ROZDZIAŁ PIERWSZY
Zbliżała się osiemnasta, gdy Robert Kolski zatrzymał swojego Dustera przed komendą powiatową w Sztumie, zgasił silnik i omiótł wzrokiem charakterystyczny budynek z czerwonej cegły. Przez chwilę ślizgał się spojrzeniem po subtelnych gzymsach i łukowatych nadprożach wysokich, symetrycznie rozmieszczonych okien, myśląc, co powinien powiedzieć, gdy już przekroczy próg komendy. Wiedział, że dla policji najważniejsze są fakty, najlepiej przedstawione w spójnej, pozbawionej chaosu kolejności. W końcu otworzył drzwi i wysiadł. Choć była już połowa września, dni wciąż pozwalały cieszyć się letnimi temperaturami i nawet dość częste deszcze miały w sobie więcej z lata niż z jesieni. Kolski zamknął samochód, wrzucił kluczyki do szerokiej kieszeni bojówek i szybkim krokiem ruszył w kierunku kilku betonowych schodów prowadzących do wejścia. Po chwili pchnął ciężkie drzwi i znalazł się w holu komendy. Podszedł do okienka, za którym siedział policjant, i próbując zapanować nad głosem, powiedział, że chciałby zgłosić zaginięcie żony.
- Zaginięcie? - powtórzył funkcjonariusz, jakby nie dosłyszał, choć Robert był pewien, że wyraził się precyzyjnie, a jego słowa zabrzmiały wyraźnie.
- Tak, zaginięcie. Moja żona wyszła rano na grzyby i do tej pory nie wróciła.
Policjant zmarszczył czoło, a na jego ustach pojawił się grymas, którego Kolski nie potrafił rozszyfrować.
- Proszę usiąść i poczekać. Zaraz ktoś do pana zejdzie - powiedział, wskazując ustawione pod ścianą krzesełka.
Kolski skinął głową, usiadł na twardym siedzisku i jeszcze raz przeanalizował w myślach to, co powinien powiedzieć. Po mniej więcej pięciu minutach zjawiła się policjantka około czterdziestki. W cywilnym ubraniu nie wyglądała tak służbiście jak dyżurny. Gdyby Kolski spotkał tę sympatycznie wyglądającą brunetkę o brązowych oczach i delikatnym uśmiechu, z odcieniem empatii, na ulicy, do głowy by mu nie przyszło, że pracuje ona w policji.
- Dzień dobry, nazywam się Agnieszka Worek. To pan chciał zgłosić zaginięcie żony? - zapytała miękkim, niemal kojącym głosem.
Gdy Kolski potwierdził, zaprowadziła go do jednego z pokoi na piętrze, wskazała fotel przed biurkiem, a sama usiadła po drugiej stronie. Uruchomiła laptop i tak, jak mężczyzna przewidział, zaczęła zadawać konkretne pytania.
- Jak nazywa się żona?
- Lucyna Kolska, urodzona czternastego sierpnia tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego czwartego roku.
- O, to nasze matki musiały leżeć w tym samym szpitalu, bo urodziłyśmy się dokładnie tego samego dnia - zauważyła policjantka, wprowadzając do rozmowy nieco prywatności, a następnie wróciła do rutynowych pytań. - Kiedy widział pan żonę po raz ostatni?
- Dzisiaj rano. Kilka minut po siódmej wyszła z domu na grzyby do lasu w pobliżu Parpar.
- Pamięta pan, jak była ubrana i co miała przy sobie?
Kolski już chciał odpowiedzieć, że jeszcze nie ma amnezji, a od siódmej nie minęło nawet dwanaście godzin, ale powstrzymał się i spokojnie odpowiedział na pytanie.
- Miała na sobie szary dres z pomarańczowymi wstawkami, czarne buty za kostkę, wiklinowy kosz na grzyby, plecak z termosem i kanapkami oraz brązową skórzaną torebkę.
- Czy próbował pan dzwonić do żony?
- Tak. Pierwszy raz około jedenastej, ale nie odebrała. Wtedy pomyślałem, że wyciszyła telefon, bo przecież była w lesie. Później dzwoniłem jakoś po czternastej i wówczas włączyła się skrzynka głosowa, więc uznałem, że pewnie wraca do domu, a po drodze jest taki odcinek bez zasięgu. Ale gdy wróciłem z pracy przed siedemnastą, w domu jej nie zastałem. Obdzwoniłem wspólnych znajomych i rodzinę. Pojechałem do dwóch przyjaciółek żony, lecz nikt nie wiedział, gdzie może być.
- Czy żona miała powód, aby wyjechać, nie informując nikogo o swojej decyzji?
Kolski spodziewał się takiego pytania, bo przecież w wielu oglądanych filmach i przeczytanych książkach, w których fabuła dotyczyła zaginięcia, było ono powielane.
- Rozumiem, że chce pani wiedzieć, jak układało się nasze małżeństwo? - odpowiedział pytaniem.
- Dokładnie tak - potwierdziła Worek, posyłając mu wyczekujące spojrzenie.
- Bez wnikania w szczegóły, uważam, że Lucyna nie miała żadnego powodu, aby zniknąć z własnej woli - oświadczył, wytrzymując spojrzenie policjantki.
- Rozumiem. A czy żona przyjmuje jakieś leki na stałe, czy jest na coś chora? - kontynuowała funkcjonariuszka, porzucając wątek ucieczki.
- Poza suplementami diety niczego nie bierze.
- Będę jeszcze potrzebowała aktualnego zdjęcia żony - poprosiła brunetka, kończąc wpisywanie danych do formularza.
Gdy stojąca na szafce drukarka mozolnie drukowała zgłoszenie, Kolski położył na biurku zdjęcie Lucyny, zrobione podczas niedawnego spaceru wokół jeziora. Policjantka spojrzała na fotografię i zmarszczyła czoło.
- Pana żona pracuje w szkole - stwierdziła, a jej zdziwiony ton zaskoczył Kolskiego.
- Tak, uczy historii, geografii i biologii.
- Czy zatem nie powinna być dzisiaj w pracy?
- Żona przebywa obecnie na rocznym urlopie dla poratowania zdrowia i dlatego...
- Czyli jednak jest na coś chora? - wtrąciła policjantka, zarzucając mu kłamstwo.
- Nie jest chora, tylko postanowiła podreperować swój głos, bo po siedemnastu latach pracy z młodzieżą zaczął jej odmawiać posłuszeństwa.
- Nawet nie wiedziałam, że nauczyciele mogą skorzystać z czegoś podobnego - powiedziała Worek, wskazując miejsce, w którym należało podpisać zgłoszenie zaginięcia.
- I co policja teraz zrobi? - zapytał Kolski, oddając długopis.
- Ponieważ nic nie wskazuje na to, aby pańskiej żonie zagrażało realne niebezpieczeństwo, najpierw sprawdzimy szpitale, aby upewnić się, że nie uległa ona wypadkowi, choć dzisiaj nie słyszałam, aby na naszym terenie doszło do jakiegoś wypadku - przyznała brunetka, odprowadzając Kolskiego do wyjścia. - Jednocześnie umieścimy zgłoszenie w krajowej bazie osób zaginionych. Pan niech wraca do domu i czeka. A gdyby małżonka się odnalazła, proszę natychmiast nas powiadomić - dodała, zastanawiając się w myślach, czy zniknięcie Lucyny Kolskiej może mieć związek z zaginięciem Nicoli Krawiec, czternastolatki, która rano jak zwykle wyszła do szkoły, lecz tam nie dotarła. Pozornie te dwa przypadki były zupełnie różne, bo nastolatka miewała w przeszłości epizody ucieczkowe, które kończyły się po kilku dniach odnalezieniem gdzieś w Polsce, lecz ciekawym zbiegiem okoliczności Kolska uczyła w szkole, do której uczęszczała zaginiona dziewczyna. Istniała również ewentualność, że oba zaginięcia mogą być powiązane z innym wydarzeniem, które kilka godzin wcześniej postawiło na nogi służby policyjne z kilku sąsiednich powiatów, lecz o tej możliwości policjantka nawet nie chciała myśleć.
- I co, kolejna zbłąkana duszyczka? - zagadnął dyżurny, wyrywając Worek z zamyślenia.
- Czy ja wiem, Kolska nie wygląda na kogoś, kto miałby dość obecnego życia.
- Chcesz powiedzieć, że zaginiona to Lucyna Kolska?
- Tak, a co, znasz ją?
- Ja nie, ale moja szwagierka pracuje w szkole, w której ta Kolska uczy.
- Teraz jest na rocznym urlopie zdrowotnym.
- No i widzisz, Aguś, my takich luksusów nie mamy, a jakby na to nie patrzeć, nasza praca jest o wiele bardziej stresująca.
Worek już chciała odpowiedzieć, że nikt nie zabraniał koledze iść na studia, a później zatrudnić się w szkole, ale uznała, że zamiast jałowej dyskusji weźmie się do pracy. Wróciła do swojego biura i najpierw zaczęła obdzwaniać okoliczne szpitale. Pół godziny później wiedziała już, że do żadnej placówki medycznej w promieniu stu kilometrów od Sztumu nie przyjęto Lucyny Kolskiej. Dopiero wtedy wprowadziła zgłoszenie do krajowej bazy osób zaginionych i, wiedząc, że teraz będzie trzeba czekać, wyszła przed komendę na wieczorną fajeczkę. Oparła się o czerwone cegły, które wolno oddawały ciepło skumulowane przez cały słoneczny dzień. Chroniąc dłonią płomień zapalniczki przed niemrawym powiewem wiatru, odpaliła papierosa. Pierwszy sztach przyniósł znajome, błogie uspokojenie, choć zaraz potem poczuła wyrzuty sumienia. Już tyle razy obiecywała sobie skończyć z nałogiem, ale on zawsze, gdy życie ciskało jej kłody pod nogi, wyciągał do niej pomocną, przyjazną dłoń. Pomógł przetrwać rozwód i pogodzić się z faktem, że mąż odszedł do innej. Był z nią, gdy matka umierała na raka, pocieszał, gdy sprawy o większym znaczeniu dostawali jej koledzy, i to tylko dlatego, że byli facetami. Patrząc na pomarańczowy żar papierosa, jedyny jasny punkt w zapadających ciemnościach, wspominała, jak wiele razy ją ratował. Po kilkunastu kolejnych machach niedopałek wylądował na pobliskim trawniku, wgnieciony butem w pierwsze opadłe liście, a ona wróciła do budynku. Wbiegła po schodach na pierwsze piętro. Już miała wejść do swojego pokoju, gdy dobiegł ją przytłumiony głos dyżurnego, który najpierw brzmiał rutynowo, a po chwili wyraźnie stwardniał. Worek przechyliła głowę i przez moment nasłuchiwała. Nie słyszała całych zdań, jedynie pojedyncze słowa: "las", "rowery", "kobieta", "nie ruszać". Po kilku sekundach, tknięta przeczuciem, zbiegła do holu.
- Co się stało?
- Dwójka nastolatków w lesie niedaleko Parpar znalazła zakrwawione ciało jakiejś kobiety - odpowiedział dyżurny, łącząc się z patrolem prewencji.
Worek poczuła, jak coś nieprzyjemnie ścisnęło ją pod mostkiem.
- Żywej?
Dyżurny tylko spojrzał na nią krótko i pokręcił głową.
- Mówią, że leży bez ruchu, twarz ma całą we krwi. Są roztrzęsieni jak galareta.
- A powiedzieli, gdzie znaleźli zwłoki?
- Tak, nawet podali pozycję GPS.
- Dobra, zawiadom prokuratora, a ja pojadę za chłopakami z patrolu i pomogę w zabezpieczeniu miejsca - rzuciła Worek, ponownie wbiegając na piętro.
Wpadła do swojego pokoju, włożyła kurtkę, do torebki wrzuciła dwa opakowania rękawiczek i popędziła do wyjścia. Gdy przebiegała przez hol, usłyszała, jak kolega rozmawia z prokuratorem. Wsiadając do leciwego Musso, zastanawiała się, czy odnalezione w lesie zwłoki mogą należeć do Lucyny Kolskiej. Mąż zaginionej twierdził, że właśnie w rejonie Parpar żona miała zbierać grzyby. Agnieszka pracowała w policji na tyle długo, aby nie wierzyć w zbiegi okoliczności, choć takie czasami faktycznie się zdarzały. Jednak w tej konkretnej sprawie miała przeczucie, graniczące z pewnością, że Robert Kolski jest już wdowcem. Wprowadziła do nawigacji pozycję GPS podaną przez nastolatków i wyjechała z parkingu. Wiedziała, że nim prokurator dyżurny z Kwidzyna dotrze na miejsce, minie co najmniej godzina. Jechała w ciszy, koncentrując się na drodze, bo chociaż szosa była pusta, to ciągnące się po obu jej stronach gęste lasy Uśnickie były pełne zwierząt, które w każdej chwili mogły wyskoczyć pod koła. Po kilku kilometrach skręciła w leśną drogę, pełną błotnistych kolein. Terenówka radziła sobie tutaj bardzo dobrze, ale dla radiowozu o standardowym prześwicie było to prawdziwe wyzwanie. Niemniej jednak po kolejnych dwóch kilometrach kluczenia ujrzała w oddali zaparkowaną na leśnym poboczu Kię, a przy niej dwóch mundurowych. Zatrzymała auto za radiowozem, włączyła światła awaryjne, aby w ten sposób ułatwić pozostałym dotarcie do celu, ze schowka zabrała mocną latarkę i wysiadła.
- Cześć, chłopaki - przywitała się z Irkiem Jezierskim i Tomkiem Zwolińskim, a następnie podeszła do taśmy rozciągniętej między drzewami.
Przesuwając mocny promień latarki po odgrodzonym terenie, najpierw zauważyła brązową torebkę, a po chwili jej oczy dostrzegły coś, czego nigdy wcześniej nie widziała. Ciało kobiety leżało między dwoma rosłymi drzewami. Jej dres, kiedyś szary, teraz był brunatny od krwi. Worek zacisnęła powieki, ale doskonale wiedziała, że podobnych obrazów nie da się odzobaczyć.
- W torebce znaleźliśmy dowód osobisty na nazwisko Lucyna Kolska - usłyszała za sobą głos Jezierskiego.
- Wiem - wyszeptała w odpowiedzi.
- A skąd?
- Mąż przed godziną zgłosił jej zaginięcie - wyjaśniła, podchodząc do radiowozu, w którym na tylnej kanapie siedziała para wystraszonych nastolatków. Dziewczyna kurczowo wtulała się w chłopaka, a ten z czułością gładził ją po włosach.
- Spisaliście ich zeznania? - zapytała Worek, wyjmując z kieszeni paczkę papierosów.
- Tyle o ile - odparł Zwoliński. - Są w totalnym szoku, ale kto by nie był.
- A skąd oni są?
- Z Czernina.
- Dobra, odwieźcie ich do domu, a ja poczekam na prokuratora i technika, choć myślę, że tutaj będzie potrzebna ekipa z Gdańska.
- Aga, myślisz, że to sprawka Szubrata?
Pytanie Jezierskiego sprawiło, że Worek mimowolnie zadrżała, chociaż noc wcale nie była zimna.
- Chuj to wie - mruknęła, odpalając papierosa. Znała sprawę Szubrata tylko z akt i opowieści starszych kolegów, jednak to wystarczało, by wyobraźnia zrobiła swoje. Potrójne morderstwo, dożywocie, kilka godzin temu ucieczka ze sztumskiego zakładu karnego. Sama świadomość, że ktoś taki jest na wolności, nie napawała optymizmem.
- A ja myślę, że wszystko jest możliwe - wtrącił Zwoliński. - Jak typ pokroju Szubrata łazi po lasach, a później znajduje się tam ciało kobiety, to trudno od razu tego nie połączyć.
DALSZA CZĘŚĆ DOSTĘPNA W WERSJI PEŁNEJ