Rozdział I
Biblioteka w Sławicach była imponującym budynkiem liczącym pięć pięter wysokości i kilka kwartałów szerokości. Zbudowana została z białego marmuru. Jej front zdobiły kolumny oraz rzeźby stojące na gzymsie pod dachem, reprezentujące cztery cnoty: bogobojność, mądrość, powściągliwość i odwagę. Na podestach przy schodach stały cztery byki symbolizujące siłę ludzi, którzy założyli i zbudowali miasto.
Hol biblioteki był jasny, ze strzelistym sufitem sięgającym do samego dachu budynku. Stąd szerokie schody prowadziły na różne piętra. Pomieszczenia ze znajdującymi się w nich książkami oświetlało przytłumione światło przenikające przez bogato rzeźbione okna. Ich ściany zdobiły drewniane kolumny z ciemnego drewna. Każde z pomieszczeń składało się z wypełnionych regałami na książki dwóch pięter, pomiędzy którymi można było się przemieszczać po drewnianych, spiralnych schodach. Na środku, między regałami, stały gabloty z egzemplarzami różnych starych, głównie religijnych tekstów. Zapach rozchodzący się po bibliotece stanowił mieszankę aromatu wiekowych stronic i pasty do pielęgnacji podłóg. Tu znajdowały się książki reprezentujące całą wiedzę wprawiającą miasto w ruch: od architektury, przez medycynę i handel, aż po teksty związane z wiarą.
Przygoda Swiety z biblioteką zaczęła się od wycieczek szkolnych. Już po pierwszej wizycie dziewczyna zakochała się w niej i spędzała tu każdą wolną chwilę, a czasami nawet wagarowała, żeby uciec od zgiełku szkoły do cichych sal wypełnionych po sufit książkami. Najbardziej lubiła zaczytywać się w dziełach dotyczących różnych ludów zamieszkujących wsie i wioski znajdujące się poza granicami miasta, ich języka i wierzeń. Skoro nie mogła ich spotkać, ponieważ nikt nie mógł wyjść poza mury miasta, chociaż w ten sposób chciała jak najwięcej się o nich dowiedzieć.
Swieta była akurat w dziale kultury i podążała za swoim ulubionym bibliotekarzem Sędzimirem, który ustawiał książki na swoich miejscach.
- Dostałam od matki kopię najnowszego "Przeglądu wierzeń ludów dzikich" - pochwaliła się.
- Tak, tak, jest na półce z nowymi książkami - odpowiedział bibliotekarz.
Uśmiechnęła się.
- Nie da się ciebie podejść. Chyba nigdy nie uda mi się przyjść z książką, której nie znasz.
Spojrzał na nią znad okularów.
- To moja praca - powiedział, nie rozumiejąc, że właśnie usłyszał komplement.
- Nie bądź taki skromny - powiedziała i po chwili spytała: - Idziesz na uroczystości Dnia Uzdrowienia?
Zerknął na nią zaskoczony, że mogła wpaść na tak niedorzeczny pomysł.
- Takie uroczystości nie są dla mnie. Dobrze, że groźby uczynienia ich przez głosicieli obowiązkowymi się nie sprawdziły.
- Oj, przestań! Wiadomo było, że tego nie zrobią, przecież większość mieszkańców przychodzi na obchody z ochotą - powiedziała podekscytowana Swieta.
- Słyszę owacje. Czy nie powinnaś już iść? - spytał Sędzimir.
Dziewczyna podbiegła do okna i zobaczyła tłumy ciągnące w kierunku głównej świątyni.
- Zasiedziałam się. Do zobaczenia! - krzyknęła, po czym zdała sobie sprawę z tego, że właśnie krzyknęła w bibliotece, więc przycisnęła dłoń do ust, rozejrzała się dookoła i wyszła z sali najciszej, jak potrafiła. Bibliotekarz pokręcił głową i wrócił do pracy.
Swieta najpierw pobiegła do łazienki, bo była pewna, że jej włosy są jak zwykle rozczochrane i że nie wygląda dość reprezentacyjnie, żeby pójść na ceremonię Uzdrowienia. Lustro niemiłosiernie potwierdziło, że miała rację. Jej kasztanowe pukle były rzeczywiście w nieładzie, a luźne kosmyki opadały na twarz. Oczy miała aż czerwone z niewyspania, bo znowu czytała książkę do późnej nocy, schowana przed matką za łóżkiem, tak aby ta nie widziała światła z korytarza.
Dziewczyna wpatrzyła się w swoje tęczówki. Każda z nich miała po dwa kolory: prawa była na zewnątrz zielona, z brązową plamą przypominającą słońce i promieniami rozchodzącymi się z jej centrum, lewa z kolei była niebieska z szarymi promieniami. Oczy przez całe jej życie były przedmiotem kpin i prześladowania ze strony większości rówieśników. Przez lata przyzwyczaiła się do braku popularności i samotnego życia. Znalazła kryjówkę w głównej bibliotece miasta. Czasami czuła, że zna pracujące tam osoby lepiej niż własną matkę. Spędzała z nimi godziny na dyskusjach o lekturach, trwające często aż do zamknięcia biblioteki. Nie raz dostała burę od matki za późny powrót do domu.
Dziewczyna oddaliła się od lustra i spojrzała na siebie z profilu. Na szczęście jej suknia, wybrana specjalnie na święto, była nadal w dobrym stanie. Odgarnęła opadające kosmyki i włożyła je do luźno upiętego koka. Przygładziła włosy i sukienkę i wybiegła z łazienki.
Zbiegła z wysokich schodów biblioteki i wypadła na szeroką ulicę prowadzącą do głównej świątyni. Musiała przestać biec, bo tłum zrobił się zbyt gęsty. Szła wśród odświętnie ubranych, uśmiechniętych ludzi. Niektórzy panowie mieli na sobie swoje najczystsze i najrzadziej używane białe wełniane koszule, inni - misternie zdobione atłasowe kubraki. Panie odziane były z kolei w szare wełniane suknie lub takie z pięknymi zdobieniami. Święto Uzdrowienia było jedynym dniem, w którym biedni i bogaci mieszkańcy Sławic mieszali się ze sobą. Wszyscy byli tak podekscytowani, że zdawali się nie widzieć ludzi idących obok.
Tłum rozdzielił się i Swieta podążyła za ludźmi idącymi w prawą stronę. Wiedziała, że dojdą zaraz do letniego pałacu majora miasta, który znajdował się nad ogromnym, porośniętymi trzciną stawem z kwitnącymi latem liliami wodnymi. Dookoła pałacu rozciągał się ogromny park otoczony żelaznym płotem. Nawet oddzielona od niego wieloma rzędami ludzi Swieta była w stanie wyczuć zapach setek różnokolorowych róż. To właśnie pozostawało jej i większości idących obok niej ludzi, ponieważ dostęp do parku miały jedynie osoby z najbogatszych rodzin - mimo iż Swieta nie była wcale biedna, nigdy nie miała okazji go odwiedzić.
Pałac był tak pokaźny, że nawet zza płotu dało się podziwiać jego piękno. Biały jak śnieg, otoczony wysokimi kolumnami i rzeźbami przedstawiającymi różne zwierzęta. Sąsiadował ze stawem tak, żeby rodzina majora mogła z niego korzystać, nie mieszając się z resztą odwiedzających. Korzystali oni również z własnej, odgrodzonej od reszty parku części ogrodu, a przynajmniej takie chodziły plotki, bo nikt jej nigdy nie widział.
Tłum minął pałac i powoli złączył się w jedną olbrzymią rzekę. Swieta wyglądała zza głów ludzi i nadstawiała uszu, próbując ustalić, czy uroczystość już się zaczęła, ale w gwarze otaczających ją setek osób nie byłaby w stanie czegokolwiek usłyszeć. Wreszcie doszli do świątyni i tłum stopniowo ustawiał się tak, aby jak najlepiej widzieć ceremonię.
Budynek świątyni był ogromny, większy niż oba pałace majora i jego rodziny. Był najwyższym budynkiem w mieście - według prawa żadna budowla nie mogła być od niego wyższa. Podobnie jak pałac majora, świątynia była zbudowana z białego marmuru i ozdobiona rzeźbami i płaskorzeźbami. Jej głównym atrybutem były wysokie schody symbolizujące długą i ciężką drogę, którą człowiek musi przejść do Boga. Na ich szczycie znajdowało się podium widoczne dla wszystkich zebranych.
Na szczęście okazało się, że Swieta nie spóźniła się na ceremonię, bo na scenie jeszcze nikogo nie było. Dziewczyna zaczęła rozglądać się z uśmiechem po placu zalanym świętującymi trzymającymi w rękach misternie splecione rózgi z kwiatów i chorągwie z symbolem głosicieli: złotym mieczem na tle słońca.
W końcu ze świątyni wyszli głosiciele i skierowali się w stronę podium. Byli ubrani w czerwone szaty, a ich przywódca nosił dodatkowo niebieskie nakrycie głowy z długim ogonem. Po chwili dołączyli do nich pomocnicy ubrani na szaro-niebiesko.
Wielki Głosiciel odchrząknął i począł przemawiać, a jego dźwięczny głos niósł się daleko ulicami i uliczkami miasta, wypełniając wszystkie jego zakamarki. Mówił o tym, że Jedyny Bóg Samowiel w swojej nieskończonej mądrości wystawia ludzi na próby, dlatego zsyła na nich choroby i nie daje im wiele w posiadanie na ziemi, żeby oddali się jemu. Jedyny właściwy sposób życia to poddanie się jego woli. Ludzie mają żyć w ubóstwie i chorobie, bo tak chce Samowiel. Nie powinno się z tym walczyć, ale pokornie to przyjąć - tak jak chory, którego Jedyny Bóg dzisiaj uzdrowi. Prawdziwie wierzący człowiek jest świadomy swojej kruchości, niedoskonałości i niemocy. Wie też, że Jedynemu Bogu zawdzięcza życie. Abyśmy o tym nie zapomnieli, Samowiel zsyła nam chorobę, biedę i utrapienia. Strach przed Jedynym Bogiem powinien dawać ludziom radość i pocieszenie.
Wielki Głosiciel wytłumaczył też zebranym, że życie jest chorobą, a dopiero śmierć to uzdrowienie i że tylko cierpiąc, zapracowują na łaskę. Wiedza o własnej mierności powinna sprawić, że człowiek zbliży się do Samowiela.
- Samowiel uzdrawia dziś, aby pokazać, że jest wszechmocny i litościwy, i przypomnieć, jak zależni jesteśmy od jego mocy - zakończył przemowę.
Pomocnicy kapłana zeszli po schodach i zniknęli w tłumie. Swieta wiedziała, że wybierają teraz chorego, którego Samowiel uzdrowi. Po chwili mężczyźni znaleźli się znowu w jej polu widzenia. Nieśli nosze z jakimś człowiekiem, niestety Swieta stała za daleko, żeby widzieć szczegóły. Pomocnicy głosicieli zatrzymali się i położyli nosze na podium, a Wielki Głosiciel pochylił się nad chorym i przyłożył mu rękę do ust.
- A teraz Samowiel w swojej wielkiej miłości uzdrowi tego człowieka.
Kapłan zdjął dłoń z chorego, a ten podniósł się na noszach, a potem chwiejnie wstał. Rozległy się wiwaty. Uzdrowiony mężczyzna obrócił się w stronę ludzi, a pomocnicy Wielkiego Głosiciela podnieśli go do góry za ramiona, tak aby mieszkańcy Sławic jeszcze lepiej mogli mu się przyjrzeć.
- Dobrzy ludzie, rozejdźcie się do swoich domów i świętujcie cud, którego dokonał Jedyny Bóg! - powiedział Wielki Głosiciel na zakończenie ceremonii.