W
wielkim gmachu izby sądowéj, podczas przerwy posiedzenia, sędziowie
i prokurator zebrani w gabinecie Iwana Jegorowicza Szebeka,
rozmawiali o sławnéj sprawie Krasowskiéj. Teodor Wasiljewicz
dowodził gorąco niewinności oskarżonych, Iwan Jegorowicz był
zupełnie przeciwnego zdania, a Piotr Iwanowicz, nie biorąc od
początku udziału w dyspucie, przeglądał od niechcenia świeżo
przyniesione gazety.
- Panowie! - rzekł nagle, - Iwan Iljicz umarł.
- Czy podobna?
- Ot, czytaj pan, - rzekł, wyciągając rękę ze świeżym,
pachnącym farbą drukarską numerem w stronę Teodora Wasiljewicza.
W czarnéj obwódce wydrukowane było: "Praskowia Teodorówna
Gołowina, z głębokim smutkiem zawiadamia krewnych i znajomych o
śmierci ukochanego małżonka, Iwana Iljicza Gołowina, członka izby
sądowéj. Eksportacya zwłok nastąpi w piątek, 4 lutego, o godzinie
pierwszéj po południu."
Iwan Iljicz był ogólnie lubianym i poważanym kolegą
wszystkich zgromadzonych. Chorował już od kilku tygodni, i mówiono,
że stan jego jest beznadziejny. Dotąd pozostawał na służbie,
przebąkiwano jednak, że w razie śmierci, Aleksiejew ma być
naznaczony na jego miejsce, - na miejsce zaś Aleksiejewa Winnikow,
albo Sztabel.
Teraz więc pierwszą myślą każdego z zebranych w gabinecie
było mimowolne pytanie, w jaki sposób śmierć Iwana Iljicza wpłynąć
może na awanse i tranzlokacye ich samych lub ich znajomych.
- Teraz, z pewnością otrzymam miejsce Sztabla lub Winnikowa,
- pomyślał Teodor Wasiljewicz. - Dawno mam to obiecane, a awans ten
znaczy dla mnie 800 rubli dodatku, oprócz kancelaryi.
- Trzeba będzie wystąpić o przeniesienie szwagra z Kaługi, -
pomyślał Piotr Iwanowicz. - Żona ucieszy się bardzo. Nie będzie już
mogła mówić, żem nigdy w niczem nie dopomógł jéj krewnym.
- Ja bo myślałem zawsze, że on się już nie podniesie, -
rzekł głośno Piotr Iwanowicz. - Szkoda go!
- Co mu właściwie było?
- Doktorowie sami nie wiedzieli. A może i wiedzieli, ale się
nie zgadzali na jedno. Kiedy widziałem go raz ostatni, można było
przypuszczać, że ma się lepiéj.
- Ja go nie widziałem już od samych świąt. Wybierałem się,
wybierałem i jakoś zeszło.
- Czy miał majątek?
- Coś bardzo niewielkiego po żonie. Ale to drobnostka.
- Trzeba tam będzie zajrzéć. Strasznie daleko mieszkają.
- To znaczy: daleko od pana. Od pana wszędzie daleko.
- Nie może mi darować, że mieszkam za rzeką, - uśmiechając
się do Szebeka, odparł Piotr Iwanowicz.
I zaczęli mówić o odległości różnych punktów miasta, a
późniéj udali się na posiedzenie.
Oprócz wywołanych z powodu tego zdarzenia domysłów o
przeniesieniach i możliwych zmianach w hierarchii urzędniczéj, sam
fakt śmierci blizkiego znajomego wywołał pomiędzy tymi, którzy już
dowiedzieli się o niéś, mimowolne, zwykłe w takim razie, uczucie
radości.
- On umarł, a mnie, Bogu dzięki, jeszcze to nie zagraża, -
mówił sobie jeden i drugi. Bliżsi zaś znajomi, tak zwani
przyjaciele Iwana Iljicza, pomyśleli także, że wypada im spełnić
nudną, lecz nakazaną względami przyzwoitości powinność: pojechać na
nabożeństwo żałobne i złożyć wdowie kondolencyjną wizytę.
Najbliższymi znajomymi nieboszczyka byli: Teodor Wasiljewicz
i Piotr Iwanowicz.
Piotr Iwanowicz był kolegą zmarłego jeszcze z instytutu, i
uważał się za obowiązanego mu niejednokrotnie.
Przed gankiem mieszkania Iwana Iljicza stała kareta i dwie
dorożki. W przedpokoju, tuż koło wieszadła, wieko metalowéj trumny
przybrane suto galonami, oparte było o ścianę. Dwie damy w żałobie
zdejmowały okrycia. Jedna - siostra Iwana Iljicza, druga - obca.
Szwarc, kolega Piotra Iwanowicza, schodził właśnie ze wschodów,
prowadzących do górnych pokojów. Zobaczywszy wchodzącego, zatrzymał
się w pół drogi i spojrzał na niego znacząco, jakgdyby chciał
powiedzieć: "Głupio się urządził Iwan Iljicz; my nie tacy, nie
prawdaż?"
Twarz Szwarca, okolona angielskiemi bokobrodami miała zwykły
swój wyraz wyszukanéj, uroczystéj nieco powagi. Uroczystość ta,
stojąc w zupełnéj sprzeczności z żartobliwém jego usposobieniem, w
tym razie wyglądała szczególniéj zabawnie.
Piotr Iwanowicz puścił naprzód dwie damy i sam udał się
zwolna za niemi. Szwarc nie schodził, lecz oczekiwał go na
wschodach. Piotr Iwanowicz zrozumiał dla czego: oczywiście, chciał
się porozumieć w kwestyi wieczornego winta. Damy, wszedłszy na
wschody, skierowały się ku pokojowi wdowy, a Szwarc, stojąc wciąż w
jednéj pozycyi, z rękoma skrzyżowanemi na piersiach, z miną poważną
i żartobliwém spojrzeniem, wskazał Piotrowi Iwanowiczowi drzwi na
prawo, prowadzące do pokoju zmarłego.
Piotr Iwanowicz wszedł tam, sam nie wiedząc, jak to się
zwykle zdarza, co ma z sobą zrobić. Jedno wiedział na pewno: że
żegnać się w podobnym wypadku nigdy nie zawadzi. Co się tycze
pokłonów nie był zupełnie zdecydowany, i dlatego wybrał drogę
pośrednią: znalazłszy się w pokoju, zaczął się żegnać, zlekka
pochylając głowę. Równocześnie, o ile mu pozwalały poruszenia rąk i
głowy, rozglądał się wkoło. Dwaj chłopcy, jeden w gimnazyalnym
mundurze, prawdopodobnie krewni zmarłego, żegnając się, wychodzili.
Jakaś staruszka stała w pośrodku nieruchoma, a nieznajoma dama, z
podniesionemi w szczególny sposób brwiami, szeptała jéj coś do
ucha. Diak, w nowym surducie, śmiały i pewny siebie, czytał z
otwartéj książki tonem niedopuszczającym żadnego zaprzeczenia.
Chłopiec kredensowy, Herasim, na palcach zbliżył się do Piotra
Iwanowicza, i tuż przy jego nogach posypał czémś podłogę.
Spostrzegłszy to, Piotr Iwanowicz uczuł w téjże chwili lekki zapach
rozkładającego się ciała. Podczas ostatnich odwiedzin u Iwana
Iljicza, widział on tego chłopca w gabinecie, siedzącego przy
chorym, który był do niego bardzo przywiązany.
Nie przestając się żegnać, Piotr Iwanowicz bił zlekka
pokłony, pochylając się przytem w kierunku środkowym między trumną,
diakiem i umieszczonemi na stole, w rogu pokoju, świętami obrazami.
Potém, kiedy jednostajny ruch ręki wydał mu się już dosyć długo
trwającym, przestał się żegnać i spojrzał na twarz zmarłego.
Nieboszczyk leżał, jak leżą wszyscy nieboszczycy, ze
szczególną ociężałością, z ciałem opuszczoném bezwładnie na
posłanie trumny, z pochyloną raz na zawsze głową, wydatnym,
woskowym czołem, zapadłemi skroniami i nosem sterczącym po nad
górną wargą. Zmienił się bardzo, zeszczuplał jeszcze od czasu, gdy
Piotr Iwanowicz widział go po raz ostatni, lecz twarz, jak to
zwykle bywa po śmierci, wydawała się godniejszą i więcéj wyrazistą,
niż za życia. Twarz ta była jak gdyby potwierdzeniem tego, że to,
co się stało, stać się nieodwołalnie musiało, i że to było faktem
naturalnym. W wyrazie stężałych rysów tkwił jakby wyrzut, czy téż
przypomnienie dla żywych.
