Smoleńsk. Zapis śmierci - Marcin Dzierżanowski, Michał Krzymowski

Kup ebooka

8.45 zł
7.01 zł (6,96 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Chcąc w pełni oddać realizm opisywanych wydarzeń i wypowiedzi, w książce zachowaliśmy słowa oraz wyrażenia powszechnie uważane za wulgarne.

Autorzy i Wydawca

CZĘŚĆ PIERWSZA KATASTROFA

Pójdziesz siedzieć

Lotnisko Siewiernyj w Smoleńsku, 8.41 czasu polskiego. Nieprzyjemna pogoda - mgliście, wilgotno i zimno. Dwa stopnie powyżej zera.

Mgła tłumi hałas, ale silniki tupolewa zaryczały tak głośno, że nie dało się ich nie słyszeć. Huk trwał może sekundę, po nim zapadła cisza.

- Panie ambasadorze, wylądowali. Jedźmy - Jerzego Bahra wytrącił z zamyślenia Marcin Wierzchowski, urzędnik Kancelarii Prezydenta.

Bahr i Wierzchowski stali niedaleko zezłomowanych wojskowych transportowców, jakieś 200 metrów od pasa startowego. Mgła była tak gęsta, że ledwo wyławiali z niej sylwetki agentów Federalnej Służby Ochrony, którzy kilkadziesiąt kroków dalej właśnie ładowali się do swoich samochodów. Obaj wsiedli do nagrzanego ambasadorskiego BMW 750. Gaz do dechy.

- Coś się stało! - wrzasnął Bahr.

- Co jest? - Kierowca Gerard Kwaśniewski zahamował i wychylił głowę przez okno. Przed oczami świsnął mu samochód straży pożarnej.

- Tupolew przejechał pas - odpowiedział mu jakiś Rosjanin.

Jak-40 wylądował na Siewiernym o 7.22. Gdy silniki tupolewa zamilkły, porucznik Artur Wosztyl, porucznik Rafał Kowaleczko i chorąży Remigiusz Muś z załogi jaka siedzieli w swoim kokpicie. W przeciwieństwie do Bahra i Wierzchowskiego słyszeli nie tylko ryk silnika, ale także trzy wybuchy, huk i trzask łamiących się drzew.

- Chyba się rozbili - powiedział Wosztyl.

- Co z Tu sto pięćdziesiąt cztery? - spytał przez radio Muś.

- Płocho - odpowiedział drżącym głosem ktoś z wieży.

- Co płocho? Co się z nim stało?

- Wyjdź na płytę.

Po chwili cała trójka - Wosztyl, Kowaleczko i Muś - była na zewnątrz. W ich stronę szedł mężczyzna w rosyjskim mundurze. Niski i masywny, około pięćdziesiątki. Ogorzała twarz i krótko ostrzyżone blond włosy. Zaraz po nim z wieży wyszedł drugi człowiek - pobiegł w kierunku wozów strażackich i karetek.

- Gdzie jest tupolew? - spytał pierwszego Rosjanina Wosztyl.

- Odleciał.

- Jak odleciał? Przecież nic nie było słychać.

Mężczyzna ledwo zapalił papierosa. Drżały mu ręce i mamrotał coś pod nosem.

- Już po mnie, już po mnie, to koniec...

Na lotnisku zrobił się zamęt - wozy zaczęły odjeżdżać w stronę początku pasa startowego. Rosjanin upuścił papierosa i sięgnął po następnego. Ręce trzęsły mu się coraz bardziej.

- Jakie ciśnienie im podałeś? - spytał któryś z Polaków.

Rosjanin nic nie odpowiedział.

- Ciśnienie, słyszysz? QFE czy QNH?

QFE oznacza ciśnienie panujące na wysokości lotniska, a QNH to uśrednione ciśnienie na poziomie morza. Kontroler nie umiał na to odpowiedzieć.

Kilkadziesiąt sekund później limuzyna z Bahrem i Wierzchowskim była już na pasie startowym. Samochód dojechał do jego końca, wtoczył się na trawę i przejechał kilkadziesiąt metrów. Koła coraz bardziej grzęzły w błocie. Pojazd ze strażakami cofnął się i skręcił w prawo.

- Niech się pan zatrzyma. - Wierzchowski wysiadł i zobaczył cztery osoby w białych kitlach biegnące do lasku rosnącego przed pasem startowym. Poleciał za nimi. Ambasador z kierowcą zawrócili i podjechali od strony ulicy.

W lesie już nie było co zbierać. Kierowca ambasadora zaparkował na poboczu. Obok stało kilka osób. Zastygli, patrzyli w niebo. "Skoro przejechał pas, to znaczy, że jest na brzuchu. Trzeba jak najszybciej wyciągnąć stamtąd ludzi", pomyślał Kwaśniewski i wszedł w głąb lasu.

- Nie, nie! To tam - zawrócił go jakiś Rosjanin. Co dziwne, wskazał miejsce, które nie było w linii pasa startowego.

- Tutaj, tutaj! Uważajcie, jest grząsko! - zawołał wicegubernator obwodu smoleńskiego. Bahr i Kwaśniewski zaczęli biec. Na łeb na szyję. Cały czas po błocie - 100, może 150 metrów.

Tupolew leżał roztrzaskany w drobny mak, w całości zachowały się tylko koła osadzone na wystającej z ziemi goleni samolotu. Paliwem lotniczym cuchnęło strasznie, ale ogień palił się słabo. Z powyginanej blachy unosił się dym. Błoto było usłane dywanem z kawałków pościnanych drzew, a w ziemi straszyła głęboka bruzda wyorana przez jedno ze skrzydeł. Widać też było kilka niekompletnych ciał. Większość miała pozrywane ubrania i była oblepiona błotem. Najbardziej w oczy rzucała się kobieta ubrana w sweter. Leżała na stercie metalowych szczątków. Bez głowy.

Kwaśniewski chodził w kółko. Był zszokowany.

- Kurwa jebana mać! To się musiało tak skończyć. Ja pierdolę, przecież to wszystko od początku było bez sensu!

Dla Nikołaja Jakowlewicza, sześćdziesięcioletniego lekarza ze Smoleńska, to był początek sezonu działkowego. Jego dacza - mały domek na 600 metrach ziemi plus kilka grządek z warzywami - sąsiadowała z lotniskiem.

Jakowlewicz właśnie skończył kopać ziemię i miał wracać do domu. Zanim wsiadł do swojego chevroleta Aveo, spojrzał w stronę lotniska: mgłę przecinały smugi świateł nawigacyjnych.

Nagle ciszę przerwał przerażający ryk silnika połączony z nagłym podmuchem. Fala była tak silna, że Jakowlewicz padł jak kłoda. Leżał na zmarzniętej ziemi i patrzył w niebo - polski tupolew wisiał dokładnie nad nim. Bardzo nisko, na wysokości dziesięciu metrów. Niemal szorował brzuchem po czubkach drzew. Mężczyzna cały czas trzymał się koła swojego chevroleta. Czuł, jakby podmuch chciał go porwać w górę.

Ułamek sekundy później samolot zahaczył o brzozę i zniknął we mgle. Kiedy Jakowlewicz dobiegł do drzewa, zobaczył pozrywane przewody i zaplątany w gałęzie kawałek skrzydła z namalowaną biało-czerwoną szachownicą. Obok stał potężny, czterdziestokilkuletni facet. Miał na sobie skórzaną kurtkę, a w ręku trzymał telefon, którym filmował metalowe szczątki wiszące na brzozie.

- Niech pan nie podchodzi do tych przewodów, bo pana prąd kopnie! - krzyknął Jakowlew i poleciał w głąb lasu zobaczyć, co z resztą samolotu.

Pierwsze piętro hotelu Nowyj, pokój numer 201. Z okna widać ulicę, a za nią lotnisko. Operator TVP Sławomir Wiśniewski chciał sfilmować lądowanie prezydenckiego tupolewa, więc ustawił sobie kamerę na parapecie.

Wiśniewski właściwie nie rozstawał się z kamerą. Filmował wszystko, co się dało - bez względu na to, czy materiał miał być emitowany, czy nie. Niektórych to denerwowało. Nic dziwnego, w Smoleńsku nagrywał na przykład kolegów, którzy siedzieli w hotelowej restauracji.

Mgła była strasznie gęsta, poza tym w kadr co chwilę wchodzili robotnicy kręcący się koło balkonu. Nie było sensu tego nagrywać, Wiśniewski po kilku minutach wyłączył kamerę.

Gdy tylko zdjął ją z okna, rozległ się świst samolotu. To leciał tupolew. Był tak przechylony, że końcem skrzydła prawie tarł o ziemię. Sekunda - huk i grzmot. Słup ognia, fala uderzeniowa i pisk opon hamujących samochodów. Wiśniewski widział to wszystko przez okno.

Po kilku minutach był już w lesie po drugiej stronie ulicy. Biegł, a po drodze wszystko filmował.

- To chyba był jakiś mały wojskowy samolot. Zbliżam się do miejsca wypadku. O kurwa! - Buty Wiśniewskiego zapadły się w błocie.

Do lasu wjechał pierwszy wóz. Strażacy, którzy zaczęli gasić wrak, kazali Wiśniewskiemu odejść.

- Już cię tu nie ma! Cofnąć się, wszyscy!

Co kilka sekund rozlegał się odgłos przypominający wystrzał. Wiśniewski się tym nie przejmował, był pewien, że to płonące gałęzie.

- ...samolot chyba był pusty, nie widać żadnych ciał. To pewnie jakiś transportowiec bez pasażerów. W powietrzu nie czuć ani paliwa lotniczego, ani płonących zwłok. A ja przecież znam dobrze ten zapach, bo byłem na miejscu katastrofy w Lesie Kabackim... - zaciął się nagle. Na kawałku blachy zobaczył biało-czerwoną szachownicę. - ...To polski samolot przecież...

Chciał podejść bliżej, ale zobaczył, że w jego stronę zbliża się grupa OMON-owców. Wiśniewski spytał ich, co się stało.

- Rozbił się samolot. To wszystko - odpowiedział Rosjanin.

- Proszę nie iść dalej - dorzucił drugi funkcjonariusz.

- Kto tu filmuje? - jeden z OMON-owców spojrzał na kamerę.

Wiśniewski szybko schował ją do torby, ale jej nie wyłączył.

Chciał, żeby przynajmniej nagrał się sam dźwięk.

- Pytam, kto filmuje. - Rosjanin ruszył w jego stronę.

- Proszę nie filmować. Chodź tu szybko, kurwa... Nic nie filmować!

- To jest moja praca, jestem reporterem - odpowiedział Wiśniewski. Rosjanie byli już przy nim.

- Tak, tak...

- Nic nie filmować!

- To jest moja praca, to polski... Mam akredytację przecież.

- Zabieraj się stąd!

- Wiecie, to nasz polski samolot...

- Kamerę, kamerę daj!

- Przepraszam, ja mam akredytację...

- Żadna akredytacja, oddawaj kamerę.

- Ale po co wam moja kamera?!

- Federalna Służba Ochrony. Dawaj kamerę! Zwrócimy ją.

- Ale po co wam moja kamera! - Wiśniewski szybko wyciągnął z torby pustą kasetę i dał ją Rosjaninowi.

- Po to. Torba! Oddamy ambasadzie.

- Proszę. - Wiśniewski dał dwie kolejne puste kasety. Ostatnia, czwarta, była w kamerze, która cały czas nagrywała.

- Wywożę go poza teren.

- Tak, poza teren! - Dwóch OMON-owców wzięło Wiśniewskiego pod pachy i zaczęło prowadzić. Nagle obok nich wyrósł kolejny mężczyzna. Tym razem cywil. Wysoki i szczupły szatyn, po pięćdziesiątce. Miał na sobie długi, elegancki beżowy płaszcz.

- Znasz go? - spytali go Rosjanie, kiwając na Wiśniewskiego.

- Nie znam tego człowieka - mężczyzna odpowiedział idealną polszczyzną. Twardą, bez żadnego akcentu. - Zatrzymajcie go i zniszczcie sprzęt - dopowiedział już po rosyjsku.

Wiśniewski pomyślał, że musi to być któryś z naszych dyplomatów. Miał rację: dziesięć miesięcy po katastrofie okazało się, że był to Grzegorz Cyganowski, drugi sekretarz naszej ambasady w Moskwie. Chwilę później Wiśniewski siedział w samochodzie z przyciemnianymi szybami. Przez jego okno widział kawałek wraku.

Funkcjonariusze, którzy weszli z nim do samochodu, zrobili się uprzejmi. Byli wystraszeni.

- Teraz to chyba pójdziesz do więzienia i szybko z niego nie wyjdziesz - nerwowo żartował jeden z nich.

Do auta dosiadł się kolejny Rosjanin. Najważniejszy, chyba pułkownik.

- No dobrze. Powiedz, skąd jesteś. Jak dostałeś się na miejsce katastrofy? Co tam robiłeś? - zaczął wypytywać. Był grzeczny, ale w oczach miał przerażenie.

Po chwili Wiśniewski dostał SMS-a od koleżanki z Polski: "TVP Info podaje, że w Smoleńsku rozbił się samolot z prezydentem. Jesteś na miejscu?". Zmroziło go. Nie miał pojęcia, że to był Tu-154 o numerze bocznym 101.

Anatolij Iwanowicz, dozorca pobliskiego muzeum, skończył dyżur o siódmej rano. Wrócił do domu, zjadł śniadanie i o wpół do dziewiątej siedział już w swoim garażu obok lotniska. Nagle usłyszał warkot silnika. Kiedy wyjrzał, oślepił go błysk rozświetlający mgłę. Wydobył się z niego samolot. Mimo że leciał 100 metrów od Iwanowicza, wydawał się olbrzymi. Był bardzo nisko. Wyglądało, jakby próbował się wzbić. Po sekundzie jednak zniknął we mgle. Żadnych wybuchów czy trzasków łamiących się drzew. Po prostu zniknął i zamilkł.

Aleksandr Andriejewicz wlókł się swoim wazem 35 kilometrów na godzinę. Jechał z żoną na wieś.

- O Boże! - kobieta aż odchyliła głowę. Przestraszyła się hałasu tupolewa, który przelatywał kilka metrów nad nimi. Akurat mijali hotel Nowyj, leżący naprzeciwko lotniska.

- Rzeczywiście jakoś nisko przeleciał - zdziwił się Andriejewicz, wjeżdżając na stację benzynową sąsiadującą z hotelem. Chciał oddać dług za poprzednie tankowanie i jeszcze uzupełnić bak.

- Co u was tak ciemno? - spytał ekspedientkę.

- Nie wiem. Przed chwilą zgasła światło.

Kiedy odjeżdżał, na ulicy stał już sznur wozów strażackich. Zwisały też zerwane przewody elektryczne prowadzące do stacji.

"Kiedy biegliśmy w stronę samolotu, usłyszeliśmy odgłos czterech głośnych wybuchów, podobnych do wystrzałów broni palnej. Po przybiegnięciu na miejsce zobaczyliśmy szczątki samolotu, fragmenty ciał ludzkich, poczuliśmy silny zapach nafty" - zeznania ochraniających teren żołnierzy i milicjantów złożone w kilka godzin po katastrofie brzmią niemal identycznie, jakby ktoś podyktował im gotową formułkę.

Funkcjonariusze mieli ochraniać teren lotniska i odpowiadali za podstawienie schodków do samolotu. O tym, że będą zabezpieczali przylot polskiego prezydenta, wojskowi dowiedzieli się chwilę przed przylotem TU-154. Wcześniej kazano im oddać telefony komórkowe, żeby nie fotografowali przylotu polskiej delegacji. Byli pierwszymi osobami, które znalazły się w miejscu katastrofy, ale dostali kategoryczny zakaz kontaktów z mediami.

Niemal równolegle z nimi na miejsce tragedii dobiegł Dariusz Górczyński, ówczesny naczelnik wydziału Federacji Rosyjskiej w departamencie wschodnim polskiego MSZ. Czekał na przylot polskiej delegacji na lotnisku, w namiocie, razem z przedstawicielami rosyjskiej administracji obwodu smoleńskiego. O 8.40, zniecierpliwiony spóźnieniem, wyszedł na zewnątrz. Wcześniej Rosjanie mówili mu, że z powodu mgły Lech Kaczyński może polecieć do Moskwy i tam poczekać na lepszą pogodę.

- Przed chwilą rozmawiałem z wieżą. Samolot będzie jednak robił próbne podejście - poinformował go Paweł Kozłow, oficer Federalnej Służby Ochrony.

W tym samym momencie rozległ się głośny huk. Górczyński i czekający z nim Rosjanie natychmiast wsiedli do zaparkowanych samochodów i podjechali do końca pasa startowego. Przebijając się kilkaset metrów przez chaszcze, dobiegli do płonącego wrakowiska. Pierwsza rzecz, jaka rzuciła się Górczyńskiemu w oczy, to sterczące do góry koła samolotu. Części kompletnie roztrzaskanego wraku płonęły. Chwilę później nadjechali strażacy. Górczyński z dramatyczną informacją o tym, co widzi, natychmiast zadzwonił do Jarosława Bratkiewicza, dyrektora departamentu wschodniego MSZ, Tadeusza Stachelskiego, obecnego w Katyniu pracownika protokołu dyplomatycznego, i Wiktora Batera, reportera telewizji Polsat News.

Wszystko powiem Leszkowi

Polski Cmentarz Wojenny w Katyniu, około 8.45.

- Co ty mówisz? To niemożliwe! - Tadeusz Stachelski, pracownik protokołu dyplomatycznego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, krzyczał do słuchawki swojego służbowego blackberry. Kiedy skończył rozmowę, był blady jak ściana.

Nachylił się do stojącego obok Jacka Sasina, wiceszefa Kancelarii Prezydenta.

- Panie ministrze, nie wiem, jak to panu powiedzieć. Na lotnisku stało się coś złego. Samolot chyba zjechał z pasa startowego - wydusił.

- Co? - odpowiedział Sasin i wziął Stachelskiego na bok. Zanim odeszli, zadzwoniła jego komórka.

- Kurwa, nigdzie nie przyjedziemy! - przez słuchawkę płakał Marcin Wierzchowski. - Wszystko rozpierdolone. Wszystko, rozumiesz? Samolot jest rozjebany w strzępy! Prezydent nie żyje, wszyscy nie żyją... Kurwa, nigdzie nie przyjedziemy. Odwołaj wszystko!

- Uspokój się, co ty mówisz? - Sasin nie dowierzał. - Uspokój się i opisz to, co widzisz. Tylko spokojnie.

- Stary, ja... ja... ja stoję przy tym. Wszystko jest rozjebane, wszyscy nie żyją, rozumiesz?

W tym samym czasie "Szakal", czyli BOR-owiec Andrzej Rychlik, szedł w stronę bramy wejściowej cmentarza. Po drodze spotkał Dmitrija Kapustina z Federalnej Służby Ochrony. Kapustin zaczął coś nerwowo do niego mówić, ale Rychlik słabo znał rosyjski.

- Powtórz - poprosił.

- Wasz samolot spadł, wszyscy zginęli - powiedział Kapustin. Mówił też coś o wozach strażackich, ale tego Rychlik już nie zrozumiał.

BOR-owcy Cezary Kąkolewski i Krzysztof Szałanek oraz Jurij, funkcjonariusz Federalnej Służby Ochrony, jechali podstawić samochód ewakuacyjny dla prezydenta. Byli już prawie za ołtarzem. Jurij właśnie skończył rozmawiać przez telefon.

- Czarek! - Rosjanin spojrzał na Kąkolewskiego. - Z waszym samolotem stało się coś złego.

Zanim Kąkolewski przetrawił słowa Jurija, włączyła się samochodowa radiostacja.

- Podobno coś się stało z samolotem prezydenta - odezwał się w niej głos Rychlika, który wciąż nie był pewien, czy dobrze zrozumiał Kapustina. To, co powiedział, brzmiało jak echo powtarzające słowa Jurija.

- Spotykamy się przy bramie wejściowej Memoriału - ocknął się Kąkolewski.

W samochodzie Telewizji Polskiej ogrzewali się dziennikarze i żona Gerarda Kwaśniewskiego, kierowcy ambasadora Bahra. Kobieta odebrała komórkę.

- Tak?

- Słuchaj uważnie - rozpoznała głos męża. Kwaśniewski próbował wcześniej dodzwonić się do BOR-owców, ale żaden z nich nie odebrał. - Samolot z prezydentem spadł, chyba nikt nie przeżył. Nie daj po sobie poznać, że stało się coś złego. Znajdź kogoś od nas i daj mi go do telefonu.

Kwaśniewska wysiadła z samochodu i zaczęła się rozglądać.

- I jak? Wylądowali już? - spytał ją jeden z dziennikarzy.

- Tak, chyba tak - odpowiedziała.

Była skołowana. Na szczęście nie musiała długo szukać - obok telewizyjnego samochodu stał jeden z funkcjonariuszy ochrony, Jarosław Siedlecki.

- Mąż chce z panem rozmawiać - kobieta podała mu telefon.

- Jarek, tu jest tragedia. "Tutka" spadła, prawdopodobnie wszyscy zginęli. Ruscy już otaczają teren, trzeba zabezpieczyć broń chłopaków. Pakujcie się i przyjeżdżajcie - usłyszał w słuchawce Siedlecki. Kwaśniewski był roztrzęsiony.

- Ale my tu mamy rzeczy, sprzęt...

- Zrozum, tam do was już nikt nie przyjedzie.

W drodze do bramy Kąkolewski dwa razy wykręcił numer Jarosława Florczaka, funkcjonariusza, który leciał tupolewem. Sygnał był normalny, ale "Florek" już nie odbierał. Chwilę później połączył się z warszawskim Centrum Kierowania BOR.

- Rosjanie mówią, że samolot z prezydentem miał problemy z lądowaniem. Wiecie coś o tym? - spytał.

- Nic nie wiem - odpowiedział zaskoczony major Waldemar Tuszyński, oficer operacyjny. Zegar w jego biurze wskazywał 8.55.

- Dobra, jak się czegoś dowiem, to dam znać.

Sasin już czekał przy bramie. Dla wszystkich było jasne, że trzeba jak najszybciej ruszać na lotnisko. Najlepiej dwoma samochodami: Sasin i jego kierowca mieli jechać prezydencką skodą Superb, a ochroniarze - BOR-owskim mercedesem Viano. Zanim ruszyli, Rosjanie załatwili asystę milicji, a Sasin zdążył jeszcze zadzwonić do żony, aby powiedzieć, że jest cały i zdrowy. Kiedy wybierał numer, na jego komórce była 9.04.

- Panie ministrze, gdzie jest pana kierowca? Niech pan mu powie, żeby jechał za nami. Trzeba ruszać jak najszybciej, musimy zabezpieczyć broń kolegów! - krzyknął do Sasina jeden z BOR-owców.

- Panowie, chwileczkę. Minister nigdzie sam nie pojedzie, ja jadę razem z nim. Adam Kwiatkowski z Kancelarii Prezydenta - przedstawił się trzydziestokilkuletni brunet.

- No dobra, pojedzie pan z nami - odpowiedział jeden z funkcjonariuszy. Wskazał na BOR-owskiego vana. Od jego karoserii odbijało się wczesnowiosenne słońce.

Kąkolewski jeszcze raz połączył się z centralą Biura. Tym razem już o nic nie pytał.

- Jedziemy na lotnisko - zameldował.

Ruszyli na sygnale i z piskiem. Z Katynia na lotnisko w Smoleńsku jest około dwudziestu kilometrów. Po drodze Kąkolewski próbował się jeszcze połączyć z pokładem tupolewa, ale "Florek" wciąż nie odbierał. Sasin z kolei dzwonił do Polski.

Maciej Łopiński, szef gabinetu prezydenta, jeszcze spał. Telefon odebrał poseł PiS Mariusz Błaszczak. Zapewnił Sasina, że Jarosław Kaczyński nie wsiadł do samolotu. Z kolei Małgorzata Bochenek, sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta, nie chciała uwierzyć, że samolot się rozbił.

- Wiesz co, Jacek, nie rób sobie głupich żartów - obruszyła się. - Zawsze żartujemy z tych gratów, ale mówienie, że prezydent nie żyje, to już lekka przesada. Jak Leszek wróci, to wszystko mu powiem.

Sasin nawet nie zdążył jej odpowiedzieć, bo Bochenek rzuciła słuchawką. Dojeżdżał już do Smoleńska, mgła gęstniała z każdym kilometrem.

- Jacek, ty naprawdę nie żartowałeś? - Bochenek sama oddzwoniła po kilku minutach. Na lotnisku było kompletnie biało.

Jak najwięcej foliowych worków

Niecałe pół godziny po katastrofie sześciu oficerów BOR oraz minister Jacek Sasin z Kancelarii Prezydenta byli już w Smoleńsku. Przyjechali z cmentarza w Katyniu w eskorcie milicji. Na płycie lotniska rozciągała się gęsta mgła. Trzysta metrów od nich stał ledwo widoczny jak, którym przylecieli dziennikarze. Zatrzymali się przy polskiej pracownicy ambasady.

- Rosjanie nie chcą mnie wpuścić dalej i nie mówią, co się stało. Podsłuchałam tylko, że szykują się na ciała - powiedziała przerażona do pułkownika Krzysztofa Dacewicza z BOR.

W tym samym momencie do BOR-owców podszedł oficer Federalnej Służby Bezpieczeństwa.

- Zawiozę was na miejsce - zaproponował, wskazując swoje auto.

Wsiadło do niego pięciu BOR-owców, kierowca Kazimierz Szałanek został w samochodzie. Podjechali kilkaset metrów, aż do betonowego muru oddzielającego lotnisko od miejsca katastrofy. Biegiem dotarli do wraku. Rosjanie właśnie organizowali prowizoryczne centrum zarządzania akcją ratunkową. Oficerowie FSB siedzieli za oświetlonym lampą stolikiem, na którym umieścili kartkę z odręcznym napisem "sztab". Na stole znajdował się laptop, a obok leżał megafon. Wokół stało już ze dwadzieścia wozów ratowniczych, sam wrak obstawili funkcjonariusze, a straż pożarna dogaszała ogień. Teren, na odległość piętnastu metrów od szczątków wraku, otoczono taśmą. Oficerom BOR udało się podejść do wraku na kilkadziesiąt kroków. Przy fragmencie statecznika stał przerażony ambasador Bahr. Miał ubłocone spodnie. Obok, między szczątkami, chodzili pracownicy polskiej ambasady w Moskwie: radca Wioletta Sobierańska, sekretarz Justyna Gładyś oraz radca Stanisław Łątkiewicz. Konsul Michał Greczyło dzwonił przez telefon komórkowy.

- Przyjeżdżaj szybko na lotnisko. Przywieź foliowe worki. Jak najwięcej. Tyle, ile uda ci się kupić w Smoleńsku - wydał polecenie swojemu kierowcy, który był w Katyniu.

Oficerowie BOR zaczęli robić zdjęcia wrakowisku. Tym, czym mieli: komórkami i prywatnymi aparatami fotograficznymi. Pierwsze zrobiono o godzinie 9.26.

W pierwszej chwili nie zauważyli ludzkich zwłok. Były tak ubłocone, że we mgle trudno było je odróżnić od ziemi. W dodatku, według relacji jednego ze strażaków, część ciał pod wpływem grawitacji i siły dośrodkowej odczepiła się z siedzeniami od samolotu. W znacznej mierze zgromadziły się one wewnątrz wraku w jednym miejscu. Fragmenty były przemieszane, zbiły się w pewnego rodzaju kulę. Dlatego dopiero po chwili oficerowie dostrzegli pozbawiony głowy korpus kobiety. Większość zwłok była zmasakrowana, ubrudzona krwią i ziemią, twarze były silnie opuchnięte.

W okolicach lotniska rozległy się syreny trzech karetek na sygnale. Dziś trudno ustalić, kto puścił plotkę, że odwożą rannych. Jeden z oficerów natychmiast zadzwonił do oficera dyżurnego Centrum Kierowania BOR w Warszawie Jarosława Urbaniaka.

- Podobno trzy osoby przeżyły - poinformował.

Podobną sensację, powołując się na Rosjan, miał też upowszechniać na lotnisku Tomasz Turowski, szef wydziału politycznego polskiej ambasady w Moskwie. Turowski to bardzo tajemnicza postać. Kilka miesięcy po katastrofie "Rzeczpospolita" napisała, że w czasach PRL był on agentem służb ulokowanym w zakonie jezuitów w Watykanie. Kiedy IPN wszczął wobec niego postępowanie lustracyjne, wrócił do Polski, a w styczniu 2011 roku zrezygnował z pracy w MSZ.

Informację o trzech rannych podał też Reuters. Górczyński natychmiast odnalazł Pawła Kozłowa, z którym rozmawiał tuż przed tragedią.

- Podobno odwieziono do szpitala trzech rannych. To prawda? - spytał z nadzieją w głosie.

- Nic nie słyszałem, musimy to sprawdzić - odpowiedział rosyjski oficer.

Po chwili wszystko było jasne.

- Obdzwoniliśmy wszystkie szpitale w Smoleńsku. Żadnych rannych nie było.

W tym samym czasie ktoś z Rosjan rozpuścił też pogłoskę, że przed zderzeniem z ziemią tupolew kilkakrotnie podchodził do lądowania. Jedni mówili, że dwa razy, inni - że trzy albo nawet i cztery. Jakub Opara z Kancelarii Prezydenta stał z dwoma rosyjskimi funkcjonariuszami.

- Przecież czwarty raz podchodził do lądowania. Kto to słyszał, żeby cztery razy podchodzić? - kręcił głową jeden nich.

- Piloci, błąd pilotów - wtórował mu drugi.

Szybko okazało się, że informacja o kilku podejsciach jest nieprawdziwa, ale i tak dostała się ona do mediów i poszła w świat. Przez kilka godzin powtarzały ją telewizje na całym świecie. Podobnie jak w przypadku rannych przewiezionych do szpitala, do dziś nie wiadomo, kto był autorem tej plotki.

Rosjanie próbowali zapanować nad chaosem, ale szło im to z trudem. W pewnym momencie funkcjonariusze OMON-u zaczęli wypraszać Polaków, w tym oficerów BOR.

- To nasz samolot, nie wasz! - krzyknął do jednego z Rosjan Gerard Kwaśniewski.

Doszło do szarpaniny. Musiał interweniować rosyjski oficer.

- Zostawcie ich! - powiedział do swoich podwładnych.