Śmierć z wyboru. Zrozumieć eutanazję i jej wyzwania - Francois Damas

Kup ebooka

19.01 zł
15.78 zł (16,16 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1. Śmierć umedyczniona czy śmierć naturalna? Punkt widzenia lekarza intensywnej terapii

Od trzydziestu lat jestem lekarzem - specjalistą intensywnej terapii. Francuski termin intensiviste, jeszcze nie dla wszystkich zrozumiały, oznacza lekarza, który pracuje w oddziale intensywnej terapii i którego określa się potocznie "lekarzem z reanimacji". Historia intensywnej terapii nie jest długa: pierwsze takie oddziały tworzono w latach pięćdziesiątych dwudziestego wieku w szpitalach uniwersyteckich, a ich upowszechnienie nastąpiło w latach osiemdziesiątych. Są to oddziały, gdzie trafiają pacjenci z zaburzeniami funkcji życiowych. A ponieważ funkcją życiową, która często ulega zaburzeniu, jest oddychanie, wygląd tych jednostek kojarzy się z pacjentem w głębokiej śpiączce wywołanej lekami anestezjologicznymi, zależnym od respiratora i rurki dotchawiczej. Ciężkość stanów chorych, którzy tam się znajdują, tłumaczy dlaczego - pomimo całego arsenału środków, którymi dysponują pracujący tam lekarze - umiera w nich istotny procent pacjentów. Dlatego właśnie jesteśmy tam konfrontowani z licznymi zgonami. Nie dziwi zatem moje zaangażowanie w debatę, w wyniku której powstała w Belgii możliwość ustanowienia prawa dotyczącego eutanazji.

Do dzisiaj przegłosowano takie prawo w Belgii, w Holandii i w Luksemburgu. Prawo to - po spełnieniu ściśle określonych warunków - depenalizuje eutanazję. W dyskusji nad tym prawem wysłuchano debaty o innych medycznych interwencjach, które towarzyszą chorym u schyłku życia.

Dwa słowa, które mi przychodzą na myśl, kiedy myślę o ewolucji postaw lekarzy w obliczu śmierci ich pacjentów, to ignorancja i lęk. Przez całe pokolenia umysł lekarski obciążał bezwzględny nakaz całkowitej dyskrecji, szczególnie tych, którzy w samotności znaleźli się w centrum sytuacji, w jakiej znalazł się ich pacjent. Jeden z moich przełożonych w szpitalu uniwersyteckim, zdumiony rozmową, w której poruszyłem kwestię aktywnego towarzyszenia pacjentowi przy końcu życia, przerwał mi stwierdzeniem: "Są rzeczy, które się robi, ale o których się nie mówi". Obawiał się naruszenia tajemnicy i ryzyka dochodzeń prawnych. Towarzyszenie śmierci było wówczas rzadkie, a informacja nie istniała. Nie dzielono się doświadczeniem, nie było też w tej dziedzinie przekazywania informacji medycznej.

A w ciągu trzydziestu, czterdziestu lat wszystko się zmieniło.

Dawniej, bez względu na długość pobytu w szpitalu, znaczna większość zgonów występowała po wdrożeniu maksimum środków w celu podtrzymywania funkcji życiowych (i pomimo takiego działania). Wzorcowym pacjentem tej epoki był generał Franco, który zmarł w wieku 84 lat, w 1975 roku, po zastosowaniu i wyczerpaniu wszystkich dostępnych środków reanimacji w przeciągu długich tygodni, o czym media na bieżąco informowały opinię publiczną.

W latach 1970-80 szybko upowszechniono praktykę masażu serca, połączonego z intubacją i podłączeniem do respiratora. Taka postawa umożliwiła uratowanie - choć może lepiej za terminem angielskim powiedzieć: "zresuscytowanie" - ofiar nagłej śmierci sercowej wskutek zatrzymania krążenia; sytuacji, która wcześniej wydawała się nieodwracalna. Z początku takie inwazyjne leczenie stosowano u młodych pacjentów, u których można się było spodziewać przeżycia i skutecznej poprawy. Kiedy jednak technika ta się rozpowszechniła, wszyscy chorzy hospitalizowani, nawet ci w najbardziej podeszłym wieku, nie mogli już umierać bez masażu serca i intubacji - praktykowanych przez rzesze młodych i pełnych zapału medyków.

To właśnie od tego momentu zaczęto krytykować lekarską wszechmoc, która nabierała coraz większego rozmachu. Strategia zaciekłości terapeutycznej ukazała się w całej swojej postaci. Zespoły leczące zaczęły więc kwestionować te ze swoich interwencji, które okazywały się daremnymi. Trzeba było zatem oddzielić działania pożyteczne dla pacjenta od takich, które nie przynosiły mu korzyści.

Najważniejsze debaty i najbardziej widoczne zmiany powstają w oddziałach intensywnej terapii, co wydaje się logiczne. Przed lekarzami tam pracującymi stanęły cztery wielkie pytania, które stoją również przed wszystkimi lekarzami zajmującymi się chorymi u schyłku życia. Te pytania, jak zobaczymy, nie dotyczą eutanazji, mają jednak znaczenie dla nakreślenia rzeczywistości, w której pojawia się eutanazja.