Przypomnienie to wydało się Piotrowi Iwanowiczowi zupełnie
na miejscu, przynajmniéj w zastosowaniu do niego. Zrobiło mu się
naraz dziwnie nieprzyjemnie. Nie namyślając się dłużéj, przeżegnał
się po raz ostatni, i trochę może za pośpiesznie, jak mu się samemu
zdawało, skierował się ku drzwiom.
Szwarc z cylindrem w obudwóch ręku, którym się bawił
niedbale po za plecami, oczekiwał na niego w przechodnim pokoju.
Jedno spojrzenie na jego starannie ubraną elegancką postać
podziałało orzeźwiająco na umysł Piotra Iwanowicza. Zrozumiał, że
Szwarc wyższym jest nad to, co ich otacza, i bynajmniéj się nie
poddaje przykrym wrażeniom. Cała jego osobistość zdawała się mówić:
"Smutny wypadek, który spotkał Iwana Iljcza, nie może być uważanym
za dostatecznie ważny dla naruszenia porządku zwykłych posiedzeń,
t. j. nie może nam przeszkodzić otworzyć świeżej talii w chwili,
gdy lokaj rozstawi stół i poda nieopalone świece. Wogóle niéma
najmniejszéj podstawy mniemać, aby wypadek ten miał być przeszkodą
w przepędzeniu dzisiejszego wieczoru w sposób równie przyjemny, jak
zwykle." W tym téż duchu szepnął coś przechodzącemu Piotrowi
Iwanowiczowi, proponując przyłączenie się do partyi u Teodora
Wasiljewicza.
Widocznie jednak losy nie chciały dać dzisiejszego wieczoru
siąść do kart Piotrowi Iwanowiczowi. We drzwiach, razem z innemi
damami, ukazała się Praskowia Teodorówna. Niewielkiego wzrostu,
pełna, i pomimo wszelkich usiłowań, nabierająca coraz więcéj tuszy,
w grubéj żałobie i koronkowym welonie, z tak samo dziwnie
podniesionemi brwiami, jak kobieta, którą widział stojącą przy
trumnie, zwróciła się do obecnych, i wskazując na drzwi pokoju
nieboszczyka, rzekła uroczyście:
- Proszę, nabożeństwo zaraz się zacznie.
Szwarc skłonił się w sposób nieokreślony, oczywiście, nie
przyjmując i nie odrzucając zaproszenia. Praskowia Teodorówna,
spostrzegłszy Piotra Iwanowicza, z westchnieniem zbliżyła się do
niego.
- Wiem, że byłeś pan prawdziwym przyjacielem Iwana Iljicza,
- rzekła, i spojrzała na niego, w oczekiwaniu odpowiedniéj tym
słowom akcyi. Piotr Iwanowicz wiedział, że, jak tam trzeba się było
żegnać, tak tutaj wypadało ująć rękę wdowy, westchnąć i powiedziéć:
- Proszę mi wierzyć!...
I tak uczynił. A uczyniwszy, uczuł, że cel został
osiągnięty, że wzruszenie udzieliło się im obojgu.
- Pozwól pan, nim się zacznie, chciałabym z panem pomówić. -
rzekła wdowa. - Podaj mi rękę.
Piotr Iwanowicz ujął wdowę pod ręką i skierował się razem z
nią wewnątrz domu. Szwarc patrzył na to ze smutkiem. Jego
żartobliwe spojrzenie zdawało się mówić: "Oto mi wint! Innego
partnera chyba poszukamy. Może na piątego, jak się pan tutaj
załatwisz."
Piotr Iwanowicz, pod wpływem tego spojrzenia, posmutniał
jeszcze więcéj i westchnął po raz drugi, za co Praskowia Teodorówna
z wdzięcznością ścisnęła mu rękę.
Wszedłszy do salonu, z różowém obiciem i matową lampą,
zasiedli oboje przy stole: ona na kanapie, a Piotr Iwanowicz na
małym, zrujnowanym foteliku. Praskowia Teodorówna chciała wprawdzie
temu przeszkodzić i już miała mu wskazać inne, wygodniejsze
miejsce, ale po małym namyśle uznała, że w jéj położeniu byłoby to
niewłaściwém.
Siadając, Piotr Iwanowicz przypomniał sobie, jak Iwan Iljicz
urządzał ten salon, jak się sam wszystkiém zajmował,
niejednokrotnie pytając go o radę.
Tymczasém wdowa, przechodząc koło stołu, aby się dostać do
kanapy, zaczepiła welonem o wystający kawałek uszkodzonéj rzeźby.
Piotr Iwanowicz poruszył się, aby jéj dopomódz, lecz zepsute
sprężyny krzesła, skrzypiąc, zaczęły podnosić się z nim razem, co
wydawało mu się do tego stopnia niewłaściwém, iż usiadł
czémprędzéj, przygniatając buntownicze krzesło. Praskowia
Teodorówna sama odczepiła welon, usiadła na kanapie, i wyjąwszy
świeżą batystową chusteczkę, zaczęła płakać.
Wypadek z welonem i walka ze skrzypiącém krzesłem, znacznie
ochłodziły wzruszenie Piotra Iwanowicza; siedział teraz milczący i
nachmurzony. Wejście Sokołowa, kredencerza Iwana Iljicza, który
przyszedł zameldować pani, iż miejsce, wybrane przez nię na
cmentarzu, będzie kosztowało rs. 200, przerwało trochę niezręczne
położenie. Wdowa przestała płakać, i miną ofiary spojrzawszy na
Piotra Iwanowicza, zauważyła po fraucuzku, że jest jéj "bardzo
ciężko." Piotr Iwanowicz odpowiedział milczącém skinieniem, które
miało oznaczać nietylko, że jest o tém najzupełniéj przekonany, ale
że to nawet nie może być inaczéj.
- Może pan zapalisz, - rzekła łaskawym i razem zgnębionym
tonem, i zaczęła rozmawiać z Sokołowem.
Paląc, Piotr Iwanowicz słyszał, jak wypytywała go
drobiazgowo o cenę gruntu, i jak wybrała wreszcie, co uważała za
najstosowniejsze. Potém wydała jeszcze bardzo szczegółowe
rozporządzenie co do śpiewaków.
Sokołow wyszedł.
- Zajmuję się wszystkiém sama, - rzekła, przesuwając leżące
na stole albumy; a zauważywszy, że papieros zagraża mahoniowemu
blatowi, pośpieszyła z podaniem popielniczki. Potém westchnęła.
- Skłamałabym, mówiąc, że przy całym żalu nie mogę się
zajmować sprawami praktycznemi, - zaczęła znowu. - Przeciwnie,
jeżeli wogóle może mnie co pocieszyć... rozerwać chociaż, to chyba
te jedne starania, odnoszące się jeszcze do niego.
I znów wydobyła chusteczkę; ale, jakby przezwyciężywszy
wzruszenie, wyprostowała się energicznie i mówiła daléj:
- Mam do pana interes.
Piotr Iwanowicz skłonił się z wysiłkiem, powstrzymując
skrzypienie buntujących się sprężyn.
- W ostatnich dniach biedak strasznie cierpiał.
- Bardzo cierpiał? - spytał Piotr Iwanowicz.
- Okropnie! W ostatnich, nie miuutach, ale godzinach
krzyczał bezustannie. Trzy doby z rzędu, nie przestając ani na
chwilę, krzyczał i jęczał. Było to nie do zniesienia. Nie pojmuję,
jak ja to wszystko przetrwałam. W trzecim pokoju słychać było
jeszcze. Ach! co ja zniosłam!
- A czy był przytomny? - spytał Piotr Iwanowicz.
- Tak - wyszeptała, - do ostatniéj chwili. Pożegnał się z
nami na kwadrans przed śmiercią, a nawet prosił, aby wyprowadzić
Władzia.
Myśl o cierpieniach człowieka, którego znał tak dobrze,
początkowo małym chłopcem, późniéj wyrostkiem, wreszcie dorosłym
mężczyzną, pomimo całéj komedyi, którą grał, i fałszu, wiejącego z
każdego słowa téj kobiety, przeraziła Piotra Iwanowicza.
Przypomniał sobie martwe, woskowo-gładkie czoło zmarłego, sterczący
nos, wzdrygnął się mimowoli.
- Trzy doby okropnych cierpień i śmierć! Ależ to każdéj
chwili, zaraz i mnie spotkać może, - pomyślał i wzdrygnął się
ponownie. Jednocześnie przecież pocieszyła go myśl, że to spotkało
nie jego, lecz Iwana Iljicza, że jego spotkać to nawet nie może,
nie powinno, i że poddając się podobnym wrażeniom, rozstraja się
tylko niepotrzebnie. Po takiém rozumowaniu uspokoił się prawie
zupełnie, i z wielkiém zajęciem dopytywać się zaczął o szczegóły
śmierci Iwana Iljicza, jak gdyby śmierć była zdarzeniem, właściwém
tylko temu ostatniemu, jego, Piotra Iwanowicza, nie dotyczącém
wcale.
