3
Tej nocy impreza przy ognisku była wyjątkowo udana. Ciotka z zaświatów
albo ktoś inny, tego nie byli pewni, przyniósł świetną kiełbasę, była
tak pyszna, że Maniutka trzeba było wyławiać z jeziorka, jeden z biwakowiczów prawie skręcił sobie kark, a Księżna dostała biegunki i została nawiedzona. Ciotka z zaświatów poddała jej pomysł na całkiem
spory zarobek, który nie wymagał pracy i nakładów.
W międzyczasie trzy razy wzywano karetkę, w tym dwa razy do Maniutka,
raz po tym, jak się topił, drugi - po tym, jak dopadła go matka i skatowała za kradzież kiełbasy rurą od odkurzacza. Naprawdę skatowała,
tym bardziej że się nie bronił.
- Musicie się zabezpieczyć! - krzyczała, powodując dziki chichot
obecnych, choć w sumie ten chichot wywoływała raczej kiełbasa. - To
się źle skończy! Przecież ciotka z zaświatów zrobi wszystko, żeby tu się
stało coś strasznego. To będzie masakra!
- Właśnie - stwierdziła z oddali, choć głośno, kobieta w papilotach,
nie była naga, ale z daleka i tak nie było widać. - Wszyscy się tu
wymordują!
Niestety, miała wiele racji.
Może to było przeczucie, a może życzenie albo - jak mówili niektórzy
- to ona sama była ciotką z zaświatów, w każdym razie już kilka dni
później korytarze pałacu i ziemia dookoła jeziora spłynęły krwią, a zwłoki...
Ale po kolei...
Blogowisko było wytworem internetu oraz, co tu dużo mówić, sił
nieczystych. Zresztą wszelkich możliwych sił, bo było czymś, co
zaistnieć musiało.
Pewne rzeczy i zdarzenia są po prostu nieuniknione, choć wydawać by się
mogło, że można ich uniknąć. Nic bardziej mylnego.
Internet sam w sobie jest czymś wirtualnym, ale wspomaga się
rzeczywistością, a rzeczywistość coraz mniej istnieje bez internetu.
Jedno zahacza o drugie, zazębia się i jest odzwierciedleniem drugiego.
Kanapka o wiele lepiej smakuje po wstawieniu jej zdjęcia na Instagram, a nowe buty bez zdjęcia na Facebooku po prostu nie istnieją i zdecydowanie lepiej się noszą, nawet jeżeli piją, uciskają i powodują
odcisk na odcisku.
Kiedyś taką funkcję pełniły niedzielne spacery, które dawały możliwość
spotkania wrednych koleżanek i napawania się ich zazdrością, która była
zbawienna, jeżeli chodzi o odciski i nagniotki. Teraz spacery to
anachronizm, wystarczy sieć.
I działa to w pełnej symbiozie - wszystko, co zaczyna być modne w internecie, natychmiast zaczyna pojawiać się w tak zwanym realu, a to,
co dzieje się w realu, bardzo pomaga rozwijać się temu, co wirtualne.
I nie dotyczy to tylko ciuchów czy mody w pojęciu ogólnym.
To dotyczy wszystkiego.
Kuchni, literatury, makijażu, a nawet skłonności do piromanii.
Rapacholin chciał zawładnąć internetem tak, jak internet zawładnął nim.
Być kimś, a może nawet zacząć sobie odrobinę w nim królować, a tu
zasięgi spadały. Leciały na potęgę. Potrzebował pomocy.
- No dawaj, mów, gadaj! - zadzwonił do kolegi, dość odjechanego i nieco oderwanego od rzeczywistości gostka, który jednak potrafił dobrze
doradzić we wszelkich dziedzinach. Robił świetne memy, a nawet
produkował większość durnych cytatów przypisywanych Paulowi Coelho, choć
czasami przesadzał.
- Albo komp, albo dupa! - oświadczył, co Rapacholin wziął sobie do
serca.
- Masz rację, to jest genialne! - zawołał.
I tak pomyślał, a potem przyjrzał się swojemu komputerowi. No,
powiedzmy, najlepszy nie był, kosztował ledwie piętnaście tysięcy, bo
Księżna była skąpa. Rapacholin zapłakał rzewnymi łzami nad swoją dolą.
Jak miał pracować na rzęchu? Wziął komputer z niechęcią w obie ręce i z obrzydzeniem wyrzucił go przez okno. Z obrzydzeniem, ale i z rozmachem.
To była jego wina, tego gównianego laptopa! Profesjonaliści na gównie
nie pracują, tak zdecydował.
Wrzask pod oknem jeszcze go w tym upewnił.
Przechodząca przypadkiem pod oknem kobieta popatrzyła w górę trochę
niechcący. Świetlisty dysk, który leciał w jej kierunku, wirując i skrząc się w słońcu, przywalił jej tak mocno, że zemdlała. Straciła też
dwie górne jedynki, ale to nic w porównaniu z poczuciem rzeczywistości.
Księżna miała głowę na karku, kazała jej zapłacić za porysowaną obudowę
laptopa.
- Gdzie z zębami?! To jest elektronika, kobieto! - oświadczyła,
głaszcząc laptopa czule i przy okazji wyliczając straty, które opiewały
na trzydzieści tysięcy, bo doszły i moralne.
Turystka oczywiście zapłaciła, ale czuła się zachipowana.
W końcu to był kosmiczny laptop.
Kolejny telefon do znajomego sprowadził Rapacholina na dobre tory.
- Albo komp, albo dupa! - znów powiedział mu doradca. I Rapacholin
znów wziął sobie te słowa do serca.
- Masz rację, to jest genialne! - podziękował i natychmiast pobiegł
wyrzucić przez okno przygruchaną niedawno dziewczynę.
O mało nie skończyło się to katastrofą, na szczęście wystarczył gips.
Dziewczyna była waleczna, dwa lewe sierpowe załatwiły Rapacholina na
cacy, a schody pod domem, na które go zrzuciła, dały mu kilka tygodni
przymusowego wypoczynku.
I tu pomogły Księżna oraz ciotka z zaświatów. Księżna postraszyła
dziewczynę oskarżeniem o usiłowanie zabójstwa, ciotka interwencją siły
wyższej. Dziewczyna uciekła nocą.
Księżna Władzia i ciotka z zaświatów były jak najbardziej realne. Jedna
trochę bardziej, druga trochę mniej, ale jednak... Księżna nie była żadną
księżną, miała jednak włości, czyli całkiem spory dom i kilka hektarów
terenu wraz z jeziorem.
Leżało to niejako odłogiem, bo w zasadzie na siebie nie zarabiało, a powinno.
Księżna nie zmierzała jednak do zarabiania w sposób zwyczajny,
standardowy czy oczywisty. Jej chodziło o nieco inną działalność, taką,
która - ocierając się o dobroczynność - byłaby dobroczynna i dla
niej.
Ciotka z zaświatów objawiała się zazwyczaj tylko Księżnej i podpowiadała
jej, co ma robić, a że były skłócone i całkowicie nienormalne, wpadały
na coraz to dziwniejsze i bardziej niezwykłe pomysły, z których kilka
skończyło się makabrą.
Ich komitywa nie powinna była zaistnieć, gdyż Księżna i ciotka nie
pałały do siebie miłością. Zresztą sama kwestia pałania lub nie była
utrudniona ze względu na stan skupienia ciotki z zaświatów. Była w zasadzie nieżywa, to znaczy nie tylko w zasadzie: w ogóle była nieżywa,
martwa i pochowana. Dla jednych nie istniała, dla innych trochę jednak
tak. Ludzie wierzą w różne dziwne rzeczy. Niektórzy twierdzili, że
ciotka jest duchem albo zjawą, ale to akurat pewne nie było. Mogła być
po prostu wytworem tej czy innej chorej wyobraźni, jakiejś zbiorowej lub
osobistej histerii, mitem, legendą albo ziszczającą się przepowiednią.
Rapacholin, któremu leżały na wątrobie popularność i spadek w dziedzinie
atencji, a właściwie nie spadek, ale poważna klapa, był pociotkiem
Księżnej (chyba był, co nie zostało udowodnione, niektórzy uważali go za
jej kochanka, ale to, co uważają ludzie, nie zawsze jest prawdą) i razem
z nią usiłował wszystko naprawić.
Bycie lub niebycie pociotkiem Księżnej nie miało znaczenia, bo się
lubili, odbierali na tych samych falach, pragnęli mniej więcej tego
samego i doskonale się dogadywali oraz, co nie bez znaczenia,
uzupełniali.
- No dawaj, mów, gadaj! - zwrócił się tym razem do Księżnej, bo
uziemiony gipsem trochę nie miał wyboru.
- Albo komp, albo dupa! - oświadczyła tym razem Księżna, co do
chłopaka nie za bardzo przemówiło, bo już tak jakby gdzieś to słyszał.
- Zbieraj się i zróbmy jakąś imprezę, jakiś deal, jakieś zamieszanie.
Bez tego dupa blada, komp nie pomoże, nawet gdyby był ze złota!
Wreszcie zrozumiał przesłanie.
Rapacholin rzadko się odurzał, a kiedy był w gipsie, nawet rzadziej, ale
miewał trudności w rozumieniu czasami podstawowych spraw.
Tym razem zrozumiał, że albo się zabierze za komputer, albo będą
kłopoty.
Język polski bywa trudny!
Rapacholin przeprosił stary, zdezelowany i porysowany zębami komputer i zaczął działać. Tylko że tym razem to komputer się obraził. Najpierw
padła bateria, potem twardy dysk, potem komputer znów wylądował za
oknem, ale tym razem z Rapacholinem, który - łapiąc zasięg - za
bardzo się wychylił.
W sumie nawet nic się nie stało, tylko gips trzeba było zakładać od
nowa.
Księżna bez Rapacholina była smutną starszą panią okutaną w szal z czaszkami, który nosiła prawie zawsze i wszędzie, a on bez niej -
Janem bez Ziemi. Choć, niestety, nie tym historycznym. Jego rodzice -
tak samo jak Irlandczycy w odniesieniu do Jana bez Ziemi - uznali, że
jest źle wychowanym dzieckiem, z którego nic dobrego wyrosnąć nie może.
Zapomnieli wyraźnie, kto go wychowywał. Inną sprawą było to, do czego
dążyli, a te dążenia się rozmijały. Rodzice chcieli, żeby miał nudną,
ciężką, słabo płatną, ale stabilną pracę, on chciał zarabiać krocie i się przy tym nie męczyć.
- Mamo, tato, jesteście dinozaurami. Po co mi ta męka?? Ja chcę być
kimś!
- No, ale kim, synku? - zapytała zaniepokojona matka, która znała
swoje jedyne dziecko.
- Zostanę patostreamerem!
To bardzo matkę ucieszyło.
- Lekarz to zawsze lekarz - powiedziała z westchnieniem - choć
ginekolog ma lepiej. Żywe ludzie są chociaż ciepłe! - dodała i uspokoiła się całkowicie. Tylko nie wiedziała, jak sąsiadkom powiedzieć,
że syn się w umarlakach babrze.
Dla Rapacholina sposobem na zarabianie była sieć, ale ostatnio szczęście
w banknotach jakoś go, niestety, opuściło.
Blog mu padł. Nie, że jakoś tak na chwilę czy coś, ale chłopak zaliczył
poważny dół w liczbie odwiedzających. Ostatnimi czasy wchodziło do niego
ledwie sto, dwieście osób dziennie, a i ta liczba spadała, zdarzały się
dni, kiedy miał tylko dziesięciu odwiedzających. Nieważne, co robił, jak
kombinował, gdzie się promował. Mogła to być wina cięcia zasięgów przez
Facebooka albo po prostu ludzie się Rapacholinem zwyczajnie znudzili.
Boże, jak to bolało!
To było nie do zniesienia i chłopak zaczynał mieć już myśli blogobójcze,
takie w stylu "rzucić to w diabły i zająć się czymś innym!". Niestety,
nie miał innych pomysłów na życie, kwalifikacji też w sumie nie, kochał
być blogerem! On chciał w tej dziedzinie działać i na tym zarabiać.
Reanimacja bloga nie powiodła się ani po tym, jak pokazał zdjęcia z urodzin, na których połowa gości zaliczyła zgon, ani kiedy zrobił wywiad
z bardzo znaną w internecie twórczynią zabawek seksualnych z modeliny i masy solnej, choć rzeczywiście miał wtedy trochę więcej wejść, bo
modelina działała jako tako, ale masa solna się nie sprawdziła i kilka
osób chciało za wszelką cenę pozwać kogoś za obrażenia.
Gdyby chociaż jego, to byłoby w miarę w porządku, bo nikt by go nie
skazał, a sława by poszła w ruch. Niestety...
Nikt go nie pozwał, nie obraził, nawet nie wyzwał.
No, poza turystką, która straciła zęby na laptopie, ale od razu wyszło,
że nawiedzona, bo twierdziła, że laptop ją zachipował, i, niestety, to
ona zyskała całe mnóstwo zainteresowania jego kosztem.
To było bardzo deprymujące.
Podpalenie kilku śmietników i samochodu sąsiada też niewiele dało,
dostał tylko po kieszeni, kiedy filmiki dotarły do policji.
Bo trzeba powiedzieć jasno - Rapacholin był blogerem
interdyscyplinarnym.
Mógł zajmować się wszystkim. Nie uciekał od kontrowersyjnych tematów.
Raz nawet napisał, że duży kuper u kobiet jest oznaką zdrowia i inteligencji.
Niby nic się nie stało, tylko w ciemnym zaułku w miasteczku ktoś go
napadł, skopał, rozbił mu głowę i powiedział, że kobiety nie mają mózgu
w pośladkach.
Ten ktoś pachniał Chanel nr 5, miał kręcone włosy i baseballa. Bolało.
Siniaki schodziły mu przez trzy tygodnie.
Zaszył się u Księżnej.
Rapacholinem został z powodu rapu, ale i tak nikt tego nie zauważał.
Prawdę powiedziawszy, chciał stać się kimś sławnym, tak żeby blog
praktycznie prowadził się sam i sam jakoś promował, promując przy tym i jego, nie wymagając jednocześnie od niego nakładów czasu, pracy czy
pieniędzy.
Rapacholin dwoił się i troił, ale to, co było darmowe, zupełnie mu nie
wychodziło i wymagało czasu, a więc darmowe (w zasadzie) nie było, bo
czas to pieniądz, a to, co było płatne, wymagało pieniędzy, których nie
miał.
Kombinował, miotał się, prosił, błagał, ale nic mu nie wychodziło.
Twórczyni zabawek seksualnych z modeliny i masy solnej musiał za wywiad
zapłacić, bo ona była sławna, tak więc nie wyszedł nawet na zero, a przecież chciał zarabiać.
Choćby na reklamach, ale porządnie, nie tak, że dwanaście złotych co
trzy miesiące, ale choć kilkadziesiąt tysięcy.
Wiedział, że przy pomocy ciotki z zaświatów i Księżnej będzie w stanie
tego dokonać, bo ciotka mu się przyśniła i powiedziała.
- Rapacholinku kochany, zajmij się, kochany, serem białym, a ja
zainteresuję się okablowaniem w malinowym chruśniaku. Deszcz i sperma na
grzybie siada.
Ciotka nie powinna była mu się śnić z wielu względów, także
praktycznych. Nie znał jej, a poza tym było coś jeszcze, co sprawiało,
że nie powinna, ale cóż - sen to sen, nikt nie ma wpływu na to, o czym
śni.
Bo mógł to być głupi wybryk własnego umysłu albo wtargnięcie na prywatne
tereny senne dokonane przez zjawę...
Sformułowanie "Rapacholinku kochany" bardzo go zaniepokoiło, gdyż z ciotką z zaświatów pokrewieństwo go nie łączyło żadne, a nawet w pewnym
sensie należał do osób, których ona, ta ciotka, powinna nienawidzić z całego serca.
Wraz z Księżną doszli do wniosku, że biały ser we śnie to zapowiedź
zarobku, okablowanie wywiadów telewizyjnych, a deszcz i sperma to
spływające na niego zaszczyty i kontakty. Oraz kontrakty.
Szczególnie sperma, bo jednak rzadziej się zdarza.
Fakt, że zapowiedziała mu to akurat ta konkretna zjawa, trochę go
przeraził z pewnych względów, ale wiadomo, ser to może być ser, ale też
ser.
- O kurczę, wiem! - wrzasnął. - Serem zostanę!
- Pleśniowym? - zapytała Księżna.
- Nie, kurwa, angielskim! Rozumiesz? Serem!
Należał do tych osób, które pewne sprawy traktują zdecydowanie
wybiórczo. On tak właśnie robił, w horoskopy nie wierzył, chyba że były
dobre, we wróżby tak samo, toteż sen zinterpretował na własną korzyść.
Malinowy chruśniak to miała być posiadłość Księżnej, a grzyb, wiadomo,
trująca zazdrość wredoty internetowej oraz wszelkich trolli, którzy będą
Rapacholina niszczyć, wynosząc go tym samym na szczyty popularności, bo
wiadomo, ważne tylko, żeby nie przekręcili nazwiska.
Poza tym hejt rodzi hejt, a więc generuje ruch. Ludzie i boty wyzywają
się, wkurzają i wynoszą cię niechcący na piedestały sieci. Potem ktoś
przenosi to dalej, przekręca wszystko, pokazuje gdzieś na jakimś
portalu, tam zaczyna się kotłować, a potem...
Tak można się dostać nawet do telewizji, a nawet do arystokracji!
I ta ciotka, martwa od lat, ale nadzwyczaj aktywna i w zasadzie
niebędąca jego ciotką, choć czyjąś na pewno, ten sen, Księżna, to
wszystko splotło się w jedno wielkie pragnienie sukcesu.
I to było waśnie to. Ten moment. Ta jedna chwila, która doprowadziła do
powstania blogowiska, a także pośrednio do morderstwa, o czym jeszcze
nikt nie wiedział, może poza ciotką z zaświatów, ale ona tę wiedzę
zachowała dla siebie.
4
Maniutek, jak już wspomniano, był wampirem trzeciej kategorii i bardzo
sobie to cenił. Nie był specjalnie wymagającym człowiekiem ani wampirem
zresztą też. Wszystko sobie cenił i to, że był wampirem, w sumie zawsze
to lepsze niż bycie alkoholikiem, i to, że właśnie trzeciej kategorii,
bo jednak to zawsze coś i jest możliwość awansu. Nie spał w trumnie, bo
oficjalnie uważał to za niezbyt wygodne, nieoficjalnie po prostu trumny
nie posiadał, nie pożywiał się ludźmi, a zwłaszcza kobietami,
przekonany, że cała ta filozofia, w której jeżeli kogoś ugryziesz, to on
się zamienia w wampira, jest nieco niedopracowana. Przecież jesteś tym,
co jesz, a nie tym, co je ciebie, więc stał się bardzo wybredny, ale tak
naprawdę bał się, że wyrosną mu piersi.
Co ciekawsze, nie obawiał się, że spleśnieje po serach pleśniowych ani
że zakwitnie po kalafiorze, nie mówiąc już o skrzelach, które mogłyby
pojawić się po zjedzeniu ryb.
Miał piersiową fiksację, fobię, ogólnie bał się kobiecych krągłości.
Tyłki, cycki i brzuchy go przerażały, ale cycki najbardziej. Zaczęło się
od tego, co przypadkiem usłyszał w kolejce w Biedronce. Chodziło o to,
że komuś wybuchły piersi w samolocie. Bardzo to wziął sobie do serca i od tej pory bał się, że skoro mogły w samolocie, to mogą i w supermarkecie. Na ulicy albo na przykład w windzie.
W przejściu podziemnym też.
Artykuły w mediach internetowych mnożyły się jak cycki (tfu, grzyby) po
deszczu i biły na alarm, powodując panikę oraz (u Maniutka) ataki
szaleństwa. Tytuły były bardzo sugestywne: Sztuczne piersi grożą
eksplozją, Wybuchowe piersi zabiły człowieka, Cycki zagłady, a nawet Wybuch w fabryce silikonu, co oczywiście przeraziło go
najbardziej, bo skoro takie cycki mogły zburzyć fabrykę, to mogły zmieść
z powierzchni ziemi Maniutka z przyległościami, czyli z całym miastem!
Ten wybuch śnił mu się po nocach. W sennych koszmarach widział już
efekty wybuchu takich bomb piersiowych. Uogólnienia, które zastosował,
zdecydowanie nieświadomie sprawiły, że tym bardziej unikał kobiet
biuściastych oraz że zastanawiał się, co mają w środku.
Kiedy przypadkiem jego wzrok przykuł jakiś biust, zaczynał się trząść,
ślinić i bełkotać. Maniutek, nie biust oczywiście. Natomiast jeżeli to
biust zaczynał się trząść albo podrygiwać (ze śmiechu na przykład),
Maniutka trzeba było zbierać z podłoża. Im większy biust, tym szybciej.
Zdecydowanie Maniutek urodził się w nieodpowiednich czasach. Kult
dużego, wypełnionego silikonem biustu, którego zdjęcia mniej lub
bardziej zawoalowane (choć zdecydowanie częściej raczej mniej) straszyły
Maniutka z każdej reklamy czy strony internetowej, nie mówiąc już o Instagramie, po prostu go przytłaczały i sprawiały, że ten
zwampiryzowany nieco osobnik uciekał. Unikał kobiet jak ognia.
Inna sprawa, że kobiety też go unikały, a więc możliwość ich gryzienia
(czy jakiejkolwiek innej konsumpcji, niekoniecznie wampirycznej) została
wykluczona w przedbiegach, bo Maniutek do przystojnych nie należał.
Z Maniutkowym wampiryzmem był jeszcze jeden problem. Chodziło o rozmnażanie. Jako człowiek zorientowany w temacie podejrzewał, że
wampiry rozmnażają się odgórnie, a nie oddolnie jak reszta ludzkości.
Inaczej mówiąc - paszczowo. To rozmnażanie paszczowe polegało na tym,
że ktoś gryzł kogoś, a tamten ktoś także się nagle wampiryzował. Nie
potrzebował do tego żadnych męskich przyrządów, żeńskich chyba też nie.
Czyli kły jadowe czy jakoś tak, znaczy to coś, co wampiry miały w ustach, zastępują narządy płciowe.
Brrr.
Maniutek już sobie wyobrażał o wiele za dużo. Nie chciał, żeby mu
wyrosły takie narządy w ustach, wolał do kobiet podchodzić starymi
metodami.
Nie był też elegancki - ani po ludzku, ani po wampirzemu. Nie
przesadzał z higieną, nie wyrywał włosów z uszu i nie czyścił paznokci,
przekonany, że skoro żyje nocą, a noc jest ciemna, to nie ma co z tym
przesadzać i że skoro nietoperze mają owłosione uszy, on też może.
Włosów z nosa nie usuwał, bo amerykańscy naukowcy ogłosili, że może to
doprowadzić do śmierci.
Światła dziennego unikał, ale do niczego nie było mu potrzebne, po
prostu wolał życie nocne. Pracować nie chciał, choć powinien. Jadał
kaszankę, parówki, burgery i wszelkie inne wysokoprzetworzone jedzenie,
po którym nic nie mogło mu wyrosnąć, choć raz w jakimś pasztecie znalazł
kurzy pazur i zaczął obawiać się, że wyrosną mu szpony.
Utrzymywała go matka, która wolała Maniutka w takim wydaniu niż w każdym
innym, a on wampirem został bardzo niedawno.
Wcześniej próbował różnych wcieleń. Spidermanem był tylko dwie godziny
plus sześć tygodni w gipsie, Batmanem jedną noc plus miesiąc w gipsie,
choć złamanym nosem straszył do dzisiaj.
Był też Shrekiem, kiedy się zatruł zepsutą kiełbasą, i wcale nie
chodziło o gazy, choć fakt, wydobywały się z niego odory iście bagienne,
ale o kolor, bo zzieleniał. Ogólnie tak jak Rapacholin chciał być kimś,
ale podchodził do tego od drugiej strony.
Bycie kimś stało się ostatnio zdecydowanie ważnym aspektem ludzkiej
natury, bo bycie sobą było już nie za bardzo korzystne.
I nieważne było, kim się jest, ważne, żeby się było kimś. To bycie kimś
wymagało pewnego zainteresowania ze strony otoczenia, a najlepiej dużej
liczby ludzi, niekoniecznie osób znanych osobiście. Ba, nawet lepiej,
żeby były nieznane, ciotki, matki, kuzyni i siostrzeńcy odpadali w przedbiegach.
Koledzy ze szkoły mogli oczywiście być, o ile do tej szkoły czasami się
chodziło, co w wypadku Maniutka nie miało (za bardzo) miejsca.
Jakiś czas temu został pogryziony (właśnie pogryziony, a nie ugryziony)
przez kleszcza i to dało mu przekonanie, że stał się wampirem (niższej
co prawda kategorii, ale jednak!). To dawało mu poczucie, że jest na
dobrej drodze, by zostać wreszcie kimś ważnym.
Ważni ludzie są postrzegani właśnie jako wampiry, bankowe, energetyczne
czy finansowe. Po prostu wszystko ciągną do siebie.
Ostatnio usłyszał, że jeden z pisarzy stał się wampirem wydawniczym, bo
zassał wszystkich możliwych wydawców dla siebie i nic, ale to absolutnie
nic nie zostawiał dla innych. I już nikogo wydawcy nie wydawali tylko
jego... A inni, odstawieni od wydawniczej piersi pisarze strasznie się
buntowali, ale że Maniutek o rynku wydawniczym pojęcia nie miał i książek nie czytał, więc o tyle go to obeszło, że na blogowisku był
jakiś pisarz. Konkurencja w wampirzym fachu.
Ewentualna, bo pisarza nie znał, więc nie wiedział, czy to ten jeden
konkretny wampir wydawniczy już zaistniały, czy może jakiś wampir
wydawniczy in spe, który dopiero dobija się do wydawców i zasypuje ich
tomami twórczości, licząc, że prędzej czy później ta twórczość go
stworzy, tak jak on stworzył ją.
Maniutek tworzyć nie chciał.
O tym, że został pogryziony, przekonał się pewnego dnia rano, po udanej
nocy. Idąc do łazienki, zauważył wyraźne ślady zębów i za nic w świecie
nie chciał uwierzyć, że pogryzł go ratlerek sąsiadki chłopaka, u którego
imprezował. Kiedy nad ranem spotkał pod blokiem rzeczonego ratlerka,
szedł na czworakach, padając gdzie popadnie, nic więc dziwnego, że pies
wziął go za konkurenta do swoich terenów wydalniczych.
I ta niepamiętna noc (bo jednak nic z niej z powodu upojenia
alkoholowego nie pamiętał) sprawiła, że poczuł się lepiej.
Maniutek do tego wszystkiego bał się jeszcze wielu innych rzeczy, bo
czytał nagłówki artykułów na stronach internetowych, ale nie czytał ich
zawartości, tak więc wraz z wiekiem i czytaniem rosła w nim panika i przekonanie o zagrożeniu, jakie czyha na niego z każdej strony.
Po artykule Najpierw katar, potem śmierć poszedł sobie amputować nos,
na szczęście mu się to nie udało. Artykuł, który wydawał się Maniutkowi
zapowiedzią katastrofy zdrowotnej, dotyczył kobiety, która kichnęła za
kierownicą i rozjechała jeża. Wiadomo, śmierć jeża też jest przykra, ale
on tego nie doczytał.
Po reportażu Trąd powrócił Maniutek wysmarował się maścią ichtiolową
- cały, włącznie z genitaliami, i schował do tapczanu, siebie, nie
maść. Nie doczytał, że chodziło o szympansy. Trądu nie dostał, ale
dopadła go straszliwa, wielobarwna, potwornie sącząca się reakcja skórna
na maść.
I tak miał szczęście, bo początkowo zamierzał ją jeść.
Po nagłówku (bo jak już wiadomo, artykułów nadal nie czytał) Matka
zjadła pupcię niemowlaka wpadł w taką panikę, że zaczął się bać własnej
matki, choć zdawał sobie sprawę (chyba), że niemowlakiem od dawna już
nie jest.
Tłumaczenie, że chodziło o tort na baby shower, nic nie pomogło.
Był typem zdecydowanie maniakalnym.
Tacy ludzie stanowią zagrożenie czasami nie tylko dla samych siebie,
choć początkowo uznawani są za sympatycznych, barwnych i uroczo
szalonych. Ludzie często zapominają, że szaleństwo to po prostu
szaleństwo, przy którym uroczy może być nawet pająk ptasznik, ale to
okazuje się dopiero później.
5
Blogowisko miało być miejscem spotkania blogerów wszelkiej maści, ale
docelowo najbardziej tych książkowych. Piszących, czytających,
recenzujących książki, promujących je, a nawet czasami także tych
książki piszących, bo rozdział na tych, którzy tylko piszą o książkach
albo tylko te książki piszą, już dawno stał się anachronizmem. Teraz
każdy bloger książkowy przynajmniej marzy o pisaniu książek, a każdy
pisarz prowadzi przynajmniej reklamowego bloga, gdzie czasami promuje
książki innych pisarzy.
Rapacholin stwierdził jednak, że blogi książkowe w swoich literackich
światach nie są tak opiniotwórcze i gotówkogenne jak te lifestylowe czy
kulinarne, a on miał ochotę zaistnieć, a nie pisać książki, dlatego było
mu wszystko jedno, kto przyjedzie, byle byli to ludzie wielcy.
To znaczy wielcy zasięgami i liczbą wejść, a nie swoimi prywatnymi
osobowościami.
Tylko że to jest trochę masło maślane, jesteś piękny i bogaty, to jesteś
wielki, jesteś wielki, natychmiast stajesz się piękny i bogaty, choćbyś
miał pryszcze.
Kiedy jedna z instagramerek pokazała swoją wysypkę, której nabawiła się
z powodu uczulenia, bardzo wiele młodych kobiet zaczęło sobie w Photoshopie dorabiać pryszcze.
Jedna nawet na biuście. Media oszalały!
To była wysypka stulecia, a zaczęło się od zwykłej pomyłki. Znana
influencerka pochwaliła się, że ma uczulenie na kimchi, ostrą koreańską
i bardzo modną potrawę, ale słownik w telefonie kimchi zmienił na kicz,
a kto jak kto, ale każda licząca się blogerka (modowa, książkowa,
filmowa, a nawet lifestylowa) powinna na kicz być uczulona już od
urodzenia.
Wstydem było nie być uczulonym. Pryszcze były konieczne.
Jedna dziewczyna nawet poszła odrobinę za daleko - wysmarowała się
klejem i posypała kaszą gryczaną, którą potem ładnie powlekła fluidem.
Niestety, dostała uczulenia na klej, które akurat wyglądało paskudnie,
tak paskudnie, że nie mogła tego nikomu pokazać.
Jej egzema nigdy, niestety, nie stała się modna.
I to nawet dobrze, bo gdyby tak się stało, połowa influencerek obdarłaby
się ze skóry do żywego mięsa...
Wierząc w pomysł Rapacholina oraz biorąc pod uwagę senne sugestie ciotki
z zaświatów, Księżna Władzia udostępniła chłopakowi swój teren oraz
pałac, który pałacem był tylko z nazwy, ale był duży i mroczny. Posiadał
całe mnóstwo pokoi, a także spory barak mieszkalny, który kiedyś był
oborą, oraz miejsce na rozłożenie namiotów. Był także dostęp do
jeziorka, w którym spokojnie ktoś mógł się utopić.
Niespokojnie w sumie też.
Czasowo jednak jeziorko pełniło funkcję kibelka i toalety, co w niedługim czasie powinno zaowocować interesującymi wysypkami, biegunką i ewentualnie czyrakami.
Wbrew późniejszym przypuszczeniom Rapacholin na wypadek typu utonięcie
liczył tylko trochę, wiadomo: alkohol plus szaleństwo młodości jednym
dają szybki transport w zaświaty, innym wstęp na topki i ścianki.
A on wierzył, że zaświatowy świat ciotki, zmarłej lata temu, ale wciąż
obecnej i aktywnej, pomoże mu urządzić się wygodnie na tym świecie i sporo zarobić.
Ciotka nie musiała oczywiście nikogo topić, ale jakiś zawał czy
pomieszanie zmysłów spowodować mogła jak najbardziej, a to też mogło
odbić się szerokim echem o celebryckie ścianki.
Początkowo idea blogowiska jawiła się Księżnej i Rapacholinowi jako
luźne spotkanie grupy co znamienitszych blogerów, mocno podlane winem i nieco szalone, z którego wyniknie coś większego, to znaczy trochę zdjęć,
kilka wpadek i jakiś szum w internecie. Potem Księżna, podobno za
poduszczeniem ciotki (której wierzyć z pewnych względów nie powinna, a która jej się notorycznie objawiała), zaproponowała, że można by to
zrobić o wiele lepiej.
Zorganizować jakieś wywiady, wykłady, spotkania, zrobić własne ścianki,
a do tego coś wykombinować w zakresie integracji, na przykład kilka
konkursów i zabaw.
- Byle nie na poziomie imprezy urodzinowej dziesięciolatka! -
zastrzegł Rapacholin, oczyma duszy widząc wygłupy z balonami albo bieg w workach, z którego mogło wyniknąć kilka interesujących wypadków.
I właśnie tak to się zaczęło.
Księżna wymyśliła grę ze zbrodnią.
Każdy zna takie gry miejskie, wiejskie i nijakie. Poszukiwanie czegoś
albo kogoś, a najbardziej mordercy.
- Rapacholinku kochany, każdy to pokocha - oświadczyła, jak zazwyczaj
przekonana o tym, że ma rację. Rapacholinowi było wszystko jedno, co kto
pokocha, byle to dawało jakieś wymierne korzyści, w tej chwili jeszcze
nie finansowe, ale wkrótce może tak.
Roztoczyła przed nim wizję zabawy, która wciąganie wszystkich, a nawet
pozwoli im się rozwinąć intelektualnie.
Jakieś zagadki, kalambury, aluzje, a przy tym nocne chaszcze i wykrywanie mordercy przy świetle księżyca.
Chłopak od razu się zgodził, wiedząc, jak jest. Jeżeli jest gra ze
zbrodnią, to i zbrodnia może się trafić, a o ile to nie on byłby
mordercą, to odniósłby z takiej zbrodni wielką korzyść.
Zresztą nikomu źle nie życzył.
Zrobił lekkie rozeznanie w internecie. Chciał zaprosić grupę blogerów
książkowych, z naciskiem na tych czytujących także kryminały, ale potem
zdecydował, że niech to pójdzie własnym torem, dał sygnał, a potem
czekał. Zrobił się genialny melanż.
Kiedy wszystko zaczęło się klarować, miał taką ilość chętnych, że mógł
wybierać.
Czuł się niemal demiurgiem, przeglądając profile chętnych i odrzucając
oferty blogerów zbyt łagodnych, zbyt spokojnych czy zbyt ugodowych.
Teraz blogowanie to nie jest zajęcie dla różowych króliczków, no chyba
że ma się pyszczek pełen ostrych jak sztylety zębów, z których ściekają
krew i jad.
Potem znalazł jakiegoś policjanta, który zgodził się bezpłatnie
opowiedzieć o śledztwach, blogera od trucizn, znanego i lubianego, który
też zgodził się wystąpić bez zapłaty, jakiegoś pisarza, który (to fakt,
pieniądze wziął, ale niezbyt duże) miał opowiadać, jak pisać recenzje, a może i książki.
Pisarz chciał początkowo zrobić swój autorski kurs pod tytułem: Do
niczego się nie nadajesz, chyba że urwiesz komuś jaja, na co Rapacholin
nie przystał, bo było zbyt sadomasochistyczne, a sadomasochizm nie ma
dobrej prasy.
Tak więc zmieniono to na Jak połknąć tę żabę i się nie zadławić, co,
niestety, nie przypadło do gustu miłośnikom zwierząt, weganom i przedstawicielom Towarzystwa Miłośników Żab.
Trzeci i ostatni pomysł to było: Jak zostać pisarzem, co wkurzyło
feministki. Poddał się.
Opracował grę leśną, ale i z tego zrezygnował po reakcji Księżnej.
- Podchody są dla dzieciaków! - skwitowała Księżna Władzia i Rapacholin musiał przyznać jej rację.
Potem wykombinował grę miejską, ale to też było do niczego. Nie mieli
pod ręką żadnego miasta, a na wsi miejskiej gry nie dało się
zorganizować. Niestety, wiejskiej też, bo gra wiejska za bardzo
kojarzyła się z seksem w stogu siana oraz widłami w tej części ciała,
która z tego stogu najczęściej wystaje.
Oraz z błotem, piwem i kombajnem.
W końcu postawił na grę w Kto zabił? To miała być najciekawsza gra, w której każdy, a może tylko większość uczestników, dostanie odpowiednie
role i według scenariusza zrealizuje zabawę, czyli zagadkę o zabarwieniu
makabryczno-filozoficznym z naciskiem na krew i ewentualne flaki. To
musiał jeszcze dopracować.
Scenariusz znalazł w sieci i chyba ukradł, bo nie był całkowicie pewien,
czy nie była to kradzież, ale i tak wszystko pozmieniał i dostosował do
własnych potrzeb i realiów.
Choć nie do końca. Pozmieniał podpisy i tytuły, dodał kilka przecinków i uważał, że to wystarczy.
Realia miały być współczesne. Nie zamierzał przebierać ludzi w stroje z epoki wiktoriańskiej ani bawić się w jakieś udziwnienia. Gra miała się
odbyć tam, gdzie byli. Tyle.
Ludzie mieli wylosować postać i się w nią wcielić. Do wyboru było
niewiele możliwości. Morderca, zamordowany, jakaś żona zamordowanego
albo mąż. Jakiś współpracownik, jacyś gapie, może ktoś jeszcze.
Najbardziej podobała mu się postać wrednej ciotki zamordowanego i zamierzał zostać nią sam, ale Księżna się obraziła, uważała, że ta rola
należy się jej z racji tego, że jest ciotką i że zdecydowanie jest
wredna.
Wciąganie do zabawy osób w wieku Księżnej nie bardzo mu pasowało, było
poniekąd obciachem, ale też nie mógł nic z tym zrobić. To ona była
właścicielką okolicy i rzeczywiście potrafiła być wredna.
Ona zresztą to w sobie lubiła i pielęgnowała, powtarzając, że woli być
wredna niż głupia. Ciotka z zaświatów wystąpić mogła jedynie jako duch i tak zadeklarowała swoją obecność, co początkowo Rapacholina
przestraszyło, a potem zachwyciło - w końcu zaświaty to gwarancja
niezłej zabawy.
No i posmaczek grozy, w której lubują się wszyscy, szczególnie w lesie,
nad jeziorem, przy ognisku i z promilami.
Było też kilka osób z obsługi, które miały grać same siebie. Ogrodnik
Jan Józef Konstanty miał grać ogrodnika. Maniutek miał grać Maniutka,
który się tacza nocami po terenie i liczy na drapane, czyli pije na
sępa. Dwie pokojówki, z których jedna była cudzoziemką i całkowicie nic
nie rozumiała, miały grać pokojówki, a kucharka wcielić się w kucharkę.
Pracowały tylko sezonowo, bo Księżna czasami lubiła udawać księżną, ale
ich płace były marne, więc z zabawy się ucieszyły.
Rapacholin został bez przydziału, ale postanowił wcielić się w postać
gapia i wszystkiego przypilnować.
W odróżnieniu od reszty miał wiedzieć, kto jest mordercą, tak więc
mógłby w razie potrzeby albo akcję przyspieszyć, gdyby szło zbyt wolno i wszyscy padali z nudów, albo zwolnić, podając fałszywe wskazówki, gdyby
gra zbyt szybko zmierzała ku końcowi.
Mógł oczywiście zorganizować warsztaty, co zresztą planował, miały to
być warsztaty Jak zamordować i pozbyć się zwłok, ale cudownie
bezpłatny policjant powiedział, że w czymś takim udziału wziąć nie może,
więc Rapacholin zamierzał coś takiego zrobić, powiedzmy, za rok albo
nawet wcześniej, o ile wszystko wypali.
W ostateczności zamierzał zmienić nazwę warsztatów i też jakoś sobie
poradzić.
Musiał wszystko dobrze przemyśleć i ogarnąć tak, żeby ludzie byli
zadowoleni, żeby pisali o dobrych stronach blogowiska (bo przecież nie o złych, a te jednak istniały), żeby robili mu reklamę (w sensie i jemu,
Rapacholinowi, i blogowisku, które mogło, gdyby wypaliło, przedzierzgnąć
się w imprezę cykliczną).
Musiał się jednak liczyć z kłopotami. Taka na przykład pogoda mogła nie
dopisać, a bieganie w deszczu pomiędzy namiotami to żadna przyjemność.
Pogoda też mogła dopisać za bardzo i sprawić, że ludzie będą się smażyć
w słońcu nad jeziorkiem zamiast cokolwiek robić.
Musiał się też liczyć z wszechobecną i mocno wszędzie podkreślaną
rywalizacją wśród blogerów, bo jednak mimo wszystko hekatomby nie
planował.
Dodatkowo, jak znał życie, warsztaty pod takim tytułem Jak zamordować i pozbyć się zwłok mogły spowodować pewne konsekwencje.
Niestety, można było się spodziewać, że po takich warsztatach kilka osób
przystąpi do sprawdzania, czy rzeczywiście były warte uczestnictwa, za
które będą już musieli zapłacić.
Nawet gdyby, to fachowców w tej dziedzinie trudno było znaleźć, bo ci,
którzy przebywali w więzieniach, fachowcami chyba nie byli, skoro dali
się złapać, a ci, którzy czasowo w więzieniach nie przebywali, raczej
nie pałali chęcią ujawniania swoich tajemnic.
Mogli to zrobić jedynie pisarze, ci kryminalni, ale oni też się między
sobą nie kochali, mieli swoje tajemnice i w ściśle określonych warunkach
mogli być niebezpieczni.
Podobno jedna taka autorka kryminałów zamordowała męża, po czym napisała
o tym książkę i zarobiła wielkie pieniądze na ekranizacji.
- Pieniądze w więzieniu też są przydatne - stwierdziła, zapytana, po
co to zrobiła i dlaczego napisała książkę, która ją pogrążyła. Mogła nie
pisać i być na wolności albo nie mordować...
- Nie sposób zignorować głosu natchnienia - powiedziała pisarka po
chwili zastanowienia, łakomie spoglądając na siekierę.
Tu jednak gra Kto zabił? miała być tylko grą, a wykłady na temat
morderstw i pozbywania się zwłok jedynie opcją, gdyby coś nie wyszło.
Bo przecież mogło nie wyjść. Ktoś mógł zbyt szybko i bez zapowiedzi już
na wstępie odkryć mordercę, ktoś mógł się upić i narozrabiać, ktoś mógł
coś podpalić.
Ktoś kogoś mógł pobić, utopić, upić, a nawet porobić kompromitujące
zdjęcia i wysłać je w sieć, a to by była katastrofa, bo potem, owszem,
jak najbardziej, ale nie w trakcie.
Blogerzy sami w sobie są dość potężną mieszanką wybuchową, a w połączeniu z pisarzami, o których czasami piszą, mogą być niebezpieczni
i groźni, ale też zagrożeni.
Bo to jest tak, jak jest dobrze, to jest dobrze, ale jak już zaczyna być
źle, to nagle wszyscy biegną po siekiery i tasaki, nawet jeżeli chodzi
tylko o słowa.
Pewna blogerka określiła pewną książkę "czytadłem", autorka natychmiast
poprosiła o wyrzucenie tego potwornego słowa i zastąpienie go słowem
"dzieło". Blogerka, powołując się na swoje prawa oraz wolność osobistą,
nie zgodziła się, autorka się wściekła. Powołując sięna prawo do obrony,
zwyzywała blogerkę od ignorantek, debilek po gimnazjum i starych szmat.
Blogerka rzuciła "grafomanką". To była zniewaga wymagająca pomsty. Trzy
dni później blogerka miała pocięte opony w samochodzie marki Toyota.
Opony pociął nastoletni uczeń blogerki w odwecie za pałę z WDŻ czy
jakiegoś innego WF, ale oskarżono pisarkę, która nie miała alibi, mimo
że mieszkała sześćset kilometrów dalej.
Potem pisarka wysłała blogerce kupę swojego psa zawiniętą w brokatową
bibułkę w serduszka, blogerka nasłała na pisarkę tabun Hunów, czyli
swoich fanów, zazwyczaj działających zdalnie i internetowo, ale jeden z nich mieszkał przypadkiem koło pisarki i wysmarował jej drzwi kocim
kałem.
Potem doszło do spotkania.
Obie kobiety padły... Nie, nie padły sobie w ramiona, to nie powieść
obyczajowa, ale prawdziwe życie.
Jedna wylądowała w szpitalu ze złamanym palcem, druga z podbitym okiem.
Odtąd wiadomo, że jeżeli chce się skandalu, rozgłosu i awantury, należy
zapraszać obie naraz.
I Rapacholin chciał to zrobić, ale Księżna się nie zgodziła, uważała, że
co za dużo, to niezdrowo. Nie miała pojęcia o życiu w sieci, niestety
miała władzę.
Tę jedną, konkretną. Miała tereny na blogowisko. Musiał jej ustąpić.
Liczył, że nawet jeżeli te dwie się nie pojawią, pojawią się inni,
równie skłóceni, pałający żądzą zemsty, odwetu albo choć odrobiną
nienawiści i jakoś to będzie.
Nie wszyscy się kochają, nie wszyscy nawet tolerują, ale to nie jest
wada. To zaleta!
Nikt nie powiedział, że ma być różowo i falbankowo! Rapacholin celowo
rezygnował z blogerów promujących romanse, literaturę erotyczną, choć
ciotka z zaświatów awanturowała się, że z utęsknieniem czeka na ruję i porubstwo, Księżna na romanse mafijne, choć uważała, że te klaty na
okładkach to zachęta do homoseksualizmu, bo jak można takie coś chłopom
pokazywać, ale on nie miał na to ochoty. Odrzucił też literaturę
obyczajową, ale tylko tę łzawą.
Miało nie być ckliwie, łzawo, bzawo, romantycznie i erotycznie, choć
nikt nie powiedział, że erotyzm jest wykluczony.
Nikt nie spodziewał się więc uniesień namiętności i porywów serc. Prawdę
mówiąc, nikt niczego się nie spodziewał, no może poza porządnym ochlajem
i odrobiną zabawy.
Nikt też nie przewidział, że będzie krwawo, ale to już inna sprawa.
Rapacholin zdobył też coś szczególnego. Zainstalował w ścianie, bardzo
nisko (jak nakazuje tradycja), kawałek kamienia z Blarney. Miała to być
z jednej strony zachęta do zabawy, z drugiej takie coś, co pokaże
wszystkim, że warto tu przyjechać, bo jak głosi fama, kto ten kamień
pocałuje, potrafi pięknie się wyrażać, a do Blarney jakoś w sumie
daleko.
Kamień nie był z Blarney, ale nikt o tym nie wiedział. Rapacholin
przyniósł go z gruzowiska koło kapliczkowego grilla przy domku za
jeziorem, ale to było w zasadzie bez znaczenia. Rapacholin dorobił do
tego świetną legendę, pokazując, jak za odłupanie kawałka cennego
artefaktu zwinęła go irlandzka policja. Co zresztą było prawdą, ale
zwinęli go nie za odłupanie kamienia, ale za obnażanie się w miejscu
publicznym. I to właściwie bezpodstawnie, bo nie obnażał się w celu
obnażania się, tylko załatwiał potrzeby fizjologiczne w parku. Pech
chciał, że zobaczyła go tam jakaś rodzina z dziećmi i na dodatek była to
nie irlandzka, ale polska rodzina. Na rodaków za granicą nie można
liczyć.
- Kamień działa na przecinki i niepotrzebne przymiotniki oraz wyłapuje
ortografy - zachwalał go Rapacholin, ale nikt nie spieszył się do
całowania.
Niby dycha to niedużo, ale płacić za całowanie kamienia nikt nie
zamierzał.
I nie chodziło o to, że nie chcieli czy nie wierzyli. I chcieli, i wierzyli, wiara w takie rzeczy jest w internecie bardzo rozpowszechniona
i dość mocno oddziałuje na umysły, ale nie chcieli, żeby ktokolwiek się
dowiedział, że oni to zrobili. Dlaczego? Dlatego, żeby ktoś potem nie
deprecjonował ich osiągnięć.
Bo ludzie bywają wredni.
Zaraz ktoś by się znalazł, kto by powiedział, że ta książka się nie
liczy, bo w sumie to kamień ją napisał, a nie autor.
Albo że ktoś tam pisanie sobie za dychę załatwił, bo całował się z kamulcem, zamiast uczciwie pracować jak prawdziwi pisarze. Godzinami, w pocie czoła, dorabiając się przy tym skrzywienia kręgosłupa i alkoholizmu.
Albo że jeżeli po kamieniu to takie kiepskie, to bez kamienia tylko do
kibla by się na papier toaletowy nadawało. Liczą się talent i praca, a nie taka droga na skróty!
Dlatego wszyscy skrycie marzyli o całowaniu się z kamieniem, ale nikt
tego głośno nie mówił, lecz każdy planował, jak to zrobić, bo jednak nie
było to łatwe.
Pierwszy nocny zamach na kamień nie udał się, bo jeden z blogerów prawie
skręcił sobie kark i potem przez cały dzień łaził w kołnierzu
ortopedycznym.
Nie chcąc tracić zarobku, Rapacholin - aby zapobiec pokątnemu
całowaniu kamienia, który oczywiście nie działał, bo nie miał prawa
działać, zresztą nawet nie przebywał w tym kraju co ten z Blarney, ale
nawet gdyby, to i tak nie miał prawa - brał pod uwagę smarowanie
kamienia klejem typu Kropelka, ale za szybko wysychał, albo czymś bardzo
barwiącym, ale to była pieśń przyszłości.
Rozumiał doskonale, że to działa w obie strony i nie chodzi tylko o kamień, ale ogólnie. Ludzie są interesowni, a blogerzy to też ludzie.
Niestety. Rozumiał więc, że przyjadą tutaj także po to, żeby z jego
sławy, ewentualnej, ale możliwej, uszczknąć coś dla siebie. Zaistnieć
medialnie poza nim, skorzystać. Tak, skorzystać na Rapacholinie i na
blogowisku, dlatego chciał zrobić wszystko, żeby zanim oni skorzystają
na nim, on zdążył skorzystać na nich.
6
Pierwsi blogerzy zaczęli przyjeżdżać i kwaterować się w baraku, gdzie
mieli jakieś łóżka i dość paskudne przedziały, bo nie było tam
standardowych pokoi, ale jeżeli chcieli, mogli obok rozbić sobie
namioty, rozpalić ogniska, a nawet zacząć się integrować.
Rapacholin nie gwarantował wyżywienia, ale Księżna zadbała o to, żeby za
dodatkową opłatą każdy mógł się stołować u niej w pałacu, o ile tylko
chciał.
Nie było to wyżywienie stołówkowe, ale raczej takie, które spotyka się w barach dworcowych. Paskudne, drogie i niezbyt smaczne, często niezdrowe,
ale zawsze pożądane.
Stanowiły je słoikowe flaki, przeterminowane parówki, nieco oślizła już
kiełbasa w oceanie musztardy, jajecznica na zawołanie albo śledzie w kilku różnych zalewach, z których każda była octem.
Kucharka gotowała też żurek z proszku z taką ilością octu, że aż
wykręcało, oraz bigos, w którym można było znaleźć nie tylko mięsne
resztki z całego tygodnia, lecz także śledzie i jajka na twardo, o ile
ktoś się przyglądał.
- Co ty pieprzysz?! Ludzie przyjechali tu po przygodę, a nie po wrażenia
kulinarne - oświadczyła Księżna po tym, jak pewna blogerka kulinarna z bloga Pieprzyć z fantazją weszła do kuchni i zemdlała z wrażenia, po
czym usiłowała wytłumaczyć Księżnej, że do bigosu śledzi się nie powinno
dodawać, a kucharka ma myć talerze z obu stron.
- I co to za mimozy żeś tu pozapraszał? - zapytała Rapacholina. -
Przecież jak znam życie i moją kucharkę, ta blogerka będzie mdlała mi w kuchni kilka razy dziennie!
Na razie blogerka przeszła na wyżywienie zdalne, czyli zaczęła się żywić
sama z dala od pałacu, robiąc krecią robotę Księżnej, ale na to poradzić
już nic nie mogli.
Zresztą wszyscy żywili się hybrydowo. Tylko w sytuacjach kryzysowych lub
na kacu uciekali się do wyżywienia w pałacu, co - choć nie byli tego
świadomi - uratowało im życie.
Niektórzy usiłowali też jeść to, co znaleźli w okolicy, czyli wszelkie
grzyby, grzybki, rośliny kradzione z pól sąsiadujących z pałacowymi
terenami, jakieś marne ryby oraz kolorowe owoce z leśnych krzaków.
Gdyby nie jeden z blogerów, Rafał z Kociołka Panoramiksa zaproszony na
wykłady z trucizn, kilka sztuk zwłok znaleziono by już pierwszego
wieczora, bo krzaki cisu upstrzone kolorowymi owocami ślicznie wyglądały
na leśnej polance.
Choć faktem było, że nawet on nie uratował Mordencjatury od zjedzenia
jakiegoś halucynogennego świństwa w postaci jajecznicy z grzybami i od
latania wieczorem po baraku i namiotach w ucieczce przed pterodaktylem
pożerającym biustonosze.
Jajecznica z grzybkami była pyszna, pterodaktyl jako produkt uboczny też
prezentował się świetnie, dopóki nie zaczął jej gonić.
Na szczęście szybko jej to przeszło, a ona sama przeżyła.
Mordencjatura prowadziła bloga literacko-kryminalnego, a właściwie
interesowała się wyłącznie niezwykle morderczymi kryminałami. Stąd nazwa
bloga. Morderczy kryminał to jednak niezbyt odpowiednie określenie,
przecież to nie kryminał morduje, choć oberwanie książką bywa bolesne.
Ona kochała krew, flaki, wydłubane oczy i jak najbardziej paskudne opisy
makabry.
Była też zdania, że literatura może powodować stan zagrożenia życia albo
ochoty na zagryzienie pisarza, co też może skutkować zagrożeniem życia,
niektórzy pisarze są niestrawni oraz że literatura może być mordercza,
ale tylko wtedy, kiedy nie jest dobra, a nie jest dobra tylko wtedy,
kiedy nie podoba się właśnie jej.
To ogólnie dość znane podejście u niektórych blogerów, którzy uważają,
że ich zdanie jest najważniejsze i każdy ma obowiązek się z nim zgadzać,
a autorzy najbardziej.
Co niekiedy prowadzi do spraw sądowych albo wojen podjazdowych.
Poza Mordencjaturą przyjechała też BlogoVlogia, która zajmowała się
blogiem oraz vlogiem i uważała, że jest najpiękniejsza na świecie, co
często zdarza się kobietom.
Kaja z bloga Sercezmordercą propagowała książki, w których morderca
kradnie serce czytelnika (czasami też i serce jednego z bohaterów,
niekiedy przy użyciu noża), bo uważała, że zakończenie, kiedy wygrywa
wyłącznie ten dobry, jest głęboko krzywdzące i niesprawiedliwe, a nawet
schematyczne.
Blogi trzeba jakoś różnicować, bo jest ich tak dużo, że się mylą,
powtarzają, a nawet duplikują, szczególnie w recenzjach, dlatego coraz
modniejszy jest trend, by to zróżnicowanie uwydatniać.
Sercezmordercą w ten trend się wpisywało. Może mało kto kocha
morderców, w ogóle mało kto ich rozumie, o ile motywem nie jest wielka
miłość, a akcja nie obejmuje amoku, ale zasięgi wzrosły, choć wielu
czytelników zastanawiało się, co ma w głowie (i czy w ogóle coś ma) ta
blogerka pałająca miłością do wszelkich psychopatów tego świata.
Mówi się, że każda potwora znajdzie swego amatora. Kaja chciała tylko
znaleźć swoją niszę w wirtualu, co zresztą jej się udało, potem zaczęła
pisać listy do seryjnych morderców i się w nich zakochiwać, bo wbrew
pozorom kraty sprzyjają trwałym związkom, niestety, okazało się, że nie
miała siły przebicia przez stosy listów od innych kobiet.
Przeszła więc na mniej pożądanych, zwykłych morderców, ale i tu nie
miała szczęścia.
Bella była blogerką mydłopowidłową, to znaczy promowała wszystko, co się
da - od podpasek po karmienie piersią w Himalajach oraz książki
wszelkiej maści, ale najbardziej kochała kryminały.
Niektórzy autorzy wściekali się na nią, bo nie każdy chciał, żeby jego
dzieło, a czasem nawet wiekopomne dzieło, w postaci książki leżało na
zdjęciu obok maści na hemoroidy, śledzia albo owadów jadalnych na
larwoburgery, choć to ostatnie budziło największą zgrozę.
Nie obyło się bez gróźb karalnych i płomiennych listów do wydawców,
którym było mniej więcej wszystko jedno, gdzie leży książka, byleby
ładnie wyglądała.
Hipolit prowadził kanał na YouTubie razem ze swoją świnką Skarbonką,
miłą, choć niezbyt fotogeniczną (i dość śmierdzącą) świnką wietnamską,
którą zabrał na blogowisko, co wszystkich zaskoczyło, ale że w regulaminie nie było mowy o zwierzakach, więc nie było też mowy o tym,
żeby kogokolwiek odesłać.
Najmniej chodziło o prawa blogera. Najbardziej o prawa zwierząt i ogólny
odbiór czegoś takiego, bo jeżeli wiadomość o tym dotarłaby do mediów
społecznościowych, miałoby to katastrofalny wręcz wydźwięk, a dotarłaby
na pewno.
Świnka miała na imię Skarbonka z tej prostej przyczyny, że kiedy w trakcie występów ktoś zdecydował się przesłać Hipolitowi jakiś większy
donate, to wtedy z radosnym chrumkaniem i kwikiem na ekranie monitora
pojawiała się ona, świnka Skarbonka. Skojarzenie jak najbardziej
prawidłowe, choć niezbyt odkrywcze, wkrótce jednak miało zyskać nieco
inne, o wiele bardziej mroczne znaczenie, kiedy Hipolit będzie musiał
stanąć twarzą w twarz z opłatami na pokrycie szkód. Świńskich.
Było zresztą jeszcze kilka osób, które przyjechały, wyjechały, potem
znów przyjechały (niekoniecznie były to te same osoby), ale zebrało się
spore grono, które w blogowisku uczestniczyć chciało, i to jak
najbardziej.
Takie wydarzenia z pogranicza realu i wirtualu są bardzo cenione. Dają
ludziom posmak przygody. W końcu przekonać się, że osoba zza zasłony
ekranu naprawdę ma trzydzieści lat i jest kobietą, jak twierdziła, a nie
siedemdziesięcioletnim zboczeńcem, to naprawdę wielka radość.
Pierwszy wieczór - oprócz kilku niespodzianek w postaci kąpieli po
pijaku, jak najbardziej niespodziewanych, szalonych efektów grzybków
halucynogennych, właściwie jednak spodziewanych, i awantury pomiędzy
Hipolitem a jego świnią o wyjadanie skarpetek z wiadra na brudną
bieliznę - obył się bez większych zawirowań, ale cóż, wiadomo, ludzie
muszą się zaaklimatyzować, zanim zaczną się integrować albo
dezintegrować, bo i to się zdarza.
Tak to po prostu działa.
Nie ma porządnej imprezy bez odrobiny zawiści czy nienawiści, która
wykwitnie potem na różnych forach, stronach i pudelkach pytaniami w stylu: "Jak ona mogła... ", "Kto do tego dopuścił..." oraz "Uprawiał seks z wiewiórkami...", które są bardzo klikalne, nawet bardziej niż przecież o wiele ważniejsze wiadomości w stylu: "Nie należy dodawać zepsutych
śledzi do bigosu".
W sieć poszły pierwsze wieści o szaleństwach nad jeziorem. Sypały się
lajki, serduszka, latały privy z pytaniami oraz penisami, ale to jest
normalne zawsze, nie tylko podczas imprez plenerowych.
Ktoś całą noc tłukł na maszynie do pisania, która właściwie była
laptopem z dołączoną do niego starą i bardzo głośną klawiaturą, co
wszystkim przeszkadzało, bo każde z nich w jakimś momencie nocy miało
ochotę się przespać.
Wygrali ci, którzy padli z przepicia.
W takich miejscach zazwyczaj nie ma upierdliwych staruszek, które
uprzyjemniają sąsiadom życie, tłukąc w rury, że "co to za piekielne
hałasy?", kiedy tylko ci na paluszkach zechcą przejść za potrzebą z sypialni do łazienki. Ale staruszki nie są obowiązkowe, młodzi też
potrafią dać w kość nawet i tam, gdzie rur nie ma, kiedy ten, kto wali w klawisze, jest pisarzem, a więc ma sławę i pieniądze, a pieniądze
zarabia, przeszkadzając innym spać, i nawet się nie podzieli.
- Pisarze nie powinni tu przyjeżdżać - oświadczyła Kaja. - Konflikt
interesów! A poza tym...
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki