...wtedy zostawiłem ubranie na trawie i zanim zanurzyłem się w rzece, przyjrzałem się barwom, jakie kładło na niej słońce, i tym, jakich użyczało jej niebo, i całemu temu światłu, które już było odmienne, bo po życiu utajonym w ziemi i w gałęziach wróciła wiosna. Zanurzałem się w wodzie bardzo powoli, wstrzymując oddech, wciąż pełen lęku, że powietrze, kiedy pogrążę się w wodnym świecie, pozbawione tej nieznacznej drobiny, jaką jestem, mogłoby się rozgniewać i przemienione w wiatr, uderzyć z taką siłą jak w zimie, kiedy niemal miażdżyło domy i ludzi. Wybrałem najszerszą część rzeki, najpłytszą, leżącą najdalej od wioski, gdzie prawie nikt nie chodził, ponieważ nie chciałem, żeby mnie widziano. Woda toczyła się pewna siebie owym ciężarem, którego nabierała za sprawą górskich śniegów i tych wszystkich źródeł, które tryskały ze szczelin skalnych, wydobywając się z mroku. Woda, połączona obłędnym pragnieniem, żeby się zjednoczyć, spajała się w rzekę.
Kiedy minąłem stajnie i zagrodę dla koni, zdałem sobie sprawę, że wraz z fetorem gnoju i zapachem glicynii, które już otwierały pąki, podąża za mną pszczoła. Woda była zimna, rozcinałem ramionami, kopałem nogami tę zimną wodę, zbryzganą słońcem, które, obdarzone występną mocą latania, rodziło się ponad Wysokimi Skałami. Zanurzyłem głowę w wodzie, żeby pszczoła zgubiła mój trop; wiedziałem, że istnieją stuletnie pszczoły mądrale. Pod spodem wszystko było mętne; szklany obłok, który zwrócił moje myśli ku szklistym kulom na podwórzach, pod najgrubszymi rozgałęzieniami pnących się po ścianach glicynii. Zimą, zaszyci w jadalniach zarumienionych ogniem wznoszącym się przez komin, robiliśmy pędzle z końskiego włosia, mocując je drutem na drewnianych trzonkach. Kiedy się z tym uporaliśmy, wyruszaliśmy, mężczyźni i wyrostki, po czerwoną glinkę na Maraldinę, górę obrośniętą wrzoścem i wichrem wyjącym wśród zarośli.
Schodziliśmy do groty, trzymając się liny z węzłami przymocowanej do kołka wbitego u wlotu. Nasz przewodnik niósł latarnię. Spuszczaliśmy się w głąb wilgotnego czarnego szybu poprzecinanego połyskliwymi pręgami, które gasły, w miarę jak otwór nas pochłaniał, i wchodziliśmy, półżywi ze strachu, jeśli to był nasz pierwszy raz, do jaskini czerwonej i grząskiej jak gęba chorego, który dłużej już nie pociągnie. A po powrocie do wioski składaliśmy worki pod zadaszeniem, w oczekiwaniu na ładną pogodę, kiedy będzie można wymieszać czerwony pył z czystą wodą i uzyskać różową farbę, którą zmywała zima.
Wychodziliśmy o pierwszym brzasku i na Maraldinie zawsze wiało. Ze zbocza widzieliśmy zagrodę dla koni. Wszystko, co mogłyby robić one, robiliśmy my. My jedliśmy konie. I ze względu na to, jak zabijali je mężczyźni z rzeźni pod komendą starszego od puszczania krwi, mięso było tak łykowate, że smakowało jak drewno. Kiedy schodziliśmy z Maraldiny, wiatr, który podczas wspinaczki spychał nas w dół, przy zejściu pchał nas pod górę, zaczajony pośród zarośli plątał nam nogi i zadawał ciosy w pierś. Starzy tłumaczyli, że wiatr z Maraldiny jest inny, że to podmuch dusz, dusz Karamenów, którzy umarli bez cementu. Świętowaliśmy mieszanie pyłu z wodą, malowanie domów, a także pni i gałęzi glicynii na różowo, wspólny kolor wszystkich domów z wyjątkiem jednego: domu pana, który mieszkał na szczycie wzgórza przeciętego urwiskiem, okrytym dzikim winem, które jesienią rozpalało się, by zginąć.