Po dość długiéj rozmowie o istotnie strasznych cierpieniach
Iwana Iljicza, o których Piotr Iwanowicz dowiadywał się tyle, o ile
oddziaływały na nerwy Praskowii Teodorówny, wdowa uznała za
stosowne przejść do interesu.
- Ach! Piotrze Iwanowiczu! jak mi ciężko, jak ciężko, jak
bardzo ciężko! - zaczęła i rozpłakała się.
Piotr Iwanowicz, w oczekiwaniu koniecznego w tych razach
utarcia nosa, milczał i wzdychał wymownie.
Po chwili, wdowa otarła nos i oczy, stłumiła ogarniające ją
wzruszenie, i po pewnych omówieniach wypowiedziała nareszcie to, o
co jéj widocznie głównie chodziło. Interes zasadzał się na tém, aby
z powodu śmierci męża, uzyskać od rządu, tytułem wsparć i kosztów,
jak najwięcéj pieniędzy. Ale widać było jednocześnie, że Praskowia
Teodorówna zbadała już tę sprawę gruntownie, że wie więcéj od
niego, i że wszystko, co można było uzyskać, ona już uzyskała.
Piotr Iwauowicz zastanowił się, pomyślał przez chwilę,
bąknął o niewłaściwéj w podobnych wypadkach oszczędności rządu, i
przyznał, że nic więcéj zrobić już niepodobna.
Wdowa westchnęła i zaczęła myśléć o pozbyciu się
bezużytecznego gościa. On to zrozumiał, zagasił papierosa, wstał,
pożegnał się i wyszedł do przedpokoju.
W jadalni, w któréj duży starożytny zegar, ulubieniec
nieboszczyka, przypomniał mu znów przyjaciela, Piotr Iwanowicz
znalazł już księdza, kilku znajomych, przybyłych na nabożeństwo
żałobne, i córkę Iwana Iljicza, młodą, ładną, panienkę.
Wysoka i szczupła, wydawała się jeszcze szczuplejszą w
żałobie. Twarz jéj miała wyraz ponury, zdecydowany, prawie gniewny.
Ukłon, którym powitała Piotra Iwanowicza, był sztywny i niechętny.
Za nią, z równie obrażoną miną, stał młodzieniec, znajomy Piotra
Iwanowicza sędzia śledczy, podobno jéj narzeczony.
Piotr Iwanowicz skłonił się im w milczeniu i chciał przejść
do pokoju zmarłego, gdy naraz w kącie spostrzegł małego gimnazistę,
syna Iwana Iljicza, rażąco podobnego do ojca. Był to mały Iwan
Iljicz, taki, jakim go Piotr Iwanowicz pamiętał jeszcze w szkołach.
Oczy chłopca były zapłakane, wyraz twarzy zakłopotany i chmurny.
Piotr Iwanowicz przywitał go skinieniem głowy i przeszedł do pokoju
zmarłego.
Zaczęło się nabożeństwo: blask świec, zapach kadzidła, jęki,
płacze, łkania.
Piotr Iwanowicz stał nieruchomy, nie patrząc na
nieboszczyka i do samego końca nie poddając się przygnębiającym
wrażeniom. Wyszedł najpierwszy. W przedpokoju nie zastał nikogo.
Chłopak kredensowy, Herasim, wybiegł z pokoju zmarłego, silnemi
rękoma przerzucił cały stos okryć, wyszukał futro Piotra
Iwanowicza, strzepnął i podał.
- I cóż Herasim? - rzekł, aby coś powiedziéć, Piotr
Iwanowicz. - Żal? Szkoda?
- Wola bozka. Wszyscy tam będziemy, - odparł Herasim,
wyszczerzając białe, silne, prawdziwie chłopskie zęby.
I, jak człowiek bardzo zajęty, wypadł na ulicę, zawołał
stangreta, wsadził Piotra Iwanowicza, śpiesząc z powrotem, jakby mu
wiele jeszcze zrobić należało.
Piotr Iwanowicz, znalazłszy się w karecie, doznał prawdziwéj
rozkoszy, mogąc odetchnąć nareszcie świeżém, czystém powietrzem, po
zmieszanych zapachach kadzidła, rozkładającego się ciała i karbolu.
- Dokąd pan każe? - spytał stangret.
- Nie późno jeszcze. Wstąpię do Teodora Wasiljewicza.
Kareta ruszyła.
Piotr Iwanowicz zdążył pod koniec pierwszego robra, w sam
czas właśnie, aby się zapisać na piątego.