraz prze­wi­dy­wal­no­ści i sta­bil­no­ści. Dla­tego także rodzic potrze­buje uczyć się roz­po­zna­wać i regu­lo­wać wła­sne emo­cje. Kiedy dziecko się roz­sy­puje, spo­kój doro­słego pomaga mu wró­cić do rów­no­wagi i uczy pano­wa­nia nad napię­ciem.

W sil­nym pobu­dze­niu zwy­kle bar­dziej poma­gają spo­kojny głos i obec­ność niż tłu­ma­cze­nie. Można powie­dzieć po pro­stu: "Jestem przy tobie. Chcesz, żebym została obok?". Kiedy napię­cie zaczyna opa­dać, można wró­cić do tego, co się wyda­rzyło, i pomóc dziecku nazwać emo­cję, zro­zu­mieć, czego potrze­buje, oraz poszu­kać moż­li­wych spo­so­bów dzia­ła­nia.

Roz­wój tej umie­jęt­no­ści można zoba­czyć jako pewien ciąg:

zauwa­żam, co czuję ? potra­fię to nazwać ? pró­buję zro­zu­mieć, co się wyda­rzyło ? roz­po­znaję swoją potrzebę ? zasta­na­wiam się, co mogę zro­bić ? coraz czę­ściej potra­fię zatrzy­mać pierw­szy impuls i zde­cy­do­wać, co zro­bię

Na przy­kład: brat zabrał mi zabawkę ? czuję złość ? zaci­skam pię­ści, robi mi się gorąco ? chcę odzy­skać zabawkę i dalej się bawić ? zatrzy­muję się, myślę, co mogę zro­bić ? mówię, co mi nie odpo­wiada, albo pro­szę doro­słego o pomoc.

Samo­re­gu­la­cja, czyli zdol­ność roz­po­zna­wa­nia wła­snego stanu, wyci­sza­nia pobu­dze­nia i stop­nio­wego kie­ro­wa­nia swoim zacho­wa­niem, jest wpi­sana w pro­ces roz­wo­jowy, roz­wija się przez wiele lat, doj­rzewa wraz z ukła­dem ner­wo­wym, naby­wa­niem doświad­czeń i dzięki wspie­ra­ją­cym rela­cjom z doro­słymi. U kil­ku­lat­ków i młod­szych uczniów widać początki samo­re­gu­la­cji: w pew­nych sytu­acjach potra­fią się zatrzy­mać, pod­czas gdy w innych porywa je fala emo­cji.

Reakcje przez ciało

Dziecko odczuwa głód, sytość, zmę­cze­nie, napię­cie i dys­kom­fort, zanim nauczy się rozu­mieć, co wła­ści­wie dzieje się w jego ciele. Z cza­sem coraz lepiej roz­po­znaje sygnały głodu i syto­ści, zauważa, kiedy zmę­cze­nie lub napię­cie wpły­wają na jego zacho­wa­nie, a także uczy się komu­ni­ko­wać, że po okre­ślo­nym posiłku czuje dys­kom­fort. Dla­tego trudne zacho­wa­nie to nie gry­ma­sze­nie. Odmowa, roz­draż­nie­nie albo nagłe doma­ga­nie się prze­ką­ski mogą być rów­nież sygna­łem prze­cią­że­nia, zmę­cze­nia lub trud­no­ści z regu­la­cją emo­cji.

Najpierw JA, potem MY

Dla małego dziecka natu­ralne jest silne sku­pie­nie na wła­snej potrze­bie ("ja chcę", "teraz", "moja kolej"). Dopiero z cza­sem wykształ­cają się zdol­ność do cze­ka­nia, współ­pracy i zauwa­ża­nia, że inni ludzie rów­nież mają swoje potrzeby. Doty­czy to także jedze­nia. Dziecko może bar­dzo sil­nie doma­gać się prze­ką­ski albo pro­te­sto­wać przy wspól­nym posiłku nie dla­tego, że świa­do­mie mani­pu­luje, lecz dla­tego, że dopiero uczy się dostrze­gać gra­nice i dzia­łać wspól­nie z innymi ludźmi.

Kiedyś nie wiedziałam, że:

Dziecko może znać zasadę, ale w trud­nej chwili jesz­cze nie umieć jej zasto­so­wać. Wie­dza i samo­kon­trola nie doj­rze­wają w tym samym cza­sie. To dla­tego mały czło­wiek cza­sem "wie", a jed­nak "na­dal robi swoje". Głód, zmę­cze­nie i prze­cią­że­nie naprawdę zmniej­szają dzie­cięce moż­li­wo­ści. Wtedy trud­niej słu­chać, cze­kać, współ­pra­co­wać i pano­wać nad emo­cjami. Zanim dziecko nauczy się uspo­ka­jać samo, potrze­buje doświad­czyć spo­koju osoby doro­słej. Samo­re­gu­la­cja roz­wija się w rela­cji. Odmowa jedze­nia to cza­sem reak­cja na napię­cie, zmę­cze­nie, dys­kom­fort albo prze­cią­że­nie. Dziecko dopiero z cza­sem uczy się patrzeć na daną sytu­ację oczami dru­giej osoby. To dla­tego "ja chcę teraz" jest na pew­nym eta­pie roz­woju tak silne. Nie wystar­czy, że dziecko coś rozu­mie. Musi jesz­cze mieć doj­rza­łość i zasoby, aby w danej chwili sko­rzy­stać z tej wie­dzy.

Co łączy jelita, sen, odporność i emocje

Jesz­cze poko­le­nie temu domi­no­wało podej­ście, w któ­rym zacho­wa­nie dziecka oce­niano przede wszyst­kim w kate­go­riach posłu­szeń­stwa i cha­rak­teru. Dobre dziecko to takie, które ład­nie je, nie maru­dzi, śpi, kiedy trzeba, i nie robi scen. Jeśli coś szło nie tak, pyta­nie brzmiało: "Co ono wypra­wia?" albo "Co z tym dziec­kiem jest nie tak?", znacz­nie rza­dziej rodzice zasta­na­wiali się, jak ich dziecko się czuje lub co się z nim dzieje.

Współ­cze­sna wie­dza z psy­cho­lo­gii roz­wo­jo­wej, neu­ro­bio­lo­gii, gastro­en­te­ro­lo­gii i immu­no­lo­gii poka­zuje, że takie roz­dzie­la­nie zacho­wa­nia od ciała jest błędne. Dziecko jest skom­pli­ko­wa­nym roz­wi­ja­ją­cym się orga­ni­zmem, w któ­rym tra­wie­nie, układ ner­wowy, odpor­ność oraz sen pozo­stają ze sobą w ści­słym związku. To, jak dziecko je, śpi, cho­ruje i reaguje emo­cjo­nal­nie, czę­sto nie jest wyni­kiem poje­dyn­czego pro­blemu czy złej woli, lecz wypad­kową etapu roz­woju, aktu­al­nego stanu orga­ni­zmu i warun­ków, w jakich dziecko funk­cjo­nuje. Przy­kła­dem takiej zależ­no­ści może być sekwen­cja:

zabu­rze­nia tra­wie­nia ? pogor­szona jakość snu ? osła­biona odpor­ność ? trud­no­ści w regu­la­cji zacho­wa­nia.

Takie zależ­no­ści są przed­mio­tem ana­liz zarówno w medy­cy­nie chiń­skiej, jak i we współ­cze­snych bada­niach nad nad osią jelito-mózg-sen.

Mikrobiom jelitowy

Dobrym przy­kła­dem jest mikro­biom jeli­towy, czyli zło­żony eko­sys­tem two­rzony przez mikro­or­ga­ni­zmy zamiesz­ku­jące jelita, który uczest­ni­czy nie tylko w tra­wie­niu, ale może wpły­wać też na nastrój, kon­cen­tra­cję i zdol­ność radze­nia sobie z napię­ciem. Prze­glądy badań nad dziećmi poka­zują, że skład i róż­no­rod­ność mikro­biomu jeli­to­wego łączą się zarówno z obja­wami ze strony prze­wodu pokar­mo­wego, jak i z gor­szym samo­po­czu­ciem, lękiem, pozio­mem pobu­dze­nia i trud­no­ściami z kon­cen­tra­cją. U dzieci z prze­wle­kłymi pro­ble­mami jeli­towymi czę­ściej opi­suje się rów­nież nasi­loną draż­li­wość, impul­syw­ność i kło­poty z regu­la­cją emo­cji. Wiemy też, że prze­wle­kłe stany zapalne, w tym te zwią­zane z jeli­tami, oraz aler­gie mogą wpły­wać na funk­cje poznaw­cze, kon­cen­tra­cję, poziom zmę­cze­nia i ogólne samo­po­czu­cie. Czę­sto wygląda to tak, że dziecko szyb­ciej się męczy, ma mniej cier­pli­wo­ści i łatwiej je wypro­wa­dzić z rów­no­wagi. Rodzic obser­wuje wów­czas powta­rza­jące się wybu­chy, silne reak­cje przy drob­nych trud­no­ściach czy bar­dzo niski próg fru­stra­cji, pod­czas gdy orga­nizm dziecka funk­cjo­nuje na pod­wyż­szo­nym pozio­mie stresu i zużywa wię­cej ener­gii na utrzy­ma­nie wewnętrz­nej sta­bil­no­ści.

Rytm i jakość snu wpły­wają nie tylko na nastrój, ale rów­nież na regu­la­cję hor­mo­nów zwią­za­nych z ape­ty­tem i gospo­darką węglo­wo­da­nową oraz na aktyw­ność układu odpor­no­ścio­wego. Gdy sen jest prze­wle­kle zabu­rzony, np. dziecko czę­sto się wybu­dza, ma trud­no­ści z zasy­pia­niem, śpi za krótko, czę­ściej poja­wiają się pro­blemy z regu­la­cją emo­cji, ze sku­pie­niem uwagi, z więk­szą impul­syw­no­ścią i podat­no­ścią na infek­cje.

Dla jasno­ści: nie nama­wiam Cię do tłu­ma­cze­nia każ­dego zacho­wa­nia dziecka wyłącz­nie bio­lo­gią. Chcę tylko pod­kre­ślić, że dziecko z bólem brzu­cha, trzy­ty­go­dnio­wym kasz­lem, dwoma nie­prze­spa­nymi nocami i napiętą sytu­acją w przed­szkolu lub domu nie dys­po­nuje takimi zaso­bami regu­la­cyj­nymi jak wypo­częty, zdrowy doro­sły.

Innymi słowy: to, co dziecko je, i jak śpi, oddzia­łuje nie tylko na jego odży­wie­nie i odpor­ność, ale także na nastrój, kon­cen­tra­cję i zdol­ność radze­nia sobie ze stre­sem. Jed­no­cze­śnie sam stan emo­cjo­nalny dziecka ma wpływ na jego ape­tyt, wybory żywie­niowe i jakość snu.

Zobaczmy to czarno na bia­łym.

Efekt natych­mia­stowy (godziny):

Głód lub długa prze­rwa od jedze­nia ? U czę­ści dzieci pogor­sze­nie kon­cen­tra­cji, mniej­sza cier­pli­wość, draż­li­wość, impul­syw­ność, częst­sze wybu­chy zło­ści Zbyt krótki / prze­ry­wany sen poprzed­niej nocy ? Obni­żona zdol­ność regu­la­cji emo­cji, niż­szy próg fru­stra­cji, trud­ność z cze­ka­niem i słu­cha­niem

Efekt krót­ko­ter­mi­nowy (dni, tygo­dnie):

Nie­re­gu­larne pory posił­ków ? Nie­sta­bilny poziom ener­gii w ciągu dnia, trud­ność z prze­wi­dy­wa­niem, kiedy dziecko będzie w for­mie Powta­rza­jący się nie­do­bór snu ? Kumu­lu­jący się defi­cyt, który obniża odpor­ność (dziecko czę­ściej łapie infek­cje) i pogar­sza kon­cen­tra­cję w szkole / przed­szkolu Czę­ste infek­cje ? Gor­sza jakość snu w tym okre­sie ? Jesz­cze mniej zaso­bów na regu­la­cję emo­cji następ­nego dnia, czyli błędne koło (łatwiej uzdro­wić ten stan, dba­jąc o rege­ne­ra­cję, niż wal­cząc z samym zacho­wa­niem)

Efekt dłu­go­fa­lowy (mie­siące, lata):

Jakość diety na co dzień, dużo warzyw, błon­nika i róż­no­rod­ność przy ogra­ni­cze­niu cukru i żyw­no­ści wyso­ko­prze­two­rzo­nej ? Korzystny wpływ na skład i funk­cjo­no­wa­nie mikro­biomu jeli­to­wego. Bada­nia wska­zują także na związki mikro­biomu z nastro­jem i pro­ce­sami zapal­nymi, choć - szcze­gól­nie gdy cho­dzi o dzieci - jest to wciąż roz­wi­ja­jąca się dzie­dzina badań.

W medy­cy­nie chiń­skiej ciało i psy­chika nie są roz­pa­try­wane oddziel­nie. Mówi się o jed­nym orga­ni­zmie, w któ­rym wszyst­kie pro­cesy są ze sobą powią­zane. Tra­wie­nie, odpor­ność, sen i spo­sób prze­ży­wa­nia emo­cji są róż­nymi prze­ja­wami tej samej cało­ści. Cen­tralne miej­sce zaj­mują Śle­dziona (Trzustka) oraz Żołą­dek, nie jako narządy ana­to­miczne, ale funk­cjo­nalny układ odpo­wie­dzialny za prze­twa­rza­nie pokarmu w Qi (ener­gię życiową) i Krew. To wła­śnie Qi Śle­dziony wpływa na myśle­nie, sku­pie­nie i zdol­ność ucze­nia się dziecka. Osła­bie­nie Śle­dziony (np. po infek­cji, przy die­cie boga­tej w pro­dukty o wła­ści­wo­ściach wychła­dza­ją­cych, wil­go­cio­twór­czych lub przy prze­wle­kłym stre­sie) pro­wa­dzi nie tylko do zabu­rzeń tra­wien­nych, lecz także do obni­żo­nej kon­cen­tra­cji, nad­mier­nej męcz­li­wo­ści i obni­że­nia nastroju.

W TCM funk­cjo­nuje okre­śle­nie Wei Qi, ener­gii obron­nej dzia­ła­ją­cej przede wszyst­kim na pozio­mie skóry, tka­nek powierz­chow­nych i mię­śni, chro­nią­cej orga­nizm przed czyn­ni­kami zewnętrz­nymi. Wei Qi powstaje dzięki pro­ce­som tra­wien­nym (Śle­dziona) i pozo­staje w ści­słym związku z funk­cją Płuc, dzięki któ­rym jest roz­pro­wa­dzana. Kiedy u dziecka wystę­pują zabu­rze­nia tra­wie­nia, wzra­sta jego podat­ność na infek­cje. Gdy dziecko jest zmę­czone i nie­wy­spane, Wei Qi słab­nie. Można tu zauwa­żyć pewne podo­bień­stwo do pierw­szej linii obrony orga­nizmu, opi­sy­wa­nej we współ­cze­snej immu­no­lo­gii, choć Wei Qi nie jest poję­ciem immu­no­lo­gicz­nym.

Sen w medycynie chińskiej

Jest ści­śle powią­zany z tra­wie­niem i krwią. To wła­śnie Śle­dziona prze­kształca pokarm w Qi i Krew (Xue). Jeśli dziecko nie je odżyw­czych pokar­mów lub jego tra­wie­nie jest osła­bione (np. przez zimne lub słod­kie pro­dukty, nie­re­gu­larne posiłki, prze­wle­kłe zamar­twia­nie się), Śle­dziona nie wytwa­rza wystar­cza­ją­cej ilo­ści Krwi. Wów­czas Krew nie może pra­wi­dłowo odży­wiać ciała ani sta­no­wić sta­bil­nego opar­cia dla Shen (umy­słu / ducha) na czas snu i sen staje się zabu­rzony. W nocy Shen powinno spo­czy­wać w sercu, potrze­buje do tego odpo­wied­niej ilo­ści Krwi. Prze­wle­kle nie­spo­kojny, płytki sen może świad­czyć mię­dzy innymi o nie­do­bo­rze Krwi (Xue). W kon­se­kwen­cji dziecko budzi się zmę­czone, draż­liwe, ma trud­no­ści z regu­la­cją emo­cji i jest bar­dziej podatne na infek­cje. Jeśli dziecko nie sypia spo­koj­nie, nie budzi się wypo­częte i rado­sne, trzeba szu­kać przy­czyn takiego stanu, kon­sul­tu­jąc się z leka­rzem. Warto rów­nież sko­rzy­stać z kon­sul­ta­cji u tera­peuty medy­cyny chiń­skiej. Zapo­trze­bo­wa­nie na sen i jego rytm zmie­niają się wraz z roz­wo­jem dziecka.

Emocje i stany psychiczne w medycynie chińskiej

Nie są oddzie­lone od ciała. Każda nad­mia­rowa bądź prze­dłu­ża­jąca się lub tłu­miona emo­cja może uszka­dzać okre­ślony obieg czyn­no­ściowy (uwaga, nie mówimy o narzą­dach w uję­ciu medy­cyny zachod­niej - zob. słow­ni­czek:

złość - Wątroba, nad­mierne myśle­nie, zamar­twia­nie się - Śle­dziona, strach - Nerki, radość (rozu­miana rów­nież jako nad­mierna eks­cy­ta­cja) - Serce, smu­tek i żal - Płuca.

Te same zależ­no­ści medy­cyna chiń­ska widzi jako dwu­kie­run­kowe, np. dłu­go­trwałe zabu­rze­nie funk­cji Śle­dziony może pro­wa­dzić do ten­den­cji do nad­mier­nego myśle­nia i zamar­twia­nia się. Nad­mierne myśle­nie i zamar­twia­nie się osła­bia Śle­dzionę, a więc zdol­ność do trans­for­ma­cji i trans­portu pokar­mów i pły­nów.

W teo­rii Pię­ciu Prze­mian Śle­dziona i Żołą­dek należą do Prze­miany Ziemi. Zie­mia sym­bo­li­zuje cen­trum, sta­bil­ność, zako­rze­nie­nie i poczu­cie opar­cia. Wiąże się ze zdol­no­ścią przyj­mo­wa­nia i prze­twa­rza­nia zarówno pokarmu, jak i - w tra­dy­cyj­nym języku medy­cyny chiń­skiej - myśli oraz doświad­czeń. Dla­tego jej zna­cze­nie wykra­cza poza samo tra­wie­nie i obej­muje rów­nież psy­chiczny wymiar poczu­cia sta­bil­no­ści i "bycia u sie­bie".

W uję­ciu TCM emo­cje są jed­nym z czyn­ni­ków, które mogą wpły­wać na funk­cjo­no­wa­nie orga­ni­zmu, zwłasz­cza gdy są silne, dłu­go­trwałe lub tłu­mione. Jeśli dziecko żyje w prze­wle­kłym napię­ciu, jego ciało może odpo­wie­dzieć róż­nymi obja­wami, a dziecko może też czę­ściej cho­ro­wać. To tylko sygnał, że gdzieś w sys­te­mie śro­do­wi­sko-dziecko potrzebna jest zmiana. W tra­dy­cyj­nym uję­ciu TCM poszcze­gólne emo­cje łączy się z okre­ślo­nymi obie­gami czyn­no­ścio­wymi i cha­rak­te­ry­stycz­nymi obja­wami.

Emo­cja / Stan men­talny

Obieg czyn­no­ściowy wg tcm

Objawy

Gniew, fru­stra­cja, złość Wątroba napię­cie, wybu­cho­wość, bóle głowy, zgrzy­ta­nie zębami, trud­no­ści z zasy­pia­niem Radość (nad­mierna, prze­dłu­ża­jąca się eks­cy­ta­cja) Serce nie­po­kój, nad­po­bu­dli­wość, koła­ta­nie serca, trud­no­ści z wyci­sze­niem, pro­blemy z kon­cen­tra­cją Smu­tek, żal, przy­gnę­bie­nie Płuca prze­wle­kły kaszel, osła­biona odpor­ność, czę­ste infek­cje, bla­dość, brak ener­gii Strach, lęk (prze­wle­kły) Nerki mocze­nie nocne, lęk przed ciem­no­ścią, zimne stopy, słabe kości i zęby, póź­niej­sze doj­rze­wa­nie Nad­mierne myśle­nie, zamar­twia­nie się Śle­dziona słabe tra­wie­nie, wzdę­cia, brak ape­tytu, zmę­cze­nie, gor­sza kon­cen­tra­cja

Dlaczego to ma znaczenie dla rodzica, czyli czerwone i zielone światło

Spoj­rze­nie na zacho­wa­nie dziecka przez pry­zmat jego aktu­al­nego stanu i moż­li­wo­ści może cał­ko­wi­cie zmie­nić rodzi­ciel­skie podej­ście do wyzwań, jakie przy­no­szą roz­wój i wycho­wa­nie. Zamiast pytać: "Jak spra­wić, żeby ono wresz­cie zaczęło jeść?" czy "Jak spra­wić, żeby zaczęło zacho­wy­wać się nor­mal­nie?" pytamy:

W jakim sta­nie jest jego orga­nizm? Jak trawi? Jak śpi? Czy prze­cho­dzi / prze­szło infek­cję? Czy jest zmę­czone, głodne, śpiące, prze­cią­żone? Jakie ma w tej chwili realne zasoby regu­la­cyjne, bio­rąc pod uwagę wiek, etap roz­woju, obcią­że­nia? Co mogę zro­bić, jak reago­wać, żeby wes­przeć dziecko, a nie dokła­dać mu kolej­nych trud­no­ści?

Nie wszystko da się wytłu­ma­czyć bio­lo­gią i nie zachę­cam Cię, by odpusz­czać tam, gdzie potrzebne są jasne gra­nice. Klu­czowe jest to, by nie sta­wiać dziecku wyma­gań w ode­rwa­niu od jego aktu­al­nych moż­li­wo­ści. Dziecko, które funk­cjo­nuje na gra­nicy wła­snych zaso­bów bio­lo­gicz­nych i emo­cjo­nal­nych, poka­zuje Ci czer­wone świa­tło. W tym sta­nie nie sko­rzy­sta z kolej­nego wykładu, tłu­ma­cze­nia, tym bar­dziej krzyku czy Two­jej fru­stra­cji. Ono Cię nie usły­szy. Naj­pierw potrze­buje ulgi, regu­la­cji i powrotu do rów­no­wagi. Dzia­łaj ze współ­czu­ciem i tro­ską, pocze­kaj z tłu­ma­cze­niem na zie­lone świa­tło, lep­sze samo­po­czu­cie, więk­sze zasoby, więk­sze moż­li­wo­ści sku­pie­nia uwagi, na dogodny moment. Sprawdź, czy dziecko nie jest głodne, zmę­czone, prze­grzane, prze­zię­bione, prze­cią­żone bodź­cami. Zapew­nij mu bez­pie­czeń­stwo i swoją spo­kojną obec­ność. Przy­tul, jeśli potrze­buje. Bądź bli­sko, nie naci­skaj. Odcze­kaj, aż samo ochło­nie. Dziecko sko­rzy­sta jeśli zro­zu­miesz mecha­ni­zmy, na które ono nie ma wpływu.

Wskazówki zamiast zakazów

Wie­rzę, że rodzice trosz­czą się o dzieci naj­le­piej, jak potra­fią. Komu­ni­katy typu "Nie rób", "Uwa­żaj", "Zaraz spad­niesz" są bar­dzo czę­ste i zwy­kle płyną z tro­ski, ale nie zawsze poka­zują dziecku, co kon­kret­nie może zmie­nić. Komu­ni­kat wspie­ra­jący opi­suje daną czyn­ność i pomaga dziecku uczyć się samo­re­gu­la­cji oraz samo­dziel­no­ści. Podane niżej przy­kłady ilu­strują tę zmianę języka w róż­nych sytu­acjach.

Typowe zakazy

Komu­ni­kat wspie­ra­jący

Uwa­żaj, bo się opa­rzysz! Chwyć kubek za ucho. Zaraz spad­niesz! Trzy­maj się mocno porę­czy. Nie bie­gnij! Patrz pod nogi. Uwa­żaj, bo roz­le­jesz. Złap kubek obiema rękami. Nie rzu­caj! Połóż to tutaj spo­koj­nie. Nie właź tam! Wejdź tutaj, tu jest sta­bil­nie. Nie krzycz! Powiedz mi to ciszej. Nie pchaj się! Zapy­taj, czy możesz sta­nąć pierw­szy. Jeśli nie, stań za nimi i pocze­kaj. Zostaw, ja to zro­bię. Ty zacznij, ja ci pomogę.

"STOP!" W sytuacji zagrożenia

W tej książce pro­po­nuję, żeby w codzien­no­ści zamie­niać zakazy na kon­kretne, wspie­ra­jące komu­ni­katy. Są jed­nak momenty, kiedy nie ma czasu na wyja­śnie­nia ani na łagodne "wska­zówki".

"STOP!" jest jak awa­ryjny hamu­lec. Uży­wamy go w sytu­acji real­nego zagro­że­nia, kiedy nie ma czasu na tłu­ma­cze­nie czy reflek­sję. Warto zadbać, by dla dziecka zna­czyło zawsze to samo: zatrzy­muję się i patrzę na rodzica. Taka umowa działa naj­le­piej, gdy uży­wamy "STOP!" rzadko, naj­le­piej wyłącz­nie w sytu­acjach zagro­że­nia bez­pie­czeń­stwa, a wcze­śniej na spo­koj­nie tłu­ma­czymy, co to słowo ozna­cza. Dzięki temu ma ono wagę wtedy, gdy jest naprawdę potrzebne.

Nowe wyzwania dla rodzica: świat śmieciowej żywności, czyli jedzenie, które już nie karmi

Jesz­cze nie tak dawno jedze­nie było dla więk­szo­ści rodzin czymś banal­nie pro­stym. Dziecko jadło to, co było w domu, wybór pro­duk­tów był nie­wielki, a jedze­nie rza­dziej kon­ku­ro­wało z kolo­ro­wymi prze­ką­skami, słod­kimi napo­jami, rekla­mami i pro­duk­tami wyso­ko­prze­two­rzo­nymi (z ang. UPF - Ultra Pro­ces­sed Food). Dzi­siaj dzieci dora­stają w śro­do­wi­sku, które bar­dzo sku­tecz­nie zachęca do jedze­nia rze­czy słod­kich, atrak­cyj­nych wizu­al­nie i sma­kowo, wyso­ko­prze­two­rzo­nych. To spra­wia, że zdrowe odży­wia­nie nie jest w sta­nie samo­ist­nie kon­ku­ro­wać z taką podażą i wymaga pod­po­wie­dzi, przy­kła­dów, pro­wa­dze­nia i codzien­nego towa­rzy­sze­nia dziecku w wybo­rach żywie­nio­wych. Wymaga regu­lar­nej edu­ka­cji żywie­nio­wej.

Dla jasno­ści, nie mam tu na myśli two­rze­nia atmos­fery napię­cia, stra­sze­nia nie­zdro­wym jedze­niem czy kon­troli przy każ­dym posiłku, ale uczciwe uzna­nie faktu, że współ­cze­sne śro­do­wi­sko żywie­niowe nie wspiera dziecka w natu­ralny spo­sób. Zachęca raczej do się­ga­nia po to, co naj­bar­dziej atrak­cyjne sma­kowo i naj­ła­twiej­sze do zje­dze­nia. Dziecko nie rodzi się z wie­dzą, jak poru­szać się w takim świe­cie. Nie potrafi samo odróż­nić jedze­nia, które od czasu do czasu może być dodat­kiem do diety, od tego, które je rze­czy­wi­ście odży­wia, buduje zdro­wie, sytość, sta­bilną ener­gię w ciągu dnia i wspiera roz­wój.

Środowisko, które nie ułatwia

Wielu doro­słych wycho­wy­wało się w świe­cie, w któ­rym sło­dy­cze były czymś odświęt­nym, a gotowe prze­ką­ski nie były dostępne na każ­dym kroku. Dziś dziecko styka się z niskiej jako­ści jedze­niem nie­mal bez prze­rwy: w skle­pie, w rekla­mie, w przed­szkolu, w szkole, na sta­cji ben­zy­no­wej, w dro­dze do domu, na placu zabaw, pod­czas rodzin­nych spo­tkań. Bar­dzo duża część tej oferty to żyw­ność ultra­prze­two­rzona (UPF) zapro­jek­to­wana tak, by była kusząca, atrak­cyjna, inten­sywna w smaku, wcią­ga­jąca tak, że trudno odmó­wić sobie kolej­nego kęsa. Prze­glądy badań i meta­ana­lizy poka­zują, że czę­ste spo­ży­wa­nie takiej żyw­no­ści jest koja­rzone z wyż­szym ryzy­kiem nad­wagi i oty­ło­ści, a także z sze­re­giem innych cho­rób, które nazy­wamy dziś die­to­za­leż­nymi. To nie poje­dyn­cze prze­ką­ski kon­su­mo­wane od święta, ale wzo­rzec, w któ­rym pro­dukty wyso­ko­prze­two­rzone stają się sta­łym ele­men­tem codzien­nego jadło­spisu, głów­nym źró­dłem ener­gii zamiast oka­zjo­nal­nym dodat­kiem, może stać się źró­dłem pro­ble­mów zdro­wot­nych. W takim świe­cie dziecko potrze­buje świa­do­mego prze­wod­nika, z któ­rego będzie mogło brać przy­kład, ucząc się od niego roz­sąd­nych wybo­rów żywie­nio­wych, umie­jęt­no­ści roz­po­zna­wa­nia głodu i syto­ści. Wraz z wie­kiem potrze­buje rów­nież roz­mów zarówno o war­to­ści jedze­nia, jak i o kon­se­kwen­cjach naszych wybo­rów dla zdro­wia fizycz­nego i psy­chicz­nego. Potrze­buje także wie­dzy o maso­wej pro­duk­cji żyw­no­ści, dodat­kach do żyw­no­ści, które nie są obo­jętne dla zdro­wia, i samym jedze­niu UPF, które nie odży­wia. Potrze­buje wresz­cie roz­mów o dzi­siej­szym świe­cie, w któ­rym zdrowe odży­wianie nie jest już czymś oczy­wi­stym. Jest umie­jęt­no­ścią, któ­rej wszy­scy powin­ni­śmy się uczyć.

Skala problemu

Dane Euro­pej­skiego Sys­temu Moni­to­ro­wa­nia Oty­ło­ści Dzie­cię­cej WHO (tzw. bada­nie COSI, z ang. Chil­dhood Obe­sity Surve­il­lance Ini­tia­tive) poka­zują, że nad­waga i oty­łość w wieku szkol­nym pozo­stają jed­nym z naj­po­waż­niej­szych wyzwań w dzi­siej­szej Euro­pie. Dane WHO COSI z lat 2022-2024 poka­zują, że w kra­jach uczest­ni­czą­cych w bada­niu około 25 pro­cent dzieci w wieku od siód­mego do dzie­wią­tego roku życia mie­rzy się z nad­wagą lub oty­ło­ścią, a 11 pro­cent z oty­ło­ścią. W Pol­sce nad­mierną masę ciała ma około 33 pro­cent ośmio­lat­ków, czyli co trze­cie dziecko, a oty­łość doty­czy 15 pro­cent dzieci w tym wieku. Ozna­cza to, że także w naszym kraju z nad­mierną masą ciała zmaga się co trze­cie dziecko już na początku edu­ka­cji szkol­nej. To moment, w któ­rym dziecko dopiero uczy się samo­dziel­no­ści, także w jedze­niu, a jed­no­cze­śnie coraz czę­ściej prze­bywa poza domem, w śro­do­wi­sku, na które rodzic ma ogra­ni­czony wpływ. Są to dane alar­mu­jące, bo poka­zują, że nie mówimy o zja­wi­sku mar­gi­nal­nym, ale sze­ro­kim zja­wi­sku popu­la­cyj­nym, sil­nie zwią­za­nym ze śro­do­wi­skiem, w któ­rym dzieci dora­stają, jedzą i uczą się podej­mo­wać codzienne wybory żywie­niowe.

Bada­nia poka­zują rów­nież, że dzieci z nad­wagą i oty­ło­ścią odróż­nia od rówie­śni­ków z pra­wi­dłową masą ciała nie tylko ilość spo­ży­wa­nych kalo­rii, lecz także cały styl żywie­nia. Czę­ściej obser­wuje się u nich nie­re­gu­larne pory posił­ków, więk­szą ilość słod­kich pro­duk­tów, prze­ką­sek i napo­jów dosła­dza­nych oraz znacz­nie mniej pro­stych, mniej prze­two­rzo­nych potraw, domo­wych posił­ków przy­go­to­wy­wa­nych od pod­staw. To ważne, bo udo­wad­nia, że spo­sób odży­wia­nia dziecka to temat wie­lo­wąt­kowy, zwią­zany z codzien­nie powta­rza­nymi wybo­rami doko­ny­wa­nymi w skle­pie i przy stole.

Nadwaga i choroby dietozależne

Nad­mierna masa ciała w dzie­ciń­stwie nie jest pro­ble­mem este­tycz­nym, z któ­rego się wyra­sta. Wiąże się z wyż­szym ryzy­kiem roz­woju nad­ci­śnie­nia tęt­ni­czego, zabu­rzeń lipi­do­wych, insu­li­no­opor­no­ści i nie­pra­wi­dło­wej tole­ran­cji glu­kozy - i to już w wieku dzie­cię­cym i nasto­let­nim. U czę­ści dzieci i nasto­lat­ków może pro­wa­dzić do roz­po­zna­nia cukrzycy typu 2, cho­roby, którą przez lata uwa­żano za nie­mal wyłącz­nie doty­ka­jącą osób doro­słych. Zmiany te rzadko poja­wiają się z dnia na dzień i mogą być zwią­zane z wie­loma czyn­ni­kami, w tym z niską aktyw­no­ścią fizyczną oraz menu, w któ­rym domi­nują pro­dukty wyso­ko­prze­two­rzone, fast foody, pro­dukty bogate w cukry dodane i sło­dzone napoje.

Rów­no­le­gle leka­rze i epi­de­mio­lo­dzy zwra­cają uwagę na zja­wi­sko rosną­cej liczby zacho­ro­wań na raka jelita gru­bego u osób przed pięć­dzie­sią­tym rokiem życia. To na­dal przede wszyst­kim pro­blem doro­słych, nie dzieci, ale jest to ważny sygnał zwią­zany rów­nież z codzien­nymi wybo­rami żywie­nio­wymi. Wśród czyn­ni­ków ryzyka wymie­nia się m.in. niskie spo­ży­cie błon­nika, duży udział żyw­no­ści prze­two­rzo­nej, oty­łość i sie­dzący tryb życia. Innymi słowy, to, jak jemy przez lata, i czego uczymy się w dzie­ciń­stwie, może wpły­wać na stan zdro­wia wiele dekad póź­niej.

Dodatki do żywności i "szóstka z Southampton"

Coraz wię­cej badań poka­zuje, że dodatki do żyw­no­ści nie są obo­jętne dla zdro­wia. Sto­suje się je po to, by popra­wić smak, kolor, trwa­łość i kon­sy­sten­cję pro­duk­tów, a także w innych celach tech­no­lo­gicz­nych. Część z nich służy bez­pie­czeń­stwu lub trwa­ło­ści żyw­no­ści, wiele jed­nak po pro­stu zwięk­sza rów­nież jej atrak­cyj­ność sen­so­ryczną i uła­twia pro­duk­cję wyso­ko­prze­two­rzo­nych pro­duk­tów. Nie wszyst­kie dodatki dzia­łają tak samo i nie wszyst­kie budzą takie same zastrze­że­nia zdro­wotne. Część dodat­ków jest badana pod kątem wpływu na mikro­biotę jeli­tową i meta­bo­lizm, a nie­które syn­te­tyczne barw­niki wiąże się ze zmia­nami aktyw­no­ści, kon­cen­tra­cji i uwagi u czę­ści dzieci. Roz­sąd­nym zało­że­niem jest więc, że dodatki do żyw­no­ści warto w miarę moż­li­wo­ści omi­jać, zwłasz­cza w menu dzieci, które potrze­bują przede wszyst­kim odżyw­czych posił­ków z uwagi na okres gwał­tow­nego roz­woju i wzro­stu.

Jed­nym z naj­le­piej opi­sa­nych przy­kła­dów jest bada­nie zespołu z Uni­wer­sy­tetu w Southamp­ton opu­bli­ko­wane w "The Lan­cet". Wyka­zano w nim, że po poda­niu dzie­ciom mie­sza­nin wybra­nych syn­te­tycz­nych barw­ni­ków i ben­zo­esanu sodu u czę­ści z nich nasi­lały się zacho­wa­nia hiper­ak­tywne w porów­na­niu z napo­jem pla­cebo. Na tej pod­sta­wie wyod­ręb­niono grupę barw­ni­ków, potocz­nie nazy­wa­nych "szóstką z Southamp­ton" (E102, E104, E110, E122, E124, E129), i w kra­jach Unii Euro­pej­skiej wpro­wa­dzono obo­wią­zek umiesz­cza­nia na ety­kie­cie ostrze­że­nia, że mogą one nie­ko­rzyst­nie wpły­wać na aktyw­ność i sku­pie­nie uwagi u dzieci.

Zatem im mniej pro­duk­tów z długą listą dodat­ków (barw­ni­ków, sło­dzi­ków, emul­ga­to­rów, kon­ser­wan­tów) poja­wia się w naszym codzien­nym menu, tym lepiej. Wybie­rajmy zwy­kłe domowe posiłki lub domowe bab­cine cia­sta, a nie kolo­rowe pro­dukty wytwo­rzone tak, by były jak naj­bar­dziej atrak­cyjne wizu­al­nie i jak naj­dłu­żej zdatne do spo­ży­cia.

Co to za barw­niki?

E102 - tar­tra­zyna E104 - żół­cień chi­no­li­nowa E110 - żół­cień poma­rań­czowa E122 - azo­ru­bina / kar­mo­izyna E124 - czer­wień kosze­ni­lowa, pąs 4R E129 - czer­wień allura AC

Ta grupa barw­ni­ków ma kolory: żółty, poma­rań­czowy i czer­wony. Naj­czę­ściej znaj­dują się w pro­duk­tach, któ­rych kolor ma przy­cią­gać uwagę: w: napo­jach sma­ko­wych, oran­ża­dach, gala­ret­kach, żel­kach, cukier­kach, ciast­kach, dese­rach, lodach, dże­mach, pole­wach, kolo­ro­wych lukrach oraz niektó­rych płat­kach śnia­da­nio­wych.

Oso­bi­ście sta­ram się uni­kać wszyst­kich sztucz­nych barw­ni­ków, zwłasz­cza w menu dzieci. Jeśli chcesz nadać potra­wom lub domo­wym słod­ko­ściom piękne barwy, się­gnij po książkę Sma­ko­te­ra­pia 2. W roz­dziale Ulu­bione triki w mojej kuchni poka­zuję, jak uatrak­cyj­nić kolory na dzie­cię­cym tale­rzu (żółte, wszel­kie odmiany pur­pury, nie­bie­ski).

Żywność przetworzona, dodatki i mikrobiota jelitowa

Coraz lepiej rozu­miemy, że pro­blem żyw­no­ści wyso­ko­prze­two­rzo­nej nie doty­czy tylko tzw. pustych kalo­rii czy nad­miaru cukru. To, co dziecko je na co dzień, wpływa także na skład i funk­cjo­no­wa­nie mikro­bioty jeli­to­wej, ogrom­nej spo­łecz­no­ści bak­te­rii zamiesz­ku­ją­cych jelita, wspie­ra­ją­cych tra­wie­nie, odpor­ność i regu­la­cję pro­ce­sów meta­bo­licz­nych. Prze­glądy badań wska­zują, że dieta typu zachod­niego, bogata w pro­dukty wyso­ko­prze­two­rzone, tłusz­cze nasy­cone, cukry pro­ste oraz róż­nego rodzaju dodatki do żyw­no­ści, sprzyja dys­bio­zie, zwięk­szo­nej prze­pusz­czal­no­ści bariery jeli­to­wej i prze­wle­kłemu sta­nowi zapal­nemu o niskim nasi­le­niu, wią­za­nemu m.in. z oty­ło­ścią, cukrzycą typu 2 i cho­ro­bami układu ser­cowo-naczy­nio­wego.

Na szcze­gólną uwagę zasłu­gują sze­roko sto­so­wane dodatki tech­no­lo­giczne: syn­te­tyczne sub­stan­cje sło­dzące, emul­ga­tory, kon­ser­wanty, barw­niki, zagęsz­cza­cze i sta­bi­li­za­tory. W bada­niach na zwie­rzę­tach wyka­zano, że nie­które z nich, nawet w daw­kach miesz­czą­cych się w zakre­sie uzna­wa­nym za dopusz­czalny, mogą zmie­niać skład i róż­no­rod­ność mikro­bioty jeli­to­wej, prze­su­wać rów­no­wagę w stronę bak­te­rii sprzy­ja­ją­cych sta­nowi zapal­nemu i zabu­rze­niom meta­bo­licz­nym. Wciąż bra­kuje badań, które jed­no­znacz­nie poka­za­łyby, jak te zmiany prze­kła­dają się na kon­kretne objawy u dzieci, ale kie­ru­nek danych jest spójny: duży udział żyw­no­ści wyso­ko­prze­two­rzo­nej oraz obec­ność nie­któ­rych dodat­ków tech­no­lo­gicz­nych w die­cie mogą sprzy­jać zmia­nom składu i pogor­sze­niu funk­cjo­no­wa­nia mikro­bioty jeli­to­wej.

Dieta a spektrum autyzmu

U czę­ści dzieci wpływ codzien­nego jedze­nia na funk­cjo­no­wa­nie jest szcze­gól­nie wyraźny. Doty­czy to m.in. dzieci i mło­dzieży w spek­trum auty­zmu, u któ­rych czę­ściej obser­wuje się zarówno prze­wle­kłe dole­gli­wo­ści ze strony prze­wodu pokar­mo­wego, jak i trudne zacho­wa­nia żywie­niowe: wybiór­czość pokar­mową, nie­chęć do pró­bo­wa­nia nowych pro­duk­tów, awer­sję do okre­ślo­nych kon­sy­sten­cji, zapa­chów, sma­ków czy reak­cje na spo­sób poda­nia posiłku. W mojej pracy magi­ster­skiej, opar­tej na bada­niu osiem­dzie­się­ciu czte­rech rodzin wycho­wu­ją­cych dzieci ze spek­trum auty­zmu, ana­li­zo­wa­łam, jak sto­so­wane przez rodzi­ców inter­wen­cje żywie­niowe wiążą się z codzien­nym funk­cjo­no­wa­niem dziecka, w takich obsza­rach jak zacho­wa­nie, rela­cje spo­łeczne, emo­cje, kon­cen­tra­cja uwagi, sen oraz objawy ze strony układu pokar­mo­wego. Uzy­skane wyniki poka­zały m.in., że tam, gdzie wpro­wa­dzono upo­rząd­ko­waną dietę z ogra­ni­cze­niem żyw­no­ści wyso­ko­prze­two­rzo­nej (UPF) i sło­dy­czy, gdzie rza­dziej poja­wiało się w jadło­spi­sie typowe śmie­ciowe jedze­nie, rodzice czę­ściej oce­niali funk­cjo­no­wa­nie dziecka jako lep­sze we wszyst­kich ana­li­zo­wa­nych obsza­rach: zacho­wa­nie, rela­cje spo­łeczne, emo­cje, kon­cen­tra­cja uwagi, sen oraz objawy ze strony układu pokar­mo­wego. Duża liczba rodzin sto­su­ją­cych dietę bez­glu­te­nową i bez­ka­ze­inową rów­nież wska­zy­wała na poprawę funk­cjo­no­wa­nia dzieci. Mimo wyso­kiej liczby takich dekla­ra­cji wynik nie był istotny sta­ty­stycz­nie, co suge­ruje potrzebę dal­szych badań w tym zakre­sie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki