Śmierć Prometeusza, albo lewą marsz! O marksizmie kulturowym - Dr Robert Kościelny

Kup ebooka

29.90 zł
24.82 zł (25,07 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1. Polska - pierwsza do walki z nihilizmem!

W sierp­niu 1920 r. bol­sze­wic­kie hor­dy - na­pły­wa­ją­ce z azja­tyc­kich ste­pów, ni­czym u za­ra­nia chrze­ści­jań­skiej Eu­ro­py Hu­no­wie czy póź­niej Awa­ro­wie, za­grze­wa­ne lu­do­bój­czą, prze­nik­nię­tą ja­dem de­struk­cji ide­olo­gią "na­uko­we­go ko­mu­ni­zmu" oraz le­ni­now­ską za­sa­dą "grab na­gra­blien­no­je" (czy­li ra­buj za­gra­bio­ne) - zo­sta­ły roz­gro­mio­ne przez woj­sko pol­skie. Jed­na z naj­więk­szych i naj­waż­niej­szych dla lo­sów świa­ta bi­twa war­szaw­ska, zwa­na Cu­dem nad Wi­słą, zo­sta­ła wy­gra­na przez obroń­ców cy­wi­li­za­cji ła­ciń­skiej. Cho­re ma­rze­nia hersz­tów po­wsta­łej dwa lata wcze­śniej Ro­sji bol­sze­wic­kiej, o tym aby ich ro­je­nia za­pa­no­wa­ły w ca­łej Eu­ro­pie, a póź­niej świe­cie, nie mo­gły się prze­to, wów­czas, zi­ścić.

Wcze­śniej przy­wód­ców za­ło­żo­nej w mar­cu 1919 r. tzw. III Mię­dzy­na­ro­dów­ki, lub Mię­dzy­na­ro­dów­ki Ko­mu­ni­stycz­nej zwa­nej też Ko­min­ter­nem (Kom­mu­ni­sti­cze­skij In­ter­na­cjo­nał), spo­tka­ły trzy do­tkli­we cio­sy. W stycz­niu 1919 r. zdu­szo­no w Niem­czech pró­bę ko­mu­ni­stycz­nej re­wol­ty w Ber­li­nie - zwa­nej "po­wsta­niem Związ­ku Spar­ta­ku­sa". Była to or­ga­ni­za­cja ko­mu­ni­stycz­na Nie­miec, za­wia­dy­wa­na m.in. przez Różę Luk­sem­burg i Ju­lia­na Mar­chlew­skie­go, któ­ra prze­kształ­ci­ła się póź­niej w Ko­mu­ni­stycz­ną Par­tię Nie­miec, wcho­dzą­cą w skład Ko­min­ter­nu. Na po­cząt­ku maja 1919 r., po nie­speł­na mie­sią­cu ist­nie­nia, upa­dła Ba­war­ska Re­pu­bli­ka Rad, na cze­le któ­rej stał Eu­ge­ne Le­vi­ne, ko­mu­ni­sta po­cho­dze­nia ży­dow­skie­go. W tym krót­kim okre­sie cza­su uzbro­jo­ne ban­dy re­wo­lu­cyj­ne były w sta­nie za­pro­wa­dzić taki ter­ror, że wkrót­ce Le­vi­ne i jego "Re­pu­bli­ka" sta­ły się wśród miesz­kań­ców nie tyl­ko Mo­na­chium i Ba­wa­rii, ale ca­łych Nie­miec, sym­bo­lem so­wiec­kie­go re­żi­mu i bol­sze­wic­kiej bez­względ­no­ści.

W sierp­niu 1919 r., po pię­ciu mie­sią­cach ist­nie­nia, upa­dła inna "Re­pu­bli­ka Rad" - Wę­gier­ska. Był to dru­gi po Ro­sji bol­sze­wic­kiej twór mo­skiew­skich ko­mu­ni­stów. Bo­wiem o ile Le­vi­ne prze­jął wła­dzę w Ba­wa­rii po­nie­kąd wbrew cen­tra­li w Ber­li­nie (a co za tym idzie - rów­nież w Mo­skwie), o tyle Bela Kun zo­stał wy­sła­ny ze sto­li­cy świa­to­we­go pro­le­ta­ria­tu do Bu­da­pesz­tu oso­bi­ście przez Le­ni­na, aby tam ro­bić re­wo­lu­cję. "Będę kie­ro­wać dzia­łal­no­ścią sta­now­czo, po mark­si­stow­sku" - za­pew­niał Kun wo­dza re­wo­lu­cji (jak mó­wio­no o przy­wód­cy bol­sze­wic­kie­go pu­czu z li­sto­pa­da 1917 r.). Au­to­rzy Czar­nej księ­gi ko­mu­ni­zmu przy­po­mi­na­ją, że był to pierw­szy przy­pa­dek, kie­dy bol­sze­wi­cy mo­gli do­ko­nać "eks­por­tu" swo­jej re­wo­lu­cji1. Za­nim rząd ko­mu­ni­stycz­ny upadł pod wpły­wem in­ter­wen­cji wojsk ru­muń­skich, zdą­żył utwo­rzyć try­bu­na­ły re­wo­lu­cyj­ne oraz wę­gier­ską Ar­mię Czer­wo­ną, jak też za­mknąć w wię­zie­niach swo­ich prze­ciw­ni­ków po­li­tycz­nych oraz roz­po­cząć pro­ces od­bie­ra­nia po­sia­da­czom ich wła­sno­ści, zwa­ny "na­cjo­na­li­za­cją" wiel­kich ma­jąt­ków ziem­skich i prze­my­sło­wych.

W tym cza­sie krwa­wo za­zna­czy­li się "Chłop­cy Le­ni­na". Był to od­dział ter­ro­ry­stycz­ny mor­du­ją­cy Wę­grów uzna­nych za "wro­gów ludu". Licz­bę ofiar tych, dzia­ła­ją­cych prze­cież nie­zbyt dłu­go, zbrod­nia­rzy li­czy się w set­kach. Ar­thur Ko­estler, wę­gier­ski ko­mu­ni­sta i póź­niej­szy agent Ko­min­ter­nu, utrzy­my­wał, że było ich 500.

Mimo, że Bela Kun był z po­cho­dze­nia Ży­dem, rząd re­wo­lu­cyj­ny, w celu mo­bi­li­za­cji mas w ob­li­czu wkro­cze­nia wojsk ru­muń­skich kie­ru­ją­cych się te­raz wprost na Bu­da­peszt, od­wo­ły­wał się do na­stro­jów an­ty­ży­dow­skich. Na pla­ka­tach oskar­ża­ją­cych wę­gier­skich Ży­dów, że nie chcą iść na front, umiesz­cza­no taką oto treść: "Li­kwi­duj­cie ich, gdy nie chcą od­da­wać ży­cia dla na­szej świę­tej spra­wy" - dyk­ta­tu­ry pro­le­ta­ria­tu. Po­ja­wi­ły się też po­my­sły, aby w celu uzy­ska­nia od oby­wa­te­li bez­względ­ne­go po­słu­szeń­stwa urzą­dzić "czer­wo­ną Noc św. Bar­tło­mie­ja"2.

Po upad­ku wę­gier­skiej ko­mu­ny Kun ucho­dzi do So­wie­tów, gdzie otrzy­mu­je sta­no­wi­sko ko­mi­sa­rza po­li­tycz­ne­go Ar­mii Czer­wo­nej wal­czą­cej z woj­skiem gen. Pio­tra Wran­gla. Po­dob­nie jak na Wę­grzech, tak­że i tu za­zna­cza się jego okrut­ny cha­rak­ter - do­ko­nał eg­ze­ku­cji wzię­tych do nie­wo­li bia­łych ofi­ce­rów, obie­cu­jąc im wcze­śniej, w za­mian za pod­da­nie się, da­ro­wać ży­cie. Był też współ­od­po­wie­dzial­ny za eks­ter­mi­na­cję lud­no­ści Kry­mu, jaka roz­pę­ta­ła się po za­ję­ciu przez bol­sze­wi­ków tego pół­wy­spu. Za­mor­do­wa­no wów­czas co naj­mniej 50 tys. lu­dzi, choć nie­któ­re źró­dła mó­wią, że ofiar czer­wo­ne­go ter­ro­ru było trzy razy tyle - 150 tys.3

Mię­dzy­na­ro­dów­ka Ko­mu­ni­stycz­na (na­zwa­na przez Le­ni­na "szta­bem ge­ne­ral­nym świa­to­wej re­wo­lu­cji") na swym II Kon­gre­sie od­by­wa­ją­cym się w lip­cu 1920 r. (czy­li w cza­sie, gdy woj­ska bol­sze­wic­kie pod­cho­dzi­ły pod War­sza­wę, aby "po tru­pie bia­łej Pol­ski" ście­lić dro­gę do "ogól­ne­go wszech­świa­to­we­go po­ża­ru re­wo­lu­cji") li­czy­ła na to, że mimo wcze­śniej­szych nie­po­wo­dzeń uda się wznie­cić bol­sze­wic­ką po­żo­gę, w któ­rej spło­nie "sta­ry świat". "Prze­pie­rze­nie" - jak na­zy­wa­no od­ro­dzo­ne pań­stwo pol­skie, od­dzie­la­ją­ce oj­czy­znę świa­to­we­go pro­le­ta­ria­tu, czy­li Ro­sję So­wiec­ką, od zre­wol­to­wa­nych ro­bot­ni­ków Nie­miec i po­zo­sta­łych kra­jów Eu­ro­py Za­chod­niej - wy­da­wa­ło się roz­pa­dać z trza­skiem pod cio­sa­mi Ar­mii Czer­wo­nej, czy­li wspo­mnia­nych na wstę­pie pół­dzi­kich hord, wy­rwa­nych ze swych na­tu­ral­nych śro­do­wisk; lu­dów roz­ło­ży­stych i bez­kre­snych eu­ro­azja­tyc­kich ste­pów, po­tom­ków Cha­na­tu Krym­skie­go, Cha­na­tu Astra­chań­skie­go, Cha­na­tu Ka­zań­skie­go, któ­rym Ro­sja (za­nim w koń­cu nie wy­bi­ła się na nie­za­leż­ność od nich w XVI w.) pła­cić mu­sia­ła ha­racz - "or­din­ski­je pro­to­ry".

Te­raz ów bak­czysz mia­ła uisz­czać Eu­ro­pa, a nie­dłu­go rów­nież cały świat. Bo tym ste­po­wym zu­chwal­com, nad któ­ry­mi nie­gdyś po­wie­wa­ły sztan­da­ry z koń­skie­go wło­sia, a te­raz roz­po­ście­rał się czer­wo­ny sztan­dar re­wo­lu­cji, jed­no tyl­ko było w gło­wach - brać od tych, któ­rzy mają, dla­te­go że mają wła­śnie, i zrów­nać wszyst­ko, co za­sta­ną na swej dro­dze, do jed­no­li­te­go po­zio­mu - ste­pu. Pła­skie­go jak blat sto­łu, przy któ­rym za­sia­dać będą człon­ko­wie cze­re­zwy­czaj­ki, bol­sze­wic­kiej po­li­cji po­li­tycz­nej, wy­ro­ku­jąc kogo jesz­cze na­le­ży skró­cić o gło­wę, aby "wszy­scy byli rów­ni". Ta azja­tyc­ka men­tal­ność była jak naj­bar­dziej na rękę czer­wo­nym cha­nom, któ­rzy swo­ją sto­li­cą (swo­im Bach­czy­sa­ra­jem) uczy­ni­li te­raz Mo­skwę, a pod­bi­te kra­je za­mie­rza­li prze­kształ­cić w ułu­sy rzą­dzo­ne z cen­tra­li twar­dą ręką współ­cze­snych Ta­mer­la­nów.

To Czyn­gis-chan, inny, wcze­śniej­szy mon­gol­ski zdo­byw­ca, jako pierw­szy wpro­wa­dził peł­ny ab­so­lu­tyzm w Ro­sji - za­uwa­żył ame­ry­kań­ski hi­sto­ryk War­ren H. Car­roll4. Ro­syj­scy bol­sze­wi­cy po­szli jego śla­dem, nie zaś Pio­tra I, twór­cy im­pe­rium ca­rów, bo­wiem ten ży­wił es­ty­mę do Za­cho­du, a tam­ci - nie­na­wiść zro­dzo­ną z po­czu­cia jej ob­co­ści i nie­zro­zu­mie­nia.

 

Jak w wie­kach ubie­głych mu­zuł­mań­ski pół­księ­życ, tak dziś czer­wo­na gwiaz­da so­wiec­ka go­dłem jest po­tę­gi nio­są­cej za­gła­dę cy­wi­li­za­cji i kul­tu­rze świa­ta chrze­ści­jań­skie­go. I jak wów­czas, tak też dziś na­ro­dy i pań­stwa Eu­ro­py nie do­ro­sły do zro­zu­mie­nia na­glą­cej ko­niecz­no­ści so­li­dar­nej po­sta­wy i so­li­dar­ne­go dzia­ła­nia przed ob­li­czem groź­ne­go nie­bez­pie­czeń­stwa; za­miast tego krót­ko­wzrocz­ny ego­izm, któ­ry albo obo­jęt­nie pa­trzy na nie­szczę­ście są­sia­da, w na­dziei, że może coś na tem za­ro­bić, albo na­wet wcho­dzi w ukła­dy z wro­giem, głu­pio się łu­dząc, że dość jest chcieć po­ko­ju z nim, aby ten po­kój mieć

- pi­sał na po­cząt­ku trze­ciej de­ka­dy XX w. prof. Ma­rian Zdzie­chow­ski5.

W przed­dzień zwy­cię­skiej, jak są­dzo­no, ofen­sy­wy wojsk Tu­cha­czew­skie­go na War­sza­wę ko­mu­ni­ści (z Ro­sji, Fran­cji, Włoch, Nie­miec, Wiel­kiej Bry­ta­nii, Ho­lan­dii, z kra­jów skan­dy­naw­skich i in­nych kra­jów eu­ro­pej­skich, w tym rów­nież z Pol­ski, a tak­że spo­za Sta­re­go Kon­ty­nen­tu - z USA i z Ja­po­nii) uzna­li, że:

 

We wszyst­kich pra­wie kra­jach Eu­ro­py i Ame­ry­ki wal­ka kla­so­wa wcho­dzi w okres woj­ny do­mo­wej. W ta­kiej sy­tu­acji ko­mu­ni­ści nie mogą ży­wić za­ufa­nia do bur­żu­azyj­nej pra­wo­rząd­no­ści. Ich po­win­no­ścią jest two­rze­nie wszę­dzie rów­no­le­głe­go apa­ra­tu nie­le­gal­ne­go, któ­ry w de­cy­du­ją­cej chwi­li mógł­by po­móc par­tii w wy­peł­nie­niu jej obo­wiąz­ku wo­bec re­wo­lu­cji6.

 

De­le­ga­ci Ko­min­ter­nu z na­pię­ciem cze­ka­li na ko­lej­ne in­for­ma­cje na­pły­wa­ją­ce z fron­tu, śle­dząc z uwa­gą po­stę­py so­wiec­kich wojsk. Gri­go­rij Zi­no­wiew, bli­ski współ­pra­cow­nik Le­ni­na, prze­wod­ni­czą­cy Ko­mi­te­tu Wy­ko­naw­cze­go Ko­min­ter­nu, wspo­mi­nał:

 

W hal­lu kon­gre­su wi­sia­ła ol­brzy­mia mapa, na któ­rej ozna­cza­no co­dzien­nie ru­chy na­szych wojsk [...]. Był to pew­ne­go ro­dza­ju sym­bol. Naj­wy­bit­niej­si przed­sta­wi­cie­le mię­dzy­na­ro­do­we­go pro­le­ta­ria­tu śle­dzi­li ze wstrzy­ma­nym od­de­chem i bi­ją­cym ser­cem każ­dy ruch na­szych ar­mii i wszy­scy zda­wa­li so­bie do­sko­na­le spra­wę, że je­śli cel woj­sko­wy po­sta­wio­ny przez na­szą ar­mię zo­sta­nie osią­gnię­ty, bę­dzie to ozna­cza­ło ol­brzy­mie przy­spie­sze­nie mię­dzy­na­ro­do­wej re­wo­lu­cji pro­le­ta­riac­kiej7.

 

W tym cza­sie, kie­dy krwa­we łuny pło­ną­cych ko­ścio­łów, dwor­ków zie­miań­skich, miesz­czań­skich ka­mie­nic pod­cho­dzi­ły pod sto­li­cę pań­stwa osa­mot­nio­ne­go w wal­ce z naj­bar­dziej za­ja­dłym wro­giem Za­cho­du, II Kon­gres III Mię­dzy­na­ro­dów­ki wy­dał ode­zwę, któ­ra gło­si­ła, że "za­da­nie pro­le­ta­ria­tu wszyst­kich kra­jów po­le­ga na tym, aby prze­szka­dzać rzą­dom An­glii, Fran­cji, Ame­ry­ki i Włoch w oka­zy­wa­niu przez nie po­mo­cy bia­łej Pol­sce". W miej­scach, gdzie śro­do­wi­ska ka­pi­ta­li­stycz­ne nie ustą­pi­ły­by przed pro­te­sta­mi ro­bot­ni­ków, na­ka­za­no or­ga­ni­zo­wać straj­ki, a w ra­zie ko­niecz­no­ści - "sto­so­wać na­wet gwałt".

O traf­no­ści osą­du cy­to­wa­ne­go wy­żej prof. Zdzie­chow­skie­go, któ­ry ob­na­ża krót­ko­wzrocz­ny ego­izm oby­wa­te­li Za­cho­du, świad­czą czy­ny tych­że. W lip­cu 1920 roku w wie­lu kra­jach Eu­ro­py od­by­wa­ły się straj­ki, ma­ją­ce na celu... wspar­cie idą­cych ze Wscho­du bar­ba­rzyń­ców spod czer­wo­nej gwiaz­dy. W sze­re­gu ośrod­ków prze­my­sło­wych Za­cho­du, w me­tro­po­liach i sto­li­cach Wiel­kiej Bry­ta­nii, Fran­cji, Cze­cho­sło­wa­cji, Nie­miec dzia­ła­ły ko­mi­te­ty po­mo­cy Ro­sji so­wiec­kiej. Po­wsta­wa­ły one z pod­usz­cze­nia ko­mu­ni­stycz­nych frak­cji par­tii so­cjal­de­mo­kra­tycz­nych. Mo­skwa fi­nan­so­wa­ła po­ta­jem­nie an­ty­pol­ską pro­pa­gan­dę pra­so­wą. Ak­cja była zor­ga­ni­zo­wa­na i ko­or­dy­no­wa­na przez Ko­min­tern. Wie­lu ro­bot­ni­ków, umie­jęt­nie in­dok­try­no­wa­nych przez lo­kal­nych ko­mu­ni­stów i ich ośrod­ki pro­pa­gan­do­we, uwie­rzy­ło, że idą­ca ze Wscho­du na­wał­ni­ca ob­da­rzy ich lep­szy­mi wa­run­ka­mi pra­cy i pła­cy, wol­no­ścią i po­czu­ciem sta­bi­li­za­cji ży­cio­wej. Niech tyl­ko upad­nie Pol­ska, ten ostat­ni ba­stion wstecz­nic­twa i bi­go­te­rii, ten - jak będą mó­wić póź­niej ko­mu­ni­ści - "po­kracz­ny bę­kart trak­ta­tu wer­sal­skie­go".

W tych upal­nych (zwłasz­cza po­li­tycz­nie) dniach lata 1920 roku przez Eu­ro­pę bie­gło ha­sło: "Ręce precz od Ro­sji" oraz "Ani jed­ne­go na­bo­ju dla pań­skiej Pol­ski". Cze­scy ko­le­ja­rze już w maju te­goż roku za­trzy­ma­li w Brze­cła­wiu fran­cu­skie trans­por­ty bro­ni dla "bia­łej Pol­ski", a na po­cząt­ku lip­ca ogło­si­li strajk ge­ne­ral­ny na li­nii ko­le­jo­wej Bo­gu­min-Ko­szy­ce. Ak­cje straj­ko­we po­parł rząd Cze­cho­sło­wa­cji, ogła­sza­jąc 9 sierp­nia 1920 roku ści­słą neu­tral­ność w woj­nie pol­sko-so­wiec­kiej. Po­dob­ne sta­no­wi­sko przy­jął rów­nież rząd Nie­miec (25 lip­ca). W sierp­niu do­ke­rzy nie­miec­cy w Wol­nym Mie­ście Gdań­sku - je­dy­nym w po­wsta­łej sy­tu­acji po­łą­cze­niu Rze­czy­po­spo­li­tej ze świa­tem - od­mó­wi­li roz­ła­dun­ku stat­ków z po­mo­cą dla Pol­ski.

Tym­cza­sem w od­ra­dza­ją­cej się po 123 la­tach nie­wo­li Rze­czy­po­spo­li­tej wszel­kie pro­wo­ka­cje ze stro­ny ko­mu­ni­stów koń­czy­ły się nie­po­wo­dze­niem. "Wio­sną 1920 r. jed­no­dnio­wy strajk po­wszech­ny, zor­ga­ni­zo­wa­ny przez ak­tyw ko­mu­ni­stycz­ny na znak pro­te­stu prze­ciw­ko woj­nie z bol­sze­wic­ką Ro­sją, za­koń­czył się fia­skiem. Po­dob­ny los spo­tkał tak­że sze­reg in­nych lo­kal­nych wy­stą­pień za­po­cząt­ko­wa­nych przez ko­mu­ni­stów na prze­ło­mie maja i czerw­ca te­goż sa­me­go roku", czy­ta­my na stro­nie JPil­sudz­ki.org8.

A tym­cza­sem "gę­sta za­sło­na utka­na z nie­świa­do­mych złu­dzeń i ce­lo­we­go fał­szu, z na­iw­nej nie­wie­dzy i bez­ce­lo­we­go kłam­stwa" za­kry­ła Ro­sję so­wiec­ką "przed wzro­kiem czło­wie­ka Za­cho­du". Przy­to­czo­ne sło­wa wy­po­wie­dział Leon Ko­złow­ski. Zmar­ły w 1927 r., zra­zu ra­dy­kal­ny so­cja­li­sta, prze­by­wa­jąc w Ro­sji w okre­sie prze­wro­tu bol­sze­wic­kie­go, wy­le­czył się z idei so­cja­li­stycz­nych. "Wie­rzył [...] w mi­sję kla­sy ro­bot­ni­czej, ale krwa­we i dzi­kie rzą­dy bol­sze­wic­kie prze­ko­na­ły go, że wszel­ki me­sja­nizm kla­so­wy jest rze­czą wy­stęp­ną w sa­mym ko­rze­niu swo­im" - pi­sa­no po jego śmier­ci, tłu­ma­cząc tym sa­mym po­wo­dy zwro­tu w po­glą­dach na tzw. ruch ro­bot­ni­czy.

Pierw­szy raz w dzie­jach naj­now­szych cy­wi­li­zo­wa­na Eu­ro­pa uj­rzy w ni­hi­li­stach - de­struk­to­rach war­to­ści wy­pra­co­wa­nych przez po­ko­le­nia wład­ców, ry­ce­rzy, krzy­żow­ców, kon­kwi­sta­do­rów, od­kryw­ców no­wych lą­dów, du­chow­nych, mo­ra­li­stów, in­te­lek­tu­ali­stów, ale też i lu­dzi rze­mio­sła, han­dlu i pra­cy na roli ła­ciń­skie­go Za­cho­du - swo­ich wy­baw­ców. Ex Orien­te lux, w cza­sie gdy Wschód re­pre­zen­tu­je sa­mo­gon­ny Me­fi­sto w le­ni­now­skiej kurt­ce, sta­je się oksy­mo­ro­nem. Jed­nak nie dla tych, któ­rzy - za­rów­no wów­czas, gdy bol­sze­wic­kie hor­dy an­ty­cy­wi­li­za­cji ni­czym trą­ba po­wietrz­na wy­mia­ta­ły z pol­skiej zie­mi lu­dzi i ich do­by­tek, po­zo­sta­wia­jąc za sobą zglisz­cza i sto­sy tru­pów, jak i w ko­lej­nych de­ka­dach - będą w so­wiec­kiej Ro­sji upa­try­wać Zie­mi Obie­ca­nej, na któ­rej urze­czy­wist­nia się za­sa­da spra­wie­dli­wo­ści spo­łecz­nej, nie wie­dząc, a cza­sa­mi po pro­stu, nie chcąc wie­dzieć, że jest to mi­raż, tym bar­dziej prze­ko­nu­ją­cy do sie­bie, im roz­le­glej­sza jest pust­ka, na któ­rej wy­ra­sta.

Ale nie po raz ostat­ni, bo­wiem ten "pierw­szy raz" za­po­cząt­ko­wał całą se­rię oso­bli­wych po­staw, po­glą­dów i dzia­łań oby­wa­te­li Za­cho­du - od pra­cow­ni­ków nie­wy­kwa­li­fi­ko­wa­nych po pi­sa­rzy, ar­ty­stów, in­te­lek­tu­ali­stów, nie­ba­wem na­zwa­nych przez Le­ni­na czu­le "uży­tecz­ny­mi idio­ta­mi". Zro­dził omam, ka­żą­cy wi­dzieć w straż­ni­kach "z twa­rzą Kał­mu­ka" no­wych wy­baw­ców Eu­ro­py upa­dłej na ko­la­na po Wiel­kiej Woj­nie. Spo­wo­do­wał wy­nu­rze­nie się na po­wierzch­nię ży­cia spo­łecz­ne­go i po­li­tycz­ne­go Eu­ro­py ca­łe­go tego kłę­bo­wi­ska głu­po­ty, na­iw­no­ści, pięk­no­du­cho­stwa lu­dzi sy­tych i zbyt ocię­ża­łych, aby za­dać so­bie trud po­waż­niej­szej re­flek­sji. Kłę­bo­wi­ska...? Żmi­jo­wi­ska ra­czej, któ­re tak bar­dzo za­cią­ży na dzie­jach świa­ta. Le­nin znów miał na to swo­je okre­śle­nie - "ka­pi­ta­li­ści sprze­da­dzą nam sznu­rek, na któ­rym ich po­wie­si­my". Sznu­rek, a wła­ści­wie stryk nie­przy­tom­nych na­dziei na to, że może być coś słusz­niej­sze­go, bar­dziej roz­sąd­ne­go, umoż­li­wia­ją­ce­go lep­szy, wszech­stron­niej­szy roz­wój in­te­lek­tu­al­no-du­cho­wy niż sta­ra cy­wi­li­za­cja ła­ciń­ska. I nie "sprze­da­dzą", a zło­żą w ofie­rze przed bro­da­ty­mi bo­ga­mi ko­mu­ni­zmu - Mark­sem i En­gel­sem. I przed ich wą­sa­tym naj­wyż­szym ka­pła­nem - Sta­li­nem.

I jesz­cze zło­żą te "pięk­ne dzie­ci strasz­nych miesz­czan", tę la­to­rośl sy­tej bur­żu­azji, przed czer­wo­ny­mi ter­ro­ry­sta­mi - dań na­iw­nej uf­no­ści w to, że owo "lep­sze i słusz­niej­sze" może przy­być na wy­chu­dzo­nych szka­pach, w sło­mia­nych łap­ciach lub zgo­ła boso, wspo­ma­ga­ne ba­gne­tem, sza­blą i ta­czan­ką z ku­lo­mio­tem. Wprost z azja­tyc­kich ste­pów, z za­pa­dłych chu­to­rów, z nor miej­skiej żu­lii. Bo z ta­kich to za­ka­za­nych in­te­rio­rów, scho­rza­łych trze­wi by­łe­go im­pe­rium Ro­ma­no­wów, wy­peł­zła ta cała "pro­le­ta­riac­ka" ar­mia.

Jej opis po­zo­sta­wił na­ocz­ny świa­dek, pro­boszcz pa­ra­fii pw. Św. Idzie­go w Wy­szko­wie - ks. Wik­tor Miecz­kow­ski:

 

Nad­cią­gnę­ła i pie­cho­ta, któ­ra swo­im wy­glą­dem wzbu­dza­ła li­tość, gdyż więk­szość była boso lub w łap­ciach [...]. Bo­leść ser­ca ści­ska­ła na wi­dok tej głod­nej i ob­dar­tej rze­szy [...]. Ko­mi­sa­rze bol­sze­wic­cy, z któ­ry­mi dys­pu­to­wa­łem w róż­nych oko­licz­no­ściach, na ogół byli to zwy­czaj­ni afe­rzy­ści i wy­ko­le­jeń­cy ży­cio­wi, ja­kich czę­sto moż­na było spo­tkać w Ro­sji. Za­le­d­wie mała ich cząst­ka zna­ła Mark­sa i mo­gła coś kon­kret­ne­go po­wie­dzieć o idei bol­sze­wic­kiej [...] Wy­sze­dłem na plac, by zo­ba­czyć wy­cho­dzą­ce puł­ki. Były one zde­kom­ple­to­wa­ne, za­le­d­wie po kil­ku­set lu­dzi li­czą­ce, ob­dar­te lub też w ko­bie­cej odzie­ży i ka­pe­lu­szach. Ar­ty­le­rii nie­wie­le, ale za to obo­zów bez liku, gdyż oprócz wła­snej pę­dzi­li przed sobą miej­sco­wą lud­ność, któ­ra pod pre­sją do­wo­zi­ła im amu­ni­cję.

 

Jak­żeż ina­czej wy­glą­da współ­cze­sna "ar­mia", ta nie już spod zna­ku ko­mu­ni­stycz­nej gwiaz­dy, ale mu­zuł­mań­skie­go pół­księ­ży­ca, cią­gną­ca tym ra­zem z Sy­rii, Li­bii czy z roz­pa­lo­nych słoń­cem trze­wi Czar­ne­go Lądu. Wy­cho­dzą­ca z po­łu­dnia i po­łu­dnio­we­go-wscho­du Eu­ro­py na zie­mie ob­fi­te w so­cjał i za­miesz­ka­łe przez lu­dzi sy­tych i roz­bro­jo­nych mo­ral­nie po­lit-po­praw­no­ścią. Zbroj­na nie w sza­ble, na­haj­ki czy mau­ze­ry, a w te­le­fo­ny ko­mór­ko­we, smart­fo­ny, lap­to­py. Ubra­na nie w wa­cia­ki czy ukra­dzio­ny lub ścią­gnię­ty z tru­pów przy­jem­niej­szy dla oka przy­odzie­wek, ale mod­ne dre­sy, obu­wie. Kie­ro­wa­na i za­rzą­dza­na nie przez sieć iskró­wek, ale sys­tem An­dro­id. Choć pra­gnie­nia tych no­wych hord, z pu­styń Ara­bii i afry­kań­skich sa­wann, po­dob­ne - na­jeść się do syta, na­kraść, a resz­tę znisz­czyć. W miej­sce ładu i po­rząd­ku, jaki tu kwitł od stu­le­ci, wpro­wa­dzić anty cy­wi­li­za­cję. Uży­wać, a nie bu­do­wać. Brać wszyst­ko, nie da­jąc w za­mian nic.

Ks. Miecz­kow­ski - jak pi­sze Pa­weł Ci­choc­ki na stro­nie jpil­sudz­ki.org:

 

w swych wspo­mnie­niach nad­mie­niał rów­nież o pla­nach so­wiec­kie­go do­wódz­twa, któ­re aby za­chę­cić żoł­nie­rzy do dal­szej wal­ki, prze­wi­dy­wa­ło dwu­dnio­wą gra­bież War­sza­wy po jej zdo­by­ciu. Na tę oko­licz­ność wie­lu czer­wo­no­ar­mi­stów po­sia­da­ło już szcze­gó­ło­we pla­ny mia­sta z za­zna­czo­ny­mi in­sty­tu­cja­mi uży­tecz­no­ści pu­blicz­nej, przed­się­bior­stwa­mi oraz skle­pa­mi, gdzie mia­ły znaj­do­wać się bo­gac­twa i kosz­tow­no­ści9.

 

Jak w prak­ty­ce mia­ła wy­glą­dać dzia­łal­ność "apa­ra­tu" po­moc­ni­cze­go - wspo­mnia­ne­go w do­ku­men­cie za­ty­tu­ło­wa­nym 21 wa­run­ków przy­ję­cia do Mię­dzy­na­ro­dów­ki Ko­mu­ni­stycz­nej, uchwa­lo­ne­go la­tem 1920 r. na II Kon­gre­sie III Mię­dzy­na­ro­dów­ki - w "wy­peł­nie­niu obo­wiąz­ku wo­bec re­wo­lu­cji", po­ka­za­ła krót­ko­trwa­ła, na na­sze i Eu­ro­py szczę­ście, hi­sto­ria Tym­cza­so­we­go Ko­mi­te­tu Re­wo­lu­cyj­ne­go Pol­ski (Po­lrew­ko­mu).

Po­lrew­kom utwo­rzo­ny zo­stał 23 lip­ca 1920 w Smo­leń­sku przez Ro­syj­ską Par­tię Ko­mu­ni­stycz­ną (bol­sze­wi­ków) w wy­ni­ku prze­kształ­ce­nia Biu­ra Pol­skie­go przy Ko­mi­te­cie Cen­tral­nym par­tii bol­sze­wic­kiej. Biu­ro skła­da­ło się z dzia­ła­czy ko­mu­ni­stycz­nych z te­re­nów Pol­ski, prze­by­wa­ją­cych wów­czas w So­wie­tach. Tym­cza­so­wy Ko­mi­tet Re­wo­lu­cyj­ny Pol­ski dzia­łał pod prze­wod­nic­twem Ju­lia­na Mar­chlew­skie­go, a w jego skład wcho­dzi­li: Fe­liks Kohn, Edward Próch­niak, Fe­liks Dzier­żyń­ski oraz Jó­zef Unsz­licht. Gru­pa ta wraz z jesz­cze kil­ku­dzie­się­ciu oso­ba­mi, rów­nie jak wy­mie­nio­ne wy­żej na­zwi­ska prze­zna­czo­ny­mi do wła­dzy w Pol­sce, prze­miesz­cza­ła się w po­cią­gu pan­cer­nym za fron­tem na­cie­ra­ją­cej Ar­mii Czer­wo­nej.

Pierw­szy do Bia­łe­go­sto­ku za­ję­te­go przez bol­sze­wi­ków trzy dni wcze­śniej do­tarł w nocy z 1 na 2 sierp­nia Ju­lian Mar­chlew­ski, któ­ry na zor­ga­ni­zo­wa­nym na­pręd­ce wie­cu po­in­for­mo­wał ze­bra­nych miesz­kań­ców mia­sta o po­wsta­niu Tym­cza­so­we­go Ko­mi­te­tu Re­wo­lu­cyj­ne­go Pol­ski oraz o uchwa­lo­nym wła­śnie ma­ni­fe­ście, wzy­wa­jąc jed­no­cze­śnie ro­bot­ni­ków, by ci wspar­li czyn­nie nową wła­dzę. Dla­cze­go Bia­ły­stok stał się "sto­li­cą" ma­ją­ce­go po­wstać pierw­sze­go na zie­miach pol­skich bol­sze­wic­kie­go two­ru? Było to bo­wiem naj­więk­sze mia­sto zdo­by­te przez czer­wo­no­ar­mi­stów, ja­kie w tym cza­sie znaj­do­wa­ło się za tzw. li­nią Cur­zo­na.

Czym dla ciał "bia­łych Po­la­ków" były ba­gne­ty, tym dla ich umy­słów i dusz mia­ła być pro­pa­gan­da. Na­le­ży to bar­dzo moc­no pod­kre­ślić - mark­si­ści za­wsze dzia­ła­li dwu­to­ro­wo. I o ile z ba­gne­tów i ter­ro­ru, jako środ­ków swo­je­go pod­bo­ju świa­ta, z cza­sem mu­sie­li zre­zy­gno­wać, z pro­pa­gan­dy, tj. plu­cia lu­dziom w du­sze, nie zre­zy­gno­wa­li ni­g­dy. A na­wet od pew­ne­go mo­men­tu uczy­ni­li z niej głów­ne na­rzę­dzie, za po­mo­cą któ­re­go chcie­li na­rzu­cić swo­ją wi­zję rze­czy­wi­sto­ści. Bę­dzie o tym mowa w ko­lej­nych roz­dzia­łach książ­ki.

Jak słusz­nie pi­sał Pa­weł Ci­choc­ki:

 

Ana­li­zu­jąc treść pro­gra­mu za­war­te­go w ode­zwie [ma­ni­fe­ście, o któ­rym mó­wił Mar­chlew­ski na wspo­mnia­nym wie­cu w Bia­łym­sto­ku - R.K], nie spo­sób oprzeć się wra­że­niu, że ma on je­dy­nie wy­dźwięk pro­pa­gan­do­wy, o ty­po­wo po­pu­li­stycz­nym za­bar­wie­niu, gdzie re­wo­lu­cyj­ne ha­sła mie­sza­ją się z czy­stą de­ma­go­gią. Wy­czy­tać w nim m.in. moż­na, iż Pol­ska Par­tia So­cja­li­stycz­na jest zdraj­czy­nią spra­wy ro­bot­ni­czej, a ko­ja­rzo­ny z jej śro­do­wi­skiem J. Pił­sud­ski stwo­rzył Le­gio­ny, któ­re za­miast wal­czyć o wol­ność ludu, wspo­ma­ga­ły opraw­cę Po­la­ków - ce­sa­rza Wil­hel­ma. We­dle in­nych słów ma­ni­fe­stu pań­stwo pol­skie, po wiel­kiej woj­nie, uzy­ska­ło nie­pod­le­głość od An­glii i Fran­cji pod wa­run­kiem przy­ję­cia na sie­bie roli żan­dar­ma Eu­ro­py, tłu­mią­ce­go wszel­kie za­rze­wia re­wo­lu­cji pro­le­ta­riac­kiej.

 

Na sa­mym koń­cu ode­zwy Po­lrew­kom, jako rząd tym­cza­so­wy, ogła­szał:

 

Fa­bry­ki i ko­pal­nie na­le­ży wy­drzeć z rąk ka­pi­ta­li­stów i spe­ku­lan­tów - pa­ska­rzy. Prze­cho­dzą one na wła­sność na­ro­du i za­rząd ich obej­mą Ko­mi­te­ty Ro­bot­ni­cze. Fol­war­ki i lasy rów­nież prze­cho­dzą na wła­sność i pod za­rząd na­ro­du. Ob­szar­ni­ków trze­ba po­wy­pę­dzać, a za­rzą­dzać fol­war­ka­mi będą Ko­mi­te­ty Pa­rob­czań­skie. Zie­mia wło­ścian-pra­cow­ni­ków po­zo­sta­je nie­ty­kal­na. [...] Gdy w ca­łej Pol­sce zo­sta­nie zwa­lo­ny rząd krwa­wy, któ­ry wtrą­cił kraj w woj­nę zbrod­ni­czą - zjazd de­le­ga­tów ludu ro­bo­cze­go miast i wsi utwo­rzy Pol­ską So­cja­li­stycz­ną Re­pu­bli­kę Rad. [...] Ar­mia Czer­wo­na, oży­wio­na uczu­ciem bra­ter­stwa ro­bot­ni­cze­go, po­mo­że Wam. Współ­dzia­łaj­my więc z nią wszyst­ki­mi si­ła­mi. [...] Uzbra­jaj­cie się spiesz­nie dla obro­ny zdo­by­tej wol­no­ści!

 

Treść ma­ni­fe­stu nie była je­dy­nym za­gra­niem pro­pa­gan­do­wym. Jego ogło­sze­niu to­wa­rzy­szy­ły też inne dzia­ła­nia in­dok­try­na­cyj­ne:

 

W ce­lach agi­ta­cyj­nych wy­ko­rzy­sty­wa­no przede wszyst­kim dru­ko­wa­ne w ol­brzy­mich ilo­ściach bro­szu­ry, pla­ka­ty, pi­sma oraz ulot­ki - do­cie­ra­ją­ce za­rów­no do Po­la­ków, jak i do żoł­nie­rzy wal­czą­cych w sze­re­gach Ar­mii Czer­wo­nej. Nie­odzow­ne w sze­rze­niu re­wo­lu­cyj­nych ha­seł sta­ły się tak­że mi­tyn­gi, przed­sta­wie­nia oraz kon­cer­ty. W ma­te­ria­łach opra­co­wy­wa­nych i kol­por­to­wa­nych przez bol­sze­wi­ków, za­zwy­czaj pod­kre­śla­no przy­ja­zne za­mia­ry wo­bec pol­skie­go pro­le­ta­ria­tu, nie­na­wiść re­zer­wu­jąc wy­łącz­nie dla bur­żu­azji, ka­pi­ta­li­stów, ob­szar­ni­ków i pol­skich pa­nów10.

 

Oprócz pro­gra­mu rol­ne­go, w któ­rym za­pew­nia­no, że "dzie­dzi­ce zo­sta­ją wy­pę­dze­ni", a zie­mia "sta­no­wi od­tąd wła­sność ludu", TKRP opra­co­wał i wy­dał de­kla­ra­cję o wol­no­ści su­mie­nia. Usta­no­wio­no też try­bu­na­ły re­wo­lu­cyj­ne, by­naj­mniej nie po to, aby tej wol­no­ści su­mie­nia bro­nić, o czym nie­ba­wem prze­ko­na­li się miesz­kań­cy ob­sza­rów za­ję­tych przez ko­mu­ni­stów: Pod­la­sia i czę­ści Ma­zow­sza. Ro­man Łą­gwa sta­nął na cze­le for­ma­cji woj­sko­wej, na­zwa­nej Pol­ską Ar­mią Czer­wo­ną, ma­ją­cej wspie­rać so­wie­tów w znie­wa­la­niu kra­ju. Do 2. Bia­ło­stoc­kie­go Puł­ku Strzel­ców zgło­si­ło się za­le­d­wie 70 osób, a li­czeb­ność ca­łej PAC wy­nio­sła 176 ochot­ni­ków. Na wieść o tym, że woj­ska bol­sze­wic­kie pod­cho­dzą pod War­sza­wę, kie­row­nic­two TKRP (Mar­chlew­ski, Dzier­żyń­ski i Kohn) przy­je­cha­ło do Wy­szko­wa, aby wraz z Ar­mią Czer­wo­ną wkro­czyć do sto­li­cy. Po­zo­sta­li człon­ko­wie Ko­mi­te­tu, w tym Próch­niak, prze­by­wa­li na­dal w Bia­łym­sto­ku11.

Pol­ska wro­gość, obrzy­dze­nie wręcz, do no­wych, "świa­tłych" i ja­ko­by po­stę­po­wych praw i za­sad za­sko­czy­ła sa­mych ko­mu­ni­stów oraz wszyst­kie "po­stę­po­we siły" w Eu­ro­pie i świe­cie. Że nie chciał ich po­sia­dacz, dzie­dzic, ka­mie­nicz­nik czy po­ten­tat prze­my­sło­wy, to było rze­czą oczy­wi­stą, ale nie pra­gnął ich rów­nież pro­le­ta­riusz pol­ski, ro­bot­nik rol­ny, pa­ro­bek dwor­ski, gnież­dżą­ca się w czwo­ra­kach bie­do­ta wiej­ska. A prze­cież był to bol­sze­wic­ki tar­get, do któ­re­go kie­ro­wa­no pro­pa­gan­dę peł­ną re­sen­ty­men­tów wo­bec tych, co mają, z któ­re­go też re­kru­to­wa­ła się ar­mia zbi­rów, na­jeż­dża­ją­ca pol­ską zie­mię. Nie mógł się temu na­dzi­wić rów­nież so­cja­li­sta Ste­fan Że­rom­ski:

 

I oto te­raz na ostrzu ba­gne­tu Chiń­czy­ka, w świ­ście na­haj­ki Ko­za­ka, wśród tur­ko­tu ku­lo­mio­tów, na­sta­wio­nych przez Ło­ty­sza prze­ciw­ko nie­win­nej, naj­zac­niej­szej w Pol­sce krwi, prze­ciw­ko krwi mło­dzień­czej, mia­ło się nam ob­ja­wiać nowe pra­wo, na­rzu­co­ne z ze­wnątrz, pra­wo wyż­sze, głęb­sze i spra­wie­dliw­sze, niż na­sze. Stał mię­dzy nami i tem woj­skiem z ze­wnątrz przy­cho­dzą­cem wie­lo­mi­lio­no­wy bez­rol­ny i bez­dom­ny lud i miał mię­dzy oj­czy­zną i przy­chod­nia­mi wy­bie­rać. O, Po­la­cy! Niech wa­sze ręce skła­da­ją się do mo­dli­twy, al­bo­wiem ci bez­rol­ni i bez­dom­ni Pol­skę wy­bra­li. To nic, że tam i sam ten i ów po­szedł z roz­pa­czy za wro­giem. Cały bo­wiem lud pol­ski po­szedł w bój za oj­czy­znę. Opa­sa­li się pa­sem żoł­nier­skim nę­dza­rze, któ­rzy na wła­sność w oj­czyź­nie mają tyl­ko grób, i z mę­stwem, na któ­re­go wi­dok onie­miał z za­chwy­tu świat, ude­rzy­li w woj­ska na­jeźdź­ców. Od krań­ca zie­mi pol­skiej do dru­gie­go krań­ca, gdzie­kol­wiek brzmi na­sza mowa, je­den się pod­niósł krzyk: niech żyje oj­czy­zna!

 

Mar­chlew­ski, Kohn i Dzier­żyń­ski przez kil­ka­na­ście go­dzin prze­by­wa­li na ple­ba­nii w Wy­szko­wie, zło­żyw­szy 15 sierp­nia nie­spo­dzie­wa­ną "wi­zy­tę" ks. pro­bosz­czo­wi Wik­to­ro­wi Miecz­kow­skie­mu, pod­czas któ­rej dys­ku­to­wa­li z nim o nad­cho­dzą­cej przy­szło­ści. Ksiądz ka­no­nik przed­sta­wił póź­niej ob­raz tej roz­mo­wy: "Wi­dzia­łem, że miny ich były po­waż­ne i ze mną nad­zwy­czaj swo­bod­nie dys­ku­to­wa­li, nie zdra­dza­jąc się, że jadą do War­sza­wy. Przy­kro mi było, że lu­dzie tak in­te­li­gent­ni po­więk­sza­ją licz­bę zdraj­ców Oj­czy­zny, być może jako fa­na­ty­cy obłę­du bol­sze­wic­kie­go".

Na­stęp­ne­go dnia "wi­zy­ta­to­rzy", na wieść o od­wro­cie Ar­mii Czer­wo­nej spod War­sza­wy, wsie­dli do au­to­mo­bi­lu i za­miast (jak byli jesz­cze dzień wcze­śniej prze­ko­na­ni) do za­ję­tej przez bol­sze­wi­ków sto­li­cy, uda­li się spiesz­nie w prze­ciw­ną stro­nę - do Bia­łe­go­sto­ku. A wraz z nimi po­cią­gnę­ły nie­do­bit­ki ar­mii Tu­cha­czew­skie­go. "Ode­tchną­łem, gdy ich auto po­mknę­ło w stro­nę Bia­łe­go­sto­ku" - pi­sał ks. Miecz­kow­ski, mi­mo­wol­ny go­spo­darz "bie­sów re­wo­lu­cji". Sieć rew­ko­mów ule­gła roz­pa­do­wi, spon­ta­nicz­nie za­czę­ły po­wsta­wać od­dzia­ły par­ty­zanc­kie, któ­re na­pa­da­ły i nę­ka­ły Ar­mię Czer­wo­ną.

Do ran­gi sym­bo­lu, do­wo­dzą­ce­go słusz­no­ści stwier­dze­nia, że ko­mu­ni­ści po­słu­gi­wa­li się sło­wem pro­pa­gan­dy jak ba­gne­tem, a gdy tego już nie sta­ło, uży­wa­li pro­pa­gan­dy w miej­sce ba­gne­tu, ura­sta fakt, że jak za­uwa­żył Prze­my­sław Sie­ra­dzan:

 

Choć sta­ło się oczy­wi­ste, że dni bia­ło­stoc­kie­go ko­mi­te­tu są już po­li­czo­ne, ar­ty­ku­ły ofi­cjal­ne­go or­ga­nu TKRP na­dal utrzy­ma­ne są w to­nie trium­fa­li­stycz­nym. Przy­kła­dem może być ar­ty­kuł Dwa świa­ty, w któ­rym Fe­liks Kon pi­sze: Sta­ry świat gi­nie, ale ro­dzi się nowy, wiel­ki, po­tęż­ny, w tym świe­cie praw­dzi­wie nie­pod­le­gła Pol­ska So­cja­li­stycz­na Re­pu­bli­ka Rad po­cze­sne zaj­mie sta­no­wi­sko12.

 

Kon za­pew­niał tak czy­tel­ni­ków "Goń­ca Czer­wo­ne­go" kil­ka dni po po­gro­mie, ja­kie­go do­świad­czy­ła Ar­mia Czer­wo­na 15 sierp­nia 1920 r.

Ste­fan Że­rom­ski, któ­ry przy­był na ple­ba­nię kil­ka dni póź­niej, do­sko­na­le opi­sał, kim byli owi trzej "go­ście", któ­rzy go po­prze­dzi­li, w słyn­nym opo­wia­da­niu-re­por­ta­żu Na pro­bo­stwie w Wy­szko­wie:

 

Któż to byli ci trzej go­ście, któ­rzy w tych izbach mie­ni­li się rzą­dem pol­skim? Czy ich lud pol­ski wy­brał, czy ich kto­kol­wiek na tej zie­mi mia­no­wał? Lud pol­ski czy na­ród pol­ski, tak ro­zu­mia­ny, jak to jest w ich zwy­cza­ju, nie na­zna­czał żad­ne­go z nich na god­ność, któ­rą so­bie wy­bra­li. Na­zna­cze­ni zo­sta­li przez ko­goś zwyż­sza, w ob­cym kra­ju, w swym ze­spo­le, w swej par­tii. Jako ta­kich moż­na by ich na­zy­wać tyl­ko ko­mi­sa­rza­mi w zna­cze­niu, ja­kie­go ten wy­raz na­brał w opi­nii lu­do­wej pol­skiej pod­czas dłu­go­let­niej dzia­łal­no­ści ko­mi­sa­rzy po kre­stjań­skim die­łam, za po­przed­niej in­wa­zji ca­rów mo­skiew­skich na zie­mię pol­ską. I tam­ci sta­wa­li prze­cie w obro­nie ludu pol­skie­go wo­bec uci­sku szlach­ty. Tam­ci tak­że opie­ra­li po­moc swo­ją dla chło­pów pol­skich na nie­prze­li­czo­nej ilo­ści ba­gne­tów. Jed­na tyl­ko róż­ni­ca: tam­ci ko­mi­sa­rze nie byli z na­sze­go rodu. Krew pol­ska nie pły­nę­ła w ich ży­łach. Ci ro­da­cy dla po­par­cia swej wła­dzy przy­pro­wa­dzi­li na na­sze pola, na nędz­ne mia­stecz­ka, na dwo­ry i cha­łu­py po­sie­dzi­cie­li, na mia­sta przy­wa­lo­ne bru­dem i zdru­zgo­ta­ne ty­lo­let­nią woj­ną - obcą ar­mię, masę, zło­żo­ną z lu­dzi ciem­nych, zgłod­nia­łych, żąd­nych ob­ło­wie­nia się i soł­dac­kiej roz­pu­sty.

 

Trzy ty­go­dnie rzą­dów Tym­cza­so­we­go Ko­mi­te­tu Re­wo­lu­cyj­ne­go Pol­ski po­zo­sta­wi­ły po so­bie krwa­wy ślad. Wspo­mnia­ne try­bu­na­ły re­wo­lu­cyj­ne ści­ga­ły i za­bi­ja­ły prze­ciw­ni­ków wła­dzy so­wiec­kiej. W or­ga­ni­zo­wa­niu ter­ro­ru od­zna­czy­li się szcze­gól­nie Ro­mu­ald Mu­kle­wicz i Adam Ka­czo­row­ski (Sła­wiń­ski). We­dług kra­kow­skie­go dzien­ni­ka "Czas" przez cały okres dzia­łal­no­ści Po­lrew­ko­mu cze­ki­ści roz­strze­la­li w Bia­łym­sto­ku 16 osób, w tym: pre­zy­den­ta mia­sta Szy­mań­skie­go, pre­ze­sa za­rzą­du Fi­li­po­wi­cza oraz en­dec­kich rad­nych Sie­masz­kę i Gliń­skie­go13. Był to swo­isty "mord sym­bo­licz­ny", bo­wiem w gru­pie za­bi­tych mie­ścił się prze­krój lo­kal­nej spo­łecz­no­ści: trzech zie­mian, trzech funk­cjo­na­riu­szy po­li­cji, trzech ofi­ce­rów, je­den związ­ko­wiec, pro­boszcz, ku­piec ży­dow­ski i ksią­żę ta­tar­ski oraz trzy inne oso­by.

Spi­ra­la ter­ro­ru roz­krę­ca­ła się na do­bre, a wła­ści­wie - na złe, na kosz­mar­ne. Co po­tra­fi­li cze­ki­ści, któ­rym sze­fo­wał obec­ny zra­zu w Bia­łym­sto­ku, a póź­niej w Wy­szko­wie Fe­liks Dzier­żyń­ski - no­szą­cy bu­dzą­cy gro­zę przy­do­mek "Krwa­wy Fe­liks", na zmia­nę z dwo­ma in­ny­mi: "Że­la­zny Fe­liks" i "Czer­wo­ny Kat" - po­ka­za­ły dwa pierw­sze lata ich dzia­łal­no­ści. Geo­r­ge Leg­gett pi­sał, że w la­tach 1918-1920 Cze­ka za­bi­ła przy­naj­mniej 140 tys. lu­dzi, a więc - "sie­dem razy tyle, ile wy­no­si­ła licz­ba za­bi­tych przez rząd ca­ra­tu w cią­gu ca­łe­go wie­ku przed re­wo­lu­cją!". Na­le­ży do­dać, że jest to wskaź­nik uwzględ­nia­ją­cy je­dy­nie eg­ze­ku­cje, na­to­miast po­mi­ja nie­zli­czo­ne ofia­ry wię­zień i tor­tur. Praw­dzi­wa licz­ba ofiar może wy­no­sić po­nad mi­lion ist­nień14.

Ri­chard Pi­pes, ame­ry­kań­ski hi­sto­ryk i so­wie­to­log po­cho­dze­nia pol­sko-ży­dow­skie­go, do­wo­dził, że w kwiet­niu 1919 r., z in­spi­ra­cji Dzier­żyń­skie­go i za zgo­dą Le­ni­na, rząd so­wiec­ki wy­dał roz­kaz za­ło­że­nia sie­ci obo­zów kon­cen­tra­cyj­nych, co naj­mniej po jed­nym na każ­dą gu­ber­nię, two­rząc w ten spo­sób za­czyn pod bu­do­wę sys­te­mu obo­zów, zna­ne­go póź­niej jako GU­Łag. Po­mysł czer­wo­nych to­ta­li­stów w Ro­sji przej­mie i "twór­czo" roz­wi­nie to­ta­li­ta­ryzm bru­nat­ny w Niem­czech, któ­re­go wo­dzem był Adolf Hi­tler. Do 1923 r. wła­dza ra­dziec­ka zbu­do­wa­ła 315 obo­zów15. Do ta­kich to "atrak­cji" spiesz­no było oby­wa­te­lom państw Za­cho­du. A fakt, że wie­lu z nich nie mia­ło po­ję­cia, co się w tym cza­sie w Kra­ju Rad dzia­ło, sta­no­wi czyn­nik dru­go­rzęd­ny. Bo­wiem ko­lej­ne lata ist­nie­nia Czer­wo­ne­go Ca­ra­tu i na­pły­wa­ją­ce stam­tąd co­raz szer­szym stru­mie­niem in­for­ma­cje nie zdo­ła­ły wy­ga­sić sym­pa­tii do ko­mu­ni­zmu nie tyl­ko tych, ale też na­stęp­nych po­ko­leń miesz­kań­ców Wol­ne­go Świa­ta, a wy­da­rze­nia z lat 60. XX stu­le­cia oraz ogrom­ne suk­ce­sy mark­si­zmu, w wer­sji kul­tu­ro­wej, będą tego smęt­nym do­wo­dem.

Woj­sko pol­skie, wspar­te przez miej­sco­wą lud­ność, zdo­by­ło Bia­ły­stok 22 sierp­nia. Tym­cza­so­wy Ko­mi­tet Re­wo­lu­cyj­ny Pol­ski w po­śpie­chu opu­ścił mia­sto, ucie­ka­jąc tam, skąd przy­szedł - do Ro­sji.

Wkrót­ce za­prze­stał dzia­łal­no­ści, a jego człon­ko­wie zo­sta­li przy­dzie­le­ni do szta­bów fron­to­wych lub obo­zów je­niec­kich w celu bez­sku­tecz­ne­go, jak się oka­za­ło, wer­bo­wa­nia ochot­ni­ków do Pol­skiej Ar­mii Czer­wo­nej. Po so­wie­tach zo­sta­ły upior­ne wspo­mnie­nia, nad któ­rych za­tar­ciem tru­dzi­ła się póź­niej, całe szczę­ście nie dość sku­tecz­nie, pe­ere­low­ska pro­pa­gan­da; w tym hi­sto­ry­cy, na­dal po­zo­sta­ją­cy - rów­nież po prze­mia­nach po­cząt­ku lat 90. XX stu­le­cia - men­to­ra­mi i wy­cho­waw­ca­mi no­wych po­ko­leń ba­da­czy i na­uczy­cie­li. Stąd do dnia dzi­siej­sze­go, wśród czę­ści Po­la­ków, któ­rzy bez­czel­nie sami sie­bie na­zy­wa­ją "eli­tą", wciąż ist­nie­ją cho­re in­kli­na­cje do mark­si­zmu i ta­kież sen­ty­men­ty do Pe­ere­lu.

 

Na od­głos strza­łów roz­le­ga­ją­cych się za Bu­giem dr Ju­lian Mar­chlew­ski, jego ko­le­ga Fe­liks Dzier­żyń­ski, po­ma­za­ny od stóp do głów krwią ludz­ką, i sza­now­ny we­te­ran so­cja­li­zmu Fe­liks Kohn - dali dra­pa­ka z Wy­szko­wa. Po­zo­stał po nich tyl­ko wiel­ki swąd spa­lo­nej ben­zy­ny, tro­cha cu­kru oraz wspo­mnie­nie dys­kur­sów, pro­wa­dzo­nych przy sto­le i pod ja­bło­nia­mi cie­ni­ste­go sadu. Przed wy­jaz­dem dr Jul­jan Mar­chlew­ski po­wta­rzał raz wraz me­lan­cho­lij­nie:

"Mia­łeś, chło­pie, zło­ty róg,

Mia­łeś, chło­pie, czap­kę z piór...

Zo­stał ci się ino sznur"...

Jak w wie­lu in­nych rze­czach, tak i tu­taj, nie­do­szły wład­ca my­lił się za­sad­ni­czo. Zło­te­go rogu Pol­ski, wca­le w ręku nie trzy­mał. Czap­ka kra­kow­ska rów­nież mu nie przy­stoi. Je­że­li jaki strój, to już chy­ba okrą­gła, ak­sa­mit­na cza­pecz­ka mo­skiew­ska, ob­sta­wio­na wo­ko­ło pa­wie­mi pió­ra­mi prę­dzej mu bę­dzie pa­so­wa­ła. Tę już do koń­ca ży­cia no­sić mu wy­pad­nie. Na­wet do bied­ne­go sznu­ra od pol­skie­go zło­te­go rogu nie ma pra­wa ten na­jeźdź­ca. Kto na zie­mię oj­czy­stą, cho­ciaż­by grzesz­ną i złą, wro­ga od­wiecz­ne­go na­pro­wa­dził, zdep­tał ją, stra­to­wał, splą­dro­wał, spa­lił, złu­pił rę­ko­ma cu­dzo­ziem­skie­go żoł­dac­twa, ten się wy­zuł z oj­czy­zny. Nie może ona być dla nie­go już ni­g­dy do­mem, ni miej­scem spo­czyn­ku. Na zie­mi pol­skiej nie ma dla tych lu­dzi już ani tyle miej­sca, ile zaj­mą sto­py czło­wie­ka, ani tyle, ile zaj­mie mo­gi­ła16.

 

A jed­nak, mimo słów Ste­fa­na Że­rom­skie­go, dla ta­kich lu­dzi, któ­rzy po­ja­wią się po­now­nie po dwu­dzie­stu la­tach z Ar­mią Czer­wo­ną, zna­la­zło się nie tyl­ko miej­sce i dom, ale zna­la­zła się też i wła­dza, i god­no­ści, ty­tu­ły i pie­nią­dze. Rzą­dzi­li oni, a póź­niej ich dzie­ci, wnu­ki. A dziś wła­da­ją nami ich du­cho­wi spad­ko­bier­cy, "we­wnętrz­ni Mo­ska­le" - jak na­zwał ten typ Po­la­ków po­eta i pi­sarz Ja­ro­sław Rym­kie­wicz.

Do­świad­cze­nie ko­mu­ni­zmu (choć jego marę od­go­ni­ła pol­ska sza­bla znad Wi­sły) oraz po­nu­ra i groź­na obec­ność tego sys­te­mu za kru­chym kor­do­nem gra­nicz­nym, przez któ­ry co i rusz prze­ni­ka­ła so­wiec­ka agen­tu­ra, ro­dzi­ły w wie­lu pi­sa­rzach, my­śli­cie­lach, za­uro­czo­nych pol­sko­ścią i jej dzie­ja­mi przed­mu­rza cy­wi­li­zo­wa­ne­go świa­ta, my­śli escha­to­lo­gicz­ne, pro­roc­kie, traf­nie (nie­ste­ty) prze­wi­du­ją­ce co bę­dzie da­lej, tak z Pol­ską, jak z Eu­ro­pą i świa­tem. Ma­rian Zdzie­chow­ski pi­sał wów­czas: "Sto­imy w ob­li­czu koń­ca hi­sto­rii. Dzień każ­dy świad­czy o za­stra­sza­ją­cych po­stę­pach dżu­my mo­ral­nej, któ­ra od Ro­sji so­wiec­kiej pę­dząc, za­gar­nia wszyst­kie kra­je, wże­ra się w or­ga­ni­zmy wszyst­kich na­ro­dów, wszę­dzie pro­ce­sy roz­kła­do­we wsz­czy­na, w od­mę­tach zgni­li­zny i zdzi­cze­nia po­grą­ża". A w tym cza­sie no­wo­twór bol­sze­wi­zmu nisz­czył, zdro­we do tej pory, ka­to­lic­kie kra­je Mek­sy­ku i Hisz­pa­nii. Sta­wał się co­raz bar­dziej po­pu­lar­ny na Za­cho­dzie Eu­ro­py.

 

Pa­trząc na to, myśl na­stra­ja się escha­to­lo­gicz­nie. Na­le­żę do tych, zda­je się nie­licz­nych, któ­rzy bar­dzo wy­raź­nie sły­szą huk nad­cho­dzą­cej na­wał­ni­cy, o któ­rej po­wie­dzia­no, że przyj­dą dnie uci­sku, ja­kie nie były od po­cząt­ku stwo­rze­nia, po­wsta­nie na­ród prze­ciw na­ro­do­wi, kró­le­stwo prze­ciw kró­le­stwu, na­stą­pi obrzy­dli­wość spu­sto­sze­nia i lu­dzie schnąć będą ze stra­chu, a gdy uj­rzy­cie to wszyst­ko, wiedz­cie, iż Pan bli­sko jest, we drzwiach [Mat. 24:33]17.

 

I jesz­cze inne spo­strze­że­nie Zdzie­chow­skie­go u pro­gu woj­ny, któ­ra w swym okru­cień­stwie sta­rać się bę­dzie do­rów­nać zdzi­cze­niu i be­stial­stwu re­wo­lu­cji bol­sze­wic­kiej: tra­gicz­nie bez­myśl­na Eu­ro­pa, ule­gł­szy hip­no­zie bol­sze­wic­kie­go okru­cień­stwa, wzię­ła je za ob­jaw siły prze­twa­rza­ją­cej świat; na­wet lu­dzie z su­mie­niem, jak Ro­ma­in Rol­land, za­głu­szy­li su­mie­nia swo­je i słu­żą bol­sze­wi­kom. Gdzie zaś, jak w Niem­czech, wy­stą­pio­no do wal­ki z nimi, in­nych me­tod jak bol­sze­wic­kie nie wy­na­le­zio­no". Stąd już bli­sko do kon­klu­zji, któ­rej traf­ność jesz­cze nie raz bę­dzie­my wspo­mi­nać:

 

Sło­wem, bol­sze­wi­zu­je się świat. Eu­ro­pa i wraz z nią Pol­ska za­pa­da­ją w bło­to upad­ku mo­ral­ne­go. Czło­wiek wy­zu­ty z in­dy­wi­du­al­no­ści i su­mie­nia, z men­tal­no­ścią szpie­ga, z du­szą kata, a pod­da­ny dys­cy­pli­nie ka­tor­gi [Lo­uis Ber­trand] zo­sta­je uzna­ny, zgod­nie z ewan­ge­lią so­wiec­ką, za ide­ał czło­wie­ka i wzór dla cza­sów na­szych, a pro­pa­gan­dzie no­we­go ide­ału w roz­ma­itych jego po­sta­ciach, sto­sow­nie do miej­sca i śro­do­wi­ska, ogół spo­łe­czeń­stwa na­sze­go przy­pa­tru­je się z życz­li­wą neu­tral­no­ścią18.

 

Mark­sizm, nie­za­leż­nie czy w sier­mięż­nej jesz­cze, bol­sze­wic­kiej wer­sji, czy w z lek­ka przy­pu­dro­wa­nej i z "ludz­ką twa­rzą" wer­sji so­cja­li­stycz­nej, czy wresz­cie - po­lit-po­praw­nej, za­wsze bę­dzie naj­więk­szym nie­bez­pie­czeń­stwem dla ludz­kich dusz i umy­słów. Nie za­do­wa­la się li tyl­ko zdo­by­cza­mi ma­te­rial­ny­mi, prze­ję­ciem cu­dzej wła­sno­ści, bo­wiem

 

pla­ny i cele wro­ga tego [...] się­ga­ją nie­rów­nie da­lej! Nic po­dob­ne­go hi­sto­ria do­tych­czas nie za­pi­sa­ła. Cho­dzi tu bo­wiem o wskrze­sze­nie cze­goś, co bez­pow­rot­nie, jak się zda­wa­ło, ode­szło w dal prze­szło­ści, tj. pańsz­czy­zny - o prze­isto­cze­nie świa­ta w je­den wiel­ki dom nie­wo­li, w ja­kiś koł­choz, mó­wiąc żar­go­nem so­wiec­kim, w któ­rym czło­wiek stał­by się au­to­ma­tem bez my­śli i bez woli, al­bo­wiem my­śleć i mieć wolę jest przy­wi­le­jem tyl­ko par­tii, przy­wi­le­jem cze­re­zwy­czaj­ki bę­dą­cej jej wi­do­mym wy­ra­zem19.

 

Suk­ces mark­si­zmu i jego dys­funk­cyj­nej ide­olo­gii spo­wo­do­wa­ny był tym, że świat nie po­słu­chał rady Ste­fa­na Że­rom­skie­go: "Po­ko­naw­szy bol­sze­wizm na polu bi­twy, na­le­ży go po­ko­nać w sed­nie jego idei. Na miej­sce bol­sze­wi­zmu na­le­ży po­sta­wić za­sa­dy wyż­sze odeń, spra­wie­dliw­sze, mą­drzej­sze i do­sko­nal­sze". Osta­tecz­nie świat uznał, że na miej­sce bol­sze­wi­zmu sier­mięż­ne­go nie na­le­ży "po­sta­wić za­sad wyż­szych odeń", ale trze­ba jesz­cze wię­cej bol­sze­wi­zmu - z tym że bar­dziej fi­ne­zyj­ne­go.

Z tego upad­ku po­wo­jen­nej Eu­ro­py - któ­ra znów, tym ra­zem po dru­giej Wiel­kiej Woj­nie, chy­li­ła kark przed czer­wo­nym to­ta­li­ta­ry­zmem - do­sko­na­le zda­wał so­bie spra­wę An­drzej Bob­kow­ski. Dla­te­go wła­śnie uciekł z niej (lub może ra­czej od niej) da­le­ko do Ame­ry­ki Po­łu­dnio­wej, gdzie, jak są­dził (ku swe­mu prze­ra­że­niu, na­iw­nie) nie wkro­czy ni­g­dy ko­mu­ni­stycz­ny Le­wia­tan, nie­na­wi­dzą­cy wszyst­kie­go co żyje i nie­ma­ją­cy wzglę­du na nor­my, li­mi­ty, stan­dar­dy, okól­ni­ki, wy­tycz­ne - cały ten ar­se­nał współ­cze­snych kaj­dan i łań­cu­chów, któ­ry­mi nie­gdyś przy­ku­wa­no do wię­zien­nych ścian tyl­ko naj­groź­niej­szych prze­stęp­ców, a dziś robi się to samo ze spo­koj­ny­mi, pra­co­wi­ty­mi ludź­mi, "z my­ślą o ich do­brze po­ję­tym in­te­re­sie i bez­pie­czeń­stwie".

Je­rzy Gie­droyc pi­sał o Bob­kow­skim, że był on "pod wiel­kim wra­że­niem upad­ku i roz­kła­du Eu­ro­py, nie­na­wi­dził jej zmur­sza­łych ide­olo­gii, wi­dział tu przy­szłość w bar­dzo czar­nych bar­wach i chciał roz­po­cząć nowe ży­cie w Ame­ry­ce Po­łu­dnio­wej"20. Za­uwa­żył tak­że, że męż­czy­zna "miał pa­sję ży­cia, z któ­re­go czer­pał wiel­ki­mi gar­ścia­mi", a taką po­sta­wę nie spo­sób było po­go­dzić z po­wol­ną, pod­stęp­ną, ale nie­uchron­ną i jak su­cho­ty ga­lo­pu­ją­cą bol­sze­wi­za­cją Sta­re­go Kon­ty­nen­tu. "Eu­ro­pej­czyk, któ­ry nie chce być wol­ny, prze­sta­je być Eu­ro­pej­czy­kiem. Aby nim po­zo­stać, mu­sia­łem wy­je­chać", wy­ja­śniał po­wo­dy opusz­cze­nia Eu­ro­py au­tor Szki­ców piór­kiem, w któ­rych zresz­tą łaja Za­chód za to samo, co wiel­ki Jó­zef Mac­kie­wicz. Ów ostat­ni stwier­dzał:

 

To, co do­pro­wa­dza mnie do sza­łu, to mó­wie­nie o Ro­sji, jak­by to był zu­peł­nie nor­mal­ny kraj, part­ner An­glii i Ame­ry­ki itd. Na­praw­dę ciem­no­ta, na­praw­dę zu­peł­ne śre­dnio­wie­cze. Jest to taki sam to­ta­lizm, jak każ­dy inny, ale nie wol­no o tym mó­wić. [...] I to­ta­lizm so­wiec­ki jest w su­mie strasz­niej­szy od hi­tle­row­skie­go, bo prze­że­ra tak­że du­szę, wgry­za się głę­biej, ata­ku­jąc ca­łe­go czło­wie­ka. Ale nikt nie chce WI­DZIEĆ21.

 

Klę­ska ar­mii Tu­cha­czew­skie­go po­nie­sio­na na przed­po­lach War­sza­wy, roz­bi­cie Ar­mii Kon­nej Bu­dion­ne­go pod Ko­ma­ro­wem, wrze­śnio­wa ofen­sy­wa nad Nie­mnem Jó­ze­fa Pił­sudz­kie­go za­koń­czo­na ko­lej­nym wspa­nia­łym suk­ce­sem wojsk pol­skich, a wresz­cie trak­tat ry­ski, koń­czą­cy w mar­cu 1921 r. woj­nę Po­la­ków (i wspo­ma­ga­ją­cych ich od­dzia­łów żoł­nie­rzy ukra­iń­skich pod do­wódz­twem ge­ne­ra­ła My­chaj­ło Ome­lia­no­wi­cza-Paw­len­ki) z bol­sze­wią - wszyst­ko to w spo­sób oczy­wi­sty po­ka­za­ło, że w tym cza­sie kon­cep­cja "świa­to­wej re­wo­lu­cji" sta­ła się spra­wą bez­na­dziej­ną.

Jed­nak mark­si­ści - rów­nież ci "kul­tu­ro­wi", o czym nie­ba­wem bę­dzie mowa - nie zwy­kli li­czyć się z rze­czy­wi­sto­ścią, kie­ru­jąc się za­sa­dą He­gla, uję­tą w słyn­nym po­wie­dze­niu tego nie­miec­kie­go my­śli­cie­la: "Je­śli teo­ria nie zga­dza się z fak­ta­mi, tym go­rzej dla fak­tów". Mimo tylu świa­dectw mó­wią­cych, że "pro­ce­sy dzie­jo­we", któ­re do­pro­wa­dzi­ły­by do wrze­nia re­wo­lu­cyj­ne­go w każ­dym z państw eu­ro­pej­skich, jesz­cze nie wy­stą­pi­ły, w mar­cu 1921 r. Ko­min­tern po­now­nie szy­ko­wał się do "eks­por­tu" re­wo­lu­cji. Tym ra­zem wy­bra­no Sak­so­nię na miej­sce "spon­ta­nicz­ne­go" prze­wro­tu, któ­ry ogar­nie całe Niem­cy. I tym ra­zem - przed­się­wzię­cie nie po­wi­dło się. Po­dob­nie jak ko­lej­ne pró­by, po­dej­mo­wa­ne jesz­cze do po­ło­wy lat 20. (po­now­nie w Sak­so­nii, Tu­ryn­gii oraz w Es­to­nii i Buł­ga­rii). "Po do­tkli­wych nie­po­wo­dze­niach w Eu­ro­pie dy­ry­go­wa­ny przez Sta­li­na Ko­min­tern zna­lazł ko­lej­ne pole wal­ki - Chi­ny, i tam też skie­ro­wał swe wy­sił­ki", pi­szą au­to­rzy Czar­nej księ­gi ko­mu­ni­zmu.

Skie­ro­wa­nie wzro­ku na Azję Środ­ko­wą nie ozna­cza, w żad­nym wy­pad­ku, że ko­mu­ni­ści zre­zy­gno­wa­li w tym cza­sie z Eu­ro­py. Ar­gu­so­we oko cały czas spo­czy­wa­ło na Sta­rym Kon­ty­nen­cie - wszak Ar­gus to po­twór wie­lo­oki.

"La­sem pol­skich dzid na­ro­dy za­sła­nia­ne od pod­bo­ju wy­nu­ci­ły pieśń swo­bo­dy, pieśń mi­ło­ści, pieśń po­ko­ju" - pi­sał Fran­ci­szek Mo­raw­ski w wier­szu Gier­mek. A póź­niej nie tyl­ko nie­wdzięcz­ne za tę pol­ską ła­skę, ale i prze­wrot­ne, z wła­snej, nie­przy­mu­szo­nej woli, za­czę­ły śpie­wać Mię­dzy­na­ro­dów­kę i ła­sić się do so­wiec­kich wa­lo­nek.

 

Zamiast wstępu

Kilka lat po re­wo­lu­cji bol­sze­wic­kiej w Ro­sji, 21 mar­ca 1925 r., Gil­bert Ke­ith Che­ster­ton, słyn­ny bry­tyj­ski pi­sarz, ese­ista, oraz wy­bor­ny po­le­mi­sta zma­ga­ją­cy się z gno­sty­cy­zmem i ko­mu­ni­zmem, za­no­to­wał, że nowe sys­te­my ko­mu­ni­stycz­ne "nie bun­tu­ją się prze­ciw­ko nie­nor­mal­nej ty­ra­nii; bun­tu­ją się prze­ciw­ko temu, co uwa­ża­ją za nor­mal­ną ty­ra­nię - ty­ra­nię nor­mal­no­ści". "Nie bun­tu­ją się prze­ciw­ko kró­lo­wi" - pi­sał - "Bun­tu­ją się prze­ciw­ko oby­wa­te­lo­wi".

Sło­wa ame­ry­kań­skie­go ma­ga­zy­nu "Spec­ta­tor", opi­su­ją­ce­go współ­cze­sną Ame­ry­kę tra­wio­ną no­wo­two­rem po­praw­no­ści po­li­tycz­nej, do­sko­na­le od­da­ją ob­raz tych, któ­rzy zbun­to­wa­li się prze­ciw­ko "ty­ra­nii nor­mal­no­ści":

 

Ta qu­asi-re­li­gij­na ka­sta i jej ka­te­chizm róż­no­rod­no­ści kie­ru­ją obec­nie in­sty­tu­cja­mi na­ro­du. Nie tyl­ko w me­diach, aka­de­miach, re­kla­mie i roz­ryw­ce, ale tak­że w kor­po­ra­cjach, rzą­dach i woj­sku, ka­pe­la­ni róż­no­rod­no­ści eg­ze­kwu­ją nowe pra­wo ka­no­nicz­ne. Prze­ko­na­na o swo­jej spe­cjal­nej wi­zji mo­ral­nej ka­sta nie ma za­mia­ru ce­do­wać wła­dzy ani to­le­ro­wać wol­no­my­śli­cie­li. Jej za­da­niem jest wy­ko­rze­nie­nie i stłu­mie­nie he­re­ty­ków i tego co okre­śla­ją mia­nem nie­na­wi­ści oraz pro­pa­go­wa­nie ar­ty­ku­łów świę­tej wia­ry. W re­zul­ta­cie wol­ność su­mie­nia i na­uki znaj­du­je się pod wy­jąt­ko­wym ata­kiem. Pre­fe­ren­cje mię­dzy­ra­so­we, przy­wi­lej bia­łych, kul­tu­ra gwał­tu, zmia­ny do­mi­na­cji ra­so­wych, rów­ne wy­ni­ki ocen nie­za­leż­nie od wkła­du pra­cy i rze­czy­wi­stych zdol­no­ści i do­wol­na licz­ba zwod­ni­czych idei sta­ją się dok­try­ną in­sty­tu­cjo­nal­ną.

 

Z ko­lei Cid La­za­rou z "The Epoch Ti­mes" za­uwa­ża:

 

To, co kom­pli­ku­je spra­wę, to fakt, że le­wi­co­wa ide­olo­gia jest trud­na do usta­le­nia, mię­dzy in­ny­mi dla­te­go, że jej zwo­len­ni­cy ce­lo­wo za­ciem­nia­ją i wpro­wa­dza­ją w błąd od­no­śnie do na­tu­ry swych po­glą­dów. Nie jest to jed­nak je­dy­ny po­wód; ich ide­olo­gia ma być płyn­na, do­sto­so­wu­ją­ca się i zmie­nia­ją­ca wszę­dzie tam, gdzie jest to ko­niecz­ne, szcze­gól­nie w ob­li­czu po­raż­ki. Pod­czas gdy le­wi­cow­cy ni­g­dy nie przy­zna­ją się do tych nie­po­wo­dzeń, nie­uchron­nie ob­wi­nia­jąc o nie swo­ich prze­ciw­ni­ków, sta­li się eks­per­ta­mi w prze­cho­dze­niu od jed­ne­go celu do dru­gie­go bez ujaw­nia­nia swo­jej toż­sa­mo­ści.

 

Rów­nież Jó­zef Mac­kie­wicz był prze­ko­na­ny o tym, że mark­sizm ma nie­zwy­kłe zdol­no­ści do prze­po­czwa­rza­nia się i mu­ta­cji, nie tra­cąc nic ze swej isto­ty. A isto­tę tej ide­olo­gii od­dał w sło­wach za­war­tych w po­wie­ści Kon­tra: "Ka­ta­stro­fa to nie śmierć po­ło­wy ludz­ko­ści w woj­nie ato­mo­wej. Ka­ta­stro­fa to ży­cie ca­łej ludz­ko­ści pod pa­no­wa­niem ustro­ju ko­mu­ni­stycz­ne­